Duma i Uprzedzenie - Jane Austen - ebook

Duma i Uprzedzenie ebook

AUSTEN JANE

5,0

Opis

"Duma i Uprzedzenie" to wspaniała, ponadczasowa powieść słynnej angielskiej pisarki Jane Austen, nadal bardzo lubiana i chętnie czytana na całym świecie.
Jej ponadczasowość sprawiła, że nie tylko w momencie pierwszego wydania w 1813 roku stała się absolutnym wydarzeniem literackim, ale w czasach zupełnie nam współczesnych w 2003 roku w czasie konkursu BBC na 100 najbardziej lubianych przez brytyjskich czytelników powieści zajęła 2 miejsce.
"Duma i Uprzedzenie" jest pełna humoru i dostarcza miłej rozrywki, ale też i nieco wzruszeń czy przemyśleń.
Powieść ta bardzo szybko doczekała się tłumaczeń na języki europejskie (francuski, niemiecki), a w XX i w XXI wieku została przetłumaczona na prawie 50 języków z różnych części świata, co wyraźnie świadczy o jej pozycji w literaturze światowej.
Obecne wydanie to "Duma i Uprzedzenie" w nowym tłumaczeniu wraz z przypisami.

Czytelnikom, którym bardziej zależy na pełniejszych przypisach i objaśnieniach, bardziej polecam wersję PDF.

Polecam serdecznie. Dorota Sadowska, autorka tłumaczenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 624

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jane Austen

Duma i Uprzedzenie

opatrzone przypisami tłumacza

przekład: Dorota Sadowska

wydanie: Dorota Sadowska

Wrocław, 2020

Tytuł oryginału: Pride and Prejudice

Rok pierwszego wydania oryginału: 1813

Copyright oryginału: domena publiczna

Przekład z oryginału: Dorota Sadowska

Prawa autorskie do niniejszego przekładu /

/ Copyright © for this translation by Dorota Sadowska

Prawa autorskie do niniejszego wydania /

/ Copyright © for this edition by Dorota Sadowska

Wszelkie prawa zastrzeżone / All rights reserved

Redakcja, korekta, skład: Dorota Sadowska

Projekt okładki: Dorota Sadowska

Ilustracja na okładce: Dorota Sadowska

(wykorzystano rysunki Hugh Thomsona

z wydania Pride and Prejudice z 1894)

Copyright oryginalnych rysunków Hugh Thomsona: domena publiczna

Wydanie 1 niniejszego przekładu:

Dorota Sadowska

ul. Na Niskich Łąkach 13A

50-422 Wrocław

e-mail: [email protected]

tel.: +48 601 247 030

Wrocław, 2020

ISBN epub: 978-83-958365-1-0

ISBN mobi: 978-83-958365-2-7

Konwersja do epub i mobi A3M

Rozdział 1

Jest prawdą, powszechnie uznawaną, że wolny mężczyzna, posiadający sporą fortunę, z pewnością koniecznie musi potrzebować żony.

Chociaż mało są znane odczucia czy zapatrywania takiego pana, to i tak przy pierwszym jego pojawieniu się w sąsiedztwie, prawda ta tak mocno przenika umysły okolicznych rodzin, że jest on już uważany za prawowitą własność tej czy tamtej spośród ich córek.

- Mój drogi panie Bennet - zwróciła się pewnego dnia do pana Benneta jego małżonka - czy słyszałeś, że Netherfield Park został w końcu wynajęty?

Pan Bennet odparł, że nie słyszał.

- Ale został wynajęty - odrzekła - bo pani Long dopiero co tutaj była i wszystko mi o tym opowiedziała.

Pan Bennet nic na to nie odpowiedział.

- Czy nie chcesz wiedzieć, kto go wynajął? - zawołała jego żona niecierpliwie.

- Ty chcesz mi powiedzieć, a ja nie mam obiekcji, by tego wysłuchać.

Taka zachęta wystarczyła.

- Och, mój drogi, musisz wiedzieć, że pani Long mówi, że Netherfield zostało wynajęte młodemu człowiekowi, posiadającemu dużą fortunę, a pochodzącemu z północy Anglii; że przyjechał on w poniedziałek, dwukółką zaprzężoną w cztery konie1, aby zobaczyć miejsce, i był tak zachwycony, że od razu ugodził się z panem Morrisem; że przejmie posiadłość przed świętym Michałem2, a część z jego służby ma być w domu już pod koniec przyszłego tygodnia.

- Jak się nazywa?

- Bingley.

- Jest żonaty czy wolny?

- Och! Wolny, mój drogi, ma się rozumieć! Kawaler z wielką fortuną, cztery czy pięć tysięcy rocznie. Jaka to piękna sprawa dla naszych dziewcząt!

- Jak to? Jak by to miało się na nich odbić?

- Mój drogi panie Bennet - odpowiedziała jego żona - jak możesz być taki męczący! Musisz wiedzieć, że myślę o jego ożenku z jedną z nich.

- I to z tego powodu on się tu osiedla?

- Z tego powodu? Cóż za nonsens, jak możesz tak mówić! Ale jest bardzo prawdopodobne, że może się zakochać w jednej z nich i dlatego musisz złożyć mu wizytę, jak już tylko przybędzie.

- Nie widzę powodu po temu. Ty i dziewczęta możecie pojechać do niego albo możesz posłać je same, co byłoby jeszcze lepiej, bo ty jesteś tak samo piękna, jak każda z nich, i panu Bingleyowi mogłabyś się spodobać najbardziej spośród was wszystkich.

- Mój drogi, przypochlebiasz mi się. Owszem, pięknobyło kiedyś moim udziałem, ale teraz już jakoś nadzwyczajnie do tego nie pretenduję. Kiedy kobieta ma pięć dorosłych córek, powinna przestać myśleć o swojej własnej urodzie.

- W takich przypadkach kobieta nieczęsto ma tyle urody, by o niej myśleć.

- Ale, mój drogi, musisz doprawdy koniecznie pojechać i poznać pana Bingleya, kiedy już zamieszka w sąsiedztwie.

- Aż tak się starać nie zamierzam, zapewniam cię.

- Ależ miej na względzie swoje córki. Pomyśl tylko, jakim to byłoby zabezpieczeniem dla jednej z nich. Sir William i lady Lucas są zdecydowani tam jechać, jedynie z takiego powodu, bo tak zazwyczaj, jak wiesz, nie odwiedzają nowoprzybyłych. Oczywiście, że musisz pojechać, przecież my nie mogłybyśmy złożyć mu wizyty, jeśli ty nie pojedziesz3.

- Masz z pewnością nadmierne skrupuły. Myślę, że pan Bingley bardzo chętnie was pozna; skrobnę mu parę linijek, by zapewnić go, że ma mą najszczerszą zgodę na poślubienie którejkolwiek z dziewcząt, którą by tylko zechciał, jednakże dorzucę jakieś dobre słowo na rzecz mojej małej Lizzy.

- Proszę cię, byś niczego takiego nie robił. Lizzy nie jest ani trochę lepsza od innych. Uważam, że nie jest ani w połowie tak piękna jak Jane, ani nawet w połowie nie tak wesoła jak Lydia. Ale ty ją zawsze wyróżniasz.

- Żadna z nich nie ma za bardzo się czym chwalić - odparł - wszystkie są takimi samymi głupiutkimi gąskami z niewielką wiedzą, podobnie jak i inne dziewczęta, ale Lizzy ma trochę więcej bystrości umysłu niż jej siostry.

- Panie Bennet4, jakmożesz obrażać w ten sposób swoje własne dzieci? Ty uwielbiasz mnie irytować. Nie masz litości dla moich biednych nerwów.

- Mylisz się, moja droga. Bardzo szanuję twoje nerwy. Są moimi starymi przyjaciółmi. Słucham, jak o nich rozprawiasz od ponad dwadziestu lat.

- Ach, nie wiesz, jak ja cierpię.

- Ale mam nadzieję, że jakoś z tego wyjdziesz i będziesz żyć po to, by ujrzeć wielu młodych mężczyzn z dochodem cztery tysiące rocznie, osiedlających się w sąsiedztwie.

- Nic nam z tego nie przyjdzie, nawet jeśliby i z dwudziestu takich miało się osiedlić, jeśli ty nie chcesz złożyć im wizyty.

- Możesz na to liczyć, moja droga, że jeśli będzie ich dwudziestu, to będę wizytował ich wszystkich.

Pan Bennet był taką dziwaczną mieszanką bystrości umysłu, sarkazmu, wycofania, skrytości i fanaberyjności, że nawet doświadczenie dwudziestu trzech lat nie wystarczyło jego żonie, by pojąć jego charakter.

Jejumysł był mniej trudny do naszkicowania. Była kobietą o marnym rozumie, niewielkiej wiedzy i chwiejnym nastroju. Jeśli była nieukontentowana, wyobrażała sobie, że cierpi na nerwy. Głównym zadaniem jej życia było wydanie córek za mąż; przyjemnością zaś wizyty i nowinki.

Rozdział 2

Pan Bennet był wśród tych, którzy najwcześniej odwiedzili pana Bingleya. Od początku miał zamiar złożyć mu wizytę, chociaż do końca zapewniał żonę, że tego nie zrobi; i aż do wieczora w dniu, w którym wizyta została już złożona, żona jego nie miała o tym pojęcia. Zostało to ujawnione w następujący sposób. Obserwując swoją drugą córkę, zajętą przyozdabianiem kapelusza, nagle zwrócił się do niej:

- Mam nadzieję, że to spodoba się panu Bingleyowi, Lizzy.

- Nie mamy jak dowiedzieć się, co się spodoba panu Bingleyowi - odpowiedziała jej matka z urazą w głosie - skoro mu nie złożymy wizyty.

- Ale mama zapomina - odezwała się Elizabeth - że spotkamy go na naszych asamblach5 i że pani Long obiecała przedstawić nam go.

- Nie sądzę, by pani Long naprawdę miała zrobić taką rzecz. Ona ma swoje własne dwie siostrzenice. Jest egoistką, hipokrytką i nie mam o niej dobrego zdania.

- Ja też nie lepsze - rzekł pan Bennet - i cieszę się, słysząc, że nie liczysz na jej usługi.

Pani Bennet nie raczyła nic odrzec, ale nie mogąc się powstrzymać, zaczęła strofować jedną ze swoich córek:

- Nie pokasłuj tak, Kitty, na miłość boską! Miej trochę względu na moje nerwy. Wykończysz je już zupełnie.

- Kitty jest taka niezręczna z tym swoim kaszlem - odrzekł na to jej ojciec - i zawsze z nim utrafia nie w porę.

- Nie kaszlę dla przyjemności - odparła Kitty z rozdrażnieniem w głosie.

- Kiedy ma być wasz następny bal, Lizzy?

- Za dwa tygodnie licząc od jutra.

- Ojej, no tak - zawołała jej matka - a pani Long nie wróci, aż w przeddzień; to nie będzie możliwe, by nam go przedstawiła, skoro ona sama jeszcze nie będzie go znała.

- A zatem, moja droga, będziesz mogła mieć przewagę nad swoją przyjaciółką i przedstawić pana Bingleya jej.

- To niemożliwe, panie Bennet, niemożliwe, skoro ja sama go nie znam; jak możesz mi tak dokuczać?

- Doceniam twoją ostrożność. Dwutygodniowa znajomość to z pewnością bardzo mało. Nikt nie może stwierdzić po upływie zaledwie dwóch tygodni, jaki jest dany człowiek. Ale jeśli my nie odważymy się, to zrobi to ktoś inny; a poza tym pani Long i jej siostrzenice też muszą dostać swoją szansę; i dlatego też, jeśli ona pomyśli o tym, jako o akcie życzliwości, to skoro ty jej takiej usługi odmówisz, to ja to wezmę na siebie.

Dziewczęta zdumione wpatrywały się w ojca.

Pani Bennett odparła jedynie:

- Co za nonsens! Co za nonsens!

- I cóż miałyby znaczyć takie dobitne okrzyki? - zawołał - Czy rozważasz formy takiej prezentacji, a nacisk, jaki się na nie kładzie, uważasz za nonsens? Nie mogę się do końca z tobą zgodzić w tym zakresie. A co ty powiesz, Mary? Jesteś przecież głęboko refleksyjną młodą damą, czytasz najmądrzejsze księgi i wypisujesz z nich ważne sentencje.

Mary pragnęłaby powiedzieć coś sensownego, ale nie wiedziała co.

- W czasie, gdy Mary będzie formowała swoje koncepcje - kontynuował - my powróćmy do pana Bingleya.

- Mam już dosyć pana Bingleya! - zawołała jego żona.

- Przykro mi to słyszeć; ale czemuż nie powiedziałaś mi tego wcześniej? Gdybym wiedział o tym dzisiaj rano, na pewno nie odwiedziłbym go. Nieszczęśliwie się składa; ale skoro już złożyłem mu wizytę, to teraz już nie unikniemy nawiązania tej znajomości.

Zaskoczenie pań było właśnie takie, jakiego sobie życzył; a to pani Bennet było prawdopodobnie większe, niż pozostałych; chociaż, kiedy już pierwszy wybuch radości minął, zaczęła zapewniać, że właśnie cały czas tego się spodziewała.

- Jakiś ty dobry, mój kochany panie Bennet! Ale ja wiedziałam, że w końcu cię przekonam. Byłam pewna, że za bardzo kochasz nasze dziewczęta, by zaniedbać zawarcia takiej znajomości. Och, jakam ja rada! I to też taki świetny dowcip, że umyśliłeś pojechać tam dzisiaj rano i nigdy nawet słowem o tym nie wspomniałeś, aż do tej pory.

- No, to teraz, Kitty, możesz już kaszleć do woli - powiedział pan Bennet i zaraz po tym opuścił pokój, zmęczony uniesieniami swej żony.

- Jakiego wspaniałego ojca macie, dziewczęta! - mówiła, kiedy drzwi się zamknęły - Nie wiem, w jaki sposób kiedykolwiek dacie radę odwdzięczyć mu się za tę dobroć; albo mi. W naszym wieku, mówię wam, nie jest to już przyjemnością zawierać nowe znajomości każdego dnia; ale dla was zrobilibyśmy wszystko. Lydio, kochanie, chociaż ty jesteś najmłodsza, to jednak myślę, że pan Bingley zechce zatańczyć z tobą na najbliższym balu.

- Och! - odparła dziarsko Lydia - nie obawiam się; wprawdzie ja jestem najmłodsza, ale ja też jestem najwyższa.

Resztę wieczoru spędzono na snuciu domysłów, jak szybko pan Bingley zrewizytuje pana Benneta oraz na próbach ustalenia, kiedy powinni go zaprosić na obiad.

Rozdział 3

Nic z tego, co przedsiębrała pani Bennet, nawet z pomocą swoich pięciu córek, by uzyskać odpowiedź na swoje pytania, nie było wystarczające, by wyciągnąć z jej męża jakikolwiek satysfakcjonujący opis pana Bingleya. Atakowały go na różne sposoby: bezpośrednimi pytaniami, zmyślnymi podpowiedziami oraz delikatnymi sugestiami; ale on uchylał się wszelkim ich zdolnościom; i w końcu musiały przyjąć wiadomości z drugiej ręki, od swojej sąsiadki, lady Lucas. Jej relacja była nadzwyczaj przychylna. Sir William był nim zachwycony. To zupełnie młody, niezwykle przystojny człowiek, ogromnie miły oraz - dla ukoronowania całości - zamierza być na najbliższym balu z dużym towarzystwem. Nic nie mogło być bardziej zachwycającego! Skoro lubi tańczyć, to jest już pewien krok do tego, by się zakochał. W ten sposób bardzo ożywiły się nadzieje na pozyskanie serca pana Bingleya.

- Gdybym tylko mogła zobaczyć jedną z moich córek szczęśliwie osiadłą w Netherfield - mówiła pani Bennet do męża - a i inne wyszłyby równie dobrze za mąż, to już niczego bym więcej nie pragnęła.

Po kilku dniach pan Bingley zrewizytował pana Benneta i siedział około dziesięciu minut z nim w jego bibliotece. Żywił nadzieję, że będzie dopuszczony przed oblicza młodych dam, o urodzie których już wiele słyszał; ale widział jedynie ich ojca. Damy miały nieco więcej szczęścia, a mianowicie tę przewagę, że mogły przekonać się, patrząc z okna na piętrze, iż był ubrany w niebieski surdut6 i przyjechał na karym koniu.

Wkrótce potem wysłano zaproszenie na obiad; i już pani Bennet ustalała dania, które przyniosłyby chlubę jej domowi, kiedy nadeszła odpowiedź, która odroczyła to wszystko. Pan Bingley był zobowiązany być w Londynie następnego dnia i w związku z tym nie mógł mieć zaszczytu przyjęcia zaproszenia etc. Pani Bennet była zupełnie skonsternowana. Nie mogła sobie wyobrazić, cóż to za sprawę mógłby mieć w Londynie, tak zaraz po swoim przybyciu do hrabstwa Hertfordshire; i zaczęła obawiać się, że pan Bingley będzie tak stale skakać z miejsca na miejsce i nigdy nie osiądzie porządnie w Netherfield, jak powinien. Lady Lucas uspokoiła nieco jej obawy, rzucając przypuszczenie, że pojechał do Londynu jedynie po to, by przywieźć na bal to zapowiadane duże towarzystwo; i wkrótce potem pojawiła się wiadomość, że pan Bingley ma przywieźć ze sobą na bal dwanaście pań i siedmiu panów. Dziewczęta zmartwiły się taką ilością pań, ale w przeddzień balu zostały pocieszone, że zamiast dwunastu przywiózł z Londynu tylko sześć: swoich pięć sióstr oraz kuzynkę.

A kiedy już towarzystwo wkroczyło na salę balową, składało się z zaledwie pięciu osób: pana Bingleya, dwóch jego sióstr, męża starszej z sióstr oraz jeszcze jednego młodego człowieka.

Pan Bingley był bardzo przystojny i w pełni sprawiał wrażenie absolutnego gentlemana, miał przyjemny wyraz twarzy oraz swobodne, bezpretensjonalne obejście. Jego siostry były niezwykle eleganckimi damami, ich styl był zdecydowanie modny i wytworny. Jego szwagier, pan Hurst, jedynie wyglądał jak gentleman; ale jego przyjaciel, pan Darcy szybko ściągnął na siebie uwagę wszystkich obecnych swoją przystojną, wysoką postawą, pięknymi rysami twarzy i widocznym dostojeństwem; oraz wieścią, która obiegła całą salę w przeciągu pięciu minut od jego pojawienia się: że ma dochodu dziesięć tysięcy rocznie7. Panowie orzekli, że ma wspaniałą, godną mężczyzny sylwetkę, panie oświadczyły, że jest dużo przystojniejszy od pana Bingleya, i tak spoglądano na niego z wielkim uwielbieniem przez jakieś pół wieczoru, aż jego sposób bycia zmierził wszystkich, co obróciło w pył całą jego wcześniejszą popularność; okazało się bowiem, że jest dumny, wynoszący się ponad resztę towarzystwa i zbyt wyniosły, by się bawić; i nawet jego wielka posiadłość w hrabstwie Derbyshire nie mogła uchronić go od faktu, że miał najbardziej ponurą i niesympatyczną minę i w ogóle nie był wart tego, by go porównywać z jego przyjacielem.

Pan Bingley wkrótce zapoznał się ze wszystkimi najważniejszymi osobami spośród obecnych; był pełen energii i otwarty, tańczył każdy taniec, był niezadowolony, kiedy bal skończył się tak szybko, mówił, że sam wyprawi bal w Netherfield. Takie miłe cechy mówią same za siebie. Jakiż kontrast pomiędzy nim a jego przyjacielem! Pan Darcy tańczył tylko raz z panią Hurst i raz z panną Bingley, nie zgadzał się na to, by

zostać przedstawionym jakiejkolwiek innej damie8, a resztę wieczoru spędził, spacerując po sali oraz rozmawiając z rzadka z kimś z własnego grona. Ustalono zatem jego charakter. Był najbardziej dumnym, najbardziej niesympatycznym człowiekiem na świecie i każdy miał nadzieję, że już nigdy więcej tu nie przyjedzie.

Wśród jego najzagorzalszych przeciwników była pani Bennet, której ogólna niechęć wobec całego jego zachowania została zaostrzona poprzez szczególne oburzenie z powodu zlekceważenia przez niego jednej z jej córek.

Elizabeth Bennet musiała - z powodu zbyt małej ilości panów - siedzieć przez dwa tańce, a przez część tego czasu pan Darcy stał na tyle blisko niej, że dosłyszała rozmowę pomiędzy nim a panem Bingleyem, który wyszedł spośród tańczących na kilka minut, by nakłonić przyjaciela do przyłączenia się.

- Chodź, Darcy - powiedział - Chodź tańczyć. Nie mogę patrzeć, jak tak głupio stoisz tutaj sam. Potańczyłbyś już lepiej.

- Na pewno nie. Wiesz, jak ja tego nie cierpię, no chyba, że wyjątkowo dobrze znam moją partnerkę. A na takim asamblu, jak ten, to byłoby to nie do wytrzymania. Twoje siostry są zajęte, a nie ma żadnej innej kobiety na sali, naprzeciwko której mógłbym stanąć9, nie odczuwając tego jako mordęgi.

- Za nic w świecie nie byłbym taki wybredny, jak ty! - zawołał pan Bingley - Słowo honoru, nigdy w życiu nie spotkałem tylu miłych dziewcząt, jak dzisiejszego wieczoru; a widzisz, że niektóre spośród nich są nadzwyczaj ładne.

- Ty tańczysz z jedyną piękną dziewczyną na tej sali - powiedział pan Darcy, patrząc na najstarszą pannę Bennet.

- Och! Ona jest najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałem! Ale tutaj jest jedna z jej sióstr, siedzi tuż za tobą. Ona jest bardzo ładna i myślę, że jest bardzo miła. Pozwól, że poproszę moją partnerkę, by cię jej przedstawiła.

- Którą masz na myśli? - i odwróciwszy się, spoglądał przez chwilę na Elizabeth, aż jego wzrok ściągnął jej spojrzenie, wtedy odwrócił swoje i powiedział chłodno - Da się znieść; ale nie jest wystarczająco piękna, by skusić mnie; a ja nie mam w tej chwili ochoty, by podnosić znaczenie młodych dam zlekceważonych przez innych mężczyzn10. Wróciłbyś lepiej do swojej partnerki, cieszyć się jej uśmiechami, bo ze mną jedynie marnujesz czas.

Pan Bingley podążył za jego radą. Pan Darcy odszedł, a Elizabeth pozostała, nie mając zbyt wielu serdecznych uczuć wobec niego. Jednak na wesoło opowiedziała tę historyjkę swoim przyjaciółkom; miała bowiem żywe i figlarne usposobienie i uwielbiała wszystko, co jest śmieszne.

Ogólnie jednak wieczór przebiegał bardzo miło dla całej rodziny. Pani Bennet widziała, jak jej najstarsza córka była traktowana z wielkim zachwytem przez towarzystwo z Netherfield. Pan Bingley tańczył z nią dwa razy, została też wyróżniona przez jego siostry. Jane była z tego powodu tak samo zadowolona, jak jej matka, chociaż nie okazywała tego tak głośno. Elizabeth odczuwała radość Jane. Mary słyszała, jak wspominano o niej pannie Bingley jako o najbardziej wykształconej pannie w okolicy; a Catherine i Lydia miały na tyle szczęścia, by ani razu nie pozostać bez partnera do tańca, co było wszystkim, co je w ogóle mogło obchodzić na balu. Wróciły zatem w dobrych humorach do Longbourn, wioski, w której mieszkały, będąc jej głównymi mieszkańcami. Okazało się, że pan Bennet jeszcze nie śpi. Przy książkach zapominał o upływie czasu; a przy takiej okazji odczuwał ogromną ciekawość, jaki był efekt owego wieczoru, wieczoru, który wzbudził tyle tak znacznych oczekiwań. Raczej miał nadzieję, że jego żona zawiodła się w swych planach wobec przybysza, ale szybko zorientował się, że ma do wysłuchania całkiem odmienną opowieść.

- Och! Mój kochany panie Bennet - zaczęła od razu, wchodząc do pokoju - to był najcudniejszy wieczór, najwspanialszy bal. Ach, gdybyś tylko tam był. Jane wzbudziła wielki zachwyt, nie ma nawet porównania. Każdy mówił, jak ona świetnie wygląda; a pan Bingley uznał ją za absolutną piękność i tańczył z nią dwa razy. Pomyśl o tym11 tylko, mój drogi; właśnie tańczył z nią dwa razy; a ona była jedyną na sali, którą poprosił do tańca po raz drugi. Najpierw poprosił pannę Lucas. Tak się zaniepokoiłam, kiedy zobaczyłam go naprzeciw niej; ale mimo to w ogóle go ona nie zachwyciła, nikogo zresztą nie zachwyca, wiesz przecież; wydawał się wręcz porażony urodą Jane, kiedy ona akurat minęła go w tańcu. Tak więc dopytywał się, kto to jest, i uzyskał to, że został jej przedstawiony i poprosił ją o dwa następne tańce12. Potem trzecie dwa tańczył z panną King, a czwarte dwa z Marią Lucas, zaś piąte dwa znowu z Jane, a szóste dwa z Lizzy, a Bourlangera13…

- Jeśliby miał choć trochę litości dlamnie - zawołał jej mąż zniecierpliwiony - to nie tańczyłby i połowy tego. Na miłość boską, nie opowiadaj mi już o jego partnerkach. Och, żebyż już w pierwszym tańcu skręcił był nogę w kostce!

- Och! Mój drogi, jestem nim zachwycona. Jest aż nadzwyczaj przystojny! A jego siostry to takie czarujące damy. Nigdy w życiu nie widziałam nic bardziej eleganckiego, niż ich suknie. Myślę, że koronka na sukni pani Hurst…

Przerwano jej znowu. Pan Bennet zaprotestował przeciwko wszelkim opisom toalet pań. Stąd też - czując się zmuszona zmienić po części temat - zrelacjonowała z ogromnym rozgoryczeniem i pewnym przejaskrawieniem wstrząsające grubiaństwo pana Darcyego.

- Ale mogę cię zapewnić - dodała - że Lizzy nie straciła zbyt wiele, nie przypadając mu do gustu; bo on jest nadzwyczaj niemiłym, okropnym człowiekiem, w ogóle niewartym tego, by mu się przypodobać. Taki wyniosły i zarozumiały, że znieść aż go nie można było! Chodził tam i z powrotem, wyobrażając sobie, jaki to on wielki! Nie wystarczająco piękna, by z nią tańczyć! Ach, gdybyś tam był, mój drogi, usadziłbyś go swoją ripostą. Zupełnie nie cierpię tego człowieka.

Rozdział 4

Kiedy Jane i Elizabeth zostały same, ta pierwsza, choć wcześniej była powściągliwa w swych pochwałach dla pana Bingleya, teraz jednak powiedziała swojej siostrze, jak bardzo jest nim zachwycona.

- Jest właśnie taki, jaki młody człowiek być powinien - rzekła - rozsądny, pogodny, energiczny; i nigdy nie widziałam tak właściwego sposobu bycia! Tak bardzo swobodny, połączony z tak doskonałym dobrym wychowaniem!

- Jest też przystojny - odparła Elizabeth - jaki również powinien być młody człowiek, jeśli tylko jest w stanie. W ten sposób jego charakter jest już kompletny.

- Tak bardzo mi pochlebiło, że poprosił mnie do tańca po raz drugi. Nie spodziewałam się aż takiego komplementu.

- Nie? A ja się go dla ciebie spodziewałam. Ale to jest właśnie ta wielka różnica pomiędzy nami. Komplementy typrzyjmujesz zawsze z wielkim zaskoczeniem, a ja nigdy. Cóż mogłoby być bardziej naturalnego niż poproszenie cię ponownie? Nie byłby w stanie nie zauważyć, że jesteś pięć razy ładniejsza, niż każda inna kobieta na sali. Nie zawdzięczasz tego jego galanterii. No cóż, jest oczywiście bardzo miły i zgadzam się, by ci się dalej podobał. Podobało ci się już wielu głupszych ludzi.

- Lizzy!

- Och! Wiesz sama, że masz takie usposobienie, że ludzie w ogóle ci się nadmiernie podobają. Nigdy nie widzisz u nikogo żadnej wady. Cały świat jest dobry i miły w twoich oczach. Nigdy w życiu nie słyszałam, byś choć raz mówiła o kimkolwiek źle.

- Nie chciałabym zbyt szybko ocenić kogokolwiek źle; ale zawsze mówię to, co myślę.

- Wiem, że tak jest; i to jest właśnie zadziwiające. Żebyś ty, ze swoim ogromnym rozsądkiem, była tak naprawdę ślepa na przejawy głupoty i idiotyzmu innych! Udawanie prostolinijności jest dość powszechne; wszędzie się można z tym spotkać. Ale być prostolinijną tak po prostu z siebie i nie na pokaz, zauważać w charakterze każdego człowieka tylko dobre cechy i jeszcze je wyolbrzymiać, nie wspominać nigdy o złych - to już wyłącznie ty taka jesteś. I pewnie też lubisz siostry tego człowieka, prawda? A ich sposób bycia nie jest przecież taki sam, jak jego.

- Na pierwszy rzut oka na pewno nie. Ale kiedy już wchodzisz w konwersację z nimi, to są bardzo miłe. Panna Bingley ma zamieszkać z bratem i zarządzać jego domem; bardzo bym się zdziwiła, gdyby nie okazała się być dla nas przemiłą sąsiadką.

Elizabeth słuchała w milczeniu, ale bez przekonania; zachowanie sióstr pana Bingleya wśród towarzystwa nie wskazywało na to, by miały one zamiar przypodobać się zebranym; większa u Elizabeth spostrzegawczość oraz mniej ugodowa natura, niż u jej siostry, powodowała, że była ona mniej skłonna do pochwały wobec nich, zwłaszcza, że na jej osąd nie musiała wpływać żadna atencja, jaka byłaby kierowana wobec niej samej. Były one rzeczywiście bardzo eleganckimi damami; bez trudu potrafiły okazywać dobry nastrój, jeśli były zadowolone, bez trudu też potrafiły być miłe, kiedy miały na to ochotę; były jednak zarazem dumne i zarozumiałe. Były raczej piękne, zostały wykształcone w jednym z najlepszych prywatnych seminariów dla panien w Londynie, posiadały majątek w wysokości dwudziestu tysięcy funtów, miały zwyczaj wydawać więcej, niż powinny były, oraz bywać w towarzystwie osób z wyższych sfer, stąd też pod każdym względem były uprawnione do tego, by mieć o sobie wysokie mniemanie, o innych zaś kiepskie. Pochodziły z szacownej familii żyjącej na północy Anglii; okoliczność ta daleko głębiej wyryła się w ich świadomości, niż ta, że majątek ich brata oraz ich własny został uzyskany poprzez działalność kupiecką.

Pan Bingley odziedziczył majątek, wynoszący niemalże sto tysięcy funtów, po swoim ojcu, który zamierzał nabyć posiadłość ziemską, ale nie zdążył tego uczynić za swojego życia. Pan Bingley zamierzał podobnie, czasami już nawet wybierał coś we własnym hrabstwie; lecz obecnie, skoro miał już do dyspozycji odpowiedni dom włącznie ze zgodą na urządzanie polowań, stąd ci, którzy najlepiej znali jego zmienne usposobienie, nabierali wątpliwości, czy nie zechce on aby spędzić do końca swoich dni w Netherfield, zaś nabycie majątku ziemskiego pozostawić kolejnym pokoleniom.

Jego siostry nie mogły się wręcz doczekać, by nabył on swoją własną posiadłość; ale chociaż obecnie osiadł tutaj jako jedynie najemca, panna Bingley nie miała zamiaru okazywać niechęci prezydowaniu przy jego stole; ani też pani Hurst, która poślubiła człowieka bardziej eleganckiego niż majętnego, nie mniej była skłonna uznawać dom brata za swój własny dom, kiedy jej to odpowiadało. Nie minęły jeszcze dwa lata od osiągnięcia pełnoletności14 przez pana Bingleya, kiedy przypadkowa rekomendacja skłoniła go do spojrzenia na Netherfield Park. Obejrzał go z zewnątrz i wewnątrz w przeciągu pół godziny: był zadowolony z jego położenia oraz najważniejszych pokoi, usatysfakcjonowany tym, jak zachwalał go jego właściciel, i wynajął go niezwłocznie.

Pomiędzy nim a panem Darcym istniała bardzo trwała przyjaźń pomimo wielkiego przeciwieństwa charakterów. Darcyemu podobało się swobodne obejście, otwartość oraz spolegliwość pana Bingleya, choć żadne inne usposobienie nie mogłoby stanowić większego kontrastu do jego własnego, a przecież ze swojego własnego nigdy nie zdawał się być niezadowolonym. Pan Bingley, który o osądzie pana Darcyego miał jak najwyższe mniemanie, w pełni zdawał się na opinię tegoż i całkowicie na niej polegał.

Darcy w swej przenikliwości górował nad Bingleyem. Nie, żeby Bingley miał w tym jakieś braki, jednakże Darcy był bardzo rozważny. Równocześnie był też wyniosły, nieprzystępny, skryty oraz wybredny, zaś jego sposób bycia, pomimo dobrych manier, nie był jednak zachęcający. Pod tym względem jego przyjaciel miał nad nim ogromną przewagę. Bingley mógł być pewien, że będzie lubiany, gdziekolwiek się tylko pojawi. Darcy nieustannie zrażał do siebie innych.

Sposób, w jaki omawiali towarzystwo zebrane w Meryton, był dość charakterystyczny. Bingley nigdy w życiu nie spotkał milszych ludzi czy ładniejszych dziewcząt. Każdy był dla niego nadzwyczaj życzliwy i pełen atencji, nie było tam żadnej formalności ani sztywności; szybko poczuł się na sali, jak wśród bliskich znajomych; a jeśli chodzi o pannę Bennet, to nie wyobraża sobie, by sam anioł mógł być piękniejszy. Darcy, wprost przeciwnie, widział zbiorowisko ludzi, w którym nie było ani piękna, ani elegancji. Nikt spośród tego zbiorowiska nie wzbudził w nim najmniejszego zainteresowania, od nikogo też nie doświadczył ani atencji, ani nikt mu nie sprawił żadnej przyjemności. Co do panny Bennet, przyznał, że jest ona ładna, ale za dużo się uśmiechała15.

Pani Hurst i jej siostra zgodziły się z tym; ale ponieważ nadal były pod jej urokiem i lubiły ją, to zdecydowały, że jest przemiłą dziewczyną, taką, co do której nie mają zastrzeżeń, by poznać ją bliżej. Panna Bennet została zatem uznana za przemiłą dziewczynę, a ich brat został taką pochwałą uprawniony do tego, by sobie myślał o niej do woli.

Rozdział 5

W odległości zaledwie krótkiego spaceru od Longbourn mieszkała rodzina, z którą Bennetowie mieli szczególnie bliskie relacje. Sir William Lucas niegdyś zajmował się kupiectwem w Meryton, gdzie doszedł do przyzwoitego majątku, zaś w czasie jego burmistrzowania w uznaniu dla jego wystąpienia skierowanego wobec króla, został on podniesiony do godności rycerskiej16. Prawdopodobnie zbyt mocno odczuł tę godność. Spowodowała ona, że nabrał wstrętu do swojego zajęcia17 oraz do swojej rezydencji w małym miasteczku targowym; stąd zrywając z jednym i drugim przeniósł się z rodziną do domu oddalonego o jakąś milę od Meryton. Dom ten nazywano od tego czasu Lucas Lodge18. Tam mógł rozmyślać z przyjemnością o swoim własnym wielkim znaczeniu oraz - wyzwolony od konieczności zajmowania się prowadzeniem interesów - poświęcać swój czas wyłącznie na bycie uprzejmym wobec całego świata. Bo chociaż był dumny ze swojego nowego statusu, nie uczyniło go to wyniosłym; wręcz przeciwnie, pełen był atencji wobec każdego. Z natury swojej był spokojnym, życzliwym i uczynnym człowiekiem, a przedstawienie go w pałacu St. James19 uczyniło go pełnym kurtuazji.

Lady Lucas była bardzo dobrą osobą, nie za bardzo mądrą, by być wartościową sąsiadką dla pani Bennet. Mieli oni kilkoro dzieci. Najstarsze z nich, rozsądna, inteligentna, młoda kobieta, około dwudziestosiedmioletnia, była bliską przyjaciółką Elizabeth.

Absolutnie niezbędnym było, by panny Lucas i panny Bennet się spotkały, by omówić ów bal; i zaraz pierwszego dnia po asamblu pierwsze z nich udały się do Longbourn, by posłuchać wrażeń tych drugich, a i samym też podzielić się swoimi.

- Ty zaczęłaś ten wieczór świetnie, Charlotte - zwróciła się do panny Lucas20 pani Bennet z uprzejmą powściągliwością - Ty byłaś pierwszą wybranką pana Bingleya.

- Tak; lecz widać było, że ta druga bardziej mu się spodobała.

- Och! Przypuszczam, że masz na myśli Jane, ponieważ tańczył z nią dwa razy. Ma się rozumieć, że naprawdęwyglądało to tak, jakby ją admirował… Doprawdy, myślę, że tak było - słyszałam coś na ten temat, ale prawie nie pamiętam, co - coś o panu Robinsonie.

- Pewnie ma pani na myśli rozmowę, którą ja usłyszałam, rozmowę pomiędzy nim a panem Robinsonem. Czy to nie ja pani o tym wspominałam? Pan Robinson zapytał go, jak mu się podobają nasze asamble w Meryton oraz czy nie uważa, że jest tam na sali wiele ładnych dam i która, jak sądzi, jest najładniejsza? A on odpowiedział od razu na ostatnie pytanie: „Och! Najstarsza panna Bennet, bez wątpliwości i bez dwóch zdań”.

- Słowo daję! Cóż, to jest rzeczywiście bardzo stanowcze. Tak wygląda, jakby… Ale mimo to może nic z tego nie wyjść, rozumiesz.

- To, coja usłyszałam, było o wiele bardziej odpowiednie, niż to, co ty usłyszałaś, Eliza21 - powiedziała Charlotte - nie warto słuchać tego, co mówi pan Darcy, o wiele mniej, niż tego, co mówi jego przyjaciel, prawda? Biedna Eliza! By być tylko taką, co to da się znieść!

- Proszę cię, nie wmawiaj jej tego, by miała się przejmować złym potraktowaniem przez niego. Przecież on jest tak nieprzyjemnym człowiekiem, że byłby to już prawdziwy pech, by się takiemu spodobać. Pani Long mówiła mi, że wczorajszego wieczoru siedział tuż obok niej przez pół godziny i nawet ust do niej nie otworzył22.

- Czy mama jest tego całkowicie pewna? Czy nie ma tu aby drobnej pomyłki? - odezwała się Jane - Widziałam z całą pewnością, że pan Darcy mówił coś do niej.

- Oj, bo zapytała go, jak mu się podoba w Netherfield, i nie mógł już tego uniknąć, by jej odpowiedzieć, ale widać było, że jest zły, że się do niego ktoś odezwał.

- Panna Bingley mówiła mi - odrzekła na to Jane - że on nigdy nie jest rozmowny, chyba że wśród swoich najbliższych znajomych. Wobec nich jest niezwykle miły.

- Nie wierzę w ani jedno słowo z tego, moja droga. Gdyby miał być taki bardzo miły, to porozmawiałby z panią Long. Ale przypuszczam, jak to było: każdy mówi, że on jest taki pełen tej swojej dumy, że ta jego duma to aż mu się uszami wylewa, i myślę, że jakoś doszło do niego, że pani Long nie ma swojego własnego powozu, a na bal przyjechała tylko ot tak wynajętym.

- Nie chodzi mi o to, że nie rozmawiał z panią Long - powiedziała panna Lucas - ale wolałabym, by Eliza została przez niego poproszona do tańca.

- Następnym razem, Lizzy - odparła pani Bennet - z nim bym nie tańczyła, gdybym była na twoim miejscu.

- Myślę, że mogę mamie spokojnie obiecać, że nigdy z nim nie zatańczę.

- Jego duma - rzekła panna Lucas - mnie nie razi tak bardzo, jak to często się z taką dumą zdarza, ponieważ w tym przypadku jest ona uzasadniona. Nie można się dziwić, że taki wspaniały młody człowiek z takiej familii, z taką fortuną, ze wszystkimi swoimi zaletami, może mieć o sobie wysokie mniemanie. Jeśli mogę to tak określić, to on ma prawo być dumnym.

- To prawda - odparła Elizabeth - i mogłabym łatwo wybaczyć mu jego dumę, gdyby nie uraził mojej.

- Duma - zauważyła Mary, która szczyciła się głębią swoich przemyśleń - jest dość powszechną wadą, jak sądzę. Na podstawie tego wszystkiego, co kiedykolwiek przeczytałam, uważam, że naprawdę jest dość powszechnie spotykana; że ludzka natura jest do niej szczególnie skłonna i że tylko niewielu spośród nas jest takich, którzy by nie uwielbiali uczucia samozadowolenia opartego na podstawie tych czy innych cech, prawdziwych czy też wyimaginowanych. Próżność a duma to są dwa zupełnie odmienne pojęcia, chociaż słowa te często bywają używane zamiennie. Ktoś może być dumny, nie będąc przy tym próżnym. Duma odnosi się do naszego zdania o nas samych, a próżność do tego, co chcemy, by inni myśleli o nas.

- Gdybym ja był taki bogaty, jak pan Darcy - zawołał młody Lucas, który przyszedł razem z siostrami - to nie dbałbym o to, na ile dumny jestem. Trzymałbym stado foxhoundów23 i wypijałbym flaszkę wina dziennie.

- W takim razie piłbyś o wiele więcej, niż powinieneś - powiedziała pani Bennet - i gdybym ja to zobaczyła, to zaraz odebrałabym ci tę flaszkę.

Chłopiec zaprotestował, że nie odebrałaby mu; ona ponownie oświadczyła, że odebrałaby, i taki oto spór trwał już do końca wizyty.

Rozdział 6

Panie z Longbourn wkrótce złożyły wizytę paniom z Netherfield. A niedługo później zostały odpowiednio zrewizytowane. Miły sposób bycia panny Bennet spowodował wzrost życzliwości pani Hurst i panny Bingley; i chociaż matkę uznano za nieznośną, a młodsze siostry za niewarte nawet odezwania się do nich, to jeśli chodzi o dwie najstarsze z sióstr, wyrażono życzenie poznania ich bliżej. Jane tę atencję przyjęła z najwyższą radością; zaś Elizabeth cały czas postrzegała wyniosłość w ich sposobie traktowania każdego, nie wyłączając nawet jej siostry, stąd też nie mogła ich polubić; chociaż ich uprzejmość wobec Jane, taka, jak była jej okazywana, posiadała swoją wartość, jako że według wszelkiego prawdopodobieństwa była ona wynikiem uwielbienia, jakim ich brat darzył pannę Bennet. Było to ogólnie widoczne przy każdym ich spotkaniu, że on naprawdę ją admirował; zaś dla niej samej było to tak samo zauważalne, że Jane już od początku ulegała tym sentymentom, które zaczęła żywić wobec niego, zaś teraz już była na najlepszej drodze do silnego zakochania; jednakże Elizabeth z zadowoleniem dostrzegała, że było to mało możliwe, by świat mógł to powszechnie zauważyć, ponieważ Jane łączyła wielką siłę uczucia z powściągliwością oraz okazywanym zawsze w jednaki sposób wesołym sposobem bycia, co mogło ją ochronić przed podejrzeniami każdego wścibskiego impertynenta. Wspomniała o tym swojej przyjaciółce, pannie Lucas.

- Może to przyjemne - odparła Charlotte - potrafić w takich przypadkach sterować wrażeniami obserwatorów; ale czasami jest też wadą, jeśli jest się zanadto ostrożnym. Jeśli kobieta z taką samą wprawą ukrywa swoje uczucia przed tym, wobec którego są one kierowane, to może stracić okazję, by go zatrzymać; a wtedy byłaby to już marna pociecha, że się również cały świat zachowało w niewiedzy. W prawie każdym przywiązaniu jest tak wiele z wdzięczności czy próżności, że niebezpiecznie jest zostawić rzecz samej sobie. Możemy zacząć wszystko dość łatwo: niewielkie wyróżnienie jest w sposób naturalny wystarczające; ale niewielu z nas ma dość serca, by naprawdę zakochać się bez otrzymania zachęty. W dziewięciu przypadkach na dziesięć kobieta powinna raczej okazać więcej uczucia, niż go naprawdę żywi. Bingleyowi twoja siostra podoba się z całą pewnością; ale to uczucie może nigdy się nie zamienić w nic trwalszego, jeśli ona mu w tym nie dopomoże.

- Ależ ona mu w tym dopomaga, na tyle, na ile tylko jej natura jej pozwala. Jeśli ja mogę dostrzec jej względy wobec niego, to on musiałby być zupełnym głuptasem, by tego również nie wykryć.

- Pamiętaj, Eliza, że on nie zna osobowości Jane tak, jak ty.

- Ale jeśli kobieta ma skłonność do jakiegoś mężczyzny, a nie podejmuje przy tym wysiłku, by to ukryć, to on to musi zauważyć.

- Być może musi, jeśli wystarczająco często i długo ją widzi. Ale chociaż Bingley i Jane spotykają się stosunkowo często, to jednak nigdy nie spędzają razem wielu godzin; a i wtedy zawsze widują się wśród sporego towarzystwa innych osób, tak że niemożliwym jest, by każdą chwilę mogli poświęcić na konwersację między sobą. Dlatego Jane powinna wykorzystać jak najwięcej z każdej pół godzinki, w której może dysponować jego uwagą. Kiedy już będzie go pewna, wtedy może sobie bardziej swobodnie zakochać się na tyle, na ile tylko będzie miała ochotę.

- Twój plan jest bardzo dobry - odparła Elizabeth - o ile nic innego się nie liczy, poza pragnieniem, by dobrze wyjść za mąż; i jeśli ja sama byłabym zdeterminowana, by znaleźć bogatego męża lub jakiegokolwiek męża, to myślę, że sama bym taki plan zastosowała. Ale odczucia Jane nie są takie; ona nie działa według planu. I jak dotąd ona nie może być nawet pewna stopnia swoich własnych uczuć ani ich sensowności. Ona go zna zaledwie od dwóch tygodni. Tańczyła z nim tylko cztery tańce w Meryton; widziała go jednego ranka w jego własnym domu i od tego czasu cztery razy obiadowała w jego towarzystwie. To nie jest wystarczająco dużo, by mogła w pełni przejrzeć jego charakter.

- To nie jest tak, jak ty to przedstawiasz. Jeśliby tylko obiadowała z nim, to mogłaby jedynie wywiedzieć się, czy ma on dobry apetyt; ale musisz pamiętać, że spędzili też razem cztery wieczory, a cztery wieczory mogą naprawdę dać dużo.

- Tak; te cztery wieczory umożliwiły im dojście do wiedzy, że oboje lubią grę w oczko bardziej od gry w commerce24; ale jeśli chodzi o ich bardziej istotne cechy charakteru, to jakoś nie wyobrażam sobie, by pomogło to im je odsłonić w dużym stopniu.

- Cóż - rzekła Charlotte - z całego serca życzę Jane powodzenia; i jeśli miałaby poślubić go jutro, to sądzę, że miałaby taką samą szansę na osiągnięcie szczęścia, jak gdyby studiowała jego charakter przez rok. Szczęście w małżeństwie jest wyłącznie kwestią przypadku. Jeśli nawet usposobienia dwojga ludzi są bardzo dobrze im znane, czy też jeśli były one bardzo podobne przed zawarciem małżeństwa, to i tak w najmniejszym stopniu nie dopomoże im to do osiągnięcia ich szczęścia. Oni i tak po ślubie będą się zmieniali, aż z czasem staną się na tyle odmienni, by i tak stało się to przyczyną ich utrapienia; najlepiej więc wiedzieć jak najmniej o wadach osoby, z którą trzeba przejść przez życie.

- Rozśmieszasz mnie, Charlotte; to nie brzmi sensownie. Sama wiesz, że to nie brzmi sensownie i sama nigdy nie postąpiłabyś w ten sposób.

Zajęta obserwowaniem atencji pana Bingleya wobec jej siostry, Elizabeth daleka była od podejrzewania, że ona sama stała się w oczach jego przyjaciela dość zajmującym obiektem. Pan Darcy początkowo właściwie nawet nie przyznał, że jest ładna; na balu spoglądał na nią zupełnie bez admiracji, a kiedy spotkał ją ponownie, to przyglądał się jej tylko po to, by ją skrytykować. Ale zaledwie zdążył objaśnić sobie i swoim przyjaciołom, że rysy jej twarzy nie są nawet prawidłowe, kiedy zaczął zauważać, że jej twarz piękną ekspresją jej ciemnych oczu25 odzwierciedla niezwykłą inteligencję. Do tego odkrycia dołączyło kilka innych, równie upokarzających. Chociaż wykrył swoim krytycznym okiem ileś braków w doskonałości symetrii jej sylwetki, to jednak zmuszony był przyznać, że jej figura jest lekka i powabna; i jakby na złość w obliczu jego twierdzeń, że jej sposób bycia nie przystaje do eleganckiego świata, został ujęty jej pełną swobody żartobliwością. Tego wszystkiego była ona zupełnie nieświadoma; dla niej był on jedynie człowiekiem, który nigdy nie potrafi być miły i który uznał ją za niewystarczająco piękną, by z nią zatańczyć.

On zaś zapragnął dowiedzieć się o niej czegoś więcej, a jako kolejny krok ku bezpośredniej rozmowie z nią zaczął najpierw uważnie przysłuchiwać się jej konwersacjom z innymi. To już akurat zwróciło jej uwagę. Było to u sir Williama Lucasa, u którego było zebrane liczne towarzystwo.

- Co pan Darcy sobie wyobraża - powiedziała do Charlotty - by podsłuchiwać moją rozmowę z pułkownikiem Forsterem?

- Na tak postawione pytanie to tylko pan Darcy może odpowiedzieć.

- Ale jeśli jeszcze raz to zrobi, to na pewno dam mu do zrozumienia, że wiem, co on zamierza. Ma bardzo krytyczne nastawienie i jeśli sama się nie odważę na impertynencję, to wkrótce zacznę się go obawiać.

Widząc go nadchodzącego niezwłocznie po tych słowach, choć nie wyglądało na to, by miał chęć na rozmowę, panna Lucas dała sygnał przyjaciółce, by wspomnieć mu o tej sprawie; co natychmiast sprowokowało Elizabeth, by to uczynić, odwróciła się więc do niego i powiedziała:

- Czy nie sądzi pan, panie Darcy, że wyrażałam się nadzwyczaj zręcznie chwilę temu, kiedy naprzykrzałam się pułkownikowi Forsterowi, namawiając go, by wydał dla nas bal w Meryton?

- Energicznie bardzo; ale to taki temat, jaki zawsze daje dużo energii damom.

- Surowo nas pan ocenia.

- Za chwilę to jej będę się naprzykrzać. - powiedziała panna Lucas - Mam zamiar otworzyć instrument, Eliza, i wiesz, co wtedy nastąpi.

- Jak na przyjaciółkę jesteś niezwykle dziwną osobą! Zawsze oczekujesz, bym grała i śpiewała wszem i wobec! Gdyby moja próżność obrała muzyczny kierunek, byłabyś dla mnie wręcz bezcenna; ale skoro jest tak, jak jest, to wolałabym raczej nie zasiadać w obecności tych, którzy mają z pewnością zwyczaj słuchać najwybitniejszych wykonawców.

Jednakże w odpowiedzi na usilne nalegania panny Lucas dodała:

- No cóż, jak trzeba, to trzeba.

I spojrzawszy groźnie na pana Darcyego:

- Jest takie stare, dobre powiedzenie, które oczywiście każdy tutaj zna: „Nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy”. A ja idę zatem wściubić mój nos w nuty, skoro mam grać.

Jej występ był całkiem miły, co nie znaczy doskonały. Po niewielu piosenkach, zanim nawet zdążyłaby odpowiedzieć na usilne prośby części słuchaczy, by zaśpiewała znowu, została zastąpiona z wielkim zapałem przez swoją siostrę Mary, która będąc jedyną nieładną w rodzinie, pracowała usilnie nad swoją wiedzą oraz umiejętnościami właściwymi dobrze wykształconym pannom i zawsze niezwykle chętnie się nimi popisywała.

Mary nie miała ani talentu, ani gustu; i choć popychała ją ku temu jej próżność, to równocześnie popychała ją ku pedantycznemu i pompatycznemu stylowi, a to zaś szkodziłoby nawet w przypadku wyższego stopnia doskonałości, niż ten, który ona była w stanie osiągnąć. Prostej i niezmanierowanej gry Elizabeth słuchano z daleko większą przyjemnością, choć nawet w połowie nie grała tak dobrze, jak jej siostra; Mary zaś, na zakończenie jej długiego koncertu z chęcią przyjęła pochwały i wdzięczność, które pozyskała za szkockie i irlandzkie melodie, zagrane na prośbę jej młodszych sióstr, które wraz z niektórymi spośród Lucasów oraz z paroma oficerami z zapałem utworzyły grupkę tańczących na końcu sali.

Pan Darcy stał obok nich w milczącym oburzeniu na taki sposób spędzania wieczoru, który wyklucza wszelkie konwersacje, i był zbyt pochłonięty swoimi myślami, by spostrzec, że sir William Lucas stoi obok niego, aż sir William odezwał się w te słowa:

- Cóż to za urocza rozrywka dla młodych ludzi, panie Darcy! Nie ma w ogóle nic lepszego jak taniec. Uważam, że jest jednym z najważniejszych elementów świadczących o wytworności w najbardziej eleganckich społecznościach.

- Z pewnością, sir; a ma też tę zaletę, że jest też w modzie wśród zupełnie nie eleganckich społeczności na świecie. Każdy dzikus potrafi tańczyć.

Sir William tylko uśmiechnął się.

- Pański przyjaciel tańczy zachwycająco - kontynuował po chwili, patrząc na Bingleya, który dołączył do tańczących - i nie wątpię, że również pan sam jest również w tym biegły, panie Darcy.

- Myślę, sir, że widział mnie pan tańczącego w Meryton.

- Tak, owszem i obserwowałem to z niemałą przyjemnością. Czy często tańczy pan w pałacu St. James?

- Nigdy, sir.

- Czy nie uważa pan, że byłby to należny wyraz uznania dla tego miejsca?

- Byłby to ów wyraz uznania, którego nigdy i nigdzie nie okazuję, jeśli tylko mogę tego uniknąć.

- Ma pan zapewne dom w Londynie, jak sądzę.

Pan Darcy kiwnął głową.

- Myślałem też kiedyś, by i samemu przenieść się do Londynu, bo lubię obracać się wśród najwyższych sfer; lecz nie jestem całkowicie przekonany, czy tamtejsze powietrze posłuży lady Lucas.

Milczał przez chwilę, mając nadzieję na otrzymanie odpowiedzi; lecz jego rozmówca nie był do tego skłonny, by dawać jakąkolwiek; a wtem, ujrzawszy Elizabeth, zmierzającą w ich kierunku, wpadł na pomysł wykazania się wielką galanterią i zwrócił się do niej:

- Ach, panna Eliza! Moja droga panno, a dlaczegóż to pani nie tańczy? Panie Darcy, musi pan pozwolić mi zaprezentować panu tę młodą damę jako wymarzoną partnerkę. Jestem pewien, że nie może pan odmówić zatańczenia, mając przed sobą taką piękność.

I biorąc ją za rękę, chciał podać ją panu Darcyemu, który, choć wielce zaskoczony, nie był wcale niechętny do przyjęcia jej, kiedy nagle Elizabeth odwróciła się i okazując zmieszanie, odezwała się do sir Williama:

- Ależ, sir, ja nie mam najmniejszego zamiaru tańczyć. Bardzo proszę, by pan nie sugerował, że ja szłam tędy w zamiarze wyżebrania dla siebie partnera26.

Pan Darcy, ze śmiertelnie uroczystą grzecznością poprosił, by zezwoliła mu na dostąpienie tego zaszczytu, lecz na próżno. Elizabeth była zdecydowana; także sir Williamowi nie udało się zmienić jej pierwotnego zamiaru, choć nakłaniał ją następującą perswazją:

- Pani tak wspaniale tańczy, panno Elizo, że wręcz okrucieństwem jest odmówić mi przyjemności obserwowania pani tańca; a chociaż ten gentleman ogólnie nie lubi takiej rozrywki, to jednak myślę, że nie może mieć żadnych zastrzeżeń, by okazać nam tę uprzejmość przez pół godzinki.

- Pan Darcy jest wręcz chodzącą grzecznością - odrzekła Elizabeth z uśmiechem.

- O tak, doprawdy; lecz zważywszy na pobudki, moja droga panno Elizo, nie możemy dziwić się jego uprzejmości, bo któż by oponował wobec takiej partnerki?

Elizabeth rzuciła kpiące spojrzenie i odwróciwszy się, odeszła. Jej opór nie spowodował najmniejszego uszczerbku na jej postaci w oczach tego gentlemana, ten zaś rozmyślał o niej z pewną satysfakcją, gdy został zaczepiony przez pannę Bingley następującymi słowami:

- Przypuszczam, że wiem, co jest przedmiotem pańskiej zadumy.

- Sądzę, że nie.

- Rozważa pan, jak trudne do zniesienia byłoby spędzanie wieczorów w taki sposób, w takim towarzystwie; i owszem, całkowicie podzielam pańskie zdanie. Nigdy nic mnie bardziej nie drażniło! Ten brak wyrafinowania i ten harmider, ta ich miałkość, a przy tym to wysokie mniemanie o sobie tych ludzi! Ach, cóż dałabym za to, by móc usłyszeć pańską krytykę na ich temat!

- Pani przypuszczenia są całkowicie mylne, zapewniam panią. Myśl moja była zajęta milszym przedmiotem. Rozmyślałem o wielkiej przyjemności, jaką można zostać obdarzonym dzięki parze pięknych oczu w ładnej kobiecej twarzy.

Panna Bingley natychmiast utkwiła swój wzrok w jego twarzy i wyraziła pragnienie, by powiedział jej, któraż to z dam miała zaszczyt wzbudzić tego typu refleksje.

Pan Darcy odparł zupełnie nieustraszenie:

- Panna Elizabeth Bennet.

- Panna Elizabeth Bennet! - powtórzyła panna Bingley - Padnę ze zdumienia. Jak długo jest ona taką faworytką? I proszę mi powiedzieć, kiedyż to będę panu składać życzenia pomyślności na nowej drodze życia?

- To jest dokładnie to pytanie, które spodziewałem się, że mi pani zada. Kobieca wyobraźnia jest błyskawiczna: w moment przeskakuje od zapatrzenia do miłości, od miłości do małżeństwa. Wiedziałem, że będzie mi pani chciała życzyć pomyślności na nowej drodze życia.

- Ba, jeśli już mówi pan o tym z taką powagą, to uważam tę kwestię za stanowczo ustaloną. Doprawdy, będzie pan miał uroczą teściową; i oczywiście będzie ona zawsze z wami w Pemberley.

Słuchał jej z zupełną obojętnością tak długo, jak długo ona miała ochotę pozwalać sobie na tego typu wycieczki; a ponieważ jego spokój przekonał ją, że niebezpieczeństwa nie ma, to długo tryskała dowcipem.

Rozdział 7

Majątek pana Benneta składał się prawie wyłącznie z posiadłości ziemskiej, dającej dochodu dwa tysiące rocznie27, która - nieszczęśliwie dla jego córek - stanowiła majorat28, więc w przypadku braku męskich spadkobierców przypadała na dalszego męskiego krewnego; zaś majątek pani Bennet, choć byłby wystarczający dla niej samej w jej wdowieństwie, to przecie nie mógł zastąpić jego majątku, gdy go już nie stanie.29. Jej ojciec był niegdyś adwokatem w Meryton i zostawił jej cztery tysiące funtów.

Miała ona siostrę, zamężną za panem Phillipsem, który pracował był jako kancelista u jej ojca i stał się jego następcą w jego kancelarii, zaś jej brat osiadł w Londynie, działając w poważnej branży handlowej.

Wioska Longbourn była oddalona o tylko jedną milę30 od Meryton; bardzo dogodna odległość dla młodych dam, które zwykle chętnie ulegały pokusie udawania się tam parę razy w tygodniu, by obowiązkowo podtrzymywać więzi rodzinne ze swoją ciotką oraz - po drodze - równie obowiązkowo odwiedzać sklep z kapeluszami. Dwie najmłodsze w rodzinie, Catherine i Lydia, szczególnie często owe więzi podtrzymywały; ich umysły były bardziej puste, niż umysły ich sióstr, a w przypadku braku lepszych zajęć spacer do Meryton był niezbędny dla miłego spędzenia czasu w ciągu dnia i zapewnienia tematów do rozmów na wieczór; i chociaż prowincja zazwyczaj nie obfituje w nowinki, one zawsze jakoś pozyskiwały od swojej ciotki jakąś ciekawostkę. Właśnie obecnie zostały obie uszczęśliwione najświeższą wiadomością: o przybyciu w sąsiedztwo regimentu milicji31; i to na całą zimę! A w Meryton będą kwatery główne!

Ich wizyty u pani Phillips stanowiły niezwykle cenne źródło pozyskiwania owych ważnych doniesień. Każdego dnia dodawały coś nowego do ich stanu wiedzy o nazwiskach i koneksjach oficerów. Niedługo potem wykryły też inną nie dość pilnie przed nimi strzeżoną tajemnicę: o miejscach ich stacjonowania. Zaś na zakończenie tego rozpoznania spotkały wreszcie oficerów osobiście. Pan Phillips zwizytował ich wszystkich i w ten sposób dla jego siostrzenic32 została otwarta składnica pełna wręcz nieznanego im wcześniej szczęścia. Nie były w stanie rozmawiać o niczym innym, jak tylko o oficerach; a wielka fortuna pana Bingleya, wzmiankowanie której tyle animuszu dodawało ich matce, w ich oczach stała się zupełnie bezwartościowa, zwłaszcza w porównaniu do munduru chorążego33 regimentu34.

Po wysłuchaniu pewnego ranka ich wylewnych uniesień na ten temat, pan Bennet chłodno zauważył:

- Z całego waszego sposobu prowadzenia tych rozmów wynika dla mnie jeden wniosek: Jesteście dwiema najgłupszymi dziewczętami w całym kraju. Wcześniej to tylko podejrzewałem, teraz już jestem tego pewien.

Catherine była zbita z tropu i się na to nie odezwała; lecz Lydia zupełnie niezrażona nieustannie wyrażała swoje zachwyty nad kapitanem Carterem wraz z nadzieją ujrzenia go w ciągu dnia, bo następnego dnia miał pojechać do Londynu.

- Zdumiona jestem, mój drogi - odezwała się pani Bennet - że możesz twierdzić, że twoje własne dzieci są głuptasami. Jeślibym chciała myśleć lekceważąco o czyichś dzieciach, to na pewno nie o moich własnych.

- Jeśli moje dzieci są głupiutkie, to ja przynajmniej powinienem być tego świadom.

- Tak, jeśli tak miałoby być, ale one wszystkie są bardzo rezolutne.

- Pocieszam się myślą, że jest to jedyna kwestia, co do której się nie zgadzamy. Miałem nadzieję, że nasze opinie są zbieżne w każdym szczególe, lecz w tym zakresie różnię się od ciebie, ponieważ uważam, że nasze dwie najmłodsze córki są niezwykle głupie.

- Mój drogi panie Bennet, nie możesz oczekiwać od dziewcząt w tym wieku, by posiadały rozum matki i ojca. Kiedy dojdą do naszych lat, to wtedy, podejrzewam, nie będą myślały o oficerach więcej, niż my teraz. Pamiętam czasy, gdy mi samej bardzo podobały się czerwone mundury, a nawet nadal mi się podobają w głębi serca; i gdyby tak jakiś miły młody pułkownik z dochodem pięć czy sześć tysięcy rocznie35 chciał jedną z moich córek, to bym mu jej nie odmówiła; a myślę, że pułkownik Forster bardzo twarzowo wyglądał w swoim mundurze na tym wieczorze u sir Williama.

- Mamo - zawołała Lydia - a moja ciocia to mówi, że pułkownik Forster i kapitan Carter nie chodzą już tak często do biblioteki panny Watson, jak na początku; teraz widuje ich bardzo często przebywających w bibliotece Clarke’a36.

Pani Bennet nie zdążyła odpowiedzieć, bo przeszkodziło jej wejście lokaja z liścikiem dla panny Bennet; liścik przysłany był z Netherfield, a służący czekał na odpowiedź.

Oczy pani Bennet zalśniły z radości, a kiedy jej córka czytała liścik, pani Bennet wołała z zapałem:

- I cóż, Jane, od kogo to jest? O czym to? Co on pisze?37 No, Jane, mówże, odezwij się, kochanie.

- To od panny Bingley - powiedziała Jane, a potem przeczytała list na głos:

“Moja droga Przyjaciółko,

Jeśli się nad nami nie zlitujesz i nie zgodzisz się zjeść dzisiaj obiadu z Luisą i ze mną, to powstanie niebezpieczeństwo, że się obie znienawidzimy na całe życie, bo takie całodniowe tête-à-tête pomiędzy dwiema kobietami nigdy nie może nie skończyć się waśnią. Przyjedź jak najszybciej, jak tylko otrzymasz ten list. Mój brat i panowie mają dzisiaj obiadować z oficerami.

Zawsze Twoja

Caroline Bingley”

- Z oficerami! - zawołała Lydia - Że też o tym nam ciocia nie powiedziała!

- Będą jedli obiad poza domem - rzekła pani Bennet - to bardzo niefortunnie.

- Czy mogę dostać powóz? - zapytała Jane.

- Nie, moja droga, raczej powinnaś pojechać na koniu, ponieważ zanosi się na deszcz; a wtedy będziesz musiała tam przenocować.

- Byłby to dobry plan - odezwała się Elizabeth - gdyby mama była pewna, że nie zaproponują jej, że odeślą ją do domu.

- Och! Ależ dwukółką pana Bingleya panowie pojadą do Meryton; a państwo Hurst do swojej nie mają koni38.

- Powinnam raczej pojechać koczem39.

- Ależ, kochanie, ojciec na pewno nie może przeznaczyć koni na to. Są przecież potrzebne w gospodarstwie, prawda, panie Bennet?

- One są o wiele częściej potrzebne w gospodarstwie, niż ja mogę je tam posłać.

- Ale jeśli będą tam posłane dzisiaj - odezwała się Elizabeth - to zamysł mamy się ziści.

W końcu wymusiła na ojcu potwierdzenie, że konie będą zajęte. W ten sposób Jane była zmuszona jechać na koniu40, a matka odprowadzając ją do drzwi, snuła radośnie prognozy złej pogody na cały dzień. Jej nadzieje się spełniły. Niedługo po wyjeździe Jane rozpadał się ulewny deszcz. Jej siostry niepokoiły się o nią, ale jej matka była zachwycona. Deszcz padał nieprzerwanie przez cały wieczór; Jane z pewnością nie wróci.

- Jaki miałam wspaniały pomysł, naprawdę! - powtarzała wielokrotnie pani Bennet, jak gdyby sama ów deszcz wywołała. Jednakże aż do następnego poranka nie była świadoma pełni swojego powodzenia w swoich kalkulacjach.

Jeszcze właściwie nawet nie skończyło się śniadanie, kiedy służący z Netherfield przywiózł następujący liścik dla Elizabeth:

“Najdroższa Lizzy,

Źle się czuję dzisiejszego ranka, co, jak sądzę, jest skutkiem mojego wczorajszego przemoknięcia. Moi przemili przyjaciele nie chcą nawet słyszeć o tym, bym wracała do domu, zanim nie poczuję się lepiej. Nalegają także, by obejrzał mnie pan Jones; zatem nie obawiajcie się, jeśli usłyszycie, że był u mnie; a poza bólem gardła i bólem głowy nic mi więcej nie dolega,

Twoja” etc.

- Cóż, moja droga - powiedział pan Bennet, kiedy Elizabeth przeczytała liścik na głos -

jeśli twoją córkę może dopaść poważna choroba, jeśli umrze, to będziesz mogła się pocieszać świadomością, że było to w pogoni za panem Bingleyem i pod twoją komendą.

- Och! Nie obawiam się, że umrze. Ludzie nie umierają od niewielkiego przeziębienia. Będzie pod dobrą opieką. Jak długo tam zostanie, tak długo wszystko idzie jak najlepiej. Pojechałabym ją zobaczyć, gdybym mogła dostać kocz.

Elizabeth, czując prawdziwy niepokój, była zdecydowana dostać się do niej, chociaż nie mogła dostać kocza; a ponieważ nie jeździła konno, jedyną alternatywą było dla niej pójść tam pieszo. Wyjawiła swoje postanowienie.

- Jak możesz być takim głuptasem - zawołała jej matka - by myśleć o czymś takim i to w taki błotnisty dzień! Nie będziesz odpowiednim stanie, by móc się pokazać, kiedy już tam dojdziesz.

- Będę w bardzo odpowiednim stanie, by zobaczyć Jane, a to jest wszystkim, czego chcę.

- Czy to aluzja do mnie, Lizzy - odezwał się ojciec - by posłać po konie?

- Ach, nie. Ja wcale nie zamierzam uniknąć wędrówki. Odległość to nic, kiedy ktoś ma cel; to tylko trzy mile41. Wrócę na obiad.

- Podziwiam ten odruch twojej życzliwości - zauważyła Mary - lecz rozum powinien kierować każdym porywem uczucia; a moim zdaniem każdy wysiłek powinien być proporcjonalny do konieczności.

- My ci dotrzymamy towarzystwa aż do Meryton - powiedziały Catherine i Lydia.

Elizabeth zgodziła się na ich towarzystwo i trzy młode damy wyruszyły razem.

- Jeśli się pośpieszymy - powiedziała Lydia, kiedy były w drodze - to może zdążymy na pożegnanie kapitana Cartera przed jego wyjazdem.

W Meryton rozdzieliły się; dwie najmłodsze udały się do mieszkania żony jednego z oficerów, a Elizabeth szła dalej sama; szybkim krokiem przemierzała jedno pole za drugim, przeskakiwała przez przełazy w ogrodzeniach42 i susami pokonywała kałuże, popędzana własną niecierpliwością, aż w końcu znalazła się naprzeciw domu, do którego zmierzała, z bolącymi nogami, pobrudzonymi pończochami i rumieńcami na twarzy powstałymi po takiej porcji ruchu.

Została zaprezentowana towarzystwu w pokoju śniadań43, gdzie byli zebrani wszyscy oprócz Jane, a gdzie jej pojawienie się wywołało ogromne zaskoczenie. Że miała ona przejść trzy mile, tak wcześnie rano, w taki błotnisty dzień, i to sama, to wydawało się pani Hurst i pannie Bingley prawie niemożliwym44; a Elizabeth była przekonana, że gardzą nią z tego powodu. Mimo to została przez nich przyjęta bardzo uprzejmie; zaś w zachowaniu ich brata było coś więcej, niż uprzejmość: była dobroć i życzliwość. Pan Darcy mówił niewiele, a pan Hurst w ogóle nic. Ten pierwszy był rozdarty pomiędzy podziwianiem blasku jej cery, powstałym po takiej porcji ruchu, a wątpliwością, czy powód podjęcia tej wędrówki może usprawiedliwić tę okoliczność, że szła z tak daleka całkiem sama. Ten drugi myślał zaś tylko o swoim śniadaniu.

Odpowiedź na jej pytania o jej siostrę była, niestety, mało pozytywna. Panna Bennet spała źle, a chociaż już wstała, to miała wysoką gorączkę i nie czuła się wystarczająco dobrze, by opuścić swój pokój. Elizabeth była wdzięczna, że niezwłocznie zaprowadzono ją do siostry; a Jane, którą jedynie obawa przed wzbudzaniem niepokoju czy sprawieniem kłopotu powstrzymywała od dania wyrazu w jej liściku, jak bardzo pragnęła tej wizyty, była zachwycona, widząc ją w drzwiach. Jednakże nie była w stanie za bardzo uczestniczyć w rozmowie, a kiedy panna Bingley pozostawiła je same, dość niewiele mówiła, poza wyrażaniem swej wdzięczności za nadzwyczajną życzliwość, z jaką została potraktowana. Elizabeth w milczeniu zajęła się nią.

Kiedy śniadanie się skończyło, dołączyły do nich siostry gospodarza; zaś Elizabeth zaczęła lubić je sama, widząc, jak wiele przywiązania i troski okazują Jane. Zjawił się aptekarz i po zbadaniu pacjentki orzekł, że prawdopodobnie uległa mocnemu przeziębieniu i że muszą postarać się je zwalczyć; zalecił jej powrót do łóżka i obiecał jej trochę syropu. Zalecenie zostało skwapliwie wykonane, bo objawy gorączki narastały i bolała ją głowa. Elizabeth nie opuściła jej pokoju ani na chwilę; pozostałe panie też rzadko z niego wychodziły; skoro jednak panowie byli poza domem, to i tak nie miały gdzie indziej nic do roboty.

Kiedy zegar wybił trzecią, Elizabeth poczuła, że powinna już pójść; choć dość niechętnie o tym powiedziała. Panna Bingley zaoferowała jej powóz, a ona potrzebowała jedynie niewielkiego nalegania, by ofertę przyjąć; ale gdy Jane wyraziła wielkie zaniepokojenie, iż musi się z nią rozstać, panna Bingley zamieniła ofertę powozu na zaproszenie do pozostania tymczasem w Netherfield. Elizabeth z największą wdzięcznością przystała, a służący został wysłany do Longbourn, by powiadomić rodzinę o jej pozostaniu i przywieźć ubrania na zmianę.

Rozdział 8

O godzinie piątej obie panie domu poszły się przebrać, a o wpół do siódmej Elizabeth została poproszona na obiad. Zasypana uprzejmymi pytaniami, wśród których z zadowoleniem zauważyła wyróżniającą się ogromną troskę pana Bingleya, nie mogła udzielić na nie uspokajającej odpowiedzi. Jane bynajmniej nie czuła się lepiej. Siostry gospodarza słysząc to, powtórzyły parę razy, że są pogrążone w rozpaczy, jakie to okropne, żeby się tak mocno przeziębić i jak bardzo same nie lubią chorować; a potem już nie wspomniały na ten temat ani słowem: zaś ich obojętność wobec Jane, kiedy nie były bezpośrednio w jej obecności, spowodowała, że Elizabeth chętnie znów odczuła wszelką swoją wcześniejszą niechęć do nich.

Ich brat był wszakże jedynym z całego towarzystwa, którego obserwowała z pewną satysfakcją. Jego niepokój o Jane był widoczny, a jego grzeczności wobec niej samej były nadzwyczaj miłe, chroniły ją bowiem od poczucia się jak taki straszny intruz, za jakiego, jak sądziła, uważali ją inni. Nikt, poza nim, nie poświęcił jej zbyt wiele uwagi. Panna Bingley była w pełni zaabsorbowana panem Darcym, jej siostra niewiele mniej; a jeśli chodzi o pana Hursta, obok którego Elizabeth siedziała, był on gnuśnym człowiekiem, żyjącym tylko po to, by jeść, pić i grać w karty; kiedy dowiedział się, że woli ona proste dania od ragout, nie miał jej już nic więcej do powiedzenia.

Kiedy obiad się zakończył, a ona od razu wróciła do Jane, wtedy natychmiast panna Bingley zaczęła ją obmawiać, zaledwie zamknęły się za nią drzwi. Jej maniery zostały uznane za bardzo złe, za mieszaninę dumy i bezczelności; ani polotu, ani elegancji, ani gustu, ani urody. Pani Hurst uważała tak samo i dodała:

- Krótko mówiąc, nie ma w niej nic, czym mogłaby się pochwalić, poza tym, że jest wspaniałym piechurem45. Nigdy nie zapomnę jej widoku, gdy pojawiła się dzisiaj rano. Wyglądała prawie, jak dzikuska.

- O tak, Luiso. Z trudem udało mi się zachować powagę. Co za bezsens w ogóle, by przychodzić tutaj! Dlaczego ona miała koniecznie biec przez pola, bo jej siostra się przeziębiła? Jej włosy, takie rozczochrane, takie rozwiane!46

- Tak, a jej halka; mam nadzieję, że widzieliście jej halkę, była z pewnością na wysokość sześciu cali unurzana w błocie; a suknia, którą obsunęła w dół, by to zakryła, nie była w stanie tego zasłonić47.

- Ten obraz, który nam przedstawiłaś, Luiso, może być bardzo wierny - odezwał się Bingley - lecz ja tego wszystkiego zupełnie nie spostrzegłem. Myślę, że panna Elizabeth Bennet wyglądała nadzwyczaj ładnie, kiedy weszła dzisiaj rano do pokoju. Jej ubrudzona halka zupełnie uszła mojej uwadze.

- Pan na pewno to zauważył, panie Darcy - rzekła panna Bingley - i jestem skłonna przypuszczać, że nie życzyłby pan sobie zobaczyć, jak pańskasiostrarobi z siebie takie widowisko.

- Oczywiście, że nie.

- Iść trzy mile, czy cztery mile, czy pięć mili, czy ile ich tam jest, w błocie powyżej kostek, i to sama, całkiem sama! Co ona chciała przez to pokazać? Wygląda mi to na chęć zaprezentowania odrażającego typu pyszałkowatej niezależności48, małomiasteczkowego lekceważenia dobrych obyczajów.

- To pokazuje jej oddanie wobec jej siostry, a to jest bardzo miłe - powiedział pan Bingley.

- Obawiam się, panie Darcy - zauważyła panna Bingley półgłosem - że ta eskapada raczej odbiła się na pańskim podziwie wobec jej pięknych oczu.

- Wcale nie - odparł - były błyszczące po takiej porcji ruchu.

Po tym wystąpieniu zapadła na moment cisza, zaś pani Hurst zaczęła znowu:

- Mam przeogromne względy dla panny Jane Bennet, ona jest naprawdę przemiłą dziewczyną i życzę jej z całego serca, by mogła dobrze w życiu trafić. Ale z takim ojcem i taką matką, z tak niskimi koneksjami, obawiam się, że nie ma na to szans.

- Wydaje mi się, że słyszałem, jak mówiłyście, że ich wujek jest adwokatem w Meryton.

- Tak; a mają też innego, który mieszka gdzieś w okolicy Cheapside49.

- Kapitalne - dodała jej siostra i obie roześmiały się serdecznie.

- Jeśliby miały dosyć wujków do zapełnienia całego Cheapside - zawołał Bingley - to i tak nie spowodowałoby to, by były choć trochę mniej miłe.

- Lecz musi to w istotny sposób zmniejszyć ich szanse na poślubienie ludzi mających pewne uznanie w świecie - odparł Darcy.

Na tę wypowiedź Bingley nie odrzekł nic; ale jego siostry gorliwie się z tym zgodziły i folgowały swojemu rozbawieniu przez pewien czas, śmiejąc się z prostackich krewnych swojej przyjaciółki.

Jednakże przy ponownym przypływie serdecznych uczuć wobec niej opuściły jadalnię i udały się do jej pokoju, i siedziały tam, aż zostały poproszone na kawę. Nadal jeszcze bardzo źle się czuła, a Elizabeth w ogóle nie chciała jej opuścić aż do późnego wieczora, kiedy mogła odetchnąć, widząc ją śpiącą; a wtedy wydało jej się to bardziej właściwym niż przyjemnym, że powinna zejść na dół. Wchodząc do bawialni, zastała całe towarzystwo przy loo50 i została niezwłocznie zaproszona do przyłączenia się do nich; lecz podejrzewając ich o to, że grają wysoko, odmówiła i wymawiając się siostrą, powiedziała, że przez ten krótki czas, jaki może tu zostać, wolałaby poczytać książkę. Pan Hurst spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Woli pani czytanie od kart? - zapytał - To raczej dość osobliwe.

- Panna Eliza51 Bennet - rzekła panna Bingley - gardzi kartami. Jest zapaloną czytelniczką i nie znajduje przyjemności w niczym innym.

- Nie zasługuję ani na taką pochwałę, ani na taki przytyk - odezwała się Elizabeth - Nie jestem zapaloną czytelniczką, zaś przyjemność znajduję w wielu rzeczach.

- Na pewno znajduje pani przyjemność w pielęgnowaniu swej siostry - powiedział Bingley - i mam nadzieję, że wkrótce przyjemność owa wzrośnie, kiedy pani ujrzy ją zupełnie zdrową.

Elizabeth podziękowała mu z całego serca, a potem podeszła do stolika, na którym leżało kilka książek. On natychmiast zaproponował jej, że dostarczy jej inne - wszystkie, jakie tylko zawiera jego biblioteka.

- A życzyłbym sobie, by mój zbiór był większy, dla pani pożytku, a mojej chluby; lecz jestem człekiem gnuśnym i choć nie mam wielu książek, to i tak do wielu z nich nigdy nie zajrzałem.

Elizabeth zapewniła go, że w pełni wystarczają jej te, które są w pokoju.

- Jestem zdumiona - powiedziała panna Bingley - że nasz ojciec zostawił tak niewielki księgozbiór. Jak wspaniałą bibliotekę ma pan w Pemberley, panie Darcy!

- Powinna być dobra - odparł - to była praca wielu pokoleń.

- A i pan sam dodał do niej tyle, zawsze kupuje pan książki.

- Nie mogę pojąć zaniedbywania rodowej biblioteki w takich czasach, jak te52.

- Zaniedbywania! Jestem pewna, że nie zaniedbuje pan niczego, co może przydać piękna temu szlachetnemu miejscu. Charles, kiedy będziesz budował twój dom, chciałabym, by był choć w połowie tak wspaniały, jak Pemberley.

- Ach, gdybyż to było możliwe.

- Ale naprawdę radziłabym ci nabyć coś tam w sąsiedztwie i wziąć Pemberley za swojego rodzaju wzór. Nie ma piękniejszego hrabstwa w Anglii niż Derbyshire.

- Ze szczerą chęcią; kupię samo Pemberley, jeśli Darcy zechce je sprzedać.

- Ja mówię o tym, co możliwe, Charles.

- Słowo daję, Caroline, bardziej możliwym jest pozyskać Pemberley drogą kupna niż drogą naśladownictwa.

To, co się działo, na tyle ściągnęło uwagę Elizabeth, że niewiele jej już mogła poświęcić książce; i wkrótce zupełnie odłożyła ją na bok, a podszedłszy bliżej karcianego stolika, zajęła miejsce pomiędzy panem Bingleyem a jego najstarszą siostrą, by obserwować grę.

- Czy panna Darcy dużo urosła od wiosny? - zapytała panna Bingley - czy będzie teraz taka wysoka, jak ja?

- Myślę, że tak. Jest teraz mniej więcej wzrostu panny Elizabeth Bennet, czy nieco wyższa.

- Jakże się za nią stęskniłam! Nigdy nie spotkałam nikogo, kto by mnie tak bardzo zachwycił. Taka aparycja, takie maniery! I tak ogromnie wykształcona, jak na swój wiek! Jej gra na fortepianie53 jest znakomita.

- Dla mnie to niesamowite - powiedział Bingley - jak młode damy mogą mieć tyle cierpliwości, by być tak wykształcone, jak one wszystkie są.

- Wszystkie młode damy wykształcone! Mój drogi Charles, co ty chcesz przez to powiedzieć?

- Tak, wszystkie, jak sądzę. Malują stoliki, ozdabiają parawaniki i szydełkują torebki54. Chyba nie znam ani jednej, która nie potrafiłaby tego wszystkiego, i jestem pewien, że nigdy nie słyszałem, by mówiono mi o młodej damie po raz pierwszy, bez równoczesnego poinformowania mnie, że jest ona bardzo wykształcona.

- Twoja lista typowych umiejętności wykształconych dam - rzekł Darcy - aż nadto odpowiada prawdzie. To słowo jest stosowane w odniesieniu do wielu kobiet, które zasługują na nie niczym więcej, niż tylko wyszydełkowaniem torebki czy przyozdobieniem parawanika. Ale daleki jestem od podzielania twojego uznania wobec kobiet w ogólności. Nie mogę poszczycić się znajomością z więcej niż połową tuzina spośród wszystkich mi w ogóle znanych, które byłyby naprawdę wykształcone.

- Ani ja, z pewnością - powiedziała panna Bingley.

- Zatem - zauważyła Elizabeth - zapewne zawarł pan bardzo wiele w pańskiej idei wykształconej kobiety.

- Tak, zawarłem w niej bardzo wiele.

- Och! Z pewnością - zawołała jego wierna asystentka - żadna nie może być uznana za naprawdę wykształconą, jeśli nie przewyższa w znacznym stopniu tego, z czym się zazwyczaj spotykamy. Kobieta powinna posiadać dogłębną znajomość muzyki, śpiewu, rysunku, tańca oraz języków nowożytnych, by zasługiwać na to określenie; a ponad to wszystko, musi posiadać coś w swojej prezencji i sposobie poruszania się, tonie głosu, sposobie wypowiadania się i mimice, w przeciwnym razie tylko w połowie zasłuży na to określenie55.

- Wszystko