Dasz radę, Marcelko - Marcin Pałasz - ebook + książka

Dasz radę, Marcelko ebook

Marcin Pałasz

5,0
12,72 zł

lub
Opis

Marcelka po wypadku chodzi o kuli i musi dużo ćwiczyć, żeby wyzdrowieć.  Nie jest jej łatwo, tym bardziej że jej klasę zdominowały dwie dziewczyny, które dokuczają jej i się z niej wyśmiewają. Dziewczynka marzy o tym, żeby mieć psa, ale mama mówi: „Nie ma mowy”, nawet kiedy ciocia znajduje na ulicy małego psiaka i musi go oddać do schroniska. Jednak pan doktor twierdzi, że taki psiak pomógłby Marcelce  w leczeniu. I tak oto dziewczynka staje się panią psa Rozrabiaka i już nie jest samotna. A że dla swojego Rozrabiaka zrobi wszystko, poradzi sobie i z rehabilitacją, i z głupimi żartami niesympatycznych koleżanek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Projekt okładki i ilustracje: Katarzyna Sadowska

Copyright © Marcin Pałasz

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-423-0

Warszawa 2014

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33;

fax 22 837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Marcelka wyszła ze szkoły prawie ostatnia. Jak zwykle. Pociągnęła nosem, rozejrzała się i ujrzała z ulgą, że czerwone auto mamy stoi na parkingu pod drzewami. Mama zaś, czujna jak zawsze, szła już w jej stronę.

– Jak było dziś w szkole? – spytała ciepło, biorąc od niej plecak z książkami i zeszytami.

Marcelka poprawiła kulę. Przez chwilę miała ochotę w końcu opowiedzieć mamie o tym wszystkim, co robiła w szkole Nikola, ale ostatecznie nie powiedziała niczego. Gdyby to zrobiła, to pewnie mama od razu poszłaby do pani wychowawczyni i wyszłoby na to, że Marcelka jest skarżypytą! A tego dziewczynka bardzo nie chciała.

– W porządku, mamo! – powiedziała więc tylko i powolutku, jak zwykle, poszły w stronę samochodu.

„Ach, żeby już był koniec tego leczenia!” – marzyła sobie, wyglądając przez okno, za którym przesuwały się budynki. Mama prowadziła samochód ostrożnie, jak to ona, i wcale nie wiedziała, o czym myśli teraz jej córeczka! A Marcelka wyobrażała sobie, jak to by było fajnie, gdyby znowu mogła chodzić tak jak kiedyś: bez kuśtykania, bez kuli... Chociaż babcia Aniela mówiła, że Marcelka nie powinna narzekać. Bo przecież jeszcze dwa lata temu jeździła na wózku inwalidzkim. Rok temu chodziła o dwóch kulach... a teraz już tylko o jednej! W dodatku pan doktor powiedział ostatnio – choć po cichutku, do mamy, i chyba zdawało im się, że Marcelka tego nie słyszy – że być może za pół roku w ogóle nie będzie potrzebowała kuli... Ależ byłaby szczęśliwa!

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Nikola i jej PRZYJACIÓŁKI. Gdy tylko wszyscy spotkali się w pierwszej klasie, Nikoli od razu nie spodobała się Marcelka i jej kule (bo wtedy chodziła jeszcze o dwóch). Zaczęła wyśmiewać się z jej kuśtykania, a że była taką klasową królową, to jej przyjaciółki od razu zaczęły śmiać się z Marcelki razem z nią.

– Ooo, kto tam tak kuśtyka? – wołała na przerwie, wcześniej sprawdziwszy, czy żadnego nauczyciela nie ma w pobliżu. – Kuśtykaj prędzej, zaraz dzwonek na lekcję!

Albo:

– Marcelko, nie wychodź ze szkoły na przerwie! – wołała Nikola z udawaną troską. – Bo przecież gdy wyjdziesz z klasy po lekcji, nie zdążysz wrócić na następną!

Albo najgorsza sytuacja, gdy po prostu ją przezywały:

– Kuternoga idzie! Kuternoga...!

Nie wiedziała, skąd wzięły to staroświeckie przezwisko, ale bolało bardzo. A one wtedy znowu wszystkie się śmiały. Marcelka zaś, bohatersko powstrzymując łzy wstydu i złości, zaciskała usta i dzielnie kuśtykała na zewnątrz, by choć przez chwilę popatrzeć na trawę, drzewa i słońce.

Na początku mogła liczyć na Maćka i Wiktorię, którzy mieszkali prawie tam gdzie ona, bo w sąsiednim bloku. Tylko oni z nią rozmawiali i czasem pomagali jej w różnych rzeczach – a to nieść plecak, a to wejść po schodach do biblioteki, która była na pierwszym piętrze. Wiktoria szybko jednak przestała się do niej odzywać, gdy kilka razy znalazła swoje zeszyty oblane sokiem albo pomazane flamastrami. Maciek też zrobił się trochę inny, chociaż czasem odważył się z Marcelką chwilę porozmawiać. Ale tylko wtedy, gdy nikt nie widział; na szkolnym korytarzu zawsze stał kawałek dalej, wpatrzony w swój telefon, i nic nie mówił – nawet wtedy, gdy dziewczyny ją przezywały, a ona przełykała gorzkie łzy.

I nie wsiadał już razem z Marcelką i jej mamą do ich czerwonego samochodu, by wspólnie pojechać do domu, tylko szedł piechotą. Marcelka dobrze wiedziała, że było tak od czasu, gdy Nikola, pięknie wystrojona w swoje najnowsze supermodne dżinsy i bluzeczkę z kryształkami, krzyknęła pewnego razu:

– Patrzcie, narzeczona para znowu razem jedzie do domu!

Pewnie nie minie dużo czasu, a Maciek też przestanie się do Marcelki całkiem odzywać...

Po obiedzie niespodziewanie przyjechali ciocia Basia i wujek Marek. Ale szybko okazało się, że zjawił się z nimi jeszcze ktoś!

– Znaleźliśmy go