Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania - Krzysztof Mańka, Łukasz Ziaja - ebook

Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania ebook

Krzysztof Mańka, Łukasz Ziaja

5,0

Opis

Detektyw Krzysztof Rutkowski. Część I - Porwania

Dramatyczne losy osób uprowadzonych przez mafię.
Opis działań nietypowych, zdesperowanych porywaczy.
Kulisy najgłośniejszych porwań dla okupu.

Kto zlecił słowackim gangsterom uprowadzenie znanego krakowskiego biznesmena?
Jakie tajemnice kryje porwanie Krzysztofa O.?
Jak działa ekipa słynnego detektywa?

Krzysztof Rutkowski w porywającej rozmowie ujawnia sprawy, o których nikomu do tej pory nie mówił.
Praktyczne porady, m.in. jak zapobiegać porwaniu i co robić, jeżeli jednak porwą ciebie albo kogoś z twojej rodziny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0

Popularność




Okładka

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Agnieszka Pawlik-Regulska

Konsultacja merytoryczna

Patrycja Dziadosz

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

TEKST Projekt

ISBN 978-83-947599-3-3

Copyright © Roman Mańka, Łukasz Ziaja, Krzysztof Rutkowski

Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

www.zonezero.pl

e-mail: [email protected]

Skład wersji elektronicznej

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Jaki rodzaj przestępstwa jest najgorszy? Być może ci, którzy doświadczyli aktu kryminalnego na własnej skórze, mają gotową odpowiedź. Ocena napotyka jednak na innego rodzaju wyzwanie, jeśli zapytamy kogoś, komu w dotychczasowym życiu udało się uniknąć napaści, gwałtu, kradzieży czy porwania, nadto nie doświadczyli tychże członkowie ich rodzin. Element subiektywnej oceny jest w tym przypadku mniej istotny, a na plan pierwszy wysuwają się empatia i obiektywizm.

Sprawdźmy zatem:

1. kradzież – jej skutkiem jest strata materialna, w niektórych przypadkach, jeśli towarzyszyła jej napaść, może pozostawić traumę, następstwa dla bliskich są uzależnione od rozmiaru przestępstwa,

2. gwałt – trauma, poczucie poniżenia, być może utrata zdrowia, niechciana ciąża, znaczne obciążenia dla bliskich, ale wciąż większość strat emocjonalnych do nadrobienia.

3. zabójstwo – strata nie do nadrobienia dla rodziny i przyjaciół, trauma, poczucie największej krzywdy i niesprawiedliwości.

Zadałem sobie pytanie, gdzie w tym wszystkim umiejscowić porwanie? Załóżmy najpierw, że jego skutkiem może być szczęśliwy finał bez żadnych strat, straty częściowe tj. ograniczone do konieczności zapłacenia okupu albo odwrotnie znaczne uszczuplenie majątku, śmierć a po drodze gwałt, pobicie. Bez względu jednak na różnice w przebiegu porwania, a także tego do czego porwanie doprowadziło w sferze materialnej, ten rodzaj przestępstwa niesie za sobą jeszcze coś gorszego: poczucie niepewności i długotrwałego lęku. Te emocje towarzyszące zarówno ofierze jak i jej bliskim są rozciągnięte w czasie, przez to bardziej dotkliwe. Często nie wiadomo, co dzieje się z porwaną czy porwanym długie tygodnie, niekiedy całe lata, a przecież zgodnie z dziennikarskim powiedzeniem: „najgorsza informacja, to brak informacji”. Znakomicie wiedzą o tym publicyści Roman Mańka i Łukasz Ziaja, którym zawdzięczamy książkę Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania, autorzy mający wieloletnie doświadczenie w opisywaniu zdarzeń o charakterze kryminalnym i nie tylko.

Jednak do jądra tego, czym jest de facto porwanie, z czym ono się wiąże dotarł ten, bez którego publikacja nie miałaby szansy powstać – Krzysztof Rutkowski. Choć wskutek przepisów polskiego prawa, a w zasadzie wyroku sądu, który uniemożliwia dziś nazwanie go detektywem, nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że w minionym ćwierćwieczu to właśnie Krzysztof Rutkowski był i jest symbolem tego zawodu. Zazdrośnicy zapewne kręcą teraz głową z dezaprobatą, ale nie zmieni to faktu, że właśnie on był medialną twarzą większości spraw, które elektryzowały i elektryzują opinię publiczną, począwszy od sprawy Olewnika po kazus Madzi. To właśnie do Krzysztofa Rutkowskiego w pierwszej kolejności dzwonili dziennikarze z prośbą o komentarz, gdy na światło dzienne wychodziły okoliczności kolejnych porwań. Chcąc nie chcąc, pracując nad sprawą jako prywatny detektyw czy tylko ją komentujący Rutkowski zawsze był i wciąż jest w centrum wydarzeń. Tym razem postanowił opowiedzieć z pewnego dystansu o historiach, przy których był blisko, gdy pierwsze emocje opadły. Gdy jednak odrzucamy tę adrenalinę wynikającą z tego, co dzieje się tu i teraz, można zobaczyć więcej.

A teraz wróćmy do meritum: gdzie w kategoriach przestępstw umiejscowić to nieszczęsne porwanie? Nie odpowiem sam na to pytanie, ale opowiem pewną historię:

Młode małżeństwo po pierwszych „chudych” latach pożycia wreszcie zaczęło godnie żyć. Ich kawiarnia przynosiła dochody, dzieci uczyły się dobrze. Udało się nawet ukończyć budowę wymarzonego domu. Mieli zwyczajnie tę odrobinę szczęścia. Pewnego dnia jeden z chłopców nie wrócił do domu. Policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu dzień później. Czekali niecierpliwie na telefon w sprawie okupu. Długo nic. Dostali wiadomość dopiero po tygodniu od zaginięcia. W tym czasie oboje rodzice przechodzili katusze. Młodszy brat powoli zaczynał rozumieć, co się stało. Koszmar miał się jednak skończyć po dostarczeniu paczki z pieniędzmi. Trwa do dziś. Niepewność z czasem przeistoczyła się w pesymistyczne przeświadczenie pomieszane ze skrawkami nadziei, która przecież umiera ostatnia. Po utraconej rodzinie, kawiarni i marzeniach.

Które przestępstwo jest zatem najgorsze?

Jerzy Mosoń

Reżyser filmowy, scenarzysta, publicysta magazynu „Radca prawny”, w przeszłości komentator dziennika „Rzeczpospolita” oraz redaktor naczelny magazynu „Gentleman”.

Rachunek z przeszłości

Na przełomie XX i XXI wieku można było zaobserwować w Polsce falę porwań okupowych. Jaka jest geneza wzrostu w tym okresie tego typu działalności przestępczej?

Uprowadzenia dla okupu są w naszym kraju następstwem bardzo popularnych na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku porwań samochodów spod bram i stacji benzynowych – z kluczykami w środku. Kiedyś towarzystwa ubezpieczeniowe nie wypłacały żadnego odszkodowania, jeżeli samochód został skradziony z dokumentami i kluczykami znajdującymi się wewnątrz pojazdu. Jedynym wyjściem dla okradzionego właściciela był więc wykup samochodu. W tamtym czasie polskie organy ścigania były odcięte od wszystkich zagranicznych informacji, ze względu na podziały geopolityczne ówczesna milicja nie współpracowała z organami ścigania innych państw, więc szansa, że skradziony samochód zostanie odnaleziony przez stróżów prawa była bliska zeru. Gangsterzy nabierali doświadczenia i umiejętności, podczas gdy śledczy byli bezradni. Po upadku PRL-u liczące się w naszym kraju grupy przestępcze musiały się przeorganizować i zmodyfikować strukturę wpływów. Politycy, policjanci i urzędnicy dotychczas z nimi związani zaczęli tracić swoje pozycje, byli odsuwani od podejmowania decyzji, a przez to bezużyteczni dla grup przestępczych, które chcąc zachować silną pozycję oraz względną przychylność wymiaru sprawiedliwości, musiały pozyskać nowych politycznych sojuszników. To wymagało czasu. W tym okresie mniejsze grupy przestępcze, wcześniej powiązane z potężnymi gangami, próbując się usamodzielnić, zajmowały się różnego rodzaju działalnością przestępczą, m.in. porywaniem ludzi dla okupu.

Wspomniał Pan o mniejszych grupach przestępczych, a kiedy urosła w siłę mafia?

Złotym okresem dla grup przestępczych był stan wojenny, bo wtedy milicja koncentrowała się na walce politycznej, a nie na działalności przestępczości zorganizowanej. W taki sposób urósł w siłę stary „Pruszków” – najsilniejsza wówczas grupa przestępcza kierowana przez znanego i szanowanego we wszystkich strukturach przestępczych Barabasza. W tamtym czasie najczęściej popełnianymi przestępstwami były kradzieże samochodów pochodzących z terenów zachodniej Europy i przerzucanie ich na tereny byłego bloku wschodniego. W pewnym momencie ten biznes przestał się opłacać, ale gangsterzy nie mieli ochoty kończyć swojej przestępczej działalności. Nauczyli się, w jaki sposób można coś porwać, wziąć za to pieniądze, a potem oddać właścicielowi albo jak można porwać samochód, wziąć za niego pieniądze, a zamiast go zwrócić – sprzedać na fanty. Mieli wiedzę, doświadczenie i kontakty. Wpadli więc na pomysł, że zamiast samochodów będą porywać ludzi. Tylko że z człowiekiem nie za bardzo jest co zrobić, są jedynie dwa wyjścia: można go albo oddać, albo zabić; polskie grupy przestępcze nie miały w tym czasie doświadczenia w sprzedaży ludzkich organów, więc pole ich działalności było ograniczone.

W latach 80. i na początku lat 90. ubiegłego wieku przestępcy byli powszechnie znani. W momencie kiedy milicja przechodziła transformację, miała bardzo poważne braki operacyjne: każdy skupiał się na walce politycznej i zmianie rządu, a nie na rozpracowywaniu grup przestępczych. To było to, co dało bardzo dużą przewagę światu przestępczemu. Co wtedy zrobił resort spraw wewnętrznych, aby aktywnie przeciwko niemu wystąpić? Po kogo sięgnął?

No właśnie, po kogo?

Po Andrzeja Fausta, byłego szefa SB, który stanął na czele grupy ds. walki z przestępczością zorganizowaną. Właśnie po tego faceta, tego z łatką złego esbeka. Sam z nim pracowałem. Zbudował świetny zespół ludzi. Na czele grupy ds. walki z przestępczością samochodową stanął Jurek Pusz, który znał się na tej robocie jak mało kto. Łączyła nas bliska współpraca, przekazywałem im wiele cennych informacji, których sami nie mieli i nie byliby w stanie zdobyć.

Dlaczego pozyskiwali te informacje właśnie od Pana?

Wiedzieli, że znam się na robocie. Miałem też jeszcze jedną przewagę – mieszkałem wtedy w Wiedniu. W czasach, kiedy polska policja raczkowała, ja blisko współpracowałem z policją austriacką, niemiecką, belgijską i holenderską. Wszyscy w tamtym okresie ramię w ramię walczyliśmy z grupami przestępczymi. Ale tego już nikt nie pamięta. Wszyscy pamiętają, że Ci ludzie byli wcześniej milicjantami czy esbekami. To nie byli bandyci, tylko przedstawiciele organów ścigania – jedynych, jakie mieliśmy w tym czasie. Ramię w ramię ja, moi ludzie oraz policja przeprowadzaliśmy prowokacje i zatrzymywaliśmy na gorącym uczynku gangsterów. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. Policjanci wielokrotnie dawali nam kamizelki kuloodporne, a kiedy było bardzo źle i cofnęli mi pozwolenie na broń – jeden z nich przyszedł do mnie do domu i powiedział:

– Krzysztof, masz mój rewolwer.

– Jurek, to nie idzie tak. A co, jeśli coś się stanie i będę musiał go użyć?

– Krzysztof, zrobimy tak: ja tej broni zapomniałem, zostawiłem u ciebie w domu, a jak będzie taka potrzeba, to po nią przyjdę. Jak coś się stanie, to wtedy będziemy się martwić.

Tak się wtedy zachowywali policjanci. Tak się zachował Andrzej Kozakiewicz, minister w kancelarii Lecha Wałęsy, kiedy chciał wyjąć z sejfu swojego glocka i mi dać.

W pewnym momencie kradzież samochodów przestała się opłacać, więc zaczęto porywać ludzi?

Złodzieje samochodów, którzy z powodzeniem żądali wykupu, pomyśleli: po co mamy kraść samochody i brać za nie pieniądze? Będziemy porywać ludzi. Nawet jeżeli porwany człowiek jest ubezpieczony, to rodzina da za niego każdą gotówkę. A wtedy było wielu nowobogackich, którzy się pokazywali; wielu takich, którzy mieli puste portfele, a jeździli najnowszej klasy mercedesami – na raty, takich, którzy mieszkali w najnowocześniejszych domach i pięknych willach – kupionych na kredyt. Byli nawet tacy, którzy niczego się nie bali – podjeżdżali pod bar Ptyś w Wołominie, w którym zbierała się cała szumowina bandycka, zostawiali samochody z otwartymi szybami i kluczykami w środku – żeby pokazać, że nikogo się nie boją, że nikt nie odważy się ukraść im bryki. Faktycznie, gangsterzy nie kradli takiemu klientowi samochodu, ale… za kilka miesięcy zamiast samochodu brali mu dzieciaka.

PORWANIA W OLSZTYNIE

W 2000 roku w Olsztynie porwano kilku biznesmenów, a także kilkunastu członków ich rodzin.

To był paskudny rok dla olsztyńskich przedsiębiorców. Prawdziwa plaga porwań. Zamożni, wpływowi biznesmeni, zdając sobie sprawę z braku profesjonalizmu lokalnych organów ścigania oraz ich dużej opieszałości, bojąc się, że kolejne ataki bandytów będą dotyczyły ich rodzin, postanowili powołać do życia Warmińsko-Mazurskie Stowarzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa, a po pewnym czasie zaproponować mi współpracę.

Dlaczego akurat Panu?

To zaproszenie pojawiło się chwilę po tym, jak pozytywnie zakończyła się prowadzona przeze mnie sprawa uprowadzenia 12-letniego Piotrka – syna olsztyńskiego biznesmena Jarosława Miklasa i jego żony Hanny.

Stowarzyszenie walczyło z grupami przestępczymi?

W żadnym wypadku. To skończyłoby się niepotrzebnym rozlewem krwi. Stowarzyszenie powstało po to, aby zainteresować społeczeństwo oraz media tematem fali porwań i zmusić organy ścigania do wytężonej, efektywnej pracy. Początkowe działania nie przynosiły efektów, policja była głucha na prośby członków tej organizacji o sumienne wywiązywanie się z ustawowych zadań. Proceder porwań miał się w najlepsze, a organy ścigania były bezradne.

Za porwaniami stała mafia?

Nie, to nie była mafia. To byli zwykli bandyci zrzeszeni w kilkunastoosobowych grupach przestępczych. Poza mokotowską grupą tzw. „obcinaczy palców” i grupą Litwina żadna licząca się organizacja nie czerpała dochodu z porwań, bo to po prostu nigdy nie był – wziąwszy pod uwagę interesy zorganizowanej przestępczości mafijnej – najbardziej opłacalny biznes, a ryzyko wpadki i wieloletniej odsiadki było ogromne. Zorganizowane grupy przestępcze były zainteresowane szybkim, wysokim zarobkiem przy małym ryzyku wpadki, dlatego zajmowały się przemytem spirytusu, papierosów i narkotyków, gdzie zyski finansowe były olbrzymie, a grożący wyrok niezbyt wysoki.

Skoro nie mafia, to kto w takim razie stał za olsztyńskimi porwaniami?

Mniejsze gangi. W tamtym czasie na terenie Olsztyna grasowała grupa piastowska, czyli tzw. gang „mutantów” – ten sam, który brał udział w strzelaninie w Magdalence. Kierownictwo tej grupy wpadło na pomysł, że porywanie ludzi to dobry biznes, więc zaczęli to robić – licząc na szybkie zarobienie sensownych pieniędzy oraz całkowite uniezależnienie się od grupy wołomińskiej, z którą byli związani.

HISTORIA PIOTRKA MIKLASA

Jedną z osób porwanych w Olsztynie był Piotrek Miklas, którego rodzice zwrócili się do Pana o pomoc.

Ojciec Piotrka, Jarosław, był wpływowym biznesmenem, miał chody na policji, był w dobrych stosunkach z prezydentem miasta. Miał kupę kasy, ale starał się żyć normalnie. Żona pomagała mu prowadzić biznes, a ich syn Piotrek chodził do normalnej szkoły. Pewnego dnia, gdy chłopak był w szkole, do ojca, który był w pracy, ktoś zadzwonił:

– Bańka papieru, k…, wszystko na ten temat, odezwiemy się.

Tego samego dnia Miklas zadzwonił do mnie, było około godz. 17.00. Pamiętam ten telefon, jakby to było wczoraj; byłem akurat w drodze do Czech, pod Cieszynem – rzut beretem od granicy.

– Panie Rutkowski, porwali mi syna. Chciałbym, aby pan go odnalazł… – powiedział zimnym, spokojnym i stanowczym głosem. Bez żadnych emocji.

Jak zawsze przy takiej rozmowie ustaliłem najistotniejsze fakty: ile lat ma chłopak, czy dzwonił porywacz, a jeżeli tak, to jakiego okupu żąda i czy poznał głos porywacza. Zawróciłem, but w podłogę i po niespełna pięciu godzinach byłem w Olszynie. Jechałem szybko, żeby jak najszybciej rozpocząć poszukiwania.

Jak Miklas dowiedział się o porwaniu? Z telefonu to nie wynikało.

Drogą dedukcji: Co jest warte milion? Samochód? Nie, samochód stał pod firmą, a nawet jeśli by go tam nie było, to w tamtym czasie nikogo nie było stać na taką drogą furę. Dom? Przecież nie da się go porwać, można co najwyżej spalić, ale przecież nikt nie dzwoniłby do Miklasa z żądaniem miliona za zaniechanie podpalania chałupy. Ojciec Piotrka mieszkał w Olsztynie, wiedział o wcześniejszych porwaniach, więc szybko połączył fakty. Zadzwonił do szkoły, ale syna w niej nie było – skończył lekcje i poszedł do domu. Pojechał więc do domu, ale nikogo w nim nie było. Z tego, co pamiętam, zadzwonił wtedy do żony, żeby o wszystkim jej powiedzieć, a potem do mnie – trzy-cztery godziny po telefonie od porywacza.

Chłopiec mógł gdzieś pójść z kolegami – na rower czy pograć w piłkę.

Mógł, ale w tym przypadku tak nie było. Zniknięcie 12-letniego chłopca i dziwny telefon do jego ojca oznaczały, że Piotrek został porwany.

Dlaczego porywacz od razu nie powiedział, o co chodzi?

Czasami coś, czego nie powiemy, jest mocniejsze od tego, co byśmy mieli powiedzieć; często zostawia się daną sprawę celowo niedopowiedzianą, aby wywierała jeszcze mocniejsze wrażenie. Takie są zasady społecznych interakcji: pewne rzeczy stają się zrozumiałe z uwagi na sytuacyjny kontekst albo wcześniejsze doświadczenia. Amerykański socjolog William Thomas, przedstawiciel niezwykle popularnej w XX wieku szkoły interakcjonizmu symbolicznego, stworzył pojęcie definicji sytuacji, która w pewnym sensie jest synonimem reguł zachowania się – często rozumiemy reguły gry, mimo iż nie zostały przez nikogo wprost werbalnie określone. Miklas znał wydarzenia mające miejsce w Olsztynie, słyszał o wcześniejszych porwaniach, więc zrozumiał słowa porywacza jednoznacznie, jednak z drugiej strony – zostały one wypowiedziane w taki sposób, że nie dawały podstaw do podjęcia oficjalnych kroków prawnych, w postaci np. zawiadomienia organów ścigania, bez sprawdzenia dodatkowych okoliczności.

Co chciał osiągnąć porywacz, artykułując swoje żądanie w ten sposób i nie wyjaśniając, o co chodzi?

Wzmocnić przekaz, zyskać na czasie, a także opóźnić moment zawiadomienia policji. Dał Miklasowi do zrozumienia, że wydarzyło się coś złego i powiedział, o jakie pieniądze toczy się gra, czyli przekazał najważniejsze ze swojego punktu widzenia informacje. Zanim Miklas potwierdził swoje przypuszczenia, minęło trochę czasu.

POINFORMOWANIE POLICJI

Powiadomił policję?

Mimo iż porywacz nie wypowiedział klasycznej dla takich sytuacji formułki: „żadnej policji…”, Jarek nie chciał złożyć oficjalnego zawiadomienia o porwaniu syna. Jak dla mnie było to trochę dziwne; oczywiście z jednej strony miał prawo obawiać się, że zawiadomienie organów ścigania rozjuszy porywacza, a działania policji – biorąc pod uwagę jakość ich pracy przy wcześniejszych olsztyńskich porwaniach – nie gwarantowały niczego dobrego. No ale z drugiej strony…

Dlaczego porywacz nie zabronił zawiadamiać policji?

Nie mam pojęcia. Może dlatego, że był tak pewny siebie, że nie czuł zagrożenia z ich strony, może po prostu wiedział o konflikcie olsztyńskiego środowiska biznesowego z lokalną policją i liczył na to, że Miklasowie i tak nie zawiadomią policji, a może po prostu o tym zapomniał? Nie wiem. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Tak czy tak powiedziałem Miklasom, że jeżeli nie zawiadomią policji – nie przyjmę zlecenia. To była krótka piłka. Policja, jakkolwiek nieefektywnie by pracowała, to jednak policja; a biorąc pod uwagę, że organy ścigania od dłuższego czasu rozpracowywały gang „mutantów”, który kontrolował ten teren, nie można było ich nie zawiadomić. W końcu Jarek, zmuszony przez Hanię, zgodził się zgłosić na policji zniknięcie syna, a ja zacząłem działać.

Dlaczego tak bardzo Panu zależało na powiadomieniu policji?

Każdy obywatel, wiedząc, że doszło do popełnienia przestępstwa – a porwanie jest przestępstwem – ma moralny obowiązek zawiadomić o tym fakcie organy ścigania, a w przypadku niektórych przestępstw wręcz prawny obowiązek. Jeżeli więc Miklasowie nie zawiadomiliby policji, ja bym to zrobił, a jeżeli nie potwierdziliby tej okoliczności, nie przyjąłbym zlecenia. Poza tym od zawsze wyznaję zasadę, że podejmując jakieś działania, które mogą skutkować ujęciem przestępcy, powiadamiam o tym lokalną policję, żeby wiedziała, że coś się dzieje na jej terenie. Zawsze staram się być uczciwy w stosunku do organów ścigania, a jeżeli jest tylko taka możliwość – chętnie z nimi współpracuję. Nigdy nie złamałem tej zasady, a policjanci wiedzą, że o ile prywatnie możemy się nie lubić, o tyle w sprawach zawodowych zawsze gramy do jednej bramki. Tak było wtedy, gdy prowadziłem sprawę porwanego Piotrka i tak jest teraz, gdy tropię i ujmuję pedofilów.

Miklasowie powiadomili policję. Co było dalej?

Sprowadziłem na miejsce swoich ludzi, którzy podjęli standardowe działania: sprawdzili, z jakiego numeru dzwonił porywacz, zamontowali kilka kamer w okolicach domu Miklasów, podłączyli urządzenia rejestrujące w telefonie Jarka i Hani, a ja poszedłem w miasto – do baru o nazwie Meluza, w którym można było spotkać „mutantów”.

W jakim celu?

To był teren kontrolowany przez grupę „mutantów”. Praktycznie nic nie działo się bez wiedzy bądź zgody kierownictwa tej bandy, więc to oni musieli stać za porwaniem Piotrka albo co najmniej wiedzieć, kto to zrobił. Wchodząc do knajpy, pokazałem im, że jestem na ich terenie. Miałem nadzieję, że po mojej wizycie w barze, zaczną się zastanawiać, co robię w Olsztynie, czy nie prowadzę na tym terenie żadnej sprawy. W ten sposób chciałem wywołać pewien popłoch w ich środowisku, zagrać na ich emocjach, wywołać zdenerwowanie i w ten sposób sprowokować do popełnienia błędu, dzięki któremu zlokalizuję miejsce przetrzymywania chłopaka. Posiedziałem trochę w knajpie, potem pokręciłem się jeszcze po mieście i wróciłem do domu Miklasów.

SKĄD DZWONIŁ PORYWACZ?

Udało się ustalić, skąd dzwonił porywacz?

Tak, bez trudu, ale to zbytnio nie pomogło w śledztwie – porywacz dzwonił z budki telefonicznej, oddalonej o kilka kilometrów od domu Miklasów. Pamiętam, że kiedy było już parę minut po północy zadzwoniłem do śledczego, który ze strony policji prowadził sprawę, a potem poszedłem do hotelu, żeby chociaż parę godzin się zdrzemnąć. W domu Miklasów zostawiłem dwójkę swoich ludzi.

Często się zdarza, że porywacze dzwonią w nocy?

Porywacz zyskuje, gdy dzwoni w nocy. Zdecydowana większość społeczeństwa w dzień pracuje, a w nocy śpi. Jeżeli zadzwonię do kogoś w nocy, kiedy ten ktoś śpi – to, mimo że odbierze telefon, będzie potrzebował kilku minut na pełne przebudzenie, szczególnie jeżeli znajdował się w głębokim śnie. Zapamięta informację, które mu przekazałem w ciągu tych kilku minut, ale nie zapamięta istotnych szczegółów, takich jak charakterystyczne dźwięki w tle czy ton mojego głosu, które z punktu widzenia skuteczności poszukiwań są niezwykle istotne. Oczywiście w przypadku porwania człowieka, jego najbliżsi nie śpią głębokim snem – jeżeli w ogóle śpią – jednak z powodu dużych emocji i zmęczenia, ich organizm reaguje podobnie jak w głębokim śnie, czyli powolnie i z opóźnieniem. W przypadku porwania Piotrka były małe szanse na to, aby porywacz zadzwonił w nocy, jednak nie można było tego wykluczyć, dlatego wysłałem dwójkę swoich ludzi w okolice budki telefonicznej, z której dzwoniono.

Skąd pewność, że nie zadzwoni w nocy?

Skoro porywacz za pierwszym razem dzwonił z budki telefonicznej, prawdopodobnie kolejny raz kontaktowałby się z rodzicami Piotrka w ten sam sposób. W nocy na ulicach jest prawie pusto. Założyłem, że porywacz wiedział o trwających poszukiwaniach chłopca i powiadomieniu policji, mógł więc podejrzewać, że budka jest obserwowana i zdawać sobie sprawę, że zbliżając się do niej pod osłoną nocy, wzbudzi zainteresowanie i prawdopodobnie zostanie zatrzymany.

Mógł przecież zadzwonić z innego miejsca.

Tak, brałem pod uwagę taką ewentualność, ale w Olsztynie i okolicznych miejscowościach było zbyt dużo budek telefonicznych, żeby wszystkie obstawić. Musieliśmy czekać na kolejny telefon od porywacza, aby określić krąg, po którym się porusza. Na szczęście nie trzeba było zbyt długo czekać. Następnego dnia rano porywacz zadzwonił zapytać, czy Jarek zebrał pieniądze. W jego telefonie wyświetlił się numer kabiny telefonicznej oddalonej o kilka kilometrów od miejsca pierwszego kontaktu. Skoro porywacz ponownie wybrał taką formę łączności z rodzicami chłopca, a dokładnie z ojcem Piotrka, wiedzieliśmy, że kolejny raz skontaktuje się w ten sam sposób. W rejonie, po którym poruszał się porywacz, było siedem budek telefonicznych, moi ludzie byli w okolicach pięciu z nich – wystarczająco blisko, aby w razie kontaktu ująć dzwoniącego, a zarazem nie aż tak blisko, żeby zostać zauważonymi. Pozostałe dwie kabiny wykluczyliśmy, ponieważ to z nich zostały wykonane dotychczasowe telefony. Skoro porywacz nie zadzwonił za drugim razem z tego samego miejsca co poprzednio, nie zrobiłby tego również za trzecim razem.

Nie założyliście podsłuchu w firmie Miklasa?

Nie było takiej potrzeby. Prawdopodobieństwo, że porywacz zadzwoni do firmy, było bliskie zeru. Miklas nie miał numeru zewnętrznego, a zanim sekretarka połączyłaby z nim dzwoniącego porywacza, upłynęłoby zbyt dużo czasu – wystarczająco, żeby bez trudu ustalić miejsce pobytu dzwoniącego i ująć go w trakcie rozmowy. Poza tym wykonanie telefonu do firmy Miklasa wiązało się z tym, że sekretarka albo inna osoba, która przełączy rozmowę, a nie jest emocjonalnie związana ze sprawą, może rozpoznać głos porywacza. W takiej sytuacji atut w postaci anonimowości – w tym czasie bowiem fakt, że za porwaniem stała grupa „mutantów”, był silną, ale tylko poszlaką – pryśnie jak bańka mydlana.

POZYSKIWANIE INFORMACJI

Nie mogliście po prostu ująć ludzi z tej grupy przestępczej, wziąć ich na przesłuchanie i zdobyć informacji o miejscu przetrzymywania Piotrka?

Po pierwsze, nie było na nich kwitów, a po drugie, to nie byli ludzie, którzy ochoczo śpiewali na przesłuchaniach. To były zwykłe „karki” o niezbyt wysokim poziomie inteligencji. Niczego byśmy się od nich nie dowiedzieli. Musieliśmy kombinować inaczej. Życie nauczyło mnie, że informacja to władza. Część moich ludzi obstawiała budki telefoniczne, pozostałych dwoje czekało na telefon od porywacza w domu Miklasów, a ja poszedłem w teren pogadać z informatorami. Miałem w Olsztynie kilku, powiedzmy… przyjaciół, którzy mogli mieć jakieś informacje o porwanym chłopaku.

Nie lepiej było zostać w domu Miklasów i czekać na telefon od porywacza, a do zbierania informacji wysłać swoich ludzi?

„Information’s pretty thin stuff unless mixed with experience” (tłum. informacja znaczy bardzo niewiele, jeśli nie idzie w parze z doświadczeniem). Nie każdy informator przekaże moim ludziom takie wiadomości, jakie przekazałby mnie – podczas rozmowy w cztery oczy. Proces pozyskiwania informacji jest bardzo skomplikowany – nie wystarczy pójść i po prostu zapytać. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób zadać pytanie, w jaki sposób przetworzyć pozyskaną informację i wykorzystać ją do zadania kolejnego pytania. Tych umiejętności człowiek uczy się przez wiele lat – nie przyswaja tej wiedzy w szkole, tego uczy ulica. Ze względu na to, że sytuacja rozgrywała się na terenie „mutantów”, życie chłopaka było w bardzo poważnym niebezpieczeństwie. Nie mieliśmy czasu na to, aby zespół wgryzł się w teren, poznał ludzi, którzy mają informacje o Piotrku, zdobył je i przetworzył, dlatego osobiście zająłem się tą sprawą. Każda godzina była na wagę złota.

Dlaczego czekał Pan do rana zamiast pójść do nich od razu?

Informatorów trzeba traktować jak partnerów, trzeba szanować ich oraz ich czas. Kiedy dotarłem do Olsztyna, był późny wieczór, gdy zrobiłem wstępny rekonesans, była północ. O tej porze moje „źródła” albo były w pracy, bo kilkoro z nich trudniło się pracą w ochronie, albo spały, albo były na ostrym podwójnym gazie. Nie mogłem z miejsca pójść do agencji towarzyskiej, w której pracowała jedna z tych osób i wypalić z grubej rury, czy wie coś o porwaniu chłopaka, bo zaraz ktoś by zauważył, że się znamy, przez co mogłaby mieć problemy. Wszystko trzeba robić z głową i wyczuciem.

Jak się pozyskuje informatorów?

Są dwie metody: za pomocą strachu albo szacunku. Ta pierwsza jest zazwyczaj wykorzystywana przez młodych, niedoświadczonych policjantów, którzy nie mają bazy swoich kontaktów, a muszą iść w teren i zdobyć informacje – przyuważają jednego z drugim, jak wciągają kreskę1 na squacie2 czy rozprowadzają narkotykową „drobnicę”, spuszczają lekkie manto i dają propozycję nie do odrzucenia: pracujesz dla mnie albo idziesz siedzieć za to, co masz w kieszeni, a w prezencie jeszcze coś w niej znajdę. W taki sposób pozyskany informator będzie źródłem wiedzy dla policjanta, ale nie wtedy, kiedy będzie miał informacje mogące go zainteresować, tylko wtedy, kiedy ten policjant do niego po informacje przyjdzie, a jemu nie uda się przed nim uciec. Informatorzy w takim układzie nie czują się dobrze – dostają pieniądze za informacje, ale czują się jak ostatni śmieć. Jestem przeciwnikiem takiej metody i w swojej pracy wykorzystuję tę drugą.

Pozyskanie informatora przez szacunek polega na kontrolowanym zakolegowaniu się z człowiekiem: wybieram sobie osobę, która ze względu na środowisko, w którym przebywa, miejsce zamieszkania, pracy czy wykonywany zawód, może posiadać przydatne informacje i rozpoczynam z nim znajomość – zawsze od pozyskania jakiejś informacji, za którą mu płacę. Ta informacja może mi w danym momencie w ogóle nie być potrzebna, ale jej zdobycie oraz zapłacenie za nią jest niezwykle ważne – od samego początku określa charakter relacji oraz pomaga w ustaleniu, czy informator ma dostęp do informacji i czy jest w stanie szybko je zdobyć, czy nie, a także, czy jest wiarygodny. Bardzo ważne jest, aby regularnie utrzymywać kontakt z informatorem, odwiedzać go co jakiś czas – tak po prostu, żeby zapytać, co u niego słychać, czy czegoś nie potrzebuje, czy nie ma kłopotów, a nie tylko po to, żeby zgłosić zapotrzebowanie na informacje. Po 26 latach pracy w tym zawodzie mam siatkę ponad kilkudziesięciu informatorów. Z logistycznych przyczyn nie jestem w stanie odwiedzać każdego z nich kilka razy w roku – bez żadnego powodu, ale do tych, z którymi dawno się nie widziałem, staram się wysłać co jakiś czas zwykłego SMS-a z pytaniem, co słychać. Dzięki tym rozmowom wiem, kto jest na jakim etapie w życiu, jakie może mieć informacje i czy po prostu mogę mu w jakiś sposób pomóc. To jest niezwykle potrzebne do podtrzymania relacji.

Oczywiście, dobre relacje są ważne, ale niewystarczające, zawsze trzeba bowiem wynagradzać swoich informatorów. Za dobrze wykonaną pracę czy za wiedzę należy się godziwa zapłata. Parę lat temu, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, byłem przejazdem w Gdańsku, w drodze powrotnej zahaczyłem o Sopot i odwiedziłem jednego z moich informatorów. Nie w celach zawodowych, ale towarzyskich, bo widziałem, że coś go trapi. Pogadaliśmy na spokojnie i okazało się, że ma drobne problemy finansowe; szły święta, a on nie miał pieniędzy na prezenty dla dwóch córek. Wybadałem go, jakie prezenty chciałyby dziewczyny, a potem poszedłem do sklepu i te rzeczy kupiłem. Pamiętam jego minę, gdy do niego wróciłem z prezentami – nigdy nie pokazywał emocji, a wtedy się rozkleił. W taki sposób buduje się relację. Informator musi wiedzieć, że może na mnie polegać, bo wtedy, kiedy ja będę go potrzebował, on też nie odmówi mi pomocy. Tak to działa.

Zdarza się również, że informatorzy zgłaszają się do mnie sami. Nazywam ich sygnalistami: dzwonią na numer alarmowy biura z własnej inicjatywy i przekazują konkretne informacje. Zazwyczaj ich motywem jest zemsta, a sygnalistami kobiety.

A jeżeli na danym terenie nie ma Pan informatorów?

Zdarza się, że nie mam wtyczki w jakiejś okolicy bądź moi informatorzy są niedostępni albo nie mają informacji potrzebnych mi do śledztwa, czy też nie są w stanie ich pozyskać. W takich przypadkach korzystam z informatorów ad hoc – na potrzeby danej sprawy. Pozyskuję ich dokładnie w taki sam sposób jak tych stałych: wyszukanie osoby, obserwacja pod kątem sytuacji finansowej, wybadanie zainteresowania przekazaniem informacji, ocena wartości posiadanych wiadomości, pozyskanie informacji i zapłata; z tą różnicą, że kontakt z taką osobą zazwyczaj kończy się po sfinalizowaniu danej sprawy. Oczywiście, są przypadki, że tacy informatorzy stają się moimi stałymi współpracownikami, jednak dzieje się tak niezwykle rzadko i tylko w przypadku, gdy osoby te posiadają szeroką wiedzę na temat tego, co dzieje się na ich terenie – to podstawowy wymóg.

Czy na temat porwania Piotrka Miklasa stali informatorzy posiadali jakąś wiedzę?

Uruchomiłem swoje kontakty, przedstawiłem temat tym, którzy działali na terenie Olsztyna albo mieli wejście do grupy „mutantów” i poprosiłem ich o jakieś informacje. Niestety, na gorąco nie wiedzieli nic o porwaniu Piotrka, ale byliśmy umówieni na kontakt pod koniec dnia. W czasie, kiedy moi informatorzy próbowali zdobyć przydatne dla śledztwa informacje, poszedłem zjeść coś do Meluzy – żeby jeszcze bardziej podkreślić swoją obecność w Olsztynie. Było chwilę po otwarciu, poza mną i barmanem nikogo nie było. Zamówiłem mocną kawę, coś do zjedzenia i usiadłem przy barze, żeby poobserwować trochę barmana, który był zaprzyjaźniony z grupą „mutantów”. Nie upłynęła dłuższa chwila, gdy zaczął do mnie zagadywać, pytać, co robię w Olsztynie, w jakim hotelu się zatrzymałem i jak długo mam zamiar zostać. Ewidentnie było widać, że ktoś kazał mu dowiedzieć się o moim pobycie jak najwięcej. Bez owijania w bawełnę powiedziałem mu, że wynajęli mnie Miklasowie do odnalezienia ich syna. Pamiętam, że był wyraźnie zaskoczony powodem mojej obecności w Olsztynie. Próbowałem go wybadać czy zna sprawę, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, więc skończyłem śniadanie i poszedłem do domu Miklasów, żeby omówić dalsze działania.

OKOLICZNOŚCI PORWANIA MIKLASA

Nie zdziwiło Pana zachowanie barmana?

Barmani nie tylko w filmach są świetnymi obserwatorami, a nierzadko również aktorami. To stały element ich pracy – muszą umieć udawać i z przekonaniem mówić to, co klient chce usłyszeć. Wydaje mi się jednak, patrząc na jego zachowanie z perspektywy swojego doświadczenia, że zauważyłbym, gdyby kłamał. Gdy dzień wcześniej byłem w tym pubie, też był na zmianie – widać było, że dobrze zna się z chłopakami od „mutantów”. Od jednego ze swoich informatorów wiedziałem, że facet jest wprowadzony w interesy tej grupy i ma rozległą wiedzę o prowadzonych przez nią działaniach. Dlaczego więc w tak przekonujący sposób, po krótkim zastanowieniu, powiedział, że nic nie wie o zniknięciu Piotrka? Nie wiem.

Poszedł Pan do domu Miklasów. Co było dalej?

Cóż… w zasadzie to nic nie było. Do rodziców chłopaka nikt nie dzwonił, w pobliżu budek telefonicznych nie pojawił się, od momentu drugiego telefonu, nikt podejrzany. Cisza i spokój. Policja też nic nie miała. Poleciłem swoim ludziom zrobić dyskretną obserwację liderom grupy „mutantów”, a sam pojechałem z Hanią do szkoły Piotrka, żeby porozmawiać z nauczycielami i innymi pracownikami placówki. Kilka godzin wcześniej rozmawiała z nimi policja. Nikt nie zauważył nic podejrzanego w dniu porwania Piotrka. Chłopak skończył lekcje przed dwunastą, wyszedł ze szkoły, a następnie miał pójść na piechotę do domu.