Chcę cię i nie chcę - Maureen Child - ebook
Opis

Sean zawiera z Melindą małżeństwo na papierze, które ma trwać dwa miesiące. Każde z nich ma w tym swój cel: on finalizuje zakup ziemi na karaibskiej wyspie, ona uzyskuje dostęp do funduszu powierniczego. Jeden tylko warunek ich umowy okazuje się trudny do spełnienia: zapanowanie nad narastającym pożądaniem...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 164

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maureen Child

Chcę cię i nie chcę

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Powinniśmy się pobrać.

Sean King zakrztusił się łykiem schłodzonego piwa. Odstawił butelkę na blat z drewna tekowego i kaszlał tak długo, aż łzy napłynęły mu do oczu. Zamrugał powiekami, by wyraźniej widzieć kobietę, która wypowiedziała te trzy na pozór zwykłe słowa.

Było na co popatrzeć. Jej włosy były niemal tak czarne jak jego. Oczy miała nieco jaśniejsze od jego niebieskich oczu, zaś miodowy odcień skóry świadczył o tym, że sporo czasu spędzała na powietrzu. Zauważył też wysokie kości policzkowe, delikatne łuki brwi i pełne determinacji spojrzenie.

Gdy oblizała wargi, coś w nim drgnęło. Na moment spuścił wzrok na cytrynową suknię, która odsłaniała zgrabne nogi. Paski sandałów zdobiły białe kwiaty kontrastujące z czerwonymi paznokciami. Sean podniósł znów wzrok i odezwał się z uśmiechem:

– Nie sądzi pani, że najpierw moglibyśmy zjeść razem kolację?

Wargi kobiety zadrżały. Rzuciła spojrzenie barmanowi, jakby chciała się upewnić, że nikt jej nie usłyszy.

– Wiem, to brzmi dziwacznie…

– Tak, dziwacznie to celne określenie.

– …ale mam swoje powody.

– Dobrze wiedzieć. – Sięgnął po piwo. – No to na razie.

Kobieta westchnęła zirytowana.

– Pan się nazywa Sean King. Ma się pan spotkać z Walterem Stanfordem.

Zaintrygowany Sean przymrużył oczy.

– Na tej wyspie wieści rozchodzą się lotem błyskawicy.

– Jeszcze szybciej, gdy Walter jest czyimś dziadkiem.

– Dziadkiem? – powtórzył. – Pani jest…

– Melinda Stanford – dokończyła i rozejrzała się niespokojnie.

Jak na wnuczkę bogatego człowieka, właściciela tej wyspy, wydawała się dość przestraszona.

– Możemy usiąść przy stoliku? Wolałabym, żeby nikt nas nie słyszał.

Sean zgadywał, skąd ta prośba. Oświadczanie się obcemu mężczyźnie to oryginalny sposób nawiązywania znajomości. Owszem miły, gdyby nie to, że kobieta była chyba trochę stuknięta. Nie czekając na jego zgodę, ruszyła w stronę jednego z sześciu pustych stolików w hotelowym barze.

Patrzył na nią, zastanawiając się, co zrobić. Była piękna, lecz postrzelona. W ciemnym kącie niegdyś eleganckiego, teraz dość zapuszczonego baru, wyglądała jak promień słońca. Trzydzieści lat temu ten bar cieszył się świetną opinią, ale po latach wzlotów i upadków sprawiał wrażenie, jakby ktoś machnął na niego ręką.

Na drewnianej podłodze widniały głębokie rysy, których nie zakryło kilka warstw pasty. Ściany wymagały odświeżenia, okna były małe. Można też było dostrzec kilka ładnych akcentów w stylu art deco. Łuki drzwiowe, okrągłe lustra obramowane ozdobnymi płytkami, prostokątne stoliki o pałąkowatych nogach i wyłożonych mozaiką blatach.

Witrażowe kinkiety przypominały modernistyczny styl lat trzydziestych dwudziestego wieku. Barowi nie brakowało urody, lecz prosił się o remont. Sean wyburzyłby frontową ścianę i zastąpił ją szybą, dając gościom wyjątkowy widok na morze. Trzymałby się stylu art deco i nad drzwiami dodałby witrażowe okno. Prowadził firmę budowlaną i w myślach wciąż przerabiał różne obiekty.

Ten bar nie był jednak jego własnością, poza tym czekała na niego ta kobieta. Z Walterem Stanfordem umówił się na następny dzień, więc miał trochę czasu. Uśmiechnął się pod nosem, idąc w stronę kobiety.

Usiadł naprzeciw niej i wyciągnął przed siebie nogi. Oparł na brzuchu butelkę piwa, przekrzywił głowę i czekał na wyjaśnienia.

– Wiem, że przyjechał pan kupić ziemię na północnym brzegu.

– To nie tajemnica. – Wypił łyk piwa i zerknął na etykietę. Miejscowe piwo, naprawdę wyjątkowe. Kiedy hotel Rica zacznie działać, poleci je kuzynowi do hotelowego baru.

Przeniósł wzrok na Melindę i wzruszył ramionami.

– Pewnie cała wyspa wie, że Kingowie negocjują z pani dziadkiem.

– Tak. – Splotła dłonie na stoliku. Wyglądała jednocześnie sztywno i seksownie. – Lucas King był tu dwa miesiące temu. Nie dogadał się z dziadkiem.

Niestety mówiła prawdę. Sean odbył już rozmowę telefoniczną z Walterem, także bez większych sukcesów. Dlatego właśnie tu przyjechał.

Tesoro, jedna z najmniejszych wysp karaibskich, była własnością prywatną. Walter Stanford był tu praktycznie feudalnym panem i władcą. Posiadał udziały w większości miejscowych firm i strzegł wyspy przed obcymi jak pitbull na krótkim łańcuchu.

Kuzyn Seana Rico, który chciał rozwinąć swoje imperium, uparł się wybudować tu luksusowy hotel. King Construction – Sean i jego dwaj przyrodni bracia Rafe i Lucas – mieli być partnerami w tym biznesie. Nic jednak nie zbudują, nie posiadając ziemi. Od miesięcy przekonywali Stanforda, że hotel Kingów przyniesie wyspie wymierne korzyści: pracę dla mieszkańców, zwiększony ruch turystyczny i mnóstwo pieniędzy.

Rico odwiedził starego Waltera. Tuż po nim w tej samej sprawie przybyli tu Rafe i Lucas. Teraz przyszła kolej na Seana, który wkraczał do akcji, gdy sytuacja wyglądała krytycznie. Jego urok i luz zazwyczaj doprowadzały do zawarcia umowy. Sean potrafił grać ostro, lecz nigdy tego przed nikim nie odsłaniał.

– Nie jestem Lucasem – odrzekł z pewnością siebie. – Dogadam się z pani dziadkiem.

– Niech pan na to nie liczy. Jest uparty.

– Nie zna pani Kingów. To my wynaleźliśmy upór.

Westchnęła i pochyliła się do przodu. Głęboki dekolt sukni pozwolił mu zobaczyć piersi i skraj koronki biustonosza. Niechętnie podniósł wzrok, gdy podjęła:

– Jeżeli chce pan mieć tę ziemię, znam na to sposób.

Potrząsnął głową ze śmiechem. Była piękna, ale on nie szukał kobiety. Zrobi to po swojemu.

– A tym sposobem jest poślubienie pani.

– Otóż to.

– Pani mówi poważnie. – Zmarszczył czoło.

– Jak najbardziej.

– Bierze pani jakieś leki?

– Jeszcze nie – mruknęła i dodała głośniej: – Dziadek chce wydać mnie za mąż i doczekać się wnuków.

Bracia Seana i liczni kuzyni w ostatnim czasie pogrążyli się w odmętach małżeństwa. Lucas zrobił to w minionym roku. Nikt w rodzinie nie wiedział o szczęśliwie krótkiej wycieczce Seana do małżeńskiego piekła. Więcej nie zamierzał się żenić.

– No to powodzenia. – Zaczął się podnosić.

Melinda chwyciła go za rękę. Odniósł wrażenie, że dotyka ognia. Poczuł się zagubiony, przytłoczony czymś, czego nie umiał nazwać. Gdy spojrzał jej w oczy, zobaczył wyraźnie, że ona poczuła to samo i jest tak samo zaskoczona. I równie zdeterminowana, by udać, że nic się nie stało. Co z tego, że się podniecił? Poradzi sobie z tym. Odkąd skończył dziewiętnaście lat, jego życiem nie kierowały hormony.

Chociaż… wciąż czuł gorąco, więc by uniknąć pokusy, wyrwał rękę z jej uścisku.

– Mógłby mnie pan przynajmniej wysłuchać.

Ściągając brwi, Sean ponownie usiadł. Nie interesowało go, co ona ma do powiedzenia, wolał jednak nie ryzykować, że obrazi członka rodziny, od której tak wiele zależało.

– Proszę, słucham. Byle szybko.

– Więc chodzi o to, żeby pan się ze mną ożenił.

– To już wiem. Czemu?

– Bo to ma sens.

– W jakim świecie?

– Pan chce kupić ziemię dla kuzyna, który zamierza wybudować tu hotel. Ja potrzebuję tymczasowego męża.

– Tymczasowego?

Zaśmiała się krótko i melodyjnie, i potrząsnęła głową.

– Myślał pan, że proponuję małżeństwo do grobowej deski? Obcemu mężczyźnie?

– No, no! To pani mi się oświadczyła, zanim poznałem pani nazwisko, więc proszę uważać na słowa.

– Dobrze. Oto moja propozycja. Kiedy spotka się pan z dziadkiem, on zechce pana ze mną wyswatać.

– Skąd pani wie?

Machnęła ręką.

– Próbował już co najmniej czterokrotnie.

– Ale nie z moimi braćmi.

– Obaj są żonaci.

– To prawda.

– Tak czy owak – podjęła – dziadek powie, że sprzeda panu ziemię, jak pan się ze mną ożeni. Proszę tylko, żeby pan się zgodził.

– I ożenił się z panią.

– Tymczasowo.

– A konkretnie? – Nie do wiary, że o to pyta.

Melinda zmarszczyła czoło i postukała palcem w brodę.

– Wystarczą dwa miesiące – odparła. – Dziadek wierzy, że z czasem małżeństwo z rozsądku może stać się prawdziwym związkiem. Ja w to nie wierzę.

– W tym się zgadzamy. – Uniósł butelkę z piwem.

– Jeśli przez dwa miesiące będziemy razem, dziadek pomyśli, że daliśmy sobie szansę. To dość długo, żeby go uspokoić, i dość krótko, żebyśmy wytrzymali.

– Uhm. – Jak to się stało, że ten zwyczajny dzień zamienił się w szaleństwo? – Czemu zawdzięczam honor być pani wybrankiem?

Melinda usiadła prosto i zabębniła palcami o blat. Nie zdołała ukryć zdenerwowania.

– Trochę się o panu dowiedziałam.

– Co?!

– Przecież nie wyjdę za byle kogo.

– Ach tak. – Kiwnął głową. – Rozumiem.

– Był pan dobrym studentem, studiował pan informatykę. Potem z dwoma przyrodnimi braćmi zajął się pan biznesem. Jest pan sprawnym negocjatorem. – Nabrała powietrza. – Mieszka pan w odremontowanej wieży ciśnień w Sunset Beach w Kalifornii i lubi pan ciasteczka szwagierki.

Sean ściągnął brwi i wypił spory łyk piwa. Nie przeszkadzało mu to śledztwo.

– Nie lubi pan zobowiązań, nie wiążę się pan z kobietami. – Wciąż postukiwała palcami po blacie. – Jest pan seryjnym monogamistą. Wszystkie pana byłe wyrażają się o panu w samych superlatywach, więc rozumiem, że jest pan dość sympatyczny niezależnie od tego, że nie potrafi pan wytrwać w związku.

– Słucham?

– Pański najdłuższy związek, w college’u, trwał prawie dziewięć miesięcy, choć nie mogłam się dowiedzieć, czemu się zakończył.

I nigdy się nie dowie, pomyślał i stwierdził, że ma tego dość. Niech sobie będzie piękna, ale działa mu na nerwy.

– Wystarczy. – Pochylił się, patrząc w jej niebieskie oczy. – Załatwię to po swojemu. Nie interesują mnie pani plany, niech pani znajdzie innego naiwniaka.

– Chwileczkę. – Szeroko otworzyła oczy, co go zatrzymało. – Wiem, wyszło nie tak. Przepraszam, jeśli pana uraziłam.

– Nie jestem urażony – zapewnił. – Ale nie jestem też zainteresowany.

Melinda poczuła gwałtowny przypływ paniki. Wszystko zepsuła, a nie chciała ryzykować, że Sean ją odtrąci. Wzięła głęboki oddech.

– Da mi pan drugą szansę? Proszę.

Rzucił jej nieufne spojrzenie, lecz nie oddalił się od stolika, co uznała za dobry znak.

Boże, od czego tu zacząć? Planowała to od tygodni, od chwili, gdy usłyszała o jego przyjeździe. Próbowała dowiedzieć się o nim jak najwięcej, nigdy jednak nie rozważyła, jak mu to wszystko wytłumaczy, żeby nie wyjść na kompletnego oszołoma.

– Okej, dodam coś na zachętę. Po ślubie uzyskam dostęp do funduszu powierniczego. Będę miała własne środki do życia. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Kocham dziadka, jest słodki, ale – bezradnie pokręciła głową – jest okropnie staroświecki. Jego zdaniem kobieta ma wyjść za mąż i rodzić dzieci. Usilnie poszukuje dla mnie męża. Pomyślałam, że jeśli znajdę go sobie sama…

– Rozumiem – odezwał się Sean. – Tylko wciąż nie wiem, czemu ja?

– Bo to przyniesie korzyść nam obojgu – odparła zadowolona, że Sean jej słucha. – Pan dostanie ziemię, ja fundusz powierniczy, a potem się rozwiedziemy.

Sean skrzywił się nieprzekonany, więc Melinda wypaliła:

– Mogłabym zapłacić panu za ten czas…

– Nie pozwolę na to. – Poczuł złość. – Nie potrzebuję pani pieniędzy.

Sądząc z jego reakcji, dokonała dobrego wyboru. Bóg jeden wie, że wielu mężczyzn chętnie przyjęłoby od niej pieniądze. Sean był tak bogaty, że jej fundusz powierniczy, choć dla niej niebagatelny, dla niego był pewnie bez znaczenia. Poza tym oburzenie Seana sporo mówiło o jego charakterze.

– Pan i pański kuzyn chcecie wybudować hotel na Tesoro, tak?

– Tak.

– Do tego potrzebujecie ziemi.

– Taa.

– Żeby kupić ziemię, potrzebuje pan mnie. – Wciąż nie wyglądał na przekonanego, więc dorzuciła: – Wiem, że pan mi nie wierzy, a powinien pan. Jutro rano spotyka się pan z dziadkiem?

Skinął głową.

– W takim razie może zjemy razem kolację? Będziemy mieli okazję porozmawiać.

Sean ledwie uniósł kąciki warg, ale na niej zrobiło to wielkie wrażenie. Sean King miał urok i seksapil. Melindę przeszedł dreszcz. Oho, to może być niebezpieczne!

– Kolację? – Odstawił piwo. – Nigdy nie odrzucam okazji zjedzenia kolacji w towarzystwie pięknej kobiety. Ale uprzedzam, że nie planuję zostać pani mężem.

– Wiem – odparła. – Dlatego jest pan idealny do tej roli.

Potrząsnął głową ze śmiechem.

– Nie mogę się zdecydować, czy jest pani szalona czy też nie.

– Nie jestem szalona, tylko zdeterminowana.

– Piękna i zdeterminowana – mruknął. – Karkołomna kombinacja.

Mimo woli zalała ją fala gorąca. Zignorowała to i powiedziała:

– Spotkajmy się o siódmej u Diega.

– Zgadzam się na kolację – powtórzył z uśmiechem – ale nie na małżeństwo. – Wstał i spojrzał na nią z góry. – U Diega. O siódmej.

Melinda odprowadzała go wzrokiem. Był wysoki, szczupły i poruszał się z leniwą gracją charakterystyczną dla mężczyzn, którym nie brak pewności siebie. Sean King okazał się fajniejszy, niż się spodziewała.

Miała tylko nadzieję, że się przez niego nie pogubi.

– Co wiesz o Melindzie Stanford? – Sean stał na końcu mola z telefonem przy uchu i patrzył na zbliżające się do przystani łodzie.

– To wnuczka Waltera – odparł Lucas.

– Tyle wiem.

– A o co chodzi?

O coś, czego nie można powiedzieć przez telefon.

– Poznałeś ją?

– Przelotnie – odrzekł Lucas. – Walter tak szybko mi odmówił, że nie zdążyłem się nawet rozpakować.

– To prawda. – Sean pokiwał głową z namysłem, wciąż patrząc na wodę.

– Jakiś problem? – spytał Lucas. – Urok wielkiego Seana nie działa?

– Chciałbyś. – Sean zaśmiał się i zawrócił. – Powiedziałem, że zdobędę ziemię, i tak będzie.

– Tak… powodzenia z tym starym. On jest chyba odporny na wszelki urok.

– Zobaczymy – odrzekł Sean.

Restauracja U Diega była nieduża, jasna i popularna wśród mieszkańców i turystów. Specjalnością lokalu były owoce morza. Goście siedzieli przy małych kwadratowych stolikach przykrytych barwnymi obrusami, które w świetle świec lśniły jak klejnoty. Na patio było nieco intymniej, mniej stolików, dość daleko jeden od drugiego, ale nawet goście siedzący w sali mieli wspaniały widok na morze i czystą plażę. Wieczorne niebo rozjaśniał księżyc barwiący wodę srebrną poświatą.

Kiedy Melinda usiadła na patio, poczuła chłodny powiew. Jesień na Tesoro bywała w najlepszym wypadku kapryśna. Po ciepłych dniach przychodziły zimne czy, jak tego wieczoru, parne i duszne noce.

Ale, pomyślała, może to nie wina pogody, że jest tak rozgrzana i rozedrgana. Może to wina Seana Kinga.

Nie, odpowiedziała sobie. Sean nic jej nie obchodzi. W ich ewentualnej umowie nie będzie nic osobistego i lepiej dla nich obojga, by trzymali libido na wodzy.

Z nerwów rozbolał ją żołądek. Przesuwała palce wzdłuż nóżki kieliszka, powtarzając sobie, że postępuje właściwie. Potrzebny jej tymczasowy mąż.

Musi tak naświetlić Seanowi sytuację, by przyjął jej propozycję. Nie była pewna, co przyciągnęło jej uwagę. Dźwięk skórzanych podeszew na kamiennej posadzce czy coś bardziej elementarnego? Spojrzenie Seana, które na sobie czuła?

Cokolwiek to było, Melinda podniosła wzrok i ujrzała idącego ku niej mężczyznę. Nie widziała dokładnie jego twarzy, tylko lekki uśmiech. Miał na sobie czarne spodnie, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem i czarną marynarkę. Wyglądał równocześnie normalnie i zatrważająco.

Tytuł oryginału: The Temporary Mrs. King

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Piotr Goc

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Maureen Child

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3040-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.