Czas ziemiaństwa. Koniec XIX wieku – 1945 - Anna Richter - ebook

Czas ziemiaństwa. Koniec XIX wieku – 1945 ebook

Anna Richter

3,7

Opis

Losy ziemiaństwa na tle polskiej historii od końca XIX wieku po rok 1945 opowiedziane głosami samych ziemian. Książka buduje perspektywę możliwie uniwersalną, całościową, bezstronną.

 

Losy ziemiaństwa na tle polskiej historii od końca XIX wieku po rok 1945 opowiedziane głosami samych ziemian.
Książka składa się z pięciu rozdziałów, pokazujących specyfikę świata ziemiańskiego w kolejnych odsłonach dziejowych: 1. schyłek XIX – na ziemiach polskich podzielonych przez zabory, 2. przemiany, które przyniosły pierwsza wojna światowa i wojna polsko-bolszewicka oraz postanowienia pokojowe kształtujące nową rzeczywistość, 3. dźwiganie się ze zniszczeń wojennych i szukanie sposobu na życie w II Rzeczpospolitej, 4. okres drugiej wojny i okupacji, 5. wkroczenie Armii Czerwonej i rozprawienie się komunistów z warstwą posiadaczy majątków. Tekstom towarzyszą fotografie archiwalne (ok. 50) oraz opracowanie historyczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
0
2
1
0
0

Popularność




WPROWADZENIE

„Niezapomniane drobiazgi tworzące urok Siedlisk. Wszystkie obyczaje były niewzruszone. Zdawać by się mogło, że będą trwać wiecznie. Czyżby więc ich nienaruszoność była tylko pozorna? Łatwo powiedzieć, że tak, oczywiście, bo przecież nastąpił koniec tego świata. Ale nastąpił gwałtownie, nie umarł naturalną śmiercią, ale na skutek zbrodni. Bowiem było zbrodnią niszczenie wartości tworzonych przez pokolenia, i to niszczenie ich w imię rzekomego prawa. Tamten świat był tak doskonały w swojej istocie, że nie mógł się zdegenerować. Mógł zostać zniszczony tylko siłą – tak – ale zdegenerować się nie mógł. Funkcjonował zbyt precyzyjnie”. Tak Franciszek Starowieyski opisał koniec świata ziemiańskiego, który nastąpił – dla jego rodziny w pałacu w Siedliskach – wraz z wejściem tam Sowietów w 1945 roku. Czy, gdyby nie ta zewnętrzna siła, faktycznie trwałby? I czy rzeczywiście był idealny i niezniszczalny?

Tamten świat miał w sobie urok i trwałość zabytkowego wyrobu z porcelany – to pozwoliło mu utrzymać się przez całe dekady w niemal nienaruszonej formie, według ustalonego od pokoleń wewnętrznego porządku, zasad, zwyczajów. Gdy zastanowić się, co w nim tak mocno oddziałuje na współczesną świadomość, to przychodzi na myśl właśnie uroda tamtego życia, zewnętrzny powab tego, co wywołuje hasło „ziemiaństwo”. Zofia Potocka tak wspominała dzieciństwo przeżyte z bratem w Landwarowie na przełomie XIX i XX wieku: „Przyjęcia odbywały się na wysokim poziomie. Zwracano baczną uwagę na dekorację stołu, na zastawy ze srebra i saskiej porcelany, stare szkła, na przybieranie stołu zielenią przez fachowego ogrodnika. […] Przed udaniem się na spoczynek zachodziliśmy zawsze na dobranoc do apartamentu rodziców. Mama w toalecie balowej wydawała się nam nieziemskim zjawiskiem; wyglądała wspaniale w długiej, szerokiej sukni z trenem”.

Ten zakrzepły w swym kształcie, niby trwały, a zarazem filigranowy twór musiał zetknąć się – zwłaszcza w XX wieku – z obfitującą w kryzysy polityczne rzeczywistością wokół: I wojna, starcie z bolszewikami, utrata ziem na wschodzie w wyniku postanowień granicznych w 1921 roku, a potem kolejny światowy konflikt. Będące ich konsekwencją zniszczenia, pożogi, gwałty, grabieże, wygnania były udziałem całego społeczeństwa pierwszej połowy XX wieku, ale szczególne w doświadczeniu ziemian jest to, co tracili. Na majątek ziemski składał się nie tylko dwór, folwark i ileś hektarów – był to owoc pracy pokoleń, również gniazdo rodzinne, czasem od stuleci. To także ośrodek tradycji i kultury, pielęgnujący dawne obyczaje, zbierający cenne dzieła sztuki i pamiątki po przodkach.

Coraz wyraźniej uwidaczniała się też w XX wieku nieprzystawalność ziemiaństwa do nowych wyzwań, powodująca rysy na tym idealnym niemal obrazie. Poza kryzysami naruszała tę warstwę nieuchronna nowoczesność: gospodarkę coraz silniej kształtował kapitalizm, coraz mocniej dochodziły do głosu nieliczące się wcześniej grupy społeczne, coraz ostrzej interesy polskiego państwa, próbującego reformować własność ziemską, rozmijały się z dobrem tej grupy. Boleśnie odbił się też na ziemianach-rolnikach kryzys ekonomiczny lat 30.

Mimo pierwszych, drobnych jeszcze pęknięć, świat ten trwał, potwierdzając swoją odporność na uderzenia. Najmocniej może uwyraźniła się ona w czasie niemieckiej i sowieckiej okupacji, która ziemiaństwo dotknęła, ale ukazała też siłę jego uniwersalnego systemu wartości, przekonań, idei, bazujących na wierze, patriotyzmie, przekonaniu o potrzebie przydatności społecznej. Dopiero „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną w 1945 roku rozbiło ten świat w okruchy.

Dlaczego funkcjonuje nadal jako symbol polskości, do którego chętnie odwołujemy się, w nim szukamy korzeni – nawet jeśli nie własnej rodziny, to tych szerzej rozumianych przodków dzisiejszych Polaków? Może dlatego, że w XXI wieku tak silna jest tęsknota za światem, w którym elita – uprzywilejowani, wykształceni, bogaci – czuje się zarazem szczególnie odpowiedzialna przed resztą społeczeństwa. „W życiorysach się teraz nie mówi, z jakiej rodziny, z jakiego środowiska człowiek pochodzi – a przecież to niesłychanie istotne. Czasem mi żal, że zanikł ten peerelowski obyczaj, w którym wciąż trzeba było podawać pochodzenie społeczne. […] Radziwiłłostwo gra rolę – nie jest ani zasługą, ani winą, tylko zobowiązaniem” – mówiła Anna Radziwiłł w relacji dla „Karty”.

Z etosu ziemiańskiego wynikały konkretne zobowiązania: wierności rodzinie i jej tradycjom, służby społeczeństwu, niesienia pomocy słabszym, wspierania polskiej kultury, działania na rzecz ojczyzny i państwa – także w sytuacji ich zagrożenia czy nieistnienia. Taką drogę wytyczało poczucie obowiązku, zakorzenione przez wychowanie: „Matka wbiła do głów nam, siedmiorgu dzieciom: od świtu do nocy człowiek ma obowiązki do wykonania – jeśli jest coś do zrobienia, musi być zrobione. W dzieciństwie niezbyt to może do mnie docierało, ale z czasem wrosło w moje życie. Mama nie chwaliła za spełniony obowiązek” – wspominał Janusz Przewłocki.

W tej książce oddajemy głos samym ziemianom, proponując wybór z ich własnych zapisów – dziennikowych, wspomnieniowych. Z olbrzymiego bogactwa tekstów wybraliśmy te, które wyróżniają się wyjątkowym walorem literackim, wyczuleniem na szczegół, sprawnością obserwacji. Zarazem zestawiamy teksty różne tematycznie, otwierające kolejne zagadnienia i perspektywy. Część z nich nie była dotąd publikowana, niektóre ukazały się we fragmentach w kwartalniku „Karta”, inne są wydane, choć raczej w niewielkich nakładach – niedocierających do szerokiego odbiorcy. Tekstom towarzyszą fotografie, będące samodzielnymi „albumami” pokazującymi rodziny ziemiańskie na różnych etapach historii.

Wybór nie jest reprezentatywny – antologia zbiera teksty nieobejmujące wszystkich ziem polskich czy najważniejszych rodów, nie stanowi też proporcjonalnego przekroju przez warstwę. Intencją zbioru jest wieść czytelnika przez dekady, podkreślając specyficzne doświadczenie tej grupy w różnych momentach dziejowych i z różnych punktów widzenia. Stąd też dobieraliśmy teksty, zwracając uwagę na to, co ziemian łączy, a nie dzieli – znajdą się wśród nich arystokraci i ubożsi ziemianie, kresowiacy i mieszkańcy dawnej Kongresówki, postaci publiczne i zupełnie nieznane. Opowieści ich są na tyle obszerne, by pozwalały poznać autora, zżyć się z nim, rozsmakować w języku jego historii, a ich wielość ma z pojedynczych doświadczeń tworzyć pewną całość ziemiańskiego losu.

Anna Richter

Hrabina Zofia, Staś i Gabrielka Kossakowscy oraz Antonina St. Clair

U SIEBIEKONIEC XIX WIEKU – 1914

Ziemiaństwo ukształtowało się w ramach przemian społeczno-politycznych zachodzących w XIX wieku. Proces stopniowego odchodzenia od starego ładu rozpoczął się jeszcze w XVIII wieku reformami Sejmu Wielkiego. Wprowadzane kolejno reformy uwłaszczeniowe w poszczególnych państwach zaborczych, zakończone ukazem cara Aleksandra II z 2 marca 1864, wykluczyły monopol szlachty na posiadanie ziemi. W parze ze społecznymi szły przemiany gospodarcze, zmierzające ku uprzemysłowieniu i utrwalaniu struktur kapitalistycznych w miejsce feudalnych. Część szlachty nie potrafiła przystosować się do zmieniającej się sytuacji, dlatego w drugiej połowie XIX wieku, tracąc majątki, stawała się inteligencją miejską, a w skrajnych przypadkach – wtapiała się w społeczność włościan lub proletariatu miejskiego. Ci, którzy utrzymali dobra, zbudowali trzon warstwy ziemiańskiej.

Wraz ze zmianami gospodarczymi dochodziło do wejścia w środowisko osób, które dzięki swym środkom finansowym zyskiwały na znaczeniu w społeczeństwie. Ich pozycja jako posiadaczy znacznych kapitałów i fabryk rosła wraz z zawieraniem związków małżeńskich w sferze ziemiańskiej. W ten sposób wśród ziemian pojawiły się osoby wspierające poszczególne rodziny swoim bogactwem, zdobytym w branżach niezwiązanych z tradycyjnym dla ziemiaństwa rolnictwem, a więc w handlu czy różnych gałęziach tworzącego się wówczas przemysłu.

Niebagatelne znaczenie dla zmian w strukturze grupy miały również takie wydarzenia, jak powstania narodowe czy też rabacja w Galicji. To właśnie te zjawiska doprowadziły do katastrofy wiele rodzin zaangażowanych w walki narodowo-wyzwoleńcze. Zmagania o Polskę w pierwszej połowie XIX wieku były w dużej mierze inspirowane i realizowane przez polskie ziemiaństwo, jako elitę narodową dążącą nieprzerwanie do odzyskania niepodległości przez naród, któremu przewodzili. Część z nich utraciła nie tylko swych synów i ojców, ale także swe rodzinne gniazda – dwory i gospodarstwa, które w wyniku konfiskaty przez władze zaborcze dostawały się w ręce urzędników i spekulantów. Pojmani ziemianie-powstańcy trafiali na zesłanie w głąb Rosji, gdzie zasilali polską diasporę. Pozostali na miejscu, pozbawieni majątków, przenosili się do miast i przyjmowali posady urzędników państwowych, pracowników administracji czy nauczycieli. Inni stawali się drobnymi dzierżawcami czy też administratorami cudzych majątków. Część z nich wyemigrowała na stałe, szukając swego miejsca w Europie czy też Ameryce Północnej i Południowej.

W XIX wieku obserwowano również zjawisko asymilacji mniejszości narodowych lub przedstawicieli państw zaborczych z polskim ziemiaństwem. W środowisku ziemiańskim i arystokratycznym znaleźli się Niemcy, Rosjanie, Czesi, Węgrzy. Taka sytuacja prowadziła do połączenia więzami rodzinnymi polskich ziemian i arystokracji z ich odpowiednikami z różnych krajów Europy.

Wraz z naturalnymi procesami zachodzącymi w tej warstwie, dochodziło również do zmiany charakteru całego środowiska. Ziemiaństwo z czasem stało się grupą społeczno-zawodową, zrzeszającą nie tylko potomków polskiej szlachty i magnaterii, chlubiących się pochodzeniem i herbami, ale także specjalistów-rolników, których główną cechą było profesjonalne wykształcenie i doświadczenie nabyte podczas lat pracy w gospodarstwach rolnych. Doszło do ewolucji – od stanu szlacheckiego, istniejącego pod koniec XVIII wieku, po nowoczesną grupę społeczno-zawodową, którą stało się ziemiaństwo w drugiej połowie XIX wieku. Stanowiło elitę społeczną, odgrywającą szczególną rolę na zróżnicowanej gospodarczo i kulturowo wsi, co rodziło również w świadomości społeczeństwa potwierdzenie znaczenia tego środowiska.

Wyróżnikiem środowiska były wyrazisty i ukształtowany przez lata etos, który opierał się na katolickiej nauce społecznej i tradycji niepodległościowej. Te ogólnie uznane wartości, oparte na miłości ojczyzny, szacunku do tradycji oraz kultury chrześcijańskiej, doprowadziły do ukształtowania się poczucia odpowiedzialności polskiego ziemiaństwa za podtrzymanie ciągłości między żołnierzami wojsk polskich walczących na polach bitew insurekcji kościuszkowskiej czy powstańcami a pokoleniem, które w dobie rusyfikacji i germanizacji było depozytariuszem całej tradycji wolnej Polski. To właśnie dwór polski i jego mieszkańcy przechowali w swej większości pragnienie wskrzeszenia wolnej Polski i zaszczepili je w pokoleniach legionistów i hallerczyków. Dzięki temu hasło „Bóg, honor, ojczyzna” nie stało się tylko pustym frazesem, ale jądrem etosu ziemiańskiego i fundamentem niepodległej Polski.

M.CH.

Warszawa, Ogród Saski, przed I wojną światową

ŁUCJA DUNIN-BORKOWSKA

Łucja Dunin-Borkowska (1852–1921), córka Sabiny i Adolfa Dunin-Borkowskich, urodziła się i wychowywała w majątku Wolica na Wołyniu, w ówczesnym zaborze rosyjskim.

Pozostawiano mnie dzieckiem swobodnym i bujającym. Przyczyniał się do tego stanu doktor, Niemiec – pan Hartman, przyjeżdżający często do Wolicy. Ten wciąż przestrzegał, by mnie nie uczono, grożąc, że popali książki, gdy je kiedy w rękach moich zobaczy, a łypiąc zaczerwienionymi oczami w złotych okularach, mówił prędko: „Tej delikatna panna powietrza dać, Sonne [słońca], a nie nauka. Na rozum będzie czas – ot glupstwo, a zdrowie sęk. Niech ta mala biega sobie od poranka po noc, po trawa, po rosa, niech je, niech śpi, niech sobie będzie teraz eine kleine zwierzątko”. To wypowiedziawszy, wsiadał do swego koczyka, zaprzężonego w cztery jasnobułane konie z białymi grzywami, i odjeżdżał, notując coś skrzętnie w trzymanym w ręku notatniku. Żyłam tak do lat sześciu. […]

Nagle stało się coś niezwykłego. Jednego zimowego wieczora przyjechała młoda osoba, w białej, futrzanej pelerynie z czarnymi ogonkami, mówiąca jakimś niezrozumiałym językiem. Długo rozmawiała z matką moją, a po kolacji poszła do przygotowanego dla niej różowego pokoju i tam rozpakowała swoje rzeczy z długiego, skórą obitego kufra. Rajkosia, rozbierając mnie, powiedziała mi pod sekretem, że jest to francuska guwernantka. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, a kiedy nazajutrz panna Lucylla Demais, wziąwszy mnie za rękę, usadziła koło siebie, a rozstawiwszy na stół blaszane zabawki, przedstawiające zająca, bociana, psa i konia, powiedziała, jak się te zwierzęta nazywają po francusku – przyjęłam tę wiadomość z pogardliwą obojętnością, a następnie przez cały dzień unikałam towarzystwa nauczycielki. Wieczorem oświadczyłam matce, że po francusku uczyć się nie będę, gdyż jestem Polką.

Oświadczenie to mocno zdziwiło moją matkę, która zaczęła żywo rozmawiać po francusku z siostrą swoją Honorką, rzucając na mnie uważne spojrzenia, następnie wytłumaczyła mi bardzo łagodnie a stanowczo, że nauka tego obcego języka jest konieczna. […] Kiedy panna Lucylla, zarzuciwszy system rozstawiania zabawek, posługiwać się tylko zaczęła w zabawach ze mną swoim językiem, zaczęłam w parę miesięcy rozumieć i mówić po francusku. […] Sylabizowałam też chętnie, a następnie czytałam przy delikatnej wskazówce, prowadzonej ręką matki, Dzień grzecznej Helenki Tańskiej. […]

Lubiłam, kiedy ojciec nosił mnie na rękach, i chodząc ze mną po pokoju, śpiewał: „Chodyt’ son koło wikon, a drimota koło płota…”. […] Ale wnet: „Proszę pana, przyjechał gumienny” – albo ekonom, albo arendarz – przerywało tę słodką chwilę. Ojciec stawiał mnie na podłodze i odchodził do swoich zajęć. […] Matka zaś ciągle powtarzała mi, że trzeba być dobrą, żeby zasłużyć na niebo. Niebo – mój Boże, gdzie ono i jakie? Żeby tam choć były wątróbki i osmażane w cukrze migdały. […]

Ojciec coraz częściej był za domem, oddając się sprawom społecznym, w tym czasie bowiem zawiązał się był komitet w celu uwłaszczenia włościan, do którego należał czynnie. Dużo później, kiedy ogłoszony miał być w cerkwi ukaz uwłaszczenia, nazywany Złotą Hramotą, w 1863 (urzędowo ogłosili go już byli w 1861), lękano się po nocach rzezi i wiele o tym rozpowiadano wszędy. […]

Nastały lata nauki, najmilsze, jakie pamiętam. Godziny lekcji trwały krótko, ale rozmowy z matką i nauczycielką, głośne czytanie, opowiadanie w szare godziny – wypełniały czas, uprzyjemniając życie. Wieleż tych różnych godzin wyrzeźbiło się w tej epoce w mojej pamięci, by w niej pozostać na zawsze, począwszy od zimowych, wczesnych ranków, kiedy wśród panujących jeszcze ciemności łowiłam uchem odgłos kroków nocnego stróża, dźwigającego słomę, którą za chwilę miał napalić w piecu, w sionce, przytykającym do pokoju nauczycielki, z którą sypiałam teraz na staroświeckiej, czeczotkowej kanapce. […] Godziny schodziły na rozmowach z nauczycielką, oglądaniu obrazków, rysowaniu wzorków, na różnych robótkach ręcznych – robocie, przez którą przejść musiało każde dziecko w owych czasach. […]

Wyrastałam, jak mówiono, na dziecko myślące, trochę leniwe do nauki systematycznej, natomiast wrażliwe i przyswajające z łatwością wszystko, co się z zewnątrz wtłaczało w komórki mózgowe. Skłonność do marzeń, do bujania została na zawsze, ale matka skierowała z wolna moje myśli na drogę prostych, codziennych, drobnych zajęć i obowiązków. I czułam ciągle te łagodne, jednak stanowcze cugle, trzymające mnie i prowadzące, niedopuszczające wybiegać, gdzie nie trzeba. […]

Babunia… Postać wyjęta ze starego portretu, jakiej drugiej nie spotkałam już potem w życiu. […] Ubrana była w czarny, luźny szlafroczek z delikatną białą krezą u rąk i u szyi. Na białym czepeczku nosiła czarną, koronkową zasłonę, podobną do zakonnych, spadającą na ramiona. Twarz ściągła, niezmiernie delikatna, ręce przezroczyste, oczy duże, piwne, słodkie, z wyrazem poważnym i jakby od tego świata oderwanym, patrzyły skądsiś z dala – w dal. […] Kilka razy na dzień drzwi pokoju Babuni zamykały się, gromadka wnuków pierzchała jak rój motyli. Babunia modliła się. […] Roztaczała wokół szacunek, cześć, powagę, słodycz. Ogarniała i trzymała miłością całą rodzinę, nie wychodząc już prawie ze swego pokoju, nie mieszając się do spraw domowych i interesów, panowała tam wszakże i rządziła. Babunia to typ, którego kontury zniknęły doszczętnie, rozlawszy się w wielkim morzu pospolitości. […]

Naraz coś zaczęło się zmieniać. Starsi chodzili zafrasowani, szepczący coś i radzący po kątach; oczekiwano na gazety i czytano je chciwie, mniej się zajmowano mną. […] Dowiedziałam się nareszcie, że coś się stało, coś się dzieje gdzieś daleko w Warszawie. Dnia jednego wysłuchałam czytany przez ojca z przyniesionej gazety opis warszawskich wypadków, strzałów do bezbronnych, zabicia pięciu na ulicy, wielkich nabożeństw, krajowej żałoby, którą przywdziać należy. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. […] Zjawiali się coraz częściej, zwykle późnym wieczorem, nieznani jacyś goście, z którymi ojciec rozmawiał długo i poufnie. Zdarzyło mi się kiedyś posłyszeć, że są to posłańcy Rządu Narodowego; zobaczyłam, jak któregoś dnia matka moja wyjęła z szuflady z klejnotami perłową broszę z turkusami i łańcuch z różnokolorowych kamieni oprawnych w złoto, których już nigdy więcej nie widziałam w domu. Widziałam też nieraz, jak Adolfinka z Franią szyły cichaczem chorągiewki i skubały kawałki białego płótna na szarpie. […]

26 maja 1863 roku słońce upalnego dnia oświecało wzburzone twarze zebranej w Wolicy rodziny. […] O piątej powstał nagle okrzyk: „Idą, idą!”, i na to hasło wszystko, co żyło, rzuciło się na dziedziniec, ku bramie, drzwiom, oknom. I przyszli.

Wparli się bezładnie, z dymiącymi jeszcze lancami, w kurzawie i posoce prowadzono zziajane konie, wjechał wielki, zakryty furgon z czerwonym krzyżem, z którego wydobywały się jęki1. Wołano o wodę, opłukiwano w niej zakrwawione szable, schylano się z koni po dawany posiłek, pakowano w torby chleby i mięsiwo, wychylano jednym tchem spragnionych ust chłodzące napoje. […] Pochylił się ku mnie z konia chłopak piękny, jasnooki, z twarzą sczerniałą od dymu i biorąc z uśmiechem szklankę z rąk moich, przytknął usta do moich palców i powiedział: „Jestem Miaskowski, jutro może żyć nie będę, dziękuję ci, panienko”. […] Nocy tej nikt w domu nie spał, światła paliły się, chodzono, rozmawiano głośno, biegano wciąż do oficyn, gdzie dogorywał osiemnastoletni Stefan Żółkiewski. […]

Jednego ciemnego popołudnia późnej jesieni zajechała przed dwór bryczka z wielkim kałakołem [dzwonem], wysiedli z niej dwaj brodaci żandarmi w szarych szynelach z pałaszami u boku, i podczas kiedy zapijali podaną im w jadalnym pokoju herbatę z rumem, rodzice szeptali coś bardzo długo półgłosem w salonie, po czym ojciec zaczął żegnać się szybko ze wszystkimi. A kiedy wziął w objęcia żonę i „swoją małą ptaszynę”, jak mnie nazywał, tłumione łkanie podniosło się z jego piersi. […] Potem ojciec siadł na bryczkę między dwoma brodaczami i odjechał. […]

Panna Julia [guwernantka] starała się we mnie wpoić konieczność ściślejszej nauki, większego kształcenia się. Rozmawiała ze mną długo i poważnie o ciężkich czasach, możliwych materialnych zmianach, o zadaniach życia, które nigdy nie jest zabawą, a mieści w sobie obowiązków i zadań bez liku. […]

W grudniu […] wyjechałyśmy: matka, panna Julia i ja, w wielką, nieznaną drogę do Żytomierza, gdzie był więziony ojciec. […]

Wiosna przyniosła znów nowe trwogi i nowe zmartwienia. Zjawiali się w domu różni ludzie, zajeżdżali żandarmi i urzędnicy. Przychodziły piśmienne wezwania do służby i chłopów ze wsi, aby stawali przed zebraną w Teofilpolu komisją dla przeprowadzenia śledztwa w sprawie mego ojca. […] Pewnego dnia przyszło wezwanie do małoletniej córki obywatela D.-B., aby stawiła się przed sądem. […] Odpowiadałam śmiało, z pewnym zacięciem i świadomością, lecz kiedy błędne pytania zaczęły mnie trwożyć, zamilkłam z silnym postanowieniem niemówienia więcej. Ale sędziowie uwzięli się, pytali ciągle: „Kto bywał w domu? Co mówili rodzice?”. Ja milczałam, zaciskając zęby, dzwoniące mi ze wzruszenia. „Mówiłaby pod rózgami” – odezwał się wtedy jeden z nich gburowato. Bliska płaczu, z wypiekami na twarzy, odezwałam się obrażona: „Ano, spróbujcie”. […] Wychodząc, usłyszałam wymówione przez kogoś nieznane mi słowo „mołodiec” [zuch]. […]

Rozpoczęła się epoka życia, której głównymi epizodami były listy mego ojca – odbierane, odczytywane – na które się odpisywało, których się wyczekiwało. Poza tym, życie płynęło zwykłym trybem, smętniej tylko i poważniej. […] Stryj Jan zamieszkał w Wolicy – zajmował się gospodarstwem i interesami, a zarazem ożywiał osmucone rodzinne kółko swym niewyczerpanym humorem i konceptami. Był to typ szlachcica starej daty, pełnego swady i kurtuazji. […]

W Karabijówce, dokąd jeździliśmy coraz częściej, a nawet niekiedy na dni kilka, ruch był teraz zwiększony. […] Mnie zaczęto już trochę traktować jak podlotka, zwracając się do mnie z rozmową przy stole, wymagając odpowiedzi, zmuszając do grania na fortepianie i manier correctes [poprawnych]. Trochę mnie to krępowało i nudziło tym bardziej, że spotykałam tam zawsze Stasia Gruję, syna sąsiadki, hrabiny Grui z Gabrielówki. […] Stary był, miał lat 25, i tak nudny, choć przystojny; ciągle chciał mnie bawić rozmową. […] Wizyty w Gabrielówce, u matki pana Stanisława, odbywane raz w roku, nudziły mnie też niepomiernie. […] Jedna tylko rzecz była tam ładna i podobała mi się – to lekkie, złocone mebelki ustawione w białym, stiukowym salonie. Gdy kiedyś, w braku innej rozmowy, pochwaliłam je naiwnie, pan Stanisław spojrzał tak jakoś dziwnie, roześmiał się i powiedział: „Nic łatwiejszego, jak mieć je na własność”. Co chciał przez to powiedzieć? Myślałam nad tym długo. […]

W zimie roku 1865 spadł grom w postaci ukazu z 10 grudnia, nakazującego przymusową sprzedaż majątków tych, których właściciele w jakikolwiek sposób byli zamieszani politycznie.

Zwalało się to na nas niespodziewanie, jak każda katastrofa, przyjęta jeszcze na razie niedowierzaniem, nadzieją „wykręcenia się jakoś”. Zresztą, myśl, że ojciec przyjedzie, gdyż jest w tym razie niezbędny, sączyła w serce niejaką pociechę. […]

Starzec siwobrody w jasnowłosej, wyrośniętej dziewczynce z trudnością odnajdywał swoją sprzed lat „małą ptaszynę”, a ja patrzyłam zadziwiona na jego twarz postarzałą, zoraną tęsknotą i cierpieniem, w której nawet w chwili obecnej nie było pogody, gdyż tkwił cierń nieubłagany rychłego opuszczenia rodzinnego kąta. […]

Czyż to rzeczywiście było prawdą, że sprzedać trzeba Wolicę? Wyzuć się z tego kochanego gniazda dziadów? Opuścić tę drogą siedzibę? Tę piędź ziemi kwitnącą, własną, w której tkwiły prace i zabiegi tylu lat i tylu pokoleń? W której każdy kąt, każde drzewo o czymś mówiło, coś przypominało?

Tak – to prawda była. I nic tego już zmienić nie mogło. Wywłaszczenie! Urlop udzielony na krótko. Na wygnanie wracać trzeba lub zdobyć, wykołatać jakimiś nie bądź staraniami pozwolenie osiedlenia się w Warszawie. […]

W rok niespełna po jego powrocie spotkała mnie niespodziewana przykrość. Oświadczył mi swą miłość hrabia Staś, wybierając do tego najniewłaściwszą chwilę, bo ranek Wielkiej Środy, w który właśnie biegłam przez pokój w fartuszku i z zakasanymi rękawami, niosąc tacę ubranych własnoręcznie mazurków. […] Nie – nie – nie – nie chcę… Mazurki rozsypały się – Staś powstał z klęczek zmieszany, zawstydzony, a ja uciekłam jak spłoszony ptak do matki i zalewam się łzami. […]

Już wiem, że pójść za mąż będę musiała, bo to jest losem każdej prawie kobiety, ale to jeszcze nie teraz, nie zaraz i nie tak. […]

Tymczasem, mimo starań i wszelkich wysiłków, z nieubłaganą mocą przeznaczenia, nadszedł dzień opuszczenia Wolicy. […] Ostatnie wozy przed bramą. Opakowana kareta przed domem. Poroztwierane okna, odarte ze sprzętów pokoje, pustka wiejąca z ogołoconych ścian. Stara kocina, zbyt stara, by ją ze sobą zabierać, wygrzewająca się na słońcu, i ogród, ogród, jakby na przekór, cały majem roześmiany – mój raj. Coś się we mnie po prostu skręcało, krzyczało… […]

Błogosławione ściany domu Babuni ukołysały wnet i ukoiły moje rozdarte serce. Tam wszystko pozostało, jak było. Cisza, ład, wonne majowe ołtarzyki, godziny mierzone zwykłymi zajęciami – modlitwą, pracą. […] Mieszkaliśmy tymczasem w Klimaszówce, robiąc wszelkie starania, poruszając wszystkie możliwe sprężyny, by wyrobić ojcu pozwolenie mieszkania w Warszawie zamiast powrotu na wygnanie. […] Wszystkie te zachody wymagały jazdy do Żytomierza, gdzie znajdował się ojciec i wraz z nim do Kijowa, gdzie i ja byłam użyta do podania własnoręcznie prośby jenerał-gubernatorowi, co też i dopełniłam z niesmakiem, wprowadzona na audiencję przez marszałka gubernialnego Załęskiego, po uprzednim przygotowaniu całej tej mise en scène [inscenizacji]. […]

Przez tę zimę zmieniłam się, jak mówiono, do niepoznania, nabrałam pewności siebie, sprytu w rozmowie, gustu w ubraniu. […] „Elle sa fait brillante, ma chère” [Kochana, ona się staje olśniewająca] – szeptały między sobą rozkochane we mnie ciocie. […]

Pożegnanie z Klimaszówką nie było zbyt bolesne, gdyż miałyśmy nadzieję powracać tam co roku. […] Wjazd do Warszawy zginął w chaosie wrażeń. Na dworcu ojciec w cylindrze, z ogromnym bukietem bzu, witający nas z rozradowaniem. […]

Kiedy zaczynałam życie w Warszawie, w maju 1869, życie nic z dawnym wspólnego nie mające, okazuje się ono dla mnie ze wszech miar udręczającym, obcym i nieprzyjemnym. […] Kiedy przywieziono stare wolickie meble, piękne matczyne mahonie, i na podwórze ulicy Brackiej 5 wjechały klimaszowieckie furki zaprzężone w drobne konięta w parcianej uprzęży, powożone przez chłopów w szarych świtkach, a dozorowane przez Kaspra, klimaszowieckiego stolarza – chwyciła mnie taka żałość, coś tak dojmującego, jakby to był pogrzeb czyjś, pogrzeb istoty bardzo bliskiej, której już nigdy nie zobaczę. […] Płakałam po kątach i garnęłam się do ojca, który był także smutny jak grób. W ogóle obojgu nam było źle, i to nas zbliżyło. Matka wydawała mi się za spokojna, za chłodna. Praktyczna strona życia ogromnie ją pochłaniała. […]

Jedna rzecz mnie trochę zaciekawiała – to nowi ludzie, niepodobni do tych, co mnie dotąd otaczali. […]

Nie cierpiałam Warszawy. Brak powietrza i swobody zadławiał mnie – czułam się jakimś manekinem, poruszającym się na sprężynie musu, a upał zwiększający się z każdym dniem pozbawiał mnie snu, apetytu i humoru.

Co dzień o 6 rano przychodziły po mnie panny Breza, Maria i Dorota, i zabierały mnie do Łazienek. Strasznie daleko i te „korki” (obcasy) – prawdziwa męka. Panny były starsze, bardzo poważne, starały się ze mną rozmawiać, rozpoznać, z kim mają do czynienia. Trudno ręczyć, ale mi się wydawało, że po niejakim czasie znalazły, iż jestem gąseczką, i nic dziwnego, musiałam im się nawet wydać nudną z tym ciągłym narzekaniem na gorset i obcasy (przecież nie można chodzić w kaftaniku i pantoflach, trzeba być comme il faut [odpowiednio wychowanym]). […]

Pod jesień zaczęło być lepiej, bo zrobiło się chłodniej i ludniej. Z Wołynia przyjechali znajomi studenci, towarzysze zabaw dziecinnych. […]

Rodzice mieli zamiar pojechania wczesną wiosną do Klimaszówki, a ojciec, który dotąd był pod nadzorem policji – internowany – musiał mieć na to wyłączne pozwolenie, starał się o nie już zawczasu. Ciągle się więc marzyło i mówiło o tej upragnionej podróży. […]

W listopadzie, na herbacie proszonej u marszałkowej Moglinickiej z Borowicy, poznałam pana Jerzego Moglinickiego z Litwy oraz Salunię Kostrowicką z Litwy także. Obopólna sympatia złączyła mnie wnet z tą ostatnią – wykształcona, myśląca, przy tym dobra i serdeczna, nie mogła się nie podobać. Matka moja bardzo ją wyróżniała, a ojciec przezwał hetmanową. Salunia mieszkała z matką, także internowaną do Warszawy po wygnaniu. […] Przyjaźń między obu naszymi domami zawiązała się od razu bardzo ścisła, obmyśliły się wspólne lekcje, zajęcia, czytania, zabawy. […] Salunia usiłowała wciągnąć do tych lekcji panny Hornowskie z Łochowa [krewne]. O domu tym opowiadała mi wiele, podnosząc nieporównaną zacność, patriarchalność, gościnność oraz gospodarność i dobroć panien Stasi i Stefci. Przyjechałyby może na karnawał, ale są w żałobie po ojcu. Braci mają trzech. Najstarszy Józef tylko co wrócił z Syberii, wzięty z partii w powstaniu, do którego pospieszył, rzuciwszy szkołę centralną w Paryżu, gdzie kształcił się na inżyniera. Salunia dziwiła się, dlaczego się nie zjawiał, mieszkał bowiem w Warszawie i pracował w biurze Blocha. Drugi, Konrad, trudnił się gospodarstwem w Łochowie, a najmłodszy, Czesław, jeszcze się uczył.

Słuchałam tych opowiadań i nie słyszałam ich. Nieznane te osoby cóż mnie obchodzić mogły, zresztą miałam w tym czasie nowy kłopot. Poznałam u państwa Kułakowskich malarza, Karola Millera, i ten przyczepił się do mnie natrętnie. Ciągle go spotykałam, często też zachodził do nas i spędzał cały wieczór. Był ogromnie bezceremonialny i odznaczał się brakiem tak zwanego savoir vivre, toteż kiedy prosił o pozwolenie malowania mojego portretu, matka sprzeciwiła się temu, nierada, że się do nas wkręcił.

Mnie zaciekawiał ten nowy typ, ale zarazem i raził nieustannie. Takiego jeszcze nigdy nie widziałam. Mówił wszystko prosto w oczy, nie obwijając w bawełnę. Powiedział mi zaraz za drugim widzeniem: „Jaka szkoda, że się pani urodziła hrabianką, byłaby z pani pyszna modelka”. Obraziło mnie to. Cóż on sobie myśli. Kiedy powtórzyłam to matce, znalazła to wielce nietaktownym i w złym tonie. […] Pytał natarczywie, dotykając mojej ręki: „Pani jest ciekawy okaz, wie pani. Sobą, sobą być – wołał – zrzucić tę maskę! Ach, jakie te panienki ze świata są nieszczęśliwe! Wiecznie w tych gorsetach – mówię w przenośni, choć i prawdziwych nie brak. A po co to? Na przykład pani, tak pysznie zbudowana, szpeci się tym dobrowolnie”. Miller już stanowczo przebierał miarę. […] Jakże lepszymi były godziny spędzone z Salunią na wspólnym czytaniu i rozmowie, jakichże one dostarczały innych wrażeń, miłych, łagodnych, czystych, wiele też i korzyści wszelakiej przynosiły, umysłowej, moralnej, duchowej. […]

Kiedy nadszedł karnawał, kulminacyjny punkt warszawskiego życia, w kółku naszym nie bawiono się, gdyż było to kółko wygnańcze, każdy w nim opłakiwał kogoś lub coś. Ojciec przeciwny był zabawom z powodu położenia kraju, utraty Wolicy. Ja więc, choć namiętnie lubiłam zabawę, poprzestawałam na cichych herbatkach u znajomych. […] W ostatki państwo Pruszyńscy wydali tańcujący wieczorek. […] Taka sobie herbatka – zapewniała Fela, błagając mego ojca, żeby pozwolił mi być u nich. Fela ani chciała słyszeć o odmowie. „Zobaczysz – szeptała mi na ucho – poznasz różnych epuzerów-koroniarzy, zobaczysz. Ta Litwa dla ciebie za ciężka, tobie trzeba co innego, musisz się rozejrzeć”. […]

Z wieczorku zrobił się formalny bal. Panny szeleściły trenami, błyszczały ramionami, woniały perfumami, panowie bardzo szykowni, w lakierkach. […] Fela, osiągnąwszy to, czego sobie życzyła, miernie się już mną zajmowała, flirtując sama zawzięcie i nieprzyzwoicie. Uczuwałam się niejako osamotniona. […] Tańczyłam bardzo wiele, powtarzali mi ciągle, że tańczę znakomicie. […] Rozpytywali mnie też nieustannie o Litwę, choć już kilka razy im powiedziałam, że Litwy nie znam, że jestem z Wołynia, ale oni zdawali się nie rozumieć w tym różnicy. […] O drugiej godzinie miałam już tej zabawy dość. […]

Rodzice moi nie byli do siebie podobni i w ogóle wydawali się niedopasowani. Ojciec to był romantyk, entuzjasta, marzyciel, żyjący sercem. Matka zaś była tym, co nazywają réfléchie [rozsądna], żyła rozwagą, obowiązkiem; uczuć nie rozpraszała. Zaczynałam coraz jaśniej spostrzegać ich wzajemny do siebie stosunek: ojciec matkę ubóstwiał, wielbił i cenił, jak coś doskonałego, co było jego własnością, kochał ją przy tym jak najczulszy kochanek, który samym widokiem i obecnością drogiej istoty jest szczęśliwy. Matka? Zadawałam sobie już kilka razy pytanie, czy matka moja jest szczęśliwa. Nawet w jej spokoju i równowadze było zawsze coś bolesnego. Wiedziałam, że ojciec starał się o matkę przez kilka lat bezskutecznie, że nareszcie – tylko pod przymusem swego ojca i różnych rodzinnych okoliczności – zgodziła się na to zamążpójście. Odtąd była żoną bez zarzutu, ale szczęśliwa nie była wcale.

Gdy kiedyś była mowa o wyborze męża dla mnie, a ojciec zauważył, że na podstawie szacunku [obliczeń] można iść za mąż, matka uniosła się po raz pierwszy w życiu: „Nie dam jej wyjść bez miłości” – zawołała z takim odcieniem w głosie, że naraz spostrzegłam coś bardzo smętnego istniejącego między tymi najdroższymi mi ludźmi. […]

Rozmyślając nad tym przez czas jakiś, doszłam wtedy do przekonania, że małżeństwo może być rzeczą mniej pożądaną, niż się nią wydaje. Po czym rozpoznać „kochanie” – zapytywałam siebie nadaremnie. I czym w ogóle jest małżeństwo? […] Jedna z panien Kosackich, wesoła brunetka Jadzia, powiedziała mi wtedy, że ona robi tak: jeżeli ktoś się o nią stara, zaraz myśli sobie, czy dałaby mu się pocałować. Jeżeli nie, to znak nieomylny, że go nie kocha i nie mogłaby zostać jego żoną. Że też Jadzia mogła taką rzecz wymówić? Obie z Salunią zarumieniłyśmy się […]. Tak niemiło potrącać o tę kwestię – nieprzyzwoita, ot co! […]

Swoją drogą ta szkaradna Jadzia nasunęła myśli, które potem nigdy we mnie nie powstawały. Od tego zaś czasu mimo woli patrząc na panów M., F., P. i R., przypominałam to sobie… Ale nie, nie i jeszcze raz nie. Nie chciałam i nie kochałam nikogo, a wyjść za mąż nie wybierałam się jeszcze. Pragnęłam tylko pojechać do Babuni!

I oto w błękitny ranek wczesnej wiosny znalazłam się znów w Klimaszówce, tak mi było błogo, tak dobrze u kolan Babuni, iż sama się dziwiłam, jak mogłam tak długo wytrzymać tam, na tej ziemi wygnania. Momentalnie cała Warszawa – ceremoniał żegnających mnie na dworcu z bukietami panów Henryka i Jerzego, nawet Salunia – rozsunęły się we mgły […]. Odrzuciłam precz gorsety, rękawiczki, kapelusze, fryzury i z warkoczami na plecach, w luźnej bluzie runęłam w wonną zieleń. […] Niech żyje swoboda! Niech żyje szczęście! […]

W październiku, na ostatnim balu przed wyjazdem, uczułam się nagle smutną. Lato przeszło jak sen. Trzeba wracać do tych nienawistnych murów. Rada bym zostać, ale jedynym sposobem zostania byłoby zamążpójście. […]

Wieczory u nas zawsze bywały w pełnym komplecie, prócz Millera i Saluni, która ludzi unikała. Pan Jerzy też rzadziej bywał w Warszawie. Podczas lata oświadczył się o Salunię bezowocnie. Namyślał się, którą z nas dwóch woli, i ją wybrał oczywiście. Uważałam to za rzecz całkiem naturalną, tylko nie bardzo rozumiałam pewnych spojrzeń, no i te kwiaty! Po co to? […] Mężczyźni.

Na czole pozostała mi po tym wszystkim jakaś chmurka. […]

Starał się o mnie w tym czasie pan Roman Wołkowicki z Litwy. Zapytywał ostentacyjnie przez znajomych, czy może bywać w tym celu. Wydało mi się to zabawne, wszak bywać mogą wszyscy. „To już partia – mówili tu i ówdzie – znaczne dobra na Litwie. Henryk to także partia, znaczne dobra w Kurlandii”. Zaczynało mnie oburzać stawianie kwestii w ten sposób, bo i cóż z tego? […]

Dowiedziałam się w tych czasach, iż jestem zamożna – i zdziwiło mnie to niepomału, gdyż nigdy myślą nie zaczepiałam o podobne zagadnienia. […] Teraz mimo woli zaczynałam się zastanawiać, czy te tak ciągłe zabiegi nie były interesowne – i nieufność drobną strugą wsączała się w moje serce. W Warszawie ciągle mi się obijało o uszy: „Bogaty, bogata, posażna, nieposażna, żadna partia, goły, warto, nie warto”. Wszystko to wydawało mi się wstrętne. Jakże można do kwestii małżeństwa mieszać pieniądz? Przecież to miłość tylko powinna w tej sprawie rozstrzygać. […]

Matka moja, należąca do stowarzyszeń dobroczynnych, odwiedzać zaczęła biednych, a ja jej towarzyszyłam. Po raz pierwszy zetknęłam się wtedy z prawdziwie wielkomiejską nędzą, o której na wsi nie ma się wyobrażenia, i zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Jak to? Tyle lat żyłam i nie wiedziałam, że są tacy – tacy głodni, tacy obdarci, tacy w norach zgniłych oddychający, takie dzieci blade, takie zapracowane wyrobnice, podczas kiedy ja… […] Czymże ja dotąd byłam? Jakąż bezmyślną lalką, żeby nic nie wiedzieć o tych niedolach. […]

Znalazłam się znowu w balowej sali – w tej cyrkowej arenie, wśród której zatraca się pereł bez liku. Namówiono matkę na dwa publiczne bale, w toaletach od Hersego2 wyglądałam ładnie, wytańczyłam się przy muzyce Lewandowskiego wyśmienicie, odmówiłam doktorowi F. – oto wszystko. Nikły to był owoc całego tego zachodu. […]

Nazajutrz wyciągałam się jeszcze w najlepsze w łóżku, kiedy wpadły panie Kostrowickie: „Niech Lucia wstaje, ubiera się i idzie z nami jak najprędzej. Przyjechała Stefcia Hornowska z Łochowa, ułożyły się lekcje kroju u Kierznowskich – musi i ona do nich należeć koniecznie!”. Matka moja nie była temu przeciwną. […]

Zaczął się wkrótce wykład i trwał już z pół godziny, nudząc mnie znakomicie, kiedy nagle zjawiły się na stole cukierki. Zdziwienie – kto je przyniósł? Skąd się wzięły? Ach, mniejsza o to. Rzuciłam się na nie nieprzyzwoicie. […] Ofiarodawca […] stał w pobliżu nawet, we drzwiach, przyglądając się nam z uśmiechem. Spojrzałam nareszcie. Przedstawienie – to brat najstarszy Stefci, Józef. Bardzo ładnie z jego strony. Skłonił się głęboko i zbliżył do stołu. Rozmawiał, dowcipkował. Il est fin [Jest wytworny] – pomyślałam przelotnie. Rada bym mu była przyjrzeć się uważniej, ale bałam się spojrzeć, bo czułam wciąż na sobie jego oczy. […] Na koniec odważyłam się podnieść oczy i naraz spojrzenia nasze spotkały się przelotnie, a mnie przeszył dreszcz, jakby dotknięcie magnetycznego prądu. Co to? […]

Wróciwszy do domu, pragnęłam rozmową zagłuszyć doznane wrażenia i tak cały dzień mówiłam o tej lekcji, że zwróciło to nareszcie uwagę mojej matki. „Przyniosłaś dziś ze sobą coś niezwykłego” – powiedziała. […]

Nazajutrz Stefcia z bratem przyszli do nas. Wiedziałam, że tak będzie. Tak być musiało. […] Odtąd widywaliśmy się co dzień. […]

Naraz, dnia pewnego, jakiś niefortunny plotkarz nadmienił w kształcie nowinki, że pan Józef Hornowski to dawno przeznaczony mąż dla panny Salomei. Boże, jak zabolało. […] Cała byłam zszarpana, cała w rozterkach, a zarazem widziałam, że kocham i że się już przed tym kochaniem nie obronię. […]

Kiedy 16 maja w Wilanowie, gdzie się ułożyła majówka, pan Józef, korzystając z chwili odosobnienia, zapytał mnie, czy zechcę zostać jego żoną, odpowiedziałam bez wahania: „Tak”. I nagle uspokojona, uczułam, że inaczej być przecież nie mogło. […] Oddałam mu wszystkie z włosów wyjęte kwiaty i różową kokardę, tkwiącą w nich od rana, i mały, dziecinny pierścionek z turkusowym oczkiem, a z nim – obie moje ręce. Tak być musiało. […]

Cóż ja tego lata musiałam wytrzymać w Klimaszówce, o tym wiele by mówić można. Prócz Babuni i dobrych ciotek, cała rodzina, wszyscy znajomi przeciwni byli mojemu zamążpójściu. Krzywili się, urągali: jakiś tam inżynier, koroniarz? Wzruszano ramionami. Okazują mi przy każdej sposobności niewłaściwość tego – jak go nazywano – mezaliansu, uważając, że to jest poniżanie się, głupstwo i nonsens. […] Wszystko ze szczerej przyjaźni. […]

10 lutego 1872 z rana […] stanęłam przed ołtarzem w kościele Wizytek, by ślubować swemu Józefowi „wiarę, miłość i posłuszeństwo małżeńskie”. […] Życie dziecka swobodnego było skończone.

Helena Ostrowska

HELENA OSTROWSKA

Pochodziła z rodziny Tyszkiewiczów – arystokratycznego rodu wywodzącego się z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Urodziła się w 1876 roku. Po ślubie z Aleksandrem Ostrowskim w 1893 roku przeniosła się do Warszawy. Zmarła w 1953 roku.

Tuż przed moim urodzeniem rodzice zdecydowali się opuścić majątek Landwarów pod Wilnem i przenieść się na stałe do – kupionej świeżo od hrabiego Zubowa – Kretyngi, położonej obok odziedziczonej przez ojca Połągi. Majątki te, na samym krańcu Żmudzi i Kurlandii, wtłoczone między granicę pruską a Morze Bałtyckie, nie miały żadnego połączenia kolejowego z resztą państwa rosyjskiego ani nawet dobrych dróg. Najbliższa stacja kolejowa, Lipawa, znajdowała się o 70 wiorst [około 75 kilometrów] od nas, a droga do niej była możliwa do przebycia tylko przez parę miesięcy letnich. […]

Na codzienny użytek mieszkańcy nadgraniczni dostawali dwutygodniowe przepustki, które można było bez trudności odnawiać. Gorzej było z wyjazdami dalszymi: do Wilna, Warszawy lub Petersburga. Za każdym razem trzeba było wystarać się o paszport za 25 rubli, posyłając podanie do Kowna, a czasami do samego Petersburga. […]

Kretynga, która znajdowała się na Żmudzi, służyła nam za rezydencję zimową, Połąga nad morzem w Kurlandii – za rezydencję letnią. Obydwie miejscowości były położone wzdłuż granicy pruskiej. To rozgraniczenie na Żmudź i Kurlandię wydaje się nieistotne, wobec tego, że obie znajdowały się pod zaborem rosyjskim – w praktyce jednak była różnica. Prawodawstwo w Kurlandii było inne, a swobody większe. Na Żmudzi język polski nie był dozwolony w publicznych wystąpieniach. W Kurlandii, tym samym i w Połądze, można było urządzać przedstawienia polskie i śpiewać polskie pieśni, co dla nas, prześladowanych Polaków, miało ogromne znaczenie […].

Bliskość granicy i ciągła styczność z Memlem (tak wtedy nazywano Kłajpedę) przyczyniała się do tego, że język niemiecki był w tej okolicy bardzo rozpowszechniony. Zresztą, tak jak wszędzie w okolicach nadgranicznych, ludność miała charakter mieszany, bo także wokół Memla mieszkało wielu Łotyszów i Litwinów, których kultura niemiecka nie zdążyła wchłonąć. Poza językami żmudzkim, polskim, niemieckim i łotewskim – Żydzi używali żargonu, a urzędnicy mówili po rosyjsku.

Okolice Kretyngi i Połągi są raczej płaskie, jednak Kretynga jest dość ładnie położona na lekkiej wyniosłości nad rzeką Okmianą, która płynie między wsią a miastem. […] Miasteczko samo miało charakter właściwie żydowski, cały handel był w ich rękach. Traciło ten charakter tylko w dni jarmarczne, kiedy okoliczna ludność wiejska zwoziła na sprzedaż bydło, żywność, płótno i garnki. […]

Połąga miała zupełnie inny charakter – był to rodzaj długiej wsi z drewnianymi domkami z dwóch stron drogi, prowadzącej od lasów mojego ojca do granicy. Droga ta oddalona była od morza najwyżej o pół kilometra. Między nią a morzem były nieużytki piaszczyste, porośnięte tylko wierzbiną i ostrymi trawami. Potem droga dochodziła do kościoła i oazy naszego parku w pobliżu rzeczki Rąży, gdzie teren był bardziej żyzny. Zaraz za naszym parkiem zaczynała się dzielnica domków i ogródków miejscowej inteligencji. Należały one przeważnie do emerytów. Wybierali oni Połągę na miejsce zamieszkania ze względu na dodatkowy dochód, który mogli osiągnąć, wynajmując latem mieszkania – sami przenosili się wtedy przeważnie do lamusa (rodzaj drwalki, latem niepotrzebnej). […]

Nasza letnia rezydencja rozbudowywała się powoli. Z początku był tylko nieduży drewniany dwór, a obok oficyna i stajnie. Dwór nabierał rozmiaru przez dobudówki i nadbudówki, prawie coroczne. Z boku dobudowana została duża jadalnia i salon, z innej strony apartament dla rodziców, a nad tym wszystkim piętro korytarzowe z pokojami. Do tego dolepiono obszerne, kryte werandy, które zaciemniały niestety nasze pokoje na piętrze i parterze […].

Wokół domu był park, a w nim, w miarę potrzeby, wyrastały budynki: willa „Waka” (zwana tak, bo mieszkała w niej rodzina stryjostwa z Białej Waki) dla młodzieży, braci i kuzynów, budynek teatralny i drugi z salą balową. Z tych dwóch budynków korzystali też przyjezdni „kąpielnicy”. Od strony stajni wybudowano kuchnie i pomieszczenie dla służby.

Kanalizacji w budynkach nie było. Latem uważano to za zbyteczne, kąpiel morska wystarczała, zresztą, kto pragnął gorącej kąpieli, mógł ją znaleźć w budynku dla publiczności przyjezdnej. Inne potrzeby konieczne załatwiało się w budkach ukrytych w krzakach. […]

Do morza było dość daleko po piaszczystej, ciężkiej do przebycia drodze. Wkrótce jednak zrobiono deptak, a jeszcze później ułożono szyny, po których ciągnięta przez konie platforma z ławkami przewoziła na plażę. Można było też dojeżdżać na żmudzkich konikach, w cyrkowych siodłach, na których łatwo mieściły się dwie osoby. […]

Nowa rezydencja moich rodziców w Kretyndze składała się z dwóch oddzielnych domów – dla rodziców i dla dzieci – położonych nad stawem w dużym parku. Domy bez specjalnego stylu, pakowne, murowane, piętrowe, raczej brzydkie. Dom rodziców przylegał do traktu. Na pierwszym piętrze była biblioteka, a obok bardzo duży gabinet, w którym mój ojciec przesiadywał, kontrolując przez lunetę ruch w alei lipowej. Niestety, przez długie lata pozbawiony możności chodzenia, przywiązany był do swojego wózka na kółkach, miał w dodatku wadliwy wzrok. […]

Za gabinetem i biblioteką od strony stawu był długi sypialny pokój moich rodziców, obok ubieralnia matki i garderoba. Z przeciwnej strony ubieralnia ojca i parę gościnnych pokoi oraz duża jesionowa klatka schodowa. Na parterze, oprócz kancelarii i pokoi służbowych oraz kuchni, była łazienka – jedna jedyna dla dwóch domów, całej rodziny i gości! […]

Obydwa te domy, rodziców i dzieci, pamiętam jeszcze w połączeniu prowizorycznym. Był to kryty drewniany korytarz na słupach, brzydki, niewygodny i nieopalany. Wkrótce potem mój ojciec przystąpił do budowy zimowego ogrodu, który miał służyć za połączenie obu domów […]. Oszklony od góry i z boków, utrzymany przez całą zimę w temperaturze pokojowej, ten ogromny budynek – od frontu zaokrąglony w formie balkonu, z galeriami wokoło, z fontanną, kaskadą, grotami, pełen palm i zieleni – skupiał życie rodzinne. Tam się siedziało, bawiło, jadało. Niektóre galerie były tak szerokie, że mogły służyć za jadalnię nawet przy największym zjeździe gości. Wieczorem ogród zimowy oświetlony był lampami łukowymi3, co na owe czasy było czymś nadzwyczajnym. Było to bodaj pierwsze światło elektryczne w państwie rosyjskim. Dla naszych dziecinnych zabaw ogród zimowy był rajem. Wśród palm i podzwrotnikowych roślin, które dorastały do drugiego piętra, wśród grot, pełno było tajemniczych zakątków; żyło się wyobraźnią, jak w bajce.

Park kretyngowski, jak pamięć moja sięga, był bardzo piękny i cudownie utrzymany. Blisko domu, za grupą starych kasztanów i dębów, zaczynał się ogród francuski. Cztery skwery otoczone były cienistymi szpalerami, tworzącymi korytarze z zieleni. W miejscu, gdzie schodziły się te strzyżone aleje, stała duża altana, w której grywała orkiestra. Na środku skwerów były fontanny i stare posągi kamienne, a wkoło wiodły żwirowane ścieżki – wśród trawników, na których leżał dywan z różnych roślin kolorowych i liści. Jeden skwer był przeznaczony na rozarium. Wokół niego i przez okna do domów, na balkony i werandy rozchodził się latem odurzający zapach.

Poza tym pielęgnowanym ogrodem rozciągał się park angielski, ze stawem, na którym pływały łabędzie. Dalej wzgórze i kaskada, trochę pięknych drzew, wreszcie dochodziło się do wykopanego przez mojego ojca jeziora, z wysepką na środku, z łodziami do spaceru i wiosłowania. Jezioro to, wysoko położone, zasilane obfitymi źródłami, służyło za rezerwuar wody do poruszania turbiny elektrycznej i zasilało liczne w ogrodzie fontanny. Nad jeziorem postawiony był domek w stylu szwajcarskim, który później z naszej inicjatywy został przeznaczony na szpitalik.

Nasza rodzina była liczna. Byłam dziesiątym dzieckiem moich rodziców. […] Grzebiąc w warstwach najodleglejszych wspomnień, przypominam sobie ruch wkoło swojego łóżeczka, budzę się… Na białej ścianie tańczy cień świecy trzymanej w czyimś ręku, odsuwają moje łóżeczko, a na to miejsce przysuwają kołyskę. Coś kwili, a czarna postać pani Mikulskiej (o której wiedziałam, że przynosi dzieci) nachyla się nade mną i mówi: „Przyniosłam braciszka”. Drugi obrazek: w długim pudełku na białej, atłasowej poduszce leży jakby duża lalka woskowa w czepeczku. „Pożegnajcie się z braciszkiem” – nachylamy się i całujemy zimny policzek – „Braciszek poszedł do Bozi”. […] Dwoje najstarszych z rodzeństwa też umarło. […] Pozostało przy życiu pięciu braci: Aleksander, Władysław, Antoni, Józef i Feliks; potem trzy siostry: Maria, Zofia i ja – najmłodsza.

Bracia, o wiele starsi ode mnie, spędzali większość roku w szkołach w Petersburgu. Widziałam ich tylko podczas wakacji, ale nie byli dla mnie towarzyszami zabaw – dzieliła nas za duża różnica wieku. […]

Moja siostra Maria była silną indywidualnością. Od najmłodszych lat zdecydowała, że za mąż nie pójdzie. Miała aspiracje naukowe. Już mając kilkanaście lat, wymogła na rodzicach, żeby uczyli ją wyższych matematyk. W tym celu przyjeżdżał dwa razy na tydzień nauczyciel z gimnazjum w Połądze. Tak samo z religią – dojeżdżał ksiądz z Połągi, który skończył Akademię Duchowną. […] Mania wciąż coś studiowała: matematykę, fizykę, filozofię, poezję, esperanto… Miała wciąż nowe hobby. Zaczytywała się w poważnych książkach. We wszystkich naukach szukała potwierdzenia swojej głębokiej wiary. […]

Zosia była wzorem obowiązkowości i dobroci: cicha, wrażliwa, spostrzegawcza, inteligentna i nieśmiała […]. Różniłam się od niej całkowicie – mało obowiązkowa, z charakterem jednak zbyt zgodnym, żeby być wręcz nieposłuszna, potrafiłam zawsze wykręcić się od spełnienia tego, na co nie miałam ochoty. Bardzo żywa, bardzo pewna siebie, uchodziłam za bystrą i sprytną […]. Wychowanie otrzymałyśmy domowe, jak to było w owym czasie w zwyczaju dla córek z zamożnych domów.

Moja matka bezpośrednio mało się nami zajmowała. Nie miała po temu ani czasu, ani sił. Ojciec przez długie lata bardzo ciężko chorował, życie jego wisiało wciąż na włosku. Właściwie nie pamiętam go zupełnie zdrowego. Według opowiadań mojej matki, choroba zaczęła się od nieszczęśliwego wybryku. Raz, jadąc konno w marcu, ojciec chciał skrócić drogę i przejechał wpław rzekę, z której ledwo spłynął lód. Gdy wrócił do domu mokry, zziębnięty, dostał duszności i już nigdy nie wyleczył się z ciężkiej choroby serca. […]

Moja matka była dla ojca towarzyszką i pielęgniarką nieodstępną. […] Ojciec po prostu nie mógł bez niej wytrzymać, ledwo wyszła, już wołał: „Zosiu, Zosiu” – i matka natychmiast wracała. Poza pielęgnowaniem mojego ojca, miała wszystkie majątkowe interesy na głowie. […] Kiedy ojciec potrzebował pewnych sum na swoje przedsięwzięcia i zachcianki, to rzeczą matki było dostarczyć takowych. A zainteresowań miał wiele, głównie wynalazki, które starał się zastosować u siebie. Ciągle coś tworzył, kombinował – zakładał ogrody, kopał stawy, budował folwarki, port morski… Chciał wszędzie być, pilnować robót, kontrolować. Gdzie można było, jeździł wózkiem; gdzie wózek nie dojeżdżał, obnoszono go na krześle.

Pomimo tych dużych wydatków, staraniem mojej matki majątek nabierał wartości. Duże przestrzenie leśne pozostawały nietknięte, młode lasy rosły na później – dla dzieci. […]

Wszyscy bali się mego ojca, domownicy, służba, goście nawet, a cóż dopiero my, dzieci! Miał w sobie coś takiego, co imponowało. Jego życzenie było dla wszystkich rozkazem. Przed nim ja, zwykle aż nadto pewna siebie, byłam zawsze onieśmielona, często nie potrafiłam nawet odpowiedzieć na pytanie. Gdy mówiono: „Papa woła”, drżałam ze strachu, nie zdając sobie sprawy dlaczego, bo ojciec nigdy mnie nie złajał ani nie ukarał. Z braćmi i siostrami było to samo. […] Ojciec mój, pełen temperamentu, fantazji, nieopanowany, znajdował w mojej matce wyrozumiałą rozwagę. Nie przeszkadzając, nie oponując wprost, umiała wpływać, łagodzić, czasami wyperswadować. Nigdy nie widziałam mojej matki w złym humorze lub zdenerwowanej. Zawsze pogodna, podtrzymywała na duchu, pocieszała w chorobie, a wrodzony jej optymizm udzielał się.

Wyjazd na kąpiele do Połągi był dla nas, dzieci, wielką radością. Wraz z wakacjami zaczynała się dla nas swoboda. […] Przeprowadzka do Połągi odbywała się zwykle w początkach czerwca, parę tygodni przed przyjazdem braci i zjazdem spodziewanych gości.

Wczesnym rankiem budziły nas odgłosy zajeżdżających fornalek. Co za radość wyskoczyć z łóżka i patrzeć przez okno, jak pod gankiem stoją ludzie wśród rozrzuconej słomy i wraz ze służbą układają na wozach kufry, paki i pakuneczki, a nawet meble, bo chociaż wille połągowskie były umeblowane, jednak każdy miał jakiś sprzęt ukochany, z którym nie chciał się rozstać; brano, co się komu podobało. Liczne furmanki, suto obładowane, kierowały się drogą do Połągi, aby zajechać tam przed nami. […]

Zaraz po naszym przyjeździe do Połągi zaczynali się zjeżdżać „kąpielnicy” – tak nazywano obcych gości […]. Przyjezdni kąpielowicze z dalekich stron: Moskwy, Petersburga, Kazania, Wilna i Kowna, a dopiero później coraz więcej z Warszawy – byli to prawdziwi amatorzy kąpieli morskich, bo wygód wtedy w Połądze nie mogli się spodziewać. Faktor Żyd czekał na transporty tych gości i wyszukiwał im mieszkania. Willi jeszcze nikt wtedy nie budował, było tylko kilka lepszych mieszkań u miejscowej inteligencji, ale te zwykle naprzód już były zamówione przez naszych sąsiadów. Reszta przyjezdnych mieszkała po chałupach, bardzo prymitywnie. […]

Moi rodzice uważali, że największa gościnność polega na tym, żeby każdemu dać żyć, jak mu się podoba. Swoboda gości nie była krępowana. Ojciec mój wymagał jedynie, ze względu na porządek domowy, pilnowania godzin obiadu i kolacji. Każdy się z tym liczył. […] Z podwieczorkiem było inaczej. Na werandzie stał duży stół z owocami, ciastkami i konfiturami. Od czwartej do szóstej podawano każdemu herbatę, kawę, czekoladę, mleko – co kto chciał. Imponująca była ilość owoców, które potrafiliśmy podczas takiego podwieczorku spożyć, szczególnie truskawek. Robiło się konkursy, kto najwięcej zje. […] Gruszki i jabłka jadło się tuzinami. Codziennie z ogrodów kretyngowskich do Połągi (10 wiorst) przynoszono po dwa olbrzymie kosze – takie, jakich używa się w pralniach do bielizny – pełne owoców. Przez pałąki były przełożone kije i każdy kosz niosły dwie kobiety. Chodziło o to, żeby uniknąć wstrząsania owoców furmanką. […]

Od początku lipca orkiestra codziennie grała w altanie w parku – od siódmej do jedenastej wieczorem. Muzykanci sprowadzani byli co roku, przeważnie z Rygi, ale czasami bywało, że mój ojciec znajdował bardzo uzdolnionych muzykantów wśród wędrownych orkiestr […].

Teatr jako budynek dla naszych prywatnych przedstawień egzystował tak dawno, jak sięga moja pamięć. Architektura jego na zewnątrz była skromna, rodzaj szopy, lekko ozdobionej à la Szwajcarka. Wewnątrz – ustawiona wysoko widownia, kurtyna czerwona ściągana i olbrzymia, rzeźbiona, złocona rama do żywych obrazów, za którą muślin nadawał rzeczywistości zamglony, nierealny charakter. Loże z poręczami z czerwonego pluszu, jak przystało na prawdziwy teatr. Przy tym krzesła, ławki, ubieralnie dla pań i panów.

Nasze przedstawienia amatorskie odbywały się prawie corocznie. Sztuki teatralne grane były przez starszą generację oraz braci i kuzynów. Dzieci nie brały w tym udziału. Natomiast do żywych obrazów byli dopuszczani starsi i młodsi. […] Pamiętam dokładnie żywy obraz – prawdopodobnie pierwszy, w którym wzięłam udział. Widzę siebie w papilotach, niosą mnie na scenę, ubraną jedynie w różowe, tarlatanowe majteczki i takież skrzydełka. Przez ramię przewieszony złoty kołczan. Rozkręcają blond loczki, dają łuk do ręki i stawiają mnie na ziemi, wśród zielonych krzewów. Lustro leży na ziemi, ma to być woda. Widzę swe odbicie, w dali jakaś pani w bieli, pachną ścięte brzózki.

Urządzano częste wycieczki do Kretyngi. Zajeżdżały wtedy wszystkie ekwipaże, jakie były do dyspozycji. Najbardziej ulubiony był tzw. szaraban – ogromnych rozmiarów linijka, czyli wyjątkowej długości sprężynowy materac na kołach. […]

Gdy przyjeżdżałam latem do Kretyngi, czułam w całej pełni urok tego cudownego ogrodu i żal mi było, że tak mało z niego korzystam. Korzystali jednak inni. Wciąż zajeżdżały tam wycieczki z Memla. Prusacy cisnęli się wszędzie, zwiedzali nie tylko park i ogród zimowy, którego dolna część była zawsze otwarta dla publiczności, ale dopominali się, aby ich puszczono do domu, by oglądać „das Schloss Krottingen”. Chodzili po salonach i po pokojach. Czasami odbywało się to nawet, kiedyśmy byli obecni. Rodzice pozwalali na to, uważając, że należy, gdzie można bez większego kłopotu, ludziom dogadzać. W tym przypadku jednak zwiedzanie nie mogło być dla nich zbyt ciekawe, bo w pokojach naszych nie było ani pięknych obrazów, ani mebli. Rodzice nie znali się na tym. Umeblowanie było raczej użytkowe, a nie luksusowe […].

Wokół werandy gromadziły się Żydziaki, każdemu bowiem wolno było wchodzić do parku, a ten ciekawy ludek […] miał specjalne upodobanie zaglądać nam do talerzy. Jednej rzeczy zabraniał mój ojciec – zrywania kwiatów i chodzenia po trawnikach. Jak już raz ojciec wydał zakaz, to wara temu, kto by go zlekceważył. Gdy zobaczył kiedyś młodego Żydka chodzącego po trawniku – kazał go sobie przyprowadzić i chłopak był zmuszony uklęknąć i trawę pocałować, żeby raz na zawsze zapamiętał.

Raz zdarzyło się, że wycięto róże. Mój ojciec wobec tego kazał zamknąć wrota parku dla publiczności. Przyszła z miasteczka delegacja z prośbą o zdjęcie zakazu. Ojciec postawił warunek, że winny się znajdzie. Nie dało się tego warunku wykonać, wobec tego zakłopotana starszyzna miejscowa wybrała kilkunastu znanych łobuziaków i wszystkim zaadministrowała lanie na placu rynkowym. Pomimo że trudno uznać takie załatwienie sprawy za wzór sprawiedliwości, mój ojciec przyjął to jako zadośćuczynienie i bramy zostały otwarte.

[…]

Zwykle rano każdy wstawał, kiedy chciał. My, dzieci, koło dziewiątej spotykaliśmy się na werandzie, gdzie śniadania były podawane na żądanie, co i kiedy kto chciał. Dzieci i panie spieszyły się po śniadaniu na plażę do kąpieli. Wczesne bowiem godziny, od dziewiątej do jedenastej, przeznaczone były dla pań, a późniejsze, do drugiej, dla panów. Bracia, kuzynowie – wysypiali się długo […]. Spuszczana i podnoszona o jedenastej chorągiew na wysokim słupie oznaczała zmianę godzin.

Na plaży stały porozrzucane drewniane budki, przeznaczone do rozbierania się, ale niestety nie było żadnych koszy ani namiotów, gdzie można by było przesiadywać, ukrywając się przed promieniami słonecznymi […]. Rano nie mogłyśmy pozostawać długo na plaży, bo zbliżała się godzina jedenasta, zaciągano chorągiew i musiałyśmy lokować się dwójkami na naszych konikach z cyrkowymi siodłami, żeby wrócić do domu. Po drodze spotykałyśmy braci i kuzynów z prześcieradłami pod pachą, spieszących na brzeg morza – po południu [po czternastej] bowiem nie wolno było używać kąpieli, żeby nie przeszkadzać spacerowiczom […].

W owych czasach sportów prawie nie było. Tenis wchodził dopiero w modę. Grało się czasami w krokieta. Karty nie były w użytku. Rowery nie istniały w dzisiejszej formie. Raz tylko widziałam pierwowzór roweru przywieziony przez Jasia z Białej Waki. Było to ogromne koło z malutkim kółkiem z tyłu. Trzeba było dużej zręczności, żeby na to wskoczyć i utrzymać równowagę. […] Czasami zdarzało się zdybać jednego z braci lub kogoś ze starszych, żeby wybrać się gdzieś dalej na spacer, do lasu lub nad morze. Najbardziej lubiłyśmy oglądać zachód słońca. Cudne były te zachody nad Bałtykiem, tak rozmaite, tak co dzień inne, zależnie od układu chmur. […] Przypatrywałyśmy się temu, chodząc po pomoście albo brzegiem morza, od pomostu do lasu Biruty. Poza pomost w stronę miasteczka nie chodziło się prawie nigdy – tam bowiem nie obowiązywały żadne przepisy. Ludność, tak męska, jak żeńska, bez różnicy, kąpała się wspólnie dzień cały w stroju adamowym, bez żenady, co raziło nie tylko poczucie przyzwoitości, ale i zmysł estetyczny. […]

Pomost wybudowany przez mego ojca, podczas jego choroby, miał służyć tworzeniu portu i ułatwić w ten sposób komunikację z Lipawą. Wobec płytkiej wody okręty nie mogły kursować i trzeba było w głąb morza wybudować pomost, jak się okazało – przeszło kilometrowej długości, nie licząc zakrętów, które tworzyły przystań. Cały duży las olbrzymich sosen został użyty na zbudowanie pomostu. Przez parę lat w dno morza wbijano gęsto pale, a między nimi rzucano kamienie dla umocnienia. Mój ojciec kupił statek, wybudował składy towarowe. Przez jakiś czas, ku radości mieszkańców, statek kursował regularnie parę razy na tydzień. Niestety, fale naniosły powoli piasku między pale i kamienie, zasypując jednocześnie przystań. […]

W połowie sierpnia sezon połągowski się kończył. Powoli nadchodziła jesień. Goście rozjeżdżali się – bracia do szkół, a my do Kretyngi, do opuszczonych na czas wakacji książek.

Po ruchliwym sezonie w Połądze następował regularny, spokojny tryb życia. Moja matka wychowanie nasze i rozkład nauk omawiała z panną Justyną Dmochowską, naszą główną wychowawczynią. Wykonanie pozostawiała jej zupełnie. Spotykałyśmy matkę przy obiedzie i kolacji. W wolnych chwilach wpadałyśmy do domu rodziców, przeważnie, żeby się dowiedzieć o zdrowie ojca. Moja matka prawie nigdy nie przychodziła do naszego domu. Każdą jej wizytę dobrze pamiętam, bo była związana z jakimś poważniejszym wydarzeniem. […] Poza tym co roku na wiosnę przychodziła do nas na egzaminy, które organizowała panna Dmochowska, żeby wykazać nasze postępy w naukach. […]

Co do higieny i mycia, to od chwili wyjścia spod opieki bony, mademoiselle Fayard, nikt nad tym nie czuwał, więc często byłam brudna, szczególnie zimą, bo mycie się w zimnym jeszcze pokoju nie jest przyjemnością. W niedziele było inaczej. Wstawałyśmy później. Pokój był lepiej nagrzany i cieplej było w kącie, gdzie stał basen. Nie miałyśmy bowiem miednicy, tylko na wzór ojca zrobiony miedziany półokrągły basen, na nóżkach, z rezerwuarem nad nim i kranikiem, z którego płynęła woda.

Podczas kiedy ja dopiero wstawałam, Zosia, siedząc za pulpitem, uczyła się na moją prośbę głośno. […] Coś niecoś z tego czytania wchodziło mi do głowy. Dopiero o godzinie dziewiątej robił się ruch na naszym korytarzu, przychodziła panna służąca, żeby wyszczotkować nam włosy i spleść warkocze. […]

Przed lekcjami zawsze znalazła się chwila wolna. Przede wszystkim szło się do domu rodziców, żeby się dowiedzieć o zdrowie papy. Zwykle felczer objaśniał nam przebieg nocy, widziałyśmy mamę tylko przez chwilę, najczęściej była zajęta przy ojcu, do którego nas dopuszczano bardzo rzadko, kiedy miał lepszą noc. Właziłyśmy wtedy do klatki, żeby go ucałować. Rodzice moi bowiem spali w klatce – ze strachu przed myszami. W sypialni stało olbrzymie łoże mahoniowe, rzeźbione, z siatkami drucianymi między słupami. Podobne klatki, ale mniej ozdobne, znajdowały się we wszystkich majątkach i folwarkach mego ojca. […]

Wobec tego, że ojciec był pasjonowany do nowych wynalazków, prawie stale przebywał u nas inżynier albo elektrotechnik. Ojciec abonował pisma, z których dowiadywał się o wszelkich nowościach z tej dziedziny i – co tylko się dało – zastosowywał u siebie. […] Posiadał telegraf. […] Znajdował się on w kancelarii rodziców, pod gabinetem, telegrafista był przez nas opłacany i żywiony. Słyszałam, że z tego tytułu był coroczny rozrachunek z ministerstwem poczt i telegrafów w Petersburgu. Telefon pamiętam u nas od najmłodszych lat, ale był jeszcze bardzo prymitywny. Trzeba było trąbić specjalną rurką w otwór telefonu. To trąbienie słyszano jednocześnie na wszystkich stacjach połączonych, wobec czego stosowano inny sposób trąbienia dla każdej stacji, aby uniknąć odzywania się wszystkich jednocześnie.

Co do elektryczności, to najpierw zaprowadzono lampy łukowe w zimowym ogrodzie – takie, jakich używano wtedy w Europie do oświetlania placów i ulic. […] Dopiero dużo później założono elektryczne światło w pokojach, z początku jednak mały był z tego pożytek, bo światło migało i męczyło wzrok. Pracować przy tym świetle nic można było. Czekaliśmy cierpliwie i kilka lat później udoskonalone żarówki dały nam pełną satysfakcję. […]

Wyobrażam sobie, jak mój ojciec cieszyłby się z samochodów, gramofonów i radia. O samochodzie marzył przed samą śmiercią.

W naszym wychowaniu cenna była, jak na owe czasy, dość duża swoboda, nie krępowano indywidualności. […] Kiedyś, nie pamiętam już przy jakiej okazji, zdecydowałyśmy, że każda z nas weźmie pod swoją wyłączną opiekę jedną sierotę na wychowanie. Każda z nas wybrała sobie jedną dziewczynkę i zupełnie samodzielnie, bez żadnej pomocy starszych, zajęłyśmy się umieszczeniem tych sierot u kobiet w miasteczku. […] Płaciłyśmy za ich utrzymanie, czyli jedzenie i mieszkanie. Lekcje dawałyśmy osobiście. Szyłyśmy też dla nich sukienki, bieliznę. Na te wydatki łożyłyśmy z przeznaczonych nam pieniędzy. Co miesiąc kasjer obchodził wszystkie nauczycielki, domowników i nas, wypłacając należne sumy. Każdy, my tak samo, musiał się podpisywać na kwitach. […]

Drugie nasze przedsięwzięcie wynikło z inicjatywy mojej siostry Marii, która stwierdziła, że brak w Kretyndze szpitala. Wykombinowałyśmy, że mając w domu doktora, który przy ojcu nie jest ciągle zajęty, można by łatwo urządzić szpitalik. Przede wszystkim zwróciłyśmy się do doktora z zapytaniem, czy zechce nam pomóc i zaopiekować się tymi chorymi, których byśmy na razie przygarnęły. Chętnie się na to zgodził. Wobec tego, już z gotowym projektem, poszłyśmy do rodziców, prosząc, żeby nam dali do dyspozycji szwajcarski domek nad jeziorem oraz produkty na wyżywienie chorych i opiekunki, którą byśmy wybrały. My zaś podjęłyśmy się zdobyć za pomocą składek pościel, łóżka i konieczne sprzęty oraz zająć się organizacją i nadzorować funkcjonowanie szpitalika. […]

Przedsięwzięcie udało się. Chorych przybywało. W miarę rozrastania się szpitala doktor nie mógł podołać przy ojcu i trzeba było umówić na nasze potrzeby kogoś z miasta. Pomagał nam pewien młody doktor, który potrafił wykonywać nawet poważniejsze operacje. W każdym razie żaden z naszych pacjentów przez tych kilka lat nie umarł.

Wielką przyjemnością były dla nas wycieczki do Memla w ciągu zimy. […] Z Kretyngi do Memla jeździło się około dwóch godzin końmi. Od nas do granicy parę wiorst bardzo złej drogi, potem doskonała szosa. […] Zaraz za szlabanem granicznym zatrzymywano furmanki i redant (niemiecki urzędnik celny) przez lufcik wyciągał łyżkę na długim kiju, do której wrzucało się odpowiednie monety, zależnie od liczby zaprzężonych koni. Było to bardzo praktyczne, bo w deszcz odbierający zapłatę nie potrzebował wychodzić na zewnątrz. […]

Zasadniczo przez granicę wolno było przejeżdżać tylko od wschodu do zachodu słońca. Wobec czterech godzin jazdy, tam i z powrotem, nieraz wypadało nam przenocować w Memlu. Z początku nocowało się w hotelu, potem mój ojciec nabył posiadłość na krańcach miasta, domek z ogródkiem, którego połowa została wynajęta, a połowa wraz ze stajnią zatrzymana dla naszego użytku.

Stara kobiecina, Frau Klein, prowadziła gospodarstwo, a jej mąż zajmował się stajnią i ogródkiem. Głównym jednak zadaniem Frau Klein było przyjmowanie paczek, które gromadziły się stosami. Zawierały one nie tylko zakupione przez nas na miejscu towary, ale więcej jeszcze – były to nadchodzące przesyłki z różnych stron i dla różnych osób. Nieraz zdarzały się paczki, których przeznaczenie było nam niewiadome. Po prostu ktoś dowiedział się, że adresując do Frau Klein, można przez Kretyngę przewieźć jakieś paryskie suknie lub berlińskie srebro, bez płacenia dużego cła. I że znajdą się jacyś dobrzy ludzie, którzy ten towar przewiozą przez granicę.

Nas, dzieci, szmuglowanie bawiło i przewoziliśmy, ile tylko się dało. Najwięcej i najchętniej szmuglowało się książki drukowane w Poznaniu i Krakowie, a zakazane w Warszawie i Wilnie. Nie tylko polskie, ale i litewskie, głównie książki do nabożeństwa drukowane w Tylży. Rząd rosyjski bowiem zakazał drukować książki litewskie czcionkami łacińskimi, aby naród litewski przyzwyczaić do cyrylicy. Ponieważ rozporządzenie to wydano w 1863 roku, książki, które przewoziłyśmy, nosiły daty wcześniejsze, żeby mogły uchodzić za stare wydania. Rozsyłane były do Kowna, Wilna i Warszawy.

Przewożenie przez granicę przedstawiało pewne trudności. Chociaż urzędnik otrzymywał od mego ojca stałą opłatę w naturze i w gotówce, to jednak ze względu na swoich podwładnych musiał pewne formy utrzymać. Nie zawsze mógł nas przepuścić bez przeszukania powozu, więc należało być przygotowanym na wysiadanie. Toteż kładłyśmy na siebie wszystko, co się dało – na wszelki wypadek. Długie peleryny zakrywały nasze kształty. W pończochach mieściło się dużo, czasami po parę tuzinów łyżek i widelców, czasami mniejszego kalibru książki. Gdy dojechałyśmy do domu, każda z nas wykładała na stół wszystko, co zdołała przewieźć, i bardzo była dumna, jeżeli okazało się, że nikt inny tyle nie potrafił. Uprawiając ten szmugiel, nikt z nas nie robił sobie skrupułów, że unika płacenia cła. Nie miałyśmy żadnego poczucia lojalności w stosunku do rządu zaborców, naszych nieprzyjaciół i ciemięzców. Płacenie cła było ponadto prawie niemożliwe. Jego wysokość przewyższała często wartość towaru, a książki i wszelkie świętości były wprost zakazane. To powodowało, że szmugiel dawał nam poczucie spełnionego obowiązku patriotycznego. […]

W moim dzieciństwie bywały wydarzenia nadzwyczajne. Zaliczam do nich srebrne wesele moich rodziców, obchodzone 29 czerwca 1885. Mój ojciec miał w początkowym stadium choroby okresy, kiedy mógł jeszcze normalnie ruszać się o własnych siłach. Data tych obchodów trafiła na taki właśnie okres i był to dla całej naszej rodziny dzień niczym niezmąconej radości. Obchody miały miejsce w Kretyndze, skutkiem czego sezon połągowski zaczął się dla nas z pewnym opóźnieniem. Wszyscy goście sezonowi zjechali wprzód do Kretyngi. Było też całe sąsiedztwo i dużo krewnych i przyjaciół z różnych stron kraju. Przez całe miesiące robiliśmy przygotowania na ten ogromny zjazd. Dla gości poważniejszych rezerwowało się pokoje w naszych domach. Młodsi lokowani byli po domach administracyjnych, wynajmowano nawet na ten cel mieszkania w miasteczku. W Połądze łatwo byłoby wszystkich pomieścić, ale Kretynga nie była nastawiona na tak liczny zjazd.

Pomyślano nawet, o dziwo, o toaletach dla nas i dla mojej matki, tak skromnie zwykle ubranej. Dla niej sprowadzono suknie aż z Warszawy od Hersego, a dla nas z Brukseli. […] Na uroczystość sprowadzono też wspaniałe fajerwerki z Królewca. […] W alei prowadzącej od kościoła do nas ustawiono bramy triumfalne, a ogrodnik, pan Hajduk, ubrał kościół zielenią i kwieciem. Po uroczystościach w kościele, na trasie drogi powrotnej czekały delegacje z życzeniami od włościan, Żydów, administracji, służby, dzierżawców, od zarządów miast Połągi i Kretyngi; przyjechała nawet delegacja Niemców z Memla. Robiło to na nas duże wrażenie, bo było dowodem popularności, którą zyskali sobie rodzice po stosunkowo krótkim, dziesięcioletnim pobycie w tej okolicy. […]

Fortuna mojego ojca była duża i pochodziła po części z majątków odziedziczonych po rodzicach, takich jak Landwarów, Połąga, Kojrany, Gruszławki. Większość jednak posiadanych obszarów została kupiona z pieniędzy odziedziczonych po stryju, który zapisał mojemu ojcu i jego braciom po jednym milionie rubli na każdego. Była to bardzo duża suma. […] Wszystkie ziemie pozostawione przez mego ojca w chwili śmierci wynosiły około 400 000 dziesięcin [1 dziesięcina – około 1 hektara], z czego około 20 000 właściwie nie należało do niego. Były to majątki nabyte przez przyjaciół na jego imię, na przykład Biała Waka Łęskich. Polacy nie mieli wtedy prawa nabywania majątków od Rosjan4, ale było kilka wyjątków. Mój ojciec był jednym z nich. Korzystając z tego przywileju, udzielał swojego nazwiska tym Polakom, którzy formalnie na akcie kupna figurować nie mogli. Trwało tak do 1905 roku, kiedy zakaz nabywania ziemi przez Polaków został skasowany.

Stosunek moich rodziców do ludności miejscowej nie miał charakteru pracy społecznej w dzisiejszym rozumieniu. Pomimo tego obecność rodziców w majątkach bezsprzecznie wywierała wpływ gospodarczy i kulturalny na całą okolicę. Przede wszystkim zarobki były duże – ciągle coś się budowało, coś się działo.

Mój ojciec interesował się ludnością, umiał współczuć w nieszczęściu, nie odmawiał pomocy. Po żmudzku mówił doskonale. […]

W dni jarmarczne, kiedy ruch na drodze był większy, kazał się znosić przed dom, gdzie wybudowany był daszek chroniący od deszczu i wiatru. Tam przesiadywał, tam każdy miał do niego dostęp, czy to z interesem, czy ze skargą, czy z prośbą – z każdym chętnie rozmawiał.

Charakterystyczne drobiazgi wskazują, jakie miał zrozumienie dla potrzeb bliźnich. Na przykład – widując brnących po błocie ludzi z miasteczka, którzy w wolnych chwilach chcieli użyć spaceru w naszym parku, kazał wybudować szeroki, wygodny trotuar do chodzenia. Widząc żebraków siedzących na kamieniach przy cmentarzu, zamówił osłoniętą daszkiem i ściankami ławkę, która chroniła ich od niepogody […]. Kiedy większe jakieś nieszczęście padało na okolicę, jak na przykład pożar, to – sam już będąc chory – nie dawał się zatrzymać mojej matce. W takich chwilach nie zastanawiał się nad sobą, tylko resztę sił poświęcał ratowaniu innych. […]

[…] Trudno było się dziwić, że mój ojciec nie miał niezłomnej woli i tego hartu w rzeczach tyczących się Polski. Kompletny sierota, prawie od urodzenia, chował się właściwie samopas; starsi bracia mało się nim interesowali. Chodził do szkół rosyjskich, służył w wojsku rosyjskim, gdzie znalazł przyjaciół. Żeniąc się, dał dowód, że chce stworzyć rodzinę polską i katolicką, ale nie mógł w tych warunkach wyrobić w sobie nieprzejednanego i nieprzyjacielskiego stosunku do wszystkiego, co rosyjskie.