Czas egzorcystów - Konrad T Lewandowski - ebook
Opis

Komisarz Krzysztof Louvain jest człowiekiem pękniętym wewnętrznie – były oficer SB, tropiciel solidarnościowej opozycji, przeżył nagłe i niespodziewane nawrócenie, z którym pomimo upływu lat nie może sobie poradzić. Ukrywa przemianę duchową pod jawnym cynizmem, a ostentacyjne praktyki religijne i znajomości w kręgach kościelnych pomagają mu skutecznie unikać policyjnej emerytury. Nikt nie wie, w co naprawdę wierzy, nawet on sam stara się nad tym nie zastanawiać.

I oto nagle zaczynają ginąć pomocnicy znanego warszawskiego egzorcysty, a władze kościelne chcą za wszelką cenę uniknąć skandalu. Komisarz Louvain znajduje się w sytuacji, która wytrąca go

z duchowej i profesjonalnej rutyny, prowadząc do dramatycznego kryzysu sumienia.

O AUTORZE

Konrad T. Lewandowski  - ur. 1966, pisarz i filozof, autor ponad 30 książek. Mieszka w Warszawie, na Woli, gdzie zwykł umieszczać akcję swoich powieści i opowiadań, m.in. Anioły muszą odejść. Jest autorem brawurowych opowiadań SF z podgatunku fantastyki socjologicznej (Pacykarz, Noteka 2015). Duże uznanie czytelników zyskał jego cykl kryminałów retro o nadkomisarzu Jerzym Drwęckim, działającym w latach 20. ubiegłego wieku, rozpoczęty przez Magnetyzera (2007). Tym razem w Czasie egzorcystów Lewandowski mierzy się z konwencją kryminału współczesnego, łącząc dawne doświadczenia literackie ze świeżą pasją wnikliwego badacza mody na egzorcyzmy, która opanowała Polskę w ostatnich latach. Mimochodem roztacza przed nami porażającą wizję społeczną, która może się ziścić w każdej chwili...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Psychjatrja zna potężny wpływ poddania (tzw. suggestji) na umysł ludzki, który jest tak dalece silny, że np. umysłowo chory może niemal zarazić swoją chorobą umysłową ludzi zdrowych ze swojego otoczenia. (...) Twórcy nowo powstających sekt i ich prozelici są zawsze psychopatami, najczęściej z wyraźnymi znamionami histerji.

Leon Wachholz, Jan Olbrycht, Medycyna kryminalna, Warszawa 1924

PROLOGDÉJÀ VU

Gdzie można uciec, kiedy skryte lęki materializują się nagle w falę żrącej prawdy nie do zniesienia i uderzają w umysł całą siłą realności, choć jeszcze mgnienie oka temu były ledwie ułudą, złym przeczuciem? Czyż może być inna droga ucieczki z tak gwałcącego zmysły koszmaru niż śmierć?

Zapewne dlatego niektórzy boją się mgły. Nigdy nie wiadomo, czy wyłaniające się z niej kształty będą iluzją bez znaczenia, o której zapomnimy już po paru sekundach, czy nieodwracalnie zmienią nasze życie lub wręcz je zerwą. Kiedy zaciera się granica między jawą a podświadomością, nastaje najgłębszy z możliwych stanów atawistycznej niepewności. Ten, przed którym od tysięcy lat miały nas chronić: magia, religia, filozofia, nauka. Lecz czasem te osłony duszy topnieją i rozpływają się we mgle, z której wychodzą demony…

Właśnie w takiej jak ta, która listopadowym zmierzchem zasnuła zachodnią Warszawę, spełzając ze stoków wąwozu z torami kolejowymi, biegnącymi na pograniczu Woli i Bemowa, sprawiając, że leżące na dnie szyny znikły zupełnie pod drgającym, szaromlecznym kożuchem.

Tutaj, na odcinku Koło–Odolany, linia kolejowa mija po lewej puste place zakładów przemysłowych o płotach z betonowych płyt, pokrytych wyblakłymi graffiti, z prawej zaś mroczne ogródki działkowe z cieniami bezdomnych i szerokim łukiem sunie wzdłuż szpaleru bezlistnych topoli, posadzonych na krawędziach ziemnej rynny, pociętej w poprzek prostokątnymi klamrami słupów sieci trakcyjnej, tkwiącymi tu niczym bezsilne chirurgiczne klamry w ranie, której nie udało się zszyć. W efekcie, choć to jeszcze środek Warszawy, w świetlistej tkance miasta pojawia się ciemna dolina, którą mgła na dodatek pozbawia dna, a sunące tędy pociągi, spiętrzając lepki opar przed czołem lokomotywy, wydają się zapadać pod ziemię, ryć w niej coraz głębszą bruzdę, pogrążać się z każdym stukotem kół.

Pociąg osobowy Kolei Mazowieckich znalazł się tu przypadkiem. Wskutek awarii na linii obwodowej, łączącej Dworzec Gdański z Zachodnim, skierowano go tędy, objazdem na Włochy. Szereg zielono-żółtych, rzęsiście i żywo oświetlonych wagonów, pełnych ludzi z nosami utkwionymi w kolorowych ekranach smartfonów i tabletów, sunął więc przez krajobraz z całkiem innego świata, samą swą obecnością drażniąc nienazwane.

Szybkość nie była wielka, nie przekraczała czterdziestu kilometrów na godzinę, zgodnie z ograniczeniami dotyczącymi ruchu kolejowego wewnątrz miasta. Tak miało być bezpieczniej, ale to dodatkowo pogarszało sprawę.

Starszy maszynista, Henryk Kowalik, stokroć bardziej wolałby przyśpieszyć do maksymalnej prędkości, czym prędzej przemknąć przez ten ponury odcinek, mieć to już za sobą i wydostać się wreszcie na wysokie nasypy za Dworcem Zachodnim, gdzie pociągi zdawały się przemykać nad ziemią, ledwie jej dotykając. Tymczasem tutaj zmierzali wprost w głębię Hadesu.

Światła lokomotywy nie radziły sobie z wciąż gęstniejącą mgłą. Widoczność malała z każdą chwilą. W zamian w głowie maszynisty Kowalika budziły się uporczywie wypierane wspomnienia… On całkiem niedawno jechał podobnym wąwozem, przeciętym w poprzek wiaduktem, na którym ktoś stał. Ludzka sylwetka z oddali przykuwała wzrok i niepokoiła bardziej z każdym metrem malejącej odległości, aż wreszcie stało się jasne, że ten człowiek stoi po zewnętrznej stronie barierki, trzymając się jej wyciągniętymi do tyłu rękami. Od stwierdzenia tego faktu zostały trzy, cztery sekundy, podczas których zupełnie nic nie można było z tą wiedzą zrobić. Pociąg prowadzony przez Kowalika jechał wtedy ponad sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Pozostawało tylko stać i patrzeć otwierającymi się coraz szerzej oczami.

Samobójca skoczył. Może trochę za wcześnie. Nie było wysoko, więc spadłszy na tory, najwyżej coś sobie zwichnął, albo i nie. Odruchowo zaczął wstawać, otrzepał nawet spodnie na kolanie. Kowalik na niego zatrąbił, ale tamten, zamiast rzucić się w bok, tylko schował głowę w ramiona. I poszło to szybko. Zatrzymali się dopiero pół kilometra dalej. W ciągu tej minuty Henryk Kowalik posunął się w latach o dobre ćwierć wieku. Na końcu drogi hamowania dotąd energiczny czterdziestolatek był już wypalonym człowiekiem w wieku przedemerytalnym. Tak bywa. Podobno każdy maszynista musi zaliczyć samobójcę przynajmniej raz w karierze i potem żyć z tym, wypatrując kolejnej ludzkiej sylwetki w każdym pojawiającym się w zasięgu wzroku krzaku lub w każdym tumanie mgły.

Tutaj też zaraz miał być wiadukt nad ulicą Wolską, a właściwie trzy równoległe wiadukty w niewielkich odstępach od siebie – pierwszy z samymi torami tramwajowymi, drugi, najszerszy, z chodnikami i jezdniami w obu kierunkach, oraz trzeci z opatulonymi grubo rurami z gorącą wodą z elektrociepłowni „Wola". Na każdym z nich mógł ktoś stać…

Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Coraz wolniej. Wspomnienia i teraźniejszość, przeszłość i przyszłość zbiegały się w jeden punkt na coraz leniwszych stop-klatkach. Zdawało się, że pociąg zwalnia, ale to tylko zatrzymywał się świat.

Na posiwiałe skronie maszynisty Kowalika wystąpił pot. Nie śmiał spojrzeć przed siebie, tam, gdzie za chwilę z mgły miał wyłonić się górujący nad torami wiadukt. Ten najpierw objawił się pod postacią dwóch plam, rozdzielonych równą poziomą linią – czerni tunelu w dole oraz powyżej jasnej magmy, nasyconej rozproszonym światłem ulicznych latarni.

Kowalik wolał patrzeć na boki. Liczył skrycie, że może ze stoków wąwozu stoczy się wprost pod koła jakiś pijany menel. Tak byłoby lepiej, bo inaczej. Odmienny bieg wypadków, niepokrywający się dokładnie z gorączkową imaginacją, byłby łatwiejszy do zniesienia. A przede wszystkim mógłby z tego powodu zatrzymać się wcześniej i nie dojeżdżać TAM.

Pojawiły się zarysy wiaduktu. Udręczony maszynista wytężył wzrok, starając się wypatrzeć jakiś ruch w ciemnym kącie u zbiegu stoku wąwozu i spodu jezdni, gdzie zwykle nocowali żule. W żadnym natomiast razie, absolutnie za nic w świecie, Kowalik nie chciał spojrzeć wprost przed siebie i w górę, żadna siła nie mogła go do tego zmusić. Był już bowiem absolutnie, przeraźliwie, dojmująco pewien, że zobaczy tam gotującego się do skoku na tory kolejnego samobójcę.

W końcu jednak zewnętrzna krawędź pierwszego wiaduktu nieuchronnie znalazła się w jego polu widzenia.

Nie było tam nikogo.

Kowalik nie uwierzył własnym oczom. I słusznie.

Kilkadziesiąt metrów dalej był drugi, znacznie szerszy wiadukt z chodnikiem dla pieszych i jezdniami. Ten z torami tramwajowymi osłonił go przed wzrokiem nadjeżdżającego maszynisty tak dokładnie i z bliska, że niewielka prędkość pociągu okazała się bez znaczenia. Krawędź drugiego wiaduktu stała się dla Kowalika widoczna dopiero po wyjeździe spod pierwszego, zaledwie trzy, cztery sekundy wcześniej, zanim czoło lokomotywy znalazło się pod nią.

Było zatem dokładnie tak samo jak wtedy… Powtórka żywych obrazów. Doskonałe zmaterializowane déjà vu.

Na drugim wiadukcie, też poza barierką, na tle podwyższonej osłony, która teoretycznie miała przed takim wypadkiem zabezpieczać, dokładnie nad torem, którym prowadził swój pociąg maszynista Kowalik, stał człowiek z rozkrzyżowanymi szeroko ramionami. Nie poruszał się, więc jeszcze przez sekundę jawił się przywidzeniem, potem pochylił się i zaczął spadać z szeroko rozłożonymi ramionami tuż przed pociągiem, nadjeżdżającym wprawdzie powoli, ale będącym już zbyt blisko, aby maszynista mógł cokolwiek zrobić.

Szarpiące umysł Kowalika wspomnienie-wyobrażenie stało się ciałem. Martwym ciałem.

Spadający twarzą w dół człowiek zaczepił o przewód trakcji elektrycznej. Na ułamek sekundy błysnął mały, żółtawy łuk wyładowania, sprawiając, że rozmazana w ruchu sylwetka skurczyła się w precel.

Nieszczęśnik powinien być martwy w chwili, kiedy spadł na tory, ale – o dziwo – nawet nie stracił przytomności, ewentualnie ocucił go wstrząs lub ból zbitych na podkładach piszczeli. Jakimś cudem zaczął się podnosić. Zdołał nawet wpół klęknąć na jedno kolano, podpierając się jednym z wciąż szeroko rozłożonych ramion, niczym Chrystus na drodze krzyżowej powstający po upadku. I podobnie jak Zbawiciel najwyraźniej nie myślał o ratunku.

Ofiara zadarła i obróciła głowę, aby jeszcze w ostatniej chwili spojrzeć na kogoś, kto stał na wiadukcie. Porażony grozą Kowalik odruchowo podążył wzrokiem za tym spojrzeniem. Być może dlatego wciąż nie zaczął hamować.

Zahipnotyzowały go patrzące z góry oczy.

Przy tej prędkości śmierć nie mogła być szybkim ciosem łaski, lecz stała się przeraźliwie powolnym procesem, podzielonym na kolejne, dające się dokładnie policzyć etapy, jak niespieszne obroty maszynki do mięsa.

Najpierw wyraźny tępy łomot pierwszego uderzenia, potem trzask miażdżonej pod kołem kości, coś jakby krzyk, drugi trzask, trzeci, odleglejszy, lecz wciąż wyraźny i znów miarowy stukot kół.

Pociąg wjechał w ciemność pod tunelem.

Kowalik nadal nie hamował. Też był już martwy, tylko że jeszcze oddychał.

– Przejechaliśmy kogoś?! – zapytał wesoło drugi maszynista Biernacki, nadchodząc z tyłu lokomotywy. – Czy to gówniarze na torach deskę położyli…?

Uśmiech zamarł mu na ustach, kiedy zobaczył martwy wzrok Kowalika. Zrozumiał wszystko w jednej chwili.

– Hamuj! – zawołał, a ponieważ partner nie posłuchał, zajął się tym sam.

Pociąg zwolnił z piskiem i zatrzymał się zaraz po drugiej stronie wiaduktu. Z lokomotywy wyskoczył Biernacki i zawrócił biegiem na miejsce wypadku. Po chwili wysiadł także Kowalik, ale on zamiast na tył składu ruszył w przeciwną stronę, wzdłuż torów. Szedł machinalnie, potykając się o stosy leżącego na poboczu chrustu, a potem zaczął się wspinać na stok wąwozu. Zaaferowany Biernacki zupełnie nie zwrócił na to uwagi ani się nie obejrzał.

Kowalik dotarł do dzikiej śliwy – rozwichrzonej, garbatej kępy, ni to krzaka, ni drzewa, rosnącego u szczytu zbocza, dokładnie w miejscu przełamania krawędzi. Być może wskutek tej deformacji podłoża zatarł się tu naturalny podział na korzenie i koronę. Oprócz rozwidlonych pni, poskręcanych chaotycznie konarów z mnóstwem pędów, sterczących jak igły jeżozwierza, w całym tym gąszczu wiły się jeszcze przedziwne odrosty korzeniowe – grube na dwa palce, elastyczne jak liany, przypominające wpółzdrewniałe węże.

Jeden z nich oplatał pochylony ku torom suchy kikut złamanej gałęzi, tworząc na nim naturalną pętlę, która wyrokiem losu znalazła się dokładnie na wysokości szyi podchodzącego z dołu Kowalika, kiedy ten stanął pod drzewem.

Maszynista chciał posłużyć się paskiem od spodni, ale widząc, że wszystko tutaj czeka na niego już od dawna gotowe, poprzestał jedynie na dodatkowym skręceniu pędu i owinięciu go jeszcze raz wkoło konaru.

Mokry i śliski stok umknął mu spod buta, osypały się grudy wilgotnej ziemi. Kowalik zdołał jednak zachować równowagę. Przecisnął głowę przez pętlę i puścił pęd, który rozkręcając się, pewnie uchwycił szyję. Maszynista obrócił się plecami do drzewa i bez wahania ugiął kolana. Pociemniało mu w oczach, a wraz z gęstniejącym mrokiem nadeszła nareszcie upragniona ulga.

Wydostał się, uciekł!

Henryka Kowalika znaleziono dopiero o świcie, kiedy mgła zrzedła na tyle, że wiszące ciało przestało w oczach patrzących z daleka ludzi wyglądać jak łachman, zaplątany przypadkiem w gałęziach bezlistnego drzewa.

ROZDZIAŁ 1PRZERWANY WYWIAD

Komisarz stołecznej policji, Krzysztof Louvain, starannie wystudiowanym ruchem miarowo obracał na palcu srebrny pierścień z różańcem.

Nie za szybko, by nie wyglądało to na nerwowy tik, bezmyślną zabawę poświęconym przedmiotem, ale też i nie za wolno, aby rozmówca nie pomyślał sobie, że to niewczesny pokaz kabotyńskiej dewocji, albowiem wywiad udzielany w kawiarni na trzecim piętrze warszawskich Złotych Tarasów to zdecydowanie nie była pora ani miejsce na modlitwę. Prędkość rotacji pierścienia wokół palca była więc w sam raz taka, by zasugerować, iż niebiorąca udziału w rozmowie część umysłu pana komisarza trwa w nieustającym kontakcie z wyższą rzeczywistością, a odpowiedzi na pytania przychodzą, jeśli nie wprost z nieba, to co najmniej spływa stamtąd łaska uświęcająca każdą wypowiedź.

Louvain, zażywny pięćdziesięciolatek o twarzy zawodowego śledczego, czyli niewyrażającej nigdy niekontrolowanych emocji, dobrze pamiętał czasy panowania jedynie słusznej doktryny. Na tyle dobrze, że bez pudła rozpoznał ducha czasu, kiedy ten wrócił po niespełna dwudziestu latach z makijażem zmienionym z czerwonego na purpurowo-czarny, i nie stawiał mu się jak kto głupi. Ta wiedza pozytywnie odróżniała starego wygę Louvaina od kolegów młodszych o jedną generację – trzydziestolatków bez umiaru, na każdym kroku wyklinających pazernych i bezczelnych klechów. Pampersom dorastającym za demokracji durna wiara w wolność słowa zmąciła trzeźwy osąd sytuacji i zaprawdę nie poznali oni nowego pana, kiedy ów nadszedł. Krzysztof Louvain pamiętał oraz zachował dość rozsądku, aby nie narażać się bez sensu ludziom, którzy naprawdę dużo mogli i chętnie z tych możliwości korzystali. No bo po co, doprawdy, skoro dla świętego spokoju wystarczało regularnie wygłaszać hasła, które tamci chcieli słyszeć, i zaliczać trochę niezbyt kosztownych niedzielno-świątecznych serwitutów. Nowomowa też nie różniła się zbytnio, więcej trzeba było sobie przypomnieć, aniżeli się nauczyć.

Konformizm, powiecie? Oportunizm? Ależ skąd! Zdecydowana nadinterpretacja, jak mawiają kardynałowie. To jest zwykła higiena psychiczna, niezbędna w stresującej policyjnej robocie. Kto kamieniuje niebo, musi w końcu dostać kamieniem w łeb, no więc po co? Grunt robić swoje. W zamian każdy, kto chciałby pominąć Krzysztofa Louvaina w awansie, posłać go na emeryturę, albo choćby tylko odebrać mu premię, wolał się przeżegnać na samą tę myśl.

Z drugiej strony był jeszcze zakład Pascala – a nuż coś w tym jest, więc solidna podkładka nie zaszkodzi. Życiowy pragmatyzm stopniowo stał się nawykiem. Podobno nie można zbyt długo udawać choroby psychicznej, bo ona w końcu naprawdę przyjdzie. Z wiarą najwyraźniej było tak samo. Komisarz Louvain sam sobie nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czy jest wierzący. Wobec tego nie zadawał go sobie, bo z powodów profesjonalnych cholernie nie lubił pytań bez odpowiedzi. To nie był cynizm, tylko naprawdę coś głębszego. Nosił w duszy metafizyczną zadrę, której wolał nie dotykać, i tyle. Racjonalizował więc, robił swoje po swojemu.

Jego aktualny rozmówca, niejaki Marcin Bilecki, publicysta katolickiego miesięcznika „Przyjaciel Egzorcysty", kupił numer z różańcem bez zastrzeżeń. Znać to było choćby po tym, że co chwila skupiał zafascynowany wzrok na ruchu palców Louvaina, jakby upewniał się, że za słowami komisarza idą czyny, i każdorazowo uzyskiwał pożądane potwierdzenie.

Słowem, socjotechnika była skuteczna, ale w tym przypadku chyba jednak zbyt subtelna. Na kogoś takiego jak Bilecki, który, czy stał czy siedział, jednakowo sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz uklęknąć z tępo natchnionym wyrazem twarzy, a pytania zadawał równie inteligentne, jak własne oblicze, w zupełności wystarczyłoby parę zwykłych bogosmoleńskich haseł, wygłoszonych ze wzrokiem utkwionym głęboko w oczach przedstawiciela jedynie słusznych mediów.

Tytuł wywiadu ustalili już na wstępie: „Pies, który nie wstydzi się Jezusa". Redaktor Bilecki cieszył się z niego jak dziecko, taka to była swojska synteza kolokwialnego profanum i uwznioślającego sacrum. Urzędujący w redakcji asystent kościelny powinien klepnąć nagłówek bez zastrzeżeń. Może nawet pójdzie na okładkę. Bilecki powtórzył to już ze trzy razy.

– Zatem uważa pan komisarz, że zły duch objawia się osobiście na miejscu każdego ciężkiego przestępstwa? – zadał kolejne pytanie.

– Oczywiście – przytaknął Louvain i z namaszczeniem obrócił różaniec na palcu, zanim rozwinął wypowiedź. – Na miejscach przestępstw my, policjanci, wielokrotnie spotykamy ślady, których nie mógł zostawić człowiek, albo przebieg zdarzeń wskazuje wręcz na bezpośrednią nadnaturalną ingerencję. Przykłady można mnożyć, podam więc całkiem świeży ze śledztwa, które od paru dni prowadzę… – zawiesił głos na czas kolejnego obrotu różańca. – Cóż, właściwie na tym etapie śledztwa nie powinienem tego ujawniać nikomu oprócz prokuratora, ale uważam, że zachodzi tu stan wyższej konieczności, ludzi trzeba przestrzec… Jednak to, co teraz panu powiem, musimy potem roztropnie autoryzować… Rozumiemy się, prawda?

Redaktor Bilecki z przejęcia przełknął ślinę i przytaknął niemo.

– Słyszał pan może o tym wypadku kolejowym na Woli, kiedy to powiesił się maszynista, który chwilę wcześniej przejechał człowieka?

– Słyszałem, panie komisarzu. Wiem, że istnieją wątpliwości co do przebiegu tego zajścia… Podobno to nie było samobójstwo?

– Zależy czyje. Powiem to wprost, w przypadku tego przejechanego przez pociąg podejrzewamy mord rytualny. Ofiara pod kurtką, na plecach, miała wciśnięty krzyż z metalowych rurek. Poziome ramię przechodziło przez oba rękawy, co skutecznie uniemożliwiło wszelką obronę.

– Ukrzyżowano go? – Dziennikarz zbladł.

– Można tak powiedzieć, choć ran kłutych na nadgarstkach i dłoniach nie udało się stwierdzić. Unieruchomioną w ten sposób ofiarę zrzucono następnie z wiaduktu pod nadjeżdżający pociąg.

– Straszna zbrodnia… – Bilecki zrobił kciukiem znak krzyża na piersiach.

– Nie to jednak, panie redaktorze, jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite. Samobójstwo maszynisty pociągu powiązane z tym morderstwem jest znacznie dziwniejsze.

– Ktoś go powiesił?

– No właśnie to nie jest dla nas jasne. Po pierwsze, ten człowiek powiesił się bez pętli. Nie było tam żadnego sznura, linki, kabla ani chusty, zupełnie nic. Pasek był w spodniach ofiary normalnie zapięty.

– Zatem co się stało?

– Drzewo udusiło go gałęziami.

– Pan chyba żartuje!

Louvain z wyniosłą godnością nie skomentował zarzutu, ale tym razem jego milczenie trwało przez trzy pełne obroty pierścienia, żeby redaktor miał czas ochłonąć i się pomiarkować.

– Świadkowie, którzy znaleźli ciało, zeznali, że głowa maszynisty tkwiła zaplątana w gałęziach – wyjaśnił w końcu. – Można to porównać do przypadku biblijnego Absaloma, ale ten był jednak o wiele łatwiejszy do racjonalnego wytłumaczenia. Podczas jazdy rydwanem długie włosy faktycznie mogły zaplątać się o gałąź mijanego drzewa i spowodować, że syn króla Dawida na nich zawisł. Maszynistę Kowalika natomiast drzewo jakby chwyciło wprost za gardło…

– Nazwiska zmarłego nie ujawniamy. – Wstrząśnięty Bilecki zdobył się na profesjonalizm.

– Oczywiście, że nie, ale do rzeczy! Otóż powinien pan wiedzieć, redaktorze, że jeśli chodzi o powieszenie, to przeważnie jest to samobójstwo lub formalna egzekucja. Bardzo rzadko spotyka się morderstwo przez powieszenie, a praktycznie w ogóle nie ma przypadków powieszenia się w wyniku nieszczęśliwego wypadku, kiedy to głowa ofiary zbiegiem okoliczności utyka w jakiejś szparze pomiędzy deskami lub konarami drzewa, a próba uwolnienia kończy się obsunięciem i zaduszeniem. Takie zbiegi okoliczności w całej światowej historii kryminalistyki można policzyć na palcach jednej ręki.

– Jednak świętej pamięci Kowalik chyba właśnie się tak zaplątał – wyraził przypuszczenie dziennikarz.

– Na pewno nie został przez nikogo powieszony. Z kolei on sam, jak już mówiłem, nie miał na czym się powiesić, chociaż miał motyw, aby popełnić samobójstwo. To nie był pierwszy wypadek śmiertelny z jego udziałem, każdy mógłby się załamać. Trzeba jednak przyjąć, że nasz maszynista raczej nie zamierzał się zabić. Można zrozumieć, że powodowany szokiem zrobił coś irracjonalnego, chciał gdzieś uciekać, wydostać się z torowiska kolejowego na biegnącą powyżej ulicę, ale nie wiemy po co, może zamierzał tam wezwać pomoc, zatrzymywać samochody lub po prostu po tym wszystkim złapać oddech, trochę ochłonąć. Wspiął się więc na skarpę i znalazł pod tym drzewem… Do tego momentu rekonstrukcja zdarzeń ma sens, ale dalej już nic się nie trzyma kupy, bo przeszkody się obchodzi, a nie wchodzi wprost na nie! Po co Kowalik wchodził pod to piekielne drzewo, po co próbował się przedzierać przez gąszcz gałęzi, zamiast to wszystko po prostu ominąć?

– Podobno był w szoku.

– To raczej nie ulega wątpliwości. Jednak mimo wszystko taki wypadek w takich okolicznościach jest skrajnie mało prawdopodobny.

– Wyklucza pan komisarz zbieg okoliczności?

– Wykluczyć tego nie mogę, ale ustalmy proste fakty, panie redaktorze. Oto chwilę wcześniej odbył się mord rytualny o niewątpliwie satanistycznym podłożu. Przyzwano złego ducha. Obaj, jako ludzie wiary, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że on się tam wtedy pojawił. Zaraz potem nieumyślny sprawca śmierci biegnie przed siebie w szoku, po czym ginie zaplątany i uduszony w konarach drzewa. Proszę sobie przypomnieć, co mówiłem wcześniej. Przebieg tych zdarzeń wskazuje wyraźnie na demoniczną ingerencję. Oczywiście, jednoznacznych dowodów nie ma i zawsze można powiedzieć, że maszynista Kowalik trafił na rzadki los w wielkiej loterii pecha…

– Czy pan komisarz sugeruje, że szatan wcielił się w to drzewo? Ożywił je…?

– Nietrudno uwierzyć w taką wersję, jeżeli się je zobaczy z bliska. Jak pan chce, mogę pokazać panu zdjęcia. – Louvain sięgnął pod marynarkę. – Doprawdy osobliwość przyrody…

– Może później. – Dziennikarz wyraźnie się przestraszył.

– Tak, faktycznie, takie artefakty powinien najpierw zobaczyć doświadczony egzorcysta, na wszelki wypadek… – Louvain zgodził się z powagą i zrezygnował z prezentacji. – Podsumujmy zatem, panie redaktorze. Otóż naturalny bieg zdarzeń jest w tym przypadku o wiele mniej prawdopodobny niż bezpośrednia manifestacja działań złego ducha. Takie są fakty. Coś się tam objawiło i wybrało sobie jeszcze jedną ofiarę…

– Czy widziano sprawcę? Czy byli jacyś świadkowie albo może monitoring uliczny coś wykrył…?

– Była mgła i środek nocy, panie redaktorze. W tej mgle kamera na dachu pobliskiego supermarketu „Fort Wola" zarejestrowała jedynie jakiś cień oddalający się od miejsca zdarzenia, jakby ludzką sylwetkę…

– Czy udało się powiększyć ten obraz?

– Niestety nie, panie redaktorze. Kiedy podjęto taką próbę, zarys postaci rozpadł się na piksele. Pojawiła się ruchoma plama czerni.

Bilecki przeżegnał się znowu.

Komisarz mógł wprawdzie dodać, że nie należało spodziewać się innego efektu w sytuacji, gdy powiększało się daleki fragment tła monochromatycznego obrazu z przeciętnej jakości kamery przemysłowej, której ostrość wyregulowano tak, by widzieć dobrze tylko pobliski parking, ale wówczas jego relacja zbytnio straciłaby na barwności. Ponadto, gdyby dziennikarz złamał dżentelmeńską umowę i wydrukował za dużo, jawna bzdura w tekście stanowiła alibi Louvaina, dowodząc, że pismak konfabulował i włożył w usta komisarza plotki zasłyszane od kogoś innego. Błogosławieni roztropni i dupy swoje chroniący, amen!

Zapadła chwila ciszy. Louvain miarowo obracał różaniec, a Bilecki myślał nad następnym pytaniem, jednak nie zdążył go zadać.

– Czy mógłbym pana przeprosić?! – Człowiek, który stanął właśnie obok ich stolika, bynajmniej nie pytał ani nie prosił. Jego ton głosu i naglące spojrzenie jednoznacznie sugerowały dziennikarzowi, że jeżeli natychmiast się stąd nie ruszy, zostanie oskarżony o utrudnianie śledztwa. – Sprawa służbowa!

Bilecki nie próbował sprawdzać, co się wydarzy, jeśli odmówi. Czym prędzej chwycił dyktafon i swoją filiżankę kawy, po czym odskoczył jak oparzony trzy stoliki dalej.

Michał Rafalski, podkomisarz, z którym Louvain pracował nad sprawą, o której przed chwilą opowiadał, był właśnie klasycznym typem pampersa, poczętego w mrokach stanu wojennego, co najwyraźniej zostało mu na resztę życia. Zawsze reagował zdecydowanie zbyt ostro i bez wyczucia, olewał wszystkich świętych, skutkiem czego fakt, że przykładał się do roboty, znaczył coraz mniej i mniej, a niedawny awans na podkomisarza był najprawdopodobniej ostatnim w jego karierze. Szklany sufit już się nad nim zasunął, z czego młodszy kolega jeszcze nie zdawał sobie sprawy, a Louvain trzymał to domniemanie wyłącznie dla siebie.

– Znów się lansujesz wśród moherów? – Zniesmaczony Rafalski rzucił aktówkę na blat.

– Nie mogłeś z tym zaczekać? – odparł Louvain z ojcowską przyganą w głosie. – Albo przynajmniej zadzwonić. – Zdjął z palca pierścień różańcowy i schował go do kieszeni marynarki. Oczywiście, tej na sercu.

– Nie. Sprawa zrobiła się zbyt gorąca.

– Nie ona pierwsza...

– Nie aż tak! – Podkomisarz obejrzał się, upewniając się, czy dziennikarz usiadł wystarczająco daleko, i zajął jego miejsce.

– Coś wyszło z wywiadu środowiskowego? – domyślił się Louvain.

– Jak cholera! Zgadnij, kim był ten Piaskowski…? – Mowa była o ofierze zrzuconej z wiaduktu na tory. Rafalski jeszcze raz obejrzał się na Bileckiego.

– Zamierzasz trzymać mnie w niepewności? – Louvain uśmiechnął się ironicznie.

Podkomisarz najwyraźniej miał taki zamiar.

– Mam nadzieję, że o tej sprawie jeszcze żadnej farby do katolickiej prasy nie puściłeś?

– Nic, co mogłoby mieć znaczenie dla śledztwa.

– Więc jednak! – obruszył się Rafalski. – Wobec tego ty powiedz mi najpierw co, bo ja bardzo ciekaw jestem twojej miny, kiedy się dowiesz, co mam…

– Zasugerowałem, że w samobójstwie maszynisty Kowalika maczały palce moce piekielne. Że to nie mogło być samobójstwo, bo denat nie miał się na czym powiesić, zatem został uduszony przez drzewo, w które wstąpił zły duch. – Louvain z kamienną twarzą streścił rozmowę.

Reakcja partnera go rozczarowała. Rafalski, choć powinien, nie osłupiał.

– Przecież to bzdura. – Podkomisarz poprzestał tylko na wzruszeniu ramionami. – Mamy zabezpieczone ślady i jednoznaczną ekspertyzę wskazującą, że pętla wisielcza została wykonana z elastycznego pędu korzenia, rosnącego wprawdzie dość nietypowo, bo półtora metra nad ziemią, ale nic w tym egzotycznego. Dzikie bzy tak mają. Kowalik, jak wielu samobójców, skorzystał po prostu z tego, co miał pod ręką. Jedyne, co zdziwiło ekspertów, to że ta odrośl utrzymała dorosłego mężczyznę. Drewno bzowe jest z natury dosyć kruche, ale widać o tej porze roku stwardniało wystarczająco…

– Mnie tego nie musisz wyjaśniać – nastroszył się Louvain. – Jednak z prasą warto dobrze żyć, a oni muszą mieć o czym pisać i lepiej dać im newsa, niżby mieli go sami szukać, bo wtedy chuj wie co wygrzebią. Dlatego sprzedałem legendę, która powinna być, za przeproszeniem, nośna medialnie, a jednocześnie nie zdradza istotnych szczegółów śledztwa. Jeżeli temat podchwycą tabloidy, to w końcu, na zasadzie głuchego telefonu, wyjdzie im, że w Warszawie grasują enty-zabójcy, co jest skutkiem nieodpowiedzialnych zabaw młodzieży w okultystyczne gry RPG i czytania Tolkiena… – Komisarz wychylił się zza ramienia kolegi i uśmiechnął serdecznie do Bileckiego, który nie spuszczał wzroku z policjantów. – A więc zagrożenia duchowe, upierdliwe wałkowanie tematu, czy literatura fantasy to satanizm, i tak dalej. Medioci polecą kupą po wywiady do klechów, a my, psy, będziemy mieli święty spokój.

Rafalski uśmiechnął się sardonicznie, ale bynajmniej nie był to podziw dla przebiegłości partnera. Ten grymas mówił: „mam cię!".

– Taki kit możesz wciskać naczalstwu na dywaniku – skwitował głośno – choć wątpię, czy nawet oni to kupią. A firmowy rzecznik będzie zazdrosny, że go wyręczasz. Z kolei te mohery też się kiedyś połapią, że robisz sobie z nich jaja, i skończysz jako dusza potępiona na obu końcach. Tylko, szczerze mówiąc, nie sądziłem, że to będzie tak szybko…

Louvain milczał zbity z tropu.

– Przecież ty, Krzysiek, tak w gruncie rzeczy wierzysz w te klesze zabobony. – Rafalski z lubością kontynuował psychiczną wiwisekcję partnera. – Idę o zakład, że na pewno pomyślałeś sobie, że to nie mógł być przypadek, żeby takie dziwaczne drzewo wyrosło właśnie w takim miejscu. Tylko jeszcze szkoda, że to bez, nie brzoza…

– Dobra, gadaj wreszcie, co masz! – zdenerwował się komisarz.

– Świętej pamięci Mieczysław Piaskowski, wzorowy student trzeciego roku teologii Uniwersytetu Wyszyńskiego, dodatkowo udzielał się jako katolicki wolontariusz.

– Doprawdy, rzadki zbieg okoliczności – zakpił Louvain.

– Dokładniej mówiąc, był pomocnikiem egzorcysty. – Rafalski stopniowo dawkował napięcie. – Jak to się tam u nich fachowo nazywa?

– Członek grupy wsparcia modlitewnego – wyjaśnił Louvain, starając się odzyskać profesjonalny spokój. – Modlą się razem z egzorcystą i gdy trzeba, pomagają przytrzymać siłą miotających się pacjentów. Chcesz powiedzieć, że mamy motyw zabójstwa?

– Gorzej. Członkami tej samej grupy wsparcia były ofiary dwóch innych zabójstw, do których doszło na terenie Warszawy w ciągu ostatniego tygodnia.

– Zatem mamy seryjnego? – zadumał się Louvain.

Rafalski wyjmował kolejno akta z teczki.

– Pierwszym był Edward Pilch z Mokotowa, lat dwadzieścia pięć, pchnięty trzykrotnie nożem w brzuch w parku Morskie Oko późnym wieczorem dwunastego listopada. Pierwszymi podejrzanymi, wobec słusznych katolicko-narodowych poglądów denata, byli aktywiści Antify, ale śledztwo w tym kierunku nie wypaliło. Innych potencjalnych sprawców nie wytypowano. Następny trup trzy dni później, Zbigniew Kunic, lat dwadzieścia dwa, rówieśnik Piaskowskiego, skopany na śmierć na Pradze, w zaułku przy Tarchomińskiej. Niby porachunki albo napad rabunkowy, ale nie wiadomo, dlaczego się tam znalazł, bo mieszkał na Ochocie i nie miał żadnych szemranych interesów w okolicach bazaru Różyckiego, ani w ogóle znajomości na prawym brzegu Wisły. Zatem tu też żadnych punktów zaczepienia dla śledztwa. Dzień później mieliśmy to zdarzenie na Woli. Trzej młodzi, spokojni ludzie, bez konfliktów z prawem, z zupełnie różnych środowisk – pracownik fizyczny w supermarkecie, kierowca w firmie kurierskiej, student. Nic ich nie łączy, z wyjątkiem osoby księdza Jana Ryby, diecezjalnego egzorcysty.

– Znam z widzenia. – Louvain skinął głową. – Są jakieś zbieżności w sposobie działania sprawcy?

– Na oko nic. Kopie akt dostał już nasz profiler, może on coś znajdzie, ma się odezwać pojutrze. Poza tym dałem znać na toksykologię, bo ofiary chyba wcale się nie broniły przed śmiercią. W przypadku Piaskowskiego ślady walki w samoobronie trudno będzie stwierdzić po tym, co z niego zostało, ale pozostali bez wątpienia poszli na rzeź jak barany, przepraszam, baranki boże… Żaden z nich nie był ułomkiem, więc zaleciłem sprawdzenie, czy nie zaaplikowano im jakiejś pigułki gwałtu, i od razu przyleciałem do ciebie, żeby cię ostrzec, byś czego nie chlapnął tym twoim znajomym z moherowej prasy. Ale jak widzę, mleko się już rozlało. Będziesz teraz sławny, Krzysiuniu, jak chciałeś, gratuluję!

Komisarz nie skomentował przytyku. Zachował też pokerowy wyraz twarzy.

– A teraz ciekaw jestem, jak odkręcisz ten pasztet… – Rafalski zerknął znacząco na publicystę z „Przyjaciela Egzorcysty" i schował papiery. – Jutro opowiesz mi to w robocie. Siema! – Ruszył w kierunku schodów.

Redaktor Bilecki natychmiast wrócił na swoje miejsce. Może nie był geniuszem, ale nie potrzebował nim być, znał się na swojej robocie wystarczająco dobrze, by zauważyć, że stało się coś szczególnego. Tak ważnego, że aż pan komisarz z wrażenia zapomniał wyjąć z kieszeni różańca...

– Jakieś nowe fakty pojawiły się w naszej sprawie? – zapytał konfidencjonalnie.

Louvain popatrzył na niego ciężkim wzrokiem.

– Panie redaktorze – zaczął mówić powoli, cedząc słowa. – Musimy się na coś umówić. W zamian gwarantuję panu całkowitą wyłączność, ale teraz, tylko na kilka dni, musi pan redaktor zapomnieć o naszej rozmowie. Odezwę się do pana.

Bilecki z wrażenia otworzył usta.

– Przecież mieliśmy ostrzec ludzi…

– Tego spotkania nie było! – Komisarz Louvain powstał energicznie. – Rozumiemy się?!

ROZDZIAŁ 2LISTA PODEJRZANYCH

– To ogromnie bolesne doświadczenie. Cała nasza wspólnota jest niezmiernie poruszona i modli się za dusze tych chłopców. Nie wątpię, że rychło dostąpią światłości wiekuistej.

Ksiądz Jan Ryba był lekko przygarbionym mężczyzną w wieku czterdziestu pięciu lat, o mocno pobrużdżonej twarzy. Nosił krótką i wąską, lekko szpakowatą brodę, całkowicie mieszczącą się pod ustami. Ubrany w zwykłą czarną sutannę bez żadnych dystynkcji, choć formalnie był kanonikiem i przysługiwały mu purpurowe guziki i obwódki rękawów. Cała jego sylwetka, pochylona nieco do przodu, jakby szedł pod wiatr, razem z charakterystycznymi rysami twarzy upodobniała go raczej do starego marynarza niż duchownego, choć z kościelną emfazą można by rzec, że nic w tym dziwnego, skoro ksiądz Jan nie raz stawiał czoła duchowym sztormom. Mówił powoli, z namysłem, jakby nieśmiało, co przez kontrast musiało potęgować efekt egzorcyzmów w jego wykonaniu. Jak nagle zagrzmiał, to nie tylko szatanowi dusza poszła w pięty.

I był psychopatą. Zimnym drapieżnikiem bez skrupułów i emocji.

Komisarz Louvain pierwszy raz rozmawiał z księdzem Janem. Widywał go wcześniej z oddali na kilku mszach z okazji większych świąt diecezjalno-państwowych, ale nigdy jeszcze nie spojrzał mu z bliska w oczy, więc teraz aż ścierpła mu skóra. Naprawdę dobrze znał ten dreszcz. Wieloletnie gliniarskie doświadczenie Louvaina nie pozostawiało tu żadnych wątpliwości. Przed nim stał podręcznikowy wręcz model osobnika moral insanity, istoty tylko imitującej człowieka, dla której wszystkie wyższe wartości były jedynie wyuczoną konwencją, zmienną w każdej chwili, jak ubranie.

Psychopatów było w populacji dość dużo, od jednego do dwóch procent, oczywiście nie każdy z nich zostawał zaraz seryjnym mordercą. W większości przypadków potrafili oni wdrożyć się do takiego postępowania, by nie zaszkodzić zbytnio sobie i innym, a przynajmniej nie na tyle, żeby przekroczyć granice wyznaczone przez kodeks karny. Bywali więc bezwzględnymi menadżerami, adwokatami i, o dziwo, często też lekarzami. Wyróżniali się w zawodach, w których potrzebna była zimna krew i opanowanie emocji oraz odporność na psychiczne zmęczenie. Mało kto zdołał zauważyć, że ich spokój wynika po prostu z zupełnego braku uczuć. Owszem, w większości przypadków uczyli się je udawać – kiedy jakie słowa wypowiedzieć oraz jakie gesty w danej sytuacji wykonać, aby otoczenie zareagowało pozytywnie. Było to dla nich jak mówienie w obcym języku i często osiągali w nim wielką biegłość. Manipulowali z równą łatwością, jak oddychali.

Kiedy jakimś trafem wybierali karierę duchowną, po niedługim czasie zaczynali wyróżniać się w praktykach pobożnościowych, bowiem nuda i potrzeba odmiany monotonnych, powtarzalnych czynności są uczuciami, a te ich nie dotyczyły. Łatwo więc zyskiwali opinię „kapłanów o szczególnym charyzmacie", spomiędzy których biskupi wybierali egzorcystów. Ci zaś bardzo dobrze sprawdzali się w tej roli. Przede wszystkim dlatego, że byli odporni na paranoję indukowaną, której nieuchronnie ulegali ludzie o normalnej psychice. Głęboka wiara w to, że podczas egzorcyzmów objawia się prawdziwy szatan, wyzwala bardzo silne emocje, a wieloletnie życie w takim stresie prowadzi do rozwoju swoistej choroby zawodowej. Dotknięci paranoją indukowaną księża stopniowo zaczynali widzieć diabła wszędzie i popadali w manię wyklinania wszystkiego na prawo i lewo. Psychopaci powołani do posługi egzorcysty nie robili nigdy publicznych skandali ani obciachu na YouTube, z którego potem rechotała cała Polska, nie wypowiadali posłuszeństwa swoim zwierzchnikom i nie trzeba było ich w końcu suspendować. Byli idealni.

A teraz jeden z nich patrzył prosto w oczy Krzysztofa Louvaina, którego żołądek i moszna zareagowały na to mimowolnym skurczem. Czysty atawizm, odziedziczony po praprzodkach z afrykańskiej sawanny, obserwujących wynurzającego się z zarośli wielkiego, drapieżnego kota… Ten charakterystyczny ruch, jakby wzór cętek, błysk ślepi… Komisarz od razu pożałował, że nie przyszedł na tę rozmowę z Rafalskim. A pokłócili się o to. Podkomisarz chciał, ale Louvain mu nie pozwolił, aby nonszalancja i niewyparzony język partnera nie zraziły przypadkiem księdza Jana. Teraz, psiakrew, komisarzowi ogromnie brakowało tutaj kogoś, kogo mógłby zapytać, czy widzi na pewno to samo co on.

No trudno! Louvain wziął się w garść i ze swej strony darował sobie socjotechniczne sztuczki. Wiedział, że jego obecny rozmówca jest w tej dyscyplinie arcymistrzem. Rozsądnie było więc nie stawać z nim do zawodów, tylko ograniczyć się do prostych, podstawowych pytań, demonstrując przy tym cały należyty szacunek i pokorę. Należało mieć na uwadze, że ksiądz Jan natychmiast dostrzeże każde, nawet najdrobniejsze uchybienie obowiązującym formom i nie okaże dystansu ani poczucia humoru, nie będzie „ponad to", lecz metodycznie wygłosi oficjalne pouczenia, po czym utnie rozmowę, i zrobi się kłopot, bo trzeba będzie przebijać się do niego mozolną i niepewną ścieżką służbową przez kurię.

Komisarz zapadł się więc w sobie, okazując całą postawą, że jest tylko nędznym przedstawicielem znikomej władzy świeckiej. Przybrał wygląd „lichy i gamoniowaty", zgodnie z instrukcją dla carskich urzędników, stanowiącą, iż właśnie tak mają się oni prezentować przed obliczem swego zwierzchnika. Tego ksiądz Jan bez wątpienia oczekiwał. Szczerość owej postawy nie miała znaczenia, ważne, żeby konwencja się zgadzała. Tę zaś narzucała przede wszystkim okoliczność, że niniejsza rozmowa toczyła się w kaplicy, służącej księdzu Janowi za gabinet zabiegowy. Wskazywał na to leżący pod ścianą materac i kilka poduszek, pomiędzy którymi poniewierały się rolki bandaża elastycznego do krępowania opętanych.

– Proszę księdza, czy ci młodzieńcy mieli jakichś nieprzyjaciół? – zaczął Louvain.

– Ich nieprzyjacielem był zły duch.

– Miałem na myśli doczesnych wrogów.

– Nic mi o tym nie wiadomo, panie komisarzu.

– Może groził im któryś z… – Louvain ugryzł się w język i przezornie nie powiedział „pacjentów". – …zniewolonych ludzi. Wiadomo mi, że podczas rytuału oni często zachowują się dość agresywnie.

– To zły trop, panie komisarzu.

– Dlaczego, proszę księdza? Ci trzej przecież w trakcie zabiegu nie tylko wspierali księdza swoją modlitwą, ale na pewno musieli często używać siły fizycznej, aby przytrzymać miotających się opętanych. Któryś z nich mógł im potem mieć to za złe.

– Użycie siły jest niezbędne w niemal każdym przypadku, który jest do mnie kierowany. Jednak powtarzam, panie komisarzu, że kieruje pan swoje podejrzenia w złym kierunku.

– Jednak mogły paść jakieś groźby…

– Padały nawet często, panie komisarzu, ale w takich chwilach groził im zawsze demon, a nigdy człowiek. Ani jedna z osób, którym pomogłem uwolnić się spod wpływu szatana, nie żywiła potem żadnych złych uczuć wobec moich pomocników, wręcz przeciwnie, wszyscy uwolnieni zawsze odchodzili przepełnieni głęboką wdzięcznością.

– Ale ów demon…

– Jest bezsilny! – przerwał mu stanowczo ksiądz Jan. – Sprawujący egzorcyzm kapłan, jak również osoby wspomagające go w tym podniosłym obrzędzie, odnowionym przez samego Jana Pawła II, są szczególnie chronione przez Ducha Świętego, na mocy sukcesji apostolskiej. Dlatego żaden demon nie może nikogo z nas skrzywdzić! Natomiast ludzie nie mają powodu.

– A jednak mimo to trzech pomocników księdza kanonika nie żyje.

– Myślałem o tym wiele, panie komisarzu, i podzielę się moją refleksją. Ponieważ jest absolutnie wykluczone, aby sprawowane przeze mnie rytuały, ustanowione, podkreślam to z mocą, przez naszego świętego papieża, mogły mieć jakikolwiek związek z tymi okrutnymi zdarzeniami, trzeba uznać tę tragiczną zbieżność za całkowicie przypadkową. Opatrzność Boża w swym niezgłębionym zamyśle dopuściła do potrójnego zbiegu okoliczności. Ludzie bez sumienia wciąż dokonują zamachów na życie swoich bliźnich. Tak się złożyło, że akurat byli to moi asystenci.

– Przykro mi, ale zmuszony jestem stwierdzić, że ksiądz kanonik się myli. To nie była przypadkowa seria zdarzeń. Sprawca we wszystkich trzech sytuacjach był jeden i ten sam, tego już jesteśmy pewni. Musiał więc wcześniej znać swoje ofiary, a jedyna okoliczność, kiedy mógł je widywać razem, to była posługa u boku księdza kanonika. Nic poza tym ich ze sobą nie łączyło, zmarli nie spotykali się w innych okolicznościach.

– Jest pan tego pewien, komisarzu?

– Niestety, tak.

Szczegółów Louvain nie mógł ujawnić, ale ich profiler, toksykolog i lekarz sądowy doszli do tych samych wniosków niezależnie od siebie. Sprawca był jeden. Zabijał wprawdzie na różne sposoby, ale tak samo obezwładniał. Wszystkie trzy ofiary zostały najpierw porażone paralizatorem przystawionym do pleców, mniej więcej na wysokości połowy kręgosłupa. Potem zaaplikowano im zastrzyk zwiotczający, w dwóch przypadkach było to Cisatrakurium, w jednym Pavulon, co wskazywało, że zabójca ma jedynie okazjonalny kontakt ze służbą zdrowia. Po takim przygotowaniu ofiary były mordowane z zimną krwią, metodycznie, z wyrachowaniem godnym głównego bohatera serialu „Dexter". To też było niezależne skojarzenie profilera i anatomopatologa, który przeprowadzał obdukcje. Ten pierwszy ponadto był zdania, że sprawca mieszka w śródmieściu lub północnych dzielnicach Warszawy. Wskazywało na to rozmieszczenie miejsc zdarzeń. Przede wszystkim jednak było więcej niż pewne, że na tej trójce ta seria morderstw się nie skończy. Motyw wyglądał na zdecydowanie religijny, ale aż „za dobrze wygląda", jak podsumował profiler. Co to miało znaczyć, pokażą kolejne przypadki…

– Chciałbym prosić księdza kanonika o listę osób, które były egzorcyzmowane w obecności wszystkich trzech zmarłych.

– Nie było takiej sytuacji, panie komisarzu.

Twarz księdza Jana oczywiście nie zdradzała żadnych uczuć, ale Louvain uznał, że duchowny chce się wycofać z rozmowy, więc postanowił być twardszy.

– Proszę księdza, utrudnianie śledztwa w sprawie potrójnego morderstwa stawia mnie w bardzo kłopotliwej sytuacji…

– Proszę mi nie grozić.

– Ja proszę o pomoc.

– Nie odmawiam panu pomocy. Stwierdzam jedynie, że nie pamiętam sytuacji, w której w rytuale uczestniczylibyśmy wszyscy czterej.

– W takim razie jestem zmuszony przesłuchać wszystkich księdza pomocników oraz podopiecznych.

– Mogę podać adresy dziewiątki żyjących członków grupy wsparcia.

– Było ich dwanaścioro?

– Zawsze się starałem, panie komisarzu, aby było ich dokładnie tyle co apostołów, nie wykluczając przy tym pobożnych panien i niewiast. Jeżeli coś im zagraża, udzielę panu pomocy tym chętniej. Jednak ujawnienie imion osób egzorcyzmowanych wzbudza we mnie sprzeciw sumienia. To prawie jak zdrada tajemnicy spowiedzi i lekarskiej w jednym.

– Prawie… – powtórzył jak echo Louvain. – Różnica jest zasadnicza. – Darował sobie dosłowne wygłaszanie wiadomego hasła reklamowego, wiedząc, że jego rozmówca nie zareaguje na to z dystansem. – Musimy przynajmniej sprawdzić alibi osób uwalnianych od wpływu złego ducha. Obiecuję, że przeprowadzimy te czynności oględnie, i proszę, aby ksiądz oddał cesarzowi, co cesarskie…

Egzorcysta milczał długą chwilę.

– Rozumiem, że jeśli panu teraz odmówię – powiedział wreszcie – pan uda się do mojego zwierzchnika, stawiając Kościół święty w kłopotliwej sytuacji.

– Dlatego lepiej będzie, proszę księdza, jeżeli załatwimy rzecz teraz polubownie. Mogę zapewnić, że dołożę wszelkich starań, aby prowadzić śledztwo wobec tych osób jak najdelikatniej.

– Jak długi okres mojej posługi zamierza pan zbadać?

– Ostatnie pół roku. Mam nadzieję, że to wystarczy.

– Dobrze. – Egzorcysta ustąpił. – Otrzyma pan listę nazwisk i adresów dziś wieczorem. Specjalnie zaznaczę na niej te osoby, wobec których egzorcyzmy są jeszcze kontynuowane, oraz te, które szczęśliwie mają uwolnienie już za sobą.

– Dziękuję.

– Uczynię to tylko dlatego, że słyszałem o panu komisarzu wiele dobrego. Daje pan rzadkie w swoim zawodzie świadectwo pobożności i umiłowania wiary, czego sam nieraz byłem świadkiem. Dlatego ufam, że nie nadużyje pan mojego zaufania ani w żaden sposób nie skrzywdzi nikogo z tych ludzi.

Louvain nie pokazał po sobie ani cienia uśmiechu. Naprawdę szkoda, że Rafalskiego tutaj nie było. Ciekawe, jaką minę miałby pan podkomisarz, gdyby to usłyszał. Cała ta demonstracyjna dewocja starzejącego się gliniarza, z której Rafalski robił sobie nieustanną polewkę, na coś się jednak przydawała. Gdyby nie to, łatwo można sobie wyobrazić, że sprawę trzeba byłoby przepychać przez Komisję Wspólną Rządu i Episkopatu… Znaczy, Rafalski tak by sobie uroił i pewnie nawet serio się za to zabrał, w niezmierzonym zaufaniu, że wszystko da się zrobić praworządnie, według procedur i po sprawiedliwości. Wszak mamy demokrację! Rozczulające dziecko pampersów i państwa prawa. Louvain wiedział, że na sto procent rzecz zostałaby załatwiona w starym stylu – telefonem z góry i krótkim jasnym poleceniem odpierdolenia się od dobrodziejów. Dalej mieliby już tak łapać, żeby nikogo nie złapać, a najlepiej przyklepać zarzut jakiemuś oprychowi, za którym nie ujmie się nikt, z wyjątkiem monitoringu w celi. Kamera dyskretnie spuści obiektyw akurat w chwili, kiedy delikwent będzie się wieszać na sznurku od spłuczki, który na zdrowy rozum za chińskiego boga nie powinien utrzymać dorosłego chłopa nad podłogą. Toż to rzecz niemożliwa – tak się wszystkim, co do jednego, zainteresowanym klawiszom wydawało, Bóg im świadkiem! Zero podejrzeń i przypuszczeń, a tu ich zaskoczył niezmiernie postęp w technologii włókien sztucznych. Ech, ten zadziwiający wiek dwudziesty pierwszy!

Tak, oczywiście, że będą kolejne morderstwa, co skomplikuje trochę oficjalny obraz sprawy. Może nawet ktoś wyrazi publiczne przypuszczenie, że skazany samobójca był niewinny. Gdyby jednak coś miało z tego wyniknąć, to się wynajmie agencję PR, która najpierw uwypukli cierpienie i żałobę rodzin ofiar, a potem uruchomi rozliczne medialne autorytety. Ci na dzień dobry zasieją mnóstwo wątpliwości, a dalej będą „rozważać aspekty", czyli jałowo roztrząsać marginalne kwestie, pieprząc kotka młotkiem do zbiorowego wyrzygu. Na koniec weźmie się miotłę ze świeżych newsów i nią do czysta w głowach opinii publicznej pozamiata. Tyle będzie postępu w ponowoczesności.

– Niech Jezus Chrystus księdzu kanonikowi wynagrodzi – powiedział komisarz głośno.

Szczerze mówiąc, był wdzięczny. Tak, temu psychopacie. Louvain naprawdę miał ochotę jeszcze trochę pociągnąć to śledztwo zgodnie z regułami sztuki kryminalnej, bez konieczności rżnięcia totalnego głupa jak w sprawie Olewnika.

ROZDZIAŁ 3ZŁY SZEF

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 4PAPIERY Z IPN-U

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5LUKA W ROZUMOWANIU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6ZAUROCZENIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7NIEBEZPIECZNI DLA OTOCZENIA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8CZYSTE NARZECZEŃSTWO

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9W OPARACH ABSURDU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10ŚWIĄTYNIA OPATRZNOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11PRZEMIŁY STARUSZEK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12PARADA NIESPODZIANEK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13GABINET GROZY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14OSOBISTY ASYSTENT ARCYBISKUPA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15NA DNIE OTCHŁANI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16POKUTA ZA ZDRADĘ JUDASZOWĄ

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17UWOLNIENIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18ZIEMSKI WIKARIUSZ SZATANA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19OPĘTANA ŚWIĘTA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20TELEWIZOR ZAMIAST LUSTRA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 21OCZY DIABŁA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 22CO SZATAŃSKIE SZATANOWI

Dostępne w wersji pełnej

EPILOGWOBEC TAJEMNICY

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © Konrad T. Lewandowski, 2014

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Redaktor

Julia Paduszyńska, Editio

Projekt graficzny okładki

Izabella Marcinowska

Wszystkie postaci, zdarzenia, miejsca i organizacje występujące w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, żyjących lub zmarłych, jest zupełnie przypadkowe. Wszystkie prawa zastrzeżone, żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w żadnej formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

ISBN 978-83-7785-614-7

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.chimaera.pl

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com