Czarny Kolos - Robert E. Howard - ebook + audiobook

Czarny Kolos ebook i audiobook

Robert E. Howard

3,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Z grobowca zasypanego piaskami pustyni budzi się Natohk – Zasłonięty, czarnoksiężnik, który trzy tysiące lat temu władał przeklętym miastem Kutchemes. Teraz, na czele dzikich hord pustyni, rusza na małe królestwo Khorai, a przed jego mroczną potęgą drżą trony i ołtarze.

 

Zrozpaczona księżniczka Yasmela, posłuszna głosowi wyroczni boga Mitry, powierza dowództwo nad armią pierwszemu mężczyźnie, jakiego spotka na ulicach miasta. Losy królestwa spoczywają odtąd w rękach barbarzyńcy z Cymerii – najemnika imieniem Conan.

 

Nadciąga bitwa, w której stal zetrze się z czarną magią, a odwaga jednego człowieka stanie naprzeciw grozy starszej niż ludzka pamięć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 74

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Conan Barbarzyńca

Czarny Kolos

Robert E. Howard

Przetłumaczył Marcin Gołda

„Noc Mocy, gdy Przeznaczenie kroczyło korytarzami świata niczym kolos, który właśnie powstał zodwiecznego granitowego tronu.”

– E. Hoffman Price, Dziewczyna zSamarkandy

Rozdział I

Nad tajemniczymi ruinami Kuthchemes wisiała jedynie odwieczna cisza, lecz był tam także Strach; Strach drżał wumyśle złodzieja Shevatasa, wtłaczając mu oddech, szybki iurywany, między zaciśnięte zęby.

Stał tak – jedyna drobina życia pośród kolosalnych pomników spustoszenia irozkładu. Nawet sęp nie zawisł czarnym punktem wbezkresnym błękicie nieba, rozżarzonego słonecznym skwarem. Zewsząd wznosiły się posępne relikty innej, zapomnianej epoki: ogromne, strzaskane kolumny, wbijające wniebo poszarpane iglice; długie, chwiejne linie kruszejących murów; zwalone cyklopowe bloki kamienia; roztrzaskane posągi, których przerażające oblicza na wpół zatarły żrące wiatry iburze piaskowe. Od horyzontu po horyzont żadnego śladu życia: tylko zapierająca dech wpiersiach połać nagiej pustyni, przecięta wijącą się linią dawno wyschniętego koryta rzeki; apośrodku tego bezmiaru – połyskujące kły ruin, kolumny sterczące niczym złamane maszty zatopionych okrętów. Nad wszystkim zaś górowała strzelista kopuła zkości słoniowej, przed którą Shevatas stał, drżąc na całym ciele.

Podstawę kopuły stanowił gigantyczny marmurowy cokół, wyrastający ztego, co niegdyś było tarasowym wzniesieniem na brzegu starożytnej rzeki. Szerokie stopnie wiodły ku wielkim spiżowym drzwiom wkopule, która spoczywała na swej podstawie niczym połowa tytanicznego jaja. Sama kopuła była zczystej kości słoniowej ilśniła tak, jakby nieznane dłonie wciąż utrzymywały ją wpołysku. Podobnie lśniło zwieńczone iglicą złote nakrycie szczytu oraz inskrypcja, która wiła się wokół krzywizny kopuły złotymi hieroglifami długimi na całe łokcie. Żaden człowiek na ziemi nie potrafił odczytać tych znaków, lecz Shevatas wzdrygał się na myśl omrocznych domysłach, jakie budziły. Pochodził bowiem zbardzo starej rasy, której mity sięgały wstecz ku kształtom, ojakich nie śniło się współczesnym plemionom.

Shevatas był żylasty igibki, jak przystało na mistrza złodziejskiego fachu zZamory. Jego małą, okrągłą głowę pokrywała gładko ogolona skóra, ajedynym odzieniem była przepaska biodrowa ze szkarłatnego jedwabiu. Jak wszyscy zjego rasy, miał ciemną karnację, awąską, sępią twarz ożywiały przenikliwe, czarne oczy. Jego długie, smukłe, zwężające się ku końcom palce poruszały się szybko iniespokojnie niczym skrzydła ćmy. Upasa pokrytego złotymi łuskami wisiał krótki, wąski miecz orękojeści wysadzanej klejnotami, spoczywający wzdobionej skórzanej pochwie. Shevatas obchodził się ztą bronią zprzesadną, zdawałoby się, ostrożnością. Wzdragał się nawet, gdy pochwa dotykała jego nagiego uda. Ajego ostrożność nie była bezpodstawna.

Oto Shevatas, złodziej pośród złodziei, którego imię wymawiano znabożnym lękiem wspelunkach Maulu iw mrocznych, cienistych zakamarkach pod świątyniami Bela, iktóry miał żyć wpieśniach ilegendach przez tysiąc lat. Ajednak strach toczył serce Shevatasa, gdy stał przed kopułą zkości słoniowej wKuthchemes. Nawet głupiec dostrzegłby, że jest wtej budowli coś nienaturalnego; wichry isłońce trzech tysiącleci smagały ją bezlitośnie, amimo to jej złoto ikość słoniowa wznosiły się jasne ilśniące jak wdniu, gdy bezimienne ręce wzniosły ją nad brzegiem bezimiennej rzeki.

Ta nienaturalność współgrała zaurą tych nawiedzonych przez demony ruin. Pustynia ta była tajemniczym bezkresem rozciągającym się na południowy wschód od ziem Szemu. Kilka dni jazdy na wielbłądzie ku południowemu zachodowi – jak dobrze wiedział Shevatas – wystarczyło, by podróżny ujrzał wielką rzekę Styks wmiejscu, gdzie skręcała pod kątem prostym od swego dotychczasowego biegu ipłynęła na zachód, by wkońcu wpaść do odległego morza. Wpunkcie owego zakola zaczynała się Stygia, mroczna władczyni południa, której włości, nawadniane wodami wielkiej rzeki, wyrastały stromo zotaczającej je pustyni.

Na wschodzie, jak wiedział Shevatas, pustynia przechodziła wstepy ciągnące się aż do hyrkańskiego królestwa Turanu, wznoszącego się wbarbarzyńskim przepychu na brzegach wielkiego śródlądowego morza. Tydzień jazdy na północ pustynia gubiła się wplątaninie jałowych wzgórz, za którymi leżały żyzne wyżyny Kothu, najdalej na południe wysuniętego królestwa hyboryjskich ludów. Na zachodzie pustynia stapiała się złąkami Szemu, sięgającymi aż po ocean.

Wszystko to Shevatas wiedział, nie zdając sobie nawet szczególnie sprawy ztej wiedzy – tak jak człowiek zna ulice rodzinnego miasta. Był podróżnikiem bywałym wświecie iograbił już skarbce wielu królestw. Teraz jednak wahał się idrżał uprogu największej przygody inajpotężniejszego skarbu ze wszystkich.

W tej kopule zkości słoniowej spoczywały szczątki Thugry Khotana, mrocznego czarnoksiężnika, który władał Kuthchemes trzy tysiące lat temu, gdy królestwa Stygii sięgały daleko na północ od wielkiej rzeki, poprzez łąki Szemu, aż po wyżyny. Wtedy to wielka fala Hyboryjczyków runęła na południe zkolebki ich rasy leżącej upółnocnego bieguna. Była to wędrówka iście tytaniczna, rozciągnięta na stulecia iepoki. Lecz za panowania Thugry Khotana, ostatniego maga Kuthchemes, szaroocy barbarzyńcy opłowych włosach, odziani wwilcze skóry iłuskowe pancerze, przybyli konno zpółnocy na żyzne wyżyny, by żelaznymi mieczami wyrąbać sobie królestwo Koth. Przetoczyli się przez Kuthchemes niczym fala przypływu, obmywając marmurowe wieże krwią, apółnocna część królestwa Stygii legła wogniu iruinie.

Lecz gdy pustoszyli ulice jego miasta iścinali jego ludzi jak dojrzałe zboże, Thugra Khotan zażył dziwną, straszliwą truciznę, ajego zamaskowani kapłani zamknęli go wgrobowcu, który sam sobie przygotował. Jego wyznawcy zginęli wokół owego grobowca wkrwawej rzezi, lecz barbarzyńcy nie zdołali wyważyć drzwi ani naruszyć budowli młotem czy ogniem. Odjechali więc, zostawiając wielkie miasto wgruzach, aw swym grobowcu okopule zkości słoniowej wielki Thugra Khotan spał niczym nie niepokojony, podczas gdy pustynne jaszczurki gryzły kruszejące kolumny, anawet rzeka, która niegdyś nawadniała jego ziemie, zapadła się wpiaski iwyschła.

Niejeden złodziej próbował dobrać się do skarbu, który – jak głosiły baśnie – piętrzył się wokół butwiejących kości wewnątrz kopuły. Iniejeden złodziej zginął udrzwi grobowca, aniejednego inne dręczyły potworne sny, aż wkońcu umierał zpianą szaleństwa na ustach.

Toteż Shevatas zadrżał, stając przed grobowcem, adreszcz ten nie brał się jedynie zlegendy owężu, który miał strzec kości czarnoksiężnika. Nad wszystkimi mitami oThugrze Khotanie wisiały groza iśmierć niczym całun. Zmiejsca, gdzie stał złodziej, widać było ruiny wielkiej sali, wktórej podczas świąt setki spętanych jeńców klękało, by kapłan-król ścinał im głowy na cześć Seta, Wężowego Boga Stygii. Gdzieś nieopodal znajdowała się otchłań, mroczna istraszliwa, do której wrzucano wrzeszczące ofiary na pożarcie bezimiennej, bezkształtnej poczwarze, wypełzającej zjeszcze głębszej, jeszcze bardziej piekielnej jaskini. Legenda czyniła zThugry Khotana istotę więcej niż ludzką; jego kult tlił się jeszcze wśród zwyrodniałej, mieszanej sekty, której wyznawcy wybijali jego podobiznę na monetach mających opłacić zmarłym przeprawę przez wielką rzekę ciemności, której Styks był jedynie materialnym cieniem. Shevatas widywał tę podobiznę na monetach skradzionych spod języków umarłych, ajej obraz wrył mu się niezatarcie wpamięć.

Odsunął jednak od siebie lęki iwspiął się ku spiżowym drzwiom, których gładka powierzchnia nie zdradzała ani rygla, ani zatrzasku. Nie na darmo zdobywał wstęp do mrocznych sekt, nie na darmo słuchał upiornych szeptów wyznawców Skelosa pod drzewami opółnocy iczytał zakazane, okute żelazem księgi Vathelosa Ślepego.

Klęknąwszy przed portalem, przeszukał próg zwinnymi palcami; ich czułe opuszki odnalazły wypukłości zbyt drobne, by dostrzegło je oko lub wykryły mniej wprawne dłonie. Naciskał je ostrożnie, według osobliwego porządku, mrucząc przy tym dawno zapomniane zaklęcie. Nacisnąwszy ostatnią, poderwał się wgorączkowym pośpiechu iuderzył otwartą dłonią, szybko imocno, wsam środek drzwi.

Nie zazgrzytała żadna sprężyna ani zawias, lecz drzwi cofnęły się wgłąb, az zaciśniętych zębów Shevatasa wyrwał się świszczący oddech. Ukazał się krótki, wąski korytarz. To wjego głąb wsunęły się drzwi ispoczywały teraz na jego drugim końcu. Podłoga, sklepienie iściany tego tunelowatego przejścia były zkości słoniowej, az otworu wjednej ze ścian wypełzła bezgłośnie wijąca się groza – wąż długi na dwadzieścia stóp, opołyskujących, tęczowych łuskach, który wzniósł się iutkwił wintruzie straszliwe, jarzące się oczy.

Złodziej nie tracił czasu na rozmyślania, jakie czarne jak noc otchłanie pod kopułą wykarmiły tego potwora. Ostrożnie dobył miecza, az ostrza skapywała zielonkawa ciecz, dokładnie taka sama jak ta, która ściekała zzakrzywionych niczym bułaty kłów gada. Klinga nasączona była jadem węży tego samego rodzaju, azdobycie owej trucizny wnawiedzanych przez demony bagnach Zingary mogłoby samo wsobie stać się kanwą pieśni.

Shevatas posuwał się czujnie na palcach, zlekko ugiętymi kolanami, gotów skoczyć wkażdą stronę niczym błyskawica. Icała ta zwinność okazała się mu potrzebna, gdy wąż wygiął szyję iuderzył, wyrzucając się na całą swą długość jak grom. Mimo bystrości oka iszybkości nerwów Shevatas byłby wówczas zginął, gdyby nie przypadek. Jego misternie obmyślany plan – odskoczyć wbok iciąć wwyciągniętą szyję – obrócił wniwecz oślepiająco szybki atak gada. Złodziej zdążył jedynie wysunąć miecz przed siebie, mimowolnie zamykając oczy iwydając okrzyk. Potem broń została wyrwana mu zdłoni, akorytarz wypełnił się przeraźliwym miotaniem ichłostaniem cielska.

Otworzywszy oczy, zdumiony, że wciąż żyje, Shevatas ujrzał potwora wijącego się iskręcającego oślizgłe cielsko wfantastycznych konwulsjach – miecz tkwił wbity wjego olbrzymią paszczę. Czysty przypadek rzucił bestię wprost na ostrze, które złodziej na oślep wystawił przed siebie. Kilka chwil później wąż opadł wlśniące, ledwie drgające zwoje, gdy trucizna zklingi dokonała swego dzieła.

Ostrożnie przekroczywszy próg, złodziej naparł na drzwi, które tym razem odsunęły się na bok, odsłaniając wnętrze kopuły. Shevatas krzyknął; zamiast nieprzeniknionej ciemności zastał szkarłatną poświatę, pulsującą idrgającą niemal ponad wytrzymałość śmiertelnych oczu. Biła ona zogromnego czerwonego klejnotu, osadzonego wysoko wsklepieniu kopuły. Shevatas stanął zrozdziawionymi ustami, choć widok bogactw nie był mu przecież obcy. Skarb był tam, spiętrzony woszałamiającej obfitości – stosy diamentów, szafirów, rubinów, turkusów, opali iszmaragdów; zigguraty znefrytu, gagatu ilazurytu; piramidy złotych sztab; piętrzące się bloki srebra; miecze orękojeściach wysadzanych klejnotami, wpochwach ze złotogłowiu; złote hełmy zbarwnymi kitami zkońskiego włosia albo czarno-szkarłatnymi pióropuszami; srebrne łuskowe pancerze; nabijane drogimi kamieniami rzędy, które nosili wojowniczy królowie spoczywający od trzech tysięcy lat wgrobowcach; puchary rzeźbione zpojedynczych klejnotów; czaszki powleczone złotem, zkamieniami księżycowymi zamiast oczu; naszyjniki zludzkich zębów inkrustowane szlachetnymi kamieniami. Podłogę zkości słoniowej pokrywała na kilka cali gruba warstwa złotego pyłu, który skrzył się imigotał w