Druga księga dżungli - Rudyard Kipling - ebook + audiobook
Opis

Drugi cykl opowiadań o zwierzętach i Mowglim - chłopcu przygarniętym przez wilczą rodzinę i wychowanym przez niedźwiedzia Baloo, panterę Bagheerę i węża Kaa autorstwa angielskiego noblisty Rudyarda Kiplinga. Pisarz, urodzony w Indiach, zdobył niezbędną wiedzę poprzez obserwacje, badania prowadzone w swojej egzotycznej ojczyźnie oraz dzięki zasłyszanym opowieściom wchodzącym w skład bogatego folkloru Indii.

Historie składające się na pierwszą część cyklu Księga dżungli były inspiracją m.in. dla Walta Disneya. Na motywach powieści oparto kilka filmów, m.in. „Księga dżungli” i „Księga dżungli 2”, a także aktorski film z 2016 roku w reżyserii Jona Favreau. Na 2018 rok planowana jest kolejna ekranizacja tym razem w dystrybucji Warner Bros w reżyserii Andy’ego Serkisa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Lektor: Adam Hutyra

Popularność


Tytuł oryginału: Second Jungle BookProjekt okładki i stron tytułowych: Anna DamasiewiczRedaktor prowadzący: Agata Paszkowska-PogorzelskaRedaktor techniczny: Beata JankowskaKorekta: Bogusława Jędrasik

Tekst polski na potrzeby niniejszego wydania zaczerpnięto z domeny publicznej.

Copyright © for this edition by Bellona Sp. z o.o., Warszawa 2018

Zapraszamy na stronę Wydawnictwawww.bellona.pl

Księgarnia internetowawww.swiatksiazki.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Wydawca Bellona Sp. z o.o. ul. J. Bema 87 01-233 Warszawa

ISBN 978-83-11-15549-7

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Skąd się wziął strach

Kałuże wyschły – stan wody spadł – więc żyjem ze sobą za pan brat! Z pyłem na sierści i z ogniem w paszczy tłoczym się wśród nadbrzeżnych chaszczy. Wśród lęku, spieki ani nam w głowach choćby przelotna myśl o łowach! Sarniąt nie płoszy burymi kudły wilk – jako one trwożny, wychudły; łania też śmiało spogląda nań, choć on jej ojcu przegryzł krtań! Kałuże wyschły – stan wody spadł bawmy się ze sobą za pan brat! O łowach nawet marzyć nie śmiejmy, zanim deszcz spłucze wszelkie rozejmy!

Prawo Dżungli – które jest chyba najstarszym prawem na świecie – uwzględnia i przewiduje niemal wszystkie przypadki, jakie zdarzyć się mogą Plemionom Leśnym, a czas i praktyka uczyniły zeń wprost wzór doskonałości, prawdziwe zwierciadło ustawodawstwa. Kto czytał poprzednie opowieści o Mowglim, ten wie, że chłopak spędził znaczną część życia w Wilczej Gromadzie Seeoneeńskiej, pobierając od brunatnego niedźwiedzia Baloo naukę Prawa. Otóż ilekroć Mowgli niecierpliwił się i nudził słuchaniem ciągłych nakazów, Baloo wyjaśniał mu, że Prawo jest podobne do olbrzymiego pnącza, gdyż okręca się każdemu dokoła grzbietu i nikt nie potrafi zeń się wywikłać.

– Gdy pożyjesz tak długo jak ja, Mały Braciszku, przekonasz się ku wielkiej swej zgryzocie, że cała dżungla podlega jednemu Prawu. Nie wiem, jak ci się wówczas spodoba ten widok.

Tak mawiał Baloo – ale te słowa wchodziły jednym uchem, a wychodziły drugim, bo młokos, którego całą troską jest myśl o jedzeniu i spaniu, nie zwykł przejmować się niczym, chyba że mu już bieda całkiem otwarcie zajrzy w oczy. Nadszedł jednakże w końcu taki rok, kiedy sprawdziły się co do joty przepowiednie starego Baloo i oto Mowgli zobaczył, że cała dżungla we wszystkim, co czyni, trzyma się jednego Prawa.

Zaczęło się od tego, że zimowe deszcze zawiodły niemal zupełnie, a jeżozwierz Ikki, spostrzegłszy się z Mowglim w bambusowych zaroślach, zwierzył mu się, iż dzikie yamy[1] wyschły już do cna. Wiadomo powszechnie, że Ikki jest do śmieszności wybredny w jedzeniu i że bierze do pyska tylko rzeczy co najlepsze i najdojrzalsze. Roześmiał się więc Mowgli, słysząc jego zrzędzenie, i odburknął:

– A cóż to mnie może obchodzić?

– Na razie wolno ci drwić sobie z tego – odpowiedział Ikki, szeleszcząc kolcami oschle i nieprzyjemnie – ale zobaczymy, jaką minę będziesz miał niezadługo. A zresztą, gdy chodzi i o chwilę obecną… czy potrafiłbyś, Mały Bracie, dać nura w głęboką roztokę koło siedliska pszczół skalnych?

– Skądże znowu? Głupia woda gdzieś wyciekła, a ja nie pragnę rozbijać sobie głowy o kamienie na dnie! – odhuknął Mowgli, przekonany, że ma w tej głowie więcej oleju niż pięciu razem wziętych mieszkańców puszczy.

– Szkoda! Przydałby ci się w łepetynie mały otwór, by przezeń naciekła choć odrobina mądrości! – dociął mu Ikki i czym prędzej zaszył się w gęstwinie, nie chcąc, by go chłopak wytarmosił za szczeciniaste wąsy.

Mowgli natychmiast powtórzył swemu nauczycielowi wszystko, co opowiadał jeżozwierz. Baloo sposępniał i mruknął jakby sam do siebie:

– Gdyby tu szło tylko o mnie, już bym teraz zmienił łowisko, zanim inni o tym samym pomyślą. Chociaż łowy wśród obcych zawsze kończą się zwadą… a moje Człowieczątko mogłoby przy tym oberwać jakiego guza. Zaczekajmy jeszcze trochę i zobaczymy, jakim kwiatem zakwitnie mohwa[2].

Wkrótce nastała wiosna – chociaż drzewo mohwa, które Baloo tak ukochał, nie zakwitło wcale. Zielonawe, żółto nakrapiane woszczyste pąki powiędły od gorąca, a gdy Baloo, stanąwszy na dwóch łapach, potrząsnął drzewem, na ziemię spadło zaledwie parę płatków o niemiłej woni.

Ale to był dopiero początek. Później było znacznie gorzej. Skwar niepohamowany zaczął wdzierać się piędź za piędzią w sam matecznik dżungli, zmieniając jej zieleń w barwę żółtą, następnie brunatną, wreszcie czarną. Zioła i krzewy, rosnące na zboczach parowów, wypaliły się doszczętnie, przeobraziwszy się w kłębowisko połamanych badyli i obwisającego martwo prętowia. Jeziorka ukryte w leśnej gąszczy skurczyły się i zgęstniały, a najlżejszy ślad stopy na ich brzegu utrwalał się tak wyraziście, jak gdyby był odlany w żelazie. Dzikie pnącza, zazwyczaj jędrne i soczyste, teraz traciły swą giętkość i prężność, sztywniały i odrywały się od pni drzewnych, zamierając na ścielisku leśnego podszycia; poschnięte bambusy sterczały beznadziejnie, chrzęszcząc za każdym podmuchem gorącego wiatru, a mech odpadał ze skał utajonych w głębi puszczy, tak iż stały ogołocone i rozpalone jak migotliwe, sinawe głazy w łożysku rzeki.

Ptactwo oraz Małpie Plemię, widząc, na co się zanosi, z początkiem roku powędrowały na północ; zaś jelenie i dziki zapędzały się daleko na zniszczone posuchą niwy wiejskie, ginąc częstokroć przed oczyma ludzi, którzy byli tak wycieńczeni, iż nie myśleli wcale o urządzaniu polowań. Ścierwnik[3] Chil trzymał się tego, a nawet utył, bo miał pod dostatkiem padliny; co wieczór znosił zwierzętom zbyt osłabionym, by mogły wyprawić się na nowe łowiska, wieści o tym, że słońce szerzy rzeź w całej dżungli na obszarze, jaki zasięgnąć można przez trzy dni lotu.

Mowgli, który dotąd nie zaznał prawdziwego głodu, musiał teraz poprzestać na starym trzyletnim miodzie, wyskrobanym z opuszczonych uli skalnych – czarnym jak owoce tarniny i okrytym warstwą skruszałej patoki[4]. Łowił też czerwie owadów ryjących korę drzewną i zabierał osom ich gąsieniczki. Na zwierzynie w kniei pozostały jedynie skóra i kości, tak iż pantera Bagheera nigdy nie bywała syta, choćby jej się udało trzy razy w ciągu nocy upolować zdobycz. Najwięcej jednak dawał się we znaki brak wody, bo Plemiona Dżungli piją wprawdzie rzadko, ale gdy piją – muszą się ożłopać obficie.

A posucha posuwała się wciąż dalej i dalej, spijając wszelką wilgoć, aż w końcu macierzysty nurt Wajngangi zamienił się w strumień przeciekający nikłym pasemkiem wody przez zamarłe wydmy piaszczyste. Gdy dziki słoń Hathi, który żyje sto lat i więcej, ujrzał długi, wąski pas sinej opoki, wyłaniający się na samym środku rzecznego koryta, pojął od razu, że spogląda na Skałę Pokoju. Wówczas zadarł do góry trąbę i ogłosił hasło Wodnego Rozejmu, podobnie jak to przed półwieczem uczynił jego ojciec. Hasło to niezwłocznie podjęły jelenie, dziki i bawoły, grzmiąc chrapliwymi głosy, a ścierwnik Chil zaczął zataczać w powietrzu olbrzymie kręgi, pogwizdując i rzucając ostrzegawcze krzyki.

Prawo Dżungli karze śmiercią każdego, kto by ośmielił się polować koło wodopojów z chwilą ogłoszenia Wodnego Rozejmu. Powód leży w tym, że picie jest ważniejszą rzeczą niż jadło. Gdy zabraknie zwierzyny, każdy z mieszkańców dżungli potrafi jeszcze jakoś przetrzymać biedę; ale co woda, to woda, obejść się bez niej niepodobna! Więc gdy pozostanie jedno tylko jej źródlisko, ustają wszelkie łowy i wszystko, co żyje w dżungli, śpieszy tam, by ugasić pragnienie. Za lat szczęśliwych, gdy wody było pod dostatkiem, zwierzęta nieraz na szwank wystawiały swe życie, śpiesząc po ten napój ku brzegom Wajngangi lub ku innym strumieniom; jednakże to niebezpieczeństwo tylko dodawało uroku nocnym przedsięwzięciom. Rozkosz to była prawdziwa skradać się tak zręcznie, by nie potrącić nawet najdrobniejszego listka – brnąć po kolana w huczących wodnych odmiałach, przygłuszających wszelkie szmery na tyłach – pić, oglądając się poza siebie i trzymając każdy muskuł w gotowości rozpaczliwej do skoku za pierwszym odruchem trwogi – tarzać się po piaskowych usypiskach i powracać z mokrym pyskiem i napęczniałym od wody bandziochem do stada stojącego opodal w niemym podziwie. Szczególne upodobanie w tym znajdowały młode kozły o rogach błyszczących – i to właśnie dlatego, że wiedziały, iż lada chwila mogą im skoczyć na kark Shere Khan lub Bagheera i rozszarpać je w kawałki. Teraz jednak skończyła się ta gra na śmierć i życie, a wygłodniałe i trudem zmożone Plemiona Dżungli – tygrysy, niedźwiedzie, jelenie, dziki i bawoły – wlokły się wspólnie ku wyschłej rzece, piły stęchłą wodę i sterczały ponad nią, zbyt osłabione, by odejść w inne miejsce.

Jelenie i dziki dreptały bezradnie przez cały dzień, szukając pożywienia, które by było strawniejsze niż zeschła kora i zeschłe liście. Bawołom zabrakło bajor, w których dawniej się chłodziły, nie miały też gdzie spasać zielonych zasiewów. Węże wypełzły z gąszczy leśnej i wlokły się ku rzece, łudząc się nadzieją, że uda się im pochwycić choćby zbłąkaną żabę; okręcały się dokoła wilgotnych kamieni i leżały w bezruchu, nie gotując się do ciosu nawet wtedy, gdy poszukujący korzonków odyniec wyrzucał je bezceremonialnie z miejsca swym ryjem. Żółwie rzeczne dawno już wymordowała mistrzyni łowów, pantera Bagheera, a ryby pochowały się głęboko w spękanym mule. Wśród płytkich odmiałów widniała jedynie Skała Pokoju, podobna do długiego węża, a drobne, ociężałe wodne rozbryzgi syczały za każdym muśnięciem jej rozpalonych boków.

Tam to przebywał nocą Mowgli, szukając towarzystwa i ochłody. Nawet najbardziej wygłodniali jego nieprzyjaciele nie zwróciliby nań w taką chwilę najmniejszej uwagi; nieowłosiona skóra sprawiała, że wyglądał nędzniej i mizerniej od wszystkich towarzyszy niedoli. Włos mu wyblakł od słońca jak lniane paczesie[5], żebra uwydatniały się silnie jak pręty koszyka, a zgrubienia na kolanach i łokciach, powstałe wskutek czołgania się na czworakach, nadawały jego kończynom wygląd kłączastych badyli; jedynie oczy spod zwichrzonej czupryny spoglądały chłodno i spokojnie, gdyż pantera Bagheera, jako jego przyboczny doradca w owych ciężkich chwilach, zaleciła mu, by poruszał się spokojnie, polował bez pośpiechu, przede wszystkim zaś nie unosił się gniewem, choćby nie wiedzieć z jak słusznego powodu.

– Złe nastały czasy – odezwała się Czarna Pantera w pewien wieczór, gdy na całym świecie było gorąco jak w piecu piekarskim. – Ale kiedyś to przeminie… bylebyśmy tylko dotrwali do końca. Czy aby masz pełny żołądek, moje Człeczątko?

– Mam coś niecoś w żołądku, ale niewielki mi z tego pożytek. Jak myślisz, Bagheero, czy deszcze zapomniały o nas i nigdy już do nas nie przyjdą?

– Nie mam tak czarnych myśli. Zobaczymy jeszcze mohwę obsypaną kwieciem oraz młode sarniuki wypasione świeżą trawą. Zejdźmy ku Skale Pokoju i posłuchajmy nowin. Hops, na mój grzbiet, Mały Bracie!

– E, teraz nie czas na noszenie ciężarów. Potrafię jeszcze stać o własnych siłach, ale… dalibóg, że oboje jesteśmy nie bardzo podobni do tuczonych bawołów.

Bagheera obejrzała swe wyszargane, kurzem pokryte boki i szepnęła:

– Zeszłej nocy ubiłam wołu w jarzmie. Tak już nisko upadłam, że nie odważyłabym się skoczyć na niego, gdyby był wolny. Hu-u!

Mowgli roześmiał się.

– Nie ma co mówić, tędzy z nas teraz myśliwi! Ja zdobywam się na tę odwagę… iż zjadam gąsienice!

Przedzierając się przez trzeszczące, suche krzaki, dowlekli się we dwójkę do brzegu rzeki, od którego, na kształt koronkowej robótki, snuły się na wszystkie strony pasmami łachy wodne i wstążki nędznych poników[6].

– Nie na długo starczy tej wody! – odezwał się Baloo, który spotkał ich w drodze. – Patrzcie no tylko! O tam widać całe szlaki, podobne do ludzkich gościńców.

Na płaskim, przeciwległym brzegu twarda trawa leśna już dawno wyschła i stężała w martwym bezruchu. Tę bezbarwną równinę przerzynały w pewnych odstępach szerokie szlaki, wydeptane i ubite racicami dzików i jeleni, a zmierzające zawsze w stronę rzeki; wśród wysokiego na dziesięć stóp łanu oczeretów[7] wydawały się jakby przekopami sączącymi nie wodę, lecz kurzawę. Godzina była wczesna – mimo to każdy z tych gościńców roił się od rychłych przechodniów śpieszących ku rzece. Już z dala słychać było pokaszliwanie łań i jelonków, krztuszących się kłębami lotnego pyłu.

W górze rzeki, gdzie gnuśna łacha skrętem swym opłukiwała strażniczkę zgody – Skałę Wodnego Rozejmu – stał ze swymi trzema synami dziki słoń Hathi: wychudły, osędziały w księżycowej poświacie – i kołysał się wciąż to w jedną, to w drugą stronę. Nieco poniżej stała przednia straż jeleni; jeszcze poniżej biwakowały dzikie świnie i bawoły; na przeciwnym zaś brzegu, gdzie gonne śniaty drzew podchodziły niemal do samego skraju wody, było ustronie przeznaczone dla tygrysów, wilków, lampartów, niedźwiedzi i innych mięsożerców.

– Tak jest! Teraz wszyscy podlegamy jednemu Prawu! – mówiła Bagheera, brodząc po wodzie i spoglądając ku szeregom dzików i jeleni popychających się wzajem, zderzających się rogami i wybałuszających przerażone ślepia. – Szczęśliwych łowów, krewniacy – dodała, wyciągając się całą długością ciała, przy czym jednak jeden bok wynurzał się z płytkiej wody. – Gdyby nie przepisy Prawa, można by tu mieć doprawdy łowy bardzo szczęśliwe!

Słowa te wypowiedziała przez zaciśnięte zęby, jednakże strzygące uchem jelenie podchwyciły końcowe zdanie – i przez ich zastępy przeleciał szmer trwogi:

– Rozejm! Rozejm! Pamiętaj o rozejmie!

– Spokój tam, spokój! – wybełkotał dziki słoń Hathi. – Dziś mamy rozejm, Bagheero; nie pora gawędzić o łowach!

– Któż o tym wie lepiej ode mnie? – odpowiedziała Bagheera, łypiąc żółtawymi ślepiami w stronę, gdzie stał Hathi. – Przecież żywię się żółwiami… i poławiam żaby. Ngaayah! O, gdybym jeszcze mogła głód zaspokoić przeżuwaniem gałązek.

– O, my byśmy sobie tego bardzo życzyły! – zabeczał młody jelonek, który właśnie na wiosnę przyszedł na świat i był mocno z tego niezadowolony.

Pomimo całej biedy, jaka nawiedziła dżunglę, zwierzęta – nie wyłączając Hathiego – nie mogły powstrzymać się od rzęsistego śmiechu, posłyszawszy te słowa. Mowgli, leżąc na brzuchu w ciepłej wodzie, śmiał się najgłośniej i bił stopami wodę, rozbryzgując kłąb piany.

– Dowcipny jesteś, roczniaku! – mruknęła Bagheera. – Mieć będę w pamięci twe słowa, gdy skończy się okres rozejmu.

I rzuciła bystre spojrzenie w pomrocz przedświtową, by w razie potrzeby móc kiedyś rozpoznać owego jelonka.

Od słowa do słowa – i po całej rzece, tak w górnym, jak i w dolnym biegu, rozgwarzono się w najlepsze. Słychać było, jak szamotał się i pochrząkiwał odyniec, rozpychając się, by zdobyć sobie więcej miejsca; jak postękiwały bawoły, brnąc z trudem przez ławice piaskowe; jak jelenie skarżyły się, iż okrwawiły sobie nogi w bezskutecznych poszukiwaniach paszy. Od czasu do czasu rzucano jakieś pytanie mięsożercom obozującym za rzeką – chociaż wszystkie wieści brzmiały smętnie. Od strony dżungli wśród skał i chrzęszczących gałęzi z hukiem przeciągał gorący dech wiatru, sypiąc na wodę kurz i ułamki badyli.

– Ludzie też giną – ogłaszał młody sambhur. – Padają przy orce. Wczoraj po zachodzie słońca natknąłem się na trzy ludzkie trupy. Leżały w bezruchu, a przy nich nieżywe woły. Maluczko, maluczko, a i nas czeka los podobny.

– Rzeka bardzo opadła od nocy ubiegłej!– stwierdził Baloo. – Hathi, czy widziałeś kiedy taką suszę?

– E, to przejdzie, to przejdzie! – odparł Hathi, spryskując sobie wodą grzbiet i boki.

– W naszym gronie jest stworzenie, które nie potrafi długo znosić tej spiekoty – rzekł Baloo, spoglądając na ukochanego chłopaka.

– Może ja? – obruszył się Mowgli, siadając w wodzie. – Prawda, że nie mam futra, by okryć gnaty, ale… gdyby z ciebie, Baloo, ściągnąć skórę…

Hathi drgnął na samą myśl o czymś podobnym, a Baloo odezwał się tonem surowym:

– Szczeniaku Ludzki! Nie godzi się mówić w ten sposób o swym nauczycielu Prawa. Odkąd żyję na tym świecie, jeszcze mnie nie widziano bez sierści.

– Dalibóg, nie chciałem cię urazić, mój Baloo. Przyszło mi tylko na myśl, że ty jesteś podobny do orzecha kokosowego w łupinie, ja zaś do takiego orzecha już wyłuskanego. Otóż ta twoja brunatna łupina…

Mówiąc to, Mowgli siedział w kucki i według swego obyczaju podkreślał gestami palca wskazującego rzecz każdą. Naraz w powietrzu śmignęła puszysta łapa Bagheery i przewróciła go na wznak w wodę.

– Coraz to gorzej! – odezwała się Czarna Pantera, gdy chłopak wstał, mamrocząc coś pod nosem. – Najpierw chciałeś swojego mistrza obłupić ze skóry, a teraz jeszcze wymyślasz mu od kokosów! Uważaj jednak, bo on może z tobą postąpić tak jak kokos, gdy dojrzeje!

– Cóż on może mi zrobić? – zapytał Mowgli, zapominając na chwilę o wszelkich środkach ostrożności, mimo że miał do czynienia z jednym z najbardziej oklepanych żartów spotykanych w dżungli.

– Nabije ci guza! – odpowiedziała spokojnie Bagheera, strącając go powtórnie w wodę.

– Nie powinieneś stroić żartów ze swego nauczyciela! – odezwał się niedźwiedź, gdy Mowgli dał nura po raz trzeci.

– Nie powinien! – odezwał się naraz głos jakiś groźny. – I cóż! Ten nagus hasa sobie, gdzie mu się podoba, płata małpie psoty tym, którzy niegdyś byli tęgimi myśliwcami i pozwala sobie dla płochej zabawy targać najlepszych z nas za wąsy!

Był to Shere Khan, Tygrys Kuternoga, który właśnie ociężałym krokiem przywlókł się nad rzekę. Przystanął na chwilę, by napawać się wrażeniem sprawionym pomiędzy stadem jeleni na przeciwnym brzegu, potem zaś spuścił kanciasty, nastroszony łeb i zaczął żłopać wodę, mrucząc przy tym:

– Dżungla zamieniła się w wylęgarnię nieowłosionych szczeniąt… Spójrz no na mnie, Ludzki Szczeniaku!

Mowgli spojrzał – a raczej wytrzeszczył oczy z całą zuchwałością, na jaką stać go było. Po niedługiej chwili Shere Khan odwrócił się z niechęcią.

– Ludzkie Szczenię tu, Ludzkie Szczenię tam! – zrzędził pod nosem, zabierając się znów do picia. – Ani to człowiek, ani szczenię… nie boi się wcale! Jeżeli tak pójdzie dalej, to za parę miesięcy będę musiał prosić tego berbecia, żeby pozwolił mi się napić. Uu-a!

– Może dojść i do tego! – potwierdziła Bagheera, patrząc nań uporczywie spod oka. – Tak, może dojść i do tego! A fe, Shere Khanie! Jakąż to nową zakałę zawlokłeś w nasze grono?

Z zanurzonej w wodę szczęki Kulasa spływała jakaś czarna maź, snująca się pasmami po powierzchni rzeki.

– To krew Człowieka! – odrzekł Shere Khan najspokojniej w świecie. – Zabiłem go przed godziną.

I zaczął znów mruczeć i zrzędzić pod nosem.

Drgnęły i zakołysały się zwierzęce zastępy; przebiegł po nich szept, który spotężniał w ogromne wołanie:

– Krew Człowieka! Krew Człowieka! Kulas zabił Człowieka!

Wszystkie spojrzenia zwróciły się w stronę, gdzie się znajdował dziki słoń Hathi – ale on stał nieporuszony, jakby nic nie słyszał. Hathi nigdy niczego nie przedsiębierze, póki nie nadejdzie odpowiednia pora; jest to jeden z powodów jego długowieczności.

– Jakże można zabijać Człowieka w czasach tak strasznych jak obecne! Czyż nie miałeś innej zwierzyny? – zadrwiła Bagheera, wyłażąc ze splugawionej wody i otrzepując, wedle kociego obyczaju, każdą łapę z osobna.

– Polowałem dla przyjemności, nie z głodu! – odburknął Kulas.

Znów się podniósł szept zgrozy, a Hathi łypnął w stronę Shere’a Khana białkami swych małych, czujnych oczu.

– Dla przyjemności – wycedził Shere Khan. – A teraz przychodzę napić się i umyć. Któż może mi tego zabronić?

Grzbiet Bagheery zaczął giąć się i prężyć jak trzcina bambusowa na silnym wichrze, w tejże jednak chwili Hathi wzniósł trąbę i przemówił spokojnie:

– Polowałeś dla przyjemności?

Gdy Hathi zapytuje, nie ma co zwlekać z odpowiedzią, toteż Shere Khan odezwał się tonem ugrzecznionym:

– Nie inaczej. Moja to była noc i mój przywilej. Wiesz przecież o tym, Hathi.

– Owszem, wiem – odpowiedział Hathi, a po chwili dodał: – Czy napiłeś się do syta?

– Tak, na dziś mi wystarczy.

– W takim razie oddal się stąd. Rzeka jest po to, by z niej pić, a nie po to, by ją brudzić. Prócz Kulawego Tygrysa nikt nie zdobyłby się na to, by przechwalać się swym przywilejem, gdy ludzie na równi z Plemionami Dżungli cierpią biedę. Ale czyś czysty czy nieczysty – wracaj na swe leże, Shere Khanie!

Ostatnie słowa brzmiały jak głos srebrnych trąb. Na to hasło trzej synowie Hathiego postąpili pół kroku naprzód – zgoła bez potrzeby zresztą; w tejże bowiem chwili Shere Khan dał drapaka, nie śmiejąc choćby jednym mruknięciem wyrazić swego niezadowolenia. Wiedział dobrze – i nie on tylko jeden – że ostatecznie Hathi jest przecież najwyższym dygnitarzem całej dżungli.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1yam – słodki ziemniak o białym, różowym lub pomarańczowym miąższu; patat a. batat.

2 mohwa – rodzaj drzewa wiecznie zielonego, rosnącego na obszarach subtropikalnej Azji (Indie, Nepal, Birma, Sri Lanka), o jadalnych kwiatach i owocach oraz nasionach wykorzystywanych do produkcji oleju.

3 ścierwnik – rodzaj ptaka padlinożernego zamieszkującego Azję i Afrykę; w innym tłumaczeniu: sęp.

4 patoka – płynny miód pszczeli.

5 paczesie – delikatne włókna.

6 ponik – strumyk.

7 oczeret – kłączowe rośliny przybrzeżne, tworzące rodzaj szuwaru.