Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 491 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Demaskator - John Grisham

Od sędziów wymaga się, by zawsze byli uczciwi i mądrzy. Ich rzetelność, niezawisłość i bezstronność są gwarancją praworządności i stanowią podstawę całego wymiaru sprawiedliwości. Ludzie wierzą, że w interesie sędziów jest przeprowadzanie uczciwych procesów, w wyniku których poszkodowani otrzymają zadośćuczynienie, a winni poniosą zasłużoną karę. Ale co wtedy, gdy sędzia przyjmuje łapówkę lub nagina przepisy prawne i interpretuje je zgodnie z własnym widzimisię?
Lacy Stoltz jest prawniczką pracującą dla stanowej komisji etyki sędziów, która rozpatruje skargi na łamanie przez sędziów kodeksu etycznego. Jeśli komisja uzna, że są one uzasadnione, występuje o wszczęcie postępowania prowadzącego do odebrania sędziemu immunitetu i licencji prawniczej. Lacy po dziewięciu latach pracy w komisji wie, że większość nieprawidłowości wynika raczej z niekompetencji niż korupcji.
Pewnego dnia na biurku Lacy ląduje jednak sprawa oskarżenia sędziego o korupcję. Autorem skargi jest pozbawiony uprawnień adwokackich Greg Myers, który zarzuca sędzi z północnej Florydy poważne przestępstwa. Ma ona podobno wydawać stronnicze wyroki oraz przyjmować za to milionowe korzyści finansowe. Korupcja trwa, zdaniem Myersa, od wielu lat. Co jest źródłem nieuczciwych zysków? Wydaje się, że sędzia potajemnie była zaangażowana w budowę finansowanego przez mafię kasyna. Greg jak najszybciej zamierza powstrzymać ten nielegalny proceder. Jego klientem jest człowiek, który twierdzi, że zna całą prawdę i nie zawaha się donieść na sędzię odpowiednim władzom. Oczywiście zamierza działać w dobrej wierze, jak przystało na prawego obywatela. Adwokatka domyśla się, że ta sprawa będzie niezwykle niebezpieczna. Brak niezbitych dowodów zmusza ją do prowadzenia śledztwa dalece wykraczającego poza jej uprawnienia.

Opinie o ebooku Demaskator - John Grisham

Fragment ebooka Demaskator - John Grisham

O książce

KSIĄŻKA, KTÓRA W 2016 ROKU MIESIĄCAMI NIE SCHODZIŁA Z PIERWSZEGO MIEJSCA LISTY BESTSELLERÓW „NEW YORK TIMESA”

SYNDYKAT ZBRODNI

INDIAŃSKIE KASYNO

SKORUMPOWANY SĘDZIA

MILIONY DOLARÓW PRZECHODZĄCE Z RĘKI DO RĘKI

Uczciwi i mądrzy sędziowie to podstawa dobrze funkcjonującego systemu prawnego. Ale teoria i życie czasami się rozjeżdżają. Na przykład kiedy sędzia bierze łapówki, by odpowiednio pokierować procesem.

Pozbawiony uprawnień adwokat Greg Myers w imieniu osoby, która skrzętnie ukrywa swoją tożsamość, podpisuje skargę przeciwko sędzi Claudii McDover i składa ją w Komisji Dyscyplinarnej Sędziów. Nieznany demaskator – sygnalista czy kret, jak sam siebie nazywa – twierdzi, że McDover od lat otrzymuje od florydzkiego syndykatu pieniądze pochodzące z kasyna, które powstało dzięki jej werdyktom.

Pracująca w Komisji prawniczka Lacy Stoltz decyduje się na zbadanie sprawy, choć wie, że śledztwo będzie przekraczało jej kompetencje i może być niebezpieczne. Ale nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo.

JOHN GRISHAM

John Grisham, współczesny amerykański pisarz, autor 36 powieści (w tym sześciu dla młodzieży), fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład przekroczył 300 milionów egzemplarzy. W 2011 r. otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee. Po twórczość Grishama chętnie sięgają filmowcy, takiej miary co Sydney Pollack, Francis Ford Coppola, Robert Altman czy Alan J. Pakula, a ekranizacje jego powieści, m.in. Raport Pelikana z Julią Roberts i Denzelem Washingtonem, Firma z Tomem Cruise’em, Klientz Susan Sarandon czy Zaklinacz deszczu z Mattem Damonem, stały się megahitami.

www.facebook.com/JohnGrisham

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMAKANCELARIAZAKLINACZ DESZCZUKRÓL ODSZKODOWAŃWIĘZIENNY PRAWNIKOSTATNI SPRAWIEDLIWYCALICO JOEKOMORADARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTAUŁASKAWIENIENIEWINNY CZŁOWIEKRAPORT PELIKANAGÓRA BEZPRAWIACHŁOPCY EDDIEGOKLIENTSAMOTNY WILKADEPTWERDYKTDEMASKATORJake BriganceCZAS ZABIJANIACZAS ZAPŁATYTheodore BooneOSKARŻONYAKTYWISTA

Tytuł oryginału:

THE WHISTLER

Copyright © Belfry Holdings, Inc. 2016

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Andrzej Szulc (rozdziały 1–20)

& Anna Dobrzańska (rozdziały 21–42 i epilog) 2017

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: Boris Z./Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7985-424-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Rozdział 1

Radio satelitarne grało łagodny jazz, co było wynikiem kompromisu. Lacy, właścicielka priusa, a więc i radia, nienawidziła rapu prawie tak samo, jak Hugo, jej pasażer, nienawidził współczesnego country. Nie zgodzili się słuchać razem audycji sportowych, radia publicznego, złotych przebojów, programów satyrycznych dla dorosłych i BBC, i nawet nie próbowali pertraktować w kwestii bluegrass, CNN, opery oraz setki innych stacji. Ona z powodu frustracji, a on ze zmęczenia poddali się dość wcześnie i zaakceptowali cichy jazz. Cichy, by nic nie zakłócało długiej i głębokiej drzemki Huga, i ponieważ tak naprawdę Lacy nie przepadała za jazzem. To było kolejne coś za coś, jedno z wielu wzajemnych ustępstw, dzięki którym udawało im się przez lata współpracować. On spał, a ona prowadziła i oboje byli zadowoleni.

Przed kryzysem finansowym Komisja Dyscyplinarna Sędziów miała dostęp do niewielkiej floty państwowych hond, wszystkich czterodrzwiowych, pomalowanych na biało i z niewielkim przebiegiem. Po cięciach budżetowych to się skończyło. Lacy, Hugo i inni niezliczeni pracownicy sektora publicznego na Florydzie musieli teraz korzystać w pracy z własnych pojazdów i dostawali zwrot kosztów w wysokości trzydziestu centów za kilometr. Hugo, mający czwórkę dzieci i spłacający pokaźny kredyt hipoteczny, jeździł przedpotopowym bronco, którym ledwo docierał do biura i który raczej nie nadawał się na dłuższe trasy. Dlatego teraz spał.

Lacy lubiła ciszę i spokój. Podobnie jak jej koledzy większością spraw zajmowała się sama. Cięcia budżetowe zdziesiątkowały biuro i w KDS pozostało tylko sześcioro śledczych, a właściwie siedmioro. W stanie liczącym dwadzieścia milionów mieszkańców, z tysiącem sędziów zasiadających w sześciuset sądach i rozpatrujących pół miliona spraw rocznie. Lacy dziękowała losowi, że większość sędziów była uczciwymi, ciężko pracującymi ludźmi, oddanymi ideałom sprawiedliwości i równości. W przeciwnym razie już dawno by odeszła. Zajęcie się nawet tą niewielką ilością zgniłych jabłek wymagało od niej pracy w wymiarze pięćdziesięciu godzin tygodniowo.

Włączyła delikatnie kierunkowskaz i przyhamowała przed zjazdem. Kiedy samochód zwolnił, Hugo wychylił się do przodu, jakby w ogóle nie spał i był gotów do akcji.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał.

– Prawie na miejscu. Jeszcze tylko dwadzieścia minut. Czas, żebyś zmienił pozycję i chrapał przy oknie.

– Przepraszam. Chrapałem?

– Zawsze chrapiesz, przynajmniej według twojej żony.

– Cóż, na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że dziś o trzeciej w nocy biegałem po domu, lulając do snu jej najmłodsze dziecko. To chyba dziewczynka. Jak ona ma na imię..?

– Żona czy córka?

– Ha, ha!

Urocza i stale zachodząca w ciążę Verna rzadko zachowywała dyskrecję, gdy chodziło o męża. Starała się trzymać w ryzach jego ego, a nie było to wcale łatwe zadanie. W poprzednim wcieleniu Hugo był szkolną gwiazdą futbolu, jednym z najbardziej obiecujących kandydatów do drużyny Uniwersytetu Stanowego Florydy i pierwszym w historii studentem, który już na pierwszym roku wystartował w rozgrywkach. I nie patyczkując się z nikim, zagrał jako tailback w dwóch meczach. W połowie trzeciego znieśli go z boiska z przemieszczonym kręgiem w górnym odcinku kręgosłupa. Przysiągł sobie, że wróci, ale matka powiedziała nie. Po ukończeniu z wyróżnieniem college’u poszedł na prawo. Czasy jego chwały odeszły w przeszłość, lecz nigdy nie pozbył się charakterystycznej dla futbolistów brawury. To było silniejsze od niego.

– Dwadzieścia minut, tak? – mruknął.

– Mniej więcej. Jeśli chcesz, zostawię cię po prostu w samochodzie z zapalonym silnikiem i możesz spać cały dzień.

Obrócił się na prawy bok i zamknął oczy.

– Chcę, żeby przydzielono mi nowego partnera – powiedział.

– To całkiem dobry pomysł. Problem w tym, że nikt inny cię nie chce.

– Takiego, który ma większy samochód.

– Ten pali pięć litrów na setkę.

Hugo odchrząknął, znieruchomiał, a potem zadygotał, zamruczał pod nosem i usiadł wyprostowany.

– Czego słuchamy? – zapytał, trąc oczy.

– Przedyskutowaliśmy to jakiś czas temu, kiedy wyjeżdżaliśmy z Tallahassee, tuż zanim się zahibernowałeś.

– Z tego, co pamiętam, proponowałem, że poprowadzę.

– Tak, z jednym otwartym okiem. Do tego to się sprowadzało. Jak się miewa Pippin?

– Stale płacze. Kiedy noworodek płacze, a mówię to na podstawie bogatego doświadczenia, robi to na ogół z jakiegoś powodu. Chce mu się jeść, chce mu się pić, chce, żeby zmienić mu pieluchę, chce do mamy… cokolwiek. Ale ona nie. Ona wrzeszczy dla czystej przyjemności. Nie wiesz, co tracisz.

– Nie wiem, czy pamiętasz, ale już dwa razy siedziałam z nią w nocy.

– Oczywiście i niech cię Bóg błogosławi. Mogłabyś przyjść dziś wieczorem?

– Kiedy tylko sobie życzysz. To wasze czwarte dziecko. Słyszeliście kiedyś o kontroli urodzin?

– Zaczynamy na ten temat rozmawiać. A skoro o tym mowa, to co z twoim życiem seksualnym?

– Przepraszam. Niepotrzebnie pytałam. – W wieku trzydziestu sześciu lat Lacy była atrakcyjną singielką i jej życie seksualne było tematem wielu rozmów prowadzonych szeptem w biurze.

Zmierzali na wschód, w stronę wybrzeża Atlantyku. Do St. Augustine zostało niecałe dwanaście kilometrów. Lacy w końcu wyłączyła radio.

– Byłaś tam już kiedyś? – zapytał Hugo.

– Tak, kilka lat temu. Mój chłopak i ja spędziliśmy tydzień nad oceanem w mieszkaniu znajomego.

– Dużo seksu?

– Znowu zaczynasz. Nie potrafisz myśleć o niczym innym?

– Hm… jeśli się nad tym zastanowić, odpowiedź brzmi: nie. Poza tym musisz pamiętać, że Pippin ma teraz miesiąc, co oznacza, że Verna i ja nie spaliśmy ze sobą od co najmniej trzech miesięcy. Wciąż jestem zdania, w każdym razie na własny użytek, że przestaliśmy się kochać o trzy tygodnie za wcześnie, ale teraz to i tak nie ma znaczenia. Nie możemy się chyba cofnąć i tego nadrobić, prawda? Więc jeśli o mnie chodzi, mam pod górkę… nie wiem, czy ona też tak uważa. Trójka bachorów i jeden noworodek mogą naprawdę popsuć intymne stosunki.

– Nigdy bym nie zgadła.

Przez kilometr albo dwa Hugo próbował skupić się na drodze, ale potem znów opadły mu powieki i zaczęła się kiwać głowa. Lacy zerknęła na niego z uśmiechem. W trakcie dziewięciu przepracowanych w Komisji lat prowadzili wspólnie kilkanaście spraw. Tworzyli zgrany zespół, ufali sobie i oboje wiedzieli, że gdyby zaczął się do niej dostawiać – a dotychczas nigdy tego nie próbował – Verna natychmiast by się dowiedziała. Lacy pracowała z Hugiem, ale plotkowała i robiła zakupy z Verną.

St. Augustine cieszy się sławą najstarszej osady w Stanach. W tym miejscu wylądował Ponce de León i stąd właśnie ruszył w głąb lądu. Zanurzone w historii i żyjące z turystyki urocze miasteczko słynie z wielu zabytkowych budowli i zwisającego z konarów drzew mchu hiszpańskiego. Kiedy minęli granice St. Augustine, samochody zwolniły. Przy krawężnikach stały autokary wycieczkowe. W oddali po prawej stronie widać było wznoszącą się nad miasteczkiem starą katedrę. Lacy wszystko to dobrze zapamiętała. Zachowała miłe wspomnienia stąd, choć tydzień z byłym chłopakiem okazał się katastrofą.

Jedną z wielu katastrof.

– Kim jest ten tajemniczy informator, z którym mamy się spotkać? – zapytał Hugo, przecierając oczy; tym razem nie zamierzał ponownie zasnąć.

– Jeszcze nie wiem, ale ma kryptonim Randy.

– W porządku, przypomnij mi tylko, dlaczego przyjeżdżamy we dwójkę na tajne spotkanie z facetem, który używa pseudonimu i nie złożył jeszcze oficjalnej skargi na jednego z naszych czcigodnych sędziów.

– Nie mogę ci tego wyjaśnić. Ale rozmawiałam z nim już trzy razy przez telefon i sprawiał wrażenie… hm… raczej zdeterminowanego.

– Cudownie. Kiedy ostatnim razem rozmawiałaś z kimś składającym skargę, kto nie sprawiał wrażenia… hm… raczej zdeterminowanego?

– Zostaw to mnie, dobrze? Michael kazał nam jechać, więc przyjechaliśmy.

Michael był dyrektorem, ich szefem.

– Oczywiście. Wiesz coś na temat tych nieetycznych działań zarzucanych sędziemu?

– Owszem. Zdaniem Randy’ego, to duża sprawa.

– Jezu, pierwszy raz to słyszę.

Skręcili w King Street i toczyli się powoli w stronę centrum. Była połowa lipca, na północnej Florydzie wciąż trwał szczyt sezonu i turyści w szortach i sandałach snuli się chodnikami, najwyraźniej bez określonego celu. Lacy zaparkowała w bocznej uliczce i wysiedli. Znaleźli jakąś kafejkę i spędzili tam pół godziny, przerzucając broszury biur nieruchomości na papierze kredowym. W południe, zgodnie z instrukcjami, weszli do knajpy Luca’s Grill i dostali stolik na trzy osoby. Zamówili mrożoną herbatę i czekali. Minęło trzydzieści minut, a Randy się nie pojawił, zamówili więc kanapki. Do tego frytki dla Huga i owoce dla Lacy. Jedli najwolniej, jak się dało, obserwowali drzwi i czekali.

Jako prawnicy bardzo cenili swój czas. Jako śledczy nauczyli się cierpliwości. Te dwie role często pozostawały ze sobą w konflikcie.

O drugiej po południu dali za wygraną i wrócili do samochodu, w którym było gorąco jak w saunie. Kiedy Lacy obracała kluczyk w stacyjce, zaterkotała jej komórka. Numer nieznany.

– Tak – powiedziała, odbierając.

– Prosiłem, żeby przyjechała pani sama – usłyszała męski głos. To był Randy.

– Ma pan pewnie prawo o to prosić. Mieliśmy się spotkać w południe, na lunchu.

– Jestem obok miejskiej mariny, przy końcu King Street, trzy przecznice od was. Niech pani powie swojemu koledze, żeby spadał, to będziemy mogli pogadać.

– Słuchaj, Randy, nie jestem policjantką i nie pasują mi takie podchody. Spotkam się z tobą, przywitam i tak dalej, ale jeśli w ciągu sześćdziesięciu sekund nie poznam twojego prawdziwego nazwiska, odchodzę.

– Dobra.

– Dobra – powtórzyła, rozłączając się.

* * *

W marinie stało pełno jachtów i motorówek; cały czas wpływały albo wypływały łodzie rybackie. Z długiego pontonowego pomostu schodziła właśnie grupka hałaśliwych turystów. W restauracji, której patio znajdowało się tuż przy skraju wody, wciąż siedziało mnóstwo gości. Majtkowie na statkach wycieczkowych polewali wodą pokłady i przygotowywali jednostki do jutrzejszych czarterów.

Lacy szła po centralnym molo, wypatrując twarzy człowieka, którego nigdy w życiu nie spotkała. Stojący przy pompie paliwowej niemłody już plażowicz uniósł nagle lekko rękę i skinął jej głową. Odwzajemniła jego gest i szła dalej. Mniej więcej sześćdziesięcioletni, miał długie siwe włosy, które wystawały spod jego panamy. Szorty, sandały, kolorowa koszula w kwiaty, typowa ogorzała cera kogoś, kto spędza dużo czasu na słońcu. Oczy skrył za ciemnymi okularami.

– Pani jest pewnie Lacy Stoltz – powiedział, podchodząc do niej z uśmiechem.

– Tak, a pan nazywa się…? – Podała mu rękę.

– Ramsey Mix. Miło panią poznać.

– Mnie również. Mieliśmy się spotkać w południe.

– Najmocniej przepraszam. Miałem trochę kłopotów z łodzią. – Mówiąc to, wskazał przycumowaną przy końcu pomostu dużą łódź motorową. Nie była największą znajdującą się w tym momencie w porcie, ale niewiele jej brakowało.

– Możemy porozmawiać tam? – zapytał.

– Na łodzi?

– Jasne. Będzie o wiele przytulniej.

Wchodzenie na pokład z zupełnie nieznajomym facetem wydało jej się nie najlepszym pomysłem, więc zawahała się.

– Kim jest ten czarny facet? – zapytał Mix, zanim zdążyła odpowiedzieć. Spoglądał w stronę King Street. Lacy odwróciła się i zobaczyła Huga, który podążał śladem grupki zmierzających do portu turystów.

– To mój kolega – powiedziała.

– Ktoś w rodzaju ochroniarza?

– Nie potrzebuję ochroniarza, panie Mix. Nie jesteśmy uzbrojeni, ale mój znajomy może w ciągu dwóch sekund wrzucić pana do wody.

– Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. Przychodzę w pokojowych zamiarach.

– Miło to słyszeć. Wejdę na łódź tylko pod warunkiem, że nigdzie stąd nie odpłyniemy. Kiedy tylko uruchomi pan silniki, nasze spotkanie jest skończone.

– Dobra.

Ruszyła za nim pomostem, mijając stojące w rzędzie żaglówki, które wyglądały, jakby od wielu miesięcy nikt nie pływał nimi po otwartym morzu. Swoją łódź Mix nazwał sprytnie Konspirator. Zeskoczywszy na pokład, podał jej pomocną dłoń. Pod płócienną markizą stał niewielki drewniany stolik z czterema składanymi krzesłami.

– Witam na pokładzie – powiedział Mix, wskazując je ręką. – Niech pani siada.

Lacy szybko się rozejrzała.

– Jesteśmy sami? – zapytała.

– Niezupełnie. Mam przyjaciółkę, która lubi ze mną pływać. Nazywa się Carlita. Ma pani ochotę ją poznać?

– Tylko jeśli odgrywa ważną rolę w pana opowieści.

– Nie odgrywa. – Patrzył na Huga, który stał na pomoście, opierając się o balustradę. W pewnym momencie pomachał do nich, jakby chciał powiedzieć: „Mam was na oku”. – Mogę panią o coś zapytać? – mruknął Mix.

– Jasne.

– Czy słusznie podejrzewam, że wszystko, co pani teraz opowiem, powtórzy pani już wkrótce panu Hatchowi?

– Jest moim kolegą. Pracujemy razem przy pewnych sprawach, niewykluczone, że tak będzie również tym razem. Skąd pan zna jego nazwisko?

– Tak się składa, że mam komputer. Zajrzałem na stronę internetową KDS. Powinniście ją zaktualizować.

– Wiem. Cięcia budżetowe.

– Jego nazwisko wydaje mi się znajome.

– Przez krótki okres grał w drużynie futbolowej Uniwersytetu Stanowego Florydy.

– Może stąd go pamiętam. Jestem kibicem Gatorsów.

Lacy nie uznała za stosowne na to odpowiadać. Było to takie typowe dla Południowców: fanatyzm, z jakim kibicowali uniwersyteckim drużynom futbolowym, zawsze ją irytował.

– Więc i tak o wszystkim się dowie – podjął Mix.

– Owszem.

– No to niech go pani zawoła. Przygotuję coś do picia.

Rozdział 2

Carlita podała na drewnianej tacy dietetyczne napoje gazowane dla Lacy i Huga i butelkę piwa dla Mixa. Była ładną Latynoską, co najmniej dwadzieścia lat od niego młodszą, i obecność gości, a zwłaszcza kobiety, sprawiała jej chyba przyjemność.

– Jedna sprawa – odezwała się Lacy, zapisując coś w notesie. – Telefon, z którego pan dzwonił przed kwadransem, ma inny numer niż ten z zeszłego tygodnia.

– To pytanie? – odparł Mix.

– Raczej tak.

– W porządku. Korzystam z wielu telefonów na kartę. I przez cały czas się przemieszczam. Zakładam, że pani używa komórki, którą dostała pani od pracodawcy?

– Owszem. Nie używamy prywatnych telefonów do spraw służbowych, więc mój numer się nie zmieni.

– Upraszcza nam to chyba sytuację. Ja zmieniam telefony co miesiąc, a czasami co tydzień.

W ciągu tych pierwszych kilku minut wszystko, co powiedział Mix, rodziło tylko kolejne pytania. Lacy była wciąż zła, że czekali na niego przez cały lunch, i jak na razie ich gospodarz nie zrobił na niej dobrego wrażenia.

– W porządku, panie Mix – powiedziała. – Od tej chwili ja i mój kolega kończymy luźną pogawędkę i zamieniamy się w słuch. Niech pan nam opowie całą historię i jeśli odkryjemy w niej luki, których nie zdołamy wypełnić, i będziemy nadal błądzili po omacku, znudzimy się i wrócimy do domu. Był pan w wystarczającym stopniu ogólnikowy, żeby mnie tu zwabić. Teraz proszę przejść do konkretów.

Mix uśmiechnął się do Huga.

– Zawsze jest taka obcesowa? – zapytał.

Hugo, nie odwzajemniając uśmiechu, pokiwał głową. Oparłszy ręce o stół, czekał. Lacy odłożyła długopis.

Mix pociągnął łyk piwa.

– Przez trzydzieści lat prowadziłem kancelarię prawną w Pensacoli – zaczął. – Niewielką firmę: mieliśmy na ogół pięciu albo sześciu prawników. Szło nam dobrze i życie było piękne. Jednym z moich pierwszych klientów był deweloper, prawdziwy rekin biznesu. Budował apartamentowce, osiedla domków jednorodzinnych, hotele, centra handlowe, typowe inwestycje, które na Florydzie rosną jak grzyby po deszczu. Nigdy mu nie ufałem, ale zarabiał tyle szmalu, że w końcu połknąłem przynętę. Dopuścił mnie do kilku interesów, dostałem parę razy niewielką działkę i przez jakiś czas kręciliśmy wspólnie lody. Zacząłem wierzyć, że się wzbogacę, co, przynajmniej na Florydzie, może ściągnąć człowiekowi na głowę poważne kłopoty. Mój znajomy fałszował księgi i zaciągał zbyt wiele kredytów, a ja nie miałem o tym pojęcia. Okazało się, że zastawy pod niektóre pożyczki były fikcyjne… tak naprawdę wszystko było fikcją… I w końcu FBI rozpirzyło w drobny mak cały biznes, wytaczając grube działa, czyli ustawę RICO o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, i aresztując połowę Pensacoli, w tym i mnie. Ucierpiało wiele osób: deweloperów, bankierów, agentów nieruchomości, adwokatów i innych kombinatorów. Pewnie o tym nie słyszeliście, bo zajmujecie się sędziami, nie adwokatami. Tak czy inaczej, wymiękłem, wyśpiewałem wszystko jak z nut, poszedłem na układ, przyznałem się do jednego zarzutu wyłudzenia i spędziłem szesnaście miesięcy w więzieniu federalnym o złagodzonym rygorze. Teraz się nie wychylam. Złożyłem podanie o przywrócenie do palestry i dostałem z powrotem licencję. Obecnie mam jednego klienta i właśnie o tej osobie będziemy teraz mówić. Jakieś pytania?

Mix wziął z wolnego krzesła niepodpisaną teczkę i podał ją Lacy.

– Tu są informacje na mój temat. Artykuły z gazet, układ zawarty z sądem, wszystko, czego możecie potrzebować. Jestem czysty, na ile może być czysty były więzień, i wszystko, co mówię, jest prawdą.

– Jaki jest pański obecny adres? – zapytał Hugo.

– Mam brata w Myrtle Beach i korzystam z jego adresu, jeśli chodzi o korespondencję prawniczą. Carlita ma mieszkanie w Tampie i część poczty przychodzi tam. Generalnie jednak mieszkam na tej łodzi. Mam tutaj telefony, faks, Wi-Fi, mały prysznic, zimne piwo i miłą panią. Jestem szczęśliwym facetem. Pływamy wokół Florydy, na Florida Keys i na Bahamy. Nie najgorsza emerytura, dzięki Wujowi Samowi.

– Dlaczego wziął pan klienta? – zapytała Lacy, ignorując teczkę.

– Jest znajomym starego kumpla, który wie o mojej mrocznej przeszłości i uznał, że jestem gotów zaryzykować, jeśli mi dobrze zapłacą. Ma rację. Kumpel odszukał mnie i przekonał, żebym wziął tę sprawę. Nie pytajcie mnie o nazwisko klienta, bo go nie znam. Łącznikiem jest mój kumpel.

– Nie zna pan nazwiska swojego klienta? – zdziwiła się Lacy.

– Nie znam i nie mam zamiaru poznać.

– Czy możemy zapytać o powód, czy po prostu przyjąć to do wiadomości? – odezwał się Hugo.

– To luka numer jeden, panie Mix – stwierdziła Lacy. – A my nie lubimy luk. Powie nam pan wszystko albo zabieramy się stąd i zamykamy sprawę.

– Odprężcie się, dobrze? – Mix pociągnął kolejny łyk piwa. – To długa historia i nie da się jej od razu opowiedzieć. Chodzi o naprawdę duże przekręty, o korupcję, taką, że jeżą się włosy na głowie, i kilku wrednych facetów, którzy nie mieliby większych wahań, żeby posłać kulkę między oczy mnie, wam, mojemu klientowi i każdemu, kto zadaje za dużo pytań.

Zapadło milczenie. Lacy i Hugo przez dłuższy czas go nie przerywali.

– W takim razie dlaczego pan wszedł do tej gry? – zapytała w końcu.

– Dla pieniędzy. Mój klient chce wystąpić z roszczeniem na mocy ustawy o sygnalistach stanu Floryda. Marzy, że zarobi miliony. Ja zadowolę się skromną działką i jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będę już potrzebował klientów.

– Wynika z tego, że pański klient jest pracownikiem sektora publicznego – powiedziała Lacy.

– Znam się na prawie, pani Stoltz. Ma pani wymagającą pracę. Ja nie. Mam mnóstwo czasu, żeby ślęczeć nad kodeksami i konkretnymi sprawami. Zgadza się, mój klient jest zatrudniony przez stan Floryda. Ale jego tożsamość nie może zostać ujawniona, w każdym razie nie teraz. W dalszej przyszłości, kiedy na stole będą leżały pieniądze, być może uda nam się przekonać sędziego, by utajnił jego nazwisko. Ale w tej chwili mój klient za bardzo się boi, żeby złożyć oficjalną skargę do Komisji Dyscyplinarnej Sędziów.

– Nie możemy procedować bez podpisanej oficjalnej skargi – powiedziała Lacy. – Przepisy ustawy, jak pan wie, są tutaj jednoznaczne.

– Wiem o tym. To ja podpiszę skargę.

– Pod przysięgą? – zapytał Hugo.

– Owszem, tak jak to jest wymagane. Wierzę, że mój klient mówi prawdę, i chcę złożyć swój podpis.

– Nie boi się pan?

– Od dawna żyję w strachu. Chyba się do tego przyzwyczaiłem, choć moja sytuacja może się zmienić na gorsze. – Mix sięgnął po kolejną teczkę, wyciągnął z niej jakieś dokumenty i położył na stole. – Przed sześcioma miesiącami – podjął – udałem się do sądu w Myrtle Beach i zmieniłem nazwisko. Nazywam się teraz Greg Myers i jako Greg Myers podpiszę się pod skargą.

Lacy przeczytała postanowienie sądu z Karoliny Południowej. Po raz pierwszy zaczęła wątpić, czy warto było przyjeżdżać do St. Augustine, by spotkać się z tym facetem. Pracownik sektora publicznego, który za bardzo się boi, żeby wystąpić z otwartą przyłbicą. Nawrócony prawnik, do tego stopnia wystraszony, że pojechał do innego stanu i zmienił nazwisko. Były więzień bez stałego adresu.

Hugo, który również przeczytał postanowienie sądu, zaczął żałować, że nie ma przy sobie broni.

– Czy możemy uznać, że jest pan w tej chwili osobą, która się ukrywa? – zapytał.

– Powiedzmy, że zachowuję dużą ostrożność, panie Hatch. Jestem doświadczonym żeglarzem. Znam te wody, prądy morskie, rafy koralowe, wysepki, ukryte plaże i zatoczki o wiele lepiej od ludzi, którzy mogliby mnie szukać… jeśli rzeczywiście są tacy ludzie.

– Wydaje mi się dość oczywiste, że się pan ukrywa – oznajmiła Lacy.

Myers pokiwał tylko głową, jakby się z nią zgadzał. Wszyscy napili się ze swoich butelek. W końcu powiała lekka bryza i zrobiło się mniej parnie. Lacy przerzuciła papiery w cienkiej teczce.

– Mam pytanie. Czy pańskie kłopoty prawne są w jakiś sposób związane z sędziowskimi wykroczeniami, o których chce pan mówić?

Myers przestał kiwać głową i przez chwilę się zastanawiał.

– Nie – odparł w końcu.

– Wracając do pańskiego tajemniczego klienta – odezwał się Hugo – czy ma pan z nim bezpośredni kontakt?

– Absolutnie żadnego. Nie kontaktuje się ze mną za pośrednictwem maili, tradycyjnej poczty, faksu ani żadnych możliwych do namierzenia telefonów. Rozmawia z łącznikiem, a ten albo składa mi wizytę twarzą w twarz, albo dzwoni na jeden z moich telefonów na kartę. To niezbyt poręczne i zabiera sporo czasu, ale całkiem bezpieczne. Nie pozostawiamy po sobie żadnych śladów, żadnych zapisów.

– A jak go pan może znaleźć, gdyby potrzebował go pan w tej chwili?

– Coś takiego nigdy się dotąd nie zdarzyło. Przypuszczam, że zadzwoniłbym do łącznika i musiałbym poczekać godzinę albo dwie.

– Gdzie mieszka ten klient?

– Nie jestem pewien. Gdzieś na północno-zachodnim wybrzeżu Florydy.

Lacy wzięła głęboki oddech i wymieniła spojrzenia z Hugiem.

– W porządku, co to za sprawa? – zapytała.

Myers utkwił wzrok w oddali. Po drugiej stronie basenu portowego, za łodziami, otwierał się właśnie most zwodzony i ten widok najwyraźniej go zafascynował.

– Ta historia ma wiele rozdziałów – zaczął w końcu. – Niektóre z nich nadal są pisane. W trakcie naszego kameralnego spotkania mam zamiar ujawnić dość faktów, żeby was zainteresować, ale nie tyle, żebyście nie mogli się wycofać, jeśli tego zechcecie. W tej chwili najważniejsze pytanie brzmi: Czy chcecie się w to angażować?

– Chodzi o wykroczenie jakiegoś sędziego? – zapytała Lacy.

– Słowo „wykroczenie” jest tutaj co najmniej eufemizmem. Z tego, co wiem, chodzi o korupcję na skalę dotąd niespotykaną w tym kraju. Tak się składa, pani Stoltz i panie Hatch, że nie zmarnowałem całkowicie tych szesnastu spędzonych za kratkami miesięcy. Kazali mi tam prowadzić więzienną bibliotekę prawniczą i nie wychylałem nosa z książek. Przestudiowałem wszystkie przypadki korupcji wśród sędziów, które zostały kiedykolwiek osądzone, we wszystkich pięćdziesięciu stanach. Mam notatki, fiszki… Gdybyście chcieli kiedyś pogłębić swoją wiedzę, to jestem całkiem wiarygodnym źródłem. A w historii, którą wam opowiem, jest więcej brudnych pieniędzy niż łącznie we wszystkich innych sprawach, o jakich czytałem. Chodzi również o przypadki przekupstwa, wymuszenia i zastraszania, ustawione procesy, przynajmniej dwa zabójstwa i jeden bezprawny wyrok. Mniej więcej godzinę jazdy stąd w celi śmierci gnije człowiek skazany za zbrodnię, której nie popełnił. A winny spędza w tej chwili miło czas na swojej łodzi, która jest o wiele ładniejsza od mojej.

Myers przerwał, pociągnął łyk z butelki i spojrzał na nich z zadowoloną miną. Był pewien, że wzbudził w nich zainteresowanie.

– Pytanie brzmi, czy chcecie się w to angażować? To może być niebezpieczne – dodał.

– Dlaczego zwrócił się pan do nas? – zapytał Hugo. – Dlaczego nie zawiadomił pan FBI?

– Miałem już do czynienia z FBI, panie Hatch, i nie skończyło się to dla mnie najlepiej. Nie ufam im i nikomu, kto nosi odznakę, zwłaszcza w tym stanie.

– Przypominam panu ponownie, panie Myers, że nie jesteśmy uzbrojeni – powiedziała Lacy. – Nie prowadzimy śledztw kryminalnych. Wygląda na to, że sprawa podlega kompetencjom kilku agencji federalnych.

– Ale możecie dysponować nakazami sądowymi – odparł Myers. – Ustawa daje wam prawo zwrócenia się o nakaz. Możecie zobowiązać każdego sędziego w tym stanie do wydania wszelkich akt znajdujących się w jego sądzie. To duże kompetencje, pani Stoltz. Więc pod pewnymi względami prowadzicie śledztwa kryminalne.

– Owszem – przyznał Hugo – ale nie jesteśmy odpowiednio wyposażeni, żeby walczyć z gangsterami. Jeśli to, co pan mówi, jest prawdą, wygląda na to, że ci dranie są dobrze zorganizowani.

– Słyszeliście kiedyś o Mafii Sumowej? – Myers po raz kolejny pociągnął długi łyk z butelki.

– Nie – odparł Hugo.

Lacy pokręciła głową.

– No cóż, to kolejna długa opowieść. Owszem, panie Hatch, ten gang jest dobrze zorganizowany. Mają długą historię przestępstw, które was jednak nie interesują, bo nie dotyczą sędziów. Ale jest pewne przedsięwzięcie, którego nie mogliby zrealizować bez udziału sędziego. I to powinno was obchodzić.

Minął ich stary kuter do połowu krewetek i Konspirator zakołysał się na fali jego kilwateru. Na chwilę zapadło milczenie. Przerwała je Lacy:

– A co będzie, jeśli nie zechcemy się zaangażować? Co się wtedy stanie z pańską historią?

– Czy nie musicie wszcząć dochodzenia, jeśli złożę oficjalną skargę?

– Teoretycznie tak. Jak pan z pewnością wie, mamy czterdzieści pięć dni na rozpoznanie skargi i ustalenie, czy zarzuty wydają się prawdopodobne. Następnie zawiadamiamy sędziego, którego ona dotyczy, i psujemy mu humor. Ale możemy również w bardzo przemyślny sposób zignorować skargę.

– O tak – dodał z uśmiechem Hugo. – Jesteśmy biurokratami. Znamy różne techniki uników.

– Nie możecie ich zastosować w odniesieniu do tej sprawy – powiedział Myers. – Jest zbyt duża.

– Skoro jest taka duża, dlaczego nie odkryto jej do tej pory? – zapytała Lacy.

– Bo nadal się rozwija. Bo to nie jest odpowiedni moment. Z wielu powodów, pani Stoltz, a najważniejszy jest taki, że nikt z tych, którzy wiedzą, co w trawie piszczy, nie miał ochoty wystąpić i tego zgłosić. Teraz ja to zgłaszam. I pytam was: czy wasza Komisja Dyscyplinarna chce się zająć najbardziej skorumpowanym sędzią w historii amerykańskiego sądownictwa?

– Kimś, kto wywodzi się z naszych szeregów – mruknęła Lacy.

– Otóż to.

– Kiedy poznamy jego nazwisko? – zapytał Hugo.

– Zakładacie, że to mężczyzna.

– Niczego nie zakładamy.

– Na początek to najlepsze podejście.

* * *

Lekka bryza wkrótce ustała i kręcący się nad nimi wiatrak tylko rozgarniał nieruchome powietrze. Myers jako ostatni zdał sobie chyba sprawę, że koszule lepią się im do ciała, i jako gospodarz tego małego spotkania zaproponował w końcu zmianę miejsca.

– Przejdźmy się do restauracji obok i zamówmy coś do picia – powiedział. – Mają tam bar z porządną klimatyzacją.

Podnosząc się z krzesła, ścisnął mocno sfatygowaną skórzaną torbę kurierską, z którą najwyraźniej nigdy się nie rozstawał. Lacy zastanawiała się, co w niej trzyma. Mały pistolet? Gotówkę, fałszywy paszport? Może kolejne dossier?

– To jedna z pana kryjówek? – zapytała, kiedy szli po molo.

– Dlaczego miałbym odpowiadać na to pytanie? – odparł Myers i zrobiło jej się głupio. Miała do czynienia z niewidzialnym człowiekiem, kimś, kto żył tak, jakby w każdej chwili mogli do niego strzelić zza węgła, a nie z pływającym od portu do portu przypadkowym żeglarzem. Hugo pokręcił głową. Lacy skarciła się w duchu.

Restauracja była już pusta i zajęli stolik wewnątrz lokalu, z widokiem na port. Po smażeniu się przez ostatnią godzinę w upale panująca tu temperatura wydała im się zbyt niska. Mrożona herbata dla śledczych, kawa dla pana Myersa. Byli sami; nikt nie mógł ich podsłuchać.

– Co będzie, jeśli sprawa nie wzbudzi w nas entuzjazmu? – zapytał Hugo.

– Wtedy przejdę chyba do realizacji planu B, choć nie mam na to zbytniej ochoty. Plan B przewiduje media, dwóch reporterów, których znam, chociaż na żadnym z nich nie można do końca polegać. Jeden pracuje w Mobile, drugi w Miami. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że łatwo ich nastraszyć.

– Co przekonuje pana, że my nie damy się łatwo nastraszyć, panie Myers? – zapytała Lacy. – Jak już mówiliśmy, nie przywykliśmy do zajmowania się gangsterami. Poza tym mamy masę innych spraw na głowie.

– Nie wątpię. Złych sędziów nigdy nie brakuje.

– Tak naprawdę nie ma ich zbyt wielu. Zaledwie kilka zgniłych jabłek, ale jest dość urażonych uczestników postępowań sądowych, żebyśmy mieli pełne ręce roboty. Trafia do nas wiele skarg, ale większość nie ma solidnych podstaw.

– No tak…

Myers zdjął powoli ciemne okulary i położył je na stoliku. Miał podpuchnięte, przekrwione oczy, jakby nadużywał alkoholu. Otaczające je białe obwódki upodabniały go do szopa albinosa. Było jasne, że rzadko zdejmuje okulary. Rozejrzał się ponownie, jakby chciał się upewnić, że tych, którzy go ścigają, nie ma w restauracji, i chyba się odprężył.

– Mówiliśmy o Mafii Sumowej – przypomniał mu Hugo.

Myers uśmiechnął się i odchrząknął. Najwyraźniej nie mógł się doczekać, by kontynuować swoją opowieść.

– Chcecie dowiedzieć się o nich czegoś więcej, tak?

– To pan zaczął.

– Owszem.

Kelnerka postawiła przed nimi napoje i wycofała się. Myers upił łyk kawy.

– Musimy się cofnąć o mniej więcej pięćdziesiąt lat – zaczął. – To była dość luźna grupa ludzi, którzy robili szemrane interesy w różnych częściach Arkansas, Missisipi i Luizjany, wszędzie tam, gdzie udało im się przekupić szeryfa. Zajmowali się głównie pędzeniem bimbru, prostytucją i hazardem, czyli można powiedzieć, tradycyjnymi dziedzinami przestępczości. Byli jednak bardzo brutalni i nie stronili od zabójstw. Wybierali hrabstwo, w którym wolno było sprzedawać alkohol, sąsiadujące z takim, gdzie baptystom udało się wprowadzić prohibicję, najlepiej przy granicy stanu, i zaczynali kręcić lody. Po pewnym czasie miejscowi mieli ich na ogół dosyć, wybierali nowego szeryfa i bandyci musieli opuścić miasto. Z biegiem czasu osiedli wzdłuż wybrzeża Missisipi, wokół Biloxi i Gulfport. Tych, którzy nie zginęli w strzelaninach, skazano i zamknięto za kratkami. Na początku lat osiemdziesiątych nie było już ani jednego bandziora z początków organizacji, ale ocalało kilku z młodszego pokolenia. Kiedy w Biloxi zalegalizowano hazard, uderzyło ich to mocno po kieszeni. Przenieśli się na Florydę, gdzie odkryli uroki fikcyjnych transakcji ziemią, a także zaskakująco duże możliwości w handlu kokainą. Zarobili masę szmalu, zreorganizowali się i przeobrazili w organizację znaną jako Mafia Nadbrzeżna.

Hugo pokręcił głową.

– Dorastałem na północnej Florydzie, studiowałem tu i mieszkałem przez całe życie, a przez ostatnie dziesięć lat brałem udział w dochodzeniach przeciwko skorumpowanym sędziom. I nigdy nie słyszałem o żadnej Mafii Nadbrzeżnej.

– Nie ogłaszają się w gazetach i ich nazwiska nigdy nie pojawiają się w mediach. Nie sądzę, żeby w ciągu ostatnich dziesięciu lat którykolwiek z nich został aresztowany. To mała grupa, bardzo zwarta i zdyscyplinowana. Podejrzewam, że większość jej członków jest połączona więzami krwi. Mimo to zostaliby zapewne zinfiltrowani, rozbici i wylądowali za kratkami, gdyby nie pojawił się facet, którego nazwę Omarem. Wredny koleś, ale zarazem bardzo sprytny. W połowie lat osiemdziesiątych przeniósł gang do południowej Florydy, która w tamtym okresie była głównym ośrodkiem handlu kokainą. Przez kilka lat prosperowali całkiem nieźle, a potem narazili się kilku Kolumbijczykom i wszystko diabli wzięli. Omar został postrzelony. Jego brat też, tyle że nie przeżył i nigdy nie odnaleziono jego ciała. Uciekli z Miami, ale nie z Florydy. Omar był geniuszem przestępczości i mniej więcej przed dwudziestu laty zafascynowały go indiańskie kasyna.

– Jakoś mnie to nie dziwi – mruknęła Lacy.

– No właśnie! Jak zapewne wiecie, na Florydzie działa teraz dziewięć indiańskich kasyn. Siedem należy do plemienia Seminoli, zdecydowanie największego, jednego z trzech uznawanych przez rząd federalny. Kasyna Seminoli osiągają łącznie dochód brutto w wysokości czterech miliardów dolarów rocznie. Omar i jego chłopcy nie mogli się powstrzymać, żeby nie skorzystać z okazji.

– Więc w pańskiej historii jest mowa o zorganizowanej przestępczości, Indianach, do których należą kasyna, oraz o skorumpowanym sędzi. I wszystko to jakoś się ze sobą łączy? – zapytała Lacy.

– Tak to można określić.

– Ale przestępczością wśród Indian zajmuje się wyłącznie FBI – zauważył Hugo.

– Owszem. I FBI nigdy nie podchodziło do tego zadania z wielkim entuzjazmem. Poza tym, panie Hatch… i niech pan zwróci uwagę, że powtarzam to po raz drugi… nie chcę mieć z nimi do czynienia. Nie znają faktów. Ja je znam i rozmawiam z wami.

– Kiedy poznamy całą historię? – zapytała Lacy.

– Kiedy tylko wasz szef, pan Geismar, da mi zielone światło. Pogadacie z nim, przekażecie, co wam mówiłem, i upewnicie się, że rozumie, czym to wszystko pachnie. Kiedy powie mi przez telefon, że Komisja Dyscyplinarna Sędziów potraktuje moją oficjalną skargę poważnie i przeprowadzi w jej sprawie pełne dochodzenie, postaram się wypełnić wszystkie luki.

Hugo postukał kłykciami w stolik i pomyślał o swojej rodzinie. Lacy obserwowała sunący powoli kuter do połowu krewetek i zastanawiała się, co powie Geismar. Myers patrzył na nich i było mu ich prawie żal.

Rozdział 3

Komisja Dyscyplinarna Sędziów zajmowała połowę trzeciego piętra w pięciokondygnacyjnym biurowcu władz stanowych w centrum Tallahassee, dwie przecznice od Kapitolu. Wszystko, co można tam było zobaczyć – od wytartego postrzępionego dywanu, poprzez wąskie niczym w więzieniu okna, przez które padało światło odbijające się od poszarzałego od papierosowego dymu sufitu, aż po ściany zastawione tanimi regałami uginającymi się pod ciężarem grubych akt i zapomnianych memorandów – świadczyło o napiętym i kurczącym się budżecie, a także o oczywistym fakcie, że wykonywana przez agencję praca nie była traktowana priorytetowo przez gubernatora i władzę ustawodawczą. Co roku w styczniu Michael Geismar, długoletni dyrektor KDS, musiał chodzić z kapeluszem w ręce na Kapitol i patrzeć, jak komisje niższej i wyższej izby dzielą budżetowy tort. Trzeba było się nisko kłaniać. Zawsze prosił o trochę więcej kasy i zawsze dostawał trochę mniej. Takie było życie dyrektora agencji, o której istnieniu większość ustawodawców nie miała nawet pojęcia.

Komisja składała się z pięciu politycznych mianowańców, na ogół emerytowanych sędziów i adwokatów, którzy zdobyli uznanie gubernatora. Spotykali się sześć razy w roku, by zapoznać się ze skargami, prowadzić przesłuchania, które przypominały rozprawy sądowe, i wysłuchać relacji Geismara i jego personelu. Potrzebował więcej etatów, ale nie było na to pieniędzy. Jego sześciu śledczych – czworo w Tallahassee i dwoje w Fort Lauderdale – tyrało średnio przez pięćdziesiąt godzin tygodniowo i szukało po cichu innej pracy.

Ze swojego narożnego gabinetu Michael Geismar mógł, jeśli miał na to ochotę, co zdarzało się nader rzadko, popatrzeć na kolejny, jeszcze wyższy, podobny do bunkra biurowiec i miszmasz stojących za nim rządowych budynków. Jego gabinet był duży, bo zlikwidował ścianki działowe i wstawił tam długi stół, jedyny w labiryncie klitek i pakamer, które KDS nazywał swoją siedzibą. Na oficjalne posiedzenia Komisja wypożyczała salę konferencyjną w budynku Sądu Najwyższego Florydy.

Tego dnia za stołem usiadły cztery osoby: Michael Geismar, Lacy, Hugo oraz tajna broń KDS, leciwa asystentka prawna o imieniu Sadelle, która choć dobiegała siedemdziesiątki, wciąż potrafiła nie tylko zebrać obszerny materiał, dotyczący sprawy, lecz znała go na wyrywki. Przed trzydziestu laty ukończyła wydział prawa, ale oblała trzy razy egzamin adwokacki, w wyniku czego na zawsze została asystentką. Niegdyś nałogowa nikotynistka – to jej można było przypisać większość plam na oknach i suficie – od trzech lat walczyła z rakiem płuc, lecz ani razu nie wzięła chorobowego na cały tydzień.

Na stole leżały dokumenty i wyjęte z nich pojedyncze kartki, w wielu miejscach zaznaczone na żółto i podkreślone na czerwono.

– Facet sprawdza grunt – stwierdził Hugo. – Rozmawialiśmy z ludźmi w Pensacoli, którzy znali go, kiedy był adwokatem. Miał niezłą opinię i tak dalej, przynajmniej do czasu, kiedy go przymknęli. Z wyjątkiem nowego nazwiska jest tym, za kogo się podaje.

– Do jego więziennego dossier nie sposób się przyczepić – dodała Lacy. – Spędził szesnaście miesięcy i cztery dni w zakładzie federalnym w Teksasie i przez większą część odsiadki prowadził tam bibliotekę prawniczą. Był kimś w rodzaju więziennego adwokata: pomógł kilku współwięźniom złożyć apelację, a dwóm załatwił wcześniejsze zwolnienie, bo ich adwokaci nie odwołali się od wyroku.

– Co mamy, jeśli chodzi o zarzuty, za które go skazali? – zapytał Michael.

– Przekopałem akta wystarczająco głęboko, żeby zweryfikować to, co mówił – odparł Hugo. – Federalni namierzyli działającego w nieruchomościach aferzystę o nazwisku Kubiak, który przyjechał tu z Kalifornii i przez dwadzieścia lat budował wszystko, co się dało, wokół Destin i Panama City. Odsiaduje teraz dwudziestoletni wyrok za długą listę przestępstw, w większości za fałszerstwa bankowe, podatkowe oraz pranie brudnych pieniędzy. Kiedy go dorwali, pogrążył wiele osób, w tym niejakiego Ramseya Mixa, który szybko zgodził się zeznawać i dobił targu z prokuraturą. Obciążył zeznaniami wszystkich objętych aktem oskarżenia, zwłaszcza Kubiaka, któremu bardzo zaszkodził. Chyba dobrze, że się teraz ukrywa, żeglując pod innym nazwiskiem po morzach i oceanach. Dostał tylko szesnaście miesięcy. Wszystkich innych skazano co najmniej na pięć lat, Kubiak został laureatem nagrody głównej.

– Sprawy osobiste? – zapytał Michael.

– Dwa rozwody, obecnie samotny – odpowiedziała Lacy. – Żona numer dwa rzuciła go, gdy poszedł siedzieć. Ma jednego syna z pierwszego małżeństwa, facet mieszka w Kalifornii i jest właścicielem restauracji. Po przyznaniu się do winy Myers zapłacił grzywnę w wysokości stu tysięcy. Zeznał, że pobrane przez niego wynagrodzenie wynosiło mniej więcej tyle samo. Jego zwrot i ta grzywna go zrujnowały. Na tydzień przed początkiem odsiadki złożył wniosek o bankructwo.

Hugo rzucił na stół kilka powiększonych fotografii.

– Co jest w pewnym stopniu intrygujące – powiedział. – Przed spotkaniem zrobiłem zdjęcia jego łodzi. To siedemnastometrowa łódź motorowa Sea Breeze, bardzo przyjemna łajba o zasięgu dwustu mil, z wygodną kajutą na cztery osoby. Zarejestrowano ją na Bahamach, więc nie mogłem zdobyć jej numeru, ale oceniam, że jest warta przynajmniej pół miliona. Myers wyszedł na wolność sześć lat temu i, według Stowarzyszenia Adwokatów stanu Floryda, przed trzema miesiącami odzyskał licencję. Nie ma swojego biura i twierdzi, że mieszka na łodzi, którą, jak przypuszczam, może wynajmować. Tak czy inaczej, wygląda to na dość kosztowny styl życia. Więc rodzi się oczywiste pytanie: Skąd ma na to pieniądze?

– Bardzo prawdopodobne, że przed aresztowaniem ukrył część łupu za granicą – wtrąciła Lacy, przejmując pałeczkę. – To była duża sprawa, wielu osobom przedstawiono zarzuty. Ucięłam sobie pogawędkę z pewnym byłym prokuratorem i, jego zdaniem, od początku podejrzewano, że Mix, obecnie Myers, ukrył trochę pieniędzy. Wielu oskarżonych próbowało to robić. Ale pewnie nigdy się tego do końca nie dowiemy. Skoro FBI nie zdołało znaleźć gotówki przed siedmiu laty, powinniśmy założyć, że i nam się nie uda.

– Tak jakbyśmy mieli czas jej szukać – mruknął Michael.

– Otóż to.

– Więc ten facet to aferzysta?

– Z całą pewnością trafił za kratki, ale odsiedział wyrok, odpokutował za swoje czyny i jest teraz szlachetnym członkiem palestry, podobnie jak cała nasza trójka. – Mówiąc to, Hugo posłał Sadelle szybki uśmiech, który nie został odwzajemniony.

– No, może trochę przesadziłem, twierdząc, że to aferzysta – przyznał Michael. – Powiedzmy po prostu, że nie ma nieposzlakowanej reputacji. Nie przekonuje mnie do końca teoria o ukrytej forsie. Jeśli zamelinował ją gdzieś za granicą i złożył fałszywe zeznania w sądzie upadłościowym, to nadal odpowiada za oszustwo. Czy facet byłby gotów podjąć takie ryzyko?

– Nie wiem – odparł Hugo. – Wydaje się dość ostrożny. Poza tym pamiętajcie, że od sześciu lat jest na wolności. Na Florydzie trzeba odczekać pięć lat, zanim złoży się podanie o ponowne przyjęcie do palestry. Czekając na to, zarobił pewnie trochę forsy. Robi wrażenie obrotnego.

– Jakie to w gruncie rzeczy ma znaczenie? – zapytała Lacy. – Czy badamy jego, czy skorumpowanego sędziego?

– Słuszna uwaga – zauważył Geismar. – I zasugerował, że sędzia jest kobietą?

– Tak jakby – odparła Lacy. – Chociaż nie był w tej kwestii jednoznaczny.

– Zakładam, że mamy na Florydzie poprawną politycznie liczbę kobiet sędzi – mruknął Michael, zerkając na Sadelle.

Ta sapnęła ciężko i odezwała się ochrypłym od nikotyny głosem:

– To zależy. Są dziesiątki pań w sądach, które zajmują się wykroczeniami drogowymi i podobnymi sprawami, ale to dotyczy chyba raczej kogoś z sądu apelacyjnego albo okręgowego. Z zasiadających tam około sześciuset sędziów jedna trzecia to kobiety. Z rozrzuconymi po całym stanie dziewięcioma kasynami zgadywanie, o kogo chodzi, to strata czasu.

– A tak zwana mafia?

– Kto wie? – Sadelle nabrała tyle powietrza, ile zdołały pomieścić jej płuca. – Były kiedyś Mafia Dixie, Mafia Troglodytów i Mafia Teksaska, ale więcej się o nich gadało, niż zdziałały w sensie kryminalnej skuteczności. Zwykłe bandy kmiotków zajmujących się sprzedażą whiskey i łamaniem nóg. Nigdzie nie zetknęłam się z czymś, co nazywałoby się Mafią Sumową albo Nadbrzeżną. Nie twierdzę, że nie istnieli, ale nic o nich nie znalazłam. – Głos jej się załamał i złapała kurczowo oddech.

– Nie tak szybko – rzuciła Lacy. – Trafiłam na pewien artykuł sprzed prawie czterdziestu lat. Zamieszczono go w lokalnej gazecie z Little Rock. Była w nim dość barwna historia niejakiego Larry’ego Wayne’a Farrella, właściciela kilku restauracji rybnych nad rzeką Arkansas. Wygląda na to, że handlował sumami od frontu, a bimbrem na zapleczu. W którymś momencie on i jego kuzyni stali się bardziej ambitni i rozszerzyli działalność na hazard, prostytucję i handel kradzionymi samochodami. Tak jak mówił Myers, przenosili się z jednego południowego stanu do drugiego, szukając za każdym razem szeryfa, którego mogliby skorumpować, żeby zorganizować swój proceder. W końcu osiedli w pobliżu Biloxi. To długi artykuł i nie warto przytaczać wszystkich szczegółów, ale trupy za nimi słały się zaskakująco gęsto.

– Hm… przyznaję się do błędu – powiedziała Sadelle. – Dziękuję za oświecenie.

– Nie ma sprawy.

– Czy mogę zadać oczywiste pytanie? – odezwał się Hugo. – Jeśli facet złoży skargę, a my przedstawimy ją tej sędzi i zaczniemy dochodzenie, sytuacja stanie się naprawdę niebezpieczna. Dlaczego nie możemy po prostu zwrócić się do FBI? Przecież w tym momencie Myers nie będzie mógł nam tego zabronić.

– Oczywiście, że nie – przyznał Michael. – I do tego właśnie dojdzie. To nie Myers, ale my prowadzimy dochodzenie. I jeśli będziemy potrzebowali pomocy, z pewnością ją otrzymamy.

– To znaczy, że się tym zajmiemy? – zapytał Hugo.

– Możesz być tego pewien. Tak naprawdę nie mamy wyboru. Jeśli on złoży skargę, w której oskarży sędzię o jakieś uchybienia lub korupcję, ustawa nakazuje nam ją rozpoznać. To proste. Wprawia cię to w niepokój?

– Nie.

– Jakieś wątpliwości, Lacy?

– Oczywiście, że nie.

– Znakomicie. Zawiadomcie pana Myersa. I skoro chce usłyszeć mój głos, poproście go do telefonu.

* * *

Poproszenie Myersa do telefonu zajęło dwa dni i kiedy Lacy w końcu udało się z nim skontaktować, nie był specjalnie zainteresowany rozmową z Geismarem. Oznajmił, że ma w tym momencie pilne sprawy biznesowe i zadzwoni później. Jego głos brzmiał niewyraźnie i zakłócały go trzaski, jakby znajdował się daleko od lądu. Nazajutrz zadzwonił do Lacy z innego telefonu i rozmówił się z jej szefem, który zapewnił go, że skarga zostanie potraktowana priorytetowo i natychmiast zbadana. Godzinę później Myers zadzwonił ponownie do Lacy i poprosił o spotkanie. Powiedział, że chce się jeszcze raz zobaczyć z nią i z Hugiem i porozmawiać. Było sporo dodatkowych informacji, których nie mógł zawrzeć na piśmie, kluczowych informacji, bardzo istotnych dla dochodzenia. Nie chciał podpisać i złożyć skargi, dopóki się nie spotkają.

Michael Geismar zgodził się, więc czekali, aż Myers wybierze jakieś miejsce. Odezwał się dopiero po tygodniu i oznajmił, że on i Carlita są w okolicach wysp Abaco na Bahamach i wrócą na Florydę za parę dni.

* * *

W sobotę późnym popołudniem, kiedy temperatura sięgała trzydziestu ośmiu stopni, Lacy wjechała na osiedle domków jednorodzinnych, którego bramy chyba nigdy się nie zamykały. Kluczyła między sztucznymi stawami z tanimi fontannami strzykającymi nagrzaną wodą, minęła zatłoczone pole golfowe i długie rzędy pyszniących się swoimi podwójnymi garażami identycznych domów i w końcu zatrzymała się obok dużego parku z połączonymi basenami. W wodzie pluskały się setki dzieci, a matki siedziały pod wielkimi parasolami i sączyły zimne napoje.

Osiedle Meadows przetrwało kryzys finansowy i reklamowano je teraz jako wielorasowe miejsce dla młodych rodzin. Hugo i Verna Hatchowie kupili tu dom pięć lat wcześniej, po narodzinach dziecka numer dwa. Teraz mieli ich czworo i ich parterowy dom o powierzchni dwustu metrów kwadratowych zrobił się za ciasny. Przeprowadzka nie wchodziła jednak w grę. Hugo zarabiał sześćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie, tyle samo co Lacy, i podczas gdy ona jako singielka mogła trochę odłożyć, Hatchowie żyli od wypłaty do wypłaty.

Lubili jednak się bawić i w lecie, prawie w każde sobotnie popołudnie, Hugo stał przy grillu obok basenu, piekąc hamburgery, popijając zimne piwo i nawijając z kumplami o futbolu. Dzieciaki kąpały się wtedy w basenie, a kobiety kryły w cieniu. Lacy dołączyła do pań i przywitawszy się z nimi, weszła do altany przy basenie, gdzie schroniła się z najmłodszą córką Verna, nie chcąc, by mała się zanadto przegrzała. Pippin miała dopiero miesiąc i, jak na razie, była bardzo płaczliwym dzieckiem. Lacy co jakiś czas zajmowała się dziećmi Hatchów, żeby ich rodzice mogli trochę odetchnąć. Na co dzień nietrudno było znaleźć kogoś do opieki. Obie babcie mieszkały w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Zarówno Hugo, jak i Verna pochodzili z wielkich rozgałęzionych rodzin z niezliczonymi ciotkami, wujami i kuzynami, których życie obfitowało w bezustanne konflikty i dramaty. Lacy często zazdrościła im poczucia bezpieczeństwa, które daje taki klan, ale dziękowała też losowi, że nie musi się przejmować tyloma ludźmi i ich problemami. Co pewien czas zdarzała się jednak sytuacja, że Verna i Hugo potrzebowali kogoś do opieki, ale woleli nie kontaktować się z krewnymi.

Teraz Lacy wzięła na ręce niemowlę, a jego matka poszła przynieść napoje. Kołysząc małą, Lacy przyglądała się zgromadzonemu na patio tłumowi: mieszance czarnych, białych, latynoskich i azjatyckich par, wszystkich młodych i z małymi dziećmi. Zobaczyła dwóch prawników z Biura Prokuratora Generalnego, których Hugo znał ze studiów, i jeszcze jednego, pracującego w senacie stanowym. Poza nią nie było tam żadnych innych singli, żadnej szansy na niezobowiązujący flirt, choć prawdę mówiąc, raczej nikogo takiego nie wypatrywała. Rzadko się z kimś umawiała – tak mało było dostępnych mężczyzn i tak mało tych, którzy mogli się jej spodobać. Przeżyła już jedno paskudne rozstanie, po którym, nawet po ośmiu latach, nie doszła całkiem do siebie.

Verna wróciła z dwoma piwami i usiadła naprzeciwko niej.

– Dlaczego zawsze robi się taka spokojna, kiedy ty bierzesz ją na ręce? – szepnęła.

Lacy uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. W wieku trzydziestu sześciu lat zastanawiała się codziennie, czy kiedykolwiek będzie trzymać w rękach własne dziecko. Nie znała odpowiedzi na to pytanie, lecz w miarę, jak tykał jej zegar biologiczny, martwiła się, że szanse na to maleją. Verna sprawiała wrażenie równie zmęczonej jak Hugo. Chcieli mieć dużą rodzinę, ale czy naprawdę nie wystarczała im czwórka dzieci? Lacy nie śmiała zaczynać rozmowy na ten temat, ale dla niej odpowiedź była oczywista. Oboje mieli to szczęście, że jako pierwsi w swoich rodzinach skończyli studia, i marzyli, że ich dzieci będą miały tę samą możliwość. Jak mogli się jednak spodziewać, że będzie ich stać na czesne dla całej czwórki?

– Hugo mówi, że Geismar przydzielił wam obojgu dużą sprawę – powiedziała cicho Verna.

Lacy zdziwiła się, bo jej partner był wyznawcą zasady, że spraw zawodowych nie porusza się w domu. Poza tym w KDS z oczywistych powodów przestrzegano zasad poufności. Bardzo rzadko, na ogół po kilku piwach późno w nocy, zdarzało się, że śmiali się w trójkę z jakiegoś skandalicznego zachowania sędziego, w którego sprawie trwało dochodzenie, ale nigdy nie padało jego nazwisko.

– Może być duża, ale może też się skończyć na niczym – odparła.

– Nie zdradził wiele, bo nigdy tego nie robi, ale trochę się niepokoi. To dziwne… nigdy nie brałam pod uwagę, że wasza praca może być niebezpieczna.

– My również nie braliśmy tego pod uwagę. Nie jesteśmy gliniarzami, którzy biegają z wyciągniętymi spluwami. Jesteśmy prawnikami, naszą bronią są nakazy.

– Powiedział, że żałuje, że nie ma broni. To mi naprawdę napędziło stracha, Lacy. Musisz mi obiecać, że nie wdepniecie w coś groźnego.

– Obiecuję ci to, Verna. Jeśli kiedykolwiek uznam, że powinnam być uzbrojona, odejdę stamtąd i znajdę sobie inną pracę. Nigdy w życiu nie oddałam strzału z broni palnej.

– Bo widzisz, w moim świecie… w naszym świecie jest zbyt wiele pistoletów i zbyt wiele złych rzeczy przydarza się z ich powodu.

Pippin, która na piętnaście minut przysnęła, wybuchła nagle płaczem.

– Co za dziecko, co za dziecko – mruknęła Verna, sięgając po nią.

Lacy oddała jej małą i poszła sprawdzić hamburgery.

Rozdział 4

Kiedy Myers w końcu się odezwał, poprosił Lacy o spotkanie w tym samym porcie jachtowym w St. Augustine. Wszystko wyglądało tak samo – upał i parne wilgotne powietrze, przycumowany przy końcu pomostu Konspirator; nawet Myers miał na sobie tę samą koszulę w kwiaty. Kiedy usiedli pod markizą przy tym samym drewnianym stoliku, pociągnął łyk tego samego gatunku piwa i zaczął opowiadać.

* * *

Omar nazywał się naprawdę Vonn Dubose i był potomkiem jednego z gangsterów, którzy rzeczywiście zaczynali przestępczą działalność w restauracji rybnej niedaleko Forrest City w Arkansas. Jego dziadek ze strony matki był jej właścicielem i po latach zginął w policyjnej zasadzce. Ojciec powiesił się w więzieniu – tak przynajmniej napisano w oficjalnym raporcie. Licznych kuzynów i wujów spotkał podobny los i gang tracił na znaczeniu i liczebności, dopóki Vonn nie odkrył uroków handlu kokainą na południu Florydy. Kilka udanych lat pozwoliło mu wzmocnić należący do niego mały syndykat. Zbliżał się teraz do siedemdziesiątki, mieszkał gdzieś na wybrzeżu i nie miał oficjalnego adresu, konta w banku, prawa jazdy, numeru ubezpieczenia społecznego ani paszportu. Po tym, jak trafił na żyłę złota w kasynie, ograniczył liczebność gangu do kilku kuzynów, żeby nie dzielić kasy pomiędzy wielu udziałowców. Zarządzał interesem zupełnie anonimowo, kryjąc się za całym łańcuszkiem zagranicznych firm, reprezentowanych przez pewną kancelarię prawną w Biloxi. Według wszystkich relacji, a nie było ich zbyt wiele, był człowiekiem zamożnym, lecz żył raczej skromnie.

– Spotkał go pan kiedyś? – zapytała Lacy.

Myers skrzywił się.

– Niech pani nie żartuje. Nikt nie spotyka się z tym facetem, to chyba jasne. Żyje w cieniu, trochę tak jak ja. W całym rejonie Pensacoli nie spotka pani trzech osób, które mogą potwierdzić, że znają Vonna Dubose’a. Mieszkam tu od czterdziestu lat, a dowiedziałem się o nim dopiero przed kilku laty. Facet pojawia się i znika.

– Ale nie ma paszportu – zauważył Hugo.

– Ważnego paszportu. Jeśli go dorwą, znajdą przy nim z dziesięć fałszywych.

W 1936 roku Biuro do spraw Indian przyznało autonomię ludowi Tappacola, małemu plemieniu Indian, którego członkowie w liczbie około czterystu mieszkali w większości w małych domkach na bagnistych obrzeżach hrabstwa Brunswick w północno-zachodniej Florydzie. W leżącym tam studwudziestohektarowym rezerwacie, przekazanym im osiemdziesiąt lat wcześniej, plemię miało coś w rodzaju kwatery głównej. W latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia potężne plemię Seminoli, podobnie jak inne plemiona indiańskie w całym kraju, zaczęło odkrywać korzyści, jakie może przynosić posiadanie własnych kasyn. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie Vonn i ludzie z jego gangu zaczęli skupywać za bezcen ziemię przylegającą do rezerwatu Tappacola. Gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych – nikt nie znał dokładnej daty, ponieważ wszelkie rejestry zostały już dawno zlikwidowane – Vonn Dubose złożył Tappacola propozycję zbyt piękną, by była prawdziwa.

– Treasure Key – mruknął Hugo.

– Właśnie. Jedyne kasyno w północnej części stanu Floryda, usytuowane wygodnie, zaledwie piętnaście kilometrów na południe od autostrady międzystanowej numer dziesięć i piętnaście kilometrów na północ od plaż wybrzeża. Zapewniające pełen zakres usług i otwarte przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Do tego park rozrywki w stylu Disneylandu dla całej rodziny, największy aquapark w całym stanie i mieszkania na sprzedaż, na wynajem lub własność wakacyjną. Żyć nie umierać. Prawdziwa mekka dla tych, którzy chcą uprawiać hazard, i tych, którzy lubią wygrzewać się na słońcu. W promieniu trzystu kilometrów mieszka pięć milionów ludzi. Nie znam dokładnych liczb, bo Indianie prowadzący kasyno nie składają nikomu raportów, ale uważa się, że Treasure Key może przynosić roczny dochód w wysokości pół miliarda dolarów.

– Byliśmy tam latem zeszłego roku – przyznał się Hugo, jakby zrobił coś złego. – Skorzystaliśmy z weekendowej oferty last minute za sto pięćdziesiąt dolców. Nie było najgorzej.

– Nie było najgorzej? Chyba fantastycznie. Dlatego ludzie walą tam drzwiami i oknami, a Tappacola trzaskają szmal aż miło.

– I dzielą się z nim z Vonnem i jego chłopcami? – domyślił się Hugo.

– Między innymi, ale nie wybiegajmy zbytnio do przodu.

– Hrabstwo Brunswick znajduje się w Dwudziestym Czwartym Okręgu Sądowym – oznajmiła Lacy. – W tamtejszym sądzie zasiada dwoje sędziów, mężczyzna i kobieta. Czy jestem blisko?

Myers uśmiechnął się i poklepał leżącą pośrodku stołu zamkniętą teczkę.

– Tu jest skarga. Dam ją wam dzisiaj. Sędzia nazywa się Claudia McDover, orzeka od siedemnastu lat. Porozmawiamy o niej później. Teraz pozwólcie, że przedstawię wam tło wydarzeń. Jest kluczowe.

Wracając do plemienia Tappacola. W kwestii hazardu i kasyna doszło tam do dramatycznego podziału. Przeciwnikom przewodził agitator, niejaki Son Razko, który jako chrześcijanin sprzeciwiał się hazardowi z pobudek moralnych. Popierający kasyno obiecywali korzyści dla wszystkich: nowe domy, dożywotnie renty, lepsze szkoły, refundację czesnego dla studentów, opiekę zdrowotną… Lista była bardzo długa. Vonn Dubose potajemnie finansował zwolenników kasyna, ale jak zwykle nikogo nie udało się złapać za rękę. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku sprawa została poddana pod głosowanie. Po wyłączeniu tych, którzy mieli poniżej osiemnastu lat, prawa wyborcze przysługiwały mniej więcej trzystu członkom plemienia. Tylko czternastu z nich nie wzięło udziału w głosowaniu, nadzorowanym przez szeryfów federalnych, na wypadek gdyby doszło do użycia przemocy. Son Razko i jego tradycjonaliści wygrali, zdobywając pięćdziesiąt cztery procent głosów. Przeciwnicy oskarżyli ich o zastraszanie i fałszerstwo, ale sąd apelacyjny odrzucił skargę. Marzenie o kasynie umarło śmiercią naturalną.

Wkrótce potem gwałtowną śmiercią zginął Son Razko.

Znaleźli jego zwłoki w sypialni innego mężczyzny razem z żoną tamtego. Obydwoje zastrzelono dwoma strzałami w głowę. Byli nadzy i wszystko wskazywało na to, że przyłapano ich w trakcie seksu. Mąż kobiety, niejaki Junior Mace, został aresztowany i oskarżony o podwójne zabójstwo. W sporze o kasyno był sojusznikiem Sona Razko. Mace niezmiennie utrzymywał, że jest niewinny, lecz groziła mu kara śmierci. Z troski o bezpieczeństwo nowo wybrana sędzia Claudia McDover przeniosła proces do innego hrabstwa, nalegała jednak, by mu przewodniczyć. Przez cały czas faworyzowała przedstawicieli oskarżenia.

Budowa kasyna napotykała dwie główne przeszkody. Jedną z nich był Son Razko. Drugą – lokalizacja. Większa część terenów należących do Tappacola była bagnista, położona poniżej poziomu morza i w zasadzie nie nadawała się do zamieszkania, można tam było jednak znaleźć dość wyżej położonych gruntów, by zbudować na nich kasyno wraz z przyległymi budynkami. Problemem był dojazd. Droga do rezerwatu była stara, w bardzo złym stanie i nie można było nią puścić całego ruchu. Przewidując wzrost dochodów z podatków, powstanie nowych miejsc pracy i wszelkiego rodzaju inne korzyści, włodarze hrabstwa Brunswick zdecydowali o budowie nowej czteropasmowej drogi prowadzącej od drogi stanowej numer dwieście osiemdziesiąt osiem do granicy rezerwatu. Do miejsca, w którym miało powstać kasyno, było stamtąd bardzo blisko. Inwestycja wymagała jednak przejęcia prywatnej ziemi przez wykup, a w razie sprzeciwu przez przymusowe wywłaszczenia. Większość właścicieli działek na proponowanej trasie była przeciwna powstaniu kasyna.

Hrabstwo wytoczyło jednocześnie jedenaście procesów, starając się o przymusowe wywłaszczenie jedenastu działek położonych wzdłuż proponowanej trasy. Sędzia McDover, która prowadziła te sprawy, nadała im ekspresowy bieg, sponiewierała prawników strony przeciwnej i już po kilku miesiącach pierwsza z nich trafiła na wokandę. W tym momencie nie było większych wątpliwości, przynajmniej wśród adwokatów, że sędzia popiera władze hrabstwa i chce doprowadzić do jak najszybszej budowy drogi. Przed rozpoczęciem pierwszego procesu zorganizowała w swoim pokoju sesję ugodową i zażądała, by uczestniczyli w niej wszyscy prawnicy. W trakcie trwającego wiele godzin posiedzenia doprowadziła do zawarcia porozumienia, na mocy którego hrabstwo miało zapłacić każdemu właścicielowi cenę dwukrotnie przekraczającą wartość działki. W świetle obowiązującego na Florydzie prawa nie było wątpliwości, że hrabstwo przejmie ziemię. Nie wiadomo było tylko, za jakie pieniądze i jak szybko. Dzięki sędzi McDover kasynu udało się uniknąć kilku lat zwłoki.

W związku z tym, że przymusowe wywłaszczenia były w toku, a Son Razko został na zawsze wyeliminowany, zwolennicy kasyna poprosili o kolejne referendum. Wygrali je większością trzydziestu głosów. Złożono kolejny zarzut o fałszerstwo, ale sędzia McDover go odrzuciła. Można było zacząć budowę Treasure Key, które otwarto w dwutysięcznym roku.

Apelacje Juniora Mace’a zostały rozpatrzone i chociaż kilku sędziów zgłaszało krytyczne uwagi wobec McDover i jej rozstrzygnięć, nie znaleziono żadnych poważnych błędów proceduralnych. Wyrok pozostał w mocy.

– Studiowaliśmy tę sprawę na wydziale prawa – wtrącił Hugo.

– Zabójstwo popełniono przed szesnastu laty, więc ile miał pan wtedy? Dwadzieścia lat? – zapytał Myers.

– Coś koło tego. Nie pamiętam samego zabójstwa ani procesu, ale mówiło się o tym na wydziale. Chodziło chyba o sprawy proceduralne. O to, czy można korzystać z donosów współwięźniów osób oskarżonych o przestępstwa zagrożone karą śmierci.

– Pani chyba ta sprawa nie obiła się o uszy? – zapytał Myers, zwracając się do Lacy.

– Nie. Nie dorastałam na Florydzie.

– Mam wszystkie akta dotyczące tego procesu, razem z wnioskami apelacyjnymi. Śledziłem go przez wiele lat i gdybyście potrzebowali jakichś szczegółowych danych, wiem o nim więcej niż ktokolwiek.

– Czy Mace rzeczywiście złapał żonę w łóżku razem z Sonem i dostał szału? – zapytała Lacy.

– Bardzo w to wątpię. Zeznał, że był gdzie indziej, ale świadek, który potwierdził jego alibi, nie był zbyt wiarygodny. Wyznaczony obrońca z urzędu był nowicjuszem i nie miał szans w starciu z oskarżycielem, który okazał się szczwanym manipulatorem. Sędzia McDover pozwoliła mu wezwać na świadków dwóch więziennych kapusiów, a ci zeznali, że Mace przechwalał się w areszcie zabójstwami.

– Czy nie powinniśmy pogadać z tym Mace’em? – zapytał Hugo.

– Od tego bym zaczął.

– Ale dlaczego? – zdziwiła się Lacy.

– Bo Junior Mace może coś wiedzieć i jest szansa, że wam się zwierzy. Indianie Tappacola są skrytymi, zamkniętymi w sobie ludźmi, nieufnie traktującymi obcych, zwłaszcza takich, którzy reprezentują jakąkolwiek władzę. Poza tym boją się Vonna Dubose’a i jego gangu. Zostali w prosty sposób zastraszeni. Zresztą po co mieliby uchylać rąbka tajemnicy? Uważają na pewno, że złapali Pana Boga za nogi. Mają domy i samochody, szkoły i opiekę zdrowotną, pieniądze na czesne dla dzieci. Po co kołysać łodzią? Nawet jeśli kasyno robi szemrane interesy z jakimiś gangsterami, kogo to obchodzi? Ktoś, kto za dużo gada, może zarobić kulkę.

– Moglibyśmy porozmawiać o tej sędzi? – powiedziała Lacy.