Marsz weselny - Bjørnstjerne Bjørnson - ebook

Marsz weselny ebook

Bjørnstjerne Bjørnson

0,0

Opis

Marsz weselny” to nowela Bjørnstjerne Bjørnsona, norweskiego pisarza, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Ole Haugen, ubogi norweski grajek, z okazji zaślubin córki skomponował piękny Marsz weselny, który odegrano podczas ceremonii.

Marsz miał przynosić szczęście młodym. Kolejne pokolenia wstępują w związki małżeńskie przy melodii marszu i faktycznie ich małżeństwa są szczęśliwe. Dopiero na ślubie prawnuka Olego marsz nie zostaje odegrany — Randi i Endrid muszą poczekać, aż radość wstąpi w ich związek…


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-267-4
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

MARSZ WESELNY

W zeszłym wieku mieszkał w jednej z największych roztok górskich Norwegji muzykant, który wszedł później do pewnego stopnia w zakres sag ludowych norweskich górali. Wedle podania, był on autorem mnóstwa baśni i śpiewek, które nie znikną już pewnie nigdy. Powiadają, że uczył się ich od krasnoludków i duchów podziemnych, jedną pieśń miał od samego djabła, drugą ułożył, by uratować własne życie... słowem żyje on w legendzie i żyć nie przestanie.  Z pośród wielu marszów, jakie ułożył, wsławił go jeden, albowiem historja jego nietylko nie skończyła się wraz z jego śmiercią, ale przeciwnie wtenczas dopiero rozpoczęła się na dobre.  Biedny komornik, muzykant Ole Haugen, mieszkający wysoko w górach, miał córkę imieniem Aslaug, która wzięła po nim w spadku niepospolity rozum, oraz zdolności muzyczne. Nietyle dotyczyło to samej gry, ile przenikało całą jej istotę. Miała w sobie coś lekkiego, powiewnego, śmiałego, zarówno w mowie jak śpiewie, w chodzie i tańcu. Posiadała przecudny głos, miękki i czysty, który był właściwością całego rodu.  Pewnego dnia zjawił się młody chłopak, syn bogatego właściciela folwarku Tingvold. Był to jego trzeci syn z kolei i wrócił do kraju po długiej podróży.  Dwaj bracia starsi ulegli tragicznej śmierci, utonęli podczas powodzi i on miał odziedziczyć ojcowskie mienie.  Spotkał Aslaug na jednem weselisku i odrazu się w niej zakochał. Było to wówczas rzeczą niesłychaną i niedopuszczalną, by syn wielkiego właściciela, pochodzący z tak starej i dostojnej rodziny, mógł się żenić z dziewczyną niskiego stanu i biedaczką, jaką była Aslaug.  Ale ten młodzieniec przebywał długo w szerokim świecie i oświadczył rodzicom, że da sobie radę, znajdzie środki do życia, więc jeśli nie otrzyma tego, czego pragnie, zrezygnuje z dziedzictwa.  Wszyscy mu odradzali i przepowiadali, że obojętność dla rodziny, oraz lekceważenie ziemi i dziedzictwa ojczystego zemścić się na nim niezawodnie musi. Powiadano również, że w tem wszystkiem była ręka Ole Haugena, którym kierowała istota, jaką się brzydzą i której boją się wszyscy porządni ludzie.  Przez cały czas, kiedy pomiędzy synem a rodzicami trwały spory i niesnaski, był Ole Haugen w wyśmienitym humorze. Gdy zaś nastąpiła wygrana, oświadczył, że skomponował dla młodej pary marsz weselny, o którym nie zapomną najdalsze pokolenia Tingvoldów! — Niech sam Pan Bóg raczy zmiłować się nad panną młodą, która przy jego dźwiękach nie pójdzie tak ochotnie do ołtarza, jak córka komornika, Aslaug Haugen.  Tak powiedział Ole, a ludzie widzieli w tem wszystkiem wpływ złego ducha.  Tak brzmi legenda. I zaprawdę potwierdza ją jeszcze niezaprzeczony fakt, że do dnia dzisiejszego, w całej tej okolicy istnieje powszechne zamiłowanie do muzyki i śpiewu, przeto w czasach dawnych musiało ono być nierównie większe. Nie mogłoby to trwać długo, gdyby nie zjawiał się od czasu do czasu ktoś, kto wzbogaca i utrwala ów skarb tradycyjny. Ole Haugen musiał na tem polu położyć zasługi niepoślednie.  Legenda powiada dalej, że marsz weselny Ole Haugena był najweselszym, jaki słyszano kiedykolwiek na świecie, to też para, która pierwsza przy jego dźwiękach pojechała do kościoła i nim powitaną została po powrocie do domu, była najszczęśliwszą pośród wszystkich, jakie od wieków dawnych zjawiły się na ziemi i chociaż mieszkańcy Tingvoldu zdawien dawna byli piękni i dorodni, a od tego czasu jeszcze piękniejszymi się stali — to onej parze i pod tym względem pierwszeństwo przyznać należy.  Przechodzimy teraz z zakresu legendy na grunt pewniejszy, bowiem na Olem Haugenie kończy się podanie, a zaczyna rzeczywista historja. Wedle niej, ów marsz weselny stał się klejnotem rodzinnym, którego nie używano tak rzadko, jak to bywa z innemi klejnotami. Przeciwnie używano go często, to znaczy marsz ów w całym Tingvold ciągle nucono, śpiewano, świstano, trąbiono, grano od paradnej komnaty aż do stajni, od stodół i gumien aż do lasu, a jedyne dziecko, jakie mieli szczęśliwi małżonkowie, było przez ojca, przez matkę, niańkę i resztę służby w takt owego marszu kołysane i huśtane na rękach i to samo dziecko, gdy tylko mogło wymówić, czy wyśpiewać cokolwiek, samo z siebie zaczynało znowu od tegoż marsza weselnego.  Dziecko nosiło imię Astrid. Dar śpiewu był wrodzony każdemu członkowi rodziny, więc mała dziewczynka, od lat dziecięcych żywa i wesoła, niebawem po mistrzowsku wyśpiewywała tę triumfalną pieśń rodziców, wieszczącą jej samej najlepsze nadzieje na przyszłość.  . Nikogo zapewne nie zdziwi, jeśli powiemy, że Astrid, doszedłszy do lat dojrzałych, sama zapragnęła wyszukać sobie męża. Może przesadą jest to, co powiadają o liczbie jej konkurentów, — prawdą jest atoli, że bogata i urodziwa dziewczyna doszła do dwudziestu trzech lat życia i nie miała narzeczonego.  Pewnego dnia wyszło na jaw, co było powodem tego dziwnego faktu. Przed wielu laty matka Astrid wzięła wprost z gościńca do siebie opuszczone dziecko cygańskie. Coprawda chłopak nie był cyganem, ale tak go wszyscy nazywali, a przedewszystkiem Aslaug sama.  Gdy się matka dowiedziała, że ta szalona Astrid — czy ktoś może sobie wyobrazić podobne głupstwo — zaręczyła się z nim pewnego dnia w polu, rumor się zrobił straszny. Teraz wiedziano, czemu oboje śpiewali i gwizdali ustawicznie marsz weselny, wszędzie gdzie byli tylko, czy to na strychu, czy w lamusie, czy w lesie, czy na furze siana... słowem wszędzie i ciągle, w dzień i w nocy.  Oczywiście chłopak został natychmiast wygnany z domu i okazało się, że nikt bardziej od córki komornika, nie dba o przywileje rodu. A ojcu przyszły teraz na myśl owe proroctwa dawne, z owego czasu, kiedy on sam zaparł się swych tradycyj rodzinnych. Rodzina, miała się powiększyć o zięcia, wziętego z ulicy... straszne rzeczy!  Wszyscy mieszkańcy doliny byli tegoż samego zdania.  Tymczasem „cygan“ Knut, bo takie było jego imię, zabrał się do handlu, zwłaszcza do handlu bydłem i był powszechnie znany. W całej okolicy on pierwszy jął się tej rzeczy na wielką skalę. Był pionierem nowej gałęzi zarobku i spowodował, że chłopi uzyskali teraz wyższe ceny, a wielu z nich doszło do znacznego majątku.  Obok tego, Knut bardzo ochotnie brał udział w pijatykach i bitkach wszelkiego rodzaju i o tem przedewszystkiem wszyscy mówili, bowiem nie byli w stanie poznać się na jego zdolnościach kupieckich, i sprycie nadzwyczajnym.  Kiedy Astrid skończyła lat dwadzieścia trzy, sprawa stanęła na ostrzu miecza. Albo cały majątek miał przejść na boczną linję i wyjść z bezpośredniego ich posiadania, albo Knut musiał stać się członkiem rodu Tingvoldów. Rodzice przez swoje małżeństwo utracili moralny wpływ na córkę, która mogła się teraz skutecznie opierać ich woli.  I stało się, jak chciała. Piękny, wesoły Knut pojechał z nią pewnego dnia do kościoła, otoczony nieprzebranemi tłumami widzów i gości. Dziedziczny marsz weselny, marsz dziadka, grzmiał i huczał po całej dolinie, a oni sami nucili go, siedząc w kolasie, i radowali się niesłychanie.  Wszyscy byli weseli, nawet rodzice, którzy tak długo stawiali opór, uśmiechali się teraz, aż się temu powszechnie dziwiono.  Po weselu objął Knut gospodarstwo, a rodzice poszli na łaskawy chleb. Ale posiadłość była tak rozległa, że wszyscy zachodzili w głowę, jak Knut i Astrid dadzą sobie radę. W dodatku ogromne te dobra były dotąd dosyć licho administrowane i skutkiem tego gospodarstwo szwankowało. Knut zaczął od tego, że najął potrójną ilość czeladzi i robotników, wszystko urządził inaczej i włożył w to sumę, przekraczającą wyobrażenie mieszkańców doliny. Przepowiadano mu też niechybną ruinę.  Ale „cygan“, jak go i teraz jeszcze zwano, był wesoły i ta wesołość udzieliła się też jego żonie. Cicha dawniej, smukła dziewczynka rozrosła się i przemieniła w tęgą kobietę. Rodzice byli zadowoleni. Teraz dopiero zrozumieli wszyscy, że Knut wniósł do Tingvoldu coś, czego tu dotąd nie znano, mianowicie — kapitał obrotowy.  Zarazem wśród długich włóczęg swoich nabrał dużo doświadczenia. Umiał obchodzić się z towarem i utrzymywać robotników i służbę w dobrem usposobieniu i zachęcać do pracy. Wszystko złożyło się na to, że po latach dwunastu nie można było poznać dawnego Tingvoldu.  Budynki były nowe, ilość bydła potroiła się i wszystko wyglądało wyśmienicie, a Knut w długim szlafroku z piankową fajką w zębach spędzał wieczory przy szklance grogu z kapitanem, pastorem i wójtem.  Astrid podziwiała go jako najmędrszego, najdzielniejszego człowieka w całym świecie i sama opowiadała, że w młodych latach tylko dlatego popijał i brał udział w bijatykach, by o nim szeroko mówiono.  Szła za jego przykładem we wszystkiem, tylko nie chciała zmienić stroju i sposobu życia i zachowała swoje chłopskie ubranie i przyzwyczajenia. Knut godził się, by każdy żył, jak mu wygodniej, przeto i pod tym względem panowała miedzy nimi zupełna zgoda.  Spraszał znajomych, a Astrid im usługiwała. Zresztą ubierał się dosyć niepokaźnie, gdyż był za mądrym, by paradować swym majątkiem i żyć na wielkiej stopie. Niektórzy twierdzili, że przez grę w karty, oraz skutkiem stosunków i wpływu, jakie mu to daje, zarabia bez porównania więcej, niż się wydaje z pozoru, ale były to zapewne jeno plotki.  Mieli kilkoro dzieci, których dzieje nas nie obchodzą. Jeden tylko najstarszy, Endrid, spadkobierca majątku, przeznaczony był na to, by świetność rodu dalszym okryć blaskiem. Odznaczał się, jak wszyscy w rodzie, wielką pięknością, ale w głowie miał jeno tyle, ile starczyło na „domowy użytek“, co zdarza się nader często u dzieci bogatych rodziców.  Ojciec zauważył to zaraz i postanowił brakowi temu zapobiec przez wyśmienite wykształcenie. Z tego powodu wziął do domu nauczycieli i Endrid, zaledwo dorósł, musiał uczęszczać do szkoły rolniczej, która właśnie pod ten czas została znacznie ulepszona, a potem wysłany został do miasta.  Wrócił do domu, jako cichy, nieco naukami przemęczony chłopiec, ale nie przyswoił sobie tych nawyknień wielkomiejskich, jakich spodziewał się po nim ojciec. Nauka także nie bardzo mu szła do głowy.  Zarówno kapitan, jak i pastor posiadali mnóstwo córek, zaczęli tedy spekulować na bogatego młodzieńca i z coraz to większą uprzejmością traktowali Kmita i nadskakiwali mu. Ale się mocno przeliczyli, bowiem Knut ani myślał żenić syna z biedną córką kapitana, czy pastora, nie mającą pojęcia o wielkiem gospodarstwie i tak sobie nie wiele z tych zabiegów robił, że nawet nie uznał za stosowne przestrzec syna.  Nie było to zresztą potrzebne, bo Endrid wiedział dobrze zarówno, jak ojciec, że ich ród musi zostać w inny sposób podniesiony, że musi wchłonąć w siebie krew drugiego rodu, równego wiekiem i znaczeniem.  Na nieszczęście był ów młodzieniec nieco niezręczny i niezaradny w tych sprawach, tak, że wszyscy poczęli mu niedowierzać. Rozniosła się fama, że jeździ rozglądać się za dobremi partjami, a jeśli komuś raz taką łatkę przyczepią, to spotyka się z odmową, gdyż chłopi są płochliwi.  Endrid spostrzegł