Cud Eucharystyczny. Świadectwa - Henryk Bejda, Małgorzata Pabis - ebook
Opis

Sokółka – miejscowość na Podlasiu, w której doszło do niecodziennego świadectwa obecności Chrystusa wśród nas nazwanego Cudem Eucharystycznym. Wydarzenie to umacnia w wierze i bezsprzecznie potwierdza, że Msza Święta jest nie tylko symbolem, lecz także znakiem realnej obecności Jezusa. Każdy z nas może być świadkiem tej przemiany, jeśli tylko otworzy się na łaskę wiary i dar Eucharystii.

Urzeczeni tajemnicą niezwykłych wydarzeń w Sokółce, przygotowaliśmy kolejną publikację, w której przedstawiamy nowych świadków, nowe cuda, nowe fakty... nieodmiennej tajemnicy Bożej obecności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zamiast wstępu

Drodzy Czytelnicy! Jeśli dopiero od tej książki rozpoczynacie swoją „przygodę z Sokółką” i z wydarzeniami, które dokonują się tam od 2008 roku, czyli od momentu niezwykłej unaocznionej przemiany Hostii w cząstkę Ciała Pańskiego, koniecznie przeczytajcie ten wstęp. Znajdziecie tu bowiem opis tego, co się tam przed laty dokonało. Jeśli jednak całą historię dobrze już znacie (lub czytaliście Cud Eucharystyczny mojego autorstwa), możecie opuścić ten wstęp i przejść od razu do pierwszego rozdziału, w którym kontynuować będziemy naszą opowieść.

***

Była niedziela 12 października 2008 roku. Mszę Świętą o godzinie 8.30 w kościele pw. św. Antoniego w Sokółce celebrował młody wikary ks. Filip Zdrodowski. Tego dnia odczytywano przypowieść o zaproszonych na ucztę (Mt 22,1-14).

Potem było przeistoczenie i Komunia Święta. Podczas jej rozdzielania jednemu z księży upadł komunikant. Kapłan w ogóle tego nie zauważył. Zwróciła mu na to uwagę dopiero jedna z klęczących, przyjmujących Eucharystię kobiet.

Trzydziestoletni wikary z czteroletnim kapłańskim stażem zamarł z przerażenia. Nigdy mu się to jeszcze nie zdarzyło. Z czcią podniósł komunikant, ale go nie spożył. Uznając, że jest zabrudzony, włożył go do vasculum – małego srebrnego naczynia z wodą używanego przez kapłanów do obmywania palców po udzieleniu Komunii Świętej

Kiedy Msza Święta dobiegła końca, zakrystianka siostra Julia Dubowska – zakonnica ze Zgromadzenia Służebnic Jezusa w Eucharystii – zabrała vasculum z leżącą w wodzie Hostią i przeniosła je do zakrystii. Tam przelała zawartość vasculum do innego naczynia, a potem zamknęła je w sejfie, do którego klucze miała tylko ona i proboszcz parafii ks. Stanisław Gniedziejko. Spodziewano się, że stanie się to, co zwykle: konsekrowana Hostia rozpuści się w wodzie i w ten sposób przestanie być Ciałem Chrystusa – nie będzie w niej już Ciała żywego Boga ani Jego szczególnej obecności. Tak się jednak nie stało.

W kolejną niedzielę, 19 października między godziną 8.00 a 8.15 siostra Julia otworzyła sejf, zajrzała do naczynia i... zamarła. Hostia była już wprawdzie częściowo rozpuszczona, ale mniej więcej na jej środku znajdowało się coś, co przypominało żywą krew – jakiś dziwny czerwony skrzep. Pokazała to księżom.

Proboszcz sokólskiej parafii skontaktował się z kurią metropolitalną w Białymstoku. Razem z wikariuszami postanowił nie podejmować żadnych działań, ale zaczekać do planowanego niebawem przybycia do parafii białostockiego metropolity ks. abp. Edwarda Ozorowskiego.

Arcybiskup przyjechał do Sokółki wraz z kanclerzem kurii, księżmi infułatami i księżmi profesorami. Kapłani obejrzeli Hostię i poradzili, by zaczekać na dalszy rozwój wypadków i obserwować, co się będzie dalej działo.

29 października naczynie z Hostią przeniesiono do kaplicy na plebanii i umieszczono w tabernakulum, a dzień później – na polecenie arcybiskupa – ks. Gniedziejko łyżeczką ostrożnie wyjął częściowo rozpuszczoną Hostię z czerwoną krwistą substancją w środku i położył ją na bielutkim korporale z wyszytym na nim małym czerwonym krzyżykiem w środku. Korporał ów został umieszczony w kustodiarce służącej do przechowywania oraz przenoszenia komunikantów i ponownie zamknięty w tabernakulum.

Z upływem czasu komunikant „wtopił się” w korporał, a brunatnoczerwony „skrzep” zaschnął i nic nowego już się z nim nie działo (jego wygląd do dziś się zresztą nie zmienił). Uznano wtedy, że nadszedł czas, by podjąć kolejne działania.

Na początku stycznia 2009 roku białostocka kuria metropolitalna zwróciła się z oficjalną prośbą o pobranie i ekspertyzę „materiału złączonego z komunikantem” do wybitnych patomorfologów z dwóch niezależnych zakładów Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku – prof. dr hab. med. Marii Elżbiety Sobaniec-Łotowskiej i prof. dr. hab. med. Stanisława Sulkowskiego.

7 stycznia prof. Sobaniec-Łotowska pobrała z korporału próbkę „wtopionej” weń tajemniczej substancji. Białostoccy naukowcy użyli najnowocześniejszych mikroskopów świetlnych, jak również mikroskopu elektronowego transmisyjnego i oboje byli zadziwiająco zgodni co do wyników swoich obserwacji: to, co przebadali, nie było żadnym skrzepem, żadną krwią, ale... stanowiło w całości tkankę mięśnia sercowego i to – co równie niezwykłe – mięśnia w fazie agonalnej.

Kiedy w białostockiej kurii zapoznano się z niezwykłymi wynikami badań naukowych, do akcji wkroczyła powołana przez arcybiskupa 30 marca specjalna komisja kościelna. Jej zadaniem było zbadanie cudu pod kątem teologicznym i przesłuchanie tych, którzy mieli do czynienia z ową Hostią lub byli świadkami tych niezwykłych wydarzeń. Chciano ustalić, czy nie jest to jakaś mistyfikacja, czy ktoś nie podrzucił Hostii lub nie podmienił spoczywającego w vasculum konsekrowanego komunikantu.

Efektem pracy kościelnej komisji było orzeczenie: „Komunikant, z którego została pobrana próbka do ekspertyzy, jest tym samym, który został przeniesiony z zakrystii do tabernakulum w kaplicy na plebanii. Ingerencji osób postronnych nie stwierdzono”.

„Wydarzenie z Sokółki nie sprzeciwia się wierze Kościoła, a raczej ją potwierdza. Kościół wyznaje, że po słowach konsekracji mocą Ducha Świętego chleb przemienia się w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew. Stanowi ono również wezwanie, aby szafarze Eucharystii z wiarą i uwagą rozdzielali Ciało Pańskie, a wierni, by ze czcią Je przyjmowali” – napisano w jednym z komunikatów.

Od 2 października 2011 roku cząstkę Ciała Pańskiego można adorować w ramach całodziennej adoracji w kaplicy Matki Bożej Różańcowej sokólskiego kościoła pw. św. Antoniego Padewskiego. Uroczystość przeniesienia cudownie przemienionej Hostii z kaplicy na plebanii do kolegiackiej kaplicy Matki Bożej Różańcowej zgromadziła na przykościelnym placu kilkudziesięciotysięczną rzeszę wiernych z kraju i zagranicy. Poprzedzającej procesyjne przeniesienie uroczystej Mszy Świętej przewodniczył metropolita białostocki ks. abp Edward Ozorowski.

Byłem w Sokółce podczas tych uroczystości, obserwowałem to, rozmawiałem z ludźmi, świadkami tego, co się stało, i osobami, które Jezusowi Eucharystycznemu zawdzięczają nadzwyczajne łaski. Ze szczegółami pisałem o tym w książce Cud Eucharystyczny. Nie kryłem wówczas też, że wydarzenia w Sokółce miały – w moich, ale jak się później okazało, nie tylko w moich oczach – bardzo ścisły związek z tajemnicą Bożego Miłosierdzia. W przedziwny zresztą sposób sam zostałem w tę „miłosierną intrygę” wplątany. Odniosłem też wrażenie, że interpretacja tego Bożego znaku w pewnym sensie wymyka się ludzkiemu pojmowaniu. Ten cud jest jak kalejdoskop – przypomina dziecięcą zabawkę, która przy poruszeniu układa się w coraz to inny wzór. Wciąż doszukiwać możemy się w tym znaku czegoś innego, czegoś nowego, jakiegoś kolejnego skierowanego do nas przez Boga przesłania.

Książka, którą teraz trzymacie Państwo w swoich rękach, jest dalszym ciągiem tamtej opowieści. A przyznam szczerze, że wątki, które razem ze współpracującą ze mną Gosią Pabis przyszło nam teraz poruszyć, zaskoczyły nawet nas samych.

Rozdział I

Nabierzcie ducha i podnieście głowy!

„Jezus powiedział do swoich uczniów: «Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie»”.

Ten fragment Ewangelii według św. Łukasza (Łk 21,12-19) czytano w kościołach 25 listopada 2015 roku.

A nazajutrz:

„Jezus powiedział do swoich uczniów: «Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą! Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni! Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie»” (Łk 21,20-28).

Wysłuchałem obu tych fragmentów, siedząc każdego z tych dni o poranku w twardej drewnianej ławce kościoła św. Antoniego w Sokółce. Co więcej, w pierwszym czytaniu i w środę, i w czwartek razem ze zgromadzonymi w świątyni wiernymi wsłuchiwałem się w historię Daniela wrzuconego do jaskini lwów (choć mam wrażenie, że na skutek pomyłki lektora dwa razy usłyszałem tekst czwartkowy).

Środa: „Król Baltazar urządził dla swych możnowładców w liczbie tysiąca wielką ucztę i pił wino wobec tysiąca osób. Gdy zasmakował w winie, rozkazał Baltazar przynieść srebrne i złote naczynia, które jego ojciec, Nabuchodonozor, zabrał ze świątyni w Jerozolimie, aby mogli z nich pić król oraz jego możnowładcy, jego żony i nałożnice. Przyniesiono więc złote i srebrne naczynia zabrane ze świątyni w Jerozolimie; pili z nich król, jego możnowładcy, jego żony i jego nałożnice. Pijąc wino, wychwalali bożków złotych i srebrnych, miedzianych i żelaznych, drewnianych i kamiennych. W tej chwili ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Król zaś widział piszącą rękę. Twarz króla zmieniła się, myśli jego napełniły się przerażeniem, jego stawy biodrowe uległy rozluźnieniu, a kolana jego uderzały jedno o drugie. Wtedy przyprowadzono Daniela przed króla. Król odezwał się do Daniela: «Czy to ty jesteś Daniel, jeden z uprowadzonych z Judy, których sprowadził z Judy król, mój ojciec? Słyszałem o tobie, że posiadasz boskiego ducha i że uznano w tobie światło, rozwagę i nadzwyczajną mądrość. Słyszałem zaś o tobie, że umiesz dawać wyjaśnienia i rozwiązywać zawiłości. Jeśli więc potrafisz odczytać pismo i wyjaśnić jego znaczenie, zostaniesz odziany w purpurę i złoty łańcuch na szyję i będziesz panował jako trzeci w królestwie». Wtedy odezwał się Daniel i rzekł wobec króla: «Dary swoje zatrzymaj, a podarunki daj innym! Jednakże odczytam królowi pismo i wyjaśnię jego znaczenie. Uniosłeś się przeciw Panu nieba. Przyniesiono do ciebie naczynia Jego domu, ty zaś, twoi możnowładcy, twoje żony i twoje nałożnice piliście z nich wino. Wychwalałeś bogów srebrnych i złotych, miedzianych, żelaznych, drewnianych i kamiennych, którzy nie widzą, nie słyszą i nie rozumieją. Bogu zaś, w którego mocy jest twój oddech i wszystkie twoje drogi, czci nie oddałeś. Dlatego posłał On tę rękę, która nakreśliła to pismo. A oto nakreślone pismo: Mene, mene, tekel ufarsin. Takie zaś jest znaczenie wyrazów: Mene – Bóg obliczył twoje panowanie i ustalił jego kres. Tekel – zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki. Peres – twoje królestwo uległo podziałowi; oddano je Medom i Persom»” (Dn 5,1-6.13-14.16-17.23-28).

Czwartek: „Mężowie podbiegli gromadnie i znaleźli Daniela modlącego się i wzywającego Boga. Udali się więc i powiedzieli do króla w sprawie zakazu królewskiego: «Czy nie kazałeś, królu, ogłosić dekretu, że ktokolwiek prosiłby w ciągu trzydziestu dni o coś jakiegokolwiek boga lub człowieka poza tobą, ma być wrzucony do jaskini lwów»? W odpowiedzi król rzekł: «Sprawę rozstrzygnięto według nienaruszalnego prawa Medów i Persów». Na to odpowiedzieli, zwracając się do króla: «Daniel, ten mąż spośród uprowadzonych z Judy, nie liczy się z tobą, królu, ani z zakazem wydanym przez ciebie. Trzy razy dziennie odmawia swoje modlitwy». Gdy król usłyszał te słowa, ogarnął go smutek; postanowił uratować Daniela i aż do zachodu słońca usiłował znaleźć sposób, by go ocalić. Lecz ludzie ci pospieszyli gromadnie do króla, mówiąc: «Wiedz, królu, że zgodnie z prawem Medów i Persów żaden zakaz ani dekret wydany przez króla nie może być odwołany». Wtedy król wydał rozkaz, by sprowadzono Daniela i wrzucono do jaskini lwów. Król zwrócił się do Daniela i rzekł: «Twój Bóg, któremu tak wytrwale służysz, uratuje cię». Przyniesiono kamień i zatoczono na otwór jaskini lwów. Król zapieczętował go swoją pieczęcią i pieczęcią swych możnowładców, aby nic nie uległo zmianie w sprawie Daniela. Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzać do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego. Król wstał o świcie i udał się spiesznie do jaskini lwów. Gdy był blisko jaskini, wołał do Daniela głosem pełnym bólu: «Danielu, sługo żyjącego Boga, czy Bóg, któremu służysz tak wytrwale, mógł cię wybawić od lwów?» Wtedy Daniel odpowiedział królowi: «Królu, żyj wiecznie! Mój Bóg posłał swego anioła i on zamknął paszczę lwom; nie wyrządziły mi one krzywdy, ponieważ On uznał mnie za niewinnego; a także wobec ciebie nie uczyniłem nic złego». Uradował się z tego król i rozkazał wydobyć Daniela z jaskini lwów; nie znaleziono na nim żadnej rany, bo zaufał swemu Bogu. Na rozkaz króla przyprowadzono mężów, którzy oskarżyli Daniela, i wrzucono do jaskini lwów ich samych, ich dzieci i żony. Nim jeszcze wpadli na dno jaskini, pochwyciły ich lwy i zmiażdżyły ich kości. Król Dariusz napisał do wszystkich narodów, ludów i języków zamieszkałych po całej ziemi: «Wasz pokój niech będzie wielki! Wydaję niniejszym dekret, by na całym obszarze mojego królestwa odczuwano lęk i drżenie przed Bogiem Daniela. Bo On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki. On ratuje i uwalnia, dokonuje znaków i cudów na niebie i na ziemi. On uratował Daniela z mocy lwów»” (Dn 6,12-28).

Nie sądzę, żeby to był przypadek. Nie ma przypadków. Przyznam, że słysząc te czytania, oniemiałem. W Sokółce mogłem być w każdym innym czasie. Wybierałem się tam właściwie od początku 2015 roku i zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. Chciałem pojechać tam latem – nie pojechałem. Chciałem uczestniczyć w październikowej, kolejnej już rocznicy przeniesienia przemienionej Hostii z plebanii do kościoła – nie uczestniczyłem. Pojechałem tam dopiero pod koniec roku – 24 listopada – w jedynym możliwym, ostatecznym i nieprzekraczalnym terminie (żona dała mi nawet ultimatum – albo wybierzesz się tam w ostatnim tygodniu listopada, albo w 2015 roku nie pojedziesz tam wcale, bo grudzień znaczony jest w naszej rodzinie pasmem różnorakich rodzinnych obchodów). Daty nie wybierałem. Tak po prostu wyszło. Wraz z Mietkiem Pabisem – mężem Małgosi, współautorki tej książki – spędziłem w Sokółce trzy dni. 24 listopada na Mszy Świętej nie byłem – dojechaliśmy już po godzinie 18.00 – za późno. Korzystając z wolności od rodzinno-domowych obowiązków, wybrałem się jednak na poranne Msze Święte 25 i 26 listopada. Potem już w nich nie uczestniczyłem, bo jeszcze przed południem 26 listopada wyjechaliśmy do Białegostoku, a następnie wyruszyliśmy w powrotną podróż do Krakowa. No i usłyszałem to, co usłyszałem. Poraziło mnie to.

Dlaczego? Ano dlatego, że niespełna dwa tygodnie wcześniej – 16 listopada 2015 roku – doszło w Paryżu do spektakularnego mordu. Sześciu muzułmańskich terrorystów z okrzykami: Allah akbar! („Allach jest wielki!”) z zimną krwią zamordowało około 132 bezbronne osoby (rannych zostało 350 osób, z których niemal 100 znalazło się w stanie krytycznym). To był swoisty dalszy ciąg mordu z 7 stycznia tego samego roku. Dwóch islamistów wtargnęło wtedy do redakcji satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo” i zastrzeliło 12 osób. Tyle podziało się w samej Europie, a w Afryce i Azji było jeszcze gorzej. Tam zamachy na hotele, budynki publiczne i kościoły były na porządku dziennym (choćby w dokonanym nieco później – w połowie stycznia 2016 roku – zamachu na hotel i kawiarnię w Wagadugu, stolicy afrykańskiego państwa Burkina Faso, zginęły co najmniej 23 osoby z 18 państw, a dżihadyści cieszyli się, że... „poległo wielu krzyżowców”!).

Piszę zresztą te słowa niedługo po nowej fali narastającego islamskiego terroru – po wypadkach, do jakich doszło w sylwestra i Nowy Rok 2016 w niemieckiej Kolonii (a także w Hamburgu, Stuttgarcie, szwajcarskim Zurychu, fińskich Helsinkach i kilku innych miastach europejskich). Grasujące nieopodal słynnej katedry, w okolicach miejscowego dworca kolejowego, oddzielające się od liczącego około tysiąca osób tłumu kilkunastoosobowe grupki młodych mężczyzn o „arabskich rysach twarzy” upokorzyły około sto przebywających tam przypadkowo – powracających z sylwestrowych zabaw – kobiet, terroryzując je, strasząc, zabierając im dokumenty i pieniądze, molestując, a nawet – w kilku przypadkach – bezkarnie gwałcąc. Łącznie po sylwestrze 2015 roku napaść na tle seksualnym zgłosiło 516 kobiet! Był to jakże obrzydliwy akt pogardy dla europejskiej kultury, dowód, że dla muzułmańskich przybyszów z Afryki i Azji europejskie kobiety są jedynie... „zwierzyną łowną”.

Fakty są takie, że po masowym napływie imigrantów i uchodźców (w samym 2015 roku przybyło ich do Europy ponad milion!) – w opinii niektórych komentatorów noszącej znamiona zaplanowanej przez Bractwo Muzułmańskie „zorganizowanej islamskiej inwazji” – Europejczycy, przynajmniej w Europie Zachodniej, przestali czuć się w swoim własnym domu bezpiecznie i mam wrażenie, że z roku na rok sytuacja ulegać będzie pogorszeniu. Póki co, Polacy unikają otwartej konfrontacji z islamem. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?

Biblijne czytania usłyszane w te dwa listopadowe dni w sokólskim kościele dały mi zatem wiele do myślenia. Udzieliły mi też kolejnej – i przyznam, że dość nieoczekiwanej – odpowiedzi na wciąż kołaczące w mej głowie „szkolne” pytanie: co Pan Jezus przez ten cud chciał nam, Polakom, powiedzieć?

Myślę, że Pan Jezus właśnie na to, na taki scenariusz chciał nas przygotować. Pragnął przygotować nas na trudy i męczeństwo, ale także wlać w nasze serca wiarę i otuchę. Nie uważam wcale, że Polska jest „pępkiem świata” czy też „mesjaszem narodów”, ale czyż sam Pan Jezus nie powiedział siostrze Faustynie: „Polskę szczególnie umiłowałem...”? A ja – swoją drogą – jakoś nigdy w to nie zwątpiłem.

Cel islamskich dżihadystów jest jasny, prosty i nad wyraz czytelny – zdobycie władzy nad Azją, Afryką, Europą[1]... jednym słowem: nad całym światem, stworzenie tam kalifatów (muzułmańskich gmin) i narzucenie wszystkim ludziom i narodom (a również mniej radykalnym wyznawcom islamu) jarzma islamskiego prawa szariatu.

Jasne jest dziś też, że aby ten cel zrealizować, nie cofną się oni przed niczym. Uciekać się będą do próśb i gróźb, do psychicznego terroru oraz tortur, gwałtów i mordowania niewinnych ludzi, przymusowej islamizacji, porywania nieletnich chrześcijańskich dziewcząt, gwałcenia ich lub wydawania za mąż za muzułmanów, niewolenia i czystek etnicznych, niszczenia kościołów i rabowania; używać będą śmiercionośnych „pasów szahida” i odwoływać się do „mowy pieniędzy”.

Nie da się także ukryć i zbagatelizować faktu, że – o ile w Europie Zachodniej muzułmanie póki co atakują i mordują głównie wyśmiewających się z wszelkich uczuć religijnych ateistów (przypadek „Charlie Hebdo”) i ludzi, którzy żyją, jakby Bóg nie istniał – w Azji i Afryce ich ofiarami padają przede wszystkim chrześcijanie. Dowodzą tego chociażby przeprowadzane przez islamskich terrorystów ataki na kościoły w Nigerii czy dokonywane na plażach w celu zastraszenia masowe egzekucje koptów i innych wyznawców Chrystusa.

Jednak jeśli chodzi o Zachód, to – jak pisał Ernesto Galli della Loggia, włoski pisarz i publicysta, we wstępie do poświęconej męczeństwu chrześcijan XX wieku książce Mroki nienawiści Antonio Socciego – „koniec końców o wiele ważniejsza od gwałtownego ataku przemocy wobec «niewiernych» jest szara codzienność, która powoli acz nieuchronnie eliminuje wszelką odmienną od islamskiej rzeczywistość religijną i kulturową” (s. 12), owa swoista „postępująca w mniejszej lub większej skrytości” pełzająca islamizacja spychająca kulturę Zachodu do defensywy i czyniąca chrześcijaństwo „jedną z głównych ofiar starcia”.

Nie mam dziś najmniejszych wątpliwości, że jedyną skuteczną tamę w stosunku do tej paneuropejskiej i wszechświatowej fali islamskiej ekspansji postawić możemy tylko my – chrześcijanie, a jedynym remedium na islamizację Europy i sposobem na przetrwanie jest jej powrót do Chrystusowej wiary. „Europa będzie chrześcijańska albo nie będzie jej wcale” – mówił Robert Schumann, główny architekt Zjednoczonej Europy. Podobne słowa – tym razem o samej Polsce – kilka wieków wcześniej padły z ust ks. Piotra Skargi: „Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił. Bo korzeń jego jest Chrystus. (...) Ruszcież jedno z tych fundamentów religii starej i kapłaństwa, ujrzycie wielkie zarysowanie murów królestwa i ojczyzny waszej. A za tym i upadek, obroń Boże, nastąpi”, bo przecież „obce fundamenty budowanie obalają”.

Co mamy zatem czynić my, chrześcijanie XXI wieku? Jak w obliczu tego, co się dzieje, powinniśmy się zachować? Wiem, że nie wolno nam odpowiadać nienawiścią na nienawiść, że powinniśmy „zło dobrem zwyciężać”. Nie wolno nam jednak również – do czego chcą nas zmusić islamscy terroryści – wyrzec się swojej wiary; nie wolno nam zaprzeć się Chrystusa – nawet za cenę krwi. Wiem, że musimy swojej wiary bronić, także czynnie i aktywnie, a przede wszystkim starać się zapobiec temu, co najgorsze, perswadować, przekonywać, nawracać. Przyznam, że przez jakiś czas miałem jednak w głowie niezły mętlik: Co robić? Dać się zabić? Walczyć? Emigrować?

Odpowiedź na pytania, co mamy czynić i kto nam w odparciu tego ataku dopomoże – kierowane przeze mnie również i do Boga – otrzymałem w lutym 2016 roku w miejscu niezwykłym, bo w kościele Mniszek Klarysek od Wieczystej Adoracji w Kętach. Do tego to położonego między Śląskiem a Małopolską, ale ciążącego zawsze bardziej do Krakowa miasteczka wybrałem się między innymi w sprawach związanych z pisaniem tej książki.

„Kto ma