Dom bez klucza - Earl Derr Biggers - ebook

Dom bez klucza ebook

Earl Derr Biggers

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Lata 30. XX wieku. Upalna atmosfera Waikīkī — spokojnej dzielnicy Honolulu. Nic — wydaje się — nie może zakłócić sielanki, chociaż wśród członków osiadłej na Wyspie bogatej bostońskiej rodziny piętrzą się złe emocje. Niektórzy sąsiedzi też nie patrzą na wszystkich wokół siebie przyjaznym okiem. Morderstwo jednym otwiera, innym zamyka usta. W tych zagmatwanych powiązaniach towarzyskich i biznesowych każdy jest podejrzany, a rozsupłać je i dojść do prawdy potrafi tylko detektyw Chan. Charlie Chan.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 404

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Stopka redakcyjna

Tytuł oryginału:

The House Without a Key

Autor:

Earl Derr Biggers

Tłumaczenie:

Donata Cieślik

Redaktor prowadzący:

Andrzej Gumulak

Korekta:

Aleksandra Jankowska

Copyright © for the Polish translation by Donata Cieślik, 2026

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo Czarno na Białym, 2026

Grafika na okładce: Wydawnictwo Czarno na Białym

Zdjęcie autora: domena publiczna

Wydawnictwo Czarno na Białym spółka z o.o.

ul. 1 Sierpnia 28/48

02-134 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwocnb.pl

Warszawa 2026

Koncepcja graficzna:

Donata Cieślik

Skład i łamanie:

Wydawnictwo Czarno na Białym spółka z o.o.

Prawa autorskie: domena publiczna

ISBN 978-83-64374-87-6

O autorze

Earl Derr Biggers

ur. 26 sierpnia 1884 r. w Warren, Ohio; zm. 5 kwietnia 1933 r. w Pasadenie, Kalifornia — amerykański pisarz, dziennikarz i dramaturg najbardziej znany jako twórca postaci Charliego Chana — jednego z najbardziej rozpoznawalnych detektywów w historii literatury i kina.

Kariera i twórczość

Absolwent Uniwersytetu Harvarda (1907 r.), Biggers rozpoczął karierę jako dziennikarz i felietonista. Jego debiutancka powieść, Seven Keys to Baldpate (1913), zyskała popularność, ale to seria o detektywie Chanie przyniosła mu międzynarodową sławę. Postać Charliego Chana, zadebiutowała w książce Dom bez klucza (1925) — był to inteligentny, spokojny i uprzejmy detektyw chińskiego pochodzenia z Honolulu, który zrywał z rasistowskimi stereotypami epoki.

Biggers stworzył sześć powieści z Charliem Chanem:

Dom bez klucza (1925)

Chińska papuga (1926)

Za kurtyną (1928)

Czarny wielbłąd (1929)

Charlie Chan prowadzi śledztwo (1930)

Strażnik kluczy (1932)

Ekranizacje i wpływ na popkulturę

Ogromna popularność książek o Charliem Chanie doprowadziła do licznych ekranizacji. Już w latach 30. i 40. XX wieku powstały dziesiątki filmów z tym bohaterem, produkowanych głównie przez 20th Century Fox i Monogram Pictures. W rolę Chana wcielali się aktorzy tacy jak: Warner Oland (najbardziej znany ekranowy Chan), Sidney Toler, Roland Winters.

Łącznie powstało ponad 40 filmów fabularnych o Charliem Chanie – seria była jedną z najdłużej trwających w złotej erze Hollywood.

Postać Chana była również adaptowana do komiksów, wykorzystana w radiu, telewizji oraz filmach animowanych. Mimo późniejszej krytyki ze strony niektórych środowisk za obsadzanie białych aktorów w roli Azjatów, sam Chan był przełomowy jako pierwszy pozytywny bohater azjatyckiego pochodzenia w amerykańskiej kulturze masowej.

Ciekawostki

Postać Chana inspirowana była prawdziwym detektywem z Honolulu — Changiem Apaną.

Biggers sam nigdy nie odwiedził Chin ani Hawajów.

Dla mojej matki i ojca

Rozdział I

Groźny wiatr

Panna Minerva Winterslip — dobrze urodzona mieszkanka Bostonu — była w sile wieku i romantyczne uniesienia dawno już miała za sobą. Mimo to piękno wciąż ją zachwycało, nawet półbarbarzyńskiej wyspy na Pacyfiku. Idąc powoli wzdłuż plaży, poczuła w gardle znajomy ścisk, nagły dreszcz wzruszenia, jaki nieraz ogarniał ją w Symphony Hall w Bostonie, gdy ceniona przez nią orkiestra wspinała się ku niespodziewanym szczytom muzycznej doskonałości.

To była pora, którą najbardziej lubiła na Waikīkī1 — jeszcze godzina do kolacji, a już szybko zapadała tropikalna ciemność. Wydłużały się cienie rzucane przez wysokie palmy kokosowe, zachodzące słońce płonęło nad Diamond Head2 i zabarwiało złotem obmywające rafę koralową fale, na których kilku spóźnionych pływaków, na tle oceanu wyglądających jak czarne kropki, niechętnie kończyło zabawę w wodzie pieszczącej ciało niczym kochanka. Z pomostu, na najbliższej trampolinie, szczupła, opalona dziewczyna również szykowała się do zaznania tej rozkoszy. Cóż za figura! Panna Minerva, sama po pięćdziesiątce, poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Ech, młodość! Młodość szybka i pewna siebie. Smukłe ciało odbiło się od trampoliny, wzleciało jak strzała, żeby zaraz perfekcyjny skok zakończyć cichym wejściem do wody.

Panna Minerva spojrzała na twarz mężczyzny, który szedł obok niej. Amos Winterslip nie zważał na otaczające piękno, czyniąc z tego pierwszą zasadę życia. Urodzony na Wyspach, na kontynencie bywał tylko w San Francisco. Niewątpliwie w białych, letnich spodniach i ciemnej marynarce uosabiał moralność Nowej Anglii.

— Lepiej zawróć, Amosie — zasugerowała panna Minerva. — Już czeka na ciebie kolacja. Dziękuję z całego serca za spacer.

— Podejdę z tobą do płotu — odpowiedział. — Kiedy znudzi ci się Dan i jego wybryki, odwiedź nas. Będziemy szczęśliwi, widząc cię ponownie.

— To miłe. Muszę jednak wracać do Bostonu — odpowiedziała stanowczo. — Grace się martwi. Oczywiście nie może mnie zrozumieć. Przyznaję: moje zachowanie jest skandaliczne, bo przyjechałam do Honolulu na sześć tygodni, a włóczę się po Wyspach dziesięć miesięcy.

— Tak długo?

Przytaknęła.

— Nie potrafię tego wyjaśnić. Każdego dnia składam uroczystą przysięgę, że jutro zacznę pakować kufry.

— A jutro nigdy nie nadchodzi — stwierdził Amos. — Uwiodły cię tropiki. Niektórzy im ulegają.

— Słabych ludzi, przypuszczam, masz na myśli. Ja nigdy nie okazywałam słabości. Zapytaj kogokolwiek na Beacon Street3 — kategorycznie oznajmiła panna Minerva.

Amos uśmiechnął się delikatnie.

— To cecha Winterslipów — powiedział. — Uchodzić powinni za purytanów, ale zawsze ciągnęło ich w leniwe, południowe szerokości.

— Wiem — przyznała panna Minerva, wpatrując się w linię brzegową egzotycznej wyspy. — To właśnie sprawiło, że tak wielu z nich opuściło port w Salem4. Ci, którzy zostali, uważali, że podróżnicy widzą coś, na co żaden Winterslip nie powinien patrzeć. Mimo to im zazdrościli, a może z tego właśnie powodu — mówiąc to, skinęła głową. — Tej cygańskiej krwi. To skłoniło twojego ojca, żeby został wielorybnikiem, dlatego urodziłeś się daleko od domu. I nie pasujesz do tego miejsca, Amosie. Powinieneś mieszkać w Milton5 albo Roxbury6 i z małą zieloną aktówką wpadać co rano do biura w Bostonie.

— Często o tym myślałem — przyznał. — I kto wie, może wtedy bym coś osiągnął.

Dotarli do ogrodzenia z drutu kolczastego, niezwykłej przeszkody na tym przyjaznym brzegu. Płot ciągnął się do plaży; fala podpłynęła, otarła się o ostatni słupek, a następnie opadła. Panna Minerva się uśmiechnęła.

— Cóż, tutaj kończy się królestwo Amosa, a zaczyna Dana — zauważyła. — Poczekam aż fale odpłyną i obiegnę ostatni słupek. Na szczęście płot nie przesuwa się z pływami.

— Bagaż jest chyba w twoim pokoju, w domu Dana — przypomniał Amos. — Pamiętasz, co mówiłem o... — urwał.

Krępy, ubrany na biało mężczyzna pojawił się w ogrodzie za ogrodzeniem i szybko szedł w ich stronę. Amos Winterslip chwilę stał sztywno, w jego zwykle spokojnych oczach zapłonęło gniewne światło.

— Żegnaj — powiedział i odszedł pośpiesznie.

— Amosie! — krzyknęła panna Minerva i ruszyła za nim. — Amosie, co za nonsensowne zachowanie! Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Danem?

Amos zatrzymał się pod szarańczynem7.

— Trzydzieści jeden lat temu. Dziesiątego sierpnia zeszłego roku minęło trzydzieści jeden lat.

— Wystarczająco długo. Teraz podejdź do tego głupiego płotu i wyciągnij do Dana rękę.

— Nie zrobię tego! Chyba go nie znasz, Minervo, i życia, jakie wiódł. Wielokrotnie splamił honor naszego nazwiska!

— Jak to możliwe? Dan jest uważany za wpływowego człowieka. Jest szanowany...

— I bardzo bogaty — dodał Amos z goryczą. — A ja biedny. Tak często bywa na tym świecie. Ale nadejdą inne czasy i wtedy, taką mam nadzieję, Dan dostanie za swoje.

Choć nie brakowało jej hartu ducha, panna Minerva przerażona patrzyła na nienawiść malującą się na chudej twarzy Amosa. Zrozumiała, że dalsza dyskusja jest bezcelowa.

— Żegnaj, Amosie. Czy namówię cię, żebyś pewnego dnia przyjechał na Wschód?

Nie dał znaku, że słyszał to, o co zapytała, odszedł po białym piasku w stronę swojej posiadłości.

Panna Minerva się odwróciła, a Dan Winterslip wysłał do niej zza płotu uśmiech.

— Witaj! — krzyknął. — Przejdź na tę stronę ogrodzenia i znów ciesz się życiem. Jesteś tu mile widziana.

— Jak się masz, Danie!?

Ominęła ogrodzenie, uważając, aby fale jej nie zamoczyły, i dołączyła do Dana. Wziął obie jej dłonie w swoje.

— Miło cię widzieć — powtórzył, a jego spojrzenie było najlepszym potwierdzeniem tych słów. Tak, potrafił rozmawiać z kobietami. — Ostatnio czuję się samotny w tym starym domu. Potrzebuję młodej kobiety, która wprowadzi trochę radości.

Panna Minerva prychnęła.

— W Bostonie, że tak powiem, z niejednego pieca chleb jadłam — przypomniała — nie stracę więc głowy przez takie gadanie.

— Zapomnij o Bostonie — nalegał. — Na Hawajach wszyscy jesteśmy młodzi. Spójrz na mnie.

Popatrzyła na niego z zachwytem. Miał sześćdziesiąt trzy lata, wiedziała to, ale tylko białe pasma przy skroniach w gęstych, falujących włosach, zdradzały wiek. Twarz spalona na najgłębszy brąz przez długie lata włóczęgi pod polinezyjskim słońcem nie miała ani jednej bruzdy czy choćby zmarszczki. Z potężną klatką piersiową i muskułami mógłby uchodzić na kontynencie za czterdziestolatka.

— Najwyraźniej mój drogi brat odprowadził cię aż do granicy naszych światów — zauważył, gdy przeszli przez ogród. — Jak przypuszczam, serdecznie mnie pozdrawia?

— Próbowałam go namówić, żeby uścisnął ci dłoń — powiedziała panna Minerva.

Dan Winterslip się roześmiał.

— Nie pozbawiaj biednego Amosa możliwości nienawidzenia mnie — zakpił. — To jedyny powód, dla którego żyje. Każdej nocy staje pod szarańczynem, pali papierosy i gapi się na mój dom. Wiesz, na co czeka? Aż Pan ukarze mnie za grzechy. Cierpliwość godna podziwu, muszę przyznać.

Panna Minerva nie zareagowała.

Rozległy dom Dana, pełen zakamarków i z wieloma pokojami, odznaczał się urodą zbyt przejmującą, wręcz nie do zniesienia, którą panna Minerva po raz kolejny chłonęła wzrokiem: wianowłostki8 królewskie — wielkie szkarłatne parasole — niemal płonęły dostojnym złotym blaskiem, gigantyczne banyany9 rzucały fioletowe cienie, a jej ulubione drzewo hau10, pozornie stare jak sam czas, pokryło się mnóstwem żółtych kwiatów. Najpiękniejsze były kwitnące winorośla i przykrywająca ceglastoczerwonym przepychem wszystko, czego się dotknęła, bugenwilla. Panna Minerva zastanawiała się, co powiedzieliby bostońscy przyjaciele, którzy każdej wiosny popadali w Boston Public Garden w pełne rezerwy zachwyty, gdyby ujrzeli to, na co ona teraz patrzy. Może byliby nieco zgorszeni — ten zjawiskowy ogród był zbyt krzykliwy, aby uchodzić za w pełni przyzwoity. Ale karmazynowe tło, bez wątpienia, pasowało do kuzyna Dana.

Dotarli do drzwi z boku domu prowadzących bezpośrednio do salonu. Panna Minerva spojrzała w prawo, gdzie przez bujne liście migotała żelazna wysoka brama wychodząca na Kalia Road. Dan otworzył drzwi, panna Minerva weszła do środka.

Jak w większości domów tego typu na Wyspach, salon miał trzy solidne ściany, a czwartą ażurową. Po wypolerowanej podłodze weszli do dużego holu. Przy drzwiach wejściowych Hawajka w nieokreślonym wieku i o ogromnych piersiach powoli podniosła się z krzesła. Była potężną, pełną godności przedstawicielką wymierającej rasy.

— No cóż, Kamaikui, wróciłam — uśmiechnęła się panna Minerva.

— Miło panią widzieć — odezwała się tonem godnym gospodyni domu, chociaż była tylko służącą.

— Przygotowaliśmy ten pokój, w którym cię gościliśmy po raz pierwszy, Minervo — oznajmił Dan Winterslip. — Twoje bagaże już tam na ciebie czekają. Położyłem też kilka listów do ciebie, które przypłynęły statkiem dziś rano. Nie zawracałem sobie głowy wysyłaniem ich do Amosa. Kolację zjemy, gdy będziesz gotowa.

— Nie dam na siebie długo czekać — odpowiedziała i pośpieszyła po schodach na górę.

Dan Winterslip wrócił do salonu. Usiadł na rattanowym krześle, które zrobiono specjalnie dla niego w Hong Kongu, i spojrzał z zadowoleniem na liczne dowody swego dobrobytu.

Kamerdyner przyniósł tacę z koktajlami.

— Przygotowałeś dwa, Haku? — uśmiechnął się Winterslip. — Dama jest z Bostonu.

— Wszystko jasne — odpowiedział Haku i bezgłośnie się wycofał.

Po chwili do pokoju weszła panna Minerva z listem w ręku. Śmiała się.

— Dan, to jest absurdalne — powiedziała.

— Co takiego?

— Mówiłam ci, że zaczynają się niepokoić o mnie w domu. Bo nie mogę rozstać się z Hawajami. Nie uwierzysz, ale wysyłają za mną policjanta.

— Policjanta? — Dan uniósł krzaczaste brwi.

— Tak, to do tego się sprowadza. Oczywiście, to nie jest prawdziwy stróż prawa. Grace pisze, że John Quincy dostał sześciotygodniowy urlop z banku, w którym pracuje, i postanowił tutaj przyjechać. Czyż to nie doskonała okazja, abyś z nim mogła wrócić do domu, moja droga? — pisze Grace. Cóż za subtelna aluzja.

— John Quincy Winterslip? To syn Grace?

Panna Minerva skinęła głową.

— Nigdy go nie spotkałeś, prawda? To wkrótce będziesz miał okazję. On na pewno cię nie zaakceptuje.

— Dlaczego? — Dan Winterslip się zjeżył.

— Bo jest porządny. Kochany chłopak, ale koszmarnie porządny. Ta podróż to dla niego krzyż pański. Potępi wszystko, ledwie opuści granice Albany11, a będzie miał przed sobą długą, męczącą podróż, podczas której dezaprobata tylko się pogłębi.

— Nie wiem. Przecież jest Winterslipem, nieprawdaż?

— Owszem. Nie ma jednak w sobie krzty cygańskiej krwi. Jest czystej krwi purytaninem.

— Biedny chłopiec.

Dan Winterslip podszedł do tacy, na której stały drinki w kolorze bursztynu.

— Przypuszczam, że po drodze zatrzyma się u Rogera w San Francisco. Napisz do niego, że chcę, aby po przyjeździe do Honolulu czuł się w moim domu jak u siebie.

— To miłe z twojej strony, Dan.

— Niekoniecznie. Po prostu lubię młodzież wokół siebie, nawet purytańską. A teraz, zanim zostaniesz aresztowana i zabrana z powrotem do cywilizacji, poczęstuj się jednak jednym z tych koktajli.

— Cóż, zamierzam obnosić się z tym, co mój brat zwykł nazywać prawdziwą harwardzką obojętnością, ale tak naprawdę… — zawiesiła głos.

— Tak naprawdę? Co? — zaciekawił się Winterslip.

— Tak naprawdę zamierzam się dobrze bawić. — Panna Minerva puściła oko i wzniosła toast.

Dan Winterslip uśmiechnął się do niej promiennie.

— Niezłe z ciebie ziółko — zauważył, prowadząc ją do jadalni.

— Kiedy wejdziesz między wrony… Przecież nie będę się zachowywała jak panna z dobrego domu. Podejrzewam, że nie przysporzyłoby mi to popularności.

— Zgadzam się w całej rozciągłości.

— Poza tym niedługo wrócę do Bostonu i dawnego życia wypełnionego wystawami i wykładami w Instytucie Lowella12, powoli się starzejąc.

Ale jeszcze nie jestem w Bostonie, pomyślała i usiadła przy błyszczącym stole w jadalni. Przed nią leżała odpowiednio schłodzona i pokrojona dojrzała papaja — złocistożółta i apetyczna. Gdzieś za zasłoną z liści niespokojnie szemrał ocean. Kolacja będzie idealna, bo choć wiedziała, że wołowina na Wyspach może być sucha i włóknista, owoce i sałatka zrekompensują kiepską jakość mięsa.

— Spodziewasz się szybkiego powrotu Barbary? — zagaiła.

Twarz Dana Winterslipa rozświetliła się jak plaża o wschodzie słońca.

— Tak, będzie lada dzień. Skończyła już studia. Byłoby zabawnie, gdyby ona i twój idealny bratanek wsiedli na ten sam statek.

— Dla Johna Quincy’ego byłoby nie tylko zabawnie, byłoby nomen omen idealnie — odpowiedziała panna Minerva. — Gdy Barbara odwiedziła nas na Wschodzie, zrobiła ogromne wrażenie: pełna życia, czarująca dziewczyna.

— Wypisz wymaluj moja córka — Dan aż pokraśniał z dumy. Barbara była jego najdroższym skarbem. — Przyznam, że za nią tęskniłem. Czułem się bardzo samotny.

Panna Minerva rzuciła mu szelmowskie spojrzenie.

— Tak, słyszałam plotki — rzekła rozbawiona — jak bardzo samotny.

Zaczerwienił się pod opalenizną.

— Amos mnie zdradził?

— Nie tylko Amos, ludzie lubią plotkować. Naprawdę, w twoim wieku...

— Co masz na myśli, mówiąc: w moim wieku? Wspomniałem już, że tutaj wszyscy jesteśmy młodzi.

Jedli przez chwilę w ciszy.

— Powiedziałem: niezłe z ciebie ziółko i naprawdę miałem to na myśli. Musisz zrozumieć, że tutaj, na Wyspach, mężczyzna może zachowywać się… trochę inaczej niż na kontynencie.

— Doprawdy? — uśmiechnęła się. — Zdziwiłbyś się, ale i na kontynencie nie można ufać żadnemu mężczyźnie. Nie ośmielę się ganić ciebie, mój drogi. Ale, ze względu na Barbarę, dlaczego nie znajdziesz sobie kobiety, z którą mógłbyś się ożenić?

— Mógłbym poślubić tę, o której mówimy. Jeśli mówimy o tej samej damie.

— Kobieta, o której mówię — odpowiedziała panna Minerva — jest dość powszechnie znana jako wdowa z Waikīkī.

— To miejsce jest wylęgarnią plotek! Arlene Compton to dama godna szacunku!

— Chyba była chórzystką.

— Niezupełnie. Była aktorką. Grała małe role, zanim wyszła za porucznika Comptona.

— I nie miała nic przeciwko zostaniu wdową.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Jego szare oczy błysnęły gniewem.

— Słyszałam, że jej mąż rozbił samolot o Diamond Head i zrobił to świadomie. Ona go do tego popchnęła.

— Kłamstwa! Same kłamstwa! — krzyknął wzburzony Dan Winterslip. — Wybacz Minervo, ale nie możesz wierzyć w każdą zasłyszaną bzdurę. — Przez chwilę milczał. — Co byś powiedziała, gdybym oświadczył, że zamierzam poślubić Arlene?

— Nie będę oryginalna — powiedziała łagodnie — lecz przypomnę, że nie ma większego głupca nad starego głupca.

Dan milczał.

— Wybacz szczerość. Jesteśmy krewnymi, i to wcale nie za bliskimi, dlatego twoje sprawy tak naprawdę nie są moimi sprawami, to wszystko nic by mnie nie obchodziło, ale cię lubię. I myślę o Barbarze...

Dan pochylił głowę i powiedział cicho: — Wiem, też o niej myślę. Barbara… Nie ma czym się ekscytować. Nie rozmawiałem z Arlene o małżeństwie. Jeszcze nie.

Panna Minerva się uśmiechnęła.

— Wiesz, im jestem starsza, tym częściej dochodzę do wniosku — zauważyła — że wiele kiedyś mądrych, starych porzekadeł zaczyna się wydawać całkowitym nonsensem. Zwłaszcza to, które właśnie zacytowałam.

Spojrzał na nią, a w jego oczach znów rozbłysła życzliwość.

— To najlepsze awokado, jakie kiedykolwiek jadłam — zmieniła temat. — Ale powiedz, jesteś pewien, że mango nadaje się do jedzenia? Kojarzy się raczej z letnim drinkiem.

Skończyli kolację i skończyli także rozmawiać o Arlene Compton. Dan całkowicie odzyskał dobry humor. Pili kawę na werandzie — w żargonie wyspiarskim lanai — na którą się wychodziło wprost z salonu. Ogromna, osłonięta z trzech stron rozciągała się daleko w dół, aż do białej plaży. Krótki tropikalny zmierzch przyćmił olśniewające kolory Waikīkī.

— Ale duchota — przerwała ciszę panna Minerva.

— Pasaty ustały — odpowiedział Dan, nawiązując do dobroczynnych wiatrów, które — z wyjątkiem rzadkich, nieprzyjemnych okresów — wieją na Wyspach z chłodnego północnego wschodu. — Obawiam się, że czekają nas ulewy i sztormy, nadchodzi czas kony.

— Mam nadzieję, że nieprędko — panna Minerva spojrzała na spokojny jeszcze ocean.

— Pogoda wysysa ze mnie energię — powiedział Dan i zatopił się w miękkim fotelu. — Teraz już wiesz, że mijałem się z prawdą, mówiąc o byciu młodym. Ale lubię to małe kłamstewko.

Uśmiechnęła się porozumiewawczo.

— Nawet młodzi ludzie uważają, że kona jest trudna do zniesienia — pocieszała go. — Byłam tu wcześniej, w latach osiemdziesiątych, miałam zaledwie dziewiętnaście lat, a ciągle pamiętam poczucie zagrożenia ze strony kony.

— Tęskniłem wtedy za tobą, Minervo.

— Jasne! — prychnęła. — Włócząc się po Morzach Południowych.

— Ale kiedy wróciłem, ciągle o tobie mówiono. Że jesteś uroczą, wysoką blondynką, i nie zadzierasz nosa, czego się obawiano. Wspaniała figura, komplementowano. Wtedy wspaniała, a i dziś — masz czym się pochwalić.

Rumieniec oblał jej policzki, ale nadal się uśmiechała.

— Ciiii — tylko udawała, że go ucisza. — Tam skąd pochodzę, nie prowadzi się takich rozmów.

— Lata osiemdziesiąte — westchnął. — Hawaje były wtedy prawdziwymi Hawajami. Dziewicze i groteskowe niczym z opery buffa, ze starym Kalākauą13 siedzącym na złotym tronie.

— Pamiętam go — powiedziała panna Minerva. — I wielkie przyjęcia w pałacu. Popołudnia, kiedy siedział z fałszywymi przyjaciółmi na królewskiej werandzie — na lanai. Royal Hawaiian Band14 grała u jego stóp, a on wyniośle rzucał im królewskie grosze. To było wtedy takie rajskie, naiwne miejsce, Danie.

— Zostało zniszczone — skonstatował ze smutkiem. — Za dużo małpowania tego, co na kontynencie. Za dużo tej waszej przeklętej nowoczesności: samochodów, fonografów, radia, fuj! A jednak! A jednak, Minervo, głęboko pod powierzchnią czai się pierwotna, mroczna siła.

Skinęła głową i każdy w myślach zajął się swoimi wspomnieniami. Po chwili Dan Winterslip zapalił stojącą na stoliku lampkę do czytania.

— Jeśli pozwolisz, zerknę do popołudniówki.

— Och, nie ma problemu — odpowiedziała panna Minerva.

Cieszyło ją to milczenie. Bo przecież nadeszła pora, kiedy najbardziej kochała Waikīkī. Ten krótki, tropikalny zmierzch, to szybkie nadejście miękkiej, kuszącej nocy. Woda jak mozaika: jasnozielona w dzień, szkarłatna i złota o zachodzie słońca, teraz zdawała się ciemnopurpurowa. Na szczycie wygasłego wulkanu Diamond Head mrugało żółte oko latarni morskiej, jakby dając do zrozumienia, że wewnątrz jeszcze płonie ogień. Trzy mile dalej błyszczały światła portu, a patrząc w stronę rafy, gdzieniegdzie jarzyły się latarnie japońskich sampanów15. Dalej, na redzie, majaczył zniszczony kadłub starego brygu16 powoli zbliżający się do wejścia do kanału — codziennie jeden lub dwa statki przypływały ze Wschodu z ładunkiem przypraw, herbaty lub kości słoniowej, a potem wracały z ciężkim sprzętem rolniczym. Statki wszelkiego rodzaju, liniowce i łajby, statki z Melbourne i Seattle, Nowego Jorku i Jokohamy, Tahiti i Rio, z każdego portu na Siedmiu Morzach17. Bo to było Honolulu, skrzyżowanie na Pacyfiku — magiczne — gdzie, jak mówiono, kiedyś przetnie się każda ścieżka.

Panna Minerva westchnęła. Kątem oka spostrzegła, że Dan się poruszył. I rzeczywiście, odłożył gazetę na kolana i patrzył przed siebie. To kłamstewko o byciu młodym szył grubymi nićmi, bo teraz wyglądał na swój wiek.

— Coś się stało? — zapytała.

— Tak się zastanawiam, Minervo — zaczął powoli. — Opowiedz mi jeszcze raz o swoim bratanku.

Była zaskoczona pytaniem, ale to ukryła.

— John Quincy jest zwyczajny do bólu. Konwencjonalny. Całe jego życie zaplanowano od kołyski po grób. Jak dotąd plan wypełnia w stu procentach. Prywatne szkoły: podstawowa i średnia, Harvard, snobistyczne kluby, praca w rodzinnym banku — nawet zaręczyłby się z dziewczyną, którą wybrałaby dla niego matka. Były chwile, kiedy miałam nadzieję, że się wyłamie — poszedł na wojnę — ale, nie, wrócił i potulnie popadł w tamtą rutynę.

— Jest więc godny zaufania i stabilny?

Panna Minerva się uśmiechnęła.

— W porównaniu z tym chłopcem skały Gibraltaru się chwieją.

— Dyskretny?

— Wcielenie dyskrecji! Można by powiedzieć, że z dyskrecji ma doktorat! Taki jest i już się nie zmieni. Uwielbiam go, ale odrobina lekkomyślności by go nie zabiła. Ociupinka! Obawiam się jednak, że jest już za późno. John Quincy ma prawie trzydzieści lat.

Dan Winterslip wstał, jego ruchy wskazywały na to, że podjął ważną decyzję. Za bambusową zasłoną wiszącą w drzwiach prowadzących do salonu, zapaliło się światło.

— Haku! — zawołał Winterslip.

Japończyk pojawił się błyskawicznie.

— Haku, powiedz szoferowi, żeby odpalił duże auto. Migiem! Muszę dotrzeć do doku, zanim President Tyler wypłynie do San Francisco. Wikiwiki18!

Służący zniknął w salonie, a Winterslip poszedł za nim.

Nieco zdziwiona panna Minerva po chwili wstała i odsunęła zasłonę.

— Zamierzasz dokądś popłynąć? — zapytała.

Dan siedział przy biurku, pisząc w pośpiechu.

— Nie, nie, tylko ten liścik musi odejść tym statkiem.

Jego zachowanie zdradzało podniecenie. Panna Minerva przekroczyła próg. Zaraz pojawił się Haku i niepotrzebnie oznajmił, że podstawiono samochód, niepotrzebnie, ponieważ warkot silnika było doskonale słychać na podjeździe. Dan Winterslip wziął kapelusz od Japończyka.

— Czuj się jak u siebie, Minervo. Zaraz wrócę! — krzyknął i wybiegł.

Bez wątpienia ważna sprawa biznesowa!, pomyślała panna Minerva. Przechadzała się bez celu po reprezentacyjnym, przestronnym pokoju, w końcu przystanęła przed portretem wuja, Jedediaha Winterslipa, ojca Dana i Amosa. Dan zlecił namalowanie obrazu na podstawie fotografii zaraz po śmierci rodzica — artyście, którego specjalnością, sądząc po rezultacie, musiały być pejzaże. Na pewno pejzaże — panna Minerva nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Mimo to nie sposób pomylić się co do siły i osobowości tego wielorybnika z Nowej Anglii, który osiadł w Honolulu. Jedyny raz widziała go w latach osiemdziesiątych — złamanego, postarzałego, opłakującego majątek utracony wraz ze statkami, które niewiele wcześniej zatonęły w arktycznej katastrofie.

Dan przywrócił rodzinie dawną pozycję, rozmyślała panna Minerva. Odzyskał fortunę, nawet pomnożył ją wielokrotnie. Krążyły niepokojące pogłoski o jego metodach robienia pieniędzy, lecz podobne snuto także o metodach bostończyków, którzy nigdy nie ruszyli się z domu. Uroczy człowiek, cokolwiek kryła jego przeszłość. Panna Minerva usiadła przy fortepianie i zagrała kilka starych, popularnych melodii: zaczęła od walca Nad pięknym modrym Dunajem. Myślami wróciła do przeszłości.

Gdy samochód mknął w stronę miasta wprost na Kalākaua Avenue19 Dan Winterslip również myślał o przeszłości, ale martwiła go teraźniejszość. Dotarli do doku, gdzie — dysząc lekko — pobiegł w kierunku Presidenta Tylera przez mroczną halę portową. Nie miał ani chwili do stracenia, statek szykował się właśnie do odpłynięcia — był to statek tranzytowy z Orientu20, ruszał więc bez ceremonii towarzyszących liniowcom kursującym między Honolulu a kontynentem. Mimo to rozlegały się okrzyki aloha21, niektóre donośne i serdeczne, inne płaczliwe, większość podróżnych miała na szyjach girlandy lei, a u stóp trapu cisnęli się zdezorientowani ludzie żegnający rodzinę czy przyjaciół.

Dan Winterslip przecisnął się przez tłum i wbiegł po stromym trapie. Na pokładzie, rozejrzał się gorączkowo, szukając znajomej twarzy.

— Z nieba mi pan spadł! — zawołał zdyszany, kiedy natknął się na Hepwortha, drugiego oficera.

— Co za miła niespodzianka, sir — powiedział Hepworth. — Nie widziałem pańskiego nazwiska na liście pasażerów.

— Bo nigdzie nie płynę. Przyszedłem jedynie prosić o małą przysługę.

— Z przyjemnością ją wyświadczę, panie Winterslip.

Dan wsunął mu w dłoń kopertę.

— Zna pan mojego kuzyna Rogera z Frisco22. Proszę to mu przekazać. Jemu i nikomu innemu i jak najszybciej po zejściu na ląd. Spóźniłem się na pocztę, ale… tak czy inaczej wolę tę drogę. Będę ogromnie zobowiązany.

— Nie ma sprawy! Tyle razy mi pan pomógł, że z radością się odwdzięczę. Obawiam się jednak, że teraz będzie pan musiał zejść na brzeg, sir. Za minutę odpływamy. O, proszę tędy… — Ujął Winterslipa za ramię i delikatnie poprowadził z powrotem na trap.

Ledwie stopy Dana dotknęły ziemi, podniesiono pomost. Jak każdy mieszkaniec Hawajów Dan przystanął na chwilę, oczarowany widokiem statku płynącego w daleką podróż. Następnie odwrócił się i powoli przeszedł przez półmrok hali portowej. Tuż przed sobą dostrzegł zwinną i smukłą sylwetkę, którą od razu rozpoznał — Dick Kaohla, wnuk Kamaikui. Przyspieszył kroku i zrównał się z chłopcem.

— Witaj, chłopcze — zagadnął.

— Dobry — odparł tamten oschle, z niechęcią malującą się na śniadej twarzy.

— Dawno mnie nie odwiedzałeś. Wszystko w porządku?

— Pewnie — odpowiedział Kaohla. — Co ma nie być w porządku?

Dotarli do ulicy i chłopiec szybko w nią skręcił, mrucząc na odchodnym: dobranoc.

Dan Winterslip w zamyśleniu chwilę patrzył za oddalającym się chłopcem. Następnie wsiadł do samochodu.

— Teraz już nie ma pośpiechu — powiedział do szofera.

Kiedy pojawił się w salonie, panna Minerva podniosła wzrok znad książki.

— Zdążyłeś? — zapytała.

— W ostatniej chwili.

— Brawo! Wezmę książkę i pójdę na górę. Miłych snów.

Zaczekał, aż dojdzie do drzwi, zanim się odezwał.

— Moja droga, nie zawracaj sobie głowy z napisaniem do bratanka, żeby u mnie się zatrzymał.

— Dlaczegóż to? — zapytała, zdziwiona.

— Sam go już zaprosiłem. Dobranoc.

— To bardzo miłe z twojej strony. Dobranoc — odpowiedziała i odeszła.

Został sam w ogromnym salonie. Niespokojnie chodził tam i z powrotem po wypolerowanej podłodze. Wyszedł na lanai, wziął gazetę, którą czytał wcześniej, i wrócił do salonu, żeby dokończyć czytanie artykułu. Coś nie dawało mu jednak spokoju. Wciąż uciekał wzrokiem w bok, błądził myślami, w końcu z okrzykiem oderwał róg strony z ogłoszeniami o rejsach i wściekle poszarpał go na drobne kawałki. Znów poderwał się z miejsca i zaczął krążyć po salonie. Chciał pójść na plażę, ale cicha obecność w pokoju na górze — Boston w bardziej tolerancyjnej postaci, ale nadal Boston — zatrzymała go w pół kroku.

Wrócił na werandę. Tam, pod moskitierą, lubił spać na łóżku polowym; jego garderoba znajdowała się tuż obok. Było jednak za wcześnie na sen. Plaża kusiła, przekroczył więc próg lanai i stanął na piasku. Miękki, zdradliwy oddech kony muskał jego policzek — groźny wiatr, który wzburza fale wzdłuż wybrzeża i na chwilę zamienia raj w coś złowrogiego. Księżyc, gwiazdy, zwykle przyjazne i bliskie, teraz przesłaniały chmury. Czarne fale pomrukiwały groźnie. Wpatrywał się w ciemność, w magiczne skrzyżowanie dróg na Pacyfiku, gdzie zawsze się przecinały szlaki. Trzeba tylko poczekać, dać im czas.

Odwrócił się i jego oczy powędrowały ku szarańczynowi rosnącemu za drutem kolczastym, zobaczył żółty płomień zapałki. Jego brat Amos. Poczuł nagły przypływ przyjaznych uczuć do niego, chciał podejść i porozmawiać, porozmawiać o dawnych czasach, gdy bawili się razem na plaży. Łudził się, lecz szans na pojednanie nie widział. Westchnął ciężko i wrócił na werandę. Za jego plecami trzasnęły drzwi od lanai. Drzwi bez zamka, jak to w krainie, w której nikt nie zamyka drzwi na klucz.

Zmęczony, usiadł w ciemności, aby zebrać myśli. Twarz miał zwróconą ku zasłonie z bambusa oddzielającej go od salonu. Pojawił się na niej cień, na sekundę znieruchomiał, potem zniknął. Dan wstrzymał oddech. Cień znowu się pojawił.

— Kto tam? — zawołał ostrzej, niż zamierzał.

Wielkie brązowe ramię wsunęło się przez zasłonę. Zaraz potem ukazała się znajoma, pogodna twarz.

— Owoce na stole — powiedziała Kamaikui. — Iść już spać.

— Oczywiście. Śpij dobrze. Dobranoc.

Kobieta się wycofała bezszelestnie.

Dan Winterslip wściekł się. Co z nim się działo? On, który niejedno przetrwał, który w dawnych czasach stawiał czoła niebezpieczeństwom nie do opisania. Teraz — nerwowy! Na krawędzi!

— Starzeję się — mruknął. — Nie, na litość boską! To wszystko wina wiatru. Przeklęta kona! Odżyję, gdy znów zaczną wiać pasaty23.

Pomyślał o pasatach i się zawahał. Tutaj, na skrzyżowaniu wszystkich dróg świata, niczego nie można było być pewnym.

Rozdział II

Cylinder na falach

Znużony i ociężały John Quincy Winterslip wszedł na pokład promu w Oakland. Od ponad sześciu dni był uwięziony w wagonach sypialnych, a krótki postój w Chicago okazał się jedynie gorączkową przesiadką z jednego pociągu do drugiego. Miał tego serdecznie dość. Zwiedzał Amerykę w jej przerażającej okazałości! Wydawało mu się, że całą wieczność wpatrywał się w bezkresne równiny, upstrzone tu i ówdzie nieestetycznymi domami, których mieszkańcy bez wątpienia nigdy nie słyszeli koncertu symfonicznego.

Dwie walizki, kije golfowe i pudło na kapelusze niósł przed nim człapiący bagażowy, który zamiast ręki — zapewne stracił ją w jednej z „uroczych” potyczek na pograniczu — miał stalowy hak. Nikt nie mógł kwestionować użyteczności haka w tym zawodzie. Jakież to osobliwe, jakież zachodnie!

John Quincy wskazał miejsce przy relingu na dziobie i tragarz ułożył tam bagaż. Starannie omijając wzrokiem hak, John Quincy wcisnął mu do ręki napiwek tak hojny, że zasłużył na przedziwny salut — tragarz zawadiacko dotknął hakiem czapki.

Młody Winterslip opadł na ławkę koło swoich eleganckich bagaży, zdjął przepocony słomkowy kapelusz i usiłował przebiec w myślach przebytą drogę. Trzy tysiące mil dzieliło go od Beacon Street, a przed nim kolejne dwa tysiące mil do przebycia! Jak doszło do tego, że dał się namówić na tę absurdalną wyprawę do pogańskiego kraju? Przecież koniec czerwca to najprzyjemniejszy czas w Bostonie. Tenis w Longwood24, zawody wioślarskie na rzece Charles w długie pogodne wieczory, weekendy z Agathą Parker na polach golfowych w Magnolii25. Jeśli już podróżować, to do Paryża — nie widział Miasta Świateł26 od dwóch lat i chętnie by tam skoczył, ale matka wymyśliła ten niedorzeczny plan.

Niedorzeczny… Delikatnie powiedziane. Miał przebyć pięć tysięcy mil tylko po to, aby zasugerować ciotce Minervie powrót do spokojnego, uporządkowanego życia w domu z fioletowymi szybami na Beacon Street. Jakie były szanse, że jego niepokorna krewna zrozumie aluzję? Nie widział nawet jednej na tysiąc. Ciotka Minerva robiła, co chciała — przypomniał sobie nawet z zażenowaniem chwilę, gdy oświadczyła prosto z mostu, że będzie, do cholery, żyć tak, jak jej się podoba i nikomu nic do tego.

John Quincy chciał wrócić do domu. Żałował, że nie przechodzi teraz przez park Boston Common27 do biura na State Street28, aby tam wypuścić nowe obligacje. Jeszcze nie miał udziałów w firmie — tego zaszczytu dostępowali starsi Winterslipowie, łysi i już przygarbieni — ale całym sercem oddawał się pracy. Emisję obligacji przygotowywał z troskliwą uwagą, a potem oczekiwał na wyrok tak, jak dramaturg czeka za kulisami w wieczór premiery na reakcję publiki. Czy te jego First Mortgage Sixes29 odniosą sukces, czy poniosą spektakularną klęskę?

Przeraźliwe wycie na promie syreny sprowadziło go na ziemię i uświadomiło, w jak niepojętym miejscu na mapie się znajduje. Statek ruszył. John Quincy półprzytomnie odnotował obecność młodej osoby płci żeńskiej, która usiadła obok, i aż się wyprostował. Spojrzał uważniej — zawsze był czuły na piękno, niezależnie od tego, gdzie i w jakiej postaci mu się objawiało. A teraz piękno miał na wyciągnięcie ręki.

Poranek był rześki, ale suchy i słoneczny. Przed nim rozciągał się port, spełnione marzenie utrudzonego żeglarza. Minęli Goat Island30, a on usłyszał dochodzące z oddali echo trąbki31, wzgórze Tamalpais32 unosiło dumnie głowę ku jaśniejącemu niebu. John Quincy odwrócił się. I teraz chłonął widok San Francisco rozrzuconego malowniczo na wzgórzach.

Prom pruł fale zatoki, a John Quincy siedział jak zaczarowany. Las masztów i kominów statków parowych — oto nabrzeże tworzące klimat pełnych przygód, pochłaniających go bez reszty romantycznych opowieści, które czytał w wieku szkolnym — był cichym, młodym Winterslipem, bez wędrownej cygańskiej krwi. Teraz rozpoznawał barkę z Antwerpii, potężny liniowiec z Orientu, pięciomasztowy szkuner, statki, które zapełniały karty dziś zapomnianych historii. Statki z portów traktatowych33, statki z wysp kokosowych na Morzach Południowych34. Był to obraz tak pociągający i kolorowy jak teatralna scenografia, lecz nieskończenie prawdziwszy.

Nagle John Quincy poderwał się. W jego spokojnych szarych oczach pojawiło się zdziwienie. — Ja… ja… nie rozumiem — mruknął.

Zaskoczył go dźwięk własnego głosu, nie zamierzał mówić sam do siebie! Aby nie wyjść na wariata, zaczął udawać, że szuka wzrokiem kogoś, do kogo słowa te mógłby skierować. Nikogo nie było w pobliżu poza młodą kobietą, a do niej nie wypadało tak po prostu zagadnąć.

John Quincy spojrzał na nią uważniej. Hiszpanka, może Meksykanka. Włosy czarne z granatowym połyskiem, ciemne oczy, roziskrzone rozbawieniem, które usiłowała ukryć, delikatna owalna twarz opalona na głęboki brąz. Znów popatrzył na port i skonstatował: piękno wokół statku i piękno na jego pokładzie. Toż to o wiele przyjemniejsze niż podróżowanie pociągami!

Dziewczyna spojrzała na niego — wysokiego, barczystego młodego mężczyznę o twarzy niewinnej jak u dziecka. Natychmiast uznała, że odrobina życzliwości z jej strony nie zostanie uznana za impertynencję.

— Przepraszam… — powiedziała.

— To ja przepraszam. Nie chciałem… W żadnym wypadku zaczepiać… — usprawiedliwiał się. — Powiedziałem, że nie rozumiem.

— Czego pan nie rozumie?

— Stało się coś zdumiewającego — ciągnął, siadając znów i ruchem ręki wskazując zatokę. — Już tu kiedyś byłem.

Wydawała się zdezorientowana.

— Wiele osób tu bywało — przyznała.

— Tak, ale… Rozumie pani… Ja nigdy tu wcześniej nie byłem.

Odsunęła się od niego.

— I wiele osób też nie było — znów przyznała.

John Quincy wziął głęboki oddech. Po co wdał się w tę rozmowę? Poczuł nieodpartą pokusę, żeby uchylić kapelusza i tchórzliwie uciec, niczego nie wyjaśniając. Ale nie, pochodził z rodu, który zwykł doprowadzać sprawy do końca.

— Jestem z Bostonu — powiedział.

— Och — powiedziała dziewczyna. To wyjaśniało wszystko.

— Choć oczywiście nie ma powodu, dla którego miałaby pani być tym zainteresowana — ciągnął.

— Żadnego — uśmiechnęła się. — Ale proszę mówić dalej.

— Próbuję przez to powiedzieć, że do niedawna nigdy nie podróżowałem na zachód od Nowego Jorku, nigdy w całym swoim życiu, rozumie pani? Znam Nową Anglię i kilka razy byłem za granicą, ale Zachodnie Wybrzeże…

— Rozumiem. Nie ciągnęło tu pana.

— Nie powiedziałbym tego — zaprotestował John Quincy z ostrożną uprzejmością. — Ale to podróż niemal przez cały kraj. Beznadziejne przedsięwzięcie. A potem rodzina uznała, że powinienem tu przyjechać, jechałem więc tysiące mil pociągami i już mnie to, proszę wybaczyć, strasznie znudziło. A teraz wpływamy do portu, rozglądam się dookoła i ogarnia mnie dziwne uczucie. Czuję, że już tu byłem.

Twarz dziewczyny wyrażała współczucie, ale i zrozumienie.

— Inni także tego doświadczyli — wyjaśniła. — To wybrańcy. Ich podróż trwała długo, ale w końcu dotarli tam, gdzie ich miejsce. — Wyciągnęła smukłą, opaloną dłoń. — Witamy w domu.

John Quincy uroczyście ją uścisnął.

— Och, nie — poprawił ją łagodnie. — Boston to mój dom. Tam czuje się dobrze. Ale to… to jest znajome.

Spojrzał na północ, na niskie wzgórza osłaniające Valley of the Moon35, potem z powrotem na San Francisco.

— Wydaje mi się, że kiedyś przeszedłem tę drogę. Zaskakujące, prawda?

— Być może... Może któryś z pana przodków zachwycił się tym miejscem?

— Ma pani rację. Dziadek przyjechał tu, gdy był młody. Wrócił do domu, ale jego bracia zostali. To do syna jednego z nich jadę w odwiedziny. Do Honolulu.

— Och, wybiera się pan do Honolulu?

— Jutro rano. Była tam pani kiedyś?

— Tak. — Jej ciemne oczy spoważniały. — Proszę popatrzeć na doki, to tam zaczyna się Wschód. Prawdziwy Wschód. A tam dalej: wzgórza Telegraph Hill36 i Russian Hill, i hotel Fairmont na Nob Hill37 — wskazała palcem; nikt w Bostonie nigdy niczego nie pokazuje palcem, dziewczyna była jednak taka śliczna, że John Quincy darował ten gest.

— Same wzgórza! Życie w San Francisco musi być pełne wzlotów i upadków — pozwolił sobie na żart. — Proszę opowiedzieć mi o Honolulu. Dziki, nieznany ląd?

Roześmiała się.

— Pozwolę panu samemu się przekonać jak bardzo jest niecywilizowany — odpowiedziała. — Praktycznie wszystkie najznakomitsze rodziny pochodzą z pana ukochanej Nowej Anglii. Purytanie o twarzach ledwie muśniętych promieniami słońca, jak ich nazywa mój ojciec. Mądry z niego mężczyzna — dodała tonem osobliwie dziecinnym, w którym pobrzmiewała i melancholia, i wyzwanie.

— Nie mam co do tego żadnych wątpliwości — odparł serdecznie John Quincy.

Zbliżali się do Ferry Building38 — budynku terminalu — i wokół nich zaczęli gromadzić się inni pasażerowie.

— Pomógłbym nieść pani walizkę, ale mam na głowie cały ten majdan. — Wskazał na swoje bagaże. — Zaraz znajdę tragarza.

— Proszę się nie kłopotać — odpowiedziała. — Poradzę sobie sama. — Wpatrywała się w pudło na kapelusze Johna Quincy’ego. — Tam, jak przypuszczam, znajduje się cylinder? — zapytała.

— Naturalnie!

Roześmiała się głębokim, gardłowym śmiechem. John Quincy nieznacznie się usztywnił.

— Proszę o wybaczenie. — Dobry humor jej nie opuszczał. — Cylinder na Hawajach! Paradne!

John Quincy wyprostował się dumnie. Dziewczyna ośmieliła się zakpić z Winterslipa! Wciągnął w płuca powietrze płynące z pełnego morza, bezkresnej, otwartej przestrzeni, gdzie mężczyźni są mężczyznami. Wpadł na lekkomyślny pomysł. Schylił się, podniósł pudło na kapelusze i ze stoickim spokojem cisnął je za burtę. Zakołysało się kilka razy na falach i odpłynęło. Tłum się zbliżył, nie chcąc uronić ni krzty z widowiska.

— Och — jęknęła dziewczyna. — Nie powinien pan tego robić.

Rzeczywiście, nie powinien. Pudełko kosztowało niemało. To był świąteczny podarunek od uwielbiającej go matki. A cylinder noszony o zmierzchu nad brzegiem rzeki na Beacon Street dodawał jeszcze więcej elegancji w tej już i tak dystyngowanej okolicy.

— Dlaczego nie? — zapytał John Quincy. — To przeklęte pudło było zbędnym utrapieniem, od kiedy wyruszyłem z domu. A poza tym czasami wyglądamy śmiesznie, czyż nie? My, ludzie ze Wschodniego Wybrzeża? Cylinder w tropikach! Mógłbym zostać wzięty za misjonarza.

Zaczął zbierać bagaże.

— Nie będę już potrzebował tragarza — oznajmił radośnie. — Dziękuję za szczerą rozmowę i miło spędzony czas.

— Też dobrze się bawiłam — odpowiedziała. — Mam nadzieję, że polubi pan nas, miejscowych. Tak bardzo pragniemy, aby nas lubiano, że to aż żałosne.

John Quincy uśmiechnął się.

— Do tej pory poznałem tylko jedną Kalifornijkę. I…

— I?

— Bardzo ją polubiłem!

— Dziękuję — młoda kobieta powoli kierowała się do zejścia z promu.

— Proszę zaczekać, chwileczkę — zawołał John Quincy. — Mam nadzieję, że… to znaczy, chciałbym…

Ale tłum pasażerów napierał między nich. Ujrzał jeszcze jej ciemne oczy uśmiechające się do niego, aby zaraz, równie nieodwołalnie jak cylinder, zniknąć mu z oczu.

Rozdział III

O północy na Russian Hill

Kilka chwil później John Quincy zszedł na brzeg w San Francisco. Nie zrobił więcej niż kilka kroków w Ferry Building, gdy energiczny japoński szofer przecisnął się przez tłum i jednym przenikliwym spojrzeniem — wydawać by się mogło: niepojęte, jak to zrobił — rozpoznał człowieka ze Wschodniego Wybrzeża i błyskawicznie przejął nad nim pieczę.

Pan Roger Winterslip — Japończyk przekazał — był zbyt zajęty, aby wyjechać na spotkanie, ale prosił, żeby John Quincy rozgościł się w jego posiadłości, a potem dołączył do niego na lunchu w centrum miasta.

Zadowolony, że znów poczuł pod stopami solidny grunt, John Quincy podążył za szoferem. San Francisco lśniło w porannym słońcu.

— Zawsze myślałem, że to miasto mgieł — stwierdził John Quincy.

Japończyk się uśmiechnął.

— Mgła może przyjść, a może nie przyjść. Dziś może już nie przyjdzie. Proszę wsiadać. — Otworzył drzwi samochodu.

Sunęli przez lśniące ulice, gdzie życie zdawało się płynąć w przyjemnym rytmie. Przy krawężnikach stały kolorowe wózki sprzedawców kwiatów do przesady umilające życie. Choć zmęczony podróżą, John Quincy z każdym oddechem nabierał świeżej energii. Budziły się w nim nowe ambicje. Problemy z obligacjami? Dziś wydawały się śmiesznie łatwe do pokonania.

Roger Winterslip nie należał do tych, których zwabiło życie na przedmieściach półwyspu. Urządził sobie kawalerską samotnię na Nob Hill w starym, zniszczonym na pierwszy rzut oka domu, ale w środku, na co zwrócił uwagę John Quincy, znajdowały się wszystkie wygody. Przygarbiony stary Chińczyk pokazał mu pokój z łazienką i prawdziwą wanną, na której widok aż mu serce podskoczyło.

O pierwszej po południu udał się do biura, w którym Roger — inżynier i budowniczy — prowadził z widocznym sukcesem firmę. Krewny — niski, rumiany mężczyzna po pięćdziesiątce — przywitał go serdecznie.

— Witaj, synu! Co słychać w Bostonie?

— Wszyscy mają się dobrze — odpowiedział John Quincy. — Dziękuję za niezwykle miłe przyjęcie.

— Nie ma sprawy. — Roger machnął ręką. — Cieszę się, że przyjechałeś. A teraz chodźmy coś przekąsić.

Zabrał Johna Quincy’ego na lunch do znanej restauracji klubowej. Przy grillu kręciło się kilku znanych pisarzy. Na Johnie Quincym nie zrobiło to wrażenia, bo Longfellowa, Whittiera i Lowella39 wśród nich nie dostrzegł. Niemniej jednak było to przyjemne miejsce, obsługa doskonała, a jedzenie wyśmienite, co rzadko spotykane na wybrzeżu znanym z połowów pospolitego dorsza.

— I co — zapytał ostrożnie Roger — myślisz o San Francisco?

— Podoba mi się — odpowiedział John Quincy.

— No, nie!? Naprawdę tak myślisz? — Roger się rozpromienił. — Cóż, to takie miejsce, które powinno spodobać się mieszkańcowi Nowej Anglii. Ma historię, krótką, ale, mój chłopcze, uwierz, tak intensywną, że mieści się w niej cała godzina chwały. To miasto jest wyrafinowane, świadome, subtelne. Porównaj je z, na przykład, Los Angeles… — Poruszył ulubiony temat; wsiadł na swojego konika i nie zamierzał szybko z niego zsiąść. — Poeci — powiedział po chwili — zawsze porównują miasta do kobiet. San Francisco to dama, o której nie mówi się zbyt wiele w towarzystwie. Nie, żeby była nieprzyzwoita, nie to mam na myśli, ale jej pończochy są odrobinę cieńsze, a śmiech nieco zbyt głośny, co może prowadzić do nieporozumień. Poza tym wspomnienie o niej jest zbyt cenne, aby nie zachować go w sekrecie. Cope! Cope, mój przyjacielu! Witaj! — krzyknął Roger, nagle przerywając wywód. Wysoki, szczupły, przystojny Anglik przy bufecie z grillem zamierzał opuścić lokal. Roger pognał za nim i przyciągnął do stolika. Usiedli. — Od razu cię poznałem — mówił rozgorączkowany Roger — choć minęło z czterdzieści lat, odkąd widzieliśmy się ostatni raz!

Cope uśmiechnął się kpiąco.

— Mój drogi staruszku, trochę przestrzeliłeś.

— Przecież żartuję! Któż by dokładnie liczył lata? Poznajcie się, to mój młody kuzyn, John Quincy Winterslip z Bostonu. Hmm, a jak do ciebie teraz mam się zwracać?

— Kapitanie. Admiralicja Brytyjska, do usług.

— Gratuluję! Kapitanie Arthurze Temple Cope, oto John Quincy — Roger zwrócił się do Anglika. — Byłeś, jak pamiętam, podchorążym, kiedy spotkaliśmy się w Honolulu. Rozmawiałem z Danem o tobie niecały rok temu.

Wyraz głębokiej niechęci przemknął przez twarz kapitana.

— Ach, tak, Dan. Żyje i ma się świetnie, jak przypuszczam?

— Naturalnie — odpowiedział Roger.

— Czyż to nie jest godne potępienia — zauważył Cope — gdy złym ludziom dobrze się wiedzie?

Zapadła niezręczna cisza. John Quincy znał szczerość Anglików, mimo to niemile dotknął go otwarty przejaw wrogości wobec członka rodziny. W końcu Dan również był z Winterslipów.

— Może papierosa? — Roger próbował ratować sytuację.

— Dziękuję, może zapal jednego z moich — powiedział Cope, wyjmując srebrną papierośnicę. — Z tytoniem wirginijskim40, choć są robione przy Piccadilly41. Nie? A pan? — Podsunął papierośnicę Johnowi Quincy’emu, który również nieco sztywno odmówił. Kapitan nonszalancko się zaciągnął. — Przepraszam Rog... za to, co powiedziałem o twoim kuzynie… — zaczął. — Ale sam rozumiesz…

— Nie mówmy już o tym. Powiedz lepiej, skąd tu się wziąłeś?

— Przystanek w drodze na Hawaje — wyjaśnił kapitan. — Wypływam dziś o trzeciej pod australijską banderą. Mała robótka dla admiralicji. Z Honolulu płyniemy na Wyspy Fanninga42 — atol należy do nas — dodał miłym, chociaż protekcjonalnym tonem.

— Nowa stacja bunkrowa43? — domyślił się Roger.

— Mój drogi kolego… Dokładny charakter mojej misji jest oczywiście tajemnicą.

Kapitan Cope spojrzał nagle na Johna Quincy’ego.

— À propos, znałem kiedyś zachwycającą dziewczynę z Bostonu. Bez wątpienia pana krewną.

— Dziewczynę? — powtórzył John Quincy, zdziwiony.

— Minervę Winterslip.

— Ma pan na myśli ciotkę Minervę?

Kapitan się uśmiechnął.

— W tamtych czasach nie była niczyją ciotką. Nie miała w sobie nic z ciotki! Ale to było Honolulu lat osiemdziesiątych. Dotarliśmy tam starą, drewnianą łajbą Reliance: zniszczony, pechowy statek wracał do domu z Samoa. Pana ciotka zawitała do portu. Wtedy w pałacu, u króla Hawajów, odbywały się bale… Ach! Te party przy basenach, ach, znów być młodym, znów to poczuć!

— Minerva jest teraz w Honolulu — przerwał mu Roger.

— Żartujesz? Naprawdę?

— Zatrzymała się u Dana.

— U Dana… — kapitan milczał przez chwilę. — A jej mąż?

— Minerva nigdy nie wyszła za mąż.

— Niesamowite — zdziwił się kapitan. Wydmuchnął krąg dymu w stronę sufitu ozdobionego kasetonami. — Tym większy wstyd dla mężczyzn z Bostonu. Nie jestem panem swojego czasu, ale chciałbym z nią się zobaczyć. — Kapitan wstał. — To szczęśliwy zbieg okoliczności, że się spotkaliśmy, stary druhu. Muszę już wracać na statek, rozumiesz oczywiście. Służba nie drużba.

Skłonił się jednemu, potem drugiemu i odszedł.

— Dobry z niego kumpel — powiedział Roger, odprowadzając go wzrokiem. — Szczery do bólu, no i Brytyjczyk, ale to wspaniały facet.

— Nie nazwałbym go wspaniałym — przyznał John Quincy — nie podobało mi się to, co mówił o kuzynie Danie.

Roger się roześmiał. — Lepiej do tego się przyzwyczaić — poradził. — Dan nie jest szczególnie lubiany. Odniósł sukces, a po drodze nadepnął kilku osobom na odcisk. A tak przy okazji, chce, żebyś załatwił dla niego pewną sprawę, tutaj w San Francisco.

— Ja?! — krzyknął John Quincy. — Mam coś zrobić dla Dana?

— Tak. Powinieneś czuć się zaszczycony. Dan nie ufa każdemu. To coś musi jednak poczekać do zmroku.

— Do zmroku? — powtórzył zdziwiony młody Bostończyk.

— Dokładnie. A tymczasem pokażę ci miasto.

— Ale... jesteś zajęty. Nie chciałbym odrywać cię od pracy.

Roger położył rękę na ramieniu Johna Quincy’ego.

— Mój chłopcze, żaden mieszkaniec Zachodu nigdy nie jest zbyt zajęty, aby nie pokazać człowiekowi ze Wschodu swojego miasta. Czekałem na tę okazję od tygodni. A skoro nalegasz na wypłynięcie jutro o dziesiątej, musimy jak najlepiej wykorzystać ten czas.

Roger okazał się mistrzem w maksymalnym wykorzystaniu czasu w San Francisco. Po ekscytującym popołudniu spędzonym na zwiedzaniu samochodem miasta i okolicy, przywiózł Johna Quincy’ego do domu o szóstej, namawiając go, aby szybko się przebrał do kolacji, po której najwyraźniej wiele oczekiwał.

Kufry Johna Quincy’ego czekały na niego w pokoju. Włożył smoking i z ożywieniem marzył o skosztowaniu nocnego życia San Francisco w towarzystwie Rogera. Gdy zszedł do salonu, stryj ubrany w wieczorową marynarkę, która dodawała mu dostojności, czekał już na niego i z beztroską ruszyli zaraz w zapadający zmrok.

— Niepozorna knajpka, ale jedzenie palce lizać. — Roger wyjaśnił, gdy siadali przy stoliku w restauracji, która na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym. — Potem obejrzymy musical w Columbii44.

Restauracja w pełni spełniła oczekiwania Rogera. John Quincy poczuł, że ogarnia go ciepła, serdeczna sympatia dla całego świata, zwłaszcza dla tego miasta u bramy Zachodu. Nie uważał się tutaj za obcego, w żadnym wypadku. Wróciło do niego uczucie, którego po raz pierwszy doświadczył w porcie. Był tu już wcześniej, stąpał po starym, znajomym gruncie. W odległych, zapomnianych, szczęśliwych czasach znał życie na ulicach tego miasta. Dziwne, ale prawdziwe. Powiedział o tym Rogerowi.

— Prawdziwy z ciebie Winterslip! — powiedział z uśmiechem. — A mówili mi, że nic nie wygoni z ciebie etosu purytanina. Mój ojciec znał to uczucie, o którym mówisz, i czuł je za każdym razem, kiedy wjeżdżał do nowego miasta. Może jednak to prawda z tą reinkarnacją.

— Bzdura — powiedział John Quincy.

— Zapewne. Po prostu obudziła się w tobie krew żądnych przygód Winterslipów. — Roger pochylił się nad stołem. — A może chciałbyś zamieszkać w San Francisco na stałe?

— Jak to? — zapytał zaskoczony John Quincy.

— Starzeję się i jestem całkiem sam. Chciałbym, żebyś zajął się w mojej firmie finansami. Twoja pomoc byłaby nieoceniona. To ci się opłaci.

— Nie, nie, dziękuję — powiedział stanowczo John Quincy. — Moje miejsce jest w Bostonie. Poza tym nigdy nie udałoby mi się namówić Agathy, żeby tu przyjechała.

— Jakiej znowu Agathy?

— Agathy Parker. To dziewczyna, z którą jestem, no powiedzmy, zaręczony. Od kilku lat jesteśmy w pewnym sensie po słowie. Nie — dodał — chyba lepiej, żebym został tam, gdzie moje miejsce.

Roger Winterslip wyglądał na rozczarowanego.

— Prawdopodobnie tak — przyznał. — Sądzę, że panna taka jak ona nie ruszyłaby za tobą w tę stronę świata. A przecież kobieta, która naprawdę jest coś warta, pójdzie za swoim mężczyzną wszędzie. No nic, to już nie ma znaczenia. — Przez chwilę uważnie przyglądał się Johnowi Quincy’emu. — Tak czy inaczej, pomyliłem się co do ciebie.

John Quincy poczuł się dotknięty. — Co masz na myśli?

— Dawniej — powiedział Roger — Winterslipowie byli z tej samej gliny, z której lepi się pionierów. Nie trzymali się kurczowo maminej spódnicy. Wstawali pewnego pięknego poranka i nonszalancko odjeżdżali za horyzont. Żyli pełnią życia. Ale ty jesteś z innego pokolenia. Nie zrozumiesz tego.

— Dlaczego? — zapytał John Quincy.

— Wpadłeś w rutynę i świetnie w niej się zadomowiłeś. Nigdy nie zaznałeś dreszczyku emocji! A może jednak? Czy kiedykolwiek zapomniałeś pójść spać z zupełnie głupiego powodu, na przykład dlatego, że byłeś młody, a księżyc świecił jak szalony na plaży obmywanej przez Morza Południowe? Czy kiedykolwiek skłamałeś jak dżentelmen, aby ratować cześć kobiety, która wcale nie była tego warta? A może kochałeś się w tej, która nie była warta zachodu?

— Oczywiście, że nie — odpowiedział sztywno John Quincy.

— Czy kiedykolwiek uciekałeś krętymi uliczkami w niebezpiecznej dzielnicy obcego miasta, aby ratować życie? Czy kiedykolwiek walczyłeś z bosmanem, tym staroświeckim typem, co pięści miał jak bochny chleba? Czy kiedykolwiek ruszyłeś w pogoń za człowiekiem i kiedy złapałeś ofiarę w rogu podejrzanej uliczki, rzuciłeś się na nią bez żadnej broni, tylko z gołymi rękami? Czy kiedykolwiek…

— Zachowanie osoby, którą opisujesz — wtrącił John Quincy — nie jest godne pochwały.

— Prawdopodobnie nie — zgodził się Roger. — A jednak to są wydarzenia z mojej przeszłości, mój chłopcze. — Spojrzał na Johna Quincy’ego ze smutkiem. — Tak, pomyliłem się co do ciebie. Dla ciebie liczy się tylko purytański etos.

John Quincy nie raczył odpowiedzieć.

W oczach starszego mężczyzny pojawiło się dziwne światełko. Czyżby Roger skrycie z niego kpił? Wyglądało na to, że tak, a młodemu mężczyźnie to się nie spodobało.

Ale zapomniał o urazie, bo rewia, na którą poszli, okazała się dowcipna i inteligentna, wyszli więc z teatru o jedenastej znowu jako najlepsi przyjaciele. Kiedy podeszli do samochodu Rogera, starszy mężczyzna podał szoferowi adres na Russian Hill.

— Jedziemy do domu Dana w San Francisco — wyjaśnił, wsiadając za Johnem Quincym. — Przyjeżdża tu na raptem dwa miesiące w roku, ale go nie sprzedaje. Ma więcej pieniędzy ode mnie.

— Dan ma dom w San Francisco? — zapytał John Quincy. — Czyżby łączyło się to ze zleceniem, o którym wspominałeś?

Roger skinął głową. — Tak. — Włączył światło w dachu limuzyny i wyjął kopertę z kieszeni. — Przeczytaj ten list. Dostarczył mi go dwa dni temu drugi oficer z Presidenta Tylera.

John Quincy wyjął z koperty kartkę, na której widniały śpiesznie nabazgrane słowa:

Drogi Rogerze — przeczytał. — Możecie mi oddać wielką przysługę, ty i ten dyskretny chłopak z Bostonu, który ma u ciebie się zatrzymać. Przede wszystkim przekaż Johnowi Quincy’emu moje pozdrowienia i powiedz, że mój dom stoi przed nim otworem cały jego pobyt na Hawajach. Będę zachwycony, mogąc go gościć. Wracając do meritum. Masz klucze do mojego domu na Russian Hill. Podjedź tam, najlepiej nocą, wtedy dozorca raczej już nie kręci się w pobliżu. Prąd jest odcięty, ale w kredensie znajdziesz świece. W składziku na najwyższym piętrze stoi stary brązowy kufer, prawdopodobnie zamknięty, w razie potrzeby rozwal zamek. W dolnej części znajdziesz zniszczoną, ciężką skrzynkę z drewna ohia45, okutą miedzią, z inicjałami T. M. B. na wieku. Zawiń ją starannie i zabierz. Jest dość duża, ale dasz radę. Niech John Quincy ukryje ją w swoim bagażu, a którejś ciemnej nocy, gdy statek będzie już w połowie drogi, chcę, aby po cichu wyrzucił ją za burtę. Niech się upewni, że nikt go nie widzi. To wszystko. Kiedy zabierzesz skrzynię, przyślij mi zaszyfrowaną depeszę i powiedz Johnowi Quincy’emu, żeby wysłał mi radiogram, kiedy w końcu skrzynię pochłonie Pacyfik. Wtedy będę spał lepiej.

Ani słowa, Roger. Ani słowa nikomu. Wyjaśnię ci wkrótce wszystko. Czasami martwa przeszłość potrzebuje pomocy w pochowaniu swoich zmarłych.

Twój kuzyn

Dan

John Quincy z poważnym wyrazem twarzy oddał list Rogerowi. Starszy mężczyzna z namysłem podarł go na strzępy i wyrzucił przez okno samochodu.

— I co teraz? Co teraz…? — John Quincy nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

— Prosta sprawa — uśmiechnął się Roger. — Skoro w ten sposób możemy pomóc biednemu Danowi zaznać spokojniejszego snu, to musimy to zrobić, nieprawdaż?

— Chy… chyba tak — niepewnie zgodził się John Quincy.

Samochód wspiął się na Russian Hill i pędził opustoszałą aleją, wzdłuż której stały imponujące rezydencje. Roger pochylił się do przodu i zwrócił się do szofera: — Dojedź do rogu. Ten kawałek cofniemy się pieszo — wyjaśnił Johnowi Quincy’emu. — Lepiej nie zostawiać samochodu przed domem. Mogłoby to wzbudzić podejrzenia.

Młody człowiek zgodził się bez słowa. Wysiedli na rogu i powoli zawrócili aleją. Przed dużym kamiennym domem Roger stanął. Rozejrzał się uważnie na wszystkie strony, następnie zaskakująco żwawo wbiegł po schodach.

— Chodź — zawołał cicho Johna Quincy’ego.

Roger otworzył drzwi i weszli do ciemnego przedsionka. Za westybulem w jeszcze głębszej ciemności ciągnął się ogromny hall. W głębi rysowały się niewyraźne kształty szerokich, reprezentacyjnych schodów. Tu i ówdzie stały meble, okryte bielą prześcieradeł. Stały jak duchy, uwięzione, ale czekające cierpliwie. Roger sięgnął po zapałki.

— Miałem wziąć latarkę — powiedział — ale zupełnie zapomniałem. Poczekaj tutaj, poszukam tych świec w kredensie. — I poszedł w ciemność.

John Quincy ostrożnie zrobił kilka kroków. Miał zamiar usiąść na krześle, ale byłoby to jak siedzenie na kolanach ducha. Zmienił więc zdanie, stanął na środku westybulu i czekał. Cisza, śmiertelna cisza. Ciemność połknęła Rogera bezszelestnie. Wydawało się, że upłynęła wieczność, nim starszy z mężczyzn zjawił się z zapalonymi świecami.

— Po jednej dla każdego — wyjaśnił.

John Quincy uniósł swoją wysoko. Chwiejny żółty płomień niewiele rozświetlał, podkreślał jeszcze bardziej głębokie cienie. Weszli po wielkich schodach, następnie węższymi na kolejne piętro. Zatrzymali się u podnóża kolejnych schodów, w dusznym przejściu na trzecie piętro.

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził Roger. — To schody na strych. Na Boga, robię się za stary na takie eskapady. Miałem przynieść łom, żeby dobrać się do zamka. Zapomniałem! Ale wiem, gdzie są narzędzia! Daj mi minutę. Ty idź na górę i znajdź skrzynię.

— Dam radę — odpowiedział niepewnie John Quincy.

Roger znów go zostawił. John Quincy zawahał się. Opuszczony dom, wybija właśnie północ — to mogłoby przerazić najdzielniejsze serce. Bzdura! Był dorosłym mężczyzną. Uśmiechnął się i ruszył w górę wąskich schodów. Dotarł na szczyt i się zatrzymał. Wysoko nad jego głową żółte światło świecy migotało na brązowych krokwiach niewykończonego strychu. Mrok, wszędzie mrok. Dziwne, jak deski podłogowe skrzypią, nawet gdy nikt po nich nie stąpa. Jedna skrzypiała teraz za nim.

Odwrócił się i zobaczył rękę, która wytrąciła mu świecę. Potoczyła się po podłodze i zgasła.

— Bezczelność! Poparzyłeś mi rękę! — krzyknął John Quincy. — Kim jesteś?

W słabym świetle przedostającym się przez niewielkie okno zarysował się wyraźny kontur mężczyzny. Instynkt podszepnął Johnowi, żeby się przygotować na atak, ale tam, skąd pochodził, miał chwilę lub dwie na zebranie myśli. Tu mu ich teraz zabrakło. Pięść wystrzeliła i trafiła go w twarz, a John Quincy Winterslip z Bostonu wpadł w stertę śmieci na strychu w rezydencji w San Francisco. Przez ułamek sekundy usłyszał w głowie trzask zderzających się gwiazd, potem łomot ciężkich stóp na schodach. Potrzebował chwili, aby się otrząsnąć. Wstał i wściekle zaczął otrzepywać smoking — dumę swojego krawca.

— Ktoś zbiegł tylnymi schodami do kuchni! Kto to był? — zapytał bez tchu Roger, wbiegając na strych.

— Skąd mam wiedzieć? Wybacz, nie przedstawił się — warknął John Quincy zirytowany. Policzek go piekł; przyłożył do niego chusteczkę, a gdy ją odsunął, zobaczył w świetle świecy, że jest zakrwawiona.

— Nosił sygnet! Cholernie zły gust!

— Mocno cię walnął, co? — zapytał Roger.

— Mało powiedziane.

— Spójrz! — krzyknął Roger i wskazał palcem na roztrzaskany zamek kufra. Podszedł, aby mu się przyjrzeć. — A skrzynka zniknęła. Biedny, stary Dan!

John Quincy nadal się otrzepywał. Miał gdzieś niedolę biednego starego Dana! Pulsująca szczęka bardzo bolała i tylko to go teraz zajmowało. Biedny stary Dan miał czelność poprosić obcego człowieka, żeby o północy nadstawił za niego karku na zakurzonym strychu! O co w tym chodziło?

Roger kontynuował poszukiwania. — Nic z tego — oznajmił. — Skrzynkę skradziono, to jasne jak słońce. Chodź, pójdziemy na dół i się rozejrzymy. Zabierz z podłogi świeczkę.

John Quincy zapalił ją ponownie od płomienia świeczki Rogera. Po cichu zeszli po schodach. Kuchenne drzwi prowadzące na zewnątrz były otwarte.

— Tędy uciekł — stwierdził Roger. — I zobacz — wskazał na okno z rozbitą szybą — tamtędy wszedł.

— Powinniśmy chyba zawiadomić policję — zasugerował John Quincy.

Roger spojrzał na niego. — Policję? Nie sądzę! Gdzie się podziała twoja dyskrecja, mój chłopcze? To nie jest sprawa policji. Jutro wstawię nową szybę. Równie dobrze możemy iść do domu. Zawiedliśmy.

Ton nagany w jego głosie ponownie rozgniewał Johna Quincy’ego. Zostawili zgaszone świece na stole w holu i wyszli z domu.

— Będę musiał wysłać telegram do Dana — powiedział Roger, gdy szli w stronę samochodu. — Obawiam się, że będzie strasznie zdenerwowany. I nie zwiększy to zbytnio jego sympatii do ciebie.

— Poradzę sobie bez jego sympatii.

— Gdybyś tylko przytrzymał tego typa, aż ja…

— Słuchaj — powiedział John Quincy — zostałem wzięty z zaskoczenia. Skąd mogłem wiedzieć, że na tym strychu będę walczył z mistrzem wagi ciężkiej? Wyskoczył na mnie z ciemności, a ja nie jestem w formie.

— Nie chciałem cię urazić, chłopcze — wtrącił Roger.

— Widzę swój błąd — kontynuował zdenerwowany John Quincy. — Powinienem lepiej się przygotować do tej wyprawy i wcześniej ostro potrenować na sali gimnastycznej. Ale nie martw się. Następnym razem, gdy mnie napadnie jakiś drab, dostanie za swoje. Codziennie będę się gimnastykował i wezmę lekcje boksu. Od teraz, aż do powrotu do Bostonu, będę przygotowany na najgorsze.

Roger się roześmiał.

— Paskudnie poharatał ci ten policzek — zauważył. — Lepiej podjedźmy do apteki i każmy go opatrzyć.

Farmaceuta troskliwie zdezynfekował ranę i nałożył opatrunek, a John Quincy wsiadł z powrotem do limuzyny, dumnie obnosząc się ze skaleczeniem niczym z blizną z pola bitwy. Na Nob Hill wrócili w milczeniu.

Ledwie przekroczyli próg domu Rogera, a naprzeciw wybiegła młoda kobieta w wieczorowej sukni.

— Barbaro! — zawołał Roger. — Skąd tu się wzięłaś?

— Witaj, kochany staruszku. — Pocałowała go w policzek. — Przyjechałam samochodem z Burlingame46. Przez noc zostaję u ciebie, a rano wypływam Presidentem Tylerem. Czy to słynny John Quincy?

— Poznajcie się, to rzeczywiście twój kuzyn — uśmiechnął się Roger. — On też zasługuje na pocałunek. Ma za sobą fatalny wieczór.

Dziewczyna szybko ruszyła w stronę zaskoczonego Johna Quincy’ego. Znów był nieprzygotowany na cios i tym razem to jego drugi policzek ucierpiał, choć nie było to nieprzyjemne.

— Całus w ramach powitania — roześmiała się Barbara, szczuplutka blondynka.

John Quincy pomyślał, że nigdy nie widział tyle energii uwięzionej w tak drobnym ciele.

— Słyszałam, że płyniesz na Wyspy?

— Tak, jutro — odpowiedział John Quincy. — Tak jak ty, Presidentem Tylerem.

— Bajecznie! — Aż klasnęła w dłonie. — Kiedy przyjechałeś?

— John Quincy przyjechał dziś rano — odpowiedział za niego Roger.

— I już ma za sobą fatalny wieczór? — zdziwiła się dziewczyna. — Masz szczęście, że się pojawiłam. Dokąd nas zapraszasz, Rogerze?

John Quincy wpatrywał się w nią ze zdumieniem. Zapraszasz? Nas? O tej porze?

— Ja może udam się na górę… — spróbował się wymigać.

— Dlaczegóż to? Dopiero minęła północ — powiedziała Barbara. — Mnóstwo lokali otwartych. Tańczysz, prawda? Pokażę ci nocne życie San Francisco. Pozwolimy kochanemu poczciwemu Rogerowi się zaprosić!

— Ja, ja — jąkał się John Quincy. Policzek mu pulsował i z tęsknotą myślał o łóżku w pokoju na górze. Ach, cóż to za miejsce, to Zachodnie Wybrzeże!

— Chodź i nie marudź!

Dziewczyna zaczęła nucić wesołą piosenkę. Co za temperament! Co za pełna życia rozkoszna łobuzica! John Quincy włożył kapelusz.

Szofer Rogera ociągał się z odjazdem, bo zatrzymał się na chwilę przed domem, żeby skontrolować silnik. Kiedy spostrzegł trójkę schodzącą ze schodów, na jego twarzy malowało się zniechęcenie. Ale ucieczka była niemożliwa. Zajął miejsce za kierownicą.

— Dokąd, Barbaro? — zapytał Roger. — Do Tait’s47?

— Nie, nie do Tait’s — odpowiedziała. — Właśnie stamtąd wróciłam.

— Jak to?! Myślałem, że przyjechałaś z Burlingame?

— Tak, ale jestem już od siedemnastej. Potem powłóczyłam się trochę po mieście. Co powiecie na to, aby nasz Bostończyk spróbował chop suey48?

Dobry Boże, pomyślał John Quincy. Czy było na świecie coś, czego mniej pragnął? Nieważne. Barbara i tak postawiła na swoim i zabrała go do Chinatown.

Chińczycy nie obchodzili go ani trochę. Podobnie Meksykanie, choć to właśnie ich restauracjami dziewczyna zainteresowała się w następnej kolejności. W tej chwili nie czuł też sympatii do Włoch. A nawet do Francji. Mimo to dzielnie kontynuował kulinarną podróż po świecie, wystawiając żołądek na ciężką próbę osobliwymi potrawami i przemierzając tysiące tanecznych mil ze smukłą Barbarą w ramionach. Po zjedzeniu jajecznicy w Pete’s Fashion49 dziewczyna uznała, że czas wracać do domu. Gdy John Quincy na ostatnich nogach wszedł do willi Rogera, wielki zegar w holu wybijał trzecią. Młoda kobieta była wciąż pobudzona i promienna. John Quincy ukrył ziewnięcie.

— Za wcześnie wróciliśmy! — krzyknęła. — Ale odbijemy to sobie i urządzimy kilka wieczorków tanecznych na statku. A tak przy okazji, chciałam zapytać, co ci się stało w policzek?

— Byliśmy z… — John Quincy zobaczył, że Roger, stojący za Barbarą, gwałtownie potrząsa głową, dając mu znak, aby milczał. — Och, to — zreflektował się John Quincy, muskając ranę. — Takie tam, milutkie przywitanie z Dzikim Zachodem. Dobranoc. Bawiłem się wyśmienicie.

W końcu poszedł na górę. Chwilę stał w oknie sypialni, patrząc w dół na światła ulic tego niesamowitego miasta. Był trochę oszołomiony. Miękka, ciepła obecność Barbary tuż obok niego w samochodzie — miła, bardzo miła. Co za rozkoszne dziewczęta są tutaj! Takie inne! W dali migotały światła portu. Przypomniała mu się dziewczyna ze statku, ta o cudownych oczach. Tylko dlatego, że z niego się śmiała, jego cenne pudło z cylindrami teraz pływało po wzburzonych falach zatoki. Ziewnął ponownie. Musi bardziej uważać. Nie można tak łatwo tracić głowy. Nie wiadomo, dokąd to go zaprowadzi i jak dla niego się skończy.