Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Historia miłości, która do spełnienia musi pokonać wiele przeszkód — emocjonalnych, zwyczajowych i ekonomicznych. Ujęta w takiej konwencji opowieść stała się jedną z pierwszych powieści społeczno-obyczajowych. Akcja osadzona na angielskiej prowincji w pierwszych latach XIX wieku ukazuje cienie i blaski życia w tamtych czasach kobiet, których jedyną gwarancją dobrobytu jest znalezienie sobie odpowiedniego męża. Powieść wydana w 1813 roku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 513
Stopka redakcyjna
O autorce
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdział XXX
Rozdział XXXI
Rozdział XXXII
Rozdział XXXIII
Rozdział XXXIV
Rozdział XXXV
Rozdział XXXVI
Rozdział XXXVII
Rozdział XXXVIII
Rozdział XXXIX
Rozdział XL
Rozdział XLI
Rozdział XLII
Rozdział XLIII
Rozdział XLIV
Rozdział XLV
Rozdział XLVI
Rozdział XLVII
Rozdział XLVIII
Rozdział XLIX
Rozdział L
Rozdział LI
Rozdział LII
Rozdział LIII
Rozdział LIV
Rozdział LV
Rozdział LVI
Rozdział LVII
Rozdział LVIII
Rozdział LIX
Rozdział LX
Rozdział LXI
Tytuł oryginału:
Pride and Prejudice
Autor:
Jane Austen
Ryciny:
Hugh Thomson
Tłumaczenie:
Andrzej Gumulak
Redaktor prowadzący:
Donata Cieślik
Korekta:
Aleksandra Jankowska
Copyright © for the Polish translation by Andrzej Gumulak, 2026
Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo Czarno na Białym, 2026
Koncepcja graficzna: Donata Cieślik
Skład i łamanie: Wydawnictwo Czarno na Białym spółka z o.o.
Grafika na okładce: StudioWydawnictwo Czarno na Białym, AI
Zdjęcie autorki, ryciny: Domena Publiczna
Prawa autorskie: Domena Publiczna
Wydawnictwo Czarno na Białym spółka z o.o.
ul. 1 Sierpnia 28/48
02-134 Warszawa
www.wydawnictwocnb.pl
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68582-04-8
Jane Austen (1775–1817)
jedna z najważniejszych pisarek literatury angielskiej. Tworzyła powieści obyczajowe, które z ironią i przenikliwością ukazują życie angielskiej klasy średniej i wyższej na przełomie XVIII i XIX wieku.
Urodziła się w Steventon w Anglii, w rodzinie pastora. Pisała o miłości, małżeństwie, statusie społecznym i roli kobiet. Jej styl łączy realizm, humor i subtelną satyrę. Była mistrzynią dialogu i obserwacji społecznych. Jej bohaterki są inteligentne i jak na tamte czasy niezależne, często kwestionują obowiązujące normy. Powieści pozostają Jane Austen aktualne są do dziś – często ekranizowane i czytane na całym świecie.
Najsłynniejsze powieści:
Duma i uprzedzenie (1813)
Rozważna i romantyczna (1811)
Emma (1815)
Mansfield Park (1814)
Opactwo Northanger (1817)
Perswazje (1817)
Powszechnie wiadomo, że bogatemu kawalerowi do szczęścia potrzeba jedynie żony. Powyższa prawda jest tak głęboko zakorzeniona w świadomości tutejszych rodzin, że każdy samotny dżentelmen, który właśnie pojawił się w okolicy, zaraz po przedstawieniu sąsiadom, zostaje uznany za prawowitą własność tej lub innej córki, chociaż nikt nie zna ani jego poglądów, ani stanu ducha.
— Mój drogi panie Bennecie — pewnego dnia pani Bennet zwróciła się do męża — słyszałeś, że właśnie wydzierżawiono Netherfield Park?
Pan Bennet odparł, że nie słyszał.
— Ale właśnie tak jest! Pani Long o tym mi powiedziała.
Pan Bennet nie zareagował.
— Nie chcesz wiedzieć, kto go wydzierżawił? — zawołała zniecierpliwiona.
— Ty chcesz mi o tym powiedzieć, a ja nie mam nic przeciwko temu.
Było to wystarczające zaproszenie dla pani Bennet.
— Musisz wiedzieć, mój drogi, że — jak twierdzi pani Long — Netherfield wydzierżawił bogaty młodzieniec z północnej Anglii. W poniedziałek przyjechał z Londynu zaprzężonym w cztery konie lando1, obejrzał posiadłość i tak mu się spodobała, że od razu podpisał umowę z panem Morrisem. Jeszcze przed Świętym Michałem2 ma się wprowadzić, ale służba przyjedzie już pod koniec przyszłego tygodnia.
— Jak się nazywa ten młodzieniec?
— Bingley.
— Żonaty czy kawaler?
— Och, mój drogi, oczywiście, kawaler. I to z fortuną. Cztery, może nawet pięć tysięcy rocznego dochodu. Jakie to szczęście dla naszych dziewcząt!
— A co one mają z tym wspólnego?
— Panie Bennecie, jakiś ty męczący! — oburzyła się pani Bennet. — Musi z którąś z nich się ożenić, przecież to oczywiste.
— Z tego powodu postanowił tutaj osiąść?
— Postanowił? Nonsens! Jak możesz mówić takie rzeczy! Jest jednak prawdopodobne, że zakocha się w którejś z naszych córek. Dlatego, gdy tylko przyjedzie, złóż mu wizytę.
— Nie ma takiej potrzeby. Ty i dziewczęta możecie do niego pojechać, a najlepiej by było, gdybyś pojechała sama, co nie jest takie głupie, bo przecież jesteś równie ładna jak każda z nich i mogłabyś najbardziej spodobać się panu Bingleyowi!
— Mój drogi, schlebiasz mi. Dawno minęły czasy, gdy zachwycano się moją urodą. Teraz niczym się nie wyróżniam. Poza tym kobieta, która ma pięć dorosłych córek, nie rozmyśla już o własnej urodzie.
— W takich wypadkach nie ma czasu na rozmyślanie o pięknie.
— Ale, mój drogi, obiecaj, że zaraz — gdy tylko pan Bingley zawita — złożysz mu wizytę.
— Zapewniam cię, nie będę mógł bardziej się zaangażować.
— Pomyśl, dla którejś z naszych córek byłaby to świetna partia. Wiedz jeszcze, że sir William i lady Lucas tylko z powodu swoich córek już postanowili go odwiedzić, a przecież zazwyczaj nie składają wizyt nowym sąsiadom. Musisz do niego pojechać! Inaczej nasze panny nie będą mogły z nim się poznać!
— Nie bądź taka akuratna. Podejrzewam, że pan Bingley będzie zachwycony waszą wizytą. Prześlę mu przez ciebie liścik z zapewnieniem, że zgodzę się bez zbędnych ceregieli na małżeństwo z którąkolwiek z naszych córek. Aczkolwiek nie omieszkam dodać dobre słówko o mojej małej Lizzy.
— Nie zrobisz tego, proszę! Lizzy nie jest ani trochę lepsza od pozostałych dziewczynek, a już z pewnością nie jest nawet w połowie tak ładna jak Jane lub tak wesoła jak Lydia. Zawsze ją faworyzujesz.
— Pozostałe córki nie bardzo jest za co chwalić — odparł pan Bennet — głupiutkie jak inne dziewczęta w tym wieku, co innego Lizzy, jest bardziej bystra od sióstr.
— Panie Bennecie, jak możesz źle mówić o własnych dzieciach! Dokuczanie mi wyraźnie sprawi ci frajdę. Nie masz litości dla moich biednych nerwów.
— Mylisz się, moja droga. Mam ogromny szacunek dla twoich nerwów. Są moimi starymi przyjaciółmi, o których codziennie słyszę od co najmniej dwudziestu lat.
— Ach, nie wiesz, jak ja cierpię.
— Mam nadzieję, że przeżyjesz i zobaczysz jeszcze wielu młodych mężczyzn z czterema tysiącami rocznego dochodu osiedlających się w naszym sąsiedztwie.
— Nawet jeżeli pojawiłoby się dwudziestu, co nam z tego przyjdzie, skoro nie złożysz im wizyty.
— Nie martw się, moja droga, jeśli się zjawi dwudziestu bogatych kawalerów, każdemu złożę wizytę.
Pan Bennet reprezentował osobliwą kompozycję inteligencji, sarkazmu i powściągliwości. Miał także inne dziwactwa, których żona doświadczała przez dwadzieścia trzy lata małżeństwa, ale nigdy nie zdołała ich pojąć. Jej zaś samej — niezbyt lotnej, słabo wykształconej, za to bardzo humorzastej i wciąż narzekającej na zszargane nerwy, kobiecie z jedynym życiowym celem: żeby dobrze wydać za mąż córki — radość dawały odwiedziny znajomych i plotki.
Pan Bennet zapewne był pierwszy, który złożył wizytę panu Bingleyowi. Nosił się z zamiarem odwiedzenia Netherfield Park, odkąd tylko o tym pomyślano, mimo to uparcie wmawiał żonie, że nie powinien tam chodzić. Pan Bennet poznał więc pana Bingleya, o czym pani Bennet dowiedziała się dopiero wieczorem — i to nie wprost — gdy pan Bennet, obserwując drugą córkę zajętą przystrajaniem kapelusza, nieoczekiwanie zagaił: — Mam nadzieję, Lizzy, że kapelusz spodoba się panu Bingleyowi.
— Nie będziemy miały okazji sprawdzić, co panu Bingleyowi się podoba — natychmiast oburzyła się pani Bennet — bo nie złożymy mu wizyty.
— Zapominasz, mamo — wtrąciła Elizabeth — że pani Long obiecała go nam przedstawić podczas najbliższego spotkania.
— Nie sądzę, aby pani Long dotrzymała słowa. Ta samolubna kobieta, w dodatku hipokrytka z dorastającymi dwoma siostrzenicami. Nie mam o niej dobrego zdania.
— Ja również — dodał pan Bennet — i cieszę się, że nie liczycie na jej pomoc.
Pani Bennet nie skomentowała słów męża, lecz nie mogąc powstrzymać złości, połajała jedną z córek: — Na litość boską, Kitty, przestań kaszleć! Miej wzgląd na moje nerwy. Stargasz je całkiem na strzępy.
— Kitty w ogóle nie ma wyczucia z tym kaszlem — zakpił ojciec. — Zawsze ma atak w nieodpowiednim momencie.
— Nie kaszlę dla zabawy — gniewnie odparła Kitty. — Lizzy, kiedy wypada następny bal?
— Od jutra za dwa tygodnie.
— No, proszę! — zawołała matka. — Pani Long wraca dzień przed balem, nie przedstawi więc nam pana Bingleya, bo sama nie będzie go jeszcze znała.
— Dlatego, moja droga, masz przewagę nad przyjaciółką i to ty będziesz mogła przedstawić jej pana Bingleya.
— Niemożliwe, panie Bennecie, niemożliwe! Przecież go nie znam. Dlaczego wciąż mnie dręczysz!
— Szanuję twoją przezorność. Dwutygodniowa znajomość rzeczywiście nie jest na tyle długa, żeby dokładnie poznać człowieka. Jeśli jednak nie przedstawimy pana Bingleya pani Long, na pewno zrobi to ktoś inny, bo jej siostrzenice też muszą mieć szansę przed nim zabłysnąć. Gdybyś więc nie zechciała wprowadzić ich do towarzystwa — a co pani Long mogłaby potraktować jako akt życzliwości — sam musiałbym tego się podjąć.
Dziewczęta spojrzały na ojca, pani Bennet zaś powtarzała w kółko: — Nonsens! Bzdury!
— Cóż znaczą te patetyczne okrzyki? — podniesionym tonem zapytał ojciec. — Czy dla ciebie formy obowiązujące przy zawieraniu znajomości lub waga, jaką do nich się przywiązuje, to bzdury? Absolutnie z tobą się nie zgadzam. Co o tym sądzisz, Mary? Pytam cię, bo wiem, że masz wnikliwy umył, czytasz mądre książki i wypisujesz cytaty.
Mary chciała powiedzieć coś wyjątkowo mądrego, ale nie wiedziała, co to mogłoby być.
— Mary niech coś wymyśli — ciągnął pan Bennet — a my powróćmy do pana Bingleya.
— Mam dość pana Bingleya! — zawołała żona pana Benneta.
— Przykro to słyszeć, tylko dlaczego nie powiedziałaś tego wcześniej? Gdybym dziś rano wiedział, że pan Bingley cię nie interesuje, na pewno bym do niego nie pojechał. Fatalnie się stało, no, ale skoro się stało i złożyłem mu wizytę, znajomości już nie można odwołać. — Pan Bennet wiedział, że tym zdaniem zaskoczy panie, reakcja żony przeszła jednak jego oczekiwania.
Po chwilowym wybuchu radości pani Bennet oświadczyła, że spodziewała się właśnie takiego obrotu sprawy.
— Jak miło z twojej strony, mój drogi panie Bennecie! Wierzyłam, że cię przekonam. Za bardzo kochasz swoje dziewczęta, aby odebrać im taką szansę. Ależ jestem szczęśliwa! Wyborny żart: pojechał rano i do tej chwili słówka nie pisnął.
— Teraz, Kitty, możesz kaszleć, ile zechcesz — z tymi słowami pan Bennet, zmęczony uniesieniami żony, opuścił salon.
— Wasz ojciec, dziewczęta, jest nadzwyczajny! — zawołała pani Bennet, gdy tylko drzwi zamknęły się za mężem. — Nie wiem, jak mu się odwdzięczycie za to, że o was tak dba. Jemu albo mnie. Zapewniam was, w naszym wieku zawieranie znajomości nie należy do przyjemności, ale dla was gotowi jesteśmy zrobić wszystko! Lydio, moja słodziutka, serce mi podpowiada, że na najbliższym balu pan Bingley zatańczy z tobą, chociaż jesteś najmłodsza.
— Och, nie boję się! — pewna siebie odparła Lydia. — I co z tego, że jestem najmłodsza, za to najwyższa.
Przez resztę wieczoru panie planowały szczegóły rewizyty pana Bingleya, ustalały już nawet dzień, kiedy powinny go zaprosić na obiad.
Wspierana przez pięć córek pani Bennet różnymi sposobami próbowała od pana Benneta dowiedzieć się jak najwięcej o panu Bingleyu. Stosowały przemyślne fortele, pytały wprost albo głośno snuły przypuszczenia, czekając, aż ojciec je potwierdzi albo stanowczo zaprzeczy, lecz ten zgrabnie wymigiwał się od jakichkolwiek odpowiedzi. Musiały więc zadowolić się tym, co usłyszały od lady Lucas. Wprawdzie były to informacje z drugiej ręki, bo lady Lucas również jeszcze nie poznała pana Bingleya, ale jej mąż, sir William, zdążył już zachwycić się nowym sąsiadem. Kawaler młody, przystojny, o miłym obyciu i — co wydawało się nader istotne — obiecał pojawić się z dużym towarzystwem na najbliższych tańcach. Czyż nie jest wspaniały? Do tego lubi tańczyć, a taniec jest pierwszym korkiem ku miłości. Tak, taniec rozbudzał nadzieję na zdobycie serca pana Bingleya.
— Jeśli jedna z moich córek szczęśliwie osiądzie w Netherfield — pani Bennet wyjawiła mężowi plany — to i pozostałe równie dobrze wyjdą za mąż.
Kilka dni później pan Bingley pojawił się z rewizytą. Pan Bennet przyjął go w bibliotece, gdzie dziesięć minut rozmawiali sam na sam, co nieco rozczarowało kawalera, który miał nadzieję poznać młode damy — wiele już słyszał zachwytów nad ich urodą. Niestety, zobaczył tylko ojca.
Panny miały więcej szczęścia: z okna na piętrze widziały bowiem pana Bingleya w niebieskim surducie podjeżdżającego pod ich dom na karym koniu.
Niebawem, akurat pani Bennet układała listę dań potwierdzających jej organizatorski talent, nadszedł od pana Bingleya list, w którym przepraszał za to, że nie może skorzystać z zaproszenia na obiad, bo nazajutrz musi być w pilnej sprawie w Londynie itd... Słowa sąsiada zaniepokoiły panią Bennet. Nie mogła zrozumieć, jakież do niecierpiące zwłoki sprawy zmusiły pana Byngleya do podróży do Londynu, skoro ledwie co stamtąd przyjechał do Hertfordshire. Na tym podejrzenia się nie skończyły: pani Bennet doszła do wniosku, że kawaler najwyraźniej nie potrafi zagrzać sobie miejsca, nigdy więc na dłużej — jakby wypadało — nie osiądzie w Netherfield.
Obawy pani Bennet próbowała rozwiać lady Lucas. Według niej pan Bingley pojechał do Londyny po przyjaciół, miał bowiem sprowadzić na bal w Meryton dwanaście dam i siedmiu dżentelmenów. Tuzin dam? Taka liczba zasmuciła tutejsze panny na wydaniu, lecz dzień przed balem po okolicy rozeszła się dobra wiadomość, że sprowadzone z Londyny towarzystwo nowego sąsiada liczy zaledwie jego pięć sióstr i kuzynkę, a gdy do sali balowej pan Bingley wszedł w towarzystwie dwóch sióstr, męża starszej z nich i jeszcze jednego młodzieńca, odetchnięto z ulgą.
Przystojny i sympatycznie wyglądający pan Bingley w każdym calu wydawał się dżentelmenem. Siostry zaś bardziej niż urodą zachwycały elegancją, a pan Hurst, mąż starszej, zaledwie sprawiał dobre wrażenie. Uwagę bawiących się na balu przykuł jednak niemal całkowicie przyjaciela pana Bingleya. Nie dość, że wysoki i z piękną męską sylwetką, pan Darcy miał nieczęsto spotykaną zaletę, o której pięć minut po wejściu na salę wiedzieli już wszyscy — jego roczny dochód wynosił dziesięć tysięcy funtów. Panowie mówili, że to postawny mężczyzna, panie, że o wiele przystojniejszy od pana Bingleya.
Pana Darcy’ego podziwiano pół wieczoru, aż manierami — wręcz niesmacznym zachowaniem, a na pewno niestosownym — położył kres własnej popularności. Z nikim miłego słowa nie zamienił! Dumny, z pogardą patrzył na ludzi, zadzierał nosa, nie ukrywał niezadowolenia. Wyraz jego twarzy był znudzony i odpychający, dlatego więc tutejsze panie doszły do wniosku — i nawet należąca do niego połowa hrabstwa Derbyshire nie wpłynęła na zmianę ich zdania — że niegodzien jest jakiegokolwiek porównania z uroczym panem Bingleyem, który nie tylko z uśmiechem i życzliwością witał każdą przedstawianą mu osobę, po czym wymieniał kilka grzecznościowych zdań, lecz również — wyraźnie ożywiony — nie opuścił ani jednego tańca, a gdy ogłoszono koniec balu — wyraźnie zmartwiony — zapowiedział, że niebawem podobny wyda w Netherfield. Jego walory można by wymieniać w nieskończoność. Co za kontrast między nim a jego przyjacielem! Pan Darcy raz zatańczył z panią Hurst, raz z panną Bingley, konsekwentnie nie okazując ochoty poznania innych młodych dam. Samotnie przechadzał się po sali, od czasu do czasu rozmawiając z kimś z własnego towarzystwa. Nie było wątpliwości, co to za jegomość. Niektórzy wyrazili nawet nadzieję, że tego najdumniejszego, najbardziej antypatycznego mężczyzny na świecie więcej nie będą musieli oglądać. Wśród nich prym wiodła pani Bennet, której zaangażowanie w krytykę znacznie wzrosło, wzbudziło wręcz oburzenie, gdy pan Darcy wyraził się z lekceważeniem o jednej z jej córek.
Panów na balu było niewielu, dlatego Elizabeth Bennet dwa tańce przesiedziała pod ścianą. I gdy tak spędzała czas na kanapie, do pana Darcy’ego, który przystanął niedaleko niej, w przerwie między tańcami podszedł pan Bingley. Przyjaciele rozmawiali dość głośno, Lizzy więc — chcąc nie chcąc — słyszała każde ich słowo.
— Darcy, zatańcz, proszę — nalegał Bingley. — Nie mogę patrzeć, gdy tak sam tu stoisz. Totalna głupota! Lepiej byś zrobił, gdybyś zatańczył.
— Nie sądzę. W tym tłoku to wykluczone. Jeśli nawet bym się zdecydował, mógłbym zatańczyć tylko z dobrze znaną partnerką, a twoje siostry już tańczą... Taniec zaś tutaj z inną kobietą byłby dla mnie męką.
— Nie jestem aż tak wybredny! — zawołał Bingley. — Poza tym, jak Boga kocham, w życiu nie widziałem tylu miłych panien. Niektóre są niezwykle urodziwe.
— Tańczysz z jedyną ładną dziewczyną na tej sali — stwierdził pan Darcy i spojrzał na najstarszą pannę Bennet.
— Ona jest najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałem. Ale za tobą siedzi jedna z jej sióstr, również bardzo ładna i, wydaje się, równie miła. Jeśli zechcesz, poproszę swoją partnerkę, żeby was sobie przedstawiła.
— Tę pannę masz na myśli? — Darcy odwrócił głowę w stronę Elizabeth i patrzył na nią, aż ich spojrzenia się spotkały. Wówczas szybko wzrok przeniósł na pana Bingleya i lodowatym tonem powiedział: — Znośna, ale nie na tyle, żeby mnie skusić. Ponadto nie mam nastroju na pocieszanie dam wzgardzonych przez innych mężczyzn. Lepiej będzie, jeśli powrócisz do swojej partnerki. Zachwycaj się jej uśmiechem, ze mną marnujesz czas.
Pan Bingley usłuchał rady przyjaciela, pan Darcy powrócił do spacerowania po sali, Elizabeth zaś — całkowicie wyzbyta ciepłych uczuć wobec tego aroganta — opowiadała przyjaciółkom o tym, co mimowolnie widziała i słyszała. Śmiała się przy tym szczerze, bo — mając figlarne usposobienie — rozśmieszały ją wszelkie tego typu absurdy.
Dla bawiących się na balu rodzin wieczór minął błyskawicznie. Pani Bennet zauważyła, że państwo z Netherfield podziwiają Jane: pan Bingley tańczył z nią dwukrotnie, jego siostry chętnie przebywały w jej towarzystwie, a ona sama zadowolenie z obrotu spraw okazywała znacznie ciszej niż równie szczęśliwa z tego samego powodu matka. Elizabeth dzieliła radość Jane. Mary słyszała kogoś wspominającego o niej pannie Bingley — mówił, że jest najbardziej wykształconą panną w okolicy. Catherine i Lydia ani jednego tańca nie przesiedziały samotnie pod ścianą — podczas balu jedyne, co im zaprzątało głowy, to nieustająca obecność partnera u ich boku.
Do Longbourn, majątku, w którym były najważniejszymi mieszkankami, wróciły więc w doskonałych nastrojach. Mimo późnej pory pan Bennet siedział nad książką — gdy pochłaniała go lektura, nigdy nie zważał na mijający czas — ale tego wieczoru był równie ciekaw wydarzeń na balu, z którym pokładano wielkie nadzieje. Liczył na to, że żona się rozczarowała i porzuciła plany związane z młodym sąsiadem. Czekała go jednak inna opowieść.
— Mój drogi, panie Bennecie! — pani Bennet z zachwytem zawołała już w progu biblioteki. — Jakiż to był rewelacyjny bal! Żałuję, że ciebie nie było. Wszyscy się zachwycali Jane, każdy mówił, że ślicznie wygląda, a pan Bingley uznał za największą piękność i tańczył z nią dwukrotnie. Pomyśl, mój drogi, dwa razy! Tylko ją drugi raz poprosił do tańca. Najpierw zaprosił starszą pannę Lucas. Zdenerwowałam się, gdy ich zobaczyłam razem, ale nie, nie przypadła mu do gustu. Wcale. No cóż, komu ona może się podobać... Pana Bingleya olśniła Jane, która wówczas tańczyła z kimś innym, zapytał więc tylko, kim ona jest. Zaraz ich sobie przedstawiono, wtedy on poprosił ją o dwa następne tańce. Trzeci raz tańczył dwa tańce z panną King, potem dwa z Marią Lucas, piąty raz znów dwa tańce z Jane, za szóstym razem dwa z Lizzy...
— Gdyby miał litość nade mną — przerwał żonie zniecierpliwiony pan Bennet — nie tańczyłby i połowy tego! Na litość boską, dosyć już o jego partnerkach! Że też już na początku nie skręcił sobie kostki!
— Tak, mój drogi — ciągnęła pani Bennet — jestem nim oczarowana. Niezwykle przystojny! A jego siostry! Są zachwycające! Nigdy w życiu nie widziałam wytworniejszych sukien. Koronka pani Hurst...
Pan Bennet znowu przerwał żonie; nie chciał wysłuchiwać opisów damskich toalet. Pani Bennet znalazła więc inny temat: z goryczą i przesadą opowiedziała o aroganckim zachowaniu pana Darcy’ego.
— Ale zapewniam cię — zakończyła — Lizzy, nie znajdując uznania w jego oczach, zbyt wiele nie straciła, bo to najbardziej nieprzyjemny człowiek, jakiego znam. Dumny i zarozumiały. Na nikim nie zrobił dobrego wrażenia. Z miną wyjątkowego ważniaka przechadzał się po sali. Nic więcej! Nie na tyle przystojny, żeby chociaż raz z nim zatańczyć. Pragnęłam, żebyś tam był z nami, mój drogi, mógłbyś mu, tak jak to ty potrafisz, utrzeć nosa ripostą. Nie znoszę tego człowieka!
