43 osoby interesują się tą książką

Opis

Mocny kryminał o przerażającej zbrodni, inspirowany najgłośniejszym porwaniem w historii III RP!
W połowie 1997 roku na warszawskiej Pradze zostaje porwana córka milionera. Jest torturowana, gwałcona i trzymana w nieludzkich warunkach. Ojciec powiadamia policję, wynajmuje znanego detektywa i robi wszystko, aby uwolnić córkę. Po przekazaniu okupu Sara jednak nie wraca. Kiedy zrozpaczona rodzina informuje dziennikarzy, wybucha skandal. Pod presją mediów w ministerstwie zapadają pospieszne decyzje. Emil Stompor zostaje zmuszony do udziału w sprawie. Rozpoczyna się gra, w której stawką jest nie tylko życie uprowadzonej, ale także interesy wielu ludzi…
Tę brutalną, prawdziwą do bólu i osadzoną w realiach historię opowiada Aleksander Sowa – czynny policjant, a zarazem autor „Gwiazd Oriona” – Kryminału Roku 2019 według serwisu Granice.pl.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Aleksander Sowa, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Sumala/AdobeStock

Zdjęcie Aleksandra Sowy: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Anna Gidaszewska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-31-1 (EPUB); 978-83-66503-32-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

1

Jej dramat zaczyna się trzy kwadranse przed północą, 13 czerwca 1997 roku, choć sprawa miała początek wcześniej. Jest piątek, deszczowy i zimny jak całe lato, muzyka głośno dudni. Siedzą w ciemnoniebieskim volkswagenie na wprost klubu. Furgonetka to wersja dostawcza, bez okien z tyłu. To tam jest drugi. Trzeci zbir wyszedł przed klub Las Vegas. Ma kamuflowaną słuchawkę w uchu. Gładzi dłonią brodę.

– To ona – mówi do radiotelefonu. – Zaczynamy, jak tylko podejdzie.

Sara Wagniewska trzyma nad głową torebkę dla ochrony przed mżawką i wypatruje taksówki. Tańcz głupia, tańcz, swoim życiem się baw! – śpiewa Panasewicz, kiedy brodaty się zbliża.

Sara podchodzi do krawężnika. Kierowca zapala silnik, zakłada kominiarkę. Drugi zbir kładzie dłoń na klamce.

– Co za pogoda – zagaduje brodaty.

– Mogło być gorzej.

Volkswagen zatrzymuje się za plecami. Przesuwne drzwi się otwierają. Kobieta dostrzega pistolet i uderza brodatego torebką. Oszołomiony bandzior naciska spust. Przypadkowy wystrzał zwraca uwagę gości przed klubem. Kosmetyki wypadają z torebki i rozsypują się na chodniku. Na ziemię upadają telefon i gorąca łuska. Brodaty kopie, Rudy poprawia pięścią, łamiąc z chrzęstem nos Sary. Krew zalewa nieprzytomną twarz, kapie na chodnik. Volkswagen rusza z piskiem i znika.

Tak mógłby się zacząć trzymający w napięciu, mroczny kryminał. To jednak nie film. Na brudną ulicę z brzękiem upadła prawdziwa łuska, a ciepła krew na mokrym od deszczu bruku rzeczywiście pachniała śmiercią.

2

Starszy sierżant Emil Stompor przetarł oczy. Wskazówki zegarka wskazały za dziesięć czwartą. Jeszcze dwie godziny. Wywiadowca czuł pod powiekami piasek, co było spowodowane zmęczeniem. Niczego nie pragnął bardziej, jak je przymknąć. Zbliżał się mglisty, zimny świt.

– Kosar! Nie śpij! – mruknął. – Wstawaj!

– Co, co?

– Zaraz wyjdzie.

– Kto? Kto będzie wychodził?

Policjant położył palec na ustach i wskazał kiosk. Kosar mrugnął na znak, że rozumie. Stompor otworzył drzwi i znikł gdzieś w oparach unoszących się nad brudną ulicą Pragi Południe, a potem skrył w bramie po drugiej stronie. Powietrze pachniało wilgocią i chłodem. Latarnie zgasły. Wywiadowca oparł się o odrapany mur. Czekał. Wreszcie poczuł przebiegający po kręgosłupie dreszcz – nieomylne przeczucie, które towarzyszyło Emilowi od dzieciństwa.

– Cholerny detektyw. Szlag by go trafił – westchnął cicho Kosarewicz i pomyślał, że nikogo nie widać. A jednak kiedy wyszedł z samochodu na rześkie, poranne powietrze, zarejestrował wychodzącą zza warzywniaka przygarbioną postać. – Halo? Proszę pana? Proszę pana! – zawołał, a słowa odbiły się od ścian.

Cień przyśpieszył i skierował się wprost na Emila w bramie.

– Stój! Stój, policja! – Okrzyk rozerwał ciszę poranka, ale włamywacz znikł w porannej mgle.

Kosar wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył. Niebieskie, blade światło odbijało się od zniszczonych i brudnych murów. Emil patrzył, jak radiowóz mija skrytego za załomem rzezimieszka, a potem mężczyzna w kapturze rusza truchtem.

– Ej, kolego! Masz może fajkę? – rzekł, chwiejąc się po pijacku.

– Jest tu przejście?

– Pewnie, że jest. A co tak zapierdalasz z rana?

– Psy mnie gonią!

– O! To dawaj, bracie! Tu cię nie znajdą.

– Dzięki – odparł zakapturzony.

– A co zmalowałeś?

– A... takie tam... Tamten warzywniak.

– To się lepiej nie ruszaj, kolego. Przejadą i będzie po sprawie.

Włamywacz kiwnął głową. Światła radiowozu się zbliżyły. Ukryci w bramie w bezruchu czekali, aż polonez pojedzie.

– Pojechali.

– Uff – westchnął włamywacz. – Było blisko.

– To jak, masz papieroska?

– Nie palę.

– Szkoda.

– Masz u mnie karton. Równiacha z ciebie.

– Nie próbuj się poruszyć, bo ci odstrzelę kolano – ostrzegł Emil, uważnie obserwując mężczyznę, po czym podniósł radio do ust i nacisnął przycisk nadawania. – Kosar, możesz wracać.

– Ty jesteś...

– Stój spokojnie. – Policjant sięgnął po kajdanki. – Chyba że wolisz chirurgię urazową.

– Pies?

– Założysz sobie?

– Ożeż ty, chuju jebany!

Emil nie czekał. Wycelował obręczą kajdanek poniżej mostka. Bandzior się zgiął i osunął z jękiem po ścianie, a policjant zamknął oczko kajdanek na jego nadgarstku i wypchnął jeńca przed bramę.

– Staranniej dobieraj słowa.

– Zajebię cię!

– Na ziemię.

– Masz przejebane, psie pierdolony! – wrzasnął oprych, a Emil w odpowiedzi obrócił kajdanki tak, by zmusić skutego do zgięcia się wpół i położenia z jękiem brzuchem na mokry chodnik.

– Nie kombinuj, to nie będzie bolało – powiedział, klękając na jego karku. Schował broń i z metalicznym „trrr” skrępował drugi nadgarstek bandyty stalową obręczą. – Rozumiesz, co powiedziałem?

– Zajebię cię.

– Jesteś zatrzymany.

– Chuja mi zrobisz!

– Wykonuj polecenia.

– Spierdalaj.

– Bądź miły i nie pyskuj.

– Już po tobie. Jesteś kurwą! Jebanym psem! Słyszysz?

– Tak – potwierdził Emil.

– Kurwą jesteś! Psem pierdolonym! Jebaną kurwą! Szmaciarzem! Już zresztą po tobie, po tobie, słyszysz? Nie pracujesz już, jesteś zwolniony! Nie masz pojęcia, kogo znam. Jeden mój telefon i taki zasrany, śmierdzący skurwysyn i chuj jak ty, zjebany pies, będzie zapierdalał na kuroniówkę.

– Licz się z tym, co mówisz.

– Nie będziesz mi mówił, jak mam żyć, skurwysynu! Kim ty jesteś, kurwo? Tylko pierdolonym psem, sługusem i cwelem!

– Ostrzegałem. – Policjant uniósł skute ręce pojmanego w górę, a ten zawył z bólu.

– Cwany jesteś, bo masz mundur. Normalnie byś do mnie nie wystartował.

– Jestem po cywilnemu.

– I tak byś do mnie nie wystartował. Bo jesteś frajerem!

– To ty leżysz w kajdankach. Zrobiłem cię jak małolata, więc kto jest tutaj frajerem?

– Poluzuj mi to gówno, bo mnie boli.

– Ostrzegałem.

– Ale z ciebie skurwysyn.

– To komplement?

– Nic na mnie nie masz!

– To się okaże. – Emil przystąpił do przeszukiwania delikwenta, słysząc, że nadjeżdża radiowóz. Po chwili samochód zatrzymał się przed nimi. – Masz jakieś fanty?

– Nie gadam z kurwami.

– Nóż, broń, niebezpieczne narzędzia?

– Będziesz mnie obmacywał, pedale zjebany? Wal się na ryj.

– Albo coś, czego nie powinieneś mieć?

– Ciebie nie powinienem mieć na plecach, chuju parszywy. Nic na mnie nie masz! Słyszysz?!

– Sam się przypucowałeś, że obrobiłeś kiosk.

– Kłamałem.

– I nazwałeś mnie psem. I chujem, w licznych wersjach.

– A co, robisz jako konduktor?

– Może jestem psem – mruknął policjant – ale nie pierdolonym. A nazywanie mnie chujem też nie leży w dobrym tonie.

Kosar wysiadł, uśmiechnął się i pokręcił głową. Zrobił to jednak nie z powodu wymiany zadań, lecz dlatego, że był to kolejny przypadek, kiedy za sprawą Emila w jakiś niewytłumaczalny sposób znaleźli się dokładnie tam, gdzie powinni.

– Nie wiedziałem, że jesteś gliną.

– A jak to wyjaśnisz? – Emil wyjął wytrychy z kieszeni włamywacza.

– Nie moje. Gówno mi możecie zrobić!

– Przeciwnie. Zatrzymaliśmy cię z wytrychami przy obrobionym kiosku. Zabezpieczymy sprzęt, a potem biegły od mechanoskopii się wypowie, czy to tym się tam wpierdoliłeś.

– Znalazłem, jak se tędy przechodziłem. Spierdalajcie.

– Dlaczego się zatrzymałeś na moje wezwanie? – wtrącił Kosar.

– A kim ty, kurwa, jesteś, pajacu jeden? Skąd mogłem wiedzieć, że jesteś psem...

– Krzyczałem „stój, policja”.

– Nie słyszałem. Mam zapalenie ucha.

– Lekarz to sprawdzi.

– Dobra, dobra... Poluzujcie mi te jebane obrączki – powiedział już spokojniej skuty. – Co ja wam zrobiłem, że traktujecie mnie jak śmiecia?

– Uciekałeś, nie reagowałeś na polecenia i masz wytrychy. Te trzy fakty nie pasują do laryngologa.

– Myślałem, że chcesz mnie napaść – stwierdził bezczelnie zatrzymany.

– I niebieskiego światła też nie widziałeś?

– Oczy mam prześwietlone.

– Na rentgenie robisz, tak? – zadrwił Emil.

– Nie. Źle widzę, bo rower spawałem spawarką, ramę, i oczy sobie prześwietliłem. Myślałem, że on chce mnie napaść.

– Lepiej nie myśl – skwitował Kosar. – To nie jest twoja najmocniejsza strona.

– Jak Boga kocham – zarzekał się włamywacz.

– Boga, tak? – powtórzył Emil.

– I Matkę Boską.

– Wydaje ci się, że jesteś cwany? Że nic na ciebie nie mamy?

– A macie? – Zatrzymany się uśmiechnął. – Wytrychy znalazłem, to wziąłem.

– Po co?

– A ciekawy jestem. Ciemno i nie widać dokładnie, obejrzeć chciałem w domu, w dobrym świetle. Tym bardziej że oczy mam prześwietlone. A uciekałem, bo mnie goniłeś. Wiadomo, noc, Praga, niebezpiecznie, więc się bałem, co nie? I uszy mam chore, to nie słyszałem, żeście gliny. Bez munduru, legitymacji też nie pokazaliście. Dla mnie to napad.

– Napad?

– No, a co? Przecież nie pokazaliście blachy. Najpierw mi ją pokażcie, a potem powiedzcie, za co się przypierdalacie, za co zostałem skuty, zatrzymany i pobity.

– Nie pierdol.

– No, co „nie pierdol”? Skargę złożę.

– Do konia na Służewcu pisz. Kosar? Jak tam?

– Sprawca wszedł, otwierając zamek wytrychem. Splądrował środek. Nie wygląda na to, żeby coś zabrał.

– No widzisz – ucieszył się skuty. – Mówiłem ci, nic na mnie nie masz. Nawet jak mnie zamkniesz, to i tak za parę godzin będę śmiał ci się w twarz. Żaden prorok nie da mi nawet zarzutu. Nic na mnie nie macie poza wytrychem, ale to nic nie znaczy. A to, że coś tam opowiedziałem o włamie, to gówno warte. Wszystko w temacie.

Emil spojrzał na Kosara. Ten wzruszył ramionami. Jego mina nie pozostawiała złudzeń. Intuicja go nie zawiodła, ale fakt pozostał faktem: włamywacz niczego nie ukradł.

– Co najwyżej zniszczenie mienia, ale kto mi to udowodni? – szedł w zaparte schwytany.

– A wiesz, kto jest właścicielem tego kiosku?

– Chuj mnie to obchodzi.

– A powinno – rzucił Emil. – Bo tak się składa, że mnie obchodzi. Facet ma trójkę dzieci i zapierdala od rana do wieczora, wiesz? Jest już teraz pewnie na nogach, bo zaraz pojedzie na giełdę...

– Moja wina, że jest frajerem?

– ...a ty przychodzisz, żeby komuś takiemu kiosk obrobić?

– Myślałem, że trzyma tam jakąś kapustę – odparł włamywacz i mrugnął. – Ale oficjalnie nie mam z tym nic wspólnego.

– No jasne – zakpił Kosar, po czym spojrzał na Emila i uniósł brwi.

– Normalnie to bym sobie odpuścił takiego szmaciarza jak ty – powiedział Emil – ale widzę, że z ciebie wyjątkowy gnój wychodzi. Musisz dostać nauczkę.

– Nic mi nie możesz zrobić.

– Mylisz się.

– A co? Rozpłaczesz się tutaj? – zapytał włamywacz.

– Wpierdolę ci.

– Nie możesz.

– Mogę. I zrobię to. Tutaj i teraz.

Zatrzymany spojrzał na Kosarewicza. Ten zrobił minę na znak, że o niczym nie wie i ma z tym nic wspólnego.

– Poskarżę się. Z roboty was wypierdolą.

– Straszysz – zakpił Emil – czy obiecujesz?

– Uświadamiam cię.

– Co ty Wisłocka jesteś? A właśnie, jak się nazywasz?

– Po co ci to?

– Kartkę z choinką na święta planuje ci przesłać. Zawsze tak robi, jak komuś wpierdoli – wyjaśnił Kosar. – Żeby go delikwent pamiętał.

– Powiesz po dobroci czy ci mam przypierdolić? – zapytał Emil ciszej, po czym kiwnął głową, wyjął paczkę cameli i podsunął zatrzymanemu. Nie widząc reakcji, wyjął papierosa. Niezapalony tytoń miał piękny, przyjemny zapach.

Złodziejskie serce zmroził strach. Rzezimieszek słyszał, że na Pradze jest jeden taki tajniak, co pali camele i niejednemu zaszedł za skórę.

3

W niedzielę, o świcie przed klubem Las Vegas było cicho i zimno od wilgoci w powietrzu. Wpatrzony w wizjer aparatu młodszy aspirant Bieńkowski w odblaskowej kamizelce z napisem „Policja. Technik Kryminalistyki” na plecach pomyślał, że jak na czerwcowy poranek pogoda ich nie rozpieszczała.

– Widziałeś? – zwrócił się do kolegi. – Skalski się tak nigdy nie zachowywał.

– Może na kacu jest?

– Raczej ma sraczkę.

– Tylko z czego? Zachowuje się, jakby tu zastrzelili prezydenta.

– Nawet mi nic nie mów. Miałem mieć wolną niedzielę. A wiesz, co powiedział na kamerę? – Bieńkowski wskazał budynek na rogu. – Tym zajmie się Hubicz. W poniedziałek, bo teraz bank nieczynny.

– W poniedziałek? A my mamy teraz robić papiery i szukać łuski?

– No, jakby to coś miało dać. Przecież jest szósta. Trzydzieści godzin po zdarzeniu. Nawet jak coś tutaj było, to jest już dawno zatarte. Nic nie znajdziemy. Więc na chuj nas tutaj ściągał! Nie można było tego jutro załatwić? – Bieńkowski patrzył, jak przewodnik psa usiłuje skłonić zwierzę do podjęcia tropu. – Z psiarkiem też. Pytam się: na chuj ściągasz psa, jak ślad osmologiczny utrzymuje się kilka godzin, a to było wczoraj w nocy i do tego padało?

– I co odpowiedział?

– Żebym się zajął robotą!

– Skurwysyn. – Drugi policjant wzruszył ramionami i wrócił do protokołu.

– Tak samo z krwią. Mamy szukać plam na chodniku. No debilem trzeba być, żeby coś takiego powiedzieć. Żeby po ponad dobie i to po deszczu takich śladów szukać!

– Debilem albo oficerem.

– Nie, nie, tu coś jest na rzeczy. Przecież Skalski się zna na robocie. Daję głowę, że nas niepotrzebnie ściągał – dodał z żalem Bieńkowski. – Rozumiem, jakby trup był, ale coś takiego? Jakieś sranie-porwanie, strzelanina, łuski? Kurwa, po trzydziestu godzinach?

– No i gdzie świadkowie?

– Do umorzenia pójdzie. Na niewykryte.

– Właśnie. Czyli to można było normalnie, w poniedziałek załatwić.

– Pali fajkę za fajką – zauważył znad szkicu Bieńkowski, patrząc na komisarza Mariana Skalskiego, który przez dyżurnego zerwał ich z łóżek do grupy dochodzeniowo-śledczej, niewiele powiedział, a teraz wygląda na przejętego tym, co tutaj miało się wydarzyć. – Jebany ubek.

– A niech spierdala. Dawno ich powinni spuścić w kiblu. Komuna się skończyła, a oni grzeją stołki, zamiast iść na emeryturę. Nie wiem, jak mogli takich pozytywnie zweryfikować.

– Normalnie. Tych, co mieli w bezpiece rok albo dwa, to pozwalniali. A betony się same wybrały – odpowiedział drugi policjant i spojrzał na nieoznakowanego poloneza.

Radiowóz zatrzymał się przy taśmie przegradzającej ulicę. Z samochodu wysiadł nadkomisarz Tadeusz Hubicz i szybkim krokiem podszedł do Skalskiego.

– O! Jest drugi komuch – rzucił Bieńkowski, po czym wrócił do szkicu.

Skalski wskazał coś głową. Hubicz się nie odzywał. Technik odwrócił wzrok, włożył aparat oraz przymiary liniowe do walizki.

4

Jest wtorek, osiemnasty dzień czerwca 1997 roku. Osiemdziesiąt trzy godziny po zniknięciu Sary. W domu Włodzimierza Wagniewskiego dzwoni telefon. Stojący w bibliotece zegar wybija dziewiątą trzydzieści. Dzwonek elektryzuje obu mężczyzn. Starszy spogląda na syna. Przez ostatnie godziny mocno posiwiał.

– Odbierz, tato.

Mężczyzna podnosi słuchawkę drżącymi dłońmi.

– Halo? Halo! – powtarza głośniej. – Jest tam ktoś? Odezwijcie się. Proszę.

Słyszy czyjś oddech. Coś zaczyna się dziać. Pojawiają się trzaski. Wagniewskiego nachodzi irracjonalna myśl, że w oddali słyszy ptaki.

– Błagam – dodaje szeptem.

Znów trzaski. Ojciec porwanej zaciska powieki. Sześćdziesięcioletnie serce wali niczym tłok potężnego silnika.

– Tatusiu! To jest porwanie! – Słyszy głos córki. Łzy cisną się do oczu ojca, serce ściska uczucie, którego nie sposób przełożyć na słowa. – Chcą okupu – dodaje Sara płaczliwie.

– Powiedz, nic ci nie jest?

– Nie informujcie policji.

– Coś ci zrobili? – pyta Wagniewski, ale w odpowiedzi słychać tylko trzask. – Halo? Halo? Sara! Kochanie, słyszysz mnie?

Ciche „pii, pii, pii” kończy połączenie. Mężczyzna z trudem łapie oddech. Wie jedno: słyszał zrozpaczony głos córki. Odkłada słuchawkę drżącą dłonią. Sara wciąż żyje! Na pewno. Musi żyć. Żyje na pewno! Myśli pędzą przez głowę zrozpaczonego człowieka. To najważniejsze. I wtedy milioner napotyka spojrzenie syna.

– Cośmy zrobili! – mówi niemal bezgłośnie.

– To ona, prawda?

– Boże drogi...

– Co powiedziała?

– Żebyśmy nie informowali policji.

– Zrobiliśmy dobrze, tato – odpowiada syn milionera. – Musieliśmy to zrobić.

Wczoraj złożyli zawiadomienie o zaginięciu. To on namówił ojca, by iść na policję. A jednak teraz ojciec jest blady, na jego czole perli się pot. Sekundę później osuwa się na podłogę.

5

Emil obrzuca włamywacza uważnym spojrzeniem i spluwa. Następnie, nie odrywając wzroku, wyjmuje srebrną zapalniczkę. Błękitnawy płomyk oświetla twarz policjanta. Tytoń skwierczy cichutko, a gliniarz wolno wypuszcza dym w stronę jaśniejącego nieba.

– Zaczynasz mnie wkurwiać – odzywa się złowieszczo.

– Nie moja wina.

– Niepotrzebnie utrudniasz. Przecież jak cię zawieziemy na Grenadierów i posiedzisz na twardych dechach, to i tak sobie przypomnisz – komunikuje spokojnie Emil, a włamywacz spogląda spode łba raz na niego, raz na Kosara i nie odpowiada. – Jak się nazywasz?

– Marek Marczak.

Na most przy Cytadeli wtacza się skład towarowy. Policjant, słysząc daleki stukot kół lokomotywy, myśli, że jest zmęczony.

– Mówią do mnie Mareczek.

– Mareczek, mówisz? Oj, Mareczek – odpowiada Emil, akcentując imię, i wydmuchuje dym w niebo. – Ty nas chyba robisz najzwyczajniej w chuja.

– Jak Boga kocham.

– Zamknij się, kurwa! – Chwyta zatrzymanego za bluzę. – Myślisz, że będziesz z nas wałów robił? Wydaje ci się, kurwa, że jesteś sprytny?

– Puszczaj!

– Pytałem, czy myślisz, że jesteś sprytny.

– Puszczaj!

– A teraz posłuchaj. Zawieziemy cię na Grenadierów. Nawet jak nie dostaniesz zarzutów, to i tak posiedzisz dwie doby, durniu jeden! – warczy, przypierając złodzieja do muru. – A jak wyjdziesz, to podjedziemy do Spartakusa.

Włamywacz nie odpowiada. O ile na początku, po chwili strachu podszytej adrenaliną, wszystko szło po myśli złodziejaszka, to teraz sytuacja zaczyna się komplikować.

– Wiesz, gdzie jest Spartakus, co?

Złodziej kiwa głową, chociaż zupełnie nie ma takiego zamiaru.

– To dobrze. – Emil rozluźnia chwyt. – Bo wyobraź sobie, że wejdziemy tam w czwartek. O szóstej wieczorem. A potem zaczniemy pytać o ciebie. Z blachami na szyjach.

– Wsadźcie je sobie w dupę. Tak dla odmiany, zamiast kutasów.

– I sprzedamy temat, że się przed nami rozprułeś. I konfident jesteś. Na psiarnię chodzisz i się pucujesz.

– Jak cwel zwykły – dodaje Kosar. – I wafel.

– Parówa i ciota. I co ty na to?

Włamywacz jest zaskoczony, stara się jednak nie dać tego po sobie poznać. Nie przypuszczał, że ten niepozorny gliniarz jest tak dobrze zorientowany w praskim półświatku. Gliniarz wie o siłowni. Wie, że ważniejsi na mieście przychodzą tam o szóstej w czwartek.

– To jak będzie?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Myślisz, Mareczek – Emil podkreśla imię – że nie wiem, komu się możesz opłacać?

– Nie opłacam się nikomu.

– Przyznaję, że nawet to nieźle wykombinowałeś. Gratuluję kreatywności. Do tej pory ci tylko nie wierzyłem, teraz mnie już rozśmieszasz. Co ty pierdolisz? Mam uwierzyć, że się bujasz po Pradze z wytrychem w kielni na legalu?

– Może działa po cichu? – podrzuca Kosar.

– Działał. Do dzisiaj, bo jutro się wszyscy dowiedzą, że robił ich w chuja.

– Mówiłem...

– Zamknij się, kurwa! Miałeś szansę! Dałem ci ją, jak człowiekowi, chociaż widzę, że jesteś gnojkiem. Nie chcesz, jak ulica mówi, po ludzku, trudno – dodaje Emil ciszej. – Twój wybór. Polecę z tobą paragrafami. Zawijamy śmiecia. Trzeba napisać papiery. I legendę ułożyć.

– Nazywam się Marek Wroński.

– Wroński? – Emil patrzy na Kosara, kiwa głową, po czym przydeptuje papierosa. Niebo jaśnieje z każdą minutą. – Marek Wroński?

– No, chciałeś wiedzieć, to powiedziałem. Czego chcesz więcej, psie?

– Psie?

– Panie władzo.

– Nie, nie – odpowiada Emil. – To już psem wolę zostać.

– Puścisz mnie teraz?

Emil wskazuje Kosarowi kajdanki. Ten podchodzi do Wrońskiego z kluczykiem. Wroński unosi podbródek i się uśmiecha. Wie, że granie na czas i udawanie idioty przed tym cholernym gliniarzem nie ma sensu. To musi być ten, o którym się opowiada przy piwie w podwórkach.

– Cieszę się, że poszedłeś po rozum do głowy, Wrona – dodaje Kosar.

– Kosar, było tak: zauważyliśmy mężczyznę wychodzącego z kiosku.

– Nie reagował na wezwania i okrzyki „Stój, policja”?

– Przeciwnie. Zareagował, ale ucieczką.

– No tak. Potwierdzam. Wznosiliśmy głośne okrzyki „Stój, policja” kilka razy – uściśla Kosar. – I ja też krzyczałem.

– Tak. Zawsze krzyczysz.

– Co dalej?

– Normalnie. Podjąłem pościg. Widziałeś, prawda?

– Widziałem wszystko. Widząc, jak ścigasz uciekiniera – mówi Kosar – starałem się odciąć draniowi drogę ucieczki radiowozem.

– Brzmi dobrze. Dogoniłem zbiega, wylegitymowałem się imieniem, nazwiskiem, stopniem oraz głośnym okrzykiem „Policja!”. I wezwałem do zachowania zgodnego z prawem.

– Tak, ale nie reagował.

– Reagował. Chciał tym oto narzędziem mnie uderzyć. – Emil wskazuje wytrych.

– W głowę.

– W oko. Dlatego się musiałem zasłonić. Widziałeś, prawda?

– Wszystko. Chciał cię uderzyć w oko z zamiarem pozbawienia życia lub zdrowia. Krzyknął: „Zabiję cię”. Słyszałem dokładnie. Uszy mam zdrowe – mówi Kosar, mrugając do Wrony. – Tak samo jak oczy. Według mnie, wysoki sądzie, chciał zabić sierżanta Stompora tym oto przedmiotem. – Kosar wskazuje wytrych. – Niebezpiecznym narzędziem znaczy. A to stanowi przestępstwo z artykułu dwieście trzydzieści trzy Kodeksu karnego.

– Ej! Co wy kombinujecie?

– Milcz!

– No, Emil ma rację. Lepiej słuchaj. Może ci się to przydać. Bo kto, używając niebezpiecznego przedmiotu, dopuszcza się czynnej napaści na funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu.

– Nie dostaniesz za włamanie, Wrona. I nie zrobimy ci syfu na dzielnicy, ale chciałeś obrobić kiosk uczciwego człowieka, więc ujebiemy cię za czynną napaść – mówi Emil tak, jakby napaść miała miejsce. – I posiedzisz do sprawy. A jak trafimy na dobrego proroka, to ci doklei usiłowanie zabójstwa.

– A za to jest dożywocie – dodaje uprzejmie Kosar.

– Chyba was pojebało!

– No właśnie nie bardzo – odpowiada Emil.

– Wezmę papugę, to mnie wybroni.

– Uhm. Jak chuj. A kasę ci dadzą ziomki z siłowni? A nawet jak papuga z urzędu cię jakimś cudem wybroni, to i tak posiedzisz na Służewcu, Mokotowie albo Grochowie. A że ładniutki jesteś, będziesz cwelem dla pawilonu zwyroli i zwykłych pedałów. Wreszcie spełnisz fantazje o kutasach w dupie.

– Spierdalaj.

– Po sprawie dostaniesz zawiasy. Chyba że pech albo felerna papuga... No, to wtedy pokoik w Białołęce na jakiś rok albo dwa masz pewny. I kutasów ci już nie zabraknie. Jako cwel będziesz mógł dawać audiencję na tronie. – Policjant przesuwa językiem po wnętrzu policzka, sugerując stosunek oralny.

– Nikt wam nie uwierzy.

– Wypuszczą cię za jakieś osiem, może dziesięć miesięcy. Odbyt ci zszyją i zostanie tylko syndrom stresu pourazowego. No, i trochę plemników na podniebieniu.

– Co on pierdoli?

– Pracował na Grochowie – kłamie Kosar, wzruszając ramionami. – Jako wychowek. Już taki jest. To psycholog, nie przejmuj się. Wiesz, jacy oni są.

– Nie macie świadków.

– Ale jest nas dwóch – zauważa Kosar. – A ty jeden. I jest wytrych.

– Nikogo nie uderzyłem.

– Kara za usiłowanie jest wymierzana w granicach zagrożenia przewidzianego dla danego przestępstwa – wyjaśnia jednym tchem Emil. – Czyli od roku do lat dziesięciu. Łapiesz już, bystrzaku?

– Co wy sobie, kurwa, myślicie!

– Nie podnoś głosu – ostrzega Emil. – Bo ręka mnie świerzbi.

– Będziecie mnie straszyć? Szantażować? Do reszty was popierdoliło? Za sąd będziecie robić, za prokuratora, psy jebane?

Emil uderza Wrońskiego dłonią w policzek. Głowa włamywacza odbija się od ściany. Ułamek sekundy później do policzka Wrońskiego przykleja się druga dłoń policjanta.

– Nie możecie tak.

– Nie? – Emil poprawia raz jeszcze.

– Prawo nie zezwala. Nie możesz mnie bić!

– A ty możesz kioski opierdalać? – Emil wymierza czwarty policzek, ale Wrona jest szybszy i się uchyla. – Możesz opierdolić człowieka, co uczciwie od świtu do zmierzchu zapierdala, żeby wyżywić rodzinę? Na to ci prawo pozwala? Nierobie jebany!

– Nie jesteś jakimś pieprzonym szeryfem, kurwa!

– Mogę przyjebać ci tyle razy, ile uznam, że cię to czegoś nauczy. Tak żebyś mnie zapamiętał, gnojku – cedzi Emil przez zęby, po czym wymierza włamywaczowi cios w brzuch, uderza raz jeszcze i kończy prostym w szczękę, po którym bandyta traci przytomność i pada.

Kosar dyskretnie się rozgląda, czy nie są obserwowani. Wrona tymczasem odzyskuje przytomność.

– Kiedy pan Wroński chciał cię uderzyć, musiałeś się zasłonić. I on wtedy nieszczęśliwie się nadział na twój łokieć... – Kosar urywa, wskazując niedbałym ruchem rozciętą wargę mężczyzny.

– Co potem?

– To zależy. – Kosar kręci głową. – Od niego.

– Wrona? Mam propozycję. Zagramy w grę. Nie zrobimy ci znieważenia, czynnej napaści, usiłowania zabójstwa, ciężkiego uszkodzenia ciała, a nawet zniszczenia mienia. Nie będziesz miał syfu na dzielni.

– Mówisz poważnie?

– Wpierdol częściowo załatwia sprawę. Co ty na to?

– Uderzyłem się o twój łokieć. – Wroński podnosi się z ziemi i wyciera rękawem rozciętą wargę. Spogląda na krew i nabiera powietrza. Patrzy roziskrzonym wzrokiem to na Emila, to na Kosarewicza. Wreszcie kiwa głową. – Może być?

– No, a dalej? – pyta zachęcająco Emil. – Ciekawie zacząłeś.

– Pobiegłem.

– Gdzie?

– W nieznanym kierunku.

– No nie wiem, nie wiem, coś mi tu nie pasuje.

– Ale tak było! Naprawdę! – dodaje skwapliwie Wrona, po czym spogląda na obu gliniarzy i się uśmiecha, aż widzą świeżą krew na jego zębach. A potem kolejny raz ociera rękawem posokę z ust. Pociąga nosem i krzywi się z bólu. Widać, że ciosy w korpus zrobiły na nim spore wrażenie. – Tak było.

– Z tym że nie do końca.

– Czemu?

– Bo kilka dni później jakiś gówniarz przyniesie do kiosku pieniążek w kopercie na zamek. Wystarczy też na ślusarza. No, Wrona? Co ty na to? Chyba że wolisz inaczej?

– Nie.

– Tak myślałem. Tylko pamiętaj: sprawdzę. A jak mnie zrobisz w chuja, to cię znajdę i wtedy nie będzie już nigdy żadnego układu, jasne?

Spoglądają na włamywacza. Wroński stoi obity, przegrany i zdziwiony, ale po chwili uśmiecha się, bo żaden policjant go tak nie potraktował. Zakłada kaptur, spluwa krwią, odwraca się i znika w porannej mgle.

6

Pierwsze, co poczułam po odzyskaniu przytomności, to ból na skrępowanych nadgarstkach, poobijanych żebrach i twarzy. Złamany nos już nie krwawił. Nigdy się nie zastanawiałam, jak mogą boleć ręce, kiedy krew nie dochodzi w nich tak, jak powinna. Potem mój umysł dopadł strach. Nie był to zwykły strach. Nie był to strach, jakiego doświadcza większość kobiet, większość ludzi, takich jak ja. Nie był to strach, jakiego przeciętny człowiek doświadcza czasami w życiu – taki strach pojawia się w życiu jeden raz. Rzeczywistość zostaje skonfrontowana siłą z faktem owej strasznej, bezlitosnej i zimnej prawdy: śmierć istnieje. Jest blisko, bardzo blisko. Wciąż żyję, ale niebawem być może umrę. Coś takiego czują pewnie samobójcy po tym, jak ich stopy oderwą się od dachu budynku, mostu, krawędzi peronu. I skazani na śmierć przed plutonem egzekucyjnym. Poczułam strach tak intensywnie, że zrozumiałam, czym jest strach w najbardziej przerażającym, bezlitosnym wydaniu, jakim bywa, kiedy dotyczy życia i śmierci. Moje ręce i nogi wpadły w niemożliwe do opanowania drżenie. Serce przyspieszyło gwałtownie. A potem przyszły mdłości. Nie wpadłam w panikę z bólu i obaw, nie straciłam zimnej krwi. Zdrętwiały język i zaślinione od knebla usta dały mi jasny sygnał: jesteś o krok, o kilka sekund, o włos. Boże! – pomyślałam. – Nie mogę się zrzygać! Jeśli to się wydarzy, jeśli nie zapanuję nad ciałem, uduszę się wymiocinami. Nie chcę umierać w rzygowinach. Starałam się przypomnieć sobie to, co się wydarzyło i jak się tutaj znalazłam. Próbowałam skupić myśli na ostatnim wspomnieniu: samochód, trzej mężczyźni, kwaśny zapach potu, szamotanina. Uderzenie tuż pod piersią, które zabrało dech. Ból. Cios w twarz niczym olśnienie. A potem niebyt. Cisza. Sen. I strzykawka w ręce jednego z nich. Głosy. Podniesione, męskie. Urywane zdania. Szybka jazda samochodem. Jakiś strzał. Pisk w uszach. Intensywny zapach kordytu. Ciemność za oknem. I strach... kiedy uświadamiałam sobie, że otaczają mnie ciemność i cisza. Ktoś mnie porwał, uprowadził, uwięził. Cisza, która niczym pudło rezonansowe gitary zwielokrotniła moje obawy przed tym, co się może stać. Co prawdopodobnie się stanie. Cisza będąca w istocie mrożącym krew w żyłach odcięciem wszelkich otaczających mnie dźwięków. I wtedy strach, jaki poczułam wcześniej, wydał się prawie dziecinnym lękiem. Dopiero teraz stał się prawdziwy, namacalny, wyostrzony za sprawą tajemniczego pokrętła w mojej głowie. Strach przed tym, co w każdej chwili może nadejść. A więc tak wygląda śmierć. Ciemność i cisza, pomyślałam, zapadając w pełen koszmarów, niespokojny sen. Sen, w którym przez następne tygodnie to, co nierzeczywiste, nieustannie mieszało się z przerażającą rzeczywistością oczekiwania na to, aż przyjdą i mnie zabiją.

7

Prywatny detektyw Krzysztof Szczerzucki, stojąc przy oknie, patrzył przymrużonymi oczyma na turystów, po czym uniósł oczy ku niebu i pokręcił głową. Wracając za biurko, spojrzał na wyświetlacz telefonu komórkowego. Brak połączeń i wiadomości psuł detektywowi humor. Mężczyzna westchnął i założył okulary. Faktura opiewała na dwadzieścia pięć tysięcy. Szczerzucki podpisał dokument, następnie wstał i za drzwiami bez słowa przekazał fakturę sekretarce. Kobieta skinęła głową, a detektyw zamknął drzwi. Znów usiadł przy biurku, wyjął cygaro, szklankę i kwadratową butelkę. Odkręcił szkocką, wciąż zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić, po czym zakręcił korek. Nie lubił szkockiej, więc schował Johnniego Walkera. Whisky jest dobra dla obiecującego klienta, z poważnym zleceniem albo grubym portfelem. Taki drink robi dobre, profesjonalne wrażenie, pomyślał, nalewając ciepłą wódkę do szklanki. Wypił, schował butelkę i szklankę, a potem z ulgą oparł plecy na fotelu z czarnej bydlęcej skóry. Rozkoszował się palącym uczuciem oraz gorącem, jakie rozgrzało żołądek.

– Dwadzieścia pięć kawałków to i tak nieźle – mruknął.

Dostał pieniądze i trafiła się okazja na więcej. Znacznie więcej, pomyślał, sięgając do szuflady. Mimo wszystko był zadowolony. Znów nalał, tym razem mniej. Schował butelkę i zamiast wypić wódkę od razu, przez kilka minut intensywnie wpatrywał się zawartość szklanki. Wreszcie jego twarz się rozluźniła.

– No i pozamiatane – mruknął, wlewając wódkę w gardło. – Bo tylko doświadczenie może być naprawdę skuteczne – wyrecytował, celując palcem w wyimaginowanego słuchacza, po czym skrzyżował nogi na blacie monumentalnego biurka z drewna tekowego. To zdanie odczytywał każdy, stając przed przeszklonymi drzwiami prowadzącymi do Biura Detektywistycznego Szczerzucki.

8

W pierwszych dniach lipca chłodny wiatr od wschodu pchał ciężkie chmury nad Warszawę. Padało od kilkunastu dni. Prognozy pogody nie nastrajały optymistycznie.

Minister Braun łypnął okiem na gościa.

– To się źle dla nas skończy! – powiedział. – Najpierw śmiertelne pobicie studenta w Krakowie, potem zabójstwo w liceum Pułaskiego, a teraz porwanie córki człowieka z listy najbogatszych Polaków! Co jest z tą naszą policją, panie komendancie?

– Mamy pecha.

– Pecha?

– Zbieg niefortunnych zdarzeń – opowiedział komendant. – Niemal w tym samym czasie.

– No, ale przecież tak nie może być! Trzeba coś zrobić!

– Musimy...

– My? To pan jest od takich spraw.

– To nie moja wina.

– A czyja? – Minister uderzył dłonią w stół. – Moja? To ja się będę musiał tłumaczyć z tego przed kamerami. I co im powiem?

Komendant główny policji nie odpowiedział. Uniósł podbródek, przełknął ślinę i spojrzał kątem oka na posła. Wagniewscy starali się zainteresować sprawą wszystkich ludzi polityki, których znał.

– To może oznaczać koniec mojej kariery! – wycedził przez zęby Braun.

– Myślałem o tym i...

– Na pana miejscu, generale – powiedział, nie reagując na słowa komendanta – myślałbym raczej o przejściu w stan spoczynku, bo jeśli Wagniewski zainteresuje tym porwaniem media, to... – Minister urwał.

– Możemy...

– Jeśli nic nie zrobimy – znów przerwał komendantowi Braun – to premier każe mi się podać do dymisji!

– Mam rozwiązanie.

– Zdaje pan sobie z tego sprawę? We wrześniu wybory. Wyniki nie zapowiadają się różowo. A ta sprawa na pewno nam nie pomoże. – Braun spojrzał na milczącego dotąd posła Antonowicza.

Generał obrzucił posła nienawistnym spojrzeniem. To przysłuchujący się w ponurym milczeniu Antonowicz stał za tą rozmową.

– Wizerunkowo to wygląda źle – powiedział poseł, strzepując niewidzialny pyłek z krawatu. – Obawiam się, że pan minister ma rację.

– No pewnie, że mam!

– Niestety.

– Wyrugują mnie dla dobra Sojuszu!

– Nawiasem mówiąc – dodał Antonowicz – Sojusz i tak przegra wybory z powodu powodzi. Tak twierdzą analitycy. Premier poda rząd do dymisji, a pan prezydent ją przyjmie.

– I po nas – mruknął minister. – Na lata.

– Mam rozwiązanie.

– Proszę?

– Wiem, że to nie wygląda dobrze, ale...

– Nie wygląda dobrze? – powtórzył Braun. – Pan przejdzie w stan spoczynku i tyle. Nikt pana z tą sprawą nie połączy, a mnie media nie dadzą spokoju do końca kariery. Przy każdej sposobności będą przypominać, że kiedy byłem ministrem spraw wewnętrznych i administracji... To koniec, generale – westchnął i usiadł przy stole. – Koniec. Po czymś takim możemy wszyscy zapomnieć o polityce! Nawet na radnego w Żurominie nas nie wybiorą!

– Mam rozwiązanie – odparł generał. – Już kiedyś wypróbowane – dodał ciszej.

– Proszę?

– Powiedziałem, że mam rozwiązanie.

– To słyszałem. Zastanawiam się tylko jakie.

– Uważam, że jest jeszcze czas. Możemy z tego wyjść. Z twarzą.

– Generale! Proszę mi tu nie pierdolić, za przeproszeniem! A jak mamy z tego wyjść? Co? Nos i policzki nam zabiorą? Nie jesteśmy zgrają nieudolnych durni! Zechce pan mi tu więcej nie mydlić oczu idiotycznymi kalkami językowymi!

Generał poprawił kołnierzyk. Tak, Braun nie był idiotą. Pracując jako adwokat specjalizujący się w zagadnieniach dotyczących prawa karnego, zyskał sobie wśród prokuratorów, sędziów, studentów i bogatej klienteli już dawno temu opinię twardego zawodnika.

– Jakieś konkrety? Tylko ostrzegam, że...

– Nie, nie – zaprzeczył skwapliwie generał. – Proszę posłuchać.

– Przecież słucham.

– Największy problem mamy z mediami, zwłaszcza jeśli dziennikarze postawią nas w tej sprawie w negatywnym świetle.

– Postawią nas w nim z pewnością.

– Chyba że ich zmanipulujemy.

– Chce pan zmanipulować opinię publiczną? – wtrącił Antonowicz. – Pan oszalał?

– Nie, nie oszalałem.

– Obawiam się, że tak – syknął minister.

– Nie chodzi o opinię publiczną, ale o dziennikarzy. Media są podatne na manipulację. Czasem wystarczy dobry moment i odpowiednia oprawa. Albo kilka nazwisk na liście, nieprawdaż, panie pośle? – zwrócił się policjant do Antonowicza.

Zdzisław Antonowicz nie odpowiedział. Wiedział, o czym generał mówi, jednak ostatnie lata spędzone w polityce nauczyły bezwzględnego mężczyznę gry. Wciąż z kamienną twarzą niemal niezauważalnie kiwnął głową.

– Dużo o tym myślałem – rzekł generał, przemilczając fakt, że o sprawie myślało kilku jego doradców. – Jest taki gliniarz... Już kiedyś się sprawdził. Jest bardzo dobry.

– Dobry w czym?

– W tym, co powinniśmy zrobić – odparł generał.

– A coś więcej?

– Kilka lat temu trafił do grupy operacyjnej, która ścigała seryjnego mordercę.

– O czy pan mówi, u diabła? – uniósł się Braun. – Co ma do tego seryjny morderca? Przecież teraz mamy uprowadzenie! Zupełnie inną sprawę! I przypomnę panu, panie generale, że najprawdopodobniej tylko godziny dzielą nas od tego, żebyśmy mieli z tego skandal!

– Właśnie. Wykorzystajmy to.

– Jak?

– Dla siebie. Ten policjant był szeregowcem, kompletnym żółtodziobem, ale świeżym, bez powiązań z czasami brązowych butów. Dyskretnie wykreowaliśmy tego człowieka na specjalistę, fachowca nowych czasów. Sprzedaliśmy to mediom i wtedy chwyciło. Dziennikarze skupili się na nim, przestali pisać o naszej nieudolności.

– Proszę mówić dalej – zainteresował się minister.

– Potem pojawiły się głosy, że zrywamy z czasami bezpieki.

Antonowicz się uśmiechnął, dając do zrozumienia, że policja nie zerwała z tamtymi czasami. Nie umknęło to uwadze ministra. Policjant spojrzał w kierunku posła i kiwnął głową. Mieli remis.

– Specjalista, fachowiec, do tego skromny i bez powiązań – dodał. – Przyjął się w nowych czasach. I pracuje na Grenadierów. A to tam przecież...

Minister otworzył teczkę z prostokątną pieczątką z czerwonego tuszu: ściśle tajne. Na kilka minut zapadła cisza. Urodzony w 1962 roku w Opolu. Sto siedemdziesiąt osiem centymetrów, dwaj bracia. Starszy na emigracji, również jest policjantem. Kolejne opinie służbowe z wyróżnieniem. Wykształcenie wyższe. Studia na WAM w Łodzi na kierunku psychologia kliniczna. Nieukończona psychiatria dorosłych oraz prawo karne. Profiler. Doskonałe wyniki z egzaminów strzeleckich. Dwukrotnie umorzone postępowanie dyscyplinarne w kierunku wydalenia ze służby z powodu przekroczenia uprawnień.

– Kto to jest profiler?

– Określa cechy sprawcy na podstawie dowodów i informacji o przestępstwie.

– Brzmi dobrze – rzekł minister, wstał, podszedł do okna i kiwnął w zamyśleniu głową. – Medialnie.

– Tylko że możemy mieć problem, żeby go przekonać. Jest kłopotliwy.

– Kłopotliwy? Czy mnie uszy zawodzą? Przecież to funkcjonariusz! Ma wykonywać rozkazy.

– Tak, ale to nie takie proste. Wiem, że to dziwnie brzmi – przyznał generał – ale taka jest prawda.

– Chce mi pan powiedzieć, że jakiś podrzędny glina – minister znów usiadł przy stole – może nie zgodzić się wziąć takiej sprawy? Co to ma być? A co to jest: policja czy agencja ochrony? – zakończył, zamykając teatralnym ruchem teczkę Stompora.

– To nie jest podrzędny glina.

– Nie rozumiem.

– Dawno byśmy go już usunęli, ale...

– To jak nie groźbą, to marchewką. Proszę coś temu Stomporowi obiecać.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– O to, że on – generał stuknął palcem w teczkę – potrafi o siebie zadbać. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto za nim stoi. Do tej pory zachodzę w głowę, jak z tamtej sprawy wywinął się bez szwanku. Przecież powinien dawno nie żyć. A wciąż żyje. I nie da się go kupić.

– Każdego się da kupić – mruknął poseł.

– Tak, musi być sposób, aby go przekonać – powiedział minister. – Na każdego można coś znaleźć.

– Oczywiście. Zajmę się tym. – Generał kiwnął głową. – Proponuję się przygotować, zanim sprawa wypłynie. Wtedy przypomnimy wydarzenie ze Śląska. Powołamy specjalny zespół. Zrobimy ze Stompora gwiazdę, przewałkujemy temat, odwrócimy uwagę. Zyskamy na czasie. Powiemy, że uprowadzenie Wagniewskiej to najwyższy priorytet i włączamy w sprawę najbardziej doświadczonych, wyróżniających się gliniarzy, którzy mają na koncie rozwiązanie beznadziejnych spraw, jak tamta.

– Według mnie – powiedział Braun – media to złapią. Zajmą się czymś innym i nie będą się skupiać na porwaniu. Potem się wszystko wyciszy. Kogo będzie obchodzić jakieś porwanie? Są ważniejsze sprawy. Mamy powódź w zanadrzu. Clinton będzie u nas, więc są jeszcze wizy. I obecność wojsk USA, ustawa o świadku koronnym, zniesienie kary śmierci, obojętne. Istotne, żeby zapomnieli. Oczywiście, panowie, znamy się nie od dziś – dodał ciszej. – Ta rozmowa nigdy się nie odbyła.

Kiwają głowami. Minister ma szansę przeciągnąć sprawę, generał – utrzymać stanowisko, a poseł w tym wszystkim ma interes. Na dodatek w przebiegły sposób weźmie odwet za coś, co zdarzyło się przed laty. Kraus dawno temu naraził się temu niebezpiecznemu człowiekowi i teraz za to zapłaci.

9

Policjant zerknął na zdjęcie w ramce i wsunął się pod kołdrę. Uwielbiał spać, kiedy padało. Sen przyszedł natychmiast. Kiedy usłyszał brzęczenie dzwonka u drzwi, był pewny, że zasnął przed chwilą. Zegarek jednak wskazywał za kwadrans jedenastą. Półprzytomny Emil zwlókł się z łóżka. Za drzwiami stał brzuchaty dzielnicowy.

– Co jest?

– Mógłbyś być milszy – zauważył z wyrzutem dzielnicowy. – Nie można normalnie, cześć, dzień dobry?

– Jak będę pracował w dzień i zajmował się wkurwianiem innych, jak ty, to mogę mówić „dzień dobry” każdemu. Na chuj mnie budzisz?

– Stary cię wzywa.

– Nockę miałem.

– Kraus kazał. Nic nie poradzę.

– Powiedz, że przyjdę, jak się wyśpię.

– Musisz się stawić. Kazał cię za wszelką cenę obudzić.

– Za wszelką cenę?

– Myślisz, że wchodziłem po schodach dla treningu? – powiedział dzielnicowy. – Za stary jestem na głupoty.

Emil przeczesał palcami włosy, przetarł dłońmi zaspaną twarz i zaprosił Kalińskiego do środka. W kuchni postawił czajnik na gaz i włączył radio. Z głośników popłynęły ciężkie gitary w Du hast od Rammsteina.

– Niech spierdala! Wolne mam.

– Miałeś. Trzeba było się uczyć, a nie do psiarni iść.

– No... – Emil ziewnął. – Nie da się ukryć.

– Wiesz przecież, jak to u nas wygląda.

– A czego chce?

– Skąd mogę wiedzieć? Kazali mi cię obudzić i przywieźć. Tyle.

– Ty mnie w chuja nie rób. Przestań pierdolić, przecież widzę, że coś wiesz.

– Wiesz, jak to jest z plotkami, nie wiadomo...

– Mów.

– Ale to nie jest pewne.

– Coś się dzieje?

– O tak, dzieje się, dzieje.

– No, a coś więcej? – Emil potarł dłonią policzek i brodę, stwierdzając, że czas się ogolić. – Czy to też jakaś pieprzona tajemnica?

– Radia nie słuchasz? Telewizji nie oglądasz?

– Spać planowałem. Wyjebany jestem jak koń po westernie, więc oszczędź mi rebusów.

– Nowy Jork mamy w Warszawce – odparł dzielnicowy. – Dziki Zachód na Pradze.

– Do czego pijesz?

– Do strzelaniny pod Las Vegas.

– Obiło mi się o uszy.

– Mnie nawet z dyżuru domowego ściągnęli – poskarżył się wąsacz. – Skalski na oględziny pojechał, a Hubicz się zesrał. Blokady zrobił, cyrk na kółkach, pościgi jakieś, kurwa, debil, trzy dni po wszystkim. Wszystko, żeby w papierach grało, bo to od razu było wiadomo, że można szukać wiatru w polu.

– Akurat obrabialiśmy włamywacza. No, ale to stara sprawa, nie? Będzie ze trzy tygodnie.

– Prawie miesiąc.

– No to o co chodzi?

– Podobno stary ma przez to być spuszczony w klozecie. – Kalina ściszył głos.

– Skąd wiesz?

– Dyżurny dostał telefon ze stołecznej. I zaraz do Krausa przyjechali jacyś ważniacy w garniturach, pogadali z nim, a potem stary do kibla wyszedł i rzygał.

– Nie wierzę.

– No mówię przecież. Jak kot po trawie.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Sprzątaczki mówiły.

– A co ja mam z tym wspólnego? – zapytał Emil, ruszając do łazienki. – Przecież mnie tam nawet nie było!

– Nie wiem! Stary ci sam nowinki zreferuje. Wiem, że Skalskiego z Hubiczem zawiesili. I że jak tu jechałem, dyżurny mnie wywoływał i poinformował, że Kraus już czeka. Tak że lepiej się pośpiesz. A! Masz się nie przebierać.

– To co? W piżamie mam się zameldować? – zawołał Emil z łazienki.

– Nie wiem. Zbieraj się i nie pierdol. Masz przyjść w cywilkach. Tyle. Przyjąłeś czy chcesz rozkaz na piśmie? – zdenerwował się dzielnicowy.

Emil wypłukał usta z pasty i zerknął w lustro. Kolejny raz z niezadowoleniem stwierdził, że zarost zdaniem komendanta będzie kwalifikował się do usunięcia.

– Golić się też nie musisz.

– Widać staremu bardzo zależy – mruknął Emil, zakładając koszulę. – Skurwiel – dodał, myśląc o postępowaniu dyscyplinarnym, jakim Kraus groził.

Wsiadając do radiowozu, policjant stwierdził, że z wiszących nisko nad dachami ponurych chmur niebawem coś znów spadnie. Nie pomylił się, bo pierwsze krople deszczu rozbiły się o szyby, gdy tylko ruszyli w stronę komendy na Grenadierów.

10

Detektyw wyszedł zza biurka i podał rękę Wagniewskiemu. Na twarzy milionera rysowały się zmęczenie i rezygnacja.

– Miałem nadzieję, że zamiast tego – wskazał banknoty w czarnej sportowej torbie – zobaczę córkę.

– Zobaczy pan.

– Kiedy?

Detektyw nie odpowiedział. Zamknął torbę i usiadł.

– Nie rozumiem, dlaczego nie podjęli okupu.

– Nie wiem – odparł detektyw. – Widocznie coś poszło nie tak.

– Ale co?

– Panie Włodzimierzu, muszę o coś zapytać.

Wagniewski badawczo spojrzał na detektywa. Szczerzucki pomyślał, że jego klient może obawiać się tego pytania.

– Od początku założyliśmy, że to porwanie dla okupu.

– A pan myśli, że jest inaczej?

– Tak.

– Moja córka miałaby upozorować własne uprowadzenie po to, żeby zdobyć pieniądze? Nonsens! Już to słyszałem – powiedział zmęczonym głosem. – Policjanci to również sugerowali.

– Mogą mieć rację.

– Bzdura! Wystarczyłoby, aby przyszła. Dałbym jej tyle, ile by potrzebowała.

– A jednak pan Kowal wspomniał, że wasze stosunki się ochłodziły.

– Jej mąż to dureń.

– Możliwe – odparł detektyw – ale sporo wie.

Wagniewski rozparł się w fotelu. Przez chwilę patrzył badawczo na detektywa. Szczerzucki wytrzymał spojrzenie, mając jednocześnie świadomość, że jedno zdanie za dużo może kosztować utratę dochodowego klienta.

– Na przykład co?

– Uważa, że w interesach pan nie ma skrupułów – wyjaśnił detektyw.

– Bo nie mam.

– Sprawdziłem, w jaki sposób przejął pan trzy ostatnie zakłady.

– Płacę panu za to, aby moja córka się odnalazła, a nie za to...

– Panie Wagniewski – przerwał detektyw – proszę mnie nie zrozumieć źle, ale świat wielkiego biznesu i polityki bywa niebezpieczny.

– Jaki to ma związek z porwaniem mojej córki?

– Pierwszy zakład zniszczył pan cenami dumpingowymi.

– Jestem gigantem, rozdaję karty, mogę sobie na to pozwolić – rzucił Wagniewski – bo takie jest prawo silniejszego. Nawiasem mówiąc, to nie odbyło się przez dumping. Skupowałem trzodę za taką cenę, jaką uważałem za stosowną. Dumping miałby miejsce, gdybym sprzedawał wyroby za cenę poniżej kosztów produkcji, a to od dziewięćdziesiątego trzeciego roku jest zabronione.

– Drugi zakład spłonął.

– Pan coś sugeruje?

– Tylko to, jak to wygląda z zewnątrz.

– Pożar wybuchł od pioruna.

– Nie każdy w to wierzy.

– Od wiary są księża i kościoły, ja jestem od mięsa i pieniędzy. Zakład spłonął i zbankrutował. Nadarzyła się okazja, więc kupiłem, zainwestowałem i odbudowałem. Dałem ludziom pracę.

– Mówią, że kupił pan za bezcen.

– Za pewną wartość sprzed pożaru – powiedział chłodno milioner. – Na tym polega biznes. Trzeba kupować taniej, a sprzedawać drożej. To nie fundacja charytatywna.

– A co z tym trzecim, największym zakładem? Pan wie, o czym mówię?

– Wiem, że powinniśmy rozmawiać o mojej córce. Przypominam panu, że za to pan otrzymuje wynagrodzenie. A jak dotąd moja córka się nie odnalazła.

– Rozumiem pana stanowisko, ale to może mieć związek...

– Powtarzam – dodał głośniej Wagniewski – że nie ma związku. Związek z tym porwaniem może mieć tylko fakt, że mam pieniądze, niestety.

– Rozumiem. Mam pewną propozycję.

– Słucham.

– Rozmawialiśmy z Karolem. Pański syn podsunął mi pewien pomysł. Policja nic dotąd nie zrobiła. Uważam, że sytuacja trwa na tyle długo, że należy podjąć radykalne kroki. Trzeba zainteresować sprawą odpowiednich ludzi.

– Uruchomiłem moje kontakty na Wiejskiej.

– Miałem na myśli kogoś innego. – Szczerzucki kiwnął głową, a potem szczegółowo wyłuszczył powody, dla których sprawą uprowadzenia należy zainteresować media.

Ojciec porwanej słuchał uważnie.

11

Za pierwszym razem popełnili błędy. Teraz nie mogli ich powtórzyć. Stawka była zbyt duża. Dlatego przygotowywali się prawie pół roku, od stycznia, jak tylko przyszło zlecenie. Obserwowali ją, śledzili, by poznać zwyczaje i miejsca, gdzie bywa. Rudy znalazł miejsce. Dom wynajął na dwa lata, zapłacił gotówką, bez umowy, bez pytań, z bardzo dobrą ceną dla wynajmującego. Pieniądze mieli z pierwszego razu. Zabudowanie świetnie się nadawało. Stare, dawno nieczynne i niszczejące gospodarstwo rolne w jednym z tych sennych przysiółków na skraju Puszczy Kampinoskiej z typowym w tamtej okolicy podpiwniczonym domem, nie mogło wzbudzić niczyjego podejrzenia. Rudy i Pedro zajęli się przygotowaniem piwnicy. Potrzebowali kamer. Musieli się zabezpieczyć. Żaba zapuścił brodę i włosy. Nawet jeśli zapamiętałaby jego twarz, to zapamięta brodacza. Gdyby któryś z elementów planu zawiódł, Żaba będzie w jakimś stopniu zabezpieczony. Potem się ogoli, obetnie włosy i będzie wyglądał inaczej. Dobrze, że wszystko odbyło się bez przeszkód. Dobre rozpoznanie, przygotowanie i doświadczenie zaprocentowały. Mieli kobietę wartą fortunę – związaną i przykutą do ściany łańcuchem w zakratowanej i zamkniętej na kłódkę piwnicy. Mogli obserwować ją przez całą dobę na monitorze.

12

Stompor westchnął, patrząc na tabliczkę z napisem „Komendant KRP Warszawa VII nadkomisarz Bogusław Kraus”. Komendant machnął niedbale ręką i spojrzał znad okularów.

– Ile u mnie pracujesz?

– Od dziewięćdziesiątego drugiego.

– To już pięć lat.

– Cztery i pół.

– Uhm – mruknął Kraus. – A ile masz służby?

– Wstąpiłem w dziewięćdziesiątym.

– Czyli siedem. A nadal się meldujesz. Wiesz, że nie musisz?

– Wiem, ale...

– Nieważne. Wyspałeś się?

– Wolałbym pospać do południa.

– I tak powinienem obudzić cię wcześniej. Mam sprawę. A przy okazji, wiesz, że nie musimy się spierać? – dodał przymilnie.

– A co się nagle zmieniło?

– Zapomnijmy o tamtym. – Komendant potarł brodę, uśmiechnął się, wstał, podszedł do okna. Odwrócony plecami patrzył na zbieg ulic Grenadierów, Augusta i Lubomira. Wiedział, że w pytaniu Emila tkwiło echo sporów na temat tego, jak policjant ogniwa wywiadowczego powinien być ogolony. – Możesz to puścić w niepamięć?

– To się okaże.

– Spróbuj. To nie będzie już miało znaczenia.

– A dowiem się, z jakiego powodu? Czy mam iść do lekarza?

Komendant pamiętał, że kiedy dał Stomporowi do zrozumienia, że ma się stawiać do służby ogolony, ten dostarczył zaświadczenie od dermatologa stwierdzające, że nie powinien się golić z powodów zdrowotnych.

– Nie musisz.

– Czyżbym został zwolniony?

– Tylko w pewnym sensie.

– Co to znaczy?

– Już nie musisz się golić.

– Zawiesza mnie pan?

– Chyba nie podejrzewasz mnie o złe intencje?

– Więc jednak coś się stało?

– I tak, i nie – powiedział dowódca. – Nie to jest ważne. Liczy się nasza współpraca.

– Współpraca? Wybiera się pan na emeryturę i chce zostawić dobre wrażenie?

– Postaram się trochę jeszcze napsuć ci krwi – odpowiedział Kraus, odwracając się do policjanta. – Wezwałem cię w innej sprawie.

– I dlatego ściągnął mnie pan tu po nocnej służbie w dniu wolnym?

– Jest ważny interes służby.

– Nadal nie wiem jaki.

– Nadszedł czas, żeby zwolnić cię z zajmowanego stanowiska – rzekł oficjalnie komendant.

– Czy to oznacza, że koniec z tymi szopkami tutaj?

– Szopkami? Nie rozumiem, ale nie ciągnijmy tematu. To nic nam nie da. Skupmy się, bo robota jest do zrobienia.

– A, o to chodzi.

– Mam propozycję. Jeśli się zgodzisz, od jutra... a właściwie od dzisiaj będziesz kryminalnym. Wystarczy, jak odpowiesz, że przyjąłeś do wiadomości.

– To z powodu sprawy Las Vegas?

– Miałeś powiedzieć: przyjąłem – westchnął Kraus. – Las Vegas nie ma związku. Uznałem, że nadajesz się do poważniejszych spraw. To powinno ci wystarczyć.

– Panie komendancie, mam dwudziestą grupę zaszeregowania. Pan ma piątą. Mnie ojczyzna docenia najniższym dodatkiem służbowym, jaki może mieć gliniarz. Czy ta propozycja oznacza coś innego?

– Nie ma na razie etatów. Masz słowo, że stanę na głowie, żebyś awansował. Szesnasta grupa.

– Detektyw? Kiedy?

– I dodatek raz wyższy, niż masz teraz – kusił Kraus. – Tyle mogę obiecać.

– A co może pan zagwarantować?

– Wydział kryminalny.

– To obietnice, a co z konkretami?

– Nie, Stompor – odparł Kraus. – To konkret. Spodoba ci się ta praca.

– To, co robię teraz, też mi się podoba. I coś mi śmierdzi. Powiedział pan, że pan nie ma etatów, a teraz rozmawiamy o wydziale kryminalnym. O co chodzi?

– W kryminalnym się rozwiniesz, policja będzie miała z ciebie większy pożytek – rzekł Kraus, znów patrząc za okno – a także ojczyzna, społeczeństwo dzielnicy i miasta. Robisz dobrą robotę, a ja doceniam ludzi. Zresztą z tego, co pamiętam, od dawna chciałeś się przenieść, prawda?

– Do techniki operacyjnej, a nie do kryminalnego. Napisałem dziewięć raportów. Wszystkie zaopiniował pan negatywnie.

– No tak, faktycznie. – Komendant podrapał się za uchem. – To prawda.

– W trzy lata. Średnio wychodzi jeden co cztery miesiące.

– Jest potrzeba w wydziale kryminalnym. Mam nadzieję, że łapanie prawdziwych bandytów pójdzie ci tak samo dobrze jak matematyka.

– Nie interesuje mnie wydział kryminalny.

– To nie koncert życzeń – powiedział chłodno szef, zerkając na Emila. – Otworzyły się możliwości i nie zapomniałem o tobie. O twoim partnerze również. Tworzycie zgrany duet. Słyszałem, że jesteście jak stare, dobre małżeństwo.

– Tak, policja nas rucha na każdym kroku, ale my...

– Daj już spokój!

– Jak pan komendant sobie życzy.

– Taka uprzejma odpowiedź w twoich ustach nie brzmi wiarygodnie – stwierdził podejrzliwie Kraus.

– Wiem o tym.

– Zostawmy to. W ostatnim roku zatrzymaliście z Kosarewiczem najwięcej sprawców wśród wszystkich policjantów służby prewencyjnej w Warszawie. Coś chcesz dodać?

– Tak, ale pagon mi nie pozwala.

– Mów.

– Jaki jest prawdziwy powód naszej rozmowy? Bo, z całym szacunkiem, to, co słyszę, to pieprzenie.

– Nie musisz mi wierzyć.

– Nie wierzę.

– To twój punkt widzenia – chrząknął komendant. – Przyznam, że jest w nim ziarno prawdy.

– A jaka jest cała prawda?