Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po klęsce armii księcia Almurica z całej wyprawy zostało dwoje ocalałych: Conan i młoda Brytunka Natala. Pustynia na południu nie wybacza, a jednak to nie ona okaże się najgroźniejsza. Na horyzoncie majaczy Xuthal, miasto z zielonego kamienia, o którym milczą kupieckie szlaki i stare kroniki.
Za jego murami czas płynie inaczej. Mieszkańcy śpią, odurzeni czarnym lotosem, i wcale nie chcą się budzić. Może dlatego, że na jawie czeka na nich to samo, co od wieków poluje w ciemnych korytarzach.
Jedno z najbardziej dusznych i klaustrofobicznych opowiadań Howarda o Conanie. Tutaj barbarzyńca nie zdobywa tronów. Tutaj próbuje po prostu przeżyć noc.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 65
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Conan Barbarzyńca
Pełzający Cień
Robert E. Howard
Przetłumaczył Marcin Gołda
WROTA WYOBRAŹNI · 2026
Pełzający Cień
Autor: Robert E. Howard
Tytuł oryginału: The Slithering Shadow
Tłumaczenie: Marcin Gołda
Wydanie I
ISBN: 978-83-68914-67-2
Copyright
© 2026 by Wrota Wyobraźni
Wszelkie prawa zastrzeżone
Pustynia drgała wfalach żaru. Conan Cymmeryjczyk wpatrywał się wbezkresne pustkowie imimowolnie przesunął grzbietem potężnej dłoni po wysuszonych wargach. Stał wpiasku niczym spiżowy posąg, na pozór obojętny na morderczy skwar słońca, choć całą jego odzież stanowiła jedwabna przepaska biodrowa, ujęta szerokim pasem ozłotej klamrze, uktórego wisiały szabla ipuginał oszerokiej głowni. Na kształtnych członkach znaczyły się ślady ledwo zabliźnionych ran.
U jego stóp spoczywała dziewczyna; jednym białym ramieniem obejmowała jego kolano, októre wspierała się jej jasnowłosa głowa. Biel jej skóry odbijała od jego spalonego słońcem ciała; krótka jedwabna tunika, bez rękawów, głęboko wycięta iprzepasana wstanie, raczej podkreślała, niźli kryła jej gibką postać.
Conan potrząsnął głową, mrugając. Blask słońca na wpół go oślepiał. Odczepił od pasa małą manierkę ipotrząsnął nią, krzywiąc się na słaby plusk wśrodku.
Dziewczyna poruszyła się zmęczona ijęknęła żałośnie.
– Och, Conanie, zginiemy tutaj! Tak strasznie chce mi się pić!
Cymmeryjczyk warknął bez słów, spoglądając wojowniczo na otaczające pustkowie; szczękę miał wysuniętą, aniebieskie oczy tliły mu się spod czarnej, zmierzwionej grzywy, jak gdyby pustynia była wrogiem zkrwi ikości.
Schylił się iprzytknął manierkę do warg dziewczyny.
– Pij, póki ci nie każę przestać, Natalo – rozkazał.
Piła łapczywie, zcichym, urywanym dyszeniem, aon jej nie powstrzymywał. Dopiero gdy manierka była pusta, pojęła, że umyślnie pozwolił jej wypić cały ich zapas wody – itak niewielki.
Łzy trysnęły jej zoczu.
– Och, Conanie – załkała, załamując ręce – czemuż pozwoliłeś mi wypić wszystko? Nie wiedziałam... teraz nie zostało nic dla ciebie!
– Cicho – burknął. – Nie trwoń sił na płacz.
Wyprostowawszy się, odrzucił manierkę precz.
– Czemu to uczyniłeś? – wyszeptała.
Nie odrzekł nic; stał nieruchomy iniewzruszony, apalce jego zwolna zaciskały się na rękojeści szabli. Nie patrzył na dziewczynę; wzrokiem zdawał się sięgać w tajemniczą, purpurową mgłę na krańcu widnokręgu.
Obdarzony całym barbarzyńskim umiłowaniem życia iinstynktem przetrwania, Conan Cymmeryjczyk wiedział wszelako, że doszedł do kresu swego szlaku. Nie dotarł jeszcze do granic wytrzymałości, lecz wiedział, że jeszcze jeden dzień pod bezlitosnym słońcem, na tym bezwodnym pustkowiu, powali ijego. Dziewczyna zaś wycierpiała już dosyć. Lepsze szybkie, bezbolesne cięcie miecza niźli przewlekła agonia, jaka go czekała. Jej pragnienie było na chwilę ugaszone; fałszywym miłosierdziem byłoby pozwolić, by cierpiała, aż ulgę przyniosą jej majaczenie iśmierć. Zwolna wysunął szablę zpochwy.
Nagle zamarł izesztywniał. Daleko na pustyni, ku południu, coś zamigotało poprzez fale żaru.
Zrazu pomyślał, że to złuda, jeden zmirażów, które szydziły zeń idoprowadzały go do szaleństwa na tej przeklętej pustyni. Osłoniwszy oślepione słońcem oczy, rozróżnił iglice, minarety ilśniące mury. Patrzył na nie posępnie, czekając, aż zbledną iznikną. Natala przestała szlochać; dźwignęła się na kolana ipodążyła za jego spojrzeniem.
– Czy to miasto, Conanie? – wyszeptała, zbyt wylękła, by śmieć mieć nadzieję. – Czy to jeno cień?
Cymmeryjczyk czas jakiś nie odpowiadał. Kilkakroć zamknął iotworzył oczy; odwrócił wzrok, po czym spojrzał znowu. Miasto trwało tam, gdzie ujrzał je po raz pierwszy.
– Diabli wiedzą – mruknął. – Ale spróbować warto.
Wsunął szablę zpowrotem do pochwy. Schyliwszy się, uniósł Natalę wpotężnych ramionach, jakby była niemowlęciem. Opierała się słabo.
– Nie trwoń sił na dźwiganie mnie, Conanie – prosiła. – Mogę iść sama.
– Grunt robi się tu coraz bardziej kamienisty – odparł, zerkając na jej miękkie, zielone obuwie. – Wnet zdarłabyś sandały na strzępy. Zresztą, jeśli wogóle mamy dojść do tego miasta, musimy iść szybko, atak pójdzie mi sporzej.
Szansa ocalenia wlała świeży wigor isprężystość wstalowe mięśnie Cymmeryjczyka. Ruszył przez piaszczyste pustkowie, jak gdyby dopiero co wyruszył wdrogę. Barbarzyńca nad barbarzyńcami, miał wsobie żywotność iwytrzymałość dziczy, dającą mu przetrwanie tam, gdzie człowiek cywilizowany by zginął.
On idziewczyna byli, oile wiedział, jedynymi ocalałymi zarmii księcia Almurica – owej szalonej, pstrej hordy, która, idąc za pokonanym zbuntowanym księciem Kothu, przetoczyła się przez ziemie Szemu niczym niszczycielska burza piaskowa izbroczyła krwią pogranicza Stygii. Ze stygijskim wojskiem depczącym jej po piętach przerąbała sobie drogę przez czarne królestwo Kuszu, by wkońcu ulec zagładzie na skraju południowej pustyni. Conan przyrównywał ją wmyślach do wielkiego potoku, który malał stopniowo, tocząc się na południe, by na koniec wyschnąć wpiaskach nagiej pustyni. Kości jej członków – najemników, banitów, ludzi złamanych, wyjętych spod prawa – leżały rozsiane od wyżyn kothyjskich po wydmy pustkowia.
Z owej ostatniej rzezi, gdy Stygijczycy iKuszyci zwarli pierścień wokół osaczonych niedobitków, Conan wyrąbał sobie drogę iumknął na wielbłądzie wraz zdziewczyną. Za nimi kraj roił się od wrogów; jedyną otwartą drogą była pustynia na południu. Wte groźne głębie się zapuścili.
Dziewczyna była Brytunką; Conan znalazł ją na targu niewolników wzdobytym szemickim mieście iwziął ją sobie. Nie miała wtej sprawie nic do powiedzenia, lecz nowa jej dola tak dalece przewyższała los, jaki czekał hyboryjską kobietę wszemickim seraju, że przyjęła ją zwdzięcznością. Tak więc dzieliła przygody przeklętej hordy Almurica.
Przez wiele dni uciekali wgłąb pustyni, ścigani przez stygijskich jeźdźców tak daleko, że gdy wreszcie zgubili pogoń, nie śmieli już zawracać. Parli naprzód wposzukiwaniu wody, aż wielbłąd padł. Potem szli pieszo. Przez ostatnich kilka dni cierpienia ich były straszliwe. Conan osłaniał Natalę, jak umiał, asurowe obozowe życie dało jej więcej hartu isił, niż posiada przeciętna kobieta; lecz mimo to bliska była kresu.
Słońce prażyło okrutnie czarną, zmierzwioną grzywę Conana. Zawroty głowy imdłości wzbierały w nim, ale zacisnąwszy zęby szedł niezachwianie. Był przekonany, że miasto jest rzeczywistością, nie mirażem. Nie miał pojęcia co mogą tam znaleźć. Mieszkańcy mogli okazać się wrodzy. Wszelako była to jakaś szansa, jeśli przyjdzie walczyć – a o więcej nigdy nie prosił
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy przystanęli przed masywną bramą, wdzięczni za rzucany przez nią cień. Conan postawił Natalę na ziemi irozprostował obolałe ramiona. Mury wznosiły się nad nimi na jakieś trzydzieści stóp, wzniesione zgładkiego, zielonkawego materiału, lśniącego niemal jak szkło. Conan przepatrywał blanki, spodziewając się okrzyku straży, lecz nie ujrzał nikogo. Zniecierpliwiony krzyknął izałomotał wbramę rękojeścią szabli, ale odpowiedziało mu jeno głuche echo. Natala przywarła do niego, przestraszona ciszą. Conan pchnął wrota – icofnął się, dobywając szabli, gdy bezgłośnie ustąpiły do wewnątrz. Natala stłumiła okrzyk.
– Och, spójrz, Conanie!
Tuż za bramą leżało ludzkie ciało. Conan przyjrzał mu się spod zmrużonych powiek, po czym powiódł wzrokiem dalej. Ujrzał szeroką, otwartą przestrzeń na kształt dziedzińca, otoczoną łukowatymi odrzwiami domów wzniesionych ztego samego zielonkawego materiału co zewnętrzne mury. Gmachy owe były wyniosłe iokazałe, zwieńczone lśniącymi kopułami iminaretami. Nigdzie pośród nich śladu życia. Pośrodku dziedzińca wznosiła się czworokątna cembrowina studni, awidok ów ukłuł Conana, któremu usta zdawały się zaskorupiałe od suchego pyłu. Ująwszy Natalę za przegub, wciągnął ją przez bramę izamknął ją za nimi.
– Czy on nie żyje? – szepnęła, wskazując lękliwie człowieka leżącego bezwładnie przed bramą.
Ciało należało do rosłego, potężnego mężczyzny, na oko wsile wieku; skórę miał żółtą, oczy zlekka skośne – poza tym niewiele różnił się od typu hyboryjskiego. Obuty był wwysoko sznurowane sandały, odziany wtunikę zpurpurowego jedwabiu, au pasa wisiał mu krótki miecz wpochwie ze złotogłowiu. Conan dotknął jego ciała. Było zimne. Nie było wnim znaku życia.
– Nie ma na nim ani jednej rany – mruknął Cymmeryjczyk – ale jestmartwy niczym Almuric zczterdziestoma stygijskimi strzałami wciele. Na Croma, chodźmy do studni! Jeśli jest wniej woda, napijemy się! Trupy czy nie trupy.
Woda wstudni była, lecz się jej nie napili. Jej zwierciadło lśniło dobre pięćdziesiąt stóp poniżej cembrowiny, anie było niczego, czym dałoby się jej zaczerpnąć. Conan zaklął wściekle, rozjuszony widokiem wody tuż poza zasięgiem ręki, iobrócił się, szukając sposobu jej dobycia. Wtem krzyk Natali sprawił, że odwrócił się na pięcie.
Rzekomy trup pędził ku niemu zoczyma płonącymi niewątpliwym życiem, zkrótkim mieczem lśniącym wdłoni. Conan zaklął zdumiony, lecz nie tracił czasu na dociekania. Powitał nacierającego tnącym cięciem szabli, które przeszło przez ciało ikość. Głowa napastnika głucho stuknęła opłyty; ciało zatoczyło się jak pijane, zprzeciętej szyi trysnął łuk krwi; potem runęło ciężko.
Conan spojrzał wdół, klnąc zcicha.
– Ten jegomość nie jest teraz bardziej martwy, niż był przed chwilą. Wjakiż to dom obłąkanych zabłądziliśmy?
Natala, która na ów widok zakryła oczy dłońmi, zerkała teraz przez palce, dygocąc ze strachu.
– Och, Conanie, czy ludzie z
