Czarna Toń - Robert E. Howard - ebook + audiobook

Czarna Toń ebook i audiobook

Robert E. Howard

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Rzucony przez morze na pokład zingarskiej karaki Conan, wygnaniec z pirackich Wysp Barachańskich, szybko zdobywa posłuch u załogi i spojrzenia pięknej Sanchy, branki posępnego kapitana Zaporava. Ten, opętany wizjami ze starożytnych ksiąg, wiedzie okręt coraz dalej na zachód, na morza, z których nikt nie powrócił. U kresu żeglugi leży zielona wyspa ze snu. Wśród jej łagodnych wzgórz stoi nefrytowy zamek, a jego nieludzcy władcy strzegą sadzawki, w której ciała zmieniają się w kamienne figurki.

 

Mroczna, brutalna opowieść o pirackiej przygodzie, która obraca się w czysty koszmar. To klasyka „miecza i magii” w nowym przekładzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 57

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Conan Barbarzyńca

Czarna Toń

Robert E. Howard

Przetłumaczył Marcin Gołda

WROTA WYOBRAŹNI · 2026

Czarna Toń

Autor: Robert E. Howard

Tytuł oryginału: The Pool of the Black One

Tłumaczenie: Marcin Gołda

Wydanie I

ISBN: 978-83-68914-77-1

Copyright

© 2026 by Wrota Wyobraźni

Wszelkie prawa zastrzeżone

Rozdział I

Na zachód, w dal, której nikt z ludzi nie sięgnął,Żeglują okręty, odkąd świat się począł.Czytaj, jeśliś śmiały, co Skelos spisał,Gdy martwymi dłońmi jedwabną szatę ściskał;I podążaj za okrętami, gdzie wichry chmur strzępy rzucą –Podążaj za okrętami, które nigdy nie wrócą.

Sancha, niegdyś zKordavy, ziewnęła wdzięcznie, przeciągnęła zrozkoszą gibkie ciało iułożyła się wygodniej na obszytym gronostajami jedwabiu, rozpostartym na rufówce karaki. Leniwie świadoma była tego, że załoga śledzi ją zpalącym zainteresowaniem ze śródokręcia iz dziobówki, tak jak świadoma była itego, że krótka jedwabna tunika niewiele skrywa jej ponętnych kształtów przed chciwymi spojrzeniami. Uśmiechnęła się przeto zuchwale izamierzała uszczknąć jeszcze kilka chwil drzemki, nim słońce, które właśnie wynurzało złotą tarczę ponad ocean, zacznie razić ją woczy.

Lecz wtejże chwili doszedł jej uszu dźwięk niepodobny do skrzypienia belek, brzęczenia lin iplusku fal. Usiadła, wpatrzona wburtę, przez którą – ku jej zdumieniu – gramoliła się ociekająca wodą postać. Ciemne oczy dziewczyny rozszerzyły się, czerwone wargi rozchyliły w„O” zaskoczenia. Przybysz był jej obcy. Woda spływała strużkami zjego potężnych ramion iciężkich rąk. Jedyny jego przyodziewek – para jaskrawoszkarłatnych jedwabnych pludrów – był przemoczony na wskroś, podobnie jak szeroki pas ze złotą sprzączką imiecz wpochwie, który ów pas podtrzymywał. Gdy stanął przy burcie, wschodzące słońce wyrzeźbiło go niczym wielki posąg zbrązu. Przeczesał palcami ociekającą wodą czarną grzywę, ajego błękitne oczy rozbłysły, gdy spoczęły na dziewczynie.

– Ktoś ty? – zapytała ostro. – Skąd się tu wziąłeś?

Uczynił ku morzu gest, który ogarnął całą ćwiartkę widnokręgu, nie odrywając przy tym oczu od jej gibkiej sylwetki.

– Czyś ty wodnik, że wynurzasz się zmorza? – spytała, zmieszana szczerością jego spojrzenia, choć nawykła była do podziwu.

Nim zdążył odpowiedzieć, na deskach zadudniły szybkie kroki ikapitan karaki utkwił wnieznajomym gniewne spojrzenie, apalce drgały mu na rękojeści miecza.

– Coś ty za jeden, udiabła, mospanie? – zapytał tonem bynajmniej nie przyjaznym.

– Jestem Conan – odparł tamten niewzruszenie. Sancha na nowo nadstawiła uszu; nigdy jeszcze nie słyszała, by ktoś mówił po zingarsku ztakim akcentem, zjakim mówił ten nieznajomy.

– A jakżeś się dostał na mój okręt? – Wgłosie zgrzytała podejrzliwość.

– Przypłynąłem wpław.

– Wpław! – wykrzyknął gniewnie kapitan. – Psie, drwić sobie ze mnie zamierzasz? Lądu stąd nie dojrzysz. Skądeś przybył?

Conan wskazał muskularnym, brązowym ramieniem na wschód, przepasany oślepiającym złotem wznoszącego się słońca.

– Przybyłem zWysp.

– Och! – Tamten przyjrzał mu się zwiększym zainteresowaniem. Czarne brwi ściągnęły się nad złowrogimi oczami, acienka warga uniosła się nieprzyjemnie.

– A więc jesteś jednym ztych barachańskich psów.

Nikły uśmiech dotknął warg Conana.

– A wiesz ty, kim ja jestem? – zapytał pytający.

– Ten okręt to „Wastrel”, musisz więc być Zaporavo.

– Tak jest! – Ponurą próżność kapitana połechtało, że ów człowiek go zna. Był to mężczyzna wysoki, wzrostu Conana, choć szczuplejszej budowy. Twarz wobramowaniu stalowego morionu miał ciemną, posępną ijastrzębią, przeto zwano go Jastrzębiem. Zbroja iodzienie jego były bogate izdobne, na modłę zingarskiego granda. Ręka nigdy nie oddalała mu się od rękojeści miecza.

Niewiele było życzliwości wspojrzeniu, jakim obrzucił Conana. Nie kochali się nawzajem zingarscy renegaci ibanici, od których roiło się na Wyspach Barachańskich upołudniowych wybrzeży Zingary. Byli to przeważnie żeglarze zArgos, zdomieszką innych nacji. Napadali na statki iłupili zingarskie miasta nadbrzeżne, zupełnie jak bukanierzy zZingary, ci jednak uświetniali swój proceder, zwąc siebie Flibustierami, Barachańczyków zaś mianowali piratami. Nie byli ani pierwszymi, ani ostatnimi, którzy starali się przydać złodziejskiemu rzemiosłu blasku.

Część tych myśli przemknęła przez głowę Zaporava, gdy bawił się rękojeścią miecza ipatrzył spode łba na nieproszonego gościa. Conan niczym nie zdradzał, co sam mógł myśleć. Stał zzałożonymi rękami tak spokojnie, jakby był na własnym pokładzie; wargi mu się uśmiechały, aoczy były pogodne.

– Co tu robisz? – zapytał nagle Flibustier.

– Musiałem opuścić przystań wTortage wczoraj wieczorem, przed wschodem księżyca – odparł Conan. – Odpłynąłem wdziurawej łodzi icałą noc wiosłowałem iwylewałem wodę. Oświcie ujrzałem wasze marsle izostawiłem to nędzne koryto, by sobie tonęło, sam zaś ruszyłem szybciej wpław.

– W tych wodach są rekiny – warknął Zaporavo ipoczuł niejasną irytację, gdy potężne ramiona wzruszyły się wodpowiedzi. Rzut oka na śródokręcie ukazał mu ścianę chciwych twarzy, zadartych ku górze. Jedno słowo – awskoczyliby na rufówkę wnawałnicy mieczy, która zmiotłaby nawet takiego wojownika, na jakiego wyglądał nieznajomy.

– Czemuż miałbym obarczać się każdym bezimiennym włóczęgą, którego wyrzuci morze? – warknął Zaporavo, ajego spojrzenie isposób bycia obrażały bardziej niż słowa.

– Na okręcie zawsze przyda się jeszcze jeden dobry żeglarz – odparł tamten bez urazy. Zaporavo zmarszczył czoło, znając prawdziwość tych słów. Zawahał się, awahając się, stracił okręt, dowództwo, dziewczynę iżycie. Lecz oczywiście nie potrafił zajrzeć wprzyszłość idla niego Conan był jedynie jeszcze jednym włóczęgą, którego – jak sam to ujął – wyrzuciło morze. Nie lubił tego człowieka, tamten jednak nie dał mu żadnego powodu do zwady. Zachowanie jego nie było zuchwałe, choć nieco bardziej pewne siebie, niż Zaporavo rad był widzieć.

– Będziesz pracował za swój wikt – warknął Jastrząb. – Zejdź zrufówki. Ipamiętaj: jedynym prawem jest tu moja wola.

Uśmiech na cienkich wargach Conana zdawał się poszerzyć. Bez wahania, lecz ibez pośpiechu odwrócił się izszedł na śródokręcie. Nie spojrzał już na Sanchę, która podczas tej krótkiej rozmowy przyglądała się chciwie, cała zamieniona woczy iuszy.

Gdy wszedł na śródokręcie, załoga stłoczyła się wokół niego – sami Zingarczycy, półnadzy, wkrzykliwych jedwabnych szatach upstrzonych smołą, zklejnotami błyskającymi wkolczykach irękojeściach sztyletów. Rwali się do uświęconej tradycją zabawy wszczucie przybysza. Tu miał zostać wypróbowany itu miało się rozstrzygnąć, jakie miejsce zajmie wzałodze. Wgórze, na rufówce, Zaporavo najwyraźniej zapomniał już oistnieniu przybysza, ale Sancha patrzyła, napięta zciekawości. Zdążyła oswoić się ztakimi scenami iwiedziała, że szczucie będzie brutalne izapewne krwawe.

Lecz jej obycie wtakich sprawach było niczym wporównaniu zobyciem Conana. Uśmiechnął się nieznacznie, gdy wszedłszy na śródokręcie, ujrzał groźne postacie cisnące się zaczepnie wokół niego. Przystanął inieprzeniknionym wzrokiem obrzucił krąg, niewzruszony wswym spokoju. Rządził tym pewien kodeks. Gdyby zaatakował kapitana, cała załoga skoczyłaby mu do gardła, lecz dadzą mu uczciwą szansę przeciw temu jednemu, którego wybrano, by wszczął bójkę.

Wybrany do tej powinności wysunął się naprzód – żylasty zbój ze szkarłatną szarfą zawiązaną wokół głowy na kształt turbanu. Chudy podbródek sterczał mu do przodu, apokryta bliznami twarz była nikczemna ponad wszelkie wyobrażenie. Każde spojrzenie, każdy zawadiacki ruch był zniewagą. Sposób, wjaki rozpoczął szczucie, był równie prymitywny, surowy iprostacki jak on sam.

– Baracha, co? – zadrwił. – Tam hodują psy zamiast ludzi. My zBractwa plujemy na nich – otak!

Splunął Conanowi wtwarz isięgnął po swój miecz.

Ruch Barachańczyka był zbyt szybki, by oko zdołało go pochwycić. Jego pięść niczym młot zpotworną siłą chrupnęła oszczękę prześladowcy iZingarczyk poleciał wpowietrze, po czym runął bezwładną kupą przy burcie.

Conan zwrócił się ku pozostałym. Poza drzemiącym woczach błyskiem jego postawa nie zmieniła się ani trochę. Lecz szczucie skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Marynarze podnieśli towarzysza; złamana szczęka zwisała mu luźno, głowa chwiała się nienaturalnie.

– Na Mitrę, kark ma skręcony! – zaklął czarnobrody rozbójnik morski.

– Wy, Flibustierzy, jesteście plemieniem osłabych kościach – roześmiał się pirat. – Na Barachach nie zważamy na takie klapsy. No, zagra który ze mną w