24,99 zł
Zbiór reportaży byłego sędziego Sądu Najwyższego, który skrupulatnie opowiada o przesłuchaniach i osobistych spotkaniach z niemieckimi esesmanami i ofiarami niemieckich obozów koncentracyjnych.
Autor jest współzałożycielem Fundacji Pamięci Ofiar Auschwitz-Birkenau, pełni także funkcję prezesa rady fundacji.
Zbiór składa się z trzech reportaży: "Świadkowie", "Przesłuchanie" oraz "Sędzia i kat, czyli jeden dzień doktora Thümmlera".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 427
Józef Musioł
Saga
Człowiek i zbrodnia
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 1990, 2021 Józef Musioł i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726726244
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Od 26 listopada 1975 roku toczy się w Düsseldorfie proces przeciwko czternastu byłym członkom SS, funkcjonariuszom obozu koncentracyjnego w Majdanku, w którym według wielu źródeł zagazowano, powieszono, zastrzelono lub zagłodzono na śmierć kilkaset tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci.
Niektóre źródła dowodzą, iż liczba ofiar przekracza milion osób.
Na ławie oskarżonych zasiedli:
Hermann Hackmann, były Schutzhaftlagerführer , obecnie zamieszkały w Usler,
Wilhelm Reinartz, były Unterscharführer , obecnie zamieszkały w Langenfeld,
Heinrich Schmidt, były lekarz obozowy, Obersturmführer, obecnie mieszka w Uelze, powiat Burgdorf, Thomas Ellwanger, były Unterscharführer, obecnie mieszka w Eyerhausen,
Emil Laurich, były Rottenführer w wydziale politycznym, obecnie mieszka w Neu-Wulmstrof,
Heinz Villain, były Unterscharführer i Feldführer, obecnie mieszka w Monachium,
Heinz Petrick, były Oberscharführer i Feldführer, obecnie mieszka w Monachium,
Heinrich Groffmann, były Unterscharführer i Feldführer, obecnie mieszka w Behringen,
Arnold Strippel, były Obersturmführer, adiutant i przejściowy zastępca Schutzhaftlagerführera, obecnie mieszka w Niederhohstadt, Taunus,
Hildegard Lächert, była Aufseherin , obecnie mieszka w Reicharthausen/Baden,
Rosa Süss z domu Reichel, była Aufseherin, obecnie mieszka w Neureichenau,
Charlotte Mayer z domu Wöllert, była Aufseherin, obecnie mieszka w Kolonii,
Hermine Böttcher z domu Brückner, była Aufseherin (także Aufseherin w Ravensbrück), obecnie mieszka w Hanowerze,
Hermine Braunsteiner-Ryan, była Aufseherin, aktualnie mieszka w Essen.
Oskarżeni odpowiadają z wolnej stopy i w okresie procesu mieszkają w opłaconych przez państwo mieszkaniach, położonych niedaleko sądu.
Polska udziela wszechstronnej pomocy organom ścigania i wymiaru sprawiedliwości RFN, w celu ustalenia zakresu winy poszczególnych osób postawionych w stan oskarżenia. Zeznania świadków z Polski mają niemałe znaczenie dowodowe w tym procesie. W latach 1968—1978 wyjechało z Polski przeszło sześciuset świadków, w tym 549 do RFN.
Rzecznicy z Bonn zapowiedzieli zakończenie tego ostatniego z wielkich procesów zbrodniarzy hitlerowskich na koniec 1980 roku. Jednak już dzisiaj można stwierdzić, sądząc po tempie, w jakim się toczy, że dotrzymanie tego terminu — jak to podkreśla prasa zachodnia — jest wielce wątpliwe. Wszystko wskazuje na to, że pobity zostanie rekord czterech lat, ustanowiony przez procesy norymberskie, które trwały od 1945 do 1949 roku. Oblicza się też, że koszty tego procesu wyniosą kilkanaście milionów marek.
Proces toczy się w swoistej atmosferze, echa docierające z düsseldorfskiej sali rozpraw są niepokojące i to nie tylko dlatego, że oskarżeni nie czują skruchy, lecz przede wszystkim dlatego, że część obrońców wykorzystuje salę rozpraw jako trybunę do wygłaszania poglądów podważających wartości i zdobycze cywilizacji, które tak brutalnie podeptał hitleryzm.
Jak pisze „Newsweek” (tłumaczenie w nr 32 „Forum” z 1977 roku), obrońcy w pewnej fazie rozprawy „niemal odebrali inicjatywę prokuraturze”, wybielając nazizm na czele z Adolfem Hitlerem. A ofiary zbrodni hitlerowskich, które przeżyły i wyraziły zgodę na wystąpienie w tym procesie w charakterze świadków, były przedmiotem ataków nie mających nic wspólnego z dochodzeniem prawdy materialnej.
Tak się już dziwnie składa, że relacje z procesów koncentrują swą uwagę wokół oskarżonych, a rzadziej wokół ich ofiar. To oskarżeni stają się w naszych publikacjach postaciami pierwszoplanowymi, a ich ofiary giną w cieniu anonimowej notatki prasowej. Fascynują nas bardziej zbrodnie i ich sprawcy niż ofiary i ich przeżycia, przeżycia z czasów dokonania przestępstwa, jak i te, które ofiary otrzymały niejako w spadku i od których uwolnić się tak trudno. Tragicznym paradoksem jest także i to, iż dzięki temu, że ofiary pamiętają, tkwią w koszmarnych przeżyciach i zapomnieć ich nie potrafią.
Społeczność ludzka, jeżeli zechce, może tę pamięć ofiar wykorzystać do stawiania tamy rodzeniu się nowych zbrodni. Czyżby więc w interesie ludzi leżało, aby ofiary zbrodni nie zapomniały?
Spójrzmy więc na ten proces w Düsseldorfie oczami ludzi, którzy przeżyli gehennę obozu koncentracyjnego. Ludzi, których obecność na sali jest często poprzedzona wstrząsem wywołanym uświadomieniem sobie konieczności nie tylko mówienia prawdy o tamtych latach, ale i zetknięcia się ze swymi oprawcami.
Co skłoniło ich, że zdecydowali się na wyjazd do RFN, by stanąć tam nie tylko przed sądem, ale spotkać się oko w oko z ludźmi, dla których w końcu nie tak dawno życie świadków, przybywających dzisiaj do Düsseldorfu z Polski, Izraela i innych krajów świata, przedstawiało mniejszą wartość niż życie psa.
Czym kierowali się świadkowie przybywający z różnych stron świata — żądzą odwetu, szukaniem zemsty, czy też dążeniem do utrwalenia prawdy, przerażającej w swej treści, która podobnie jak inne dobra, powinna służyć przyszłym pokoleniom?
Posłuchajmy ich relacji. Może pomogą nam, szczególnie młodym, ujrzeć współczesność nie tylko przez pryzmat wytwornej garderoby i luksusowych samochodów, jakimi na przykład na kolejne posiedzenia sądu w Düsseldorfie zajeżdżają niektórzy oskarżeni.
Może pomogą zrozumieć, dlaczego o zbrodniach hitlerowskich zapomnieć nie wolno i dlaczego Narody Zjednoczone dnia 26 listopada 1968 roku uchwaliły konwencję o niestosowaniu przedawnienia wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości.
A może pomogą również zrozumieć, dlaczego Republika Federalna Niemiec dotąd tej konwencji nie podpisała, mimo iż jest członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych?
Warszawa, dnia 15 sierpnia 1977 roku. Rozpoczynam rozmowę z ludźmi, którzy — nie bójmy się tego stwierdzenia — mieli nie żyć. Weszli do budynku redakcji jakby onieśmieleni, trochę zdeterminowani moim zaproszeniem do któregoś tam z rzędu odtworzenia nie tylko wrażeń z procesu, w którym uczestniczyli — bo czynią to po raz pierwszy — lecz wracaniem do tamtych obozowych przeżyć. Na nic zdają się wysiłki stworzenia nastroju swobody, ani kawa i herbatniki na redakcyjnym stole. Nie może być swobody tam, gdzie mówi się o sprawach życia i śmierci.
Świadkowie. Wszyscy, z którymi się zetknąłem, wykazywali powściągliwość i niechęć powrotu nie tylko do obozowych przeżyć, ale i okoliczności, w których świadomie zdecydowali się otworzyć śluzy pamięci i poddać próbie to, co przeżyli, co jest częścią ich życia, ich bolesnym doświadczeniem.
Jak zacząć rozmowę, której chcą uniknąć, mimo iż mają świadomość, że ich przeżycia stanowią ostrzeżenie dla współczesnego świata pełnego zbrodni i nienawiści, a więc nie mówić, a krzyczeć powinni.
Kto? Oni, byli więźniowie, czy my wszyscy, świat cały? Krzyk tamtych za drutami był jakże często ostatnim dowodem życia zgaszonego w komorze gazowej lub pejczem SS-mana wydoskonalonego w zabijaniu.
Czy świat usłyszał tamten krzyk, czy pamięta go dzisiaj, czy jeszcze chce pamiętać?
Jak może chcieć pamiętać, skoro tworzy doskonały, przerażająco doskonały system masowego zabijania, przy którym komory gazowe stanowią pierwszy stopień wtajemniczenia w produkcji „urządzeń” zagłady. A może w tym kontekście nie powinniśmy pamiętać o Buchenwaldzie, Oświęcimiu czy Majdanku, o ludziach, którzy zginęli w obozach i o tych, którzy to piekło dwudziestego wieku przeżyli?
Może więc nie warto pisać o przeżyciach jednostek, którym los darował życie, skoro szykujemy broń do zabijania milionów? Broń? Nie, to określenie już tu nie pasuje. Raczej będzie się to nazywać „środek” do masowego mordowania ludzi.
Słuchać więc, czy nie słuchać tamtych, wstrząsać sumieniem i dobijać się o pamięć i prawdę, czy poddać się bezwolnie? O wojnie wiemy już podobno wszystko. Młode pokolenie czuje przesyt tematyką z okresu drugiej wojny światowej?
Tak, istotnie, wiemy dużo — w liczbach, wielkościach bardzo wymiernych, w kategoriach, które z uwagi na rozmiar, upływ czasu stają się coraz bardziej pojęciami abstrakcyjnymi i dlatego już nie przerażają. Spróbujmy jednak spojrzeć na „tamto” oczyma człowieka, który przeżył obóz, który — aby żyć — pragnie puścić w niepamięć wszystko, co wniósł w jego życie koszmarny okres komór gazowych, człowieka, który po przeszło trzydziestu kilku latach zdecydował się na tę niecodzienną konfrontację przeszłości z tym, co dostarcza mu współczesny świat.
Zaczynam stereotypowo: — Co zadecydowało, że wyrazili zgodę na wyjazd do RFN, na proces, w czasie którego powracając do utraconej młodości, podeptanej godności ludzkiej zmuszali się do maksymalnej koncentracji i mogli z tego procesu nie powrócić? Tamte obozowe przeżycia zniszczyły ich zdrowie do tego stopnia, że stale są pod opieką lekarską.
Świadkowie: Iwona Stembrowicz — kierownik administracyjny Teatru Rozmaitości w Warszawie, Jan Nowak — psychiatra, doktor nauk medycznych, też z Warszawy.
Iwona Stembrowicz: — Pojechałam do Düsseldorfu z ciężką grypą. Zdecydowałam się — mimo tamtego koszmaru, który wraca jeszcze dzisiaj, po tylu latach — bo stanąć przed sądem nakazywał mi patriotyczny obowiązek, obowiązek każdego człowieka przyjścia z pomocą wymiarowi sprawiedliwości. Drugi element, który wpłynął na przełamanie jakichkolwiek oporów, to wola przekazania młodemu pokoleniu, że tamto istniało tak samo, jak miała miejsce druga wojna światowa. Że to jeszcze istnieje. Że nie zginęło.
Już po pierwszym spotkaniu tu, w Polsce, z prokuratorem z RFN-u zdecydowanie powiedziałam: tak! Myśmy tak wiele przeżyli w obozie. Ja na przykład miałam już wyrok śmierci i cudem jedynie jej uniknęłam. Nie mogę więc teraz unikać mówienia prawdy.
Miałam zeznawać głównie na okoliczność oskarżonego Reinartza. To był felczer, który zabijał Żydów. Chodziło też o dzień 3 listopada 1943 roku, kiedy to w ciągu jednego dnia zamordowano około 18 000 osób.
Jan Nowak: — U mnie jest to sprawa złożona. Przywieziono mnie na Majdanek w lutym 1942 roku, gdy obóz istniał w projekcie jako Kriegsgefangenenlager der Waffen SS . Po drodze zaliczyłem słynne więzienie na Montelupich w Krakowie, roczny pobyt w Oświęcimiu. Byłem po tyfusie, po trzydziestokilogramowym spadku na wadze. Byłem jednak silny duchowo, byłem już lekarzem i temu chyba zawdzięczam przetrwanie.
Obóz na Majdanku budowano na moich oczach; powstawały baraki, przy budowie których zginęło dziesięć tysięcy Żydów lubelskich i prawie pięć tysięcy radzieckich jeńców.
Warunki panujące w tym obozie — to błoto, głód. Błoto, jakiego nigdzie nie widziałem. Wszy, pluskwy, pchły i wyniszczenie głodem. Podobnych warunków nie spotkałem w żadnym innym obozie, a byłem aż w czterech.
Moralna więź, poczucie godności, mimo deptania wszystkiego co ludzkie, niesienie pomocy drugiemu — oto co pomagało nam, więźniom politycznym, przetrwać. To zadecydowało, iż udało nam się uchronić między innymi życie jednego z najwybitniejszych lekarzy, współtwórcy nowoczesnej pediatrii polskiej — profesora doktora Mieczysława Michałowicza, współzałożyciela i honorowego przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego.
Decyzja, o którą pan pyta... Widzi pan, mimo iż upłynęło tyle lat, większego procesu oprawców z Majdanka nie było. Był proces w sprawie katów z Oświęcimia, jednak nie wystąpiłem w nim.
Dlaczego? Za dużo człowiek przecierpiał, świadków było wielu. Tu jednak uznałem, iż nie może mnie zabraknąć. Byłem na Majdanku jednym z pierwszych, o czym świadczy choćby mój numer obozowy — 19. Widziałem więcej od innych i obowiązkiem moim było obiektywne przedstawienie tego, co działo się w tym piekle. Ludzie mnie ostrzegali, mówili: ty tyle wiesz, nie jedź tam. Jeśli w tym państwie zamordowano prokuratora generalnego, to dlaczego miano by oszczędzać ciebie, tak niewygodnego świadka, zakatrupią cię. Powiesz, że nie możesz, nie jesteś przecież zupełnie zdrowy.
Do tych ostrzeżeń dochodziły wiadomości o bezpardonowym, pełnym szykan zachowaniu się obrońców w tym procesie, o tym, jakich przeżyć doznali świadkowie. Odpowiedziałem swym bliskim: wiecie, to byłoby jednak tchórzostwo z mojej strony, muszę jechać, bo to jest sprawdzenie się. To sprawdzenie, które zapoczątkowane zostało w obozie i z którego wyszedłem jako człowiek. Była to więc dla mnie jeszcze jedna z prób. Pojechałem.
Iwona Stembrowicz: — Pyta pan o wrażenia i refleksje związane z zetknięciem się z sądem w Düsseldorfie?
Tak się składa, że występowałam w ogóle po raz pierwszy w sądzie. Mimo że sąd — myślę tu o przewodniczącym składu sędziowskiego — odnosił się do mnie jak najbardziej właściwie, wręcz mnie bronił przed napaścią obrońców, od samego początku poczułam się w tym sądzie nie jako świadek, który przebył taką drogę, by sądowi pomóc, lecz jako oskarżona. Już sam układ na tej sali rozpraw mnie zaszokował. Oskarżeni — wszyscy wytwornie ubrani, siedzieli w towarzystwie obrońców nie tak jak to ma miejsce u nas, lecz jak w klasie lekcyjnej siadają słuchacze. Patrzyłam na ich twarze z bardzo bliska.
Jest „krwawa Brygida”. Jest Hermina Braunsteiner-Ryan — ta, którą sąd w Ameryce ekstradował do RFN-u, „bohaterka” książki więźniarki Danuty Brzosko-Mędryk Czy świadek szuka zemsty? W spojrzeniu byłych oprawców nie dostrzegłam ani skruchy, ani żalu, tylko pogardę i ironię. Rozmawiali ze sobą lub obrońcami, trącali się, bez przerwy wtrącali różne słowa.
Mimo upływu przeszło trzydziestu lat mam zakodowane pewne wiadomości, ale trudno czasem podać jakąś datę. Gdy się przejęzyczyłam lub pomyliłam na przykład datę, atak obrońców był natychmiastowy, mający na celu nie — udowodnienie prawdy, a wręcz jej zaciemnianie i zdyskredytowanie mnie jako świadka i jako człowieka. A przecież nie mogłam pamiętać ścisłych dat, bo ja pamiętników tam nie pisałam, a tylko przeżywałam tragedię. Byłam wtedy młodą, wystraszoną dziewczyną, kilka razy umierającą.
Zeznawałam 2 maja 1977 roku, od dziewiątej do piętnastej. Gdy zeznawałam, oni się śmiali i kpili i to tak, iż musiał interweniować sędzia. A przecież mówiłam o życiu i śmierci zadawanej masowo ludziom przez ludzi — nic takiego, co mogłoby być kwitowane śmiechem. Jeden z obrońców szczególnie się w tym wyróżniał — obrońca „krwawej Brygidy”. Zaraz... jak on się nazywał... chyba Bock. Taki młody, trzydziestoparoletni, o długich, lepiących się, okropnych włosach, w okularach.
Byłam świadkiem, głównie w sprawie Reinartza i tam na sali rozpraw nie mogłam go poznać, ponieważ jeszcze nie wiedziałam, że ten hitlerowiec był po operacji plastycznej czy innym zabiegu szczęki. Zarzucał mi obrońca, jak mogłam go nie poznać! Nie wytrzymałam i zapytałam: a on mnie poznaje, czy wy mnie poznajecie? To było trzydzieści trzy lata temu.
Gdy wychodziłam w czasie przerwy na korytarz, bo chciałam się czegoś napić — przechodziłam obok niej — Hildegardy Lächert, owej „krwawej Brygidy”, bo biła biczem ze stalową końcówką, na śmierć. Nie mogła mnie już zabić biczem, ale z jej spojrzenia wyczytałam: „Ty polskie ścierwo, gdybym to wtedy wiedziała lub teraz mogła, zatłukłabym ciebie”. Czułam, że zabija mnie wzrokiem. Gdyby nie koleżanka, gdyby nie prokurator, tam, na korytarzu...
Dochodziło do tego, że płakałam jak dziecko, bo wstrząsające było i to, że oni wszystko, cośmy powiedzieli, bagatelizowali sobie. Ci Niemcy nam nie wierzyli! Był okres, że zrobiło mi się tak słabo, iż musiał interweniować lekarz...
Na koniec moich zeznań złożyłam zgodnie z ich procedurą przysięgę. I tu wprawiłam ich w szok, bo na pytanie, jaką formę przyrzeczenia będę składać, odpowiedziałam: taką, jaka przewidziana jest dla katolika. Jak to — zdawali się pytać — ona, z tego komunistycznego kraju, ma odwagę przyznać się, iż wierzy i że chce składać przysięgę przewidzianą dla wierzącego?
Na drugi dzień zaskoczono mnie oświadczeniem, że na wniosek obrońcy mam ponownie stanąć przed sądem, bo rzekomo jestem Żydówką i dlatego takie, a nie inne zeznanie złożyłam. Byłam oburzona i zażądałam, aby mnie natychmiast przesłuchano, a nie dopiero następnego dnia. Sędzia się przychylił do mej prośby i znów stanęłam przed sądem. Rozpoczęło się dodatkowe przesłuchanie, w którym odpowiedziałam:
— Proszę Wysokiego Sądu, to im o to chodzi, z jakiej rasy się wywodzę? My, tu na sali, walczymy o prawa człowieka bez względu na rasę i wyznanie. Dla prawdy, dla zaspokojenia ciekawości pana mecenasa mogę wykazać się do dziesiątego pokolenia, że... nie tylko nie jestem Żydówką, ale w całej mojej rodzinie nie mam nikogo spokrewnionego lub spowinowaconego z rodziną żydowską.
— No, a ciotka, ta, która zginęła w obozie?
— Moja ciotka umarła w 1965 roku w Warszawie i pochowana została na Powązkach. Można sprawdzić: IV brama, 64 kwatera.
Wtedy to sędzia powiedział: — Bardzo panią przepraszam za kolegów, którzy tutaj popełnili taki nietakt. Jeszcze raz pani dziękujemy, nie będziemy już pani zaprzysięgać drugi raz.
Dla mnie cel takiej postawy był jednoznaczny: zaskoczyć, podważyć wartość moich zeznań, ale chyba jeszcze coś więcej...
Chyba więc chodzi tu o coś więcej niż o zaskoczenie i wytrącenie świadka z równowagi, choć i stosunek do świadka — w tym wypadku kobiety, która przeżyła gehennę obozu koncentracyjnego — nie może pozostawać poza sferą ocen etyczno-moralnych. W trzydzieści dwa lata po klęsce hitleryzmu rasizm pojawia się publicznie i to w codziennych wystąpieniach adwokata. Już nie gdzieś w przeszłości, a w zasięgu wyciągniętej dłoni jawi się to, co złowieszczo wyziera z treści znamiennego rozkazu SS podpisanego przez Heinricha Himmlera.
„W czasie prowadzonych przeciwko bandom akcji, należy zebrać mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy podejrzani są o kontakty z bandami i oddać ich do obozów w Lublinie lub Oświęcimiu [...] Szef Urzędu Głównego SS ds. Zarządzania Gospodarczego proponuje w porozumieniu z szefem policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa, aby w Lublinie urządzić obóz zbiorczy dla dzieci i młodzieży. W obozie tym mają być poddani badaniom pod względem rasowym i politycznym. Młodzież płci męskiej i żeńskiej, która rasowo jest bez znaczenia należy kierować do zakładów gospodarczych przynależnych do obozów koncentracyjnych i szkolić ich w charakterze uczniów. Dzieci muszą być wychowywane. Wychowanie ma obejmować naukę, która będzie polegać na wpajaniu im obowiązku posłuszeństwa, pracowitości, bezwarunkowego poddaństwa oraz uczciwości w stosunku do niemieckich panów. Liczyć mają do stu, zapoznać się ze znakami drogowymi; należy również przygotować ich do przyszłych zawodów jako rolników, ślusarzy, kamieniarzy, stolarzy itd. Dziewczęta należy przyuczyć do prac w gospodarstwie rolnym oraz jako tkaczki, prządki, dziewiarki (robienie na drutach) i tym podobne roboty [...]”
Jan Nowak: — Dla mnie, lekarza, często występującego przed sądem w Polsce jako biegły, uderzające było na samym wstępie to rozmieszczenie osób na sali rozpraw. Oskarżeni siedzieli w ławkach, jak uczniowie w sali lekcyjnej. Siedzieli w towarzystwie dwóch adwokatów każdy. Byli oprawcy patrzyli na mnie i pilnie pisali. Wiedziałem wtedy, że wystąpienie w tym sądzie będzie niełatwe, bo muszę wystąpić i jako ofiara, i jako w pewnym sensie biegły. Dostrzegłem tę chęć łapania mnie za słowo. Znane mi też były ataki obrońców oskarżonych na świadków, obrażające ich godność i to tak dalece, że zadawałem sobie pytanie, kto tu właściwie jest oskarżony: załoga SS, czy ich ofiary, świadkowie ich zbrodni. Miałem tego świadomość i dlatego chciałem tam, w Düsseldorfie, swoje wystąpienie potraktować szerzej i zmusić do spojrzenia na sprawę zeznań świadków z wszystkimi implikacjami, jakie stwarzają współczesne zdobycze nauki.
— Widzi pan, właściwości osobnicze są pomocne w wiernym odtwarzaniu przeżyć — szczególnie tamtych, tragicznych, z okresu okupacji. Ci spośród świadków, którzy posiadają pewną dozę ejdetyzmu mogą spokojnie i wiernie opisać to, co przeżyli, co widzieli, i nie zapominają łatwo tych obrazów opartych na spostrzeganiu osobistym zbrodni hitlerowskich tam w obozach koncentracyjnych.
Mnie tam, na sali, jednak chyba inaczej traktowali. Wyczuli moją przewagę tkwiącą i w rutynie występowania przed sądem, i moją wiedzę zawodową, która pomogła mi w rozgrywaniu tej swoistej partii na sali rozpraw. Okazało się, że nie wystarczało być świadkiem, tam trzeba się było umieć po prostu bronić przed atakami „ławy obrońców”, w której panują stosunki korsarskiej podjazdowej walki. Ni stąd, ni z owąd obrońca zaczął mi zadawać pytania z zakresu nie opublikowanych jeszcze pamiętników doktora Kosibowicza . Pytania były podchwytliwe, chodziło o to, aby mnie zdyskredytować.
Zeznawałem, że pijany Villain robił to a to, że na przykład wyłapywał tych, którzy byli u kresu sił i „dekowali” się przed pracą. Chorzy nie chcieli iść na rewir, bo stamtąd brano do gazu. Wyłapywano więc tych ukrywających się i tworzono z nich małe komando i posyłano do krematorium. Tego byłem osobiście świadkiem. Widziałem, jak jeden z więźniów schował się w dole kloacznym i nakrył gazetą. Rozpoczęły się poszukiwania, bo stan się nie zgadzał. Rwetes, krzyk. W końcu wyciągają go, całego ociekającego fekaliami, i przyłączają do grupy. Widziałem, jak wlókł się ostatni w tej grupie prowadzonej do krematorium.
Inny wypadek. W bramie stoi więzień i w ustach ma siłą wepchniętego kalafiora, całego umazanego jakąś wstrętną i śmierdzącą cieczą. To kara za to, że go ukradł w czasie pracy. Dla innych miało być to ostrzeżeniem. Takie zadławianie więźniów było częste; w takim perwersyjnym terroryzmie oprawcy z Majdanka lubowali się.
I teraz na temat tego, co powiedziałem, można stawiać różne pytania — pytania nawet trudne, i to jest normalne. Ale można również tak pytać, że były więzień takimi pytaniami musi się poczuć dotknięty, bo nie tylko nie dążą one do wykrycia prawdy, ale nadto są obraźliwe w treści i formie. Ja się na to nastawiłem, byłem tak skoncentrowany, że na każde pytanie miałem nie tylko odpowiedź, ale i cały wywód naukowy, i to mi w końcowym efekcie dało nad pytającymi przewagę. Mimo mojej rutyny występowania w sądzie, moich kwalifikacji jako lekarza psychiatry — w drugim dniu przesłuchania poczułem się tak wyczerpany, że zostałem poddany badaniom przez lekarza urzędowego, który stwierdził, iż nie mogę w tym dniu dalej zeznawać. Po oświadczeniu lekarza, sąd przerwał rozprawę.
— Czy zachowanie się niektórych obrońców w toku procesu w Düsseldorfie było normalną konsekwencją wykonywania funkcji obrońcy?
Iwona Stembrowicz: — Odnoszę wrażenie, że niektórzy z nich wyraźnie przekraczali swe uprawnienia. Można zadawać pytania, ale nie można świadka, który przeżył obóz, drugi raz zamęczać. Zachowaniem się obrońców oburzona była nawet prasa zachodnioniemiecka i radio. Można zadawać pytania, i to nawet kłopotliwe, ale nie w ten sposób, aby ubliżać i uwłaczać ludzkiej godności. Trudno wymagać, aby ten około trzydziestopięcioletni obrońca oskarżonego odnosił się do mnie z galanterią. Ale muszę powiedzieć, że w całym jego zachowaniu, zachowaniu bądź co bądź prawnika, nie wyczułam krzty szacunku dla tej ogromnej ludzkiej tragedii, tragedii na miarę epoki, jaka się rozegrała w obozach, jaką ludzkość przeżyła w latach drugiej wojny światowej.
Jan Nowak: — Otóż ja mogę powiedzieć, jak aktywni ci obrońcy byli. Czy w tych pytaniach dominowała nuta dążenia do wyjaśnienia sprawy, czy do pogrążenia świadka? Myślę, że to drugie. Na przykład obrońca Hackmanna, tego zastępcy komendanta, był wyjątkowym specjalistą od zadawania pytań śliskich, na których może się „przejechać” najbardziej uczciwy i obiektywny świadek.
— Czy sąd, przewodniczący sądu, w pełni korzystał z prawa do utrzymania porządku na sali rozpraw. Czy był w stanie wytworzyć taką atmosferę, która uniemożliwiałaby uwłaczanie godności świadków?
Iwona Stembrowicz: — Muszę obiektywnie powiedzieć, że przewodniczący składu sądzącego starał się utrzymać właściwy klimat na sali rozpraw. Wiem jednak, że i on był atakowany przez obrońców, za to na przykład, że uchylał ich napastliwe pytania. Jemu też stale grozi wniosek o wyłączenie. Mimo tego sędzia był bardzo sprawiedliwy dla nas. On nas po prostu bronił. Nie był jednak w stanie wyeliminować tych wszystkich nieprawidłowości w zachowaniu się obrońców.
Jan Nowak: — Rozmawiałem z jednym z prokuratorów niemieckich, który mi powiedział, że sędzia jest czujny, ale są takie sytuacje, w których obrońcy — tendencyjnie — mogą je wykorzystać przeciwko sędziemu i żądać jego ustąpienia, bo prawo przewiduje taką możliwość. Obrońcy mogą się porozumieć i doprowadzić do kryzysu. Tak przecież było już w tym procesie. Ten sędzia był wyjątkowo odporny, był bystry i obiektywny. Zresztą na końcu mojego przesłuchania pozwoliłem sobie dać temu wyraz w podziękowaniu, jakie składowi orzekającemu złożyłem. Powiedziałem, że wyrażam uznanie dla sądu za obiektywizm, trud i ciężką pracę... Gdy to powiedziałem, stało się coś dziwnego, zaczęto stukać dłonią o blat stołu. Bo taka tam jest forma wyrażania zadowolenia.
— Czy tego rodzaju zachowanie się obrońców, tudzież oskarżonych na sali rozpraw byłoby możliwe, gdyby w RFN istniało totalne potępienie zbrodni hitlerowskich?
Iwona Stembrowicz: — Według mnie za nimi kryje się jakaś wielka siła, bo inaczej oni by sami na to nie pozwolili, trudno sobie wyobrazić, aby w normalnych warunkach, nawet w najbardziej demokratycznym państwie, mogło być tolerowane takie zachowanie.
Jan Nowak: — W RFN są takie koła, które wręcz głoszą: „Musimy żyć ze zbrodniarzami. To jest nasz los i dajcie nam spokój”. Mój niemiecki kolega — lekarz, członek Komisji Medycznej Chirurgów powiedział mi wprost: „Mój drogi, przecież elementy faszystowskie nadal są aktywne i mają swój wyraźny nurt w życiu społecznym i politycznym. Przejawia się to np. w Berufsverbot — usuwaniu ludzi o poglądach lewicowych z urzędów państwowych”. Oczywiście, część społeczeństwa stoi jednoznacznie na stanowisku konieczności ukarania tamtych, i to ze względu na młode i przyszłe pokolenia Niemców.
Wracając zaś do pytania, to odpowiedzią niech będzie wynik rozmów, jakie przeprowadziłem w czasie mojego tygodniowego pobytu w Düsseldorfie z różnymi osobami tego miasta. Otóż wynik mojej quasi-ankiety jest następujący. Na pytanie: co to jest proces załogi SS na Majdanku — na 22 zapytanych 12 osób odpowiedziało: nie wiem; 10 osób odpowiedziało, że jest to proces opóźniony o 30 lat. Na pytanie drugie: czy należy karać jeszcze obecnie za zbrodnie ludobójstwa popełnione w czasie drugiej wojny światowej przez hitlerowski faszyzm — na 22 osoby 15 odpowiedziało twierdząco. Pytanie trzecie skierowane było do młodzieży w wieku 18—24 lata, a brzmiało ono: Jakie widzisz perspektywy współżycia polsko-niemieckiego na najbliższą przyszłość? Na 16 osób 15 odpowiedziało, że należy zapomnieć o tragicznej przeszłości, życie idzie naprzód, konieczne jest współżycie międzynarodowe na zasadzie współpracy i wzajemnego porozumienia.
Cytowane wyniki nie mogą być traktowane jako charakterystyczne dla przeciętnego obywatela RFN, bo badania takie przeprowadzane w podobny sposób, w innych środowiskach lub miejscowości, mogą dać zupełnie inny rezultat. Powyższe rozmowy cytuję jedynie jako ilustrację sytuacji, jaka powstała w tym mieście z chwilą rozpoczęcia przesłuchania świadków z Polski.
Myślę, że brak na razie tego generalnego, totalnego, moralnego potępienia zbrodni hitlerowskich i w związku z tym możliwe jest takie zachowanie się obrońców na rozprawie, jakie jest. Bo i obrona ma pewne zakreślone granice, i to nie koniecznie normami obowiązującego prawa.
Spotkanie skończone. Prócz zdawkowego „dziękuję i do widzenia” nic więcej nie byłem w stanie powiedzieć. Wszystko inne zabrzmiałoby śmiesznie i nienaturalnie. Zszedłem więc do sekretariatu. Na jednej z półek przypadkowo natknąłem się na zszywkę „Deutsche National Zeitung”. Numer 4 z 27 stycznia 1977 roku — czcionkami większymi niż tytuł gazety — wzdłuż całej tytułowej kolumny obwieszczał: „Die Lügen gegen Hitler” , a na ostatniej stronie książki polecane przez redakcję: Günter Just: Stuka — Oberst Hans Ulrich Rudel; Otto Skorzeny: Meine Komandounternehmen; Gerhard von Seemen: Die Ritterkreuzträger 1939—1945; Hans von Ahlfen: Der Kampf um Schlesien.
Przerzucam dalsze numery — 21 z 20 maja 1977, ostatnia strona pełna propozycji — książek, z okładek których wyzierają ludzie w mundurach, tak niedawno przerażających całą niemal Europę. Na pierwszym miejscu, po lewej stronie kolumny, polecano tę najbardziej godną uwagi Niemców książkę: Adolf Hitlers drei Testamente. A na samym dole, jak gdyby spinając klamrą dwie najbardziej zdaniem redakcji zasługujące na uwagę postacie — dwa ujęcia Goebbelsa.
Co to ma wspólnego z procesem oprawców z Majdanka?!
Ta gazeta to typowa hitlerowska tuba, tyle że Führer wypowiada się po swojej śmierci. Czyli taka tuba, przez którą nadaje się testament Hitlera, w sposób zapoczątkowany — jeśli chodzi o formę — przez innego znanego propagandystę, Goebbelsa. Tak czy owak, jest to gazeta, której intencje są jednoznaczne. Czy ona jednak może determinować atmosferę sali rozpraw w Düsseldorfie?
Zgadzam się, nie tylko ona. Dochodzi do tego wiele innych publikacji, w tym i autorów utytułowanych, jak choćby brytyjskiego historyka Davida Irvinga, którego książka Hitler’s War (Wojna Hitlera) dla niektórych obrońców „oprawców z Majdanka” jest punktem wyjściowym przy analizie problemu indywidualizacji odpowiedzialności swych klientów. Patrzę na fotografie twarzy dwóch mężczyzn zamieszczone w 32 numerze „Forum” z 1977 roku — Hitlera i jego nowego apologety, Davida Irvinga, który powiedział: „Hitler był zwykłą, chodzącą i mówiącą istotą ludzką...”. Obok przedruk Raymonda Carrolla i Timothy’ego Natera:
„ Na sali sądowej w Düsseldorfie Tatiana Targalska siedziała pochylona na krześle dla świadków i usiłowała odtworzyć w pamięci wydarzenia sprzed ponad 30 lat, kiedy była więźniarką Majdanka, obozu koncentracyjnego w Polsce. Wyglądała na o wiele więcej niż swoje 57 lat, kiedy obrońca zasypał ją gradem pytań, kwestionując jej wersję wydarzeń, jakie miały miejsce w Majdanku.
Raz, gdy adwokat ostrzegł ją przed konsekwencjami składania fałszywych zeznań, Targalska wykrzyknęła: »Dlaczego pan to robi? Czy jestem jedną z oskarżonych? «
Po takim dniu przesłuchań Schaja Weisbeker, członek żydowskiej społeczności w Düsseldorfie i dawny więzień Oświęcimia, zauważył posępnie: »W tym procesie ofiary stały się winowajcami «.
Na sali sądowej w Düsseldorfie, gdzie odbywa się ostatni wielki proces zbrodniarzy wojennych, obrońcy niemal odebrali inicjatywę prokuraturze. Na ławie oskarżonych zasiadło dziewięciu mężczyzn i pięć kobiet, oskarżonych o udział w kierowaniu »fabryką śmierci« w Majdanku, gdzie w latach 1941—1944 zagazowano, powieszono, zastrzelono, spalono lub zagłodzono na śmierć przynajmniej 250 tysięcy osób, głównie Żydów. Ale po 18 miesiącach przesłuchań większość Niemców proces ten już znudził. Prasa poświęcała mu niewiele uwagi, podczas gdy obrońcy dzień w dzień opóźniali postępowanie sądowe i zastraszali świadków. Gorzej nawet, obrońcy powoływali się często na nową rewizjonistyczną teorię, jakoby Adolf Hitler nie zdawał sobie sprawy z tego, co jego podwładni robili z Żydami. Niedawno obrona zaczęła również dowodzić, że okrucieństwa popełniane w Majdanku — a także inne, jakie miały miejsce podczas całej epoki nazistowskiej — zostały albo sfabrykowane, albo przesadzone.
Świadkowie oskarżenia, żyjący dziś głównie w Izraelu i w Polsce, opowiadali wstrząsające historie o życiu w Majdanku. Pewien świadek zeznał, że jedną z oskarżonych, byłą strażniczkę Hildegardę Lächert nazywano »krwawą Brigittą«, ponieważ biła podobno więźniów na śmierć biczem ze stalową końcówką.
Świadek Targalska zeznała, że widziała, jak Hermine Ryan-Braunsteiner, kobieta, która wyszła potem za Amerykanina i została wydana przez Stany Zjednoczone drogą ekstradycji, chwyciła małego chłopca i zabiła go strzałem w głowę.
Dawny SS-man, który był przez jakiś czas strażnikiem w Majdanku, zeznał zupełnie chłodno, że Majdanek był poza wszelką wątpliwością obozem śmierci. »Wiedziałem, co się tam dzieje, kiedy tylko tam dotarłem — powiedział. — Poznałem dobrze znany swąd piekącego się mięsa ludzkiego«.
Czternastu oskarżonych — włącznie z Hermannem Hackmannem, niegdyś zastępcą komendanta obozu w Majdanku, dziś bogatym sprzedawcą mebli — bez większego wzruszenia przyglądało się, jak ich adwokaci odrzucali oskarżenia jako nieścisłe lub tendencyjne.
»Na takie procesy nie powinno się pozwalać — powiedział korespondentowi „Newsweeka” 34-letni obrońca Ludwig Bock. — Nikomu już nie pomogą. Umarłych się nie wskrzesi, a torturowani i pogrążeni w żałobie nie staną się szczęśliwsi«. Bock opowiada się za ogólną amnestią dla wszystkich oskarżonych o zbrodnie wojenne w epoce nazistowskiej. »Nie przeczę, że popełniano okrucieństwa — mówi. — Ale twierdzenie, że w Majdanku zginęło 250 tysięcy ludzi jest absurdem«.
Bock określił »Dziennik Anny Frank«, słynną na całym świecie opowieść młodej Żydówki, która zginęła w hitlerowskim obozie koncentracyjnym, jako »dobrze znane fałszerstwom«. Cytował również Hilter’s War (Wojnę Hitlera), niedawno wydaną książkę Brytyjczyka Davida Irvinga, odgrzebującą dawne wątpliwości co do tego, czy w Niemczech hitlerowskich wymordowano aż 6 milionów Żydów. Irving próbuje również dowieść, że Hitler nie wydał rozkazu likwidacji Żydów i że do roku 1943 nawet nie wiedział, iż SS Heinricha Himmlera z zapałem realizowało »ostateczne rozwiązanie « w obozach śmierci na Wschodzie. Jeśli Hitler nie był odpowiedzialny — taką linię przyjmuje argumentacja Bocka — to jak można uważać za odpowiedzialną grupę strażników więziennych niskiej rangi?”
Książka Irvinga ukazała się najpierw w marcu 1977 roku w USA, ale bestsellerem stała się dopiero wtedy, gdy w czerwcu 1977 wydano ją w Wielkiej Brytanii.
Jak to wynika z zachodnich publikacji prasowych, adwokat Bock w düsseldorfskim procesie powoływał się na nią jako na nowe odkrycie.
Czwarty kwietnia 1978 roku. Gdańska redakcja „Dziennika Bałtyckiego”. Wita mnie pięćdziesięcioletni, średniego wzrostu mężczyzna, zaprasza do zajęcia miejsca. A więc tak wygląda Andrzej Stanisławski, którego niemiecka prasa określiła — świadkiem koronnym (Kronenzeuge), a „Frankfurter Rundschau” z 20 września 1977 roku stwierdził, że „przed sądem w Düsseldorfie często błyszczał swoimi niespodziewanie precyzyjnymi, dokładnie podanymi szczegółami”.
— Pan profesor będzie tu niedługo, a do pani Zofii Skibińskiej zaraz zatelefonujemy.
Wykręcam numer. Wreszcie tam, gdzieś, po drugiej stronie słyszę głos kobiety, przedstawiam się i wyjawiam cel mojej wizyty na Wybrzeżu.
— Wie Pan, to dla mnie straszne, nie lubię do tego wracać...
Używam argumentów — tych odsyłających do uczuć patriotycznych i tych jakże ludzkich, bo sprowadzających się do obowiązku wobec wszystkich, którzy już nigdy nie mogą przekazać ostrzeżenia następnym pokoleniom.
— ...proszę czekać, przyjadę do redakcji...
Te same pytania, choć inni świadkowie. Zofia Skibińska z domu Suchańska, pracownik umysłowy Stoczni Remontowej „Radunia” w Gdańsku. Doktor nauk medycznych Romuald Sztaba — profesor Akademii Medycznej w Gdańsku, kierownik Kliniki Chirurgii Dziecięcej. Andrzej Stanisławski — dziennikarz, redaktor „Dziennika Bałtyckiego”, autor książki o Majdanku — Pole śmierci.
Zofia Skibińska: — Co zadecydowało, że wyraziłam zgodę na ten wyjazd do RFN? — Na wyjazd ten zdecydowałam się, bo moim obowiązkiem — wobec tych, którzy tam zginęli i tych co żyją, a i tychr którzy się dopiero urodzą — jest dać świadectwo prawdzie, jest pomóc wymiarowi sprawiedliwości.
Nie, nie, ale trudno byłoby mi zaprzeczyć, iż się nie bałam. Bałam się, jak mnie tam potraktują, jakie będzie nastawienie do mnie. Ale przede wszystkim bałam się swojej reakcji w trakcie zeznań, bo gdy wracam do obozowych przeżyć, gdy mam o nich mówić, odczuwam ścisk krtani i niemożność wydobycia głosu. Prawdopodobieństwo takiej reakcji zwiększył fakt, że przecież jadę tam i spojrzę na twarze esesmanów i aufzejerek, które tak żywo wiążą się z piekłem okupacyjnych lat.
Mieszkałam wraz z matką, siostrą i bratem w Radomiu. Matka była tam właścicielką dużej i znanej księgarni firmy Edward Suchański, założonej jeszcze w 1872 roku, i została aresztowana pod zarzutem rozprowadzania nielegalnej literatury. Usiłowałam matkę wydostać i udałam się do niemieckiego adwokata. Adwokat odniósł się do mnie jednoznacznie — jeżeli zgłosi się w gestapo ukrywający się brat, matka zostaniezwolniona. Matka z siostrą przebywały w więzieniu od listopada 1942 roku. To było popołudnie 4 grudnia 1942 roku. Następnego dnia rano przyszło po mnie dwóch gestapowców. Więzienie, wieloosobowa cela. Szóstego stycznia 1943 roku spotykam matkę i siostrę, i pierwszym transportem aryjskich więżniów-kobiet trafiamy do obozu. Przy mrozie poniżej 25 stopni z rampy w Lublinie pędzono nas do Majdanka. Zimno, mróz, okna powybijane. Moja siostra przechodziła ciężką anginę, dokuczał jej wrzód w gardle. Zupełnie wyczerpana była też sześćdziesięcioletnia matka. Po kilku dniach formowano komando do pracy w szwalni — znałam język niemiecki, więc udało nam się tam dostać.
Romuald Sztaba: — Pisemną propozycję Głównej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich wyjazdu na proces byłej załogi Majdanka przyjąłem chętnie i bez zastrzeżeń. Nie obawiałem się spotkania z byłymi SS-manami. Uważałem, że jest moim obowiązkiem w niemieckim sądzie, w odbudowanych i ustabilizowanych Niemczech, wobec nowego już pokolenia Niemców opowiedzieć otwarcie to, co widziałem i czego zapomnieć nie powinni — ani oni, ani my.
Przekazanie tego, co widziałem i zapamiętałem o Majdanku, o tej doskonałej organizacji masowego wyniszczania ludzi było moim obowiązkiem wobec tych bezimiennych ofiar, wobec moich kolegów, którzy nie mieli możliwości nawet wyżalenia się. Tak, nie wstydzę się tego tak nazwać. Chodzi mi o to jakże ludzkie, jakże potrzebne wyskarżenie się. Musiałem się jeszcze do tego procesu przygotować, czas bowiem niweluje wiele rzeczy i wyrzuca z pamięci szczegóły i świadomość tego zmusiła mnie do wyjątkowo intensywnego powrotu do tamtych lat. Nie było to łatwe, ponieważ chcemy patrzeć w przyszłość i wierzyć w ży cie, a tamto to otchłań, to śmierć.
Aresztowany zostałem w styczniu 1941 roku w Dąbrowie Górniczej, potem przewiozło mnie gestapo do więzienia w Sosnowcu i następnie do Mysłowic. Po trzech miesiącach byłem już więźniem obozu w Oświęcimiu, gdzie przebywałem rok. Kolejne miejsce osadzenia to właśnie Majdanek, do którego przetransportowano nas, kilku lekarzy, w lutym 1942 roku. Byłem jednym z pierwszych i otrzymałem numer — 16. Obóz Majdanek to na początku kilka baraków w polu. Wydzielony obszar zorganizowany z pedantyczną dokładnością, z wszelkimi warunkami do... masowego uśmiercania. Ilość kalorii była wyliczona wręcz komputerowo, aby umrzeć. Do tego dochodziły choroby, selekcje, mordowanie, bicie, kopanie, wrzaski, szykany.
Byłem na Majdanku więźniem-lekarzem. Przez cały czas pracowałem w szpitalu obozowym, tzw. rewirze. To były baraki, w których zgromadzono poważnie chorych więźniów nie po to, by ich leczyć, lecz aby nie przeszkadzali w normalnym rytmie życia obozowego. Zgony były odnotowywane w kartotece. Bardzo wielu więźniów pożegnałem wypisując im Todesmeldung. O obozie, o przyczynie ich śmierci należało powiedzieć społeczeństwu niemieckiemu.
Ktoś to musiał wymyślić, skoro przysyłano do obozu — z całej Rzeszy — zawodowych morderców i kryminalistów specjalnie dobranych na stanowiska kapo. Cała ta organizacja to nie przypadek, była ona elementem systemu masowego zabijania ludzi. Trzeba go więc dzisiaj i jutro kompromitować i obnażać. To obowiązek. Szczególnie nas — polskich więźniów politycznych, którzy wierni wyznawanym ideałom nie szczędzili sił i tego, co najcenniejsze — życia. Nie miałem więc wątpliwości, że muszę pojechać i spojrzeć ludziom spod znaku trupich główek w oczy. Zobaczyć, jak się dzisiaj zachowują. Czy są to ci sami, czy może się zmienili? Czy mundur, który rodził strach i grozę zmienili na dobrze skrojone cywilne ubranie?
Hitlerowski system wszystko wymieszał i to tak skutecznie, iż jeszcze dzisiaj trudno uchwycić linię graniczną między sędziami a zwykłymi mordercami. Zastanawiamy się więc, która z tych profesji bardziej ugrzęzła — sędziowie z kwalifikacjami prawników, którzy zeszli do roli katów, czy mordercy i kryminaliści, których system wyniósł do godności ludzi mających prawo decydować o cudzym życiu.
Jednym z tych przysłanych z Niemiec do Majdanka „jako zdrowy element dla podniesienia dyscypliny wśród więźniów” był Heinz Stalp, urodzony 5 czerwca 1913 roku w Duisburgu, który 27 listopada 1944 roku zasiadł na ławie oskarżonych w pierwszym procesie sześciu członków załogi obozu koncentracyjnego w Majdanku. Proces odbywał się przed Polskim Sądem Specjalnym w Lublinie wtedy, gdy większa część naszego kraju oraz ogromne obszary Europy znajdowały się jeszcze pod okupacją hitlerowską, a w rozsianych na tym kontynencie obozach „wybrańcy do podnoszenia dyscypliny” realizowali z pedantyczną dokładnością idee wielkiego Führera.
Sięgnijmy do akt tego sądu :
Oskarżeni zapytani przez przewodniczącego, czy przyznają się do zarzucanych im czynów, i jakie wyjaśnienia chcą złożyć sądowi, podają za pośrednictwem tłumacza:
Heinz Stalp: Wie, o co jest oskarżony, do winy się nie przyznaje i wyjaśnia: — Doceniam powagę chwili, wiem, że chodzi tu o moje życie, chcę mówić prawdę szczerze odpowiem na każde pytanie.
Na pytania przewodniczącego odpowiada:
— Przybyłem na Majdanek w lipcu 1943 roku w grupie 50 Niemców. Thumann miał z nami odprawę i na niej poruczono nam funkcję „kapo”. Kapo rekrutowali się z różnych narodowości. Stosunek ich do więźniów zależał od charakteru człowieka. Celem pracy więźniów przy ich złym odżywianiu i ciężkiej pracy, było ich niszczenie. Praca trwała od szóstej rano do szóstej wieczór. Częściowo pożywienie było złe, czasem lepsze, lecz przeważnie złe. Składało się ono rano — kawałek chleba z marmoladą i zimna „kawa”, wieczór — ciepła strawa wyłącznie z buraków i kapusty.
— Przed wrześniem 1943 roku parę razy tygodniowo wybierali lekarze Blanke i Rindfleisch — ludzi do gazowania. Zbierano więźniów na polu i lekarze kazali więźniom biegać parę minut, potem wyszukiwali najbardziej wymizerowanych i wyniszczonych. Z każdego pola około połowa więźniów szła pod gaz.
— Znam wypadek jak pewnego razu przywieziono dwa samochody dzieci — od niemowląt do lat czternastu. Samochody podjechały pod komorę gazową. Obsługa była z SD . Przysłała ona 10 kobiet do dzieci. Kobiety musiały je rozebrać. Płaczącym dzieciom mówiono, że będzie im dobrze. Wpuszczono je do komory, zamknięto drzwi, włożono naboje i dzieci zagazowano. Widziałem te dzieci martwe następnego dnia...
— Znam jeden wypadek, jak w krematorium spalono żywego człowieka. Pewnego razu otrzymałem rozkaz udania się do krematorium celem spisania wszystkich więźniów, którzy byli tam zatrudnieni. Byli to jeńcy rosyjscy, przeważnie ze Stalingradu. Gdy zbliżyłem się do krematorium, zostałem przez nich ostrzeżony, bym dalej nie szedł, bo nadjechał samochód z partyzantami. Ukryłem się za drzewem opałowym i miałem możność przez nie domknięte drzwi obserwować całe zdarzenie.
— SD przywiozło z Piasków [Piaski, miasteczko odległe od Lublina 23 km — przyp. J. M.] 10 mężczyzn i 1 kobietę. Zaopiekowali się nimi SD i Musfeld — komendant krematorium, zwykły morderca. Na rozkaz Musfelda mężczyźni rozebrali się i zostali zastrzeleni. Kobieta widząc to nie chciała się rozebrać. Musfeld usiłował zerwać z niej ubranie, lecz nie udało mu się to, a kobieta zadrapała go nawet po twarzy. Musfeld wezwał wówczas dwóch jeńców... Ci związali kobiecie ręce i nogi. Musfeld zapytał wtedy leżącą, czy rozbierze się dobrowolnie. Gdy ta jednak dalej broniła się i krzyczała, zagroził, że rzuci ją żywcem do komory. Ale to nie pomogło, powstał zamęt, Musfeld rzucił kobietę na nosze przeznaczone dla trupów i wrzucił ją, żywą, do płonącego pieca. Z pieca rozległ się straszny krzyk, drzwi pieca zatrzasnęły się, i wszystko ucichło. Dowiedziałem się, że jeńcy ci... zostali przez Thumanna zagazowani.
— Szubienice były na każdym polu.
— Ogród Róż jest to miejsce ogrodzone drutem w kształcie kwadratu o boku 50 m. Mimo nazwy, plac ten nie miał nic wspólnego z różami. Nazwa ta była satyrą na ludzi, którzy mieli zostać zagazowani. Każdy z więźniów, który przeszedł drut ogradzający Ogród Róż wiedział, że szedł na stracenie. Na polu tym, gdy nadeszły większe transporty ludzi do stracenia, ludzie czekali na swoją kolej do komory gazowej po kilka godzin. Miało to miejsce podczas sprowadzenia transportów z akcji z Hrubieszowskiego i Zamojskiego. Ludzie czekali bez pożywienia.
Andrzej Stanisławski: — Należę do tej grupy więźniów obozów koncentracyjnych, którzy po ucieczce wyrzucali z siebie ten cały jad i truciznę, jakimi nasyceni zostali w obozie. Gdy mnie w 1942 roku gestapo aresztowało w Warszawie i osadziło na Pawiaku, miałem dziewiętnaście lat. Wcześniej jeszcze, bo w listopadzie 1939 roku, jako syn powstańca wielkopolskiego, wywieziony zostałem z Poznania, wraz z rodziną, w bydlęcym wagonie do Kieleckiego, do tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Miałem szesnaście lat, gdy zaczęła się moja samodzielna okupacyjna egzystencja.
Pół roku byłem na Pawiaku. W styczniu 1943 roku wywieziono mnie transportem do Majdanka i oznaczono numerem 3584. Tam też nastąpiło zderzenie pojęć i kultury, cywilizacji, na gruncie której zostałem wychowany, z czymś niepojętym, czego nie znały encyklopedie ani słowniki wyrazów obcych. Żeby nie oszaleć, żeby nie dojść do jakiegoś kresu — od początku, to znaczy od 23 lipca 1944 roku, to jest od dnia ucieczki w Kraśniku — wyrzucałem to z siebie i przystosowywałem się do normalnego życia. Moi starsi koledzy w obozie — profesor Romuald Sztaba, doktor Jan Nowak, inżynier Zelent, Serafin Krupski czy Henryk Szcześniewski świecili przykładem, wpajali we mnie, iż nie jesteśmy żadnymi bohaterami, a zwykłymi ludźmi.
Jest w archiwum Muzeum na Majdanku jedyny w swoim rodzaju protokół zbiórki nas, więźniów z Pawiaka, sporządzony w pierwszą rocznicę naszego przyjazdu do obozu. Było to bardzo polskie. Tajna zbiórka, z odśpiewaniem hymnu i stwierdzeniem, że z około tysiąca—tysiąca trzystu więźniów Pawiaka zostało nas 87, plus jeszcze kilkunastu czy kilkudziesięciu, którzy nie mogli wziąć udziału w tym spotkaniu. Część ludzi — dwieście osób wywieziono do innych obozów. Reszta zginęła. Jednego z nich jakże wyraźnie pamiętam: Mietek Sobota, młody oficer AK, siedział skuty w gestapowskim samochodzie, którym wieziono nas na Pawiak. W pierwszych dniach pobytu na Majdanku widziałem jego trupa leżącego na placu apelowym. Umarł młodo, jak setki, jak tysiące innych.
To znamienne, że w protokole zbiórki znalazło się między innymi, niczym przykazanie, stwierdzenie... musimy sobie zdawać sprawę z tego, jak się zachowujemy w obozie, musi to być zachowanie takie, abyśmy — to znaczy ci, którzy przetrwają — mogli spojrzeć społeczeństwu prosto w oczy...
Ocalałem jako jeden z nich i myślę, że miałem prawo w przeszło trzydzieści lat później spojrzeć Niemcom prosto w oczy, kiedy tam, w Düsseldorfie, przyszło mi składać zeznania jako świadkowi oskarżenia.
Kiedy więc z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce zwrócono się na piśmie do mnie, czy skłonny jestem pojechać na ten proces, aby świadczyć prawdę o Majdanku — odpowiedź moja była twierdząca. Miałem świadomość tego, że nie jest to wyjazd turystyczny. Że ja reprezentuję coś więcej niż tylko świadka Andrzeja Stanisławskiego. Że będę musiał sobie zdać sprawę z każdego wypowiedzianego tam słowa, i to zupełnie w innych warunkach niż tu w Polsce, to była dla mnie jakaś misja wyobraźni. Kiedy nas wywożono z Pawiaka na Majdanek, nie miałem pojęcia, czym był ten obóz. Tej wyobraźni wtedy nikt z nas nie miał. Tak i teraz nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało. Wystąpiły obiekcje, nie w związku ze spotkaniem z Niemcami, nie tego się obawiałem, bo to nie ja, a oni mieli powody do — nazwijmy to tak — wstydzenia się. Byłem normalnie, po ludzku, ciekawy, jak oni wyglądają. Chodziło o co innego — nurtowało mnie pytanie, co ja z tego zapamiętałem. Czy ja potrafię tych ludzi rozpoznać? Jaka jest waga prawdy słów, które ja tam wypowiem. Jak one się mają do stanu faktycznego sprzed trzydziestu paru laty? Bo ja przecież nie mogłem pominąć ciężaru lat minionych. Byłem w nieco odmiennej sytuacji niż moi koledzy, świadkowie z Polski.
W 1944 roku, po ucieczce w Kraśniku, wróciłem po dziesięciu dniach — było to w pierwszych dniach sierpnia — do wyzwolonego już Lublina i tam, w grupie jeńców-żołnierzy niemieckich, wyłowiłem grupę SS-manów z Majdanka i dwóch kapo. Zostali oni przez władze radzieckie oddani władzom polskim i w wyniku procesu sądowego skazani na śmierć.
Relację, jak ci zbrodniarze zostali schwytani, przedstawiłem jeszcze w 1944 roku w Lublinie w piśmie „Rzeczpospolita”, a następnie w 1969 roku w mojej książce Pole śmierci, która w całości została w RFN-ie przetłumaczona i stanowiła materiał dowodowy w omawianym procesie.
Wiedziano więc tam w RFN, że ja przyczyniłem się pośrednio do wyroku śmierci kompanów oskarżonych w Düsseldorfie i tych, których jest więcej — tych będących w tym kraju na wolności. Miałem więc prawo niepokoić się, czy przypadkowo ze strony wciąż żyjących i dobrze zorganizowanych tam SS-manów nie spotka mnie zemsta, nie jako Polaka, nie jako Stanisławskiego, ale jako tego, który złapał i przyczynił się do śmierci ich kolegów z SS.
W moim przypadku była pewna analogia do losów pani Brzosko-Mędryk, której przetłumaczona książka Niebo bez ptaków stanowi materiał dowodowy w aktach sprawy, a wcześniej stała się podstawą procesu o deportację z USA byłej SS-Aufseherin Herminy Braunsteiner-Ryan. Nadto jako tzw. Läufer w obozie widziałem znacznie więcej niż każdy przeciętny więzień. Mogę więc być niebezpieczny dla tych z ławy oskarżonych i tych, których sprawiedliwość dotąd nie dosięgła.
Trochę się przeliczyłem, jeśli chodzi o zdrowie, jestem po zawale i sądziłem, że po trzydziestu trzech latach uczucia związane z tamtymi przeżyciami tak zostały odcedzone przez czas, iż mam prawo nie obawiać się jakichś szczególnych, szkodliwych wzruszeń. W miarę zbliżania się terminu wyjazdu napięcie wewnętrzne bardzo rosło. Nie ukrywam, że moi najbliżsi nie byli zadowoleni z mojego wyjazdu, obawiali się o mnie, konieczna była opieka i konsultacja kardiologa. To dziwne, ale dodatkowa praca związana z kierowaniem biura prasowego festiwalu piosenki w Sopocie wytrąciła mnie z tego napięcia. Wsiadłem do pociągu i dojechałem do Düsseldorfu jako człowiek zupełnie spokojny, przynajmniej tak mi się wydawało.
— Jakie są Państwa wrażenia i refleksje po zetknięciu się z sądem w Düsseldorfie?
Zofia Skibińska: — Wyjeżdżałam do Düsseldorfu dwa razy. Dwudziestego szóstego kwietnia 1977 przyjechałam pierwszy raz i należałam do jednej z pierwszych grup świadków z Polski. Gdy przybyłam do gmachu sądu, na korytarzu przed salą rozpraw nastąpiło pierwsze zetknięcie, wzajemne przyglądanie się. Wreszcie spojrzałam na twarz jednej z nich — tak, to była ona. Aufseherin ze szwalni. Wymiana spojrzeń z jedną, potem drugą.
„I co, co nam zrobicie, co wy nam zrobić możecie” — zdawały się nam dawać do zrozumienia. Wyczułam w tym spojrzeniu i lekceważenie, i bagatelizowanie naszego przybycia skądś tam, z dalekiej Polski, w której one wykonywały swą powinność wobec Wielkiej Rzeszy.
Gdy przyjechałam drugi raz, 6 grudnia 1977 roku, aby zakończyć swoje zeznania, wyczułam zmianę. Hardość i pogarda jakby złagodniały, choć nie bardzo i nie u wszystkich, skoro wziąć pod uwagę agresywną napaść Herminy Braunsteiner na polskiego świadka dr Danutę Brzosko-Mędryk, na korytarzu sądowym.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
