68,99 zł
Kryzys klimatyczny w twoim ciele
Zmęczony świat daje nam się we znaki. Konsekwencje zmian klimatycznych dla ludzkiej biologii są znacznie trudniej dostrzegalne niż podnoszący się poziom wód oceanicznych czy narastające fale upałów. Clayton Page Aldern, opierając się na wieloletnich badaniach, analizuje złożone relacje między przekształceniami środowiska naturalnego a funkcjonowaniem ludzkiego mózgu i organizmu.
Na skutek wysokich temperatur wzrasta liczba napaści z użyciem broni i aktów przemocy domowej. Cieplejszy świat sprawia, że szkodzimy sobie nawzajem. Nie tylko wojna powoduje stres pourazowy – jego przyczyną mogą być również gwałtowne pożary czy huragany. Autor odsłania nieoczekiwany wpływ zachodzących w naturze zmian na produktywność, pamięć, język, tożsamość, a nawet strukturę mózgu. Analizuje procesy zachodzące od rolniczych regionów Kalifornii po arktyczne siedziby Saamów.
Niezwykła proza Alderna wytrąca z równowagi, budzi emocje i nie lekceważy ludzkich obaw. Ciężar natury pozostawia jednak miejsce na nadzieję, że da się zatrzymać to, co wydaje się przesądzone.
Czy wiesz, że:
– W gorące dni sędziowie imigracyjni częściej odrzucają wnioski o azyl, a arbitrzy sportowi częściej podejmują błędne decyzje?
– W ocieplających się na całym świecie wodach powiększa się populacja „mózgożerczych ameb” powodujących śmiertelnie niebezpieczną negleriozę?
– Psychologowie coraz częściej spotykają się z przypadkami osób doświadczających żałoby klimatycznej, lęku ekologicznego czy melancholii środowiskowej?
Clayton Page Aldern - neuronaukowiec i dziennikarz zajmujący się ochroną środowiska. Publikuje w periodykach: „The Atlantic”, „The Guardian”, „The New Republic”, „Mother Jones”, „Vox”, „Newsweek”, „The Economist”, „Scientific American” i „Grist”. Jego wizualizacje danych dotyczących zmian klimatycznych pojawiają się na różnych forach, na przykład w Senacie USA podczas przemówienia senatora Sheldona Whitehouse’a.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2025
Marka wydawnicza Bo.wiem
Seria: #nauka
Konsultantka merytorycznaDominika Zaremba
Projekt okładkiSebastian Wojnowski
Na okładce: Auguste Rodin, Myśliciel, 1880, Musée Rodin (fot. rawpixel.com)
Tytuł oryginału: The Weight of Nature: How a Changing Climate Changes Our Brains
Copyright © 2024 by Clayton Page AldernAll rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2025Copyright © for the Polish translation by Magdalena Rabsztyn-Anioł, 2025Wydanie I, Kraków 2025All rights reserved
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.
ISBN 978-83-233-5608-0 (druk)ISBN 978-83-233-7756-6 (mobi, epub)
Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoRedakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Krakówtel. 12-663-23-80Dystrybucja: tel. 12-631-01-97tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected] internetowy: www.bowiem.wuj.pl
Dla Ally, światła natury
Umysł walczy z
ciałem, a ciało z ziemią. Pragnie naszych ciał,
ten pejzaż, i wszystkim grozi, że zostaną
wchłonięci. Czy możemy kochać naturę za to, jaka
naprawdę jest: drapieżna? Nie chodzimy po biernym
pejzażu. Farba kiedyś wyschnie. Ciała
kiedyś się rozłożą. Zderzamy się z miejscem, które
jest kolejnym określeniem na Boga, i odchodzimy, kulejąc
z trwałymi obrażeniami (…)
Richard Siken, Landscape with Fruit Rot and Millipede
PROLOG. Napięcie
I wezmę sobie prawo za miarę, a sprawiedliwość za pion.Ale grad zmiecie schronisko kłamstwa, a wody zaleją kryjówkę1.
Księga Izajasza 28, 17
Ciebie nie dziwi rozmach burzy, –tyś widział, jak on wiał (…)2.
Rainer Maria Rilke, O pielgrzymstwie, 1905 (tłum. Witold Hulewicz)
Dezaraye Bagalayos już na początku rozmowy powiedziała mi, że czuje się przezroczysta. Jak tłumaczyła, nie chodzi o to, że jest prześwitująca dla ludzi, lecz że tak odbiera samą siebie. „Od ostatnich 10 lat czuję się tak, jakbym nie istniała w pełni3 – napisała mi. – Jakby moje stopy nigdy nie stały mocno na ziemi”. To istnienie w stanie zawieszenia: unoszenie się i migotanie, bardziej pasujące do ducha niż do żywej kobiety, która wychowuje sześcioletnią córkę.
Przezroczystość Dezaraye bierze się z czegoś, co ona nazywa prowadzeniem równoległego życia. Życie, które widzą wszyscy dookoła, układa się z małych klocków Lego rozwoju: studia, postępy w karierze zawodowej, kupno domu i jego remont, uczenie Eleanor czytania. Dezaraye w rozmowach z córką kładzie duży nacisk na edukację i co wieczór wspólnie odrabiają zadania domowe: mama na studiach licencjackich, Eleanor w pierwszej klasie. Drugie życie polega na zajmowaniu się kwestiami gleby i wody w kalifornijskiej dolinie San Joaquin, która przypomina kształtem rękawiczkę z jednym palcem. Tamtejsza ziemia jest porośnięta tak bujną roślinnością i tak żyzna, że kiedyś nazwano ten teren spichlerzem świata. Jeśli mieszkasz w Stanach Zjednoczonych i zdarzyło ci się jeść winogrona lub migdały, to prawdopodobnie rosły w San Joaquin i najpewniej nawadniała je delta rzek Sacramento oraz San Joaquin.
Delta: przez ponad 1100 meandrujących, dendrytycznych kilometrów rzeczny pejzaż rozpościera się wachlarzem przez Kalifornię niczym korzenie brzoskwini. Wkradłszy się w głąb lądu pod koniec ostatniego okresu zlodowacenia, delta obecnie nasącza uprawy doliny San Joaquin poprzez autostrady irygacyjne regulowane za pomocą pomp na jej południowym krańcu. Jednak mimo tej imponującej sieci kanałów i akweduktów nawet biliony litrów wody nie wystarczają, by zaspokoić pragnienie wartych miliardy dolarów czereśni bing, ziemniaków white rose i orzechów włoskich tulare, które zapuściły korzenie w tej dolinie. W porach suszy ten rozziew się zwiększa. Aby zrekompensować skąpsze poziomy wód powierzchniowych, farmerzy robią odwierty – nawet na głębokość kilometra – żeby dostać się do warstw wodonośnych Joaquin.
Jeśli można powiedzieć, że jakikolwiek cykl ma punkt startowy, to ten potencjalny początek samonakręcającej się spirali doliny San Joaquin znajdowałby się tutaj, w głębi studni czerpiących z wód gruntowych. Gdy farmerzy raz za razem pobierają tyle wody, ile mieści basen olimpijski, żeby nadążyć za apetytem swoich upraw, wilgotne pokłady gliny i mułu pod powierzchnią przesączają się do piasku i żwiru, w których dopiero co zmniejszono ciśnienie. Wyciśnięte niczym kuchenne gąbki warstwy mułu ugniatają się, a wzdęta ziemia nad nimi posłusznie osiada. Z powolnym i bezgłośnym krzykiem dolina San Joaquin tonie.
Wygląda to tak: rekordowe susze drastycznie obniżają zasoby wody powierzchniowej, ciurkające kanały wywołują potrzebę wiercenia głębszych studni, nadmiernie opróżnione warstwy wodonośne przyciągają powierzchnię planety bliżej jądra – a osiadająca, odkształcająca się ziemia niszczy zbudowaną na niej śmiesznie kruchą ludzką infrastrukturę, łącznie z kanałami niosącymi wody powierzchniowe z delty. Kiedy cykl się powtarza, staje się toksyczny. Wyżymamy stare ziemie rolne, a kompresja wtłacza arsen do wód gruntowych. Do tego dochodzi wielka powolna siła, która w naszym mniemaniu zawsze działa gdzieś na marginesie, ale tutaj, w środkowej Kalifornii, sprawia, że pory suche są coraz bardziej dotkliwe. Niektóre części doliny tworzą kratery z prędkością nawet 60 centymetrów rocznie, inne zapadły się o blisko metr od lat dwudziestych ubiegłego wieku. Nasze wiertła się obracają, a ziemia idzie w dół razem z nami.
Równoległe życie Dezaraye jest przez to zapadłe miejsce ściągane do siebie. „Moja córka nie ma przyszłości – mówi. – Nasze dni na tej planecie są policzone. Nie sądzę, że wszyscy umrzemy w przyjemny sposób, a nic i nikt nie działa wystarczająco szybko, żeby to powstrzymać”. Tak wygląda chaos spowodowany zmianami klimatu. Dezaraye mówi, że powstanie rynków wody stanowiło torowanie drogi do pełnej prywatyzacji wody w Kalifornii; do ochrony właścicieli tej cieczy przez prywatne milicje; do powszechnych wojen o zasoby w jej rodzinnym mieście Stockton. Czym więcej jest duch niż czymś, co tkwi między życiem a śmiercią? „Czuję się tak, jak sobie wyobrażam, że Ziemia się czuje” – mówi.
*
Historia twojego życia to pion murarski. Co oznacza, że ma kierunek. Czujesz ten kierunek, ponieważ obierasz go w każdym momencie każdego dnia. Postanawiasz rano wstać, w końcu. Podejmujesz decyzję, że umyjesz zęby – albo to pominiesz. Czasami decydujesz się otworzyć książkę do banana popijanego kawą – czasami stwierdzasz, że doczytasz do kolejnego akapitu.
Ten kierunek nie zależy wyłącznie od ciebie.
Zeszłej nocy było gorąco i nie dało się dobrze spać. Czujesz się dziś półprzytomnie, co oznacza, że zachowujesz się w określony sposób, ponieważ czujesz się tak, a nie inaczej. Ten banan trochę dziwnie się do ciebie uśmiecha i potrzeba dwóch kaw, żeby znów zyskać poczucie kontroli. Jeden łyk, drugi. W porządku. Stajesz się sobą.
Co się stało? Otóż świat coś ci zrobił. Pociągnął cię, troszeczkę, i zrzucił z kursu, odrobinę. Właściwie to tyle co nic, ledwie machnięcie skrzydeł motyla w wielkim wirze życia. Ale spójrz – to, o czym tu mówimy, jest przeciwieństwem efektu motyla. Żadnego cudownego efektu domina zamieniającego kichnięcie w ogromne fale. Nie, interesują nas na razie te małe zmiany, które następują po innych małych zmianach. Zeszłej nocy było gorąco i oto sięgasz po dodatkową porcję kofeiny. I tak, to nadal ty po nią sięgasz – nie robi tego świat. To nadal ty podejmujesz decyzje, kiedy świat ściąga cię z kursu. Chcę przez to powiedzieć, że twoja historia nadal ma kierunek. Ale jest coś jeszcze. Do linii twojego życia przywiązany jest ciężarek – i ciąży on ku ziemi.
To książka o twojej drugiej kawie. O sposobach, na jakie świat przyrody szarpie i szturcha decyzje, które podejmujesz; o tym, jak wypacza i nagina twoje wspomnienia oraz stany umysłowe; o tym, jak to niesprecyzowane wszędzie, które nazywamy środowiskiem, przechyla szalę twojej wewnętrznej wagi. Czasami te kuksańce są łagodne – odwarkniesz ze złością matce podczas rozmowy telefonicznej, bo chyba już o tym rozmawialiście, a teraz jest 35°C i twoja cierpliwość się wyczerpała. A może to jakość powietrza jest dziś do bani – w końcu w całym stanie szaleją pożary lasów – i potwornie boli cię głowa, tak że naprawdę nie dasz rady dostatecznie się skupić, żeby sobie przypomnieć, czy urodziny twojej ukochanej osoby są 5 czy 6 stycznia. Przecież trzeba znać odpowiedź na takie pytanie. Czy to naprawdę wypada tego samego dnia co rocznica ataku na Kapitol? Nie, chyba jednak dzień wcześniej.
Zapomnienie o urodzinach czy odburknięcie mamie to jeszcze nie najgorsza sytuacja. Tego rodzaju gafy można naprawić, nawet jeśli jest zbyt gorąco, żeby spać. Ale nie zawsze jest to możliwe. Czasami świat robi więcej – popycha dalej albo zmienia na zawsze. Prowadząca do kresu wytrzymałości trauma huraganu, pożary, które wyczerpują ludzi – wewnętrzne demony, które meldują się w motelu twojego umysłu i nigdy go nie opuszczają, a do tego w jakiś sposób nakłaniają cię do płacenia rachunku. Istnieje głęboka otchłań depresji pojawiająca się wraz z utratą krajobrazu; niszczące korę mózgową choroby wywołane przez ocieplające się wody. Są już tutaj z nami mózgożerne ameby, gwałtownie spadające wyniki testów egzaminacyjnych i skurczone przewlekłym stresem mózgi. A to nie wszystko, jest tego więcej. Usiłuję powiedzieć, że wspomniane okropności nie znajdują się „gdzieś tam”, lecz w naszym wnętrzu.
Ale zacznijmy od kawy. Nadal się budzimy.
*
Przez tysiąclecia uznawaliśmy za oczywistą pewną nieograniczoność rodzaju ludzkiego. Pierwszy rozdział Księgi Rodzaju wtłacza do głowy pogląd, że człowiek ma uczynić całą Ziemię sobie poddaną. Wszechwładza, sprawczość i możność osiągnięcia doskonałości są wpisane w nasze rozumienie tego, co oznacza bycie człowiekiem. Osiki, gazele, lucerna, żuki, otoczaki w rzece, wodospady – wszystkie robią mniej więcej to samo: reagują. Ale my robimy coś zgoła odmiennego. W podręcznikach do historii nasze największe postępy jako gatunku zasadzają się na dyrygowaniu naturą. Uprawianie zbóż nazywamy rewolucją agrarną, a spalanie węgla rewolucją przemysłową. Mamy kontrolę.
Nawet kiedy piszę to zdanie, nie mogę się pozbyć wrażenia, że to ja wykonuję tę czynność, że to ja dowodzę. Myślę, więc jestem – stara racjonalistyczna mantra. René Descartes, francuski filozof, który sformułował tę myśl, uważał, że wolna wola jest oczywista – że „należy to zaliczyć do pierwszych i najpowszechniejszych pojęć z tych, które nam są wrodzone”4. Faktycznie, w przekonaniu Kartezjusza wolna wola nie tylko oddzieliła nas od natury, ale także stworzyła dualizm między ciałem a umysłem. W skądinąd predeterminowanym świecie nasze umysły przeciwstawiały się fizyce. Poruszały kończynami. Piły drugą kawę. Dualizm kartezjański chronił umysł przed wpływem środowiska. Nie miało znaczenia, jak czuje się Ziemia – jedynie my mieliśmy uczucia.
Jak się później miało okazać, Kartezjusz nie był neuronaukowcem. Nikt nie parał się neuronauką w 1644 roku, kiedy ten uczony pisał swoje traktaty o wolnej woli. Jednak przez kolejne 375 lat skrupulatni myśliciele – badacze, filozofowie, duchowni, artyści – zgromadzili dużo informacji o mózgu. Dowiedzieliśmy się, że jest on zbudowany z tkanek, z komórek, tak samo jak reszta naszego ciała. Rzeczywiście stanowi siedzibę umysłu, lecz wcale nie przeciwstawia się fizyce. Dowiedzieliśmy się, że komórki tworzące mózg komunikują się ze sobą w języku substancji chemicznych i elektryczności; że ten język stanowi podłoże dla naszego języka – mówionego, pisanego – jak również naszych ruchów, emocji i poczucia własnego ja. Badacze zajmujący się neuronauką wciąż pracują nad złamaniem kodu tego elektrochemicznego gwaru. To subtelna, skomplikowana sztuka – dokładne rozszyfrowanie tego, jak mózg robi to, co robi. W ciągu czterech stuleci zgromadziliśmy jednak dość wiedzy, żeby mieć jako takie pojęcie, co takiego robi, a czego nie.
W każdym razie, kiedy pracowałem jako neuronaukowiec, tak właśnie myślałem o tym, czym się zajmuję. Na ogół grzebałem w komputerze, przedstawiając w formie modeli mózg i jego obwody. Tworząc komputerowe modele aktywności neuronalnej, ja i moi koledzy oraz koleżanki mogliśmy przewidywać, co dzieje się w tym skomplikowanym, galaretowatym, rzeczywistym organie, kiedy wykonuje on swoje zadania. W teorii nasze starania ułatwiały pracę eksperymentatorom, czyli tym, którzy zajmowali się prawdziwymi mózgami. Konstruowaliśmy modele, żeby stawiać hipotezy dotyczące tego, co mózg robi; ludzie wkładający elektrody do prawdziwych mózgów zbierali dane z neuronów i porównywali je z przewidywaniami naszych modeli; my korygowaliśmy nasze modele o rozbieżności z danymi i tak w kółko. Uważano, że ostatecznie otrzymamy wiarygodny model mózgu, który uchwyci zachowanie tego prawdziwego. Wówczas będzie można wykorzystać model do przewidywania, przykładowo, potencjalnej skuteczności niektórych form leczenia farmaceutycznego. Można celowo zniekształcić model, żeby zrozumieć, co dzieje się w przypadku chorób mózgu.
My, teoretycy – modelarze – właściwie byliśmy nieco jak ten mózg. Okazuje się, że jego praca, zasadniczo, polega na tworzeniu wewnętrznej reprezentacji świata. Dzieje się tak, ponieważ aby móc poruszać się w swoim środowisku, musisz mieć wrodzone poczucie tego, jak to wszystko do siebie pasuje. Jeśli masz przetrwać w betonowej dżungli, grawitacja nie może cię zaskoczyć. Musisz rozumieć, że kiedy samoloty chowają się za chmurami, to nie znikają na zawsze. Musisz pamiętać, co się dzieje, kiedy przenosisz stopę do przodu. Twój mózg pomaga tworzyć i przechowywać tego rodzaju przewidywania dotyczące funkcjonowania świata. Te przewidywania są wewnątrz ciebie. Innymi słowy, to ty jesteś modelem. Jesteś obrazem tego, co na zewnątrz.
Ten obraz nie jest jednak statyczny. Z chwili na chwilę, dbając o twoje istnienie, twój mózg porównuje przewidywania swojego modelu świata z otrzymywanymi informacjami sensorycznymi i ulepsza działania wewnętrzne, by zminimalizować zaskoczenie5. Rozglądasz się, dotykasz przedmiotów, poruszasz się tu i ówdzie – przez cały ten czas oczekując, że sprawy potoczą się w określony sposób. Kiedy tak się nie dzieje, odpowiednio aktualizujesz swój model. Podobnie jak w przypadku wzajemnej zależności między teoretykami i eksperymentatorami zajmującymi się neuronauką celem jest tu zminimalizowanie rozbieżności pomiędzy tym, czego spodziewasz się doświadczyć w dowolnym momencie, a tym, czego faktycznie doświadczasz na podstawie wrażeń zmysłowych, których świat dostarcza twoim oczom, uszom i innym układom sensorycznym. To jedyny sposób, aby nieustannie istnieć w czasie. Gdyby twój mózg nie starał się minimalizować zaskoczenia, bez końca mroziłoby cię patologiczne osłupienie, w każdej chwili każdego dnia. Nie sposób byłoby pamiętać, że ludzie zazwyczaj mają dwie ręce; przerażałoby cię ciągłe uświadamianie sobie, że twoje ręce są przymocowane do ciała, a niebo ma tak nadzwyczajny odcień błękitu. Zamiast jednak odnajdować się w ustawicznym koszmarze, twój model uczy się oczekiwać tego rodzaju rzeczy, dzięki czemu może się skupić na interesujących kwestiach. Za każdym razem, kiedy rozglądasz się po pomieszczeniu, aktualizujesz swój model świata – świadomość jego istnienia i miejsca, jakie w nim zajmujesz. Modelowanie świata pozwala nam rozumieć, że wciąż żyjemy, a rzeczywistość wygląda mniej więcej tak, jak się tego spodziewamy. Świadomy dostęp do tego modelu – poprzez uczucia i wiedzę – pozwala nam używać mózgu i ciała jako narzędzi do utrzymania się przy życiu.
Innymi słowy, jednym ze sposobów myślenia o uczuciach – doznaniach cielesnych, emocjach, które im przypisujemy – jest zrozumienie, że pozwalają nam na doświadczanie naszego własnego życia. Jak napisał neuronaukowiec Antonio Damasio, uczucia „umożliwiają organizmowi ocenę jego względnego sukcesu w życiu”6. Zużyto wiele atramentu, by opisać regulację emocji. Z grubsza jest na odwrót. Zostaliśmy tak zaprojektowani, żeby to emocje regulowały nas. Sukces w życiu oznacza słuchanie swojego ciała.
Pojmowanie samego siebie jak twórcy modelu siłą rzeczy odwołuje się do mózgu oraz reszty ciała. Mózg jest bezużyteczny bez swojego domu. Bez możliwości widzenia, dotykania i wąchania świata, bez możliwości poruszania się po nim za pomocą nóg czy, powiedzmy, rąk na wózku, bez informacji z narządów o tym, czy czujesz głód, przerażenie albo właśnie ulegasz oparzeniu, twój mózg nie miałby nic do modelowania. Oznacza to, że jedyną rzeczą, której mózg nie robi, jest działanie w izolacji, i dlatego Kartezjusz tak bardzo się mylił. Wbrew instynktom dualistów współczesna neuronauka uczy nas o nierozerwalności umysłu i ciała. Poznanie jest dosłownie ucieleśnione. Świadomy, ciekawy umysł naprawdę może powstać z jakiegoś niepozornego, pomarszczonego organu schowanego pod kilkoma milimetrami skóry, czaszki i przypominającej pajęczynę tkanki ochronnej – lecz co równie istotne, te czary zależą od interakcji między tym organem a resztą zwierzęcia, w której się on mieści. Materia myśli jest materią fizyczną. Jest wystawiona na świat i kształtuje się na jego obraz. W twojej drugiej filiżance kawy kryje się mocna porcja wzajemności.
Poznanie ucieleśnione implikuje, że umysł podlega kaprysom dzikiej planety. Odzwierciedlasz swoje środowisko, i to nie w ezoterycznym znaczeniu Ery Wodnika. Sporo treści, które podsuwam w tej książce, można sprowadzić do następującej kwestii: kiedy zmienia się środowisko, spodziewaj się, że ty również się zmienisz. Zadaniem twojego mózgu jest modelowanie świata takim, jaki jest. A świat się przeobraża.
Przez ostatnie kilka lat rozmawiałem z ludźmi, którzy czują się jak Ziemia: niepewni, oscylujący, napięci do granic możliwości. Zmęczony świat daje nam się we znaki, a kiedy zmiany klimatu wypychają wskaźniki poziomu mórz, pokrywy lodowej i temperatury poza skalę, te skrajności do nas wracają. Mamy teraz określenia na opisanie tych warunków: żałoba klimatyczna, lęk ekologiczny, melancholia środowiskowa, zespół stresu przedurazowego – całkowicie nowe słownictwo na ujęcie psychologicznego i emocjonalnego chaosu związanego z bliższym poznawaniem naszej degradującej się planety. Licealiści szykują się na przyszłość ze zniszczonym klimatem z takim samym pośpiechem, strachem i osobliwą rezygnacją, jakie zwykle przejawiają podczas ćwiczeń na wypadek strzelaniny. Są ludzie, jak Dezaraye, którzy martwią się, że ich dzieci nie mają przyszłości; inni mogą w ogóle nie mieć dzieci z obawy przed sprowadzeniem ich na płonący świat. Ilu z nas podziela ten strach?
Sam się nad tym zastanawiałem. Szybko znalazłem innych – więcej takich jak my, uginających się pod ciężarem nowej normalności. Rodzice i dziadkowie, którzy obserwują erozję niezmiennych linii brzegowych, zniknięcie chmar owadów i zlewanie się czterech pór roku w jedną; ich dzieci, młodsze pokolenie, które dorastało, znając tylko zakłócenia klimatu, teraz zaczyna rozumieć niesprawiedliwość kart, jakie przypadły im w rozdaniu. W 2015 roku dzięki psychologom poznałem rozwijającą się dziedzinę psychologii klimatu. W 2017 roku ekonomiści wskazali mi coraz bardziej lepkie odciski, jakie środowisko zostawia na ludzkich zachowaniach. A potem, kiedy akurat moje badania zaczęły rozbrzmiewać znajomym echem potwierdzenia – niewątpliwie znasz już pojęcie lęku klimatycznego – coś się wydarzyło: zacząłem rozmawiać z byłym koleżeństwem, neuronaukowcami, i zdałem sobie sprawę, że się boję. Sedno związku pomiędzy środowiskiem a umysłem tkwiło głębiej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem. Zmiana klimatu nie tylko już nadeszła – ona jest w nas samych.
W niepokojącej zmianie paradygmatu obserwujemy, jak gwałtownie zmieniające się środowisko bezpośrednio wpływa na zdrowie mózgu, zachowanie, procesy poznawcze i podejmowanie decyzji w czasie rzeczywistym. Skoki temperatury są powodem gwałtownych wzrostów wszystkiego, od napaści z użyciem broni przez przemoc domową po mowę nienawiści w internecie. Ostro zwyżkujące poziomy dwutlenku węgla i fale upałów osłabiają umiejętności rozwiązywania problemów, sprawność poznawczą oraz naszą zdolność uczenia się. Nie trzeba iść na wojnę, żeby mieć zespół stresu pourazowego – do tego wystarczą gwałtowne pożary czy huragany, które dotykają nas coraz częściej. Wywołana przez zmiany klimatu ekspozycja na działanie neurotoksyn – spowodowane przez zmiany klimatu choroby mózgu. No i do tego dochodzi nasz lewiatan żałoby klimatycznej. Od lęku przez produktywność po strach, pamięć, język, kształtowanie tożsamości, a nawet strukturę mózgu, siły świata przyrody wywierają niewidoczny, lecz wyraźny nacisk – kciuk natury na szali naszego wewnętrznego funkcjonowania. Wszystko to stanowi nieodłączną część prostego, uderzającego objawienia: nie tylko my naciskamy. Natura się przeciwstawia i potrafi dać odpór.
*
Ta książka mówi o neuronauce oraz psychologii tego, jak zmieniający się świat zmienia nas od wewnątrz. To nie jest książka o lęku klimatycznym – o martwieniusię zmianami klimatu – choć w dalszej części krótko omówimy tę kwestię. Nie jest to również książka o komunikacji klimatycznej ani o polityce klimatycznej i sposobach, w jakie psychologiczne wymiary problemu klimatycznego przyczyniają się dokomplikowania tych obszarów. To ważne sprawy, o których można przeczytać gdzie indziej. Nie będę również zagłębiał się zanadto w okopy świadomości, chociaż użytecznym przypomnieniem powtarzanym jak mantra może być to, że umysł jest osadzony w mózgu i ciele. Energia umysłowa jest energią fizyczną. I tyle – to wszystko, co mam tu do powiedzenia o neurofilozofii. W tej książce znajdziesz jedynie dowody bezpośrednich ingerencji zmian środowiskowych w mózg i umysł. Taki jest zakres niniejszej publikacji.
A oto kim jestem i dlaczego obchodzi mnie ten bałagan. Obecnie często przedstawiam się jako neuronaukowiec rekonwalescent. W 2015 roku, kiedy obmyśliłem sobie ten projekt, dopiero co skończyłem krótkie studia uzupełniające z neuronauki na Uniwersytecie Oksfordzkim i większość czasu spędzałem na bawieniu się językiem programowania MATLAB, usiłując powtórzyć w komputerze wyniki eksperymentu, który ktoś przeprowadził na mózgach rybek – danio pręgowanych. Pracowałem jako technik laboratoryjny w miejscu o nazwieCentre for Neural Circuits and Behaviour (Ośrodek Obwodów Neuronalnych i Zachowań). Sądziłem, że podłapałem wymarzoną pracę. Zapisałem się na podyplomowe studia z polityki publicznej. Piłem chłodne piwo z beczki i zimne koktajle z dżinem, grałem w rugby i pływałem płaskodenną łódką, a od czasu do czasu nosiłem uroczystą togę akademicką. Beztroskie życie. Nadal jestem za nie wdzięczny.
Mówiąc jednak wprost, wszystko to było nieco oderwane od świata, który istniał poza Centrum.
I wtedy znajomy pokazał mi raport Pentagonu. Wcześniej w tym samym roku Departament Obrony po cichu przedłożył Kongresowi krótki raport poświęcony konsekwencjom zmieniającego się klimatu dla bezpieczeństwa narodowego7. Ten czternastostronicowy dokument, napisany sprawnym, najeżonym akronimami stylem wojskowej biurokracji, był niezwykły, biorąc pod uwagę to, co ujawniał. Departament – a żaden z niego Greenpeace – nie tylko uważał zmiany klimatu za poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, ale też odnotował, że skutki tych zmian już występują. Syryjska susza z połowy pierwszej dekady XXI wieku, dławiąc rolnictwo i podsycając masowe migracje, przyczyniła się do wybuchu wojny domowej w Syrii. W 2012 roku, na własnym terenie, kiedy wskutek huraganu Sandy zalane zostały korytarze nowojorskich budynków, Departament Obrony był zmuszony do zmobilizowania 24 tysięcy pracowników. Dla szych z wojska i wywiadu zmiany klimatu nie były hipotetyczne. My już z nimi walczyliśmy.
Najbardziej zdumiewające w tym raporcie z lipca 2015 roku było jednak przedstawienie tego, jak zmieniający się klimat oddziałuje na nasze bezpieczeństwo. Dla Departamentu Obrony zmiany klimatu nie polegały na rosnących odczytach temperatury i podnoszeniu się poziomu mórz. Obawy te były drugorzędne w stosunku do czegoś bardziej ludzkiego – zdolności globalnego klimatu do „pogłębienia istniejących problemów”, takich jak ubóstwo, napięcia społeczne, nieudolne przywództwo i słabość instytucji politycznych. Nie chodziło tylko o to, że cieplejszy świat zaszkodzi nam bezpośrednio – chodziło o to, że cieplejszy świat sprawi, że zaszkodzimy sobie nawzajem. Pamiętam, jak w mojej głowie na właściwe miejsce wskoczył element układanki.
Kilka miesięcy wcześniej, zanim Pentagon przedłożył raport, ekonomista ze Stanforda Marshall Burke oraz dwójka jego współpracowników opublikowali w „Annual Review of Economics” recenzowany artykuł na temat związków między klimatem a konfliktami8. Analizując dziesiątki niezależnych badań, zespół pokazał, w jaki sposób odchylenia w rozkładzie temperatury czy poziomie opadów są powiązane ze wzrostami zarówno wielkoskalowych konfliktów, jak i jednostkowych przypadków brutalnej przestępczości. Niezwykłym wnioskiem, wielokrotnie pojawiającym się w badaniach, których przeglądu dokonał zespół Burke’a, było to, że owych skoków wskaźników przestępczości nie dawało się powiązać z takimi kwestiami jak dochód czy brak bezpieczeństwa żywnościowego. Wpływ tych czynników statystycy potrafili skorygować. Tu działo się coś jeszcze.
To tego rodzaju odkrycie, które uruchamia dzwonki alarmowe u osób zajmujących się neuronauką. Skoro profesor ze Stanforda, a teraz pracownicy Departamentu Obrony twierdzą, że zmiany temperatury są ściśle powiązane z przemocą, zacząłem się zastanawiać, jaka plątanina ścieżek neurologicznych może tu działać – które aspekty, jeśli jakiekolwiek, można oddzielić od geopolityki, socjologii oraz antropologii – i cóż ta gmatwanina może oznaczać dla ocieplającego się świata. Zmiany klimatu zawsze gdzieś istniały – w innym miejscu i w przeszłości. Jeśli susze i rosnące temperatury robią coś ludziom teraz, tutaj, w tej najbardziej osobistej z przestrzeni, uznałem, że warto pytać jak i dlaczego. Przekierowałem zdobyte wykształcenie polityczne na politykę klimatyczną – opuściłem laboratorium, żeby zająć się dziennikarstwem ekologicznym. Ta książka jest rezultatem późniejszych siedmiu lat badań.
Jak sugerowano wcześniej, związek między temperaturą a agresją to wierzchołek topniejącej góry lodowej. W miarę jak zagłębiałem się w neuronaukę zmian środowiskowych, masowo pojawiały się dowody niewidocznych sił. Zmieniająca się Ziemia infiltrowała nasze wewnętrze światy, kierowała naszymi dłońmi i wkładała nam do ust słowa. Środowisko było wszędzie. No przecież. Byłem rybą, która w końcu zaczęła rozumieć wodę.
Kolejne rozdziały przedstawiają zasadniczy element środowiskowej układanki, który w modelowaniu klimatu, kształtowaniu polityki oraz życiu osobistym powszechnie ignorujemy – na własną szkodę. Konsekwencje zmian klimatu dla naszych mózgów składają się na kryzys zdrowia publicznego, który w dużej mierze pozostaje nieodnotowany. A dawno minął czas, kiedy należało zacząć działać. Sędziowie imigracyjni częściej odrzucają wnioski o azyl w gorętsze dni. Niektóre leki działające na mózg nie są tak skuteczne w wyższych temperaturach. Pożary nas eksmitują; przewlekły stres staje się kliniczny. W świecie wektorów przenoszących choroby zależne od klimatu zmiany ekosystemu rozszerzają zasięg wszystkiego, od komarów znanych z rozprzestrzeniania malarii mózgowej po mózgożerne ameby, o których większość z nas nawet nie słyszała, bo nie miała ku temu powodu. Częstotliwość występowania klinicznej depresji wzrasta w zawrotnym tempie wraz z utratą krajobrazu. Twój licealista straci kilka punktów na egzaminie końcowym, jeśli przystąpi do niego w szczególnie upalny dzień. Już teraz jesteśmy ofiarami kryzysu klimatycznego, niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie.
To jest przerażające. A przynajmniej powinno takie być. Mnie przeraziło, kiedy zacząłem to rozumieć, i przeraża mnie teraz.
Nie chcę jednak, żeby ktoś skulił się ze strachu. I nie sądzę, że taka musi być nasza reakcja. Uważam tak z kilku powodów. Przede wszystkim niektóre z nieuchronnie zbliżających się koszmarów zdrowia publicznego nie są pozbawione rozwiązań. Część z nich jest natury technicznej: protokoły chorób zakaźnych, środki farmakologiczne, tymczasowe rozwiązania, na przykład systemy wentylacji czy filtracji powietrza. Jednak duża część rezyliencji psychologicznej, umysłowej i emocjonalnej będzie zakorzeniona w technikach zapożyczonych z psychoterapii oraz nauk behawioralnych – odpowiedziach adaptacyjnych, na które możemy się zdecydować, żeby twórczo ukierunkować ból utraty, uniknąć wypalenia, odzyskać sprawczość i znaleźć cel w obliczu przypadkowej, niesprawiedliwej przyszłości. Czucie zmieniającego się klimatu może być środkiem, za pomocą którego wreszcie na tę zmianę zareagujemy. Wspólne działania mogą sprzyjać więziom oraz sile charakteru. Mamy też opowiadanie historii – ten pradawny środek, dzięki któremu uznajemy i nazywamy swoje doświadczenia, trafiamy do umysłów innych ludzi i szlifujemy niedoskonałą sztukę empatii. Są tu pewne jednoczące, łączące zasady. One mogą nas ugruntować.
Najpierw jednak musimy się skupić.
W wywiadzie udzielonym w 2016 roku dla „New York Timesa” Barack Obama nazwał zmiany klimatu „wolno rozgrywającą się kwestią, której na co dzień ludzie nie odczuwają ani nie zauważają”9. Rzeczywiście do niedawna większość z nas na ogół interpretowała zmianę klimatu jako abstrakcyjny koncept – to wlokące się coś, przekraczające centymetr za centymetrem granice i pokolenia. Zatrzymywaliśmy się, żeby poważnie się nad tym zastanowić, tylko wówczas, kiedy te powolne zmiany przerywały nietypowe huragany i największe od stu lat pożary. Zaledwie kilka lat po wywiadzie Obamy nie jest to już prawdą – dowody dewastacji klimatu widzimy każdego dnia w nagłówkach, na zdjęciach i przez własne okno. Zmiany środowiskowe nie są już marginesem. Lato w Filadelfii przypomina lato w Atlancie sprzed kilku dekad. Z kolei Atlanta ma teraz takie lata jak Tampa10. Niedawne okresy pożarów ukazują w radykalnie pomarańczowych i czarnych barwach gwałtowne konsekwencje nieokiełznanego klimatu. Huragany pochłaniają nadmorskie dzielnice. W lipcu 2021 roku na czterech kontynentach wystąpiły równocześnie skrajne zjawiska pogodowe, od śmiercionośnej powodzi w Europie Zachodniej przez szalejące na Syberii pożary lasów po największe od tysiąca lat opady deszczu w Chinach.
Skrajne warunki pogodowe to jednak nie wszystko, co widać – jeśli wiemy, na co patrzeć. Neurologiczne, emocjonalne i behawioralne skutki degradacji środowiska mogą przeciągnąć nasze rozumienie zmian klimatu jako problemu przyszłości w teraźniejszość. Klimat się zmienił, nadal się zmienia, a miliony ludzi już ponoszą tego konsekwencje. Koncentrując się na ludzkim doświadczeniu związanym ze zmieniającym się klimatem, możemy nadać namacalne kontury temu, co nie ma kształtu. Specyficzny, upokarzający paradoks tego wszystkiego polega na tym, że być może od początku wystarczyło zajrzeć w głąb siebie.
Zrobienie tego dzisiaj pomoże nam lepiej zrozumieć ten kryzys – największy kryzys egzystencjalny, przed jakim kiedykolwiek stanęła ludzkość – rozpoznać i rozwijać rezyliencję w swoich reakcjach na niego, a także wskazywać na realne rozwiązania, które pomogą nam się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Krótko mówiąc, możemy pojąć znaczenie globalnych zmian środowiskowych, wnikliwiej przyglądając się samym sobie. Przedstawiciele nauk społecznych mówią nam, że zmiany klimatu wymagają zaangażowania emocjonalnego, jeśli decydenci mają słuchać i działać. Uważam, że to słuszne. Ludzie mogą i powinni połączyć się ze zmieniającym się klimatem na poziomie emocjonalnym – ale skoro klimat już nas zmienia, już to robimy.
*
Istnieje pewien rodzaj wstępu do pewnego rodzaju książek napisanych podczas pandemii koronawirusa. Brzmi mniej więcej tak: „A potem świat się zmienił i zdaliśmy sobie sprawę, w jakim stopniu wszystko jest ze sobą powiązane – jak twoje zdrowie wpływa na moje; jak dynamika władzy strukturalnej kształtuje dostęp i możliwości – i dotarło do nas, że ten projekt to nie tylko zbiór przepisów na pirackie koktajle; to także historia imperium oraz supremacji białych”.
Książka, którą właśnie trzymasz w dłoniach, nie rości sobie prawa do moralnej wyższości, a jej główne przesłanie nie zmieniło się znacząco podczas pandemii. W założeniu jest to rozprawa oparta na wzajemnych powiązaniach, lecz mówienie o tym wydaje się tak banalne jak przypominanie komuś, że stąpa po ziemi dzięki grawitacji.
To jednak prawda, że większość rozdziałów powstała w czasach wielkich konsekwencji i masowych zgonów. Wydaje mi się, że warto o tym wspomnieć. Pod pandemicznymi falami – tymi krzywymi, które próbowaliśmy spłaszczyć – świat stał się mniejszy. Fale napierały. Groziły spłaszczeniem nas.
Nadchodzi kolejna fala. W tej książce daję wyraz przekonaniu, że kryzys klimatyczny się zaostrzy, zanim sytuacja się poprawi – i że drastycznie nie doceniamy (ani nie potrafimy wyrazić) wielu związanych z nim zagrożeń. Ale nie sądzę, by ta historia musiała opowiadać wyłącznie o strachu. O kolejnych rozdziałach możesz myśleć jak o agentach ubezpieczeniowych – mówią: „Spójrz, oto ryzyka, które powinniśmy wyszczególnić i przed którymi należy się zabezpieczyć”. Wiemy, że zmiany klimatu wpływają na systemy pamięci, procesy poznawcze oraz agresję impulsywną. Wiemy, że napełniają wodę i powietrze neurotoksynami; że zwiększają zasięg wektorów przenoszących choroby mózgu; że skrajne warunki pogodowe mogą wywołać zespół stresu pourazowego. Wiemy, że zmieniający się klimat może silnie oddziaływać na nasze układy sensoryczne. Może wywoływać lęk i depresję. Może niszczyć język, a tym samym nasze postrzeganie rzeczywistości. Fale kryzysu klimatycznego już nas przewracają, bez względu na to, czy akceptujemy ten fakt czy nie. Pytanie brzmi: jak utrzymamy się na powierzchni?
Twierdzę – być może nieco zbyt szczerze jak na książkę, do której poważnego potraktowania cię namawiam – że musimy utrzymywać się na powierzchni razem. Na tej łodzi ratunkowej jest miejsce. Zakładam zrozumienie świata poprzez skierowanie uwagi w głąb siebie. Lecz możemy także wyciągnąć rękę, przeciwstawiając się sile fali, i to nie tylko działając po omacku. Ludzie spowodowali kryzys klimatyczny i jego neurologiczne konsekwencje i to ludzie, solidarnie, je odwrócą. Rozbudzą w sobie nawzajem rezyliencję. Znajdziesz jej przykłady na kolejnych stronach.
Tekst został podzielony na trzy części. W pierwszej skupiam się na istotnym oddziaływaniu zmian klimatycznych na zachowanie: osłabianiu naszej domniemanej wolnej woli poprzez wpływ na działanie systemów pamięci, procesów poznawczych i agresji. W drugiej części rozważam sposoby, w jakie zmieniające się środowisko wchodzi w wyraźną kolizję ze zdrowiem neurologicznym. Omawiam ekspozycję na neurotoksyny środowiskowe spotęgowane przez zmiany klimatu, zależne od klimatu zakaźne choroby mózgu oraz ekstremalne urazy psychiczne. W trzeciej i ostatniej części koncentruję się na subtelniejszych oddziaływaniach. Mówię o tym, jak zmiany klimatyczne i degradacja środowiska przenikają narządy zmysłów takich jak powonienie i słuch; jak zmiany klimatu wpływają na komunikowanie bólu i głęboką depresję i jak podstępnie kształtują język oraz percepcję. To wytrącający z równowagi, ciężki stos dowodów.
Ta książka nie jest jednak falą. Jest wyciągniętą ręką. Trzymaj się.
