Duchy z jeziora - Manon Gauthier-Faure - ebook

Duchy z jeziora ebook

Manon Gauthier-Faure

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Élise podnosi roletę i uchyla okno. Pyta panią Monet, czy dobrze spędziła noc. Pani Monet twierdzi, że noc była niespokojna, bo obudziły ją dwie dziewczynki. Miały długie włosy i nosiły identyczne sukienki.

I nie byłoby w tym nic szczególnie niepokojącego, gdyby nie fakt, że jesteśmy w domu spokojnej starości Maison Beausoleil i nie ma tam żadnych dzieci. Tej nocnej wizyty nie można uznać za zły sen lub przywidzenie – podobne historie opowiadają również inni pensjonariusze. Wygląd i zachowanie małych gości wskazują, że to dwie siostry, które prawie pół wieku wcześniej utonęły w pobliskim stawie. Przed pogrzebem ich ciała położono w kostnicy domu opieki.

Manon Gauthier-Faure wybrała się do Szampanii, by sprawdzić, czy Maison Beausoleil naprawdę stało się miejscem nawiedzonym. W jej opowieści tajemnicze zjawiska paranormalne zderzają się z potworną realnością – śmiercią dwóch dziewczynek. Autorka stara się zrozumieć, jak tragedia z przeszłości wpłynęła na małą, zamkniętą wspólnotę w północno-wschodniej Francji i dlaczego historia sióstr zniknęła w zbiorowej niepamięci.

„„Duchy z jeziora. Tajemnice wsi w Szampanii” to książka zaskakująca. Śledztwo dziennikarskie w sprawie tragicznej śmierci dwóch dziewczynek pod koniec lat siedemdziesiątych na wschodzie Francji stanowi zarazem analizę tego, co można nazwać „zjawiskami paranormalnymi w Szampanii”. Ta historia ujawnia najmroczniejsze oblicze pewnego rejonu i pewnej epoki.” „Le Nouvel Obs”

„[Ta książka] to jakby „Pogromcy duchów” w wiejskiej scenerii, tyle że tutaj zrozumienie zmarłych zapewnia spokój ducha żywym.” „Libération”

„Ta historia splata z wieloma innymi, relacjonowanymi przez ludzi, którzy wpuścili Manon Gauthier-Faure do swoich domów. To właśnie oni są esencją tej pięknej opowieści – poetyckiej, pełnej blasku i nostalgii, należącej do gatunku zwanego „literaturą "rzeczywistości”.” „Le Parisien”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 127

Data ważności licencji: 6/5/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału francuskiego Les Fantômes du lac. Mémoires d’un village meurtri

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Cavan / Getty Images

Copyright © by Éditions Marchialy, Groupe Delcourt, 2024

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Anastazja Dwulit, 2026

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Paulina Piądłowska

Korekta Danuta Porębska / d2d.pl, Ewa Saska / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-370-9

Te fragmenty oparłem o moje ruiny.

T. S. Eliot, Ziemia jałowa, przeł. Czesław Miłosz

1Dwa martwe ciała

Staw jak ziejąca rana. Zgnilizna toczy kilkadziesiąt metrów ziemi, znęca się nad nią, zadaje tępy ból. Od strony posępnego nieba, ciemnego od kraczących ptaków, staw całkowicie zasłaniają drzewa – ich plątanina chroni go przed wzrokiem świata. Korzenie drzew tkwią w czarnych, bagnistych wodach. Dookoła wyschłe gałęzie i podsuszone chwasty, dalej resztki nędznych traw, które tylko cudem zachowały jakąś barwę. Akwen jest spory, lecz przez swą nieforemność przypomina ciało zżerane przez gangrenę. Nad zwężeniem przy końcu stawu przerzucono prowizoryczny pomost z belki pokrytej długimi gwoździami. Strome zbocze na brzegu to gęsty dywan zbutwiałych, rozkładających się, kleistych martwych liści – ten, kto się tam zapuści, na dobre ugrzęźnie. Także powierzchnię wody pokrywa organiczny, lepki kożuch, mętny wir żółci, pomarańczu i rudości. We wnętrzu rany, niewidoczne na pierwszy rzut oka, bo zanurzone nieco głębiej, roi się robactwo – tajemniczy i obojętny wszechświat. Dziób łodzi, przywiązanej liną do przeciwległego brzegu, pochłonęła woda. Ta porzucona tam, rozpadająca się łódź przywołuje pamięć czasów, kiedy tutejsi mogli jeszcze, wiosłując, przemierzyć staw.

Mieszkańcy miejscowości leżącej w samym sercu kredowej Szampanii mają z wodą napięte stosunki: raz bywa ona opatrznościowa, to znów – niszczycielska. Na północy jest niewidoczna. Uwięziona w skale, drzemie sobie spokojnie i wsiąka. Tym sposobem zamienia się w glinę. Na południu, gdzie płynie Marna, jedna z najdłuższych rzek Francji, woda jest wszechobecna i groźna. Etymologicznie Marna to matrona, babka potężna i kapryśna. Płynie skrajem wsi, którą w samym środku przecina jeden z jej dopływów, trafnie nazwany Crue – powódź. Ziemia nie zdoła pomieścić całej tej wody, jest jej po prostu za dużo. Wyłoniły się więc stawy, sadzawki, kałuże i dziury. Wraz z nimi rozwinęła się fauna i flora, odmienna od tej występującej na glebach charakterystycznych dla regionu – przeznaczonych pod uprawę zbóż oraz glebach wapiennych. Gmina jest znacznie rozleglejsza, niż się wydaje, a sama wioska – zwarta, kompaktowa. Ulice i sklepy można zliczyć na palcach jednej ręki. Zaznaczone na mapie ważne miejsca pochodzą z innej epoki: kościół, cmentarz, opustoszały plac. Na skraju miejscowości, trochę na uboczu, uwagę przyciąga dom opieki dla seniorów. Biegnąca równolegle do rzeki Saige szosa przecina wieś i inne okoliczne miejscowości. W pobliżu pól i kościoła, między Saige a Marną, woda podchodzi czasem aż pod drzwi domów. Niedaleko ostatnich budynków natrafimy na trzy zbiorniki wodne. Najbliżej jest ten z belką i zapomnianą łodzią. Decyzja, by wybrać to miejsce, miała swoje konsekwencje, co zobaczymy, gdy poznamy pewne wydarzenia – niedawne i wcześniejsze.

23 maja 1641 roku wieś pogrążyła się w smutku. Prąd był za silny? Łódź za słaba? Ciała kobiet za ciężkie? Marna pochłonęła dwadzieścia dziewcząt wracających z sąsiedniego regionu po drugiej stronie rzeki, stamtąd, gdzie stał dwór. Wokół niego ciągną się lasy i zielone polany, gdzie wypasa się owce, których grubą wełnę strzyc należy raz w roku, o tej porze, gdy słońce stoi wysoko na niebie, a dni ciągną się bez końca. Żeby się tam dostać i wrócić, trzeba zakasać spódnice i wcisnąć się do wąskiej drewnianej łódki, uważając, by zachować równowagę i nie dać się wciągnąć brązowej wodzie. Lecz czasem ostrożność nie wystarczy. Owego dnia – choć dziewczyny wrzeszczały, wdrapywały się jedna na drugą, wierzgały, odpychając wodę, która zmieniła się w ciężką ruchomą pierzynę, wiosłowały ramionami w kierunku błotnistego brzegu – Marna wygrała. Gdy wyciągnięto je z rzeki, wydały ostatnie tchnienie – oczy wywrócone z przerażenia, płuca wyżęte z tlenu. Pięćdziesiąt lat później osiem innych, które popłynęły tą samą łodzią, spotkał taki sam los.

Marna atakuje, nie czekając, aż ktoś zgubi się w jej meandrach. Nierzadko sama wychodzi z koryta i dociera aż do placu w środku wsi. Wpływa do domów, zatapia meble, pożera zapasy, niszczy szkolne ławki, sprawia, że gnije chleb w piekarni i pleśnieją skrzynki w warzywniaku. Przede wszystkim zaś, wspomagana przez Saige, zalewa uprawy. Przy każdym wtargnięciu wodniste macki wślizgują się i drążą coraz głębiej. Wypełniająca każde wgłębienie woda niszczy drogi, niepewny grunt stwarza niebezpieczeństwo. W XIX wieku umęczeni ciągłą dewastacją ludzie postanowili walczyć. Wzdłuż Saige wykopali szeroki kanał i zbudowali śluzę. Most łączący wieś z posiadłością dworską powstał niedługo potem – pierwsze kamienie położono w 1883 roku. Nie wystarczy to jednak, by okiełznać wodnego potwora.

Dwa lata później wędrowna handlarka rybami wyprawia się w interesach z wioski do dworu. Jedzie z synem jednokonną bryczką. Tuż przed mostem koń się płoszy. Gwałtownie się cofa i staje dęba, nie zważając na koleiny. Wielkie koła natychmiast grzęzną w błocie. Mętna woda pochłania wszystko jak wąż boa. Następnego dnia (woda wciąż przybiera) odnajdują matkę. Wydobycie zmumifikowanego w gliniastej ziemi dziecka zajmuje ponad dwadzieścia dni. I na tym się skończyło. Rzeka, wreszcie nasycona, tego stulecia już nie zabrała wsi żadnego mieszkańca.

W 1978 roku chwilowy spokój okazuje się złudzeniem. Wisząca nad wioską jak miecz Damoklesa groźba znów się ziszcza. Wokół stawu poruszenie, pies biega tam i z powrotem, merdając ogonem. Znaleziono je. Na dnie leżą ciała dwóch dziewczynek. Z policzków odpłynęła cała krew, wyglądają jak małe pagórki z wosku. W chwili zaginięcia dziewczynek kilka dni wcześniej cała wieś zamarła w przerażeniu. Gdy je wyciągnięto, wciąż trzymały się za ręce. Kauczukowe kalosze miały pełne wody. Woda rozpulchniła plastik i rozciągnęła delikatną skórę. Dziewczynki były siostrami. Za pierwszym razem dowiedziałam się o nich tylko tyle.

2„Do cna przemoczone”

Pociąg regionalny numer 39676 w kierunku północno-wschodnim. Zbliża się trzynasta. Słońce w zenicie, promienie wpadają przez szybę do wagonu, odbijają się od półki i rozświetlają wyblakłe obicia foteli. To ledwie pierwszy dzień wiosny, a upał już przytłacza. Laptop, notesy, dyktafon i trzy posiłki – moja torba waży tonę. Jednak przez następną dobę będę zdana tylko na siebie, a tam, dokąd jadę, od dawna nie działają żadne sklepy spożywcze. Najdłużej przetrwała piekarnia, ostatni bastion gastronomii w gminie, ale i ją niedawno zamknięto. Bez samochodu nie masz szans zdobyć nic do jedzenia, chyba że powędrujesz pieszo drogą lokalną ponad dziesięć kilometrów. Jedyny autobus obsługujący miejscowość zatrzymuje się cztery razy dziennie, a mój pociąg przyjeżdża do Châlons akurat między dwoma kursami. Na stacji czeka taksówka, która zawiezie mnie do Varin-le-Haut. Według francuskiego Narodowego Instytutu Statystyki to „gmina o małej lub bardzo małej gęstości zaludnienia”. Miejscowość o powierzchni prawie jedenastu kilometrów kwadratowych zamieszkuje niespełna siedmiuset mieszkańców. Jej północno-wschodnią część zajmują rozległe tereny uprawne i kopalnia kredy. Te parę hektarów łączy z resztą świata tylko droga krajowa. Nieopodal, skrajem zielonych obszarów wiejskich upstrzonych płytszymi i głębszymi stawami, płynie Marna. Wieś leży pośrodku. Od południa zamykają ją rzeka Saige i kanałek, od północy – droga lokalna. Równolegle do tych dwóch osi biegnie inna droga lokalna – Varin. Łączy ona Châlons z różańcem wiosek ciągnących się aż do następnej aglomeracji. Mimo swoich rozmiarów Varin-le-Haut ma dość zwartą sieć ulic, głównie wąskich uliczek bez chodników, których nazw nie sposób rozróżnić.

Powód mojej wyprawy w te opustoszałe okolice jest tajemniczy i niepokojący. Varin-le-Haut okazuje się wcale nie tak spokojne, jak się wydaje. Chodzą pogłoski, że zbudowany kilkadziesiąt lat temu dwa kroki od śluzy dom spokojnej starości jest nawiedzony. Innymi słowy: od pewnego już czasu codzienność Maison Beausoleil, żyjącego w rytmie opieki nad staruszkami i bolesnych pożegnań, zakłócają zjawiska paranormalne. Podopieczni placówki w swoich pokojach widzą i słyszą duchy dwóch małych dziewczynek. Na wieść o tym od razu pomyślałam o bliźniaczkach z Lśnienia. Sukienki z turkusowego muślinu, białe podkolanówki, czarne skórzane buciki Mary Jane, wsuwka upinająca kosmyk włosów po lewej stronie. Za nimi tapeta z kilometrami niebieskich kwiatów na ochrowym tle. Od tej wizji serce wali mi jak szalone, próbuję się uspokoić, podziwiając wiosenną scenerię. Pola i hektary winnic. Pożeram krajobraz oczami. Wzdłuż torów wyrastają wąskie domki z ogródkami z tyłu. Jedne przypominają śmietniska, inne zdobne są w werandy.

Potem kolej biegnie wzdłuż Marny i mokradeł. Widok tych spokojnych, zastałych wód każe mi myśleć o historii, która uzasadniałaby obecność dwóch dziewczynek w domu opieki w Varin-le-Haut. U źródła plotek jest ponura historia z rubryki rozmaitości z 1978 roku. Powiedziano mi, że dwie siostry, może bliźniaczki, ale nie ma pewności, znaleziono utopione w miejscowym „bajorku”. Były pod wodą jedna przy drugiej, trzymały się za ręce. Najwyraźniej uznano to za wypadek, lecz krążą też inne pogłoski. Mówi się, że dziewczynki popełniły samobójstwo. W przeciwnym razie dlaczego trzymałyby się za ręce? Nie wiem, w jakim wieku zginęły, ale na pewno nie były duże. Opowiadano mi o ich komunii, o sukienkach, jakie sprawiono im na tę okazję. Niektórzy twierdzą, że wyciągnięto je z wody ubrane właśnie w te prześwitujące alby. Wszystko to jest bardzo niejasne. Jedna rzecz nie ulega wątpliwości: siostry pochodziły z ubogiej rodziny i gmina zaproponowała pokrycie kosztów pochówku. Przed pogrzebem położono je w kostnicy w Maison Beausoleil. Tam właśnie powstała nierozerwalna więź między tym miejscem a dziewczynkami. Poza tym nic nie wiem. Nie znam imion, nazwisk, żadnych szczegółów.

*

Gdy usłyszałam o Varin-le-Haut, o tragedii, która zakłóciła spokój tej miejscowości, o ośrodku Maison Beausoleil, zapragnęłam dowiedzieć się więcej. Ta wielowymiarowa, pełna tajemnic, rodząca tak wiele pytań historia od razu mnie wciągnęła. Kim były osoby, które widziały duchy? Od kiedy o tym mówiono? Jak powiązano te zjawiska z dziewczynkami? Czy napisano już na ten temat jakieś artykuły? Czy po śmierci sióstr wszczęto śledztwo? Moje myśli, kołysane turkotem kół pociągu, błądzą po bezdrożach, spowite mglistą aurą niepokoju. Nie mam pojęcia, co mnie czeka w Varin-le-Haut, nie wiem nawet, czy ta historia jest materiałem na książkę. Niełatwo zgrabnie połączyć w jednej opowieści ulotność zjawisk paranormalnych z potworną realnością – śmiercią dwóch dziewczynek. Te tematy dzieli przepaść. Jeżeli mnie samej nie ukaże się duch, to potwierdzeniem zjawisk nadprzyrodzonych w Maison Beausoleil będą tylko czyjeś słowa. Wypadek zaginięcia sióstr mógł zostać zapisany w jakichś dokumentach, jednak odnalezienie ich po prawie pięćdziesięciu latach jest nie lada wyzwaniem. Tak czy inaczej nikt nie widział, jak zginęły dziewczynki. Nikt nigdy nie pozna prawdy o wydarzeniach owego dnia w Varin-le-Haut. Portrety ofiar, jakie nakreślą moi rozmówcy, będą przefiltrowane przez ich doświadczenia, zabarwione subiektywnością – tak jest ze wszystkimi świadectwami. Lecz właśnie to jest dla mnie najciekawsze: dostrzeżenie prawdy za mgłą, odkrycie symboliki kryjącej się za duchami z Maison Beausoleil i zrozumienie, jak tragedia w Varin-le-Haut wpłynęła na tę małą wspólnotę. Jest też pewien aspekt osobisty – przez całą tę historię wracam myślami do ostatnich lat życia bardzo bliskiej mi osoby, mojej babci, matki mojej mamy. Nigdy nie mieszkała w domu opieki, doświadczyła jednak chłodu szpitali i nienaturalnej ciszy hospicjum, miejsca, w którym pensjonariusze powoli zamieniają się we wspomnienia – jeszcze troszkę żywe, nie do końca martwe. Odkąd dowiedziałam się o wydarzeniach w Maison Beausoleil, częściej myślę o babci.

*

Élise zaczyna poranny obchód w Maison Beausoleil. Za kilka miesięcy wybuchnie pandemia. Na razie pielęgniarka nie ma pojęcia, z czym wkrótce będzie musiała się zmierzyć – ona i reszta personelu. Kolejno odwiedza pensjonariuszy. Czy raczej pensjonariuszki, bo w Maison Beausoleil zawsze było znacznie więcej kobiet niż mężczyzn. Dotyczy to również personelu. Élise wchodzi do jednego z nielicznych tu pokoi dwuosobowych, zajmowanego przez długoletnią podopieczną zakładu panią Vegat oraz panią Monet, która pojawiła się w domu opieki ledwie poprzedniego dnia o piętnastej. Początek pobytu musiał być dla niej nad wyraz spokojny – jej współlokatorka cierpi na demencję i jest mało rozmowna. Pani Monet natomiast ma pełny kontakt z rzeczywistością. Élise podnosi roletę i uchyla okno. Potem pyta panią Monet, czy dobrze spędziła noc. Noc niby dobra, lecz niespokojna, bo obudziły ją dwie dziewczynki. Potrafi je nawet opisać. Miały długie włosy, jedna jasno-, druga ciemnobrązowe. Pierwsza była nieco wyższa. Obie elegancko ubrane w identyczne czerwone sukienki, jakby szykowały się do świąt Bożego Narodzenia.

– Przyszły tu przez okno pobawić się przed spotkaniem z ojcem – podsumowuje pani Monet.

Dwa lata później inna mieszkanka zakładu regularnie opowiada o dwóch dziewczynkach. To siostry, starsza ma trzynaście lat, młodsza – dziesięć. Pani Sailla widzi je prawie każdej nocy. Rano opowiada o tych wydarzeniach Déborah, która zajmuje się w ośrodku zajęciami edukacyjnymi i sportowymi.

– Och, spryciule nie dały mi spać! Znowu chciały, żebym zrobiła im miejsce w łóżku – narzeka z nutą rozbawienia w głosie. W głowie pani Sailli normalny ogląd rzeczywistości miesza się z halucynacjami.

Déborah bierze to pod uwagę, gdy próbuje dowiedzieć się jak najwięcej, nie naciskając jednak za mocno. Dzięki opowieściom staruszki stopniowo coraz lepiej poznaje dziewczynki. Lubią się bawić w chowanego i kłócą się ze sobą. Bywa, że sprzeczają się z mężczyzną, którego pani Sailla czasami nazywa ich ojcem. A w niektóre noce pojawiają się przed nią „do cna przemoczone, jakby złapała je ulewa”.

Były „do cna przemoczone” – zdradza Déborah pani Sailla. Takie relacje od kilku lat wyznaczają rytm dni pracowników Maison Beausoleil. Wszystkie opowieści są podobne. Wiele pensjonariuszek słyszy biegające dziewczynki, niektórym przeszkadza ich hałasowanie. Najczęściej jednak proszą osoby z personelu, by się nimi zaopiekowały: „Trzeba zawołać dziewczynki, są na korytarzu”; „Powinny trochę odpocząć”; „Pali się! Trzeba stamtąd wyprowadzić te dwie dziewczynki!”.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I