Dynastia - Graham Masterton - ebook
Opis

Kiedy Johann Cornelius zaczynał, nie miał nic. Kiedy umierał, jego rodzina „wykroiła” sobie gigantyczną porcję Ameryki…

Dynastia” - saga rodziny Corneliusów - to doskonała powieść obyczajowa o ludziach, którzy startowali od zera, a nie przebierając w środkach zdobyli wręcz niewyobrażalne bogactwo i władzę.

Dynastia”  to historia wielkiej, ale tragicznej miłości.

Dynastia”  to także opowieść o przedstawicielach zepsutego, smutnego, „drugiego pokolenia”, bawiących się milionami jak dzieci zabawkami oraz o superbogatym dziecku, które uciekło z więzienia pieniądza w marzenia napędzane narkotykami.

Dynastia”  to siedemdziesiąt lat władzy, przywilejów, namiętności, rozkoszy, ale także i bólu.

Graham Masterton stworzył w tej powieści błyskotliwy, wiarygodny i porywający wizerunek dynastii Corneliusów – rodziny o której losach przesądził pieniądz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1102

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Jeśli ktoś myśli, że o SEKSIE, WŁADZY I PIENIĄDZACHnapisano już wszystko, powinien przeczytać tę książkę!

PASJONUJĄCA SAGA RODZINNA OBEJMUJĄCA LOSYTRZECH POKOLEŃ

JOHANN CORNELIUS

Holenderski emigrant, który na początku XX wieku stworzył w Stanach Zjednoczonych imperium przemysłowe. Kiedy zaczynał, nie miał nic. Gdy umierał, należał do niego całkiem spory kawałek Ameryki.

BEATRICE

Jedyna kobieta, którą naprawdę kochał.

RODERICK i HOPE

Drugie, zdegenerowane pokolenie rodu Corneliusów, bawiące się pieniędzmi jak dzieci zabawkami.

ALLY

Produkt epoki hipisowskiej. Megabogata dziewczyna, która zamienia swoją złotą klatkę na narkotykowe marzenie.

„DYNASTIA” POKAZUJE NAGĄ PRAWDĘ O TYM,JAK TO JEST BYĆ BOGATYM

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy.

www.grahammasterton.co.uk / www.grahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZYIMPERIUMDYNASTIA

Rook

ROOKKŁY I PAZURYSTRACHDEMON ZIMNASYRENACIEMNIAZŁODZIEJ DUSZOGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOUZEMSTA MANITOUDUCH ZAGŁADYKREW MANITOUARMAGEDON

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNYPOWRÓT WOJOWNIKÓW NOCYDZIEWIĄTY KOSZMAR

Katie Maguire

UPADŁE ANIOŁYCZERWONE ŚWIATŁO HAŃBY

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁANIOŁ JESSIKISTRAŻNICY PIEKŁADEMONY NORMANDIIŚWIĘTY TERRORSZARY DIABEŁZWIERCIADŁO PIEKIEŁZJAWABEZSENNICZARNY ANIOŁSTRACH MA WIELE TWARZYSFINKSWYZNAWCY PŁOMIENIAWENDIGOOKRUCHY STRACHUCIAŁO I KREWDRAPIEŻCYWALHALLAPIĄTA CZAROWNICAMUZYKA Z ZAŚWIATÓWBŁYSKAWICADUCH OGNIAZAKLĘCIŚPIĄCZKASUSZASZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału: RICH

Copyright © Graham Masterton 1979All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Paweł Korombel 2015

Redakcja: Lucyna Lewandowska

Zdjęcie na okładce: Oleg Gekman/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-248-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla mojej ukochanej żony Wiesckii dla Marty’ego Asheraz serdecznymi podziękowaniami

1900

KRONIKA WYDARZEŃ TOWARZYSKICH

HUCZNE GARDEN PARTY

ZEBRANO PONAD TRZYSTA DOLARÓWDLA CHORYCH DZIECI

W ostatnią sobotę pan Frank Edmunds z Broughton wydał wspaniałe przyjęcie na świeżym powietrzu, na którym bawiło się dwustu pięćdziesięciu najwybitniejszych obywateli miasta i zaproszonych gości. Zebrano trzysta pięćdziesiąt dolarów i dwadzieścia trzy centy na potrzeby chorych dzieci z miasta i okolic.

Wśród obecnych zauważono pana J. Corneliusa, który niedawno przybył z Nowego Jorku i rozważa otwarcie w naszych stronach interesu.

„The Broughton Sentinel”14 sierpnia 1900 r.

Był to jeden z tych dni, podczas których upał napływa duszącymi falami, i wystarczyło minąć próg domu, przejść kilka kroków Main Street, idąc po worek fasoli lub torebkę sody kuchennej do składu towarów mieszanych czy trochę dalej do kramu rybnego na rogu Galveston Street, a ubranie zaczynało parzyć, kleić się do ciała i uciskać, buty uwierać i w głowie pojawiała się wizja gazowanego napoju z gałkami lodów i syropem albo cytrynowego sorbetu, smakowanego łyżeczka po łyżeczce przy zacienionym stoliku w Raju Lodowym Howarda.

Nigdy jednak nie widziano tu lodziarza o tym nazwisku. Lokal prowadziła drobna i ruchliwa jak ptaszek wdowa Grey. Odziana w wykrochmalony biały fartuch, uwijała się za marmurowym blatem, serwując lodowe desery i mleczne koktajle w salaterkach i szklankach o grubych ściankach. Służyła też radami – bez względu na to, czy były komuś potrzebne, czy też nie. Wierzyła niezłomnie, że życiowe porady są nieodłącznym, wliczonym w cenę dodatkiem do lodowych deserów.

Kiedy tamtego sierpniowego popołudnia Janet weszła do środka, lokal był zatłoczony, a w chłodnym blasku przefiltrowanego przez szyby słońca krążył leniwie ciepły wir rozmów. Pani Grey kładła właśnie ostatnią, siódmą warstwę na lodowym torcie truskawkowym, rozmawiając z potężnie zbudowanym, spoconym mężczyzną w wytartej niebieskiej kurtce i połatanych spodniach.

– Jeśli chcesz znać moje zdanie, młody człowieku – perorowała, zwieńczając tort wisienką – powinieneś śmigać na północ i znaleźć sobie zatrudnienie w fabryce. Słyszałam, że oferują tam stałe zajęcie, a zarobek jest wyższy niż gdzie indziej. Tu nic takiego nie znajdziesz, zawsze tak było i będzie.

Rozmówca pani Grey zdawał się jej nie słuchać. Grubymi, tępo zakończonymi palcami robotnika kreślił niewidzialne wzory na zimnym kontuarze.

– W dzisiejszych czasach musisz się znać na rzeczy, jak chcesz do czegoś dojść – mówiła wdowa. – Kiedyś wystarczało mieć krzepę i umieć machać łopatą i kilofem. Ale w dzisiejszych czasach, jak się nie znasz na rzeczy, możesz skończyć żywot tak samo, jak przyszedłeś na świat, goły i wesoły.

Kartka kalendarza wiszącego na ścianie obitej sosnowymi deskami szeleściła w ciepłym powiewie wpływającym przez drzwi cukierni. Był trzynasty sierpnia 1900 roku.

– Janet, przeczucie mi mówi, że znów przyszłaś sobie pofolgować na koszt swojej pani – stwierdziła pani Grey.

To był ich stały żart, ale spocony olbrzym przy kontuarze najwyraźniej się na nim nie poznał, bo obejrzał się i posłał Janet karcące spojrzenie, jakby była niegrzecznym pudelkiem.

Pani Grey uspokajającym gestem położyła mu rękę na ramieniu.

– To przez ten upał. No i nasza lodziarnia wypada w połowie drogi do sklepu. Nie dziwota, że niejedną pannę służącą skusi, żeby do nas wstąpić – wyjaśniła.

Janet uśmiechnęła się do niej.

– I to jaki upał, pani Grey. Chyba uratowałyby mnie tylko lody z czarnej porzeczki z wisienkami, polane syropem. Myślałam, że się rozpłynę, jak tu szłam. Przysięgam.

– Takie młódki jak ty w ogóle nie powinny czuć gorąca – powiedziała pani Grey, skrobiąc łopatką zlodowaciały sorbet. W lokalu rozeszła się smakowita ostra woń czarnej porzeczki. – Zawsze powiadam: noście grubszą bieliznę.

Gdy tak mełła językiem, potężnie zbudowany nieznajomy nie spuszczał wzroku z Janet. Kiedy dziewczyna się zorientowała, że jest obiektem obserwacji, zaczerwieniła się i spuściła wzrok. Był zwykłym pracownikiem fizycznym, a jej pani surowo przestrzegała ją przed „narzucaniem się chłopakom od rzeźnika i innym prostakom”. Słysząc te przestrogi, Janet zawsze zżymała się w duchu, że pani traktuje ją jak przymilną psinę, łaszącą się do byle przechodnia.

Miała osiemnaście lat i służyła u państwa Mullinerów, którzy mieszkali przy Beaumont Street. Domy stały tam w sporych odstępach od siebie, były pomalowane na biało, otoczone palmami i akacjami i spowite cienistymi pnączami. Z powodu białych płotków, starannie przystrzyżonych trawników i eleganckich panienek spacerujących po nich jak młode klaczki na wybiegu mieszkańcy dalej położonej dzielnicy dworcowej nadali temu kwartałowi nazwę „Wyścigi”. Chociaż pani Mulliner była mężatką, należała do klaczek cieszących się największym zainteresowaniem gapiów i plotkarzy. Kilka razy w roku jeździła do Houston, przywożąc modne łaszki, na które wydawała mnóstwo pieniędzy. Janet słyszała, że w ostatnim sezonie tylko za jedną sukienkę wybuliła dwadzieścia dolarów! Jednak wszystko wskazywało na to, że pan Mulliner nie przejmuje się ekstrawagancjami żony. Był od niej o dobre dziesięć lat starszy, miał siwawe bokobrody i pewnie uważał, że taka piękna towarzyszka życia zasługuje na dużą część jego zarobków. Prowadził wziętą kancelarię adwokacką przy Piątej Ulicy, w dzielnicy handlowej, i uchodził za bardzo zamożnego człowieka.

Praca u Mullinerów stanowiła dla Janet źródło satysfakcji i dumy. Była niską dziewczyną, miała zaledwie pięć stóp i cztery cale nawet w ciężkich, podbitych żabkami bucikach, a jej pulchne kształty prowokowały gości państwa do serdecznych uścisków, zwłaszcza po trzeciej kolejce brandy. Miała kasztanowe włosy, unoszące się niesfornymi chmurkami pod szerokim słomianym kapeluszem, piegowate policzki, uroczo rozchylone różowe wargi, a szeroko otwarte oczy o szarych cętkowanych źrenicach nadawały jej twarzy wyraz nieustannego zdziwienia. Kremowa perkalowa spódniczka i szyta na niemiecką modłę lniana różowa bluzka podkreślały krągłość jej bioder i piersi, prowokując malarzy pokojowych do gwizdów, gdy mijała ich energicznym krokiem, a starsi panowie unosili binokle, odprowadzając ją długim, pełnym uznania spojrzeniem.

Jednak potężny typ siedzący w Raju Lodowym Howarda nie ograniczył się do jednego spojrzenia. Bezwstydnie wybałuszał na Janet blade ślepia, jakby nie dopięła bluzki albo miała plamkę sadzy na czubku nosa. Wyglądał jak Holender: miał czerwoną twarz i odstające uszy grubości sporych plastrów boczku oraz mięsiste wargi. Jego rzednące na ciemieniu włosy były koloru słomy. Ale mimo wyraźnego braku ogłady pociągał siłą i męskością. Sprawiał wrażenie mężczyzny, który potrafi wybawić dziewczynę z kłopotów, unosząc jednym palcem jej ugrzęzły w błocie powozik.

Nie odezwał się ani słowem, gdy wdowa Grey polała syropem sorbet Janet, ozdobiła go wisienkami, po czym włożyła do salaterki łyżeczkę z długą rączką i przesunęła całość po ladzie. Janet otworzyła portmonetkę i położyła na ladzie pięć centów, a pani Grey wysunęła z brzękiem szufladę kasy, wrzuciła do niej zapłatę i wydała resztę.

– Nie grzeb się z tym, panno Janet, bo jeszcze spotka cię bura, kiedy wrócisz do swoich chlebodawców. Dziękuj Bogu, że nie pracujesz u mnie, bo już dawno pogoniłabym cię kijem od miotły.

Janet posłała jej spłoszony uśmieszek i udała się ze swoimi lodami do jedynego wolnego stolika. Wolała oddalić się od barczystego robociarza, który niechybnie tylko czyhał na to, aby ją zaczepić. Skulona nad salaterką, zaczęła szybko dziobać lody. Prysł miły nastrój, którym zwykle się rozkoszowała w Raju Lodowym Howarda. Nawet nie śmiała podnieść wzroku, podejrzewając, że natrętny osobnik nadal się na nią gapi.

Przy sąsiednim stoliku siedzieli dwaj znani jej młodzi sprzedawcy. Pracowali w składzie towarowym pana Okrama przy Ósmej Ulicy. Początkowo rozmawiali o wędkowaniu w Harness Creek, ale po chwili zaczęli wymieniać pieprzne uwagi na jej temat. Zwykle z humorem traktowała tego rodzaju żarciki, czasem nawet pozwalając sobie na niewinny flirt, ale dzisiaj nie miała ochoty na podobne zaczepki.

– Jedno musisz przyznać – powiedział pierwszy subiekt, rudzielec w przyciasnym brązowym garniturku. – Umie się ubrać, chociaż zasuwa w kuchni.

– Umie się ubrać? – powtórzył drugi, kędzierzawy brunecik o ramionach obsypanych gęstym łupieżem. – Jest śliczna jak obrazek, żaden gość by się jej nie oparł.

Janet wstała, nie kończąc lodów i mówiąc sobie w duchu, że zachowuje się jak poważna, dorosła osoba. Tylko dzieci i psy wylizują talerze po jedzeniu. Odsunęła wiklinowe krzesło, wzięła swoją torbę na zakupy i ruszyła do wyjścia. Podejrzewając, że rumiany robotnik nadal nie spuszcza z niej oczu, nawet nie pożegnała się z panią Grey, ale powiedziała sobie, że wdowa pewnie i tak jest zbyt zajęta nakładaniem lodów dla kolejnych klientów, aby zauważyć jej dygnięcie.

Za progiem ugodził ją żar i blask bijący z nieba jak z otwartego pieca.

Chłopy są gorsze niż bezpańskie psy, tylko jedno im w głowie, pomyślała. Co za dzikusy! Kiedy tylko zobaczą ładną dziewczynę, zaczynają się zachowywać jak wygłodniałe zwierzaki. Traktują kobietę jak kawałek surowego mięsa.

Przecięła Main Street przy skrzyżowaniu z Dziesiątą Ulicą i weszła w cień drewnianych budynków. Idąc, stukała obcasami bucików o deski chodnika i szeleściła długą sukienką. Mijający ją na rowerze posłaniec zagwizdał, ale zadarła podbródek i zignorowała go. Zdecydowała, że nie chce mieć nic wspólnego z mężczyznami. Niech się na nią gapią, niech się ślinią, nie może im tego zabronić. Ale niech nie oczekują od niej, że gestem czy choćby jednym słowem zachęci ich do czegoś więcej.

Idąc, przeglądała się w szybach wystawowych i widziała w nich śliczną dziewczynę w wysokim słomkowym kapeluszu i wykrochmalonej różowej bluzce. Wyprostowała się, przydając sobie nieco wzrostu, i podała do przodu biust. Tego roku modne były obfite krągłości i Janet była bardzo dumna ze swojej figury.

Przystanęła na rogu Dziewiątej Ulicy, przepuszczając szybki konny powozik, po czym zeszła na spieczoną słońcem ulicę. Kiedy zrobiła kilka kroków, poczuła, że czyjaś silna ręka chwyta ją za ramię. Poderwała głowę.

– Och! – krzyknęła.

Był to barczysty mężczyzna z lodziarni. Ten prostacki brutal miał czelność iść za nią! Wyrwała się z uścisku i wrzasnęła piskliwie:

– Trzymaj łapy przy sobie, ty prostacki brutalu!

Roześmiał się i wyciągnął do niej rękę.

– Daj spokój – powiedział. – Lepiej przejdźmy na drugą stronę, bo jeszcze mnie potrąci któryś z tych kmiotków na rowerach.

Janet zadarła nos, uniosła spódnicę i zdecydowanym krokiem przecięła ulicę, nie rozglądając się na boki. Kiedy weszła na chodnik, zamierzała iść dalej, ale natręt znów chwycił ją za ramię i odwrócił ku sobie.

– Nie dotykaj mnie! – warknęła. – Jeśli nie zostawisz mnie w spokoju i nie przestaniesz mi się narzucać, zacznę wzywać pomocy!

Zagrodził jej drogę.

– Posłuchaj… – powiedział spokojnym, pojednawczym tonem. – Nie zmuszam cię do niczego. Ale już cię gdzieś spotkałem i kiedy zobaczyłem cię w lodziarni, zachodziłem w głowę, gdzie to było.

Janet odwróciła głowę, udając obrażoną, lecz tak naprawdę skręcało ją z ciekawości. Gdzie ten mężczyzna mógł ją wcześniej spotkać?

– Będę wdzięczna, jeśli pozwoli mi pan przejść – powiedziała lekko drżącym głosem.

Odstąpił w bok.

– Nie zatrzymuję szanownej pani – odparł.

Popatrzyła na niego, zupełnie nie wiedząc, jak powinna się zachować. Stał na chodniku z szelmowskim błyskiem w oczach, wyginając w uśmiechu grube wargi.

– Hm… dziękuję – mruknęła.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Wygładziła spódnicę i poprawiła torbę na ramieniu. Ależ ten człowiek był irytujący! Najpierw zachowywał się po prostacku i nie chciał pilnować swego nosa, a teraz, kiedy się okazało, że prawdopodobnie wcale nie jest prostakiem, pilnował go aż za bardzo.

– Pewnie nie powie mi pan, gdzie mnie pan widział – rzuciła tak wyniosłym tonem, na jaki tylko potrafiła się zdobyć.

Wyszczerzył w uśmiechu zęby.

– Nie zamierzam cię prześladować – odparł.

– Ale nie powie mi pan tego?

– Nie, chyba że sama będziesz chciała to usłyszeć.

– Nie przypominam sobie, żebym gdzieś pana widziała – powiedziała.

Delikatnie ujął ją pod ramię.

– Powiem ci, gdzie to było, ale nie stójmy tutaj. Wiem, że masz sprawunki do załatwienia.

Janet czuła się zażenowana, idąc środkiem miasta w towarzystwie tego czerwonolicego wielkoluda w roboczym ubraniu, ale próbowała nie dać tego po sobie poznać. Pani Mulliner zdarzało się czasem iść na kolację w towarzystwie jakiegoś roztrzęsionego dziadygi, a skoro pani Mulliner godnie potrafiła znieść tak niedobrane towarzystwo, ona też powinna dać sobie radę.

– Pracujesz dla Beatrice Mulliner, prawda? – zapytał mężczyzna. – Widziałem cię w sobotę po południu na garden party u Franka Edmundsa, ale może się mylę…

Janet spłonęła rumieńcem, chociaż nie było ku temu żadnego powodu. No, może poza tym, że nieznajomy nie powiedział „pani Mulliner”, lecz „Beatrice Mulliner”.

– Zgadza się – odparła. – Jestem pokojówką u państwa Mullinerów, ale nie mogę powiedzieć, żebym widziała pana u nich na garden party.

Roześmiał się.

– No cóż… nie byłem w tym stroju. Kiedy idę na garden party, nie ubieram się jak do roboty.

Wytrzeszczyła na niego oczy.

– Znaczy się… był pan tam jako gość?

Zatrzymał się.

– Można by tak powiedzieć. Prawdę mówiąc, przyszedłem bez zaproszenia. Jedzenie było całkiem, całkiem, ale rozmowa nudna jak flaki z olejem. Tak czy siak, chyba będę musiał się z tym pogodzić, skoro chcę wejść do tutejszego towarzystwa. Czy ten jegomość z bokobrodami to naprawdę małżonek pani Mulliner?

Janet z trudem powstrzymała uśmiech.

– Tak, mój pan jest starszy od pani o dobrych kilka lat. Prowadzi firmę adwokacką przy Piątej. To bardzo miły dżentelmen.

– Tak, pewnie… – mruknął nieznajomy. – Nie mówię, że nie.

Janet przez chwilę mu się przyglądała. Nigdy nie spotkała mężczyzny, który wzbudziłby w niej równie wielką ciekawość. Wiedziała, że musi wracać, bo inaczej spóźni się na pranie, ale zwlekała – bardzo chciała się dowiedzieć, kim jest ten człowiek i dlaczego się tak ekscentrycznie zachowuje. Czemu mężczyzna, który zjawia się niezaproszony na przyjęciu, chodzi po Main Street ubrany jak zwykły robociarz? Był brzydki, ale jednocześnie dziwnie pociągający, biła od niego jakaś wewnętrzna siła, jakby miał przed sobą wyraźnie określony cel, który koniecznie musiał osiągnąć.

Przejechał ręką po rzedniejących jasnych włosach i popatrzył na nią.

– Zastanawiam się, czy nie mogłabyś dla mnie czegoś zrobić – powiedział.

– To zależy co.

– Hm… jestem w tym mieście od kilku dni i rozglądam się. Doszedłem do wniosku, że to dobre miejsce do otwarcia interesu, i dlatego się do ciebie zwracam.

Janet nie bardzo rozumiała, o co mu chodzi.

– Na pewno nikt nie będzie panu w tym przeszkadzał.

Przesunął się w bok, przepuszczając chłopca ze sklepu spożywczego, który taskał worek ziemniaków.

– Wiem o tym – odparł. – Ale by otworzyć interes, potrzeba czegoś więcej niż tylko wyrozumiałości bliźnich. Nie obejdę się bez pomocy. Powinienem wiedzieć, co dzieje się w Broughton, i to zarówno w świecie interesów, jak i w kręgach towarzyskich. Muszę działać szybko i na pewniaka. I tu właśnie liczę na ciebie.

– Ale co ja bym miała zrobić? – spytała zdziwiona Janet. – Niewiele mogę. Jestem tylko służącą.

Uśmiechnął się.

– Mogłabyś rozpuścić tutaj trochę plotek o mnie. To wcale nie takie trudne. Możesz powiedzieć swojej pani, że jeden ważny gość, który nazywa się Johann Cornelius i przyjechał z Nowego Jorku, zamierza otworzyć w mieście interes. To wystarczy. Nic więcej nie musisz mówić. Niebawem każdy będzie chciał wiedzieć, kim jestem i gdzie można mnie znaleźć.

– To wszystko? Wystarczy powiedzieć, że przyjechał do nas pan Cornelius i zamierza otworzyć interes?

Kiwnął głową.

– To wszystko.

Zapanowała niezręczna cisza. Janet zastanawiała się, czy pan Cornelius da jej parę groszy, ale on tylko się uśmiechał i ani myślał sięgnąć do kieszeni. Było oczywiste, że spodziewa się przysługi gratis.

– Niech pan nie myśli, że jestem nieżyczliwa, panie Cornelius, ale darmowe przysługi oddaje się przyjaciołom – wycedziła.

Uśmiechnął się.

– Nie jesteś moją przyjaciółką?

– Znam pana dopiero od pięciu minut! Przyjaźń jest jak kojący cień drzewa, panie Cornelius, ale jaki cień może dać mała gałązka?

– Wobec tego zostańmy przyjaciółmi – powiedział. – Jeśli będziesz miała w tym tygodniu wychodne, wezmę cię do wesołego miasteczka na błoniach.

Pokręciła głową.

– Panie Cornelius… musi pan dać mi trochę czasu, żebym to rozważyła. Poza tym mam już… wielbiciela.

Gdy pocałował ją w rękę, rozejrzała się nerwowo, sprawdzając, czy nie zauważył tego ktoś znajomy.

– Na pewno każdy mężczyzna, który cię pozna, zostaje twoim wielbicielem – powiedział. – Kiedy się zdecydujesz, zostaw mi wiadomość w lodziarni. Na razie mam robotę do wykonania… ty zresztą też. Poznanie ciebie było wielką przyjemnością i z góry cieszę się na nasze następne spotkanie.

Uśmiechnął się do niej, po czym szybko odszedł chodnikiem i po chwili zniknął za rogiem Ósmej. Janet patrzyła za nim przez dobrą chwilę, po czym ruszyła do sklepu żelaznego Scully’ego.

– Coś cię gnębi? – spytał Scully, wyłaniając się z mrocznych, pachnących mydłem głębin sklepu.

Pokręciła głową.

– Nie jestem pewna, panie Scully – odparła cicho. – Myślę, że właśnie poznałam kogoś bardzo dziwnego. Dziwnego albo niegodziwego. A może i dziwnego, i niegodziwego. Mam nadzieję, że nigdy się nie przekonam, jak jest naprawdę.

♦ ♦ ♦

W porze lunchu zgrzany i głodny Johann Cornelius wszedł do jadłodajni Parsonsa przy Drugiej Ulicy, w biedniejszej, pokrytej liszajami obłażących tynków części dzielnicy handlowej, i usiadł przy małym stoliku nad białą miską z soloną wołowiną i kluskami, osiem centów za porcję.

Jadłodajnia Parsonsa była lokalem dla robotników i w przeciwieństwie do śródmiejskiej restauracji dla zamożnych, gdzie podczas południowego posiłku zawsze było tłoczno i gwarnie, panowała w niej przygnębiająca cisza. Zmęczeni i wygłodniali najemni robotnicy garbili się nad talerzami, nabierając zniszczonymi łyżkami twarde kluchy i łamiąc czerstwy czarny chleb.

Johann zakosztował już takiego życia. Start od zera w Nowym Świecie nie miał w sobie niczego romantycznego ani podniecającego. Przeciwnie, był bardzo bolesny i zniechęcający. Tego dnia – trzynastego sierpnia 1900 roku – Johann Cornelius kończył dwadzieścia siedem lat, ale traktował ten dzień jak jeden z wielu, pozbawiony wszelkiego znaczenia. Aby dożyć następnych urodzin, najpierw musiał jakoś przetrwać, ale przecież Pan znał cały przebieg jego życia i on sam nie bardzo mógł to zmienić. Musiał założyć firmę i zarobić pieniądze. Bóg pomaga ludziom, którzy sami sobie pomagają.

Przebywał w Ameryce od ponad dwóch lat. Prawie nie myślał o rodzinie, a jeśli już sobie na to pozwalał, nachodziły go jedynie fragmenty wspomnień. Jako chłopiec zawsze pasjonował się inżynierią; jego ciekawość budził każdy skomplikowany mechanizm, którego działanie opierało się na matematyce. Jego ojciec, hodowca bydła w holenderskim Amersfoort, musiał pracować przez wiele lat, aby zapewnić synowi edukację, i Johann został inżynierem. Tego samego roku, w którym ukończył studia, ojciec z niewiadomego powodu dostał udaru, gdy pędził krowy z pastwiska do obory. Johann zrezygnował wtedy z robienia wielkiej kariery i wrócił na ojcowiznę, by opiekować się matką, niedołężnym ojcem i sześciorgiem młodszego rodzeństwa.

Nikt nie wiedział, co tak naprawdę czuł. Nikt nie wiedział, że kiedy przez wszystkie tamte lata oporządzał bydło, dręczyła go straszliwa, dojmująca frustracja i gorycz. Żałował utraconej szansy, która okazała się tylko pięknie opakowanym pudełkiem, kryjącym nędzarskie szmaciane rękawiczki. Pewnego dnia w 1897 roku wziął od matki drugie śniadanie, pajdę czarnego chleba z serem, i ruszył przed siebie grząską ścieżką. Nigdy więcej nie pokazał się w domu. W snach nawiedzała go zmęczona, pospolita twarz matki, podrygujący, sparaliżowany ojciec, ale za dnia zasłaniał te pełne poczucia winy wizje kolorowymi obrazkami Holandii z czerwonymi chodnikami, biało-czarnymi krowami i pięknym błękitnym niebem, po którym przemykały pierzaste baranki.

Wybłagał miejsce w wozie u dostawcy serów, jadącego do ’s-Gravenhage. Stamtąd na piechotę dotarł do Scheveningen. Ostatnie guldeny wydał na przeprawę do Anglii. Znał tylko dwa angielskie słowa: „tak” i „tolerancja” – to ostatnie jedynie w technicznym znaczeniu, niemające żadnego związku z wolnością religijną, której brak wygnał z ojczyzny tylu Holendrów. Znalazł zatrudnienie jako ślusarz mechanik w Balham, na przedmieściu Londynu. Nocą wracał do zawilgłego pokoju, cuchnącego brudną pościelą i gazem ulatniającym się z nieszczelnych rur. Z Londynu najlepiej zapamiętał deszcz spływający z szarych dachówek, pożółkłe, zadymione niebo i rozpaczliwe poczucie, że jego życie już zawsze będzie tak wyglądać.

Pewnego deszczowego listopadowego wieczoru w 1897 roku zobaczył w witrynie zakładu szewskiego przy Garratt Lane plakat reklamujący przewozy do Nowego Jorku. Na pięknej akwaforcie parowiec linii White Star trzepotał wimplami, śmiało tnąc gładkie fale w drodze do Nowego Świata. Statek wypływał z Liverpoolu w każdą środę. Najtańsze miejsce na pokładzie kosztowało cztery funty. Johann wrócił do domu i otworzywszy puszkę z pieniędzmi, doliczył się nieco ponad jednej czwartej tej sumy, dwudziestu pięciu szylingów.

Przez cały grudzień, styczeń i luty – podczas kąśliwej, obfitującej w gęste śniegi londyńskiej zimy, pod niekończącym się niebem barwy ołowiu – głodził się, oszczędzając na bilet. Boże Narodzenie 1897 roku spędził samotnie w swoim wynajętym pokoju nad talerzem wodnistej owsianki. W walentynki wrzucił do puszki ostatnie brakujące trzy pensy i następnego dnia poszedł do kasy linii okrętowych, by kupić bilet.

Statek z proporczykiem Poczty Królewskiej, sunący dumnie po gładkich wodach, okazał się jedynie wytworem artystycznej wyobraźni. Na chłostanym falami Atlantyku Johann kulił się pod mokrym kocem, słuchając rozpaczliwego płaczu chorych dzieci, kaszlu starców i dudnienia silników, które bez wytchnienia wiozły ich ku nieznanemu przeznaczeniu. Czuł się zniechęcony i osamotniony. Wieczorami nieustannie się modlił.

Wraz z setkami innych emigrantów przeszedł odprawę na Ellis Island. Pierwszego dnia w Nowym Jorku padało od brzasku do zmroku i Johann przemókł do suchej nitki. Po pewnym czasie i pokonaniu wielu mil znalazł pracę w centrum, w Zakładach Mechanicznych Nathaniela, małej firmie produkującej układy hamulcowe do lokomotyw. Właściciel firmy, niemiecki imigrant o przylizanych włosach, noszący szkła połówki i kanarkowe kamizelki, z czasem polubił nowego pracownika i zdradził mu kilka tajemnic prowadzenia takiego interesu jak jego.

– Nieważne, czy jesteś dobry, możesz być nawet geniuszem – mówił, upychając w fajce z morskiej pianki śmierdzący tytoń. – Kiedy masz zakład mechaniczny, musisz wbić ludziom do głowy, że bez ciebie nie dadzą sobie rady. Jeśli ci się to uda, jesteś w domu. No i musisz poszukać sobie przyjaciół. Nieważne, że będzie ci się robiło niedobrze na ich widok. W tym kraju tylko przyjaciel poda człowiekowi pomocną dłoń, obcy najwyżej poczęstuje cię kułakiem, a tu zawsze będziesz miał więcej wrogów niż przyjaciół.

Johann posłusznie kiwał głową i uczył się. Wieczorami, gdy jego szef szedł do domu, wyciągał księgi rachunkowe i ślęczał nad nimi godzinami, dopóki nie poznał struktury finansowej zakładu Nathaniela jak wzoru tapety na ścianie przy łóżku. Dokładnie poznał koszty robocizny i ceny stali – sprężyn, śrub, nitów i części zamiennych.

O dziewiątej wieczorem, po skończeniu pracy, szedł do szkoły wieczorowej przy Bowery i uczył się języka angielskiego u tłustej starej panny, Holenderki z pochodzenia, noszącej czarne flanelowe sukienki i czarne kapelusze z woalką. W weekendy pakował do papierowej torebki kilka kromek chleba z kiełbasą i chodził po ulicach Nowego Jorku, chłonąc widoki i odgłosy miasta. Zwiedził Battery Park i getto; przepychał się wśród barwnych tłumów przy Grand Street i mieszał z Włochami bawiącymi się na Chatham Square. Chodził po zamożnych dzielnicach mieszkalnych i przystawał przed wspaniałymi rezydencjami amerykańskich bogaczy. Pewnego razu pod numerem 26 przy Broadwayu zobaczył samego Johna D. Rockefellera. Milioner miał gęste bokobrody i był ubrany w nieskazitelny ciemny żakiet. Johanna najbardziej zdziwiło, że ten nieprawdopodobnie bogaty człowiek ledwo dorównywał mu wzrostem – a może nawet był nieco niższy.

Podczas miesięcy spędzonych w Nowym Jorku usilnie starał się zdusić w sobie nostalgię za Holandią, ale zdarzało mu się przesiedzieć letni wieczór w Van Cortlandt Park, wspominając kraj i rodzinę. Odwiedził też holenderski cmentarz na Staten Island. Uczynił to bez żadnego wyraźnego powodu, chodził jedynie między grobami i szeptem odczytywał napisy na kamiennych płytach.

Czuł się rozpaczliwie samotny, ale wiedział, że samotność jest immanentną częścią jego przeznaczenia. Będąc sam, mógł ciężej i dłużej pracować. Wkrótce zaprzyjaźnił się z dwoma kolegami z zakładu – młodym Irlandczykiem, Dannym O’Sullivanem, i żydowskim jąkałą, Irą Greenbaumem. Czasem wychodzili razem na miasto i zjadali lunch w porcie. Dwukrotnie umówił się z poznaną w szkole wieczorowej pulchną młodą Włoszką. Za pierwszym razem poszli na koncert operetkowy na Broadwayu, za drugim zabrała go do siebie, na Washington Street, i przedstawiła rodzicom. Nakarmili go gołąbkami z jagnięciną i napoili muszkatelem, po czym, ku jego bezbrzeżnemu zdumieniu, pogratulowali mu bliskiego małżeństwa z ich córką. Po tym wydarzeniu przez dwa tygodnie nie zaglądał do szkoły, a kiedy w końcu zdobył się na odwagę i przyszedł na zajęcia, dziewczyny już na nich nie było.

Na początku lata 1900 roku zarabiał sześć dolarów i trzydzieści pięć centów tygodniowo i pewnego czerwcowego przedpołudnia stary Nathaniel dał mu do zrozumienia, że czeka go awans. Podczas weekendu wybrał się na spacer Piątą Aleją i przez całe popołudnie wałęsał się między drogimi powozami z woźnicami w cylindrach, damami w futrach, piórach i brylantach oraz paniczykami w wykrochmalonych białych koszulach i robionych na miarę butach. Potem usiadł na jednej z kamiennych ławek stojących przed biblioteką przy Czterdziestej Drugiej Ulicy. Gołębie kręciły mu się między nogami, a on wygrzebywał z kieszeni twarde herbatniki i jadł je, oddając okruszki ptakom. Właśnie wtedy postanowił, że zostanie bogaty.

Zaoszczędził u Nathaniela wystarczająco dużo pieniędzy, aby stać go było na dwa ważne wydatki – kupił bilet na parowiec płynący do teksańskiego Galveston, po czym z wózka przy East Side wybrał używany garnitur i koszulę. Zaraz potem spakował swoją zniszczoną brązową walizkę i opuścił Nowy Jork, nie zostawiając żadnej wiadomości i z nikim się nie żegnając.

Kiedy tego dnia siedział w jadłodajni Parsonsa w Broughton, był tak samo biedny jak wcześniej, jednak teraz miał przed sobą jasno określony cel. Zresztą był to nie tylko cel, ale również sposób na dalsze życie. Granica między bogatymi i biednymi była dla niego oczywista i nie miała żadnego związku z ciężką pracą ani ze szczęściem. Żeby być bogatym, trzeba było urodzić się bogatym. Jeszcze nikt bez grosza przy duszy nie dorobił się fortuny. Bogactwo się osiąga, mądrze używając posiadanych pieniędzy, wielkie zasoby tworzy się z mniejszych. Kiedy tylko zgromadzisz tyle dolarów, że masz ich dość, aby nie wydać wszystkiego na dach nad głową, ubranie oraz miskę solonej wołowiny z kluskami, dysponujesz środkami umożliwiającymi wydostanie się z biedy i osiągnięcie zamożności. Dla finansisty pieniądz jest takim samym niezbędnym narzędziem jak dla cieśli młotek.

Jego problem polegał na tym, że nie miał pieniędzy. Podczas wielomiesięcznej pracy w Nowym Jorku zaoszczędził jedynie tyle, że wystarczyło na podróż, i teraz miał w kieszeni tylko dziesięć dolarów, które musiały zapewnić mu jedzenie oraz utrzymanie przynajmniej przez miesiąc. Doszedł do wniosku, że z braku prawdziwych pieniędzy musi posłużyć się wyimaginowanymi. Stworzy pozory zamożności i posługując się iluzją dostatku, osiągnie prawdziwy dostatek. Właśnie dlatego – mimo braku zaproszenia – w starannie wyprasowanym garniturze i wykrochmalonej koszuli poszedł na sobotnie przyjęcie dla miejscowej socjety i starał się zawrzeć znajomość z każdym, kto choć trochę liczył się w Broughton.

Uznał, że Mullinerowie to dobra znajomość.

Siedzący obok niego człowiek o spoconej twarzy, robotnik kolejowy układający tory, wpatrywał się chciwie w jego kawałek chleba. Niewątpliwie miał nadzieję, że jego sąsiad najadł się już do syta i coś zostawi. Johann uniósł głowę i napotkał jego wzrok. Mężczyzna nie odwrócił głowy. Miał zapadnięte policzki i chude, pokryte bliznami palce.

Johann powoli wsunął do ust kromkę i demonstracyjnie odgryzł kęs. Tamten obserwował każdy ruch jego szczęk, jakby liczył na to, że Johann rozmyśli się w połowie przeżuwania i zostawi mu resztę. Dopiero kiedy ostatni kawałek chleba zniknął, opuścił oczy i z powrotem zabrał się do swojego chudego kapuśniaku.

Johann uważał, że nikt, kto rozdaje centy, nie zarobi nawet jednego dolara. Wyczytał gdzieś, że gdyby najbogatszy człowiek w Ameryce postawił wszystkim w kraju stek na kolację, tego samego wieczoru zostałby bankrutem. Zarabianie pieniędzy i puszczanie ich w ruch było na dłuższą metę o wiele pożyteczniejszą i bardziej dobroczynną działalnością niż ich rozdawanie. I chociaż robotnik kolejowy patrzył na niego z urazą, Johann wiedział, że Pan go rozumie i stoi po jego stronie.

Następnego ranka włożył na siebie swoje najlepsze ubranie i wyszedł z pensjonatu, w którym się zatrzymał. Dom był czysty i odeskowany, ale biedny. Stał na rogu Lubbock Street, obok zagród dla krów. Broughton wzbogaciło się na handlu i transporcie bydła, ale teraz były tu również zakłady metalowe produkujące kuchenki oraz firma rusznikarska T.F. Puseya. Johann przeprowadził już rozpoznanie, przechadzając się w robotniczym ubraniu przy bramach obu fabryczek i wyrabiając sobie opinię na temat wytwarzanych artykułów oraz mocy produkcyjnej zakładów i ich potrzeb.

Denerwował się i pocił. Na Szóstej Ulicy zatrzymał się, wyjął z kieszeni pogniecioną białą chusteczkę do nosa i wytarł nią ręce. Potem skręcił w Piątą i skierował się do siedziby Broughton National Bank, okazałego budynku stojącego po północnej stronie ulicy. Pchnął mahoniowe wahadłowe drzwi prowadzące do wykładanego marmurem wnętrza i podszedł do wysokiego kontuaru.

– Tak? – odezwał się kancelista w okularach.

– Jestem umówiony z panem Greavesem – oznajmił Johann. – Nazywam się Cornelius. Johann Cornelius.

– Tak, proszę pana – odparł urzędnik, po czym podszedł do drzwi gabinetu dyrektora i zapukał.

Pan Greaves był wysokim, chudym, nerwowym człowiekiem. Co chwila zdejmował i zakładał okulary, wyjmował zegarek, unosił kopertę i zamykał ją z trzaskiem, przeczesywał ręką swoje rzadkie siwe włosy, pokasływał, zakładał nogę na nogę, po czym z powrotem stawiał ją na podłodze.

Zaprosił Johanna do środka, wskazał mu fotel i usiadł za swoim wielkim biurkiem z blatem obitym skórą.

– Hm, panie Cornelius, słyszałem o panu… – zagaił, wiercąc się w fotelu.

Johann uniósł brwi. Najwyraźniej w tak małej mieścinie wieści rozchodziły się bardzo szybko. Skromnie opuścił wzrok i spytał:

– Mam nadzieję, że dobre rzeczy, panie Greaves?

Bankowiec się uśmiechnął.

– Oczywiście, panie Cornelius. Oczywiście.

Johann odpowiedział mu uśmiechem. Zdawał sobie sprawę z tego, że siedzi zbyt sztywno i kurczowo zaciska palce na rondzie czarnego melonika. Ale wiedział też, że ta rozmowa może zadecydować o tym, czy uda mu się przekroczyć granicę między bogactwem i ubóstwem. Wiele lat później powiedział jednemu ze swoich dzieci: „To był wóz albo przewóz, jedna z tych chwil, kiedy wiesz, że grasz o całe swoje życie, i musisz walczyć do upadłego”.

Spróbował się rozluźnić. Czując pod palcami twarde rondo kapelusza, powiedział cicho:

– Jestem inżynierem.

Greaves znów się uśmiechnął.

– Tak, wiem o tym.

– Rozważam otwarcie w Broughton własnego interesu. Przyjechałem z Nowego Jorku. Byłem tam wspólnikiem w firmie produkującej układy hamulcowe i dowiedziałem się, że w Teksasie brakuje inżynierów, więc przyjechałem tutaj.

– Rozumiem – mruknął Greaves, choć ton jego głosu wcale nie wskazywał, że cokolwiek rozumie.

– Słyszałem, że Teksas rośnie jak na drożdżach. Macie tu bydło, ropę naftową i bardzo potrzebujecie transportu…

– Owszem – potwierdził bankier.

Założył nogę na nogę, ale zaraz zmienił zdanie i postawił ją z powrotem na podłodze. Popatrzył niecierpliwie na Johanna, jakby nie mógł się doczekać chwili, kiedy jego gość wyjaśni, z czym przyszedł, i zostawi go w spokoju.

– No i… że tak powiem… – wydukał Johann, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

Greaves wiercił się w fotelu, a im bardziej się wiercił, tym trudniej było Johannowi się wysłowić. Nagle to, z czym tu przyszedł, wydało mu się tak niedorzeczne, że miał ochotę przeprosić, pożegnać się i wycofać rakiem.

Nie mógł tego jednak zrobić, bo straciłby twarz.

– No i… więc myślę, że w Broughton bardzo przydałyby się zakłady naprawcze…

– Zakłady naprawcze? – powtórzył Greaves.

– Tak… to znaczy zakłady mechaniczne… myślę, że te wszystkie maszyny… lokomotywy, tokarki, silniki parowe i tak dalej… często się psują, więc trzeba je naprawiać.

Zamilkł, targany coraz większymi wątpliwościami. Grał o pieniądze, jakich nie widział przez całe swoje dotychczasowe życie, a nawet nie potrafił sklecić prostego zdania. Był tak rozgorączkowany i spocony, że gabinet bankiera wydał mu się nagle pozbawiony powietrza i klaustrofobiczny jak zatrzaśnięty sejf.

Greaves otworzył dużą srebrną papierośnicę, podsunął mu ją i spytał:

– Papieroska?

Johann odmownie pokręcił głową.

– Więc… myślę, że…

Greaves, zapalił papierosa i wydmuchał dym.

– Tak, panie Cornelius?

Zapach dymu tytoniowego sprawił, że Johann spocił się jeszcze bardziej. Pomyślał, że musi natychmiast wyjść – nie tylko z gabinetu, ale także z budynku – i stanąć na ulicy, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Weź się w garść, nakazał sobie, wpatrując się w denko swojego kapelusza. Weź się w garść i powiedz mu, czego chcesz. Jeśli teraz ci się nie uda, to nigdy.

– Jestem przekonany, że Broughton bardzo potrzebuje takich zakładów – powiedział powoli. – I dlatego chciałbym je tu zbudować. Spędziłem w mieście kilka dni, zajrzałem do fabryk, przepytałem paru agentów handlu nieruchomościami i doszedłem do wniosku, że cała rzecz jest realna. Nie tylko realna, ale także bardzo zyskowna.

Abstrakcyjne, wyuczone w szkole wieczorowej pojęcia gładko spływały z jego ust.

Greaves wygodnie rozparł się w fotelu, paląc papierosa. Mimo że był rozluźniony, nie mógł usiedzieć spokojnie. Nieustannie przekładał papierosa z ręki do ręki i obracał go w palcach, co jakiś czas zaciągając się dymem.

Johann nadal siedział sztywno, trzymając stopy razem. Jego wypolerowane buty stały równo obok siebie jak w niewidzialnym pudełku.

– No tak… – mruknął w końcu Greaves. – Ile chce pan pożyczyć?

Johann nerwowo oblizał wargi. Przez chwilę wydawało mu się, że stanie się cud i naprawdę dostanie to, czego chciał. Zaraz jednak uświadomił sobie, że choć pożyczanie pieniędzy to zajęcie dyrektora banku, pytanie, ile chciałby pożyczyć, niekoniecznie oznaczało, że bankowiec pochwala jego pomysł i uważa go za wiarygodnego.

– Około… dziesięciu tysięcy dolarów.

– Około dziesięciu tysięcy dolarów? Rozumiem. Plus minus ile więcej?

Johann uśmiechnął się niepewnie.

– Plus minus pięć centów więcej.

Bankier wybuchnął śmiechem i śmiał się, dopóki jego śmiech nie zamienił się w charkot, a charkot w duszący kaszel.

– Przepraszam – powiedział, ocierając usta zieloną chustką do nosa. – Nie powinienem tyle palić.

Johann wzruszył ramionami.

– Słyszałem, że to szkodzi na serce – rzekł. Nic innego nie przyszło mu do głowy.

– Wszystko, co robi dyrektor banku, szkodzi na serce – zauważył Greaves. – Lekarz stwierdził, że powinienem pojechać na pół roku nad morze, żeby podreperować zdrowie. Powiedział, że nie wolno mi pić ani palić i każdego ranka powinienem chodzić wokół trawnika… żeby go cholera. Gdybym go posłuchał, po trzech dniach leżałbym w grobie. Sześć razy dziennie łykam nitroglicerynę, cztery razy dziennie pepsynę, a i tak czuję się jak zbity pies.

Johann uśmiechnął się uprzejmie.

– Więc… jeśli chodzi o te dziesięć tysięcy dolarów…

Greaves znów założył nogę na nogę i z powagą pokiwał głową.

– Hm… – mruknął. – Dziesięć tysięcy dolarów to bardzo dużo pieniędzy. Zakładam, że ma pan jakiś plan tej swojej inwestycji. Zestawienie finansowe, koszty robocizny i materiałów, wysokość zatrudnienia… tego rodzaju rzeczy.

Johann sięgnął do kieszeni. Z kupionej wczorajszego popołudnia czystej grubej koperty wyjął kartki zestawień finansowych, które przygotował w Nowym Jorku, wzorując się na księgach Nathaniela. Przesunął je po blacie biurka i Greaves w milczeniu przeglądał je przez pięć minut, lekko marszcząc kościste czoło i muskając czubkami palców brzegi kartek.

Johann rozluźnił się trochę i rozejrzał po gabinecie. W kącie rozpierał się misternie zdobiony sześćsetfuntowy sejf Fireking, na którym stała sepiowa fotografia pani Greaves. Drugi kąt zajmowała wysoka szafka na akta. Na szufladach były przylepione schludnie wypisane etykiety z nazwami miejscowych firm. Kiedy otrzymasz tu szufladę, oznacza to, że jesteś godny zaufania, pomyślał. Masz pieniądze. Zrobiłeś pierwszy krok na drodze do majątku. Siedząc przed Greavesem, czuł się jak nędzarz, imigrant bez centa przy duszy. Nie posiadał nic poza nędznym, używanym ubraniem, które miał na grzbiecie. Jeszcze nie wiedział, jak smakuje prawdziwe bogactwo, ale z pewnością dobrze poznał smak biedy. Na chwilę przymknął oczy i złożył ręce, modląc się do Boga o pokierowanie jego krokami.

Rozległ się szelest kartek.

– Panie Cornelius… – zaczął Greaves.

Johann szybko otworzył oczy.

– To zestawienie sprawia znakomite wrażenie. Od lat nie widziałem równie przekonującego planu inwestycji. Zwykle mam do czynienia z ludźmi, którzy przynoszą mi kilka liczb nagryzmolonych na starej torebce po cukrze i oczekują, że na tej podstawie pożyczę im pieniądze.

Zachichotał i Johann również się cicho zaśmiał. Był spięty jak kot, który podkrada się do dwa razy większego od niego ptaka.

– Mówi pan, że rozmawiał z agentem handlu nieruchomościami? – spytał Greaves.

Johann kiwnął głową.

– Przy Czwartej Ulicy stoi pusty magazyn, który akurat by mi pasował – odparł. – Obejrzałem go wczoraj. Chcą za niego trzy dolary dziewiętnaście centów tygodniowo.

Bankier zaciągnął się papierosem.

– Hm, myślę, że można by nieco zbić ten czynsz… Czwarta to nie aleja milionerów.

– Może i tak, ale biegnie w pobliżu parowozowni i fabryk, a to się liczy.

Greaves popatrzył na niego uważnie.

– Rozumiem. A co z zabezpieczeniem?

To był krytyczny moment. Johann poczuł, że brakuje mu tchu w piersiach, i nie potrafił wykrztusić niczego sensownego.

– Mam nadzieję, że nie mówimy o niezabezpieczonej pożyczce – powiedział Greaves i znowu zachichotał, jakby pomysł niezabezpieczonej pożyczki był zabawniejszy od wszystkich komiksów razem wziętych.

Johann wybąkał cichym, łamiącym się głosem:

– Panie Greaves, zdaję sobie sprawę, że pewnie oczekuję zbyt wiele, ale jeśli mam być do końca szczery, to cóż… jestem zmuszony prosić pana o dziesięć tysięcy dolarów bez zabezpieczenia.

Zapadła cisza.

Bankier wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym pokręcił głową.

– Panie Cornelius, bardzo mi przykro…

– Niech pan nie mówi, że jest panu przykro – przerwał mu Johann. – Proszę tylko wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.

Greaves westchnął.

– Oczywiście, że pana wysłucham. Jednak chyba pan wie, że w żadnym wypadku nie możemy pożyczać pieniędzy bez gwarancji. Oczywiście jesteśmy gotowi podjąć pewne ryzyko, ale jeśli dałbym panu pieniądze wyłącznie na słowo, zaraz inni zgłosiliby się z podobnym żądaniem, i jak by to się skończyło? Gdybym byle komu udzielał pożyczek, wkrótce miałbym pusty sejf.

– Ja nie jestem „byle kto” – oświadczył Johann.

Greaves się uśmiechnął.

– Wiem. Na pewno nie jest pan byle kim we własnych oczach i zapewniam pana, że w moich również nie. Jednak z żalem muszę stwierdzić, że w oczach rady nadzorczej banku jest pan byle kim. Nawet nie ma pan u nas rachunku.

Johann wyjął swoje ostatnie dziesięć dolarów, dziesięć wygniecionych jednodolarowych banknotów, i położył je na blacie biurka.

– Jeśli zgłasza pan takie zastrzeżenie, w takim razie otwieram rachunek.

Greaves pokręcił głową.

– To nie zastrzeżenie. Słyszałem o panu pozytywne opinie od paru ludzi w tym mieście. Jestem przekonany, że nie brak panu znaczących środków. Ale dziesięć tysięcy dolarów…

Johann położył rękę na okrytym skórą blacie biurka.

– Panie Greaves, jeśli pożyczy mi pan dziesięć tysięcy dolarów, nigdy w życiu pan tego nie pożałuje.

– Z całym szacunkiem, panie Cornelius, jeśli pożyczę panu dziesięć tysięcy dolarów bez zabezpieczenia i rada nadzorcza mojego banku się o tym dowie, mogę nawet nie dożyć chwili, w której mógłbym tego pożałować.

– Przyniosę panu list – dodał Johann.

– Jaki list?

– Od wszystkich ludzi w Broughton, którzy chcą korzystać z usług moich zakładów naprawczych. Jest wśród nich wielu biznesmenów. Z pewnością chętnie udzielą gwarancji na pańską pożyczkę w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów.

Greaves kręcił młynka palcami i rozważał to, co właśnie usłyszał.

– Myślę, że przecenia pan biznesmenów z Broughton, panie Cornelius – powiedział po chwili. – To banda sukinsynów bez serca.

♦ ♦ ♦

Tydzień później Johann szedł Beaumont Street ze zwieszoną głową – jak człowiek, który idzie załatwić pogrzeb swojej matki. Zrobiło się chłodniej i znad oceanu napływało świeże powietrze. Liście palm szeleściły cicho, kwiaty na rabatkach drżały. Johann miał na sobie ten sam ciemny garnitur, który włożył, gdy udawał się do banku, oraz ten sam melonik, a jego czarne buty znów były wyszczotkowane do połysku.

Kiedy doszedł do numeru 15, zatrzymał się. Był to wolno stojący dom z drewnianymi kolumienkami i cienistą werandą, otoczony drzewami i pomalowanym na biało płotem. Spowijał go ciężki zapach kwiatów, a z liściastej gęstwiny ogrodu dobiegał głos murzyńskiej służącej, śpiewającej Szybką Ellę. Johann podszedł do furtki, patrząc na ścieżkę prowadzącą do imponujących drzwi frontowych, i ponownie poczuł ostre ukłucie niepewności i niepokoju.

Nadstawcie uszu, a wnet się dowiecie,

Co dnia tamtego spotkało Szybką Ellę…

Otworzył furtkę i ruszył dalej. Z kieszonki na piersiach wyjął czystą, białą wizytówkę i pociągnął za sznur lśniącego dzwonka z brązu. Z głębi domu dobiegło stłumione „ding-dong”. Johann stał na werandzie, przestępując z nogi na nogę, stukając wizytówką w dłoń i czekając, aż ktoś otworzy drzwi. Na balustradzie werandy obok niego usiadł mały ptaszek, zaświergotał i odleciał.

Murzynka śpiewała:

Do miasta Ella poszła, miłości skosztować,

Posłuchajta teraz, co Bill Morton zmalował…

Czarne drzwi uchyliły się nieco i wyjrzała z nich biała pokojówka.

– Tak? – zapytała.

– Ja… ja z wizytą do państwa Mullinerów.

Służąca szerzej uchyliła drzwi. Była drobną dziewczyną w koronkowym fartuszku.

– Pana Mullinera nie ma w domu, a pani właśnie odpoczywa.

Johann odchrząknął.

– W takim razie zostawię tylko wizytówkę.

Podał ją pokojówce. Zamówił pięćdziesiąt sztuk w nadziei, że przydadzą mu powagi. Wykaligrafowano na nich: „Johann Cornelius, przemysłowiec”.

Pokojówka wzięła wizytówkę i przeczytała ją.

– Dobrze, proszę pana – powiedziała. – Dopilnuję, żeby pan Mulliner ją otrzymał. Miłego dnia, proszę pana.

– Ja również życzę miłego dnia – odparł Johann.

Drzwi się zamknęły i został na werandzie sam. Wrócił ścieżką do furtki, nadal zwieszając głowę. Wyglądał jak człowiek, który mimo usilnych starań w końcu zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego czas się kończy i wielka szansa, na którą tak bardzo liczył, może się nigdy nie pojawić. Dwa lata pracy w Nowym Jorku obudziły w nim nadzieję na nowe życie i wiarę, że może wreszcie uda mu się stworzyć podstawy fortuny. Teraz jednak, mając w kieszeni tylko trzy dolary i siedemdziesiąt pięć centów, musiał wrócić do pracy za dniówkę, która zaspokoiłaby jego najbardziej podstawowe potrzeby – głód, pragnienie i dach nad głową. Ale skoro taka właśnie była wola Boga, nie mógł się jej sprzeciwiać.

Nie był zbyt skomplikowanym człowiekiem, jednak czasami trudno mu było siebie zrozumieć. Był jednocześnie nieśmiały i uparty; ambitny i ostrożny, agresywny i bojaźliwy. Wierzył we własne siły, ale dopuszczał też możliwość interwencji Boga w swoje sprawy. Nigdy się nie oszczędzał i nie czuł zbytniego współczucia dla swoich bliźnich. Urzekały go wizje ogromnych bogactw, luksusów i przywilejów, które mogło zapewnić bogactwo, choć nawet się nie zastanowił, czy jeżdżenie eleganckimi powozami, picie doskonałych win i jedzenie wykwintnych potraw będzie mu sprawiać przyjemność, czy też nie. Nie miał żadnego wykształcenia w dziedzinie sztuki lub muzyki i bardzo niewiele wiedział na temat historii czy kultury. Potrafił odróżnić ładną melodię od marnej i wiedział, że należy nosić czystą koszulę, jednak na tym jego ogłada się kończyła. Kiedy się z nim rozmawiało, czuło się płonącą w nim nieugiętą wiarę, ale po chwili budziło się pytanie: w co ten człowiek tak naprawdę wierzy?

Stał na rogu ulicy, pomiędzy ocienionymi, pokrytymi starannie przystrzyżonymi trawnikami posesjami Wyścigów, dzielnicy zamieszkanej przez najznakomitszych obywateli Broughton, i usiłował podjąć decyzję, co dalej. Ostatnie cztery dni strawił na rozmowach z kierownikami fabryk i dyrektorami linii kolejowych, ale wszędzie odprawiono go z kwitkiem. Nie chodziło o to, że jego pomysł otwarcia zakładów naprawczych nie wzbudził zainteresowania, jednak nikt z miejscowych biznesmenów nie dysponował wolnymi środkami, a gdyby nawet tak było, z pewnością wolałby je przeznaczyć na swoje własne przedsiębiorstwa.

Rusznikarz Pusey pogładził rude bokobrody, pokręcił głową i powiedział:

– Gdybym miał próbować tu szczęścia z dziesięcioma tysiącami dolarów, prędzej bym wsiadł na parowiec kursujący po Missisipi i postawił wszystko przy stole do faraona.

Johann podjął ostatnią próbę – zaczął szukać znajomości wśród socjety Broughton, rozpaczliwie wierząc, że w końcu ktoś zamożny podżyruje mu pożyczkę.

Kiedy miał już przejść na drugą stronę ulicy, usłyszał piskliwy głos, wykrzykujący jego nazwisko. Odwrócił się i zobaczył służącą spod numeru 15. Biegła w jego stronę, unosząc spódnicę i machając wizytówką.

– Panie Cornelius! Panie Cornelius!

Po chwili dopadła go zdyszana i zaczerwieniona.

– Panie Cornelius… Dałam pańską wizytówkę pani Mulliner i zapytała, czy nie zechciałby pan wypić z nią przedpołudniowej kawy.

Johann uniósł brwi.

– Kawy… teraz?

– Tak, proszę pana. Powiedziała, że sprawi jej pan straszny zawód, jeśli pan nie przyjdzie.

– W takim razie chyba nie wolno mi jej zawieść – odparł Johann. – Chyba jednak mówiłaś, że właśnie zażywa odpoczynku.

– Zażywała, proszę pana – odparła służąca. – Ale kiedy się dowiedziała, kto przyszedł z wizytą, zmieniła zdanie i zdecydowała, że napije się z panem kawy.

– Bardzo mi to pochlebia – powiedział Johann, wracając ze służącą do domu. – Naprawdę.

Wnętrze rezydencji Mullinerów był ciemne, zatęchłe i urządzone w przeładowanym późnowiktoriańskim stylu. Potężny dębowy kredens z ozdobnymi nogami, rzeźbieniami na froncie i mosiężnymi uchwytami w kształcie muszli przytłaczał przedpokój. W rogu stał stojak na parasole wykonany ze słoniowej nogi, a obok niego krzesło. Na ścianach wisiały ponure sztychy przedstawiające kanadyjskie lasy oraz olejny obraz ukazujący łosia z anatomicznym defektem karku.

Służąca zaprowadziła Johanna do saloniku i kazała mu czekać. Wyjaśniła, że pani Mulliner „właśnie się robi” i zaraz zejdzie.

Jeśli przedpokój miał robić wrażenie na gościach, to zadaniem salonu było rzucenie ich na kolana. Okna ozdobiono ciężkimi zasłonami w kolorze burgunda, za którymi wisiały firanki w wielkie nieregularne oka. Ponaszywane na nich koronkowe kosze z różyczkami przepuszczały niewiele światła. Półkę na okapie kominka przykrywała serweta z zielonego aksamitu w wodne lilie, obszyta jedwabnymi frędzelkami. Stały na niej dagerotypy, gliniane figurki, donice z zielistkami, przyciski do papieru, tykające i dzwoniące zegary, srebrny kandelabr i najrozmaitsze pamiątki. Pięcioczęściowy zestaw mebli salonowych – kanapa, trzy fotele i bujak – był utrzymany w groteskowo ponurym neogotyckim stylu i obity szkarłatnym aksamitem. Stanowił torturę dla oczu – i prawdopodobnie także dla ciała. Ściany pokrywały tapety w brązowe roślinne wzory, na których wisiały liczne szkice, rysunki i wyszywanki. Najwyraźniej pani Mulliner sądziła, że nie tylko posiada talenty dekoratorskie, ale jest także bardzo biegła w posługiwaniu się igłą i nićmi.

Przechadzając się po salonie, Johann miał wrażenie, że brodzi między podstawkami, doniczkami z aspidistrami, stoliczkami, cokolikami i serwantkami z porcelaną cumującymi wśród zalewu śmiecia uwielbianego przez teksańską klasę średnią. W powietrzu wisiała dusząca woń trociczek i Johann natychmiast poczuł, że brakuje mu powietrza.

Czekał pięć minut, chodząc po tureckim dywanie, zanim Beatrice Mulliner zamaszyście odsunęła portiery i wkroczyła do salonu.

– Witam, panie Cornelius – przywitała go z westchnieniem, jakby był dawno niewidzianym przyjacielem domu. Uniosła wysoko dłoń, podając mu ją do pocałowania. – Jak to wspaniale, że przyszedł pan do mnie z wizytą.

Johann dotknął ustami brylantów i szafirów pani domu, jednocześnie usiłując się ukłonić.

– Cała przyjemność po mojej stronie, pani Mulliner. Po prostu przechodziłem obok, to wszystko. Poznałem panią i pani małżonka na przyjęciu u państwa Edmundsów, więc chciałem złożyć wyrazy szacunku.

– Szacunku? – powtórzyła Beatrice Mulliner, trzepocząc rzęsami. – Jest pan cudowny. Proszę, może zechce pan usiąść? Wiele słyszałam o panu i wprost nie mogę się doczekać, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

Usiedli – Johann na kanapie, sztywny jak deska, a Beatrice Mulliner wdzięcznie upozowana na pobliskim fotelu.

– Lubi pan tort orzechowy? – spytała prowokacyjnym, zmysłowym tonem. – Ja uwielbiam. Mogłabym go jeść aż do pęknięcia, ale muszę uważać na figurę. Nie wolno mi sobie za bardzo folgować.

Johann stwierdził, że Beatrice Mulliner ma znakomitą figurę. Była drobną brunetką o delikatnych, proporcjonalnych rysach twarzy i bardzo dużych, nieco kocich oczach o długich rzęsach. Jej usta wydawały się trochę rozmyte, ale długa, kremowobiała szyja, ozdobiona lśniącym naszyjnikiem z siedmiu sznurów dżetów, wynagradzała to z naddatkiem. Miała na sobie domową kaszmirową suknię koloru bladego błękitu z szerokim, wykończonym koronką kołnierzem, długimi rękawami i koronkowymi mankietami. Sznurowanie gorsu z przodu sięgało do nasady szyi, a na plecach zbiegało do szczupłej talii. Spod rąbka sukni wystawały błękitnoszare jedwabne pantofelki.

Było w Beatrice Mulliner coś, co bardzo pociągało Johanna i jednocześnie przyprawiało go o głęboki niepokój. Z jednej strony godna szacunku zamożna dama z dobrego towarzystwa, z drugiej niezwykle atrakcyjna i przemawiająca do męskich zmysłów osóbka. Kto w zapadłym teksańskim miasteczku spodziewałby się takiej kobiety, mającej za męża noszącego bokobrody ramola, starszego od niej o dziesięć lat? Nie ulegało wątpliwości, że Beatrice Mulliner jest zagadką – choć czy była to zagadka, którą mężczyzna może rozwiązać, nie łamiąc przy tym przykazań Pana Boga, stanowiło zupełnie osobną kwestię.

Służąca przyniosła kawę i tort orzechowy na porcelanie w różyczki, którą postawiła na niskim stoliczku. Pani Mulliner sama zabrała się do nalewania kawy. Johann, który po osobie z dobrego towarzystwa spodziewał się rygorystycznego przestrzegania zasad etykiety, był tym nieco skonsternowany.

– Ma pani piękny dom, pani Mulliner – powiedział sztywno.

Uśmiechnęła się do niego i zauważył, że ma szparki między zębami.

– Nie powinieneś mówić do mnie „pani”. To takie oficjalne… Znajomi mówią mi „Bea”, kiedy są w uczuciowym nastroju.

– No tak… – mruknął, biorąc talerzyk z kawałkiem tortu i stawiając go sobie na kolanie. Swobodne zachowanie gospodyni sprawiało, że sam czuł się okropnie niezgrabny i nieokrzesany.

– Ale na moim firmamencie próżno by wypatrywać gwiazdy uczucia, wyobrażasz to sobie? – dodała Beatrice. – Czy uwierzyłbyś, Johannie, że można pragnąć miłości równie mocno jak tortu orzechowego?

Johann miał pełne usta i kiedy próbował coś odpowiedzieć, prychnął na podołek okruchami tortu.

– Nie mam pojęcia – wymamrotał, oblewając się rumieńcem.

Beatrice westchnęła.

– Wierzę, że miłość jest pokarmem, Johannie. Nie przeszkadza ci, że zwracam się do ciebie po imieniu, prawda? Wierzę, że miłość jest w takim samym stopniu pokarmem jak wołowina i jarmuż.

– Przepraszam… – wybąkał. – Nie bardzo rozumiem.

Pokręciła głową. Jej zaczesane do góry włosy, wyszczotkowane i upięte, lśniły w łagodnym słonecznym blasku, wpadającym przez ozdobne koronkowe firanki.

– Nieważne. To jedna z tych rzeczy, które nie mają szczególnego znaczenia. Widzisz, Liddy nie przepada za rozmowami o miłości, więc nie pozostaje mi nic innego, jak robić dobrą minę do złej gry.

– Liddy?

– Och… to mój mąż. Mówię do niego Liddy, ale naprawdę ma na imię Lidmore. Czy to nie dziwne? Wyobrażasz sobie, że jego rodzice byli Irlandczykami? Ci ludzie są zdolni do wszystkiego. Czy wiesz, że Liddy śpiewa przez sen?

Johann upił łyczek kawy.

– To rzeczywiście niezwykłe – mruknął.

– Ma słabość do popularnych piosenek – dodała Beatrice. – Pewnej nocy, po proszonej kolacji u Greavesów, zaczął śpiewać I’m Old, But I’m Awfully Tough. Uwierzyłbyś? Spał przy tym tak głęboko, że kiedy opowiedziałam mu o tym rano, okazało się, że niczego nie pamięta.

Johann odstawił filiżankę z kawą.

– Pani Mulliner… Beatrice… mam wrażenie, że żartujesz sobie ze mnie.

Uśmiechnęła się.

– Może trochę, ale to tak miło mieć męskie towarzystwo… To znaczy towarzystwo prawdziwego mężczyzny. Czasem daję się wtedy ponieść emocjom.

– Niezbyt dobrze się orientuję, co może interesować damy. Tak się składa, że zawsze musiałem mieć inne rzeczy na względzie.

Jego wyznanie zaintrygowało Beatrice.

– Doprawdy? Na Boga! Co może być ważniejsze od tego?

Johann spuścił oczy.

Beatrice pochyliła się i położyła mu rękę na dłoni.

– Janet, moja pokojówka, powiedziała mi, że napastowałeś ją na ulicy. Podobno byłeś ubrany jak robotnik. Była bardzo oburzona… zwłaszcza kiedy nie chciałeś jej zapłacić za rozgłoszenie twojej ploteczki.

Uniósł głowę.

– Opowiedziała ci o tym?

– Ależ oczywiście. Janet zdarza się popełnić takie czy inne głupstewko i zawsze okropnie się grzebie, ale całkiem dobrze się dogadujemy, naturalnie w granicach tego, co wypada pani i służącej. Ona nawet nie wie, jak bardzo się cieszę, że mnie o wszystkim informuje. Widzisz, lubię wiedzieć, co się dzieje.

Johann odstawił talerzyk na stolik.

– I do jakich wniosków doszłaś? – spytał. – To znaczy… kiedy Janet ci o tym powiedziała?

– Nie doszłam do żadnych wniosków poza jednym: że wszystko, co ludzie mówią na twój temat, wymyka się jakimkolwiek wnioskom – odparła. – Obserwuję cię, od kiedy pojawiłeś się niezaproszony na garden party u Edmundsów. Nie obraź się, ale sądzę, że dziwna z ciebie figura.

Uśmiechnął się lekko.

– Myślę, że prawda na twój temat może mieć dwa oblicza – dodała Beatrice, nadal dotykając jego dłoni.

– Och… Jakie?

– Myślę, że albo jesteś bardzo bogaty i zjawiłeś się w Broughton, żeby nas olśnić i wstrząsnąć nami, albo…

– Albo co? – spytał lekko schrypniętym głosem.

– Albo… jesteś biedny jak mysz kościelna – odparła cicho.

Zapadło długie milczenie. Beatrice świdrowała go wzrokiem, a on patrzył na talerzyk z resztkami tortu orzechowego. Zegary na półce kominkowej zaczęły wybijać jedenastą. W końcu Johann powiedział:

– Twój mąż jest bardzo zamożnym człowiekiem…

– I co z tego? Jest zamożny, ale nic poza tym.

– Nic poza tym?

Beatrice obróciła pierścionek na palcu.

– Biedny Liddy… zamożność to jego jedyny tytuł do chwały.

Johann odchrząknął.

– Wolałbym raczej nie…

– Wiem, że wolałbyś raczej nie – przerwała mu Beatrice. – Wszyscy woleliby raczej nie. Liddy to słodki, godny szacunku dżentelmen. Jest filarem socjety Broughton i w Święto Dziękczynienia wszyscy się za niego modlimy. Każdy wolałby nic nie mówić o Liddym, bo Liddy to święty.

– Słyszę w twoim głosie gorycz. Skąd to przygnębienie?

Beatrice się roześmiała.

– Drogi Johannie, dobra materialne to nie lekarstwo na uczuciowe ubóstwo. Spójrz na ten pokój. Wspaniały, nieprawdaż? W tym domu są najlepsze rzeczy, jakie można kupić za pieniądze. A teraz jeszcze kupujemy pojazd, który nie potrzebuje koni, żeby jeździć. Ale brak tu tego, bez czego miłość umiera.

– Beatrice, nie sądzę… – zaczął Johann.

Westchnęła.

– Wiem. Znów paplę o miłości. Pewnie uważasz, że jestem straszną nudziarą. Chciałeś rozmawiać o pieniądzach, zgadza się? Pieniądze są o wiele bardziej fascynujące niż miłość.

– Po prostu chciałem się dowiedzieć, czy Liddy… twój mąż… byłby zainteresowany pewną inwestycją.

– Inwestycją? – powtórzyła zdziwiona Beatrice.

– Właśnie. Zamierzam otworzyć w Broughton zakłady naprawcze i rozglądam się za inwestorami.

– Chcesz jeszcze kawy?

– Słucham?

– Czy chcesz jeszcze kawy?

Uniósł filiżankę.

– Tak, poproszę. Widzisz, zastanawiałem się, czy twój mąż…

Pokręciła głową.

– Liddy nie jest zainteresowany inwestycjami. Nie jest zainteresowany niczym. Możesz spróbować go przekonać do swojego pomysłu, jednak nie sądzę, żeby ci się to udało. Zabierzesz Janet do wesołego miasteczka?

Johann przyglądał się jej, gdy nalewała mu kawy. Zaczęły ogarniać go podejrzenia co do prawdziwych motywów, które nią kierowały, kiedy go do siebie zaprosiła. Wyraźnie bawiła się z nim w kotka i myszkę, ale nie miał doświadczenia z kobietami i nie potrafił odgadnąć, dokąd prowadzą tego rodzaju igraszki.

Zamieszał kawę srebrną łyżeczką, nie odpowiadając na pytanie Beatrice.

– Janet mówiła, że obiecałeś ją tam zabrać – powiedziała. – Miało to być czymś w rodzaju nagrody za wyrobienie ci w naszym mieście dobrej reputacji.

– No cóż… – zaczął Johann.

– Czemu chcesz, żeby wyrobiono ci tutaj dobrą reputację? – przerwała mu. – Czy dlatego, żebyśmy uwierzyli w coś, co jest prawdą, czy może dlatego, żebyśmy uwierzyli w coś, co nią nie jest? Mów, jestem bardzo ciekawa.

Johann odchrząknął i opuścił głowę. Znowu poczuł się jak uczniak. Doskonale wiedział, co chce osiągnąć, i nie brakowało mu determinacji, jednak musiał się jeszcze wiele nauczyć o prowadzeniu interesów i zawiłych towarzyskich manewrach. Beatrice najwyraźniej dobrze wiedziała, dokąd prowadzi ta rozmowa, wiedziała, czemu służy to przepytywanie; ale Johann nie miał o tym pojęcia i dawał się jej wodzić za nos, licząc na to, że wyczuje pułapkę, która na pewno na niego czekała.

– Jestem biznesmenem – odparł powoli. – Każdy biznesmen chce mieć dobrą reputację. Wiesz, jak to mówią: „Z łóżka prosto do roboty, najpierw reklama, potem poty”.

Beatrice roześmiała się, a potem popatrzyła na niego z poważnym wyrazem twarzy, szeroko otwierając swoje kocie oczy. Wiedziała, że tak wygląda najkorzystniej, i Johann znowu poczuł przypływ zdradliwej namiętności. Nie ulegało wątpliwości, że Beatrice Mulliner jest bardzo niepokojącą kobietą – zarówno pod względem powierzchowności, jak i tego, co się kryło pod nią.

– Johannie, czy wierzysz w świętość związku małżeńskiego? – spytała uwodzicielskim głosem.

Zmarszczył czoło.

– Nie rozumiem…

Pochyliła się ku niemu.

– Czy sądzisz, że to właściwe, aby zamężne kobiety czasem pozwalały sobie na uciechy ze swoimi wielbicielami?

– No… to zależy.

– W moim życiu nie ma miłości, Johannie. Liddy to dobry i uczciwy mężczyzna i wspaniale się mną opiekuje… pod każdym względem oprócz jednego.

– Pani Mulliner, myślę, że ta rozmowa zbacza na niebezpieczny grunt.

Ponownie szeroko otworzyła oczy.

– Niebezpieczny? We mnie nie ma niczego niebezpiecznego, mój drogi. I nic niebezpiecznego nie może wydarzyć się w tym domu. To ze wszech miar bezpieczny i godny szacunku dom.

Johann nic na to nie odpowiedział. Im dłużej rozmawiał z Beatrice, tym większy niepokój go ogarniał. Czuł, że śmiało mógłby ją pocałować. Czuł, że śmiało mógłby zrobić coś więcej. Ale wiedział, że to pokusa, którą Pan celowo umieścił na jego ścieżce, i gdyby jej uległ, zostałby potępiony. Mimo to musiał dyskretnie zasłonić podołek spodkiem z filiżanką.

Beatrice wstała i podeszła do okna. Wątłe promienie słońca rzucały na jej policzki wzorki w kształcie koszyczków róż.

– Będę z tobą szczera, Johannie. Jestem samotną kobietą, która pragnie czułości. Kiedy ujrzałam cię po raz pierwszy, od razu wiedziałam, że jesteś silnym i czułym mężczyzną. Piłeś szampana u Edmundsów i stałeś w cieniu wielkiego starego drzewa w głębi trawnika. To drzewo było silne i ty byłeś silny. Porównywałam cię z tym drzewem i myślę, że wtedy w jakiś sposób zakochałam się w tobie. Nie jesteś chłoptasiem, prawda, Johannie?

Zaprzeczył ledwie dostrzegalnym ruchem głowy.

– Nie mam czasu dla chłoptasiów – dodała Beatrice. – Lubię mężczyzn wyciosanych z kamienia, zdecydowanych i wytrwałych. „Wyciosany” to bardzo dobre słowo. Cenię szorstkich mężczyzn, ambitnych i silnych, mężczyzn o dużych rękach, szerokich torsach i udach twardych jak skała. Tylko tacy mężczyźni mogą liczyć na moje uznanie.

Johann pociągnął łyczek kawy.

– A Liddy? – spytał cicho.

– Liddy? – powtórzyła. Odeszła od okna i oparła się o fotel, ze smutkiem spoglądając na Johanna. – Liddy to bogaty, uprzejmy, kulturalny, wykształcony i powszechnie szanowany pierdziel. Wyszłam za niego, kiedy miałam siedemnaście lat. Moi rodzice mieszkali w Galveston, a Liddy przyjechał tam na proces. Ponieważ proces się przedłużał, nie mógł od razu wyjechać. Któregoś dnia zobaczył mnie na ulicy, dowiedział się, gdzie mieszkam, i złożył nam wizytę. Rodzice byli w siódmym niebie, bo uważali mnie za trudną dziewczynę i zawsze powtarzali, że źle skończę. W ich życiu nie było miejsca na żadne namiętności. Byli ograniczeni i płytcy, a moje życie z nimi sprowadzało się do nieustannych kłótni. Pewnie byłam tak samo zadowolona, że mogę od nich odejść, jak oni, że w końcu mogą się mnie pozbyć. Nigdy nie kochałam Liddy’ego. Po trzech miesiącach wzięliśmy ślub i przywiózł mnie tutaj, do Broughton. Od tamtej pory żyję w tej nędznej mieścinie. Jestem młoda, piękna, elegancko ubrana, bogata i nieszczęśliwa. Wyobrażasz sobie, Johannie, jak bardzo jestem znudzona i samotna? Tkwię tu prawie od dziesięciu lat i nic się nie wydarzyło. Minęła niemal cała dekada i nie pozostał po niej żaden ślad!

– Nie masz dzieci? – spytał Johann. Czuł się okropnie niezręcznie.

Beatrice zamknęła oczy.

– W noc poślubną Liddy oświadczył, że nie wierzy w cielesne przyjemności i ma nadzieję, że się z nim zgadzam w tym względzie. Według niego kobieta powinna wrócić do niebios równie nieskalana jak wtedy, gdy je opuszczała. Nigdy nie poznałam mojego małżonka pod względem fizycznym, Johannie. Całą rozkosz, jakiej kiedykolwiek zakosztowałam, zawdzięczam swoim wielbicielom. Kochankom, jeśli wolisz słowo, którym tak chętnie żywi się miejscowa plotka.

Johann poczuł uścisk w piersiach, ale próbował zachować spokój. Ta piękna kobieta o uwodzicielskim głosie i jej prowokacyjne perfumy wzbudzały w nim namiętności, jakich do tej pory nie zaznał.

– Beatrice… – wymamrotał. – Czuję, że powinienem wyjść.

Uśmiechnęła się.

– Jeśli chcesz iść, proszę bardzo. Ale wiem, że jeszcze tu wrócisz.

Wstał, strzepując ze swoich najlepszych spodni okruszki ciasta.

– Wydaje mi się, że wiem, co chcesz zasugerować – powiedział. – Ale nie może być o tym mowy. W każdym razie dziękuję ci za kawę.

Zastąpiła mu drogę, opierając ręce na biodrach.

– Co chciałam zasugerować? – spytała zmysłowym głosem.

– Trochę trudno mi…

– Co takiego zamierzałeś powiedzieć? Ani się waż wychodzić, dopóki się nie wytłumaczysz.

Johann odwrócił się od niej.

– Beatrice… pani Mulliner… myślę, że ta rozmowa nie ma sensu. Naprawdę lepiej będzie, jeśli…

W tym momencie usłyszał szelest materiału, odwrócił się z powrotem do Beatrice i urwał w pół zdania. Z otwartymi ustami wyglądał jak zaskoczony morświn.

Beatrice Mulliner stała przy niskim stoliku, wysoko zadzierając suknię. Nie miała pod nią niczego oprócz aksamitnych pantofli. Jej białe nogi były szczupłe i kształtne, a między udami rysowała się ciemna trójkątna smuga. Tylko tyle zobaczył Johann, zanim ponownie się odwrócił, zakrywając ręką oczy.

– Pani Mulliner, proszę opuścić suknię – powiedział.

Nie zrobiła tego, ale podeszła bliżej, nadal wysoko unosząc suknię, i zatrzymała się w odległości kilku cali od niego. Czuł zapach jej perfum i ciepło ciała. Nie miał pojęcia, co robić.

– Johannie… – szepnęła. – Spójrz na mnie. Czy wyglądam jak kobieta, która powinna żyć samotnie?

Nic na to nie odpowiedział. Zacisnął powieki i zaczął się żarliwie modlić, prosząc Boga, aby wymazał z jego głowy wizerunek nagiej Beatrice Mulliner.

– Johannie, spodobałeś mi się już w chwili, kiedy cię po raz pierwszy zobaczyłam – mówiła dalej. – Wiedziałam, że jesteś dla mnie stworzony. Proszę, powiedz, że ci się podobam. Nie więcej nie musisz mówić.

– Pani Mulliner…

Zapadło milczenie. Po chwili Beatrice opuściła suknię i wygładziła ją.

– No dobrze – powiedziała w końcu. – Ale nie myśl, że mi się tak łatwo wywiniesz.

Pewny, że znowu wygląda przyzwoicie, odwrócił się do niej.

– Nie rozumiem, o co chodzi, pani Mulliner, ale to nie w porządku – wymamrotał. – To takie… niezwyczajne.

Beatrice usiadła. Johann był zdumiony jej rzeczowym zachowaniem się po tym, jak dopiero co obnażyła przed nim najintymniejsze części swojego ciała. Nalała sobie kolejną filiżankę kawy i ukroiła kawałek tortu.

– Oczywiście, że niezwyczajne – potwierdziła, nie odwracając do niego głowy. – Cały problem z Broughton polega na tym, że jest takie zwyczajne. Liddy jest zwyczajny, ten dom jest zwyczajny, moje życie jest zwyczajne. I wygląda na to, że ty też. Czy miałeś kiedyś romans, Johannie?

Pokręcił głową.

– Hm… powinieneś spróbować – stwierdziła. – Gdyby była w tobie choć odrobina namiętności, rzuciłbyś mnie teraz na dywan i posiadł. Czy szokuje cię, że to mówię?

Kiwnął głową.

– Chyba tak. Zawsze starałem się żyć według chrześcijańskich zasad.

Wzruszyła ramionami.

– No cóż, jeśli szokuje cię moje zachowanie, to zupełnie nie wiem, co mogłabym zrobić, żeby zmienić twoje zapatrywania. Ale musisz wiedzieć, Johannie, że szczęście ma wiele imion. Bóg nie stworzył nas po to, byśmy wiedli bezwartościowe, samotne i pełne frustracji życie.

– Twoje życie wcale nie jest bezwartościowe. Pomyśl, ile znaczysz dla Liddy’ego.

Roześmiała się.

– Wiem, ile znaczę dla Liddy’ego. Mój małżonek ma bzika na punkcie posiadania. Jestem dla niego białą lilią, jego jedyną wyśnioną żoną. Umarłby beze mnie.

– Czy on wie? To znaczy o… twoich wielbicielach?

Zaprzeczyła.

– Nawet gdyby to tylko podejrzewał, serce by mu pękło.

Johann przez chwilę milczał, po czym oświadczył:

– Beatrice, jesteś piękną, niezwykłą kobietą. Wstrząsnęłaś mną i wyprowadziłaś mnie z równowagi, ale nie chcę, abyś myślała, że z powodu tego, co się dzisiaj wydarzyło, mam o tobie gorsze mniemanie. Wiem, jak bardzo musisz cierpieć, ale mam nadzieję, że Bóg da ci siłę, która pomoże się z tym uporać.

Nic na to nie odpowiedziała.

– Jesteś wspaniałą kobietą, Beatrice – dodał łagodnie.

Popatrzyła na niego i uśmiechnęła się, nie był to jednak radosny uśmiech.

– Wielu mężczyzn mi to mówiło, Johannie.

Wzruszył ramionami.

– Tak przypuszczałem. Ale nie czuję się obrażony i mam nadzieję, że będziemy mogli kontynuować naszą znajomość.

– Na odległość?

Pokiwał głową.

– Myślę, że tak będzie lepiej.

– Johannie, ile potrzebujesz? – zapytała nieoczekiwanie.

– O co ci chodzi?

– Niedawno jedliśmy kolację z Greavesami – powiedziała z powagą. – Kiedy wspomniałam o tobie panu Greavesowi, wyjaśnił mi, że chcesz założyć w Broughton zakłady naprawcze. Prosiłeś go o pieniądze, prawda?

– No i? – spytał.

– No i… czy byłoby impertynencją z mojej strony, gdybym spytała, ile potrzebujesz?

Ponownie usiadł na kanapie.

– Chyba mnie przejrzałaś – stwierdził. – Nie jestem bogaty. A nawet gorzej, jestem bardzo biedny. Chciałem, żeby Janet rozpuściła o mnie plotki, bo miałem nadzieję, że dorobię się pieniędzy i poważania. Pochodzę z biednej holenderskiej rodziny i nie mam żadnych znajomości, przyjaciół ani pieniędzy. Owszem, próbowałem pożyczyć dziesięć tysięcy dolarów od Greavesa, żeby otworzyć zakłady mechaniczne. Ale jak do tej pory nie mogę znaleźć nikogo, kto podżyrowałby pożyczkę, więc wygląda na to, że nigdy nie dostanę tych pieniędzy.

Beatrice przez chwilę przyglądała mu się w zamyśleniu.

– Wiedziałam, że nie jesteś bogaty – powiedziała w końcu. – Dlatego pewnie wydajesz mi się taki pociągający. Inni może tego nie dostrzegają, ale ja tak. Bogaci nie noszą kołnierzyków i mankietów za siedem centów, nie jedzą też ciastek z kremem palcami. Przyglądałam ci się na garden party, pamiętasz? Tym się je ciasto – dodała, podnosząc ze stolika mały srebrny widelczyk o szeroko rozstawionych zębach.

Johann wpatrywał się w niego i czuł się tą demonstracją bardziej przybity niż czymkolwiek, co do tej pory usłyszał od Beatrice Mulliner.

– Rozumiem – mruknął.

– Zostaw Liddy’ego mnie – powiedziała. – W każdym razie jeśli chodzi o inwestowanie. Jeśli będziesz dla mnie dobry, Johannie, na pewno uda mi się przekonać męża, aby udzielił ci pomocy.

– Dobry?

Uśmiechnęła się blado.

– Zgadza się, dobry. Nadal chcesz zabrać Janet do wesołego miasteczka?

Wstał z kanapy.

– Chyba lepiej już pójdę – stwierdził. – Naprawdę lepiej będzie, jeśli sobie pójdę.

Nadal się do niego uśmiechała.

– Pamiętaj o tym, co ci powiedziałam… Przysługa za przysługę.

Poprosił o kapelusz i czekał na niego sztywny i milczący, a Beatrice Mulliner pozostała w fotelu. Starał się zatrzeć w pamięci obraz jej nagiego ciała.

Kiedy przyniesiono mu jego melonik, pożegnał się. Beatrice bez słowa podała mu rękę do pocałunku.

♦ ♦ ♦

Janet czekała na niego przy furtce. Na jej widok uchylił kapelusza.

– Jutro mam wychodne – oznajmiła. – A pan zaprosił mnie do wesołego miasteczka.

Pomyślał o trzech dolarach i siedemdziesięciu pięciu centach, które mu pozostały. Uśmiechnął się jednak i powiedział:

– W porządku. Spotkajmy się na błoniach o trzeciej. Włóż najbardziej kolorową sukienkę, jaką masz. Wydaje mi się, że powinniśmy coś uczcić.

Janet popatrzyła na niego z ciekawością.

– Co takiego?

Nałożył melonik i poprawił go.

– Albo triumf, albo zupełną klapę – odparł cicho.

♦ ♦ ♦

Biura kancelarii Belliveau, Jackson, Strich i Mulliner przy Piątej Ulicy wyglądały imponująco. Nad drewnianym portykiem, przed mahoniowymi wahadłowymi drzwiami z lśniącymi mosiężnymi okuciami wisiał czarny szyld ze złotym napisem. Kiedy Johann pchnął drzwi i wszedł do środka, zamknęły się za nim z cichym świstem. Właśnie minęła pora lunchu i całe Broughton drzemało teraz w gorącym popołudniowym słońcu. Za biurkiem recepcji nad biuletynem dla grających na wyścigach konnych kiwał się młody aplikant z zielonym daszkiem nad czołem. Pod sufitem zajadle bzyczały muchy.

Johann nacisnął dzwonek na blacie. Aplikant zamrugał i przesunął daszek na czubek głowy.

– Tak, proszę pana?

Johann zdjął melonik i otarł chusteczką spocone czoło.

– Chciałbym spotkać się z panem Mullinerem, jeśli jest w biurze.

Aplikant wstał i obciągnął fantazyjną kamizelkę.