Opis

W dzielnicy czerwonych latarni w Cork dochodzi do wielu brutalnych morderstw, których ofiarami padają działający w tym okręgu sutenerzy. Detektyw Katie Maguire staje przed dylematem – czy szukać zabójcy przestępców zaangażowanych w handel żywym towarem, których ona sama nie była w stanie złapać i zamknąć, czy też pozwolić na to, by ktoś wymierzał sprawiedliwość na własną rękę.  Wstrząsający thriller dla czytelników o mocnych nerwach – tak realistyczne opisy są znakiem rozpoznawczym Grahama Mastertona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 490

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Agent nieruchomości i jego klient trafiają na makabryczny widok: rozkładające się zwłoki czarnoskórego mężczyzny z obciętymi dłońmi i odstrzeloną częścią głowy, a przy nich kilkunastoletnia wygłodzona i przerażona dziewczynka. Ofiarą jest podejrzany typ powiązany z prężnie działającą w Cork branżą usług seksualnych. Bez takich ludzi świat z pewnością byłby lepszy… Nadkomisarz Katie Maguire nie może się uwolnić od tej myśli, ale jest przecież policjantką. Ma łapać morderców, a nie przyglądać się bezradnie, jak ci sami wymierzają sprawiedliwość. Zaczyna podejrzewać, że ostatecznym celem zabójcy może być rządzący miejscowym seksbiznesem Michael Gerrety. Człowiek poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. Człowiek, którego Katie od lat nie może dopaść. Teraz wystarczyłoby tylko poczekać i pozwolić, by sprawiedliwość wymierzył ktoś inny.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie w naszym kraju ukazały się Czerwony Hotel, Ogród zła, Panika, Śpiączka, Susza i Czerwone światło hańby.

www.grahammasterton.co.ukwww.grahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZYIMPERIUMDYNASTIA

Rook

ROOKKŁY I PAZURYSTRACHDEMON ZIMNASYRENACIEMNIAZŁODZIEJ DUSZOGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOUZEMSTA MANITOUDUCH ZAGŁADYKREW MANITOUARMAGEDON

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNYPOWRÓT WOJOWNIKÓW NOCYDZIEWIĄTY KOSZMAR

Katie Maguire

UPADŁE ANIOŁYCZERWONE ŚWIATŁO HAŃBY

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁANIOŁ JESSIKISTRAŻNICY PIEKŁADEMONY NORMANDIIŚWIĘTY TERRORSZARY DIABEŁZWIERCIADŁO PIEKIEŁZJAWABEZSENNICZARNY ANIOŁSTRACH MA WIELE TWARZYSFINKSWYZNAWCY PŁOMIENIAWENDIGOOKRUCHY STRACHUCIAŁO I KREWDRAPIEŻCYWALHALLAPIĄTA CZAROWNICAMUZYKA Z ZAŚWIATÓWBŁYSKAWICADUCH OGNIAZAKLĘCIŚPIĄCZKASUSZASZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału: RED LIGHT

Copyright © Graham Masterton 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Zdjęcie na okładce: © Ayal Ardon/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-207-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Annie Rutkowskiejz wyrazami miłości

Coiméad fearg ar bhean a bhfuil foighne.

Strzeż się gniewu kobiety cierpliwej.

[porzekadło irlandzkie]

Rozdział 1

Smród uderzył ich w chwili, gdy tylko Ciaran otworzył drzwi. Jego potencjalny klient wyciągnął z kieszeni płaszcza zmiętą chusteczkę i zakrył nią nos i usta.

– Święta Mario Matko Boża, jedzie jak jasna cholera – powiedział stłumionym głosem, wskazując palcem ciemny korytarz.

– Daje po nosie, co? – potwierdził Ciaran. – O Jezu.

– Nie wynajmę lokalu, w którym tak cuchnie. Mówię ci to od razu. Klientom wykrzywiłoby gęby, zanim zdążyliby coś zjeść.

Ciaran zerknął na wyblakły czerwono-zielony napis nad wejściem do sklepu.

– Chyba wiem, skąd ten odór – rzekł i odchrząknął, jakby chciał dodać sobie autorytetu. – Poprzedni najemcy prowadzili węgierskie delikatesy. Widzi pan szyld. „Węgierskie Delikatesy”. Coś mi się zdaje, że zostawili część towaru w zamrażarce, kiedy się wyprowadzali. Minął już z górą miesiąc, a Bord Gáis pewnie odłączył prąd. Zgniła kiełbasa albo coś w tym rodzaju, mogę się założyć.

– Guzik mnie obchodzi, co to jest, chłopcze – odparł klient. – Nawet nie wejdę do środka, żeby go obejrzeć, dopóki nie pozbędziesz się tego fetoru.

– Dobra, panie Rooney, jasne. Ma pan moje pełne zrozumienie. Załatwię problem, nie ma sprawy. A co pan sądzi o lokalizacji?

Klient się rozejrzał. Był to niski facet mniej więcej pięćdziesięciopięcioletni, z szeroką klatką piersiową; miał gęste siwiejące kręcone włosy i głęboko osadzone oczy; jego brodę porastała srebrna szczecina. Był w szarym prochowcu przewiązanym paskiem, który upodabniał go do beczułki piwa.

– Czegoś takiego szukałem, mniej więcej. Będę sprzedawał kebab, curry i rybę z frytkami. – Zamilkł na chwilę i spojrzał na ulicę opadającą stromo w kierunku centrum miasta. Potem się odwrócił. – O Jezu, zamknijże wreszcie te cholerne drzwi.

– Dobra – odrzekł Ciaran, lecz kiedy wyciągał dłoń do klamki, pęk kluczy wypadł mu z ręki na matę. Miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, był niezgrabnym chudzielcem z krótkimi rudymi włosami, haczykowatym nosem i wściekle zaczerwienionym pryszczem na brodzie. Zawsze był gapowaty, a w biurze obrotu nieruchomości Lisneya pracował dopiero drugi tydzień. Ten klient był trzecim, którego samodzielnie obsługiwał, dlatego czuł się podenerwowany. To że korytarz prowadzący do lokalu przeraźliwie cuchnął, nie polepszało sprawy. Żołądek Ciarana skurczył się i chłopak poczuł smak żółci w gardle.

– Panie Rooney, słowo daję, jutro będzie tutaj posprzątane. To jest superokazja, ma pan tu sklep, kuchnię, magazyn w piwnicy, toaletę na zapleczu, wszystko za dwanaście tysięcy euro rocznie. Wiem, że w śródmieściu jest teraz masa lokali użytkowych do wynajęcia, ale za taką cenę wielu pan nie znajdzie.

Szef Ciarana, Blathnaid, pouczył go, że kiedy zaczęła się recesja, właściciele budynku zeszli z ceny o dwa tysiące euro, a jeśli nie uda się znaleźć wkrótce najemcy, będą musieli ją obniżyć jeszcze bardziej. W tej części Shandon Street wciąż jeszcze pozostało sporo małych firm. Po lewej stronie był sklep mięsny Denisa Nolana z irlandzką kaszanką i karkówką na wystawie, po prawej kiosk z gazetami Hennessy’s, naprzeciwko zaś mieściła się afrykańska restauracja Orosin; jednak idąc dalej, można było zobaczyć wiele witryn zabitych deskami, a te sklepiki, które nadal były otwarte, z trudem wiązały koniec z końcem.

– A lokal przy Ballyhooly Road? – zapytał klient, pociągając nosem. – Wciąż jest do wzięcia?

– Powiem panu szczerze, panie Rooney, że ruch jest tam o wiele mniejszy niż przy Shandon Street. A skoro pan sprzedaje kebaby i curry, nie będzie pan mógł liczyć na tak zróżnicowaną etnicznie klientelę.

– Tak właśnie mówią o Shandon Street, no nie? Że jest jak kufel guinnessa, czarne na dnie i czarne pośrodku, a na górze biel.

Ciaran pominął to milczeniem. Lisney przeszkolił go w kwestii poprawności politycznej, a poza tym specjalnie zabezpieczony zamek w drzwiach był ciasny i chłopak nie mógł przekręcić klucza. Nadal się z nim męczył, gdy nagle usłyszał dziwne wycie – piskliwe, jakby wydobywało się z ust kobiety lub dziecka. A może to był tylko kot. Nie ulegało jednak wątpliwości, że dobiega z wnętrza budynku.

– No dobra, uwijajmy się – rzekł pan Rooney, zerkając na zegarek. – Marnuję czas, a o dwunastej muszę być w Ballincollig.

Ciaran jednak przyłożył ucho do drzwi i wytężał słuch.

– Mógłby się pan na chwilę uciszyć?

– Do mnie mówisz? – odparł poirytowany klient.

– Przepraszam. Mógłby pan przez chwilę nic nie mówić? Bardzo proszę. Zdawało mi się, że coś usłyszałem.

– Chłopcze, jestem bardzo zajęty i spieszę się.

– Nie, proszę posłuchać! O, teraz! Jakby płacz!

Pan Rooney cmoknął i przewrócił oczami, a potem odwrócił się i podszedł do drzwi. Ulicą toczyła się z łoskotem stara brudna ciężarówka załadowana pniami drewna i starymi pralkami. Z rury wydechowej buchały spaliny, a z okien kłęby dymu papierosowego.

– Nic a nic nie słyszę – odparł pan Rooney. – Wyobraźnia płata ci figle, chłopcze.

Kiedy jednak ciężarówka dowlekła się do Church Street i hałas z dziurawego tłumika ucichł, z wnętrza budynku dobiegł kolejny okrzyk bólu lub rozpaczy. Był tak przeciągły, że zabrzmiał niemal operowo i tym razem obaj go usłyszeli.

– Mówiłeś, że lokal jest wolny – rzekł klient takim tonem, jakby zarzucał Ciaranowi złamanie warunków umowy.

– No bo tak miało być. Dwa górne piętra są wynajmowane osobno, ale o ile mi wiadomo, nikogo tam teraz nie ma.

– Nie za dobrze się orientujesz, co? Chyba musimy wejść do środka i zbadać sytuację.

– Lepiej zadzwonię najpierw do biura – odparł Ciaran.

– Tak, i co to pomoże? Zadzwoń raczej po policję.

Chłopak wahał się przez kilka sekund, a potem znów przekręcił klucz i otworzył frontowe drzwi. Śmierdziało jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Ciaran miał wrażenie, że dostrzega pomarańczowy opar, lecz to było światło wsączające się przez barwny witraż w oknie na półpiętrze.

Duszny fetor dławił go, wypełniał jego nozdrza, gardło i płuca. Przypominał smród szczura, który zdechł kiedyś pod podłogą w domku cioci Kathleen w Clash, ale ten był sto razy mocniejszy.

Ścianę wąskiego holu oklejono tłoczoną tapetą zamalowaną połyskliwą żółtomusztardową farbą, posadzkę pokrywało wytarte zielone linoleum. Drzwi po lewej stronie prowadziły do sklepu. Stawiły opór, lecz Ciaran pchnął silniej ramieniem i puściły. We wnętrzu panowała ciemność, gdyż okna zakrywały stalowe żaluzje antywłamaniowe. Dwie szafki na artykuły żywnościowe ze szklanymi frontami stały względem siebie pod kątem prostym, ale szkło pokrył kurz i obie były puste. Na środku walało się przewrócone drewniane krzesełko, a na ścianie wciąż wisiał podarty plakat z widokiem zamku w Budapeszcie. Poza tym nic nie świadczyło o tym, że w pomieszczeniu znajdowały się kiedyś węgierskie delikatesy. Ciaran uświadomił sobie, że pomylił się, przypisując odór kiełbasie, bo wewnątrz nie cuchnęło tak mocno jak w korytarzu.

– To byłby fajny lokal, gdyby udało ci się jakoś pozbyć tej woni – rzekł pan Rooney, rozglądając się. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili znów rozległo się piskliwe wycie przypominające krzyk. Wydawało się, że dochodzi z pomieszczenia nad sklepem; Ciaran usłyszał odgłos ruchu, jakby czyjeś pięty stukały o podłogę.

Zamilkli obaj, ale pan Rooney wyszedł na korytarz i ruszył schodami na górę, trzymając się chwiejnej poręczy. Ciaran podążył za nim z poczuciem, że jest bardzo niedojrzały. W końcu to on był przedstawicielem biura i powinien wziąć sprawy w swoje ręce.

Dotarli do półpiętra. Światło wpadające przez witrażowe okno malowało plamy na ich twarzach i wyglądali, jakby cierpieli na nieuleczalną chorobę skórną. Po lewej stronie znajdowały się drzwi z obłażącą brązową farbą, a naprzeciwko przybyszów drugie, uchylone. Ciaran zauważył umywalkę z plamami rdzy i staromodną żeliwną wannę z wielkim cieknącym kranem.

– Jest tu kto?! – zawołał pan Rooney. – Pytałem, czy ktoś tu jest? – Ze świstem wciągnął powietrze, lecz zanim zdążył krzyknąć po raz trzeci, zaniósł się kaszlem i rąbnął się dłonią w pierś. – O Jezu, ktoś by pomyślał, że nie rzuciłem palenia.

– Zdaje się, że te krzyki dochodziły stąd. – Ciaran skinieniem głowy wskazał drzwi po lewej stronie.

– No to ruszaj, chłopcze – rzucił pan Rooney, dławiąc kolejne kaszlnięcie. – Nie będziemy tu sterczeć cały zasrany dzień.

Chłopak ujął bakelitową klamkę i otworzył drzwi. Zasłony były zaciągnięte, toteż nie sposób było zobaczyć, czy w środku ktoś jest, lecz jeśli piskliwe okrzyki nie dochodziły z tego pomieszczenia, to smród z całą pewnością brał się właśnie stamtąd. Ciaran dostał mdłości i wahał się przez chwilę, nim pchnął drzwi. Bał się, że będzie musiał popędzić do toalety i puścić potężnego pawia.

Usłyszał brzęczenie much plujek, a potem jęk i zawodzenie, tym razem w niższej tonacji, jak gdyby ten, kto je wydawał, był bardzo przestraszony. Ciaran zaczerpnął tchu, by się trochę uspokoić, i w tej samej chwili tego pożałował, bo uderzył go odór. Sięgnął ręką do włącznika światła i nacisnął, lecz nic się nie stało. Zapewne, tak jak się domyślał, dostawca odciął dopływ prądu do lokalu.

– A, do cholery – rzucił pan Rooney i wszedł, ocierając się o Ciarana. Podszedł do okna i odciągnął grube zielone kotary; pokój zalało szarawe światło brzasku. Co najmniej kilkanaście much latało i pełzało po szybach.

To, co zobaczyli, osadziło ich w miejscu. Ciaran poczuł, że cała krew spływa mu do stóp. Pomieszczenie było sypialnią, przy ścianie z drzwiami stała fioletowa rozkładana kanapa. Resztę umeblowania stanowił brudny fotel o barwie zboża, tekowy stolik do kawy w kształcie palety malarskiej i tania szafa na wysoki połysk. W rogu obok okna były mała trójkątna umywalka oraz półka z mikrofalówką i plastikowy czajnik w oliwkowym kolorze.

Na ścianie nad kanapą wisiał wyblakły obraz przedstawiający świętego Patryka z białą brodą, który uśmiechał się dobrotliwie, a u jego stóp kłębiły się węże sunące do morza. Na kanapie leżało ciało nagiego czarnoskórego mężczyzny, a przed nim klęczała młoda czarna kobieta patrząca szeroko otwartymi oczami, odziana tylko w purpurowy satynowy stanik. Była tak wychudzona, że jej ręce i nogi przypominały czarne pogrzebacze, a skóra na brzuchu się fałdowała.

– Ba a cutar da ni! – krzyknęła jękliwie, zasłaniając ręką twarz. Jej głos, przenikliwie wysoki, przypominał gwizd. – Ba a cutar da ni!

Widok i odór ciała leżącego mężczyzny wprawiły Ciarana i pana Rooneya w szok. Przez kilkanaście sekund żaden nie zdołał wydobyć słowa.

– Święta Mario, Matko Boża – wykrztusił pan Rooney. – Spójrz, w jakim on jest stanie.

Mężczyzna miał obcięte obie dłonie, a koc pod jego nadgarstkami poczerniał od zaschłej krwi. Na kikutach rąk wiły się larwy żerujące na gnijącym mięsie. Jeszcze gorzej wyglądała jego twarz, a raczej to, co z niej zostało. Dolna szczęka z równo przystrzyżoną kozią bródką była nienaruszona, lecz nad nią czerwieniała jedna wielka rana niczym karmazynowy kwiat z płatów z mięsa. Tułów tętnił od larw, a nad nim kłębił się rój much składających kolejne jaja.

Jeszcze więcej larw i much pełzało między nogami mężczyzny; były ich dziesiątki. Sprawiały, że wyglądał, jakby nosił ogromną pulsującą pieluchę.

– Wezwij policję, chłopcze – polecił chrapliwym głosem pan Rooney, lecz Ciaran już zdążył wyjąć komórkę i wybierał numer alarmowy sto dwanaście.

Starszy mężczyzna wyciągnął do dziewczyny obie ręce.

– No chodź, nic ci nie zrobimy. Jezu Chryste, co ty tu robisz z tym umarlakiem?

– Wy nie zabijać – odpowiedziała. – Proszę, wy nie zabijać.

– Hej, nie zabijemy cię. Dlaczego mielibyśmy cię krzywdzić?

– Proszę, wy nie zabijać.

– Ależ skąd! Nie zabijemy cię. No, musisz stąd wyjść.

– Lower Shandon Street – mówił Ciaran do komórki. – Szyld z napisem: Węgierskie Delikatesy. Leżą tu zwłoki czarnego mężczyzny bez części głowy. Jest jakaś dziewczyna, żyje, ale chyba potrzebuje pomocy. Także czarnoskóra. Tak, zgadza się. Nie, nie wygląda na ranną. Tak. Ciaran O’Malley. Tak. – Odwrócił się do pana Rooneya. – Gliniarze już jadą. Powiedzieli, żeby niczego nie dotykać i nie ruszać zwłok.

– Taa… jasne. Wezmę go w ramiona i będę tańcował po pokoju.

– Chyba muszę stąd wyjść. – Ciaran zasłonił twarz dłonią, żeby nie widzieć zwłok na kanapie. – Nie wytrzymam dłużej tego widoku i smrodu. I jeszcze te larwy.

Kiedy wypowiedział słowo „larwy”, usta wypełniły mu się żółcią i oczy zaczęły łzawić.

Pan Rooney rozpiął płaszcz i go zdjął, a potem wyciągnął ręce z okryciem w stronę dziewczyny.

– Załóż to, skarbie. Przynajmniej ty będziesz jakoś wyglądała.

Dziewczyna wysunęła rękę ku oparciu fotela i zdołała dźwignąć się na nogi. Była tak wychudzona, że jej miednica wyglądała jak lemiesz pługa. Pan Rooney nałożył płaszcz na jej kościste ramiona, lecz Ciaran zobaczył, że plecy dziewczyny pokrywają wypukłe ukośne blizny po chłoście albo przypaleniu, albo po jednym i drugim.

Wyszli z pomieszczenia i pomału zeszli po schodach. Kiedy znaleźli się w holu, dziewczyna stanęła.

– Ba za ta komo, yana ta? Yarinyar?

– Za cholerę nie wiem, co ty tam świergolisz, maleńka – odparł pan Rooney i mimo że dziewczyna miała bose nogi, wyprowadził ją na ulicę. Spojrzał przez ramię na Ciarana. – Zamknij te drzwi, chłopcze, bo za chwilę cofnie mi się śniadanie.

Zaczęło padać, niezbyt mocno, lecz nawierzchnia jezdni lśniła i słychać było szum wody spływającej do studzienek. Dziewczyna oglądała się raz po raz, bardzo zaniepokojona, jakby się spodziewała, że lada chwila ktoś się na nią rzuci. W wejściu do punktu loterii naprzeciwko stał czarnoskóry mężczyzna z brudnym czerwonym kapturem na głowie i palił papierosa. Ciaran zauważył, że jego obecność przestraszyła dziewczynę; odwróciła się do niego plecami i podniosła kołnierz płaszcza, by zasłonić twarz.

– Gliny będą tu raz-dwa – rzekł pan Rooney i uspokajającym gestem położył rękę na jej ramieniu. Ona jednak się wzdrygnęła.

– Jak ci na imię? – zapytał. – Jak cię zwą? Rozumiesz po angielsku, prawda?

Skinęła głową.

– Tak, rozumieć. Ta pani nie wrócić?

– Jaka pani?

Dziewczyna wskazała w kierunku pokoju, w którym leżały zwłoki.

– Ta pani zabić Mawakiya.

Ciaran spojrzał na pana Rooneya, ten zaś uniósł gęste siwe brwi.

– Twojego faceta wykończyła kobieta? – spytał.

– Miała bindiga. Pistolet. Tak. Dwa razy w głowę.

– Nie dziwi mnie to. Widziałem, w jakim był stanie. Twarz wyglądała jak kotlet.

– Zastrzeliła go? – odezwał się Ciaran. – Niesamowite, że nikt nie słyszał strzałów.

– Ech, nic w tym zaskakującego – odparł pan Rooney. – W tym mieście nikt niczego nie słyszy, jeśli nie chce napytać sobie biedy, obojętnie gdzie.

– Znasz tę kobietę? – chciał wiedzieć Ciaran.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie znać jej. Ale mówi, nie ruszać się. Nie ruszać się! Jak wyjdziesz z tego pokoju, będę na ciebie czekać. Zrobię ci tak samo jak Mawakiya.

– Więc dlatego tam zostałaś?

Ponownie skinęła głową, a potem jej dolna warga drgnęła.

– Ja tak się bać… – Zaszlochała. – Ja tak się bać. Ona mówi, jeśli wyjdziesz z pokoju, ja cię zabić jak Mawakiya. Przyrzekam.

– O Jezu – mruknął pan Rooney. – A więc dlatego tam tkwiłaś. Kiedy to się stało? To znaczy, jak długo tam byłaś?

Dziewczyna uniosła trzy długie palce ze srebrnymi pierścionkami. Paznokcie były polakierowane na fioletowy metalik, lecz mocno popękane.

– Trzy dni? O Jezu. I przez cały czas twój facet coraz bardziej cuchnął, a ty nie miałaś nic do jedzenia ani do picia?

– Mam wodę. I ciastka.

– No tak, widok faceta z kawałkiem odstrzelonej głowy nie zaostrza apetytu. Planowałem wybrać się do Ballincollig na bekon z kapustą w White Horse Inn, ale coś mi się zdaje, że przez dłuższy czas nie wezmę niczego do ust.

– A więc, jak masz na imię? – indagował Ciaran. – Skąd jesteś? Od jak dawna przebywasz w Cork?

Spoglądała na niego nad kołnierzem płaszcza pana Rooneya. Jej rzęsy były zlepione żółtą substancją, a lewe oko nabiegło krwią. Nie odpowiedziała, lecz wlepiała w niego wzrok, jak gdyby nie ufała ani jemu, ani nikomu. Jak by już nigdy nie mogła obdarzyć kogokolwiek zaufaniem.

– Nawet mi się nie przedstawisz? – spytał Ciaran. – W takim razie może podasz swój wiek? To możesz mi powiedzieć, prawda? Chyba że nie wiesz?

Dziewczyna uniosła obie dłonie z rozpostartymi palcami. A potem tylko prawą z dwoma zgiętymi.

Ciaran uniósł brwi z niedowierzaniem, więc powtórzyła gest. Dwie dłonie, dziesięć palców, a potem jedna z trzema.

– Matko Boska – rzekł pan Rooney. – Ona ma tylko trzynaście lat.

W tej samej chwili nad wzgórzami na południowym zachodzie mignęła błyskawica. Dziewczyna zakryła usta dłonią, jakby przed chwilą wypowiedziała najpotworniejsze kłamstwo.

Rozdział 2

Katie weszła do sali przesłuchań. Pomieszczenie prezentowało się ponuro, lecz nie było tak ciemne, by wymagało zapalenia światła. W jednym z foteli od Parkera Knolla stojących po prawej stronie siedziała pani w średnim wieku ubrana w czerwony tweedowy kostium. Miała ufarbowane na rudo włosy, ogniście czerwone policzki i takie zmarszczki wokół ust, jakby w prezencie ślubnym zafundowano jej usunięcie wszystkich zębów.

Uniosła się lekko na widok Katie, ta jednak dała ręką znać, by nie wstawała.

– Mary ó Floinn, pani nadkomisarz – przedstawiła się rudowłosa kobieta scenicznym szeptem. – To ze mną rozmawiała pani przez telefon.

Katie skinęła głową. Bardziej interesowała ją wysoka młoda dziewczynka, która stała przy oknie i wyglądała na ulicę. Szyba upstrzona była kroplami deszczu, a widoczne przez nią ciemne, pokryte dachówką dachy domów błyszczały od wody. Na dole jakiś mężczyzna, okrywszy sobie głowę wiatrówką w kolorze khaki, układał cegły i palił papierosa. Katie nie wiedziała, czy dziewczyna patrzy na niego, czy w przestrzeń.

Z notatek, które dostała z Nasc, wiedziała, że dziewczynka ma osiem lat, lecz nie wyglądała na więcej niż pięć. Jej kasztanowe włosy były skołtunione, Katie widziała wśród kosmyków brązowe strupy. Była bardzo wychudzona, a jej chudość podkreślała długa szara sukieneczka z bawełny, czysta i dobrze wyprasowana, z różową fałdką z przodu, o dwa rozmiary za duża.

Katie podeszła do okna i stanęła obok dziewczynki. Ta nie skierowała na nią wzroku; dalej gapiła się przez okno. Miała wysokie czoło, mocno zarysowane kości policzkowe i ogromne brązowe oczy. Skojarzyła się Katie z małą czarodziejką z książek, które czytywała jej kiedyś matka. Wyglądałaby jak jedna z nich, gdyby nie zanikające żółte siniaki na lewym policzku i wokół ust oraz purpurowe na szyi, przypominające ślady palców.

– Corina? – odezwała się bardzo łagodnym głosem Katie.

Dziewczynka spojrzała na nią i momentalnie odwróciła głowę.

– Corino, jestem Katie. Dali ci coś do jedzenia?

– Dostała paluszki rybne na lunch – wtrąciła się Mary ó Floinn. – Ale zjadła tylko jednego. Przyszło mi na myśl, że nigdy nie dali jej więcej niż jednego i bała się, że więcej może zaszkodzić.

Katie długo stała i patrzyła na Corinę. Nie pamiętała, kiedy ostatnio poczuła taki ból. Musiała odwrócić się od okna, bo miała gulę w gardle i łzy w oczach.

Po chwili przełknęła ślinę i uśmiechnęła się.

– Corino, może usiądziemy sobie tam i porozmawiamy?

Podeszła do zapadniętej rdzawej kanapy po przeciwnej stronie sali i usiadła. Dziewczynka po krótkim zawahaniu podążyła za nią i także usiadła. Głowę trzymała spuszczoną i gapiła się na wykładzinę.

– Masz ochotę na czekoladkę? – zapytała Katie.

Dziewczynka pokręciła głową.

– Na pewno? Już zjadłaś lunch, prawda, więc teraz wolno.

– Z czekoladą jest pewien kłopot – odezwała się znowu scenicznym szeptem Mary ó Floinn.

– Co to znaczy, „pewien kłopot”?

– Wzięła sobie z lodówki kawałek, malutki, ale Mânios przywalił jej, tak że uderzyła głową o betonowy próg i prawie się udławiła. Więc widzi pani, że mała jest nieco ostrożna, gdy idzie o czekoladę.

– Rozumiem – odparła Katie. Uśmiechnęła się do Coriny, lecz ból skrywany za uśmiechem zamienił się w gniew, jakiego jeszcze nigdy nie czuła. Wyobraziła sobie, że wymaszerowuje z sali, odnajduje Mâniosa Dumitrescu w barze w Cork, w którym tego dnia pije, zapewne w Idle Hour, wyjmuje pistolet kalibru .38 i bez wahania pakuje mu kulkę między oczy.

Rozpięła torebkę i wyjęła batonik Milky Bar, który kupiła po drodze w kiosku.

– Zjemy na spółkę, co? Połowa dla ciebie i połowa dla mnie.

Corina spoglądała na nią myślącymi brązowymi oczami. Po dłuższej chwili skinęła głową.

Kiedy tak siedziały razem, jedząc czekoladowy batonik, Katie zapytała:

– Wiesz, gdzie się urodziłaś?

Corina ponownie pokręciła głową.

– A wiesz, gdzie teraz jesteś?

Tym razem skinęła.

– No gdzie, Corino?

Zamknęła oczy i cichym chrapliwym głosem wyrecytowała:

– St Martha’s Avenue numer trzydzieści siedem, Gurranbraher, Cork, telefon zero dwadzieścia jeden, cztery dziewięć siedem dziewięć dziewięć pięć.

– Dumitrescu przynajmniej postarali się, żeby jej nie stracić – zauważyła Katie. Poczekała chwilę, aż Corina dokończy batonik, a potem otrze usta rąbkiem spódnicy. – Jak na imię twojej mamie, kochanie?

– Marcela.

– Tak ma na imię kobieta, z którą mieszkasz. Pytam o twoją prawdziwą mamę.

Corina ściągnęła brwi, jakby nie zrozumiała pytania. Katie spojrzała na Mary ó Floinn, a ta wzruszyła ramionami.

– Ona wierzy, że Marcela jest jej prawdziwą matką, proszę pani. Proszę pamiętać, że miała zaledwie trzy lata, kiedy Dumitrescu ją adoptowali. Skontaktowaliśmy się ze służbą społeczną w Bukareszcie, ale liczyliśmy na to, że pani poprosi rumuńską policję, żeby dotarła do jej prawdziwej rodziny.

– Och, na pewno to zrobimy – odparła Katie. – Jest u nich specjalny wydział do spraw handlu ludźmi, tak samo jak u nas. Tymczasem chciałabym przeprowadzić szereg rozmów z Coriną, kiedy uzna pani, że dziewczynka jest gotowa. Nie możemy jednak długo zwlekać. W raporcie podała pani, że Dumitrescu mają dokumenty adopcyjne i już złożyli skargę, by ją odzyskać.

– Ale przecież sąd nie nakaże nam jej oddać, prawda? Proszę tylko na nią spojrzeć.

Katie wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, Mary. Jeśli nie zdobędziemy naprawdę mocnych dowodów przeciwko nim, niewiele wskóramy. W sprawach imigrantów to ty jesteś najlepszą biegłą. Jeżeli Dumitrescu dorwą ją znowu w swoje łapy, mogą zwinąć manatki i wyjechać do Anglii albo do Rumunii, albo gdziekolwiek, i nigdy więcej jej nie zobaczymy.

– Boże, broń – odrzekła Mary ó Floinn. – Stowarzyszenie do spraw Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Dzieci umieściło ją tymczasem we wspaniałej rodzinie zastępczej w Douglas, u państwa Brennanów. Zawiozę ją tam od razu po spotkaniu. Za dwa, trzy dni, może wcześniej, będzie pani mogła znowu z nią pomówić. Musi pozbyć się strachu, że dostanie lanie od Dumitrescu, jeśli powie, co jej robili. Podałam pani nazwisko sąsiadki, która do nas zadzwoniła. Nie wiem, czy zechce zeznawać w sądzie, ale może skieruje nas do innych świadków.

Katie ujęła dłoń dziewczynki, uścisnęła ją i uśmiechnęła się.

– Zobaczymy się jeszcze, tak, Corino? Zaopiekują się tobą mili ludzie. Będziesz spała we własnym łóżku, nie będziesz musiała gotować, sprzątać ani zmieniać dzieciom pieluszek. Nie pozwolimy, by Marcela albo Mânios dalej cię bili. Teraz nic ci już nie grozi.

Nie wiedziała, czy dziecko wszystko rozumie, lecz uniosło głowę i uśmiechnęło się szeroko. Katie z bólem serca zobaczyła, że wszystkie zęby ma spróchniałe aż do dziąseł.

Kiedy Corina wkładała czerwoną kurtkę przeciwdeszczową, Katie na korytarzu zamieniła po cichu kilka słów z Mary ó Floinn.

– Brawo, Mary, okazałaś prawdziwą odwagę, pomagając tej dziewczynce. Większość ludzi nie ośmiela się narażać Dumitrescu. Mânios stawał przed sądem trzy razy w ciągu ostatnich czterech lat pod zarzutem napaści i wymuszenia i za każdym razem groził świadkom, że ich potnie nożem albo pobije, więc wszyscy zgodnie z jego życzeniem nagle tracili pamięć.

– Myśli pani, że my w Nasc się nie boimy? – odpowiedziała pytaniem Mary ó Floinn. – Już odebraliśmy parę nieprzyjemnych telefonów od Dumitrescu. Nie było otwartych gróźb. Oni są niebezpieczni, ale nie głupi. Poza tym to nie jest typowa dla nas sprawa. Przeważnie staramy się utrzymywać rumuńskie rodziny w całości, a nie je rozdzielać. Ale koniec końców, tak, wszystko będzie zależało od tego, czy zdoła pani nakłonić Corinę do mówienia i zdobyć zeznania innych świadków. – Po krótkiej pauzie dodała: – Nawiasem mówiąc, nie spodziewałam się, że pani nadkomisarz zjawi się osobiście. Jestem bardzo wdzięczna.

Katie uśmiechnęła się.

– Zamierzałam przysłać detektyw sierżant ó Nuallán. Poznała ją pani, prawda? Ale chciałam zobaczyć Corinę na własne oczy. Mam alergię na tych Dumitrescu i chciałam także przypomnieć sobie, dlaczego ją mam i jak jest silna. Mânios to diabeł wcielony, tylko tym słowem można go określić, a ta jego matka to istna wiedźma.

Spojrzała do wnętrza sali i zobaczyła, że Corina siedzi na kanapie ze spuszczoną głową i bawi się, poruszając palcami dłoni. Detektyw O’Donovan poinformował ją, że kiedy w zeszły piątek zabierano Corinę z domu rodziny Dumitrescu w Gurranabraher, funkcjonariusze zobaczyli, iż dziewczynka nie ma zapasowych ubrań. Stale chodziła w tej samej koszulce i szortach; miała tylko jedną parę gumowych kapci, za małych, i żadnych zabawek. Książek nie potrzebowała, bo nie posłano jej do szkoły, nie umiała więc czytać i pisać. Nie potrafiła nawet policzyć po rumuńsku do dziesięciu.

Katie zeszła stromymi betonowymi schodami przy Ferry Lane do Pope’s Quay nad rzeką Lee, gdzie zaparkowała swoją niebieską fiestę. Świeciło słońce, więc chodniki i powierzchnia jezdni niemal oślepiały blaskiem. Wsiadłszy do samochodu, opuściła osłonę przeciwsłoneczną i spojrzała na siebie w lusterku wstecznym. Od kilku tygodni panowały nietypowe dla tej pory roku chłody i miała spękane usta. Jej wygląd wskazywał na przemęczenie, a krótkie miedzianorude włosy były w nieładzie. Czasem zastanawiała się, co John w niej widzi, chociaż zawsze jej powtarzał, że jest podobna do elfów, drobna, zielonooka i „nieprawdopodobnie ładna”. „A może chcesz powiedzieć «ładna jak nie wiadomo co»?” – ripostowała żartobliwie.

Nałożyła trochę pomadki na usta i poprawiła włosy. Postanowiła, że nie pójdzie więcej do tej fryzjerki, u której była ostatnio, choć zapewne nie była to wina fryzjerki, że obcięła je tak krótko. Kiedy biedna dziewczyna usiłowała je układać i prostować, Katie bez przerwy gadała przez telefon, a wtedy zawsze była pobudzona lub zła i nie mogła usiedzieć spokojnie.

Nic dziwnego, że jej nieżyjąca już matka mówiła na nią wróżka wiercipięta.

Rozdział 3

Zadzwonił telefon, sygnałem był refren piosenki The Wild Rover w wykonaniu zespołu Dubliners: …and it’s no, nay, never, no nay never no more…!

Katie wyjęła aparat z kieszeni żakietu.

– Tak, Liamie? No i co? Porozmawiał pan z Gerretym?

Telefonował inspektor Liam Fennessy. Miał się spotkać rano z Michaelem Gerretym i jego adwokatem w celu omówienia trzydziestu dziewięciu zarzutów postawionych Gerrety’emu w związku z tym, że prowadził najbardziej dochodową w mieście firmę oferującą seks na telefon; serwis nazywał się Cork Fantasy Girls. Sprawa była zagmatwana i wlokła się od miesięcy.

– Gerrety się nie pojawił – odparł inspektor. – Żadna niespodzianka, moim zdaniem. Adwokat podał jakąś kulawą wymówkę, podobno jego matka jest bardzo chora. Ale nie dlatego do pani dzwonię. W mieszkaniu nad sklepem przy Lower Shandon znaleziono ukatrupionego gościa. Horgan już tam jest, ó Nuallán właśnie jedzie. Horgan mówi, że facet leży co najmniej od trzech dni, ale to może być nawet tydzień. Ma amputowane obie dłonie i wygląda, jakby wypalono mu ze spluwy prosto twarz.

– O Jezu!

– Ja zareagowałem dokładnie tak samo. Czarnoskóry facet, z tego, co wiemy. Znamy imię, bo była z nim jakaś młoda dziewczyna. Nigdy nie słyszałem takiego imienia. Ona twierdzi, że była świadkiem zabójstwa, ale potem bała się wyjść z pomieszczenia. Podobno sprawczyni zagroziła jej, że jeśli wyjdzie, straci głowę tak samo jak on.

– Że co? Powiedział pan „sprawczyni”?

– Owszem. Dwóm mężczyznom, którzy ją znaleźli, powiedziała, że zrobiła to kobieta, na mur.

– Znała tę kobietę?

– Ich zdaniem, nie. Nie byli pewni.

– Opisała im jej wygląd? Rozpoznałaby tę kobietę, gdyby ją jeszcze raz zobaczyła?

– Nie, podała im tę informację, a później zamknęła się na amen i nie powiedziała ani słowa.

– Jaki numer przy Lower Shandon?

– Nie sądzę, żeby pani miała kłopot ze znalezieniem tego miejsca. Są tam trzy nasze wozy i biała furgonetka, kolejne pojazdy są w drodze. Za parę minut powinni dotrzeć technicy. Horgan mówi, że zebrał się tłum aż strach.

– Dobra, Liamie, pojadę tam od razu. A pan?

– Muszę przejrzeć wszystkie zeznania w sprawie Ringaskiddy, chodzi o handel narkotykami. Jutro rano jest posiedzenie sądu. Adwokat Michaela Gerrety’ego mówi, że jego klient będzie dostępny jutro po południu, ale wątpię, czy zdołam się z nim wtedy spotkać. Będę musiał odłożyć to najwcześniej do piątku.

– W takim razie proszę się tym nie przejmować. Ja pójdę. Najwyższy czas, bym rozmówiła się z panem Gerretym w nieco mniej uprzejmy sposób.

– Kawał sukinsyna z niego. Doskonale rozumiem, dlaczego tak wkurza Dermota.

– Nerwy na wodzy, Liamie. Zostaw teczkę na moim biurku, a ja poproszę Shelagh, żeby mnie umówiła.

– Tak jest. Później się odezwę.

Katie zapaliła silnik, wyjechała tyłem z parkingu przed starym budynkiem Cork Button Co. i pojechała wzdłuż przystani w kierunku Lower Shandon Street. Rano żałowała, że nie zjadła czegoś przed wyjściem z domu. Przekonała się, że bez śniadania zwykle pada z nóg przed jedenastą i zaczyna się robić nerwowa, zwłaszcza w tygodniu poprzedzającym okres. Po tym, co usłyszała od inspektora Fennessy’ego, przestała żałować i poczuła ulgę. Niewiele jest doznań równie nieprzyjemnych jak tryskająca przez nos letnia kawa i na wpół strawione płatki zbożowe.

Fennessy powiedział prawdę: Lower Shandon Street była już zatarasowana przez trzy radiowozy, żółtą karetkę, białego mercedesa vario z działu technicznego, wóz transmisyjny stacji RTÉ, a także dwa motocykle policyjne oraz co najmniej siedemdziesięciu gapiów, wśród których było wielu czarnoskórych i Azjatów. Wszyscy zgromadzili się na chodniku naprzeciwko Węgierskich Delikatesów, jakby spodziewali się nadejścia jakiegoś celebryty.

Zmotoryzowany funkcjonariusz przepuścił Katie i wskazał miejsce przed siedzibą firmy O’Donnelly’s Turf Accountancy, w którym mogła zaparkować, ustawiając auto dwoma kołami na chodniku. Detektyw Horgan stał przed delikatesami i rozmawiał z Danem Keane’em z „Examinera” oraz z reporterką w srebrnej kurtce z futrzanym kołnierzem, której Katie nie rozpoznała. Podszedł od razu i otworzył jej drzwi. Zauważyła, że ma na szyi niebieską maskę chirurgiczną.

– Przypędziła tu pani na złamanie karku. Mam nadzieję, że nie pękło po drodze parę ograniczeń?

Puściła tę uwagę mimo uszu, przywykła już do nieznośnego poczucia humoru detektywa Horgana. Miał niebieskie oczy i czerstwą twarz, a postawione na żel blond włosy sprawiały, że wyglądał jak członek drugorzędnego boys bandu. Jednakże na przekór tej chłopięcej prezencji był czujnym i dociekliwym młodym detektywem, niedającym się zbyć byle wymówką czy na poczekaniu zmyślonym alibi.

– A więc opowiadajcie – poprosiła Katie, wchodząc do sklepu.

Detektyw Horgan wskazał Ciarana O’Malleya i jego klienta, pana Rooneya, którzy stali pod markizą następnego budynku. Byli zmęczeni i bardzo chcieli już sobie pójść.

– Ten młody pracuje u Lisneya, pokazywał starszemu lokal do wynajęcia na prowadzenie biznesu. Mówią, że kiedy otworzyli drzwi, smród omal nie zwalił ich z nóg.

– Gdzie zwłoki?

– Na górze, pierwsze piętro. – Horgan wskazał okno nad szyldem delikatesów. Katie zobaczyła niebieskie laserowe światła przebiegające po suficie, mignęły plecy jednego z techników laboratoryjnych w białym kombinezonie.

– Powiem pani od razu, że kiedy się tam wejdzie, poczuje się pani jak na koncercie kościelnego chóru. I radzę, żeby posmarowała sobie pani pod nosem mentholatum.

– Inspektor Fennessy wspomniał o jakiejś dziewczynce – rzuciła Katie.

– Taak… owszem, tkwiła na podłodze obok ciała, była praktycznie goła. Siedzi teraz w karetce. Rozmawiałem z sanitariuszką. Dziewczynka chyba nie ma żadnych obrażeń, ale jest strasznie niedożywiona. Przez trzy dni żyła na kranówce i ciastkach. Lada chwila mają ją zawieźć do Wilton Hilton na badanie.

– Dobrze, pójdę najpierw do niej. Przesłuchał pan tych mężczyzn?

– Tak, obydwu. Niewiele się dowiedziałem. Kiedy znaleźli tę dziewczynkę, wypowiedziała parę zdań w języku, którego nie rozumieli. Starszy twierdzi, że brzmiał jak jakiś język afrykański.

– Afrykański? Ale który?

– Tego nie potrafił określić. To był język, którym mówią czarni.

– No nie, detektywie, nie wiem, iloma językami mówi się w Afryce, ale na pewno więcej niż jednym. W samym Cork posługujemy się ponad dwudziestoma różnymi językami, na litość boską. Tak to w każdym razi brzmi, jeśli się wsłuchać.

– Facet wychwycił jednak imię ofiary, bo dziewczynka powtórzyła je dwa lub trzy razy. Maa-waa-kija.

– Maa-waa-kija. Na pewno?

Detektyw Horgan skinął głową i uniósł iPhone’a.

– Kazałem mu powtórzyć i nagrałem, a ten młody potwierdził, że tak to brzmiało.

– No dobrze – powiedziała Katie. – Chyba może ich pan już zwolnić, wyglądają, jakby obaj mieli dość na dzisiaj. Próbował pan rozmawiać z dziewczynką?

– Tak, ale nie odezwała się do mnie ani słowem. Ci dwaj mówią, że ostatnie, co od niej usłyszeli, to jej wiek. Zapytali, ile ma lat, a ona wystawiła trzynaście palców. To znaczy uniosła dziesięć, a potem trzy.

W takich chwilach Katie nie była pewna, czy detektyw Horgan żartuje czy nie, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Podeszła od tyłu do karetki i zapukała. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się młoda sanitariuszka w żółto-zielonym kitlu. Miała bladą twarz o ostrych rysach i krótko ostrzyżone ciemne włosy. Wyglądała prawie jak pacjentka przechodząca chemioterapię.

– Detektyw komisarz Maguire – przedstawiła się Katie, pokazując identyfikator. – Chciałabym zamienić parę słów z pacjentką, jeśli wolno, zanim zabierze ją pani na badanie. Bo przypuszczam, że tam właśnie trafi?

– Tak, owszem – potwierdziła sanitariuszka.

– W jakim jest stanie? Tak ogólnie?

– Zmierzyliśmy rytm serca i ciśnienie, szukaliśmy wyraźnych obrażeń. Jest odwodniona i ma co najmniej dwanaście kilo niedowagi jak na dziewczynkę jej wzrostu. Poza tym dwa pęknięte żebra, liczne siniaki i kilkanaście starych blizn.

Katie weszła do karetki i usiadła obok dziewczynki spoczywającej na noszach. Ta spojrzała na nią, ściskając kurczowo w dłoniach jasnoniebieski bawełniany koc, który ją okrywał. Miała brudne zmierzwione włosy i opryszczkę wokół ust. Od dawna musiała się nie myć, bo czuło się brudne ciało i mocz.

– Cześć, kochanie – zagadnęła Katie i uśmiechnęła się. – Jak się czujesz?

Dziewczynka milczała, podciągając koc pod brodę.

– Ta miła pani zabierze cię do szpitala. Pielęgniarki cię wykąpią, umyją ci włosy, a potem dadzą coś do jedzenia i picia. Wierz mi, poczujesz się sto razy lepiej.

– Nie odezwała się ani słowem – oznajmiła sanitariuszka. – Nawet nie podała swojego imienia.

– I nic w tym dziwnego – odparła Katie. – Od chwili, gdy zabrano ją z domu, wątpię, by chociaż jedna osoba jej nie okłamała, nie groziła jej i nie biła, jeśli ta mała nie robiła tego, co jej się kazało. Dlaczego miałaby sądzić, że pani albo ja potraktujemy ją lepiej?

Przez chwilę korciło ją, by zapytać o mężczyznę imieniem Maa-waa-kija, ale odpuściła. Nawet gdyby nakłoniła ją do powiedzenia czegokolwiek, było jasne, że mała jest w głębokim szoku, a z doświadczenia Katie wynikało, iż tacy świadkowie są prawie zawsze nierzetelni. Szkoda cennych godzin policyjnej służby na dociekanie, co naprawdę się wydarzyło, a co mogło być jedynie koszmarem w głowie dziewczynki.

– Odwiedzę cię później, kiedy rozgościsz się w szpitalu – zapowiedziała i uśmiechnęła się.

Mała tylko gapiła się na nią i podciągnęła koc jeszcze wyżej, tak że widać było jedynie oczy. Kiedy jednak wysiadała z karetki, dziewczynka się odezwała, ale jej głos był tak mocno przytłumiony, że policjantka ledwo go usłyszała. Na zewnątrz panowały zgiełk i hałas, nagle zaczęły wyć policyjne syreny, dziesiątki osób mówiło do siebie.

– Mogłabyś to powtórzyć, skarbie? – poprosiła Katie.

Dziewczynka zepchnęła niżej koc, odetchnęła dwa razy, a potem szepnęła:

– Rama mala’ika!

– Przykro mi, dziecko drogie, ale nie rozumiem. Co to znaczy? To nie jest twoje imię, prawda? Rama malaa-iika?

Zaczekała chwilę, lecz dziewczynka milczała. Katie spojrzała na sanitariuszkę i wzruszyła ramionami.

– Możemy już jechać? – zapytała dziewczyna.

– Tak, oczywiście. Wielkie dzięki.

Znowu zaczynało padać, więc Katie czym prędzej pobiegła do budynku delikatesów i weszła do środka. Detektyw Horgan czekał na nią; dojechała detektyw sierżant ó Nuallán. Oboje stali w sklepie i rozmawiali z technikiem, którego plecy Katie zobaczyła z dołu w oknie.

Kyna ó Nuallán dołączyła do jej zespołu miesiąc wcześniej; przybyła z Dublina, by zastąpić detektywa sierżanta Jimmy’ego O’Rourke’a, który został zastrzelony podczas służby. Była wysoką szczupłą młodą kobietą o pociągłej twarzy, z wydatną brodą, jasnymi włosami zaczesanymi w ścisły kok i prawie bezbarwnymi oczami. Detektyw O’Donovan powiedział, że byłaby w jego typie, gdyby nie to, że zawsze czuł się przy niej tak, jakby powiedział coś głupiego, nawet jeśli nic nie powiedział.

Był to jeden z powodów, dla których Katie ją wybrała; drugi: była kobietą. Umiała wysłuchiwać świadków, kiwać głową i nie przerywać, lecz wystarczyło, że lekko uniosła brew i stawało się jasne, że nie wierzy w ani jedno słowo. Musieli bardziej się starać, by ją przekonać, że mówią prawdę, a to nader rzadki talent. Detektyw Horgan już nadał jej przydomek „Sierżant O’Poligraf”.

– Przyjechałam najwcześniej, jak mogłam – oznajmiła, zwracając się do Katie. – Prawie skończyłam z mecenasem Parrym. Do piątku dostanie pani mój pełny raport, muszę tylko porozmawiać z braćmi Creminami. Powinnam się jeszcze dowiedzieć, dokąd trafiła należność za Donnybrook, ale dojdę do tego.

Katie odwróciła się do technika. Był to szpakowaty czterdziestoparolatek, zawsze wyglądający na zmęczonego, jakby co wieczór po powrocie do domu oglądał telewizję, jedząc spaghetti, lecz oczyma wyobraźni widział jedynie śliskie błyszczące wnętrzności. I jakby nie znał innego zapachu poza maścią Vicks VapoRub.

– No cóż – odezwała się – w takim razie spójrzmy na tego nieszczęśnika. Jak pan myśli, od kiedy nie żyje?

Technik podał jej maskę chirurgiczną, a drugą wręczył sierżant ó Nuallán. Uniósł słoik z maścią, lecz Katie pokręciła głową i wyjęła z torebki aerosol Lancome Miracle. Spryskała maskę od wewnątrz, a następnie zawiązała ją na szyi. Większość techników laboratoryjnych i koronerów stosowała Vicks VapoRub, lecz środek ten, poza tym, że tłumił odór rozkładu, rozszerzał kanały nosowe i sprawiał, że zapach dłużej był obecny w płucach. Katie nie chciała złożyć wieczorem głowy na poduszce i dalej oddychać wonią śmierci.

– Sądząc po Calliphora vomitoria, powiedziałbym, że jakieś trzy i pół dnia – odparł zapytany. – Nie było zbyt ciepło, lecz wystarczyło czasu, by złożyły jaja. Pierwsze larwy wykluły się i osiągnęły dojrzałość. W końcu miały na czym żerować. Mięso i odchody to ich ulubione pożywienie.

Wchodzili po schodach, technik szedł na przedzie, a Katie podążała tuż za nim.

– Byłem w kontakcie z firmą Lisney’s – oznajmił detektyw Horgan, gdy dotarli na półpiętro. – Budynek stał pusty niemal od miesiąca. Parter wynajmowali właściciele węgierskich delikatesów. Clancy usiłuje ich namierzyć i sprawdzić, czy wrócili do kraju, czy nie. Dwa mieszkania na piętrach wynajmowała firma o nazwie Merrow Holdings z siedzibą w Limerick.

– Wiadomo, kto za nią stoi? – dociekała Katie. Woń perfum wewnątrz maski była tak silna, że musiała dwa razy kichnąć. Pociekło jej z nosa, ale zdawała sobie sprawę, że nie wolno jej zdjąć maski, więc wciągnęła śluz.

– Merrow Holdings? Jeszcze nie. Ale ci z Lisney’s powiedzieli, że odezwą się do mnie przed końcem pracy.

Technik zaprowadził ich do pokoju, który był tak rzęsiście oświetlony reflektorami, że przypominał studio telewizyjne przygotowane do porannego programu. Młody asystent technika z latarką z niebieskim filtrem szukał na klęczkach plam krwi lub tkanek, które mogły pozostać na deskach. Kiedy weszli, usiadł. Jego czoło upstrzone było wściekle czerwonym trądzikiem kojarzącym się Katie z raną od postrzału śrutem. Jednakże w porównaniu z ciałem leżącym na kanapie twarz asystenta szpeciły zaledwie drobne skazy.

Katie stanęła obok rozkładanej kanapy i długo przyglądała się zwłokom. Mężczyzna miał bardzo ciemną skórę z minimalnym szarawym odcieniem kurzu, domyśliła się więc, że jest zapewne Somalijczykiem lub Nigeryjczykiem, bo to oni stanowili większość afrykańskiej imigracji w Cork. Widziała, że dostał w twarz dwoma pociskami ze strzelby, wystrzelonymi prawie z przystawienia; niewykluczone, że była to dwururka. Jeden pocisk trafił w prawy policzek, drugi zaś wbił się w lewe oko. Nad brodą z pieczołowicie przystrzyżoną kozią bródką nie było nic poza wklęsłą papką czerwonej tkanki. Technicy usunęli z pomieszczenia muchy, lecz wewnątrz twarzy ofiary nadal pełzały larwy, wyglądały jak grotołazi w jaskini.

Mężczyzna był bardzo chudy, lecz jego brzuch nabrzmiał, wypełniony gazem z rozkładających się kiszek. Kościstą prawą rękę pokrywał tatuaż przedstawiający pająka z gatunku czarna wdowa na pajęczynie. Długi zwiotczały członek nosił tatuaż przypominający łeb grzechotnika z łuskami i ślepiami, a nawet z rozdwojonym językiem. Ciało węża wiło się przez kędzierzawe owłosienie łonowe aż do talii i kończyło grzechotką na splocie słonecznym.

Na każdym z kolan miał wytatuowaną brązową gwiazdę.

Katie nachyliła się i dokładniej przyjrzała twarzy.

– Ma bardzo różową wargę – stwierdziła.

Technik stanął za nią i także popatrzył.

– Tak, rzeczywiście, chyba została wytatuowana na ten kolor. To, zdaje się, taka moda wśród młodych Nigeryjczyków. Uważają, że dzięki temu są atrakcyjniejsi dla dziewcząt.

– Dzięki różowym wargom?

– Właśnie. Mój znajomy pracuje w gabinecie tatuażu Tattoo Zoo przy South Main Street. Kilka dni temu opowiadał mi o Nigeryjczykach. Tatuowanie fiutów to u nich szpan, tu mamy przykład.

– Co z dłońmi? – zapytała Katie, spoglądając na kikuty rąk. Kości sterczące z lewej ręki zostały obcięte byle jak pod kątem prostym, natomiast te w prawej urżnięto bardzo równo i pod kątem.

– No cóż, obu brakuje – odparł technik. – Funkcjonariusze przeszukali lokal od góry do dołu, ale nie zdołali ich odnaleźć. Wygląda na to, że sprawca wziął je sobie na pamiątkę.

– To była kobieta, tak twierdzi świadek.

Technik skierował ponownie wzrok na jamę, która została po twarzy nieboszczyka.

– Kobieta? O Jezu! Musiała być rozjuszona jak jasna cholera. Ale powiem wam coś ciekawego. Sprawca, kimkolwiek był, zrobił swoje tutaj, kiedy ten gość leżał na łóżku.

– Oba strzały?

Potwierdził skinieniem głowy.

– Oba. Pociski przeszły przez głowę i wbiły się w podgłówek kanapy.

– Ale ta kobieta użyła strzelby, a nawet gdyby to był obrzyn…

– Owszem, ma pani rację. Zabójca musiał stanąć na łóżku okrakiem nad nim i wymierzyć prosto w jego twarz. Zwłaszcza jeśli to była kobieta, czyli osoba niższego wzrostu.

– A więc znaleźliście odciski stóp?

– Otóż, co ciekawe, właśnie nie. Żadnych wgnieceń na poduszce, smug na prześcieradle po podeszwach, niczego.

Katie powoli uniosła dłonie, jakby trzymała krzyż przed ołtarzem w kościele.

– Może po prostu stanęła w miejscu, w którym ja teraz stoję, przytrzymała strzelbę pionowo lufą w dół, kolbą ku górze. A później nacisnęła spust kciukiem w górę.

– To możliwe. Jednak strzelby mają solidny odrzut. Przeciętna dwunastka może walnąć z siłą do dziesięciu kilo, a nawet więcej, w zależności od ładunku. To jak cios zadany przez pięściarza wagi średniej.

Katie rozejrzała się po pokoju.

– Rozumiem. Chce mi pan jeszcze coś pokazać?

– Jest ponad tysiąc odprysków, a także fragmenty tkanki, kości i masy mózgowej. Poza tym mocz, odchody i włosy prawdopodobnie pochodzące od tej młodej dziewczyny, która się tutaj ukrywała. Dopóki nie zdejmiemy zwłok, nie będziemy mogli określić ilości, ale na wszystkich odsłoniętych częściach prześcieradła i koca, które do tej pory zbadaliśmy, występują liczne próbki nasienia.

– Liczne? Ile ich jest?

– Zbyt wiele, by podać szacunkową liczbę, ale powiedziałbym, że idzie w setki.

– W takim razie nie trzeba być geniuszem, by się domyślić, co się tu działo – rzekła Katie i podeszła do okna. Na ulicy gromadziło się coraz więcej ludzi. Boże drogi, czy oni nie mają nic lepszego do roboty? Nie wiedzą, że za minutę zaczyna się Elev8? – Mówiła o programie dla dzieci w stacji RTÉ2.

Odwróciła się.

– A drzwi? – zapytała technika.

– Proszę spojrzeć, zamek byle jaki, najtańszy model, ale nie został wyłamany. Klucz nadal w nim tkwi.

– To jest jakaś wskazówka – powiedziała Katie. – Ale nie ma sensu odtwarzać przebiegu wypadków wyłącznie na podstawie tego, co tu widzimy. Nie ustalimy, czy sprawczyni weszła do środka i zaskoczyła ofiarę i dziewczynkę razem, czy sprowadziła oboje z innego miejsca, czy dziewczynka i sprawczyni były tu najpierw, a ofiara je zaskoczyła.

– Zdaniem tych dwóch mężczyzn, którzy ją znaleźli, dziewczynka znała ofiarę albo przynajmniej jej imię, ale nie wiemy, czy wiedziała, kim jest sprawczyni. To nasz główny priorytet. Im prędzej ustalimy tożsamość ofiary, tym szybciej dowiemy się, dlaczego zginęła i kto mógł ją zabić.

Sierżant ó Nuallán zapisywała wszystko w notatniku.

– Wybiorę się do salonu tatuażu Tattoo Zoo i poproszę o listę afrykańskich klientów, którzy ostatnio wytatuowali sobie wargi – oznajmiła. – Zapytam także, czy któryś mógł wytatuować sobie genitalia. Od tego zacznę.

– Możesz sprawdzić jeszcze w paru salonach tatuażu, jeśli tam na nic nie trafisz – zasugerował detektyw Horgan. – Body and Soul przy Rahilly Street i Magic’s przy Robert Street. A, i jeszcze Dark Arts przy Maylor Street… Wiem, że tam obsługują mnóstwo Nigeryjczyków.

– W słowie „Nigeryjczyk” jest litera „i”, Horgan, a pan wymawia „e”, jak Negeryjczyk – zwróciła mu uwagę Katie.

– Och, proszę wybaczyć – odparł Horgan, udając zdziwionego. – Nie chcę narazić się na zarzut nieumyślnego rasizmu. Ani nawet umyślnego, cokolwiek to znaczy.

– Zamknijcie się, Horgan, i zacznijcie pukać do drzwi po obu stronach ulicy. Musimy ustalić, czy widziano kogoś wchodzącego lub wychodzącego z tego budynku, czy ktoś słyszał jakieś nietypowe odgłosy, na przykład dwóch wystrzałów. Albo głośną kłótnię bądź krzyki.

– Tak jest, pani nadkomisarz.

Technik wciągnął powietrze przez maskę chirurgiczną.

– Spędzimy tu jeszcze trzy godziny, pewnie więcej. Damy wam znać, jak tylko dostarczymy zwłoki do laboratorium.

– Dzięki – odparła Katie. – Powinnam zadzwonić do dyżurnego patologa sądowego. O Boże, jeśli będzie nim Reidy, to ta sprawa go wkurzy. Jeżeli ten gość czegoś nie znosi, to właśnie przypadków, w których przyczyna zgonu jest tak oczywista, że bije po oczach.

Rozdział 4

Kiedy Katie wyszła na ulicę, czekał tam na nią Dan Keane z „Examinera” oraz reporterka w srebrzystej kurtce z futrzanym kołnierzem. Dan jak zwykle trzymał w kąciku ust papierosa, który dygotał przy każdym wypowiedzianym słowie, a jego twarz jeszcze bardziej niż zwykle przypominała kolorem śliwkę.

– Co jest grane, Dan? Zdawało mi się, że odchodzisz na emeryturę.

– Nie stać mnie, pani nadkomisarz. Zwłaszcza przy takiej cenie powersów.

– Zawsze można rzucić palenie.

– Jasne, oddychanie też można rzucić.

– Nie przedstawisz nas sobie?

– A jakże, a jakże. Oto piękna Branna. Niedawno zatrudniła się w „Echu” i chyba jeszcze nie wie, w co wdepnęła. Pani nadkomisarz Maguire, przedstawiam Brannę MacSuibnhe. Branna, dziecino, poznaj wielce szanowaną i siejącą postrach detektyw nadkomisarz Maguire.

Branna wyciągnęła rękę, lecz Katie właśnie wyplątywała się z maski chirurgicznej.

– Cokolwiek by się działo – skinieniem głowy wskazała Dana – proszę brać grubą poprawkę na wszystko, co powie pani ten jegomość.

Branna MacSuibnhe była o wiele młodsza, niż Katie oceniła na pierwszy rzut oka. Może z powodu popielatego odcienia blond włosów, ufryzowanych sztywno po obu stronach twarzy za pomocą sprayu, tak że tworzyły coś przypominającego bawole rogi, a może z powodu grubej warstwy czarnego tuszu na rzęsach. Miała pulchną buzię w kształcie serca, całkiem ładną, jednak jej broda pozostawiała sporo do życzenia. Katie oceniła jej wiek na nieco ponad dziewiętnaście lat.

– Wiadomo już, kto będzie wąchał kwiatki od spodu? – zapytał Dan, skinieniem głowy wskazując okno pokoju na piętrze. Branna wyjęła nowy notes z kieszeni kurtki i ze świeżo zaostrzonym ołówkiem nad kartką stanęła tuż za starszym kolegą.

Do grupki zbliżyła się Fionnuala Sweeney ze swoimi rudymi lokami, ubrana w zieloną wiatrówkę, z którą nieodłącznie się kojarzyła. Tuż za nią trzymał się jej nieogolony kamerzysta, kaszląc raz po raz. Fionnuala wyciągnęła mikrofon z logo kanału RTÉ i uśmiechnęła się słodko.

Katie nagle uprzytomniła sobie, że ma włosy w nieładzie, i kilka razy przesunęła po nich dłonią. Reporterka otworzyła szerzej oczy i dalej się uśmiechała, jakby chciała zapewnić policjantkę, że wygląda wspaniale i nie ma powodu do obaw.

Ta odchrząknęła i zaczęła mówić:

– Ofiara… ofiarą jest mężczyzna, Afrykanin w nieokreślonym wieku, który, jak się wydaje, odniósł śmiertelne rany postrzałowe, jednak ostateczną przyczynę śmierci koroner dopiero musi ustalić.

– Rozwalono mu połowę głowy – dopowiedział Dan, wydmuchując dym kątem ust. – Większość ludzi tak nazwałaby ostateczną przyczynę jego śmierci, nie?

– Z tego, co wiemy, wynika, że mógł już nie żyć, kiedy do niego strzelono – odparła Katie. – Tak więc, jak już wspomniałam, czekamy na orzeczenie koronera.

– W pokoju razem ze zwłokami była zamknięta dziewczyna – odezwała się Fionnuala. – Wiemy, kto to taki? Czy jest podejrzana?

– Owszem, w pomieszczeniu znaleziono obok ofiary Afrykankę. Nie była zamknięta na klucz, ale wiele wskazuje na to, że przebywała tam od chwili śmierci mężczyzny.

– Czyli jak długo?

– Nie wiemy tego na pewno, ale co najmniej trzy doby, może dłużej.

– Jeśli nie była zamknięta, to dlaczego nie próbowała się wydostać? Zwłoki na pewno zaczęły już cuchnąć!

– Tego także nie wiemy na pewno.

– Mówi pani „Afrykanka”, ale co to dokładnie znaczy? – dociekał Dan. – Jest Nigeryjką? Senegalką? Somalijką?

– Nie ustaliliśmy tego jeszcze. Pozostaje w głębokim szoku, jak mogą się państwo domyślić, i na razie nie było szansy z nią porozmawiać. Ale zrobimy to, kiedy tylko dziewczynka będzie gotowa.

– Czy widziała, jak zastrzelono mężczyznę? – chciała wiedzieć Branna.

Trafne pytanie, pomyślała Katie.

– Nic na ten temat nie wiemy – odparła. – Dowiemy się, kiedy zechce nam powiedzieć. – Zrobiła pauzę i umyślnie skierowała wzrok na kamerzystę Fionnuali. – Jeśli w ciągu minionych trzech lub czterech dni zauważyli państwo lub usłyszeli coś nietypowego przy Lower Shandon Street, proszę bez wahania się z nami skontaktować. Numer zero dwadzieścia jeden, cztery pięć dwa dwadzieścia zero zero. Tożsamość dzwoniącego zostanie zachowana w tajemnicy i nie ma znaczenia, czy, państwa zdaniem, rzecz była ważna lub nie. Czasami nawet najdrobniejsza informacja może nam dopomóc w ujęciu podejrzanego.

– Czy ta młoda Afrykanka była prostytutką? – nie dawała za wygraną Branna.

O Jezu, pomyślała Katie, dziewczyna wali prosto z mostu. Odwróciła się do niej.

– Na razie nie wiemy, kim jest i skąd pochodzi, nie mamy więc także pojęcia, czy pracowała w seksbiznesie.

– Była prawie goła, kiedy ją znaleziono.

– Pani Branno, w tej pracy wielokrotnie natykamy się na ludzi niekompletnie ubranych. Nie musi to wcale oznaczać, że pracują w branży.

– Ale będziecie sprawdzać taką możliwość?

Katie posłała jej krótki enigmatyczny uśmiech.

– Jak tylko zdobędziemy jakieś informacje, z pewnością je pani przekażemy.

– Przyzna pani jednak, że to główny problem w Cork, prawda? Przestępstwa obyczajowe, prostytucja? Niektórzy nazywają Cork centrum seksbiznesu w Irlandii.

– Na tym zakończymy, pani Branno – oznajmiła Katie. – Kiedy będziemy mieli coś konkretnego do zakomunikowania, zorganizujemy konferencję dla mediów przy Anglesea Street.

– Teraz, o tej godzinie, w centrum miasta działa co najmniej dziesięć burdeli, lekko licząc pracuje ponad sto prostytutek, prawda? Czy podejmujecie jakieś działania w tej sprawie?

Katie podeszła do Branny i ujęła ją pod rękę.

– Jeśli chce pani pomówić ze mną o przestępstwach obyczajowych, proszę się umówić i zajrzeć do mnie na komendę. W tej chwili zajmuję się sprawą brutalnego mordu i nie będę spekulowała na ulicy, kto mógł go popełnić i czy ma on związek z branżą usług seksualnych.

– Ale… – zaczęła dziennikarka, lecz Katie przyłożyła palec do ust.

– Od jak dawna pracuje pani w „Echu”?

– Od tygodnia. Przepracowałam zeszły tydzień, wczoraj i dzisiaj rano.

– Życzę pani samych sukcesów, ale proszę pamiętać, że to jest Cork, a nie Limerick czy Dublin, a pani nie jest Donalem Macintyre’em. Niech pani nawiąże kontakty, zdobędzie zaufanie. Dopiero wtedy może pani rozpoczynać krucjatę.

Policzki Branny zarumieniły się.

– Przepraszam, pani nadkomisarz. Nie chciałam przeginać, że się tak wyrażę.

– W porządku, nic się nie stało. I proszę się nie obawiać, przestępczość obyczajowa w mieście niepokoi mnie nie mniej niż panią. Ale nie jest łatwo ją ukrócić z wielu rozmaitych powodów, a jeśli pani mnie odwiedzi, opowiem pani o nich.

Do Katie podeszła Fionnuala Sweeney.

– Przepraszam, pani nadkomisarz. Możemy zrobić parę ujęć na gorąco?

– Jaka mam być? – spytała Kate. – Roześmiana czy posępna?

– Och, wystarczy normalny wyraz twarzy.

Na krótką chwilę zamknęła oczy.

Mój normalny wyraz twarzy. Na wszystkie świętości, jaki on jest? Męczennica? Odarta ze złudzeń? Padająca ze zmęczenia?

♦ ♦ ♦

Do swojego biurka w gmachu przy Anglesea Street dotarła ze słabą kawą latte i lukrowanym pączkiem, a także szarą kopertą z notatkami służbowymi pod pachą. Jeszcze nie zdążyła usiąść, kiedy zadzwonił telefon komórkowy. and it’s no, nay, never, no nay never no more…!

– John? – rzuciła, odebrawszy połączenie. – Zaczekaj chwilę. – Zrobiła miejsce na blacie i postawiła kawę. – Jak poszło z ErinChem? – spytała.

W otwartych drzwiach ukazał się detektyw O’Donovan, lecz uniosła rękę i dała znak, żeby chwilę poczekał.

– A jak myślisz? – odpowiedział ponuro John.

– Nie wiem. Nie chcieli cię? Myślałam, że nadasz się idealnie.

– Właśnie tak powiedzieli.

– Jak? Że nadasz się idealnie?

– Daj spokój, wiesz, że jestem geniuszem! Zatrudnili mnie, ale żeby tylko to! Chcą, żebym stworzył i pokierował nowym działem marketingu internetowego.

– Chyba żartujesz.

– Nie, pierwszej ci to mówię! Dają mi wolną rękę w zatrudnieniu całego zespołu projektantów sieci, analityków danych, menedżerów produktu i co tam jeszcze chcesz. Oficjalna nazwa mojego stanowiska brzmi „dyrektor międzynarodowego działu sprzedaży internetowej”.

– John, tak się cieszę, że ci się powiodło. Dla mnie to także wielka radość, nie będę udawała, że nie.

– Ależ kochanie, gdyby nie ty…

– Mój wkład nie ma tu nic do rzeczy. Nie wzięliby cię, gdyby nie uważali, że szukają właśnie kogoś takiego jak ty. Masz wszystko, czego trzeba, wiesz o tym. Doświadczenie, talent. I czekoladowobrązowe oczy.

– Ostrożnie, bo nie będę mógł się nikomu pokazać.

– Trzeba to będzie uczcić – powiedziała Katie. – Ale obawiam się, że nie dzisiaj. Nie wiem, czy słyszałeś, ale doszło do zabójstwa przy Lower Shandon, więc chyba wrócę dzisiaj bardzo późno. Nie, zwłoki znaleziono dzisiaj rano, ale leżały tam prawdopodobnie trzy lub cztery dni. Tak. Nie pytaj. Fuj, jeszcze teraz czuję.

– O której godzinie mogę się ciebie spodziewać?

– Jeszcze nie wiem na pewno, ale nie czekaj. Kocham cię i gratuluję. A, powiedz jeszcze, ile ci zapłacą?

– Osiemdziesiąt tysięcy pensji zasadniczej, do tego fantastyczne dodatki. Jeśli sprzedaż pójdzie dobrze, nie będzie ograniczeń.

– Kocham cię, John. Uszczęśliwiłeś mnie na cały dzień.

– Ja też panią kocham, pani nadkomisarz.

Odłożyła aparat. Z radości nie mogła przestać się uśmiechać, nawet kiedy ponownie zjawił się detektyw O’Donovan. Spojrzał na nią badawczo, ale nic nie powiedział. Zawsze dawała jasno do zrozumienia, że jej życie osobiste to sprawa prywatna. Wszyscy przy Anglesea Street wiedzieli oczywiście o jej związku z Johnem Meagherem, plotkowano o nich codziennie w stołówce, lecz nikt nie śmiał otwarcie zapytać, jak im się układa.

John urodził się i wychował w Cork, lecz wyemigrował do Ameryki i aż do ubiegłego roku z powodzeniem prowadził aptekę internetową w San Francisco. Jednak po nagłej śmierci ojca wezwano go do Knocknadeenly, miejscowości na północ od Cork, by zajął się starą matką i rodzinną farmą. Tego od niego oczekiwano jako od najstarszego z rodzeństwa, a on nie był w stanie odmówić.

Seria zabójstw ściągnęła Katie do Knocknadeenly i właśnie tam poznała Johna. W słocie i błocie, w niesłychanie stresujących okolicznościach. Po śmierci pierwszego męża Katie, Paula, nawiązali romans, który stawał się coraz intensywniejszy i bardziej namiętny.

Jesteś moim greckim bogiem, napisała mu. John miał kręcone kasztanowe włosy, prosty nos i muskuły wyrzeźbione w trakcie miesięcy pracy przy pługu, grabiach i belach siana.

Mimo wszelkich starań z farmy nie dało się wyżyć, nawet przed recesją, więc po załamaniu irlandzkiej gospodarki musiał sprzedać gospodarstwo z powodu strat. Zamierzał wrócić do Stanów i zatrudnić się u znajomego, który otworzył własną aptekę internetową; poprosił Katie, by odeszła z Garda Síochána1 i wyjechała wraz z nim. Załatwił jej nawet posadę w agencji detektywistycznej Pinkertona.

Ojciec radził jej, by się zgodziła. Masz tylko jedno życie, dziecko. Chyba nie chcesz zostać żałosną starą samotną kobietą, która za jedyne towarzystwo ma koty. Ona jednak nie potrafiła zostawić wysokiego stanowiska w policji, o które tak bardzo się starała. Poza tym przysięgała poświęcić życie, by chronić mieszkańców Cork. I co, miała teraz odwrócić się od nich tylko dlatego, że się zakochała?

Zadzwoniła do Aidana Tierneya, który był dyrektorem w ErinChem, firmie farmaceutycznej z Ringaskiddy; spotkali się na lunchu w restauracji Isaac’s. Kilka miesięcy wcześniej Katie pomogła córce Aidana, Sinead, która mogła stanąć przed sądem. Aresztowano ją wraz z paroma innymi nastolatkami za zorganizowaną kradzież sklepową w Penney’s, gdzie ciuchy były tak tanie, że praktycznie i tak rozdawano je za darmo. Aidan od jakiegoś czasu myślał o tym, by otworzyć w firmie dział sprzedaży internetowej, więc Katie podpowiedziała mu więc, że John świetnie się do tego nada.

Teraz John będzie mógł zostać w Irlandii i za przyzwoite pieniądze wykonywać pracę, w której był naprawdę świetny, Katie zaś będzie mogła zostać w gmachu przy Anglesea Street. Była tak szczęśliwa, że chętnie napiłaby się czegoś mocniejszego zamiast letniej kawy z Costa Coffee.

– Proszę pani? – odezwał się po dłuższej chwili detektyw O’Donovan.

– Wybacz, Patricku, o co chodzi?

– Pani się uśmiecha.

– Tak, detektywie, uśmiecham się. Czy to zbrodnia?

– Nie, pani nadkomisarz. Przyszedłem powiedzieć, że przesłuchaliśmy personel sklepu mięsnego Nolan’s i afrykańskiej restauracji naprzeciwko. Jeden z pracujących tam chłopaków powiedział, że kiedy w piątek rano wykładał towar w witrynie, ten czarnoskóry facet przeszedł w jaskrawofioletowym garniturze. Wymienili się spojrzeniami. Nosił brodę. Ten czarnoskóry, nie chłopak z rzeźni.

– Hm, ofiara miała brodę, ale nie miała fioletowego garnituru. W ogóle nic na sobie nie miała. Czy ten chłopak pamięta, o której to było godzinie?

– Mówi, że około południa. Właśnie układał na tacy jagnięce golonki. Ale parę minut wcześniej, tuż przed otwarciem sklepu, widział przechodzącą czarnoskórą kobietę.

– To nic nadzwyczajnego na Lower Shandon. Jeśli tam trochę postoisz, przedefiluje ci przed oczami pół Afryki.

– Zwrócił uwagę na jej ubiór – ciągnął detektyw O’Donovan. – Afrykanki zwykle chodzą czymś owinięte, nazywają to okrycie abayas, a oprócz tego noszą chusty. Nie jestem rasistą ani nic z tych rzeczy, ale większość z nich ma tyłki wielkości Cork, a kroczą powoli i w taki sposób, jakby to one tu rządziły. Niedawno próbowałem jedną minąć w Penney’s i było tak, jakbym przeciskał się przez kołowrotek na Pairc Ui Chaoimh.

– Patricku – upomniała go Katie.

– No, wiem, że nie powinienem tak mówić, ale rozumie pani. To coś w rodzaju ich cechy narodowej. – Wyciągnął ręce, jakby obejmował coś o szerokości metra dwudziestu centymetrów.

– I co z tą dziewczyną…?

– Była chuda i cała ubrana na czarno. Czarne dżinsy i czarny żakiet, czarna chusta zawiązana na głowie. Zwrócił na nią uwagę, bo akurat ustawiał na kołku świński łeb. Mówi, że miała bardzo ciemną skórę, ale była wyjątkowo ładna. Powiedział, że skojarzyła mu się z Rihanną.

– Tak, rozumiem. Czy zobaczył, dokąd tych dwoje się udało?

– Wyszedł na ulicę, żeby jeszcze raz na nią popatrzeć, ale znikła. Albo bardzo szybko chodziła, bo ulica biegnie tam pod górę, albo weszła do któregoś sklepu.

– A mężczyzna w fioletowym garniturze?

– On też zniknął bez śladu.