Chata wuja Toma. Uncle Tom’s Cabin - Harriet Beecher Stowe - ebook

Chata wuja Toma. Uncle Tom’s Cabin ebook

Harriet Beecher Stowe

0,0

Opis

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition. Pełne wydanie powieści poruszającej temat czarnoskórych niewolników żyjących na południu USA. Impulsem do jej napisania było uchwalenie w 1850 roku przez Kongres Stanów Zjednoczonych ustawy przeciwko ukrywaniu zbiegłych, czarnoskórych niewolników (kompromis 1850 roku). Książka, ukazująca przemoc i bezwzględność, z jaką traktowano Afroamerykanów, stała się ważnym ideowym argumentem liberalnej Północy w walce o zniesienie niewolnictwa. (Za Wikipedią).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1584

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




 

Harriet Beecher Stowe

 

Chata wuja Toma

Uncle Tom’s Cabin

 

PEŁNE WYDANIE

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

przekład anonimowy

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Hammatt Billings (1818-1874), Ilustracja do książki „Chata wuja Toma” (1852),

licencjapublic domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:ElizaEngraving.jpg,

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

 

Tekstpolski wg edycji:

Harriet Beecher Stowe

Chata wuja Toma

Powieść z życia Murzynów

w Stanach Północnej Ameryki

Mikołów 1922

 

Tekstangielski wg edycji:

Harriet Beecher Stowe

Uncle Tom’s Cabin

or Life among the Lowly

Boston 1852

 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-8064-829-6

 

 

Chata wuja Toma

 

ROZDZIAŁ I.

W którym czytelnik zapoznaje się z człowiekiem humanitarnym

Nad stanem Kentucky chyliło się słońce ku zachodowi. Po mroźnym dniu nastawała jeszcze mroźniejsza noc. W tym czasie siedziało w pięknie umeblowanej jadalni dwóch mężczyzn przy butelce wina i toczyli z sobą ożywioną rozmowę. Byli sami.

 Jeden z nich, był to człowiek otyły, niskiego wzrostu, o pospolitych rysach twarzy, chełpliwy a rubaszny typ człowieka, który toruje sobie drogę przemocą, spychając tych, którzy mu zawadzają.

 Ubiór jego odpowiadał zupełnie wyrazowi twarzy: jaskrawa kamizelka, błękitna w żółte centki chustka na szyi, niezgrabnie i z pretensją zawiązana, gruby u zegarka łańcuszek z mnóstwem breloków, któremi się bawił podczas rozmowy z pewnym rodzajem wewnętrznego zadowolenia; palce grube, a na nich pierścienie; wszystko to świadczyło, że ich właściciel chciał się świetnie ustroić, a nie umiał tego zrobić z gustem i przyzwoicie. Mówił gramatycznie błędnie, używał często wyrażeń, których mimo zamiłowania ścisłości w opowiadaniu, powtórzyć nie mogę, ponieważ rażą ucho.

 Towarzysz jego robił wrażenie człowieka inteligentnego; urządzenie domu świadczyło o zamożności, a nawet bogactwie właściciela. Jakośmy to zauważyli, obaj byli zajęci nader ożywioną rozmową.

 – To jest sposób, w jaki urządziłbym interes – rzekł pan Szelby.

 – A ja tak nie mogę... rzeczywiście nie mogę, panie Szelby! – odpowiedział drugi, podnosząc pod światło kielich z winem.

 – Tak, panie Haley. Tom jest człowiekiem poczciwym, pobożnym, przyjął wiarę od misjonarzy, przechodzących tędy kilka lat temu, i jest, jak mnie się zdaje, wiernym chrześcijaninem; od tego czasu mogę mu powierzyć wszystko co posiadam, pieniądze, dom, konie, – zarządza u mnie wszystkiem.

 – I są ludzie, którzy chcą dowodzić, że murzyn nie ma wiary! – przerwał Haley, machnąwszy dobrodusznie ręką – ale co do mnie, jestem innego zdania. W ostatniej partji, którą przyprowadziłem z Nowego Orleanu, był murzyn spokojny, łagodny, modlił się, jak misjonarz; dostałem za niego ładną sumkę, a kupiłem go tanio, bo kupiłem go od człowieka, którego okoliczności zmusiły sprzedać wszystko, co miał. Zarobiłem na tym murzynie sześćset dolarów. Święta to prawda, że wiara w murzynie, to rzecz wielkiej wagi, byle to był tylko towar prawdziwy, niepodrabiany...

 – Tom wierzy prawdziwie – przerwał Szelby. – Niedawno posłałem go do Cincinati z poleceniem odebrania pięciuset dolarów. „Tomie, powiedziałem mu, ufam ci, boś chrześcijaninem, wiem, że mnie nie zdradzisz”. I rzeczywiście Tom wrócił, a byłem tego pewny. Powiadano mi później, że jacyś niegodziwcy namawiali go, aby uciekł do Kanady? „Nie wolno – odrzekł – bo pan mi zaufał”. Przyznam się, że ciężko mi rozstać się z Tomem; jeżeli masz sumienie, weź go na pokrycie całego długu.

 – Mam sumienie, ile go potrzeba w handlu, by się móc niem poświadczyć – odpowiedział handlarz żartobliwie – ale gotów jestem, aby zobowiązać sobie przyjaciół, poświęcić wiele; ale teraz, widzisz pan, ciężkie czasy, bardzo ciężkie czasy...

 Handlarz westchnął głęboko i nalał sobie wina.

 – A więc, jak chcesz pan sprawę załatwić? – zapytał Szelby po kilkominutowem, nieprzyjemnem milczeniu.

 – Czy nie masz pan chłopczyka albo dziewczynki... wziąłbym chętnie w dodatku do Toma.

 – Chm!... nie mam... Jeżeli mam prawdę powiedzieć, konieczność tylko zmusza mnie, że sprzedaję Toma; wogóle niechętnie rozstaję się z którymkolwiek z moich ludzi.

 Właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegł mulacik, liczący lat 4 lub 5. Śliczne to było dziecię: krucze, jak jedwab lśniące włosy spływały w bujnych kędziorach po obu stronach pulchnej twarzyczki, oczy czarne, bystre, pełne ognia i zarazem łagodności, kryły się pod długiemi również czarnemi rzęsami, dodającemi jeszcze więcej wyrazistości. Miał na sobie ubranko czyste, koloru czerwonego z odmianą żółtego. A było mu pięknie w tem ubranku. Pewna zuchwałość i równocześnie niby to nieśmiałość świadczyły, że malec był pieszczochem swego pana.

 – Chodź tu, kruczku! – zawołał pan Szelby, rzucając mu winogrono – masz, chwytaj!

 Chłopczyk jednym skokiem już grono pochwycił.

 – Chodźno bliżej, synku! – rzekł pan Szelby.

 Synek zbliżył się, a pan Szelby pogłaskał go po kędzierzawej główce i z pewną troskliwością ujął go pod brodę.

 – No, synku! pokaż temu panu, jak umiesz tańczyć i śpiewać.

 Chłopczyk zanucił dźwięcznym, czystym głosem piosnkę murzyńską, przytupując w takt nóżkami i wykonując rozmaite gesty rękoma i małem ciałem, jak to zwyczaj u murzynów.

 – Brawo! – zawołał Haley, rzucając mu kawałek pomarańczy.

 – A teraz chłopcze, pokaż, jak chodzi dziadek Cudgo, gdy cierpi na reumatyzm.

 W jednej chwili giętkie członki dzieciaka przybrały potworną, zgarbioną postać; świeża twarzyczka jego skrzywiła się, że potworzyły się na niej zmarszczki, na plecach uformował się garb; wziąwszy laskę swego pana, zaczął chodzić po pokoju, szargając nogami, stękając i słaniając się.

 Obaj panowie kładli się od śmiechu.

 – No synku, pokaż teraz, jak śpiewa nasz organista, stary Rolbins.

 Okrągła twarzyczka dzieciaka przeciągnęła się, przybrała wyraz komicznej powagi, i zaczął śpiewać przez nos jakąś pieśń.

 – Brawo! doskonale! dzielny chłopiec! – wołał Haley – będzie z niego zuch! Wiesz pan co? – zawołał znienacka, uderzając poufale pana Szelby po ramieniu, – daj mi tego malca w dodatku, a będzie kwita. Widzisz pan, że ze mną łatwo interesy się załatwia.

 Właśnie w tej chwili uchyliły się ostrożnie drzwi i do pokoju weszła mulatka, wyglądająca na lat dwadzieścia pięć. Dość było na nią spojrzeć, by się przekonać, że to matka tego dzieciaka. Te same błyszczące, czarne oczy, ocienione długiemi rzęsami, ten sam kruczy włos, lśniący, spadający w splotkach na ramiona. Śniada jej twarz, jakby ozłocona w promieniach słońca, oblała się, gdy spostrzegła zwrócony na siebie ciekawy i pełen podziwu wzrok nieznajomego, żywym rumieńcem. Suknia leżała na niej jakby ulana i tem więcej uwydatniała jej wdzięki. Drobna nóżka i delikatna, pulchna rączka zapewne nie uszły także badawczemu oku handlarza, który się przyzwyczaił jednem spojrzeniem odkrywać i oceniać wszystkie zalety „towaru”.

 – Co powiesz, Elżbieto? – zapytał pan, spostrzegłszy, iż zatrzymała się na środku pokoju i wpatrywała się w niego z pewną trwogą.

 – Przepraszam pana, przyszłam po Henrysia...

 Dzieciak pobiegł ku matce, pokazując jej zawinięte w sukience winogrono.

 – Możesz go zabrać! – odrzekł pan Szelby.

 Elżbieta wzięła dziecko na ręce i wyszła spiesznie z pokoju.

 – Na Jowisza! – zawołał handlarz z zapałem, zwracając się do pana Szelby, – to mi towar! Mógłbyś pan zrobić dobry interes, jeślibyś się zgodził sprzedać tę kobietę w Nowym Orleanie. Mój Boże, ileż to razy widziałem, jak płacili tysiąc talarów i więcej za kobiety, które się do niej ani umywały.

 – Nie chcę się w taki sposób wzbogacać – odpowiedział ozięble pan Szelby i chcąc na inny przedmiot zwrócić rozmowę, odkorkował drugą butelkę wina i zapytał gościa, jak mu smakuje.

 – Doskonałe wino, przedni gatunek! – zawołał handlarz, a zwróciwszy się do pana Szelby i uderzając go znowu poufale po ramieniu, dodał: Za wiele oddałbyś tę kobietę? Cobyś pan chciał za nią? – Ile mam zapłacić?

 – Panie Haley, ja jej nie sprzedam; żona moja za nic w świecie z nią się nie rozstanie.

 – Kobiety zwykle tak mówią, bo nie pojmują handlowych interesów. Ale wytłómacz im pan, ile to brylantów, materyj, zegarków można kupić za cenę jednego murzyna, to zmienią swoje przekonanie, – zaręczam panu.

 – Przestańmy o tem mówić, Haley! Nie sprzedam tej kobiety pod żadnym warunkiem! – wyrzekł Szelby stanowczo.

 – To daj mi pan przynajmniej chłopca! – przerwał handlarz. – Osądź pan sam, że nie wiele żądam.

 – Powiedz mi pan, na Boga, na co ci ten chłopiec?

 – Widzisz pan, mam przyjaciela, który kupuje ładnych chłopców, hoduje ich, a później sprzedaje. Jest to przedmiot zbytkowy, kupują go bogacze i płacą dobrze. Ładny chłopiec, stojący u drzwi, stanowi ozdobę pańskiego domu. Handel taki dosyć korzystny, a ten mały djabełek taki mowny, taki figlarz, że możnaby go zyskownie sprzedać.

 – Nie! nie chciałbym go sprzedawać – przerwał Szelby, zamyśliwszy się głęboko. – Mam także serce i nie umiałbym rozdzielać matki od dziecięcia.

 – Doprawdy?... Tak... zapewne... głos natury... Rozumiem pana doskonale, z kobietami trudno nieraz przyjść do ładu. Ja sam mam pewien rodzaj wstrętu do ich łez i wrzasków... Tak, tak, to rzecz bardzo przykra; ale na wszystko jest sposób... można uniknąć tych scen... tak, tak, drogi panie. Pan naprzykład wyprawiasz ją dokądkolwiek na dzień lub na tydzień, a tymczasem interes się załatwi bez hałasu, – zanim wróci. Żona pańska może jej darować potem kolczyki, albo nową suknię, lub też inną jaką bagatelę – dla złagodzenia boleści.

 – Nie, lękam się, że to się tak nie skończy.

 – Ależ, na Boga, wszystko najlepiej da się zrobić. Wszakże, jak pan sam niezawodnie wie, murzyni to nie zwyczajni ludzie, – potrafią oni znieść wszystko, byle tylko umiejętnie sprawę poprowadzić. Powiadają – mówił dalej Haley, siląc się na dobroduszność i wzbudzenie zaufania, – że ten rodzaj handlu przygłusza uczucia. Ja tego o sobie nie mogę powiedzieć. I pewnie też dlatego nie mogę tak postępować, jak to inni czynią. Widziałem często handlarzy, którzy byli w stanie oderwać matce dziecię od piersi, by je sprzedać; biedna kobieta... wrzeszczy, jak szalona... To zła polityka... psuje towar i może go uczynić zupełnie niezdatnym do handlu. W Nowym Orleanie widziałem, jak takiem postępowaniem zniszczono bardzo piękną kobietę. Człowiek, który ją kupił, nie chciał dopłacić za dziecko, a była to kobieta, jak ogień; przycisnęła dziecię do piersi i dalejże wrzeszczeć jak opętana; powiadam panu, na samo wspomnienie mrowie mnie przechodzi... No i cóż? Odebrali jej dziecko, a ją zamknęli, ale nie wiele na tem zyskali, bo zwarjowała i w tydzień potem umarła. Tysiąc dolarów straty, – i to tylko z powodu niewłaściwego postępowania... Proszę wierzyć mojemu doświadczeniu, trzeba być zawsze ludzkim... Dokończając słów tych handlarz, rozparł się na krześle i skrzyżował ręce na piersi z takiem namaszczeniem, jakby się uważał za drugiego Wilberforsa.

 Pan Szelby obierał tymczasem pomarańcze. Haley nie chciał jednakże popuścić sprawy i mówił dalej z udaną skromnością:

 – Nie wypada wprawdzie siebie samego chwalić, mówię więc tylko dlatego, że to święta prawda. Jak mnie się zdaje, zdobyłem sobie opinję człowieka, który przyprowadza najlepsze partje murzynów. Mówiono mi to nieraz w oczy. Wszyscy u mnie zdrowi, tłuści, aż miło spojrzeć, i cenę bierze się dobrą i „towaru” niszczeje u mnie mało, nie tak, jak to się u innych zdarza. A to wszystko muszę przypisać swej umiejętności w prowadzeniu interesów, a cała moja umiejętność – to postępowanie ludzkie. Tak, mój panie, humanitaryzm, to podstawa naszego handlu.

 – Rzeczywiście? – zapytał pan Szelby, nie wiedząc co odpowiedzieć.

 – Muszę się łaskawemu panu przyznać, iż z pomysłów moich natrząsano się i wiele było sporów w tym względzie; a chociaż metoda moja nie stała się popularną, to jednak trzymam się jej stale i wychodzę na tem dobrze. Humanitaryzm zapewnił mi wielkie korzyści, zaręczam panu, opłacił mi się doskonale.

 I handlarz sam rozśmiał się ze swego konceptu.

 W opowiadaniu tem było tyle niedorzeczności, iż także Szelby nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Może i ty się rozśmiejesz, łaskawy czytelniku, bo wiesz z doświadczenia, że humanitaryzm w dzisiejszych czasach ujawnia się w najrozmaitszych formach i że bywają ludzie humanitarni, którzy głoszą niestworzone rzeczy.

 Śmiech pana Szelby dodał handlarzowi otuchy.

 – Dziwne to, doprawdy, że mi się nie udało dotychczas nikogo nawrócić... upór, panie, i basta. Powinienbyś pan znać Toma Lokera, niegdyś mojego spólnika w Naczez, otwarta to głowa – trzeba przyznać, lecz w postępowaniu z murzynami to istny djabeł – ale tylko z zasady, bo trudno znaleźć lepszego człowieka. Ale to już u niego był taki dziwaczny system, bodaj go! Nieraz mówiłem mu: Słuchaj Tomie! co ci za korzyść bić kobiety po głowie lub okładać je kułakami za to, że płaczą z tęsknoty? To śmieszne i do niczego nie prowadzi. I cóż w tem złego, że sobie popłaczą? To leży w ich naturze, a z naturą niema co wojować, – zawsze weźmie górę? Niszczysz tylko towar, kobiety chorują, gryzą się, chudną, a niektóre zmieniają się w prawdziwe potwory, mianowicie dziewczęta żółte... Czy nie możesz obchodzić się z niemi łagodniej, z pewną delikatnością? Wierz mi, Tomie! humanitaryzm, chociaż i w małej dozie, lepiej skutkuje, niż wszelkie gwałty, a bądź przekonany, że bez porównania więcej przyniesie korzyści... Ale cóż, mówiłem jak do ściany; Tom nie mógł odmienić swego trybu postępowania, i tyle zniszczył towaru, żem musiał rozwiązać spółkę, a szkoda!... Tom miał dobrą głowę i poczciwe serce...

 – Myślisz więc pan, że tryb twojego postępowania lepszy niż Toma? – zapytał pan Szelby.

 – Bez wątpienia. Skoro tylko można, zwykle się staram, jak pan widzisz, unikać nieprzyjemności. Chcę sprzedać dziecko naprzykład: oddalam matkę... bo jak z oczu, to i z pamięci, nie prawdaż? A gdy już rzecz skończona i odmienić niepodobna, powoli się przyzwyczai do nowego porządku rzeczy. Wszakże to nie biali ludzie, którzy od dzieciństwa wzrastają z myślą, że nikt nie ma prawa rozdzielać ich z ojcem, matką i całą rodziną. A murzyni, pan sam to wiesz, gdy otrzymają wychowanie jak się należy, nie mają takich urojeń i dlatego spokojniej znoszą podobne wypadki.

 – W takim razie lękam się, że moi murzyni nie są tak wychowani jak się należy – zauważył pan Szelby.

 – Tak i ja sądzę, bo wy w Kentucky psujecie czarnych; wam się zdaje, że postępując z nimi łagodnie, robicie dobrze, – bardzo się mylicie: dobre obejście nie na tem zależy. Murzyn, widzisz pan, stworzony na to, by się błąkał po świecie Bożym; stworzony na to, by kupił go Tom, Dik, lub kto inny. Dlatego właśnie nie trzeba go przyzwyczajać do łagodnego obejścia, niegodzi się obudzać w nim chorobliwej nadziei; bo jak przejdzie w inne ręce, to ów nowy stan będzie mu się wydawał okropniejszym. Jestem przekonany, iż murzyni pańscy byliby kompletnie nieszczęśliwi na plantacji, w której inni piliby, wesoło śpiewali, skakali jak opętani. Pan to wiesz dobrze, panie Szelby, każdemu z nas się wydaje, że ma słuszność, to też i ja sądzę, iż się obchodzę, jak z moimi murzynami się należy.

 – Szczęśliwi, którzy są zadowoleni sami z siebie – zauważył pan Szelby, wzruszywszy ramionami i nie ukrywając przykrego wrażenia, jakie na nim zrobiły teorje pana Haley.

 – A cóż moja propozycja? – zapytał Haley po chwili milczenia, podczas którego obaj w pewnem zakłopotaniu zabawiali się łupaniem orzechów.

 – Pomówię o tem z żoną – odpowiedział Szelby. – Ale radzę panu przed nikim się nie wygadać, po coś tu przyjechał, jeśli chcesz, by się wszystko załatwiło tak spokojnie, jak sobie tego życzysz. Jestem przekonany, że skoroby się moi ludzie dowiedzieli o twoich projektach, nie wziąłbyś ani jednego z nich tak cicho i spokojnie, jak myślisz.

 – Ma się rozumieć... po cóż takie rzeczy rozgłaszać? Ale winienem nadmienić, że chwile moje policzone i mam mało czasu do stracenia; dlatego chciałbym wiedzieć odrazu, czy mogę liczyć na interes, lub też nie? – Dokończając słów tych, wstał Haley od stołu i począł wciągać palto.

 – Przybądź pan dziś wieczorem o godzinie szóstej lub siódmej, a otrzymasz odpowiedź stanowczą – odrzekł Szelby.

 Handlarz skłonił się i wyszedł z pokoju.

 – O mój Boże! czemuż nie mogę zrzucić ze schodów tego łotra wraz z jego bezczelnemi teorjami! – zawołał pan Szelby, gdy się drzwi zamknęły. – Wie on dobrze, że mnie trzyma w swojem ręku; żeby mi kto przedtem powiedział, że będę zmuszony sprzedać mego poczciwego Toma któremu z tych nikczemnych łotrów, pewniebym odpowiedział: trzeba być psem, aby tak postąpić! A jednak stać się musi... A syn Elizy? Żona zrobi mi scenę za tego dzieciaka i za – Toma. O przeklęte długi! Łotr ten zna moje krytyczne położenie i chce je wyzyskać.

 W stanie Kentucky byt niewolników bodaj czy nie najlepszy. Zajęcia przeważnie rolnicze, w swej naturze spokojne i regularne, nie wymagają tych gorączkowych wysileń pracy, na jakie są narażeni murzyni w plantacjach południowych; życie i zajęcie niewolnika w Kentucky więcej niż gdzieindziej zgadza się z wymaganiami zdrowotnemi. Oprócz tego właściciele murzynów, wzbogacający się powoli, nie chwytają się gwałtownych środków, jakie wywołuje chciwość, gdy na jednej szali widzą raptowne powiększenie majątku, a na drugiej łzy i narzekania biednych, bezbronnych istot, które tylko płakać mają prawo.

 Kto zwiedzał tylko plantacje w Kentucky i był świadkiem łagodnego obchodzenia się właścicieli i właścicielek, i posłuszeństwa czarnych, ten może marzyć o poetycznej legendzie, opisującej patrjarchalne obyczaje; ale ponad tem uroczem marzeniem przesunie się i zawiśnie przerażający cień prawa. Dopóki prawo wszystkie te ludzkie istoty z bijącem sercem i z uczuciem będzie uznawało za przedmioty, należące bezwarunkowo do właściciela, tak długo nieszczęśliwy stan interesów, albo śmierć ludzkiego plantatora, pod którego ojcowską opieką znajdowali biedni murzyni zabezpieczenie swego bytu, łagodne obejście i przyjazną radę, może ich oddać w inne ręce, skazać na życie pełne udręczeń, bez nadziei wyzwolenia, pracy bez końca i wytchnienia. Nie możemy pochwalać niewolnictwa, chociażby najrozumniej i najoględniej zorganizowanego.

 Pan Szelby był człowiekiem dobrym; z ludźmi obchodził się łagodnie; pamiętał o wszystkiem, coby mogło przyczynić się do polepszenia ich bytu i zdrowia, – ale nieszczęśliwy przypadek wciągnął go w przedsiębiorstwa niepewne, naraził na straty znaczne, wskutek czego popadł w długi. Obligi jego wpadły w ręce Haleya. Szanowny czytelnik zrozumie obecnie stosunek Haleya do pana Szelby.

 Elżbieta, stojąca pode drzwiami, posłyszawszy kilka urwanych słów, łacno się domyśliła, iż gość proponował jej panu, aby przedał mu jednego z niewolników.

 Wychodząc z pokoju wraz ze swoim Henrysiem, miała wielką ochotę podsłuchać dalszą rozmowę, ale pani ją zawołała, – musiała więc odejść.

 Zdawało jej się jednak, że handlarz chce kupić jej syna... Głos matki nie myli nigdy! Serce jej biło gwałtownie i mimowoli przycisnęła tak silnie syna do swej piersi, iż chłopak z zadziwieniem spojrzał jej w oczy.

 – Elżbieto, co ci jest? – zagadnęła pani Szelby, spostrzegłszy, jak w jednej chwili jej garderobiana przewróciła dzbanek z wodą, krosienka, i zamiast jedwabnej sukni, którą kazała sobie podać, przyniosła jej peniuar.

 Elżbieta zadrżała.

 – Ach pani!... – wymówiła głosem niepewnym; wzniosła oczy ku niebu, zalała się łzami i padła na krzesło.

 – Elżbieto, co ci się stało?

 – Ach pani, dobra moja pani! – zawołała młoda kobieta. – W jadalnym pokoju był handlarz... rozmawiał z naszym panem... słyszałam, jak rozmawiał.

 – No i cóż? Przypuśćmy, że tak było, cóż to ciebie, nierozsądna, może obchodzić?

 – Ach pani! czy pani wierzysz w to, że pan się zgodzi na sprzedaż mojego Henrysia?

 I biedna kobieta z konwulsyjnym płaczem upadła znowu na krzesło.

 – Sprzedać Henrysia?... Skąd ci przyszła do głowy taka niedorzeczna myśl! Przecież wiesz doskonale, że twój pan nie ma stosunków z handlarzami południowych prowincyj i nigdy nie sprzedaje swoich niewolników, skoro się dobrze zachowują. A oprócz tego, któżby chciał kupić twojego Henrysia? Czyż tobie się zdaje, że cały świat patrzy nań twojemi oczami... No, dosyć już tego, otrzyj łzy i zapnij mi suknię. Dobrze! teraz uczesz mi włosy, tak, jak cię nauczono onegdaj, i nigdy nie podsłuchuj pode drzwiami.

 – Nigdy, moja dobra pani!... ale... pani się nigdy na to nie zgodzisz?...

 – Cóż za dziwactwo! Rozumie się, że nie! I pocóż mię pytasz o to? Przecież nie mogę zgodzić się, aby sprzedano drobne dziecię? Ale doprawdy, Elżbieto, tyś zanadto dumna na swego syna... Byle kto zjawi się w naszym domu, już ci się zdaje, że przyszli po twego chłopca.

 Odpowiedź ta uspokoiła Elżbietę zupełnie. Zręcznie, żwawo ubrała swą panią i w końcu sama zaczęła się śmiać ze swojej trwogi.

 Pani Szelby była kobietą inteligentną, szlachetną i wykształconą. Do wspaniałomyślności i szlachetności, wyłącznej cechy większej części kobiet w Kentucky, łączyła zasady surowej moralności i zasady uczuć religijnych, przewodniczących jej we wszystkich chwilach życia. Mąż jej, człowiek nie nazbyt religijny, umiał jednakże szanować jej przekonania, uchylał nawet czoła przed jej zasadami. Zajmowała się wyłącznie polepszeniem bytu niewolników i ich wychowaniu, – była prawdziwą ich opiekunką. Pan Szelby nie zajmował się tem wcale; pozostawił żonie swej zupełną wolność działania. Chociaż nie bardzo wierzył w nagrodę za dobre uczynki, wyobrażał sobie jednak, że cnoty żony i jemu niebo zdobędą; pojęcie takowe czyniło go wolnym od wszelkich obowiązków.

 Po rozmowie z handlarzem, pan Szelby czuł jakiś ciężar na sercu: trzeba było opowiedzieć swe projekta żonie, a tu właśnie bardzo słusznie spodziewał się natrafić na opór.

 Pani Szelby, ufając mężowi i nie wiedząc o złym stanie jego interesów, z całą pewnością przekonywała Elżbietę o bezzasadności jej obaw. Zajęta przygotowaniem do wizyt wieczornych, zapomniała zupełnie o tem, co przed chwilą zaszło.

ROZDZIAŁ II.

Matka.

Elżbieta dostała się do domu pani Szelby, kiedy była dzieckiem. Pani Szelby kochała ją jak córkę.

 Każdego podróżującego w południowych Stanach Ameryki północnej uderza wdzięk ruchów i miękkość głosu matek, – są to ich cechy wyłączne; piękność ich często nieoledwie oślepiająca. Elżbieta, jak ją opisaliśmy, nie jest tworem wyobraźni, ale jest to portret zdjęty z natury, widzieliśmy ją kilka lat temu w Kentucky.

 Wychowując się pod opieką pani Szelby, uniknęła Elżbieta pokus, na jakie narażone są piękne niewolnice. Gdy dorosła, wydano ją za młodego, bardzo utalentowanego i przystojnego mulata, mieszkającego w sąsiedniej plantacji, nazwiskiem Jerzy Harris.

 Młodego mulata wynajął jego właściciel za pewnem wynagrodzeniem do fabryki worków, gdzie, dzięki swej zręczności i pracowitości, został wkrótce pierwszym robotnikiem. Wynalazł on machinę do czyszczenia lnu. Wynalazek ten dowodzi – biorąc wzgląd na wychowanie i stosunki młodego wynalazcy – niemniejszej twórczości ducha, jak machina do czyszczenia bawełny Whitney’a.

 Jerzy był ślicznym chłopcem, z grzecznem obejściem, i niedługo stał się ulubieńcem wszystkich spółpracowników w fabryce. Ale że wobec prawa nie był człowiekiem, lecz rzeczą, własnością, zależny był więc od kaprysu swego pana, tyrana nieokrzesanego i głupiego. Wieść o wynalazku Jerzego doszła uszu jego właściciela, który udał się osobiście do fabryki, aby się o tem, co słyszał, przekonać naocznie. Właściciel fabryki przyjął go serdecznie i winszował mu tak zdolnego niewolnika.

 Jerzy oprowadzał pana swego po całej fabryce, pokazał mu swoją machinę, a podniecony pochwałami, mówił z zapałem i z taką pewnością siebie, a wyglądał tak męsko i pięknie, iż pan jego doznał przygnębiającego uczucia własnej nieudolności – wobec niewolnika...

 Jakiem prawem niewolnik jego błąka się po kraju, wynajduje machiny i rozprawia śmiało z panami, jak gdyby z równymi! Postanowił przeto zabrać go z sobą, zaprządz do roboty w polu, aby mu na zawsze odeszła chęć do wynajdywania machin...

 Właściciel fabryki i wszyscy robotnicy nie mogli ochłonąć ze zdziwienia, gdy gość zażądał płacy za pracę Jerzego i oświadczył, że go zabiera z sobą.

 – Panie Harys – odezwał się właściciel fabryki – zabierasz go zupełnie niespodziewanie.

 – Przecież to moja własność!

 – Podwyższę z chęcią płacę!

 – Oto mi nie chodzi; nie mam bowiem potrzeby wynajmować moich robotników, gdy nie chcę.

 – Ależ panie, on bardzo zdolny, nadaje się szczególnie do mego interesu.

 – Być może; przecież nigdy nie okazał nadzwyczajnych zdolności w wykonywaniu prac, które ja mu poruczałem.

 – Ależ miej pan wzgląd na niego... wynalazł machinę... – dorzucił bardzo nie w porę jeden z robotników.

 – A tak... wynalazł machinę, żeby oszczędzić sobie pracy... wszakże prawda? Wcale się nie dziwię, że się na to zdobył! Tylko murzyn może coś podobnego wynaleźć! Oni sami są machinami... A zatem niech się zabiera do domu.

 Jerzy stał niemy, jakby w niego grom uderzył; znał bowiem wszechwładność pana nad niewolnikami; skrzyżował ręce, zacisnął usta, cały wulkan uczuć gwałtownych zawrzał w jego piersi i pochłaniał całą istotę młodzieńca. Oddech jego był ciężki, oczy pałały gniewem, i możeby popuścił wodze swemu oburzeniu, gdyby w tej chwili nie podszedł ku niemu właściciel fabryki i nie powiedział pół głosem:

 – Jerzy! trzeba ustąpić, – idź z nim; dołożę starań, żebyś mógł do nas powrócić.

 Tyran zauważył szepty, a chociaż słów nie słyszał, domyślił się treści; postanowił przeto tem więcej dać odczuć swoją władzę.

 Jerzy wrócił na plantację, gdzie go zaprzęgnięto do najcięższej pracy. Nikt wprawdzie nie posłyszał z ust jego skargi lub użalenia się; ale błyskające gniewem oczy i zachmurzone oblicze świadczyły o wewnętrznem usposobieniu młodzieńca, – niezbity dowód, że człowiek nie może być rzeczą, sprzętem.

 W chwilach szczęśliwych swego pobytu w fabryce, poznał Jerzy Elżbietę i z nią się ożenił; wtenczas, dzięki zaufaniu właściciela fabryki, mógł wychodzić i wracać, kiedy mu się podobało. Małżeństwo to przyszło do skutku za zgodą pani Szelby, która, jak wszystkie kobiety, lubiła się bawić w kojarzenie małżeństw. Cieszyła się, że znalazł się człowiek odpowiedni, mogący Elżbiecie zapewnić szczęście.

 Wesele odbyło się w domu pani Szelby, która własnoręcznie wpięła kwiat pomarańczowy w cudny warkocz Elżbiety; sama ustroiła ją w piękny ślubny welon. Nie brakło niczego, ani białych rękawiczek, ani wina i ciast, ani gości, którzy unosili się nad pięknością narzeczonej i dobrocią szczodrej pani.

 W przeciągu dwóch lat widywała się Elżbieta często ze swym mężem; szczęście ich zakłóciła tylko strata dwojga niemowląt, do których Elżbieta namiętnie była przywiązaną; boleść jej przy śmierci dziatek była tak wielką, iż pani Szelby była zmuszona zrobić jej lekką wymówkę, że się to nie zgadza z wolą Bożą, i powinna powstrzymać uczucia w granicach, jakie nakazuje rozsądek i religja.

 Po narodzeniu się malutkiego Henrysia, boleść Elizy powoli się złagodziła; wszystkie jej uczucia, tylu nieszczęściami doświadczane, skupiły się nad kołyską jedynaka. Elżbieta była znowu szczęśliwą, aż do chwili, gdy jej mąż dostał się z powrotem pod jarzmo swego niegodziwego pana.

 Właściciel fabryki, czyniąc zadość danej obietnicy, odwiedził pana Harysa we dwa tygodnie po odejściu Jerzego. Poczciwe człeczysko, sądził, że zapamiętałość opuściła już okrutnego pana, że mu się uda go udobruchać i że pozwoli Jerzemu wrócić do fabryki.

 – Pan napróżno się fatygujesz – odpowiedział mu tenże. – Wiem dobrze, co mi czynić wypada i nikogo o radę nie proszę.

 – Ani śmiem radzić. Sądziłem jednakże, że nic pan nie stracisz, gdy pozwolisz swemu niewolnikowi wrócić do fabryki, na warunkach, które mam zaszczyt panu przedstawić...

 – Rozumiem bardzo dobrze, o co chodzi. Widziałem, jak ze sobą szeptaliście, kiedym go zabierał; ale nic pan nie wskórasz. Dzięki Bogu, żyjemy w kraju wolnym, pod opieką prawa; ten człowiek jest moją własnością, mam przeto prawo robić z nim, co mi się podoba! Oto moje ostatnie słowo!

 Tak się rozwiała ostatnia nadzieja Jerzego. Widział przed sobą życie pełne udręczeń i cierpień, pełne obelg, na wynajdywaniu których nie zabrakło despocie pomysłu.

 Jakiś kochający ludzkość prawnik powiedział:

 – Najgorszy użytek z człowieka jest – powiesić go.

 Mylił się, jest jeszcze inny... gorszy!

ROZDZIAŁ III.

Mąż i ojciec.

Pani Szelby pojechała z wizytami, a Elżbieta, stojąc na galerji, patrzała długo jeszcze za oddalającym się powozem. Puściwszy wodze swej wyobraźni, bujała rozkosznie w marzeniach, gdy z nienacka poczuła czyjąś rękę na swem ramieniu. Obejrzała się, a na jej ślicznej twarzy zajaśniała radość.

 – Toś ty, Jerzy, takeś mnie przestraszył! Jakże to dobrze, żeś przyszedł! Pani wyjechała na cały wieczór, chodź do mego pokoju, nikt nam nie będzie przeszkadzał.

 Mówiąc to pociągnęła za sobą Jerzego do swego pokoju, wychodzącego na galerję, a znajdującego się obok pokoju pani Szelby. Tu siadywała zwykle Elżbieta z robótką w ręce, by być gotową na każde zawołanie swej pani.

 – O jakem szczęśliwa! Czemuś taki pochmurny? Uśmiechnij się, mój drogi! Patrz na Henrysia, jak nam pięknie rośnie.

 Ale chłopczyk trzymał się sukni matki i tylko ukradkiem spoglądał na ojca.

 – Patrz, jaki śliczny, nieprawdaż? – Mówiąc to, pogłaskała chłopczyka po pięknych kędziorach i pocałowała w twarzyczkę.

 – Wolałbym, żeby się był nie rodził! – przerwał Jerzy z goryczą – i lepiej byłoby, gdybym się sam nie był rodził.

 Z przestrachem spojrzała Elżbieta na męża, i jakby go pojęła, bo pochyliła głowę na jego piersiach i zalała się łzami.

 – Źle robię, doprawdy, że cię martwię, moja biedna Elżbieto! – wyrzekł mąż tkliwie – bardzo źle... O pocóżeś mnie poznała, biedna kobieto! Byłabyś może szczęśliwszą...

 – Jerzy, Jerzy! czy to się godzi tak mówić? Musiało cię spotkać coś przykrego? A jednak niedawno jeszcze byliśmy tak szczęśliwi.

 – Tak, moja droga, byliśmy szczęśliwi! – przerwał Jerzy, posadził syna na kolanach, pogładził go po głowie i długo się wpatrywał w jego śliczne oczęta.

 – Tak, Elżbieto moja, to twój portret, do ciebie zupełnie podobny! jesteś piękną i dobrą, jakiej drugiej niema na świecie; a jednak byłoby lepiej, gdybym ciebie nigdy nie był poznał, a ty mnie.

 – Ależ mężulku, cóż ci się stało?

 – Tak, Elżbieto, widzę wszędzie tylko nędzę. Życie me gorzkie jak piołun... Takie życie, to powolne konanie. Ja, biedny niewolnik, którego los rzucił na łaskę i niełaskę ludzką, miałem sumienie pociągnąć ciebie, anielska istoto, za sobą... O! byłem bardzo niepoczciwy! Pocóż mam pracować, uczyć się? Poco budzić myśl z uśpienia? Poco wreszcie żyć na świecie? Ach! wolałbym nieżyć!

 – Jerzy, mój drogi, przestań, błagam cię! Wiem, że byłeś zmartwiony, gdy cię wzięto z fabryki; wiem, że masz pana okrutnego, ale wysłuchaj mnie, zdobądź się na cierpliwość, jeszcze chwilę – a może...

 – Cierpliwość! – zawołał, przerywając jej. – Czy jeszcze mało byłem cierpliwy? Czym powiedział choć jedno słowo, gdy mnie odebrał z fabryki, gdzie mnie wszyscy kochali? Oddawałem mu całą mą płacę, nic sobie nie zostawiając; wszyscy mówili, że pracowałem szczerze.

 – To okrutnie, ale cóż począć? Trzeba znosić, bo to twój pan! – pocieszała Elżbieta.

 – Mój pan! A kto go zrobił moim panem? Oto, czego nie umiem sobie wytłómaczyć! Jakież ma prawo do mojej osoby? Ja człowiek i on człowiek! A przecież ja lepszy od niego! Pracuję, gdy on tylko używa; czytam i piszę lepiej od niego; do czego się wezmę, potrafię zrobić, i tego wszystkiego nauczyłem się sam, nie jestem mu za nic obowiązany. Uczyłem się sam bez względu na to, że mi zawsze starał się przeszkadzać. A teraz, powiedz mi, jakie ma on prawo mnie, człowieka, przerabiać na fornalskiego konia? odrywać od pracy, do której jestem zdolny, i zaprzągać do roboty bydlęcej?... Wiem, czego się mu zachciało! – Chce mnie poniżyć! Oto dlaczego zaprzęga mnie do tak ciężkiej roboty?

 – O Jerzy, mój Jerzy! przestraszasz mnie! Nigdym cię nie słyszała tak mówiącego. Lękam się o ciebie, żebyś gorszego na siebie nie ściągnął losu... Ja to wszystko rozumiem, również z tobą cierpię; ale bądź ostrożny, mój drogi, bądź rozważny, błagam i zaklinam cię na moją miłość dla ciebie, na naszego Henrysia!

 – Byłem ostrożny i nazbyt długo cierpliwy; ale położenie moje jest co godzinę gorszem; ani ciało, ani dusza dłużej wytrzymać nie może... o nie, to daremne! Byle okoliczność, stara się mnie dręczyć, upokarzać i lżyć. Sądziłem, że przez wzgląd na moją pracę przestanie mnie prześladować, że będę miał choć w dzień świąteczny chwilkę dla siebie, że się będę mógł czego nauczyć... Ale nie! im więcej pracuję, tem więcej wali na mnie roboty i powiada, że chociaż milczę, widzi siedzącego we mnie djabła, którego musi wypędzić... Ma słuszność, niedługo ten djabeł wyjdzie ze mnie, ale z jego wyjścia nie wiem, czy się pan ucieszy...

 – Boże mój, cóż poczniemy? – zawołała Elżbieta z rozpaczą.

 – Niedawniej jak wczoraj – opowiadał Jerzy – składałem kamienie na wózek; synek jego, stojąc przed koniem, trzaskał z bicza i straszył biedne zwierzę. Poprosiłem go jak najgrzeczniej, ażeby przestał trzaskać. Lecz to dodało mu tylko otuchy, trzaskał mocniej i częściej; jam go znowu poprosił, a on zwróciwszy się do mnie, zaczął mnie chłostać; a gdym go powstrzymał za rękę – dalejże wrzeszczeć, kopać mnie nogami, a później pobiegł do ojca i oskarżył, żem go wybił. Stary przyleciał jak wściekły, wołając: „Ja cię, łotrze, nauczę, kto tu twoim panem!” Przywiązali mnie potem do drzewa, narżnęli rózg i pozwolili paniczowi bić mnie, póki się nie zmęczy... Długo się pańskie dziecko tak mną bawiło... ale mu to popamiętam!...

 Gdy to mówił, twarz jego pokryła się chmurą, a oczy błyszczały takim złowieszczym ogniem, że Elżbieta zadrżała z przestrachu.

 – Kto go zrobił moim panem, niech mi powiedzą!

 – Myślałam zawsze, że powinnam ulegać swojemu panu i pani, bom chrześcijanka.

 – Co do ciebie, może masz słuszność. Oni cię wychowali, jak własne dziecię, karmili cię, odziewali, obchodzili się z tobą łagodnie, uczyli cię... to wszystko daje im pewne prawo do ciebie. Ale ja, to rzecz inna! Szturchańce i rózgi, łajania i przekleństwa... to panu swemu zawdzięczam. Stokroć mu zapłaciłem koszta mojego utrzymania: a dłużej już wytrzymać nie mogę... nie, nie chcę! – zawołał Jerzy, marszcząc brwi i ściskając pięści.

 Elżbieta stała drżąca, nie mogąc wymówić ani słowa. Nie widziała biedna męża nigdy jeszcze w takim stanie. Wzbudzone namiętności wywierały na słabą kobietę wpływ podobny do huraganu, co w przelocie chyli do ziemi wiotką trzcinę.

 – Pamiętasz – mówił dalej – małego Karlo, któregoś mi darowała, on był moją pociechą, jedyną rozrywką. W nocy i we dnie ciągle był przy mnie i patrzał mi w oczy z takim wyrazem czułości, jakby rozumiał, ile cierpię. I to mi zabrali. Wczoraj karmiłem go u drzwi kuchni okruchami, którem pozbierał ze ziemi. Pan to zobaczył, i dowodząc, że karmię psa chlebem kradzionym, kazał mu przywiązać kamień do szyi i rzucić biednego Karlo do stawu.

 – Ach. Jerzy, i tyżeś to zrobił?

 – Ja... nie! ale on... on sam to zrobił... pan i godny jego syn, i ciskali z brzegu kamieniami na tonącego Karlo. Biedna psina, patrzał na mnie tak smutnie, jakby mi wyrzucał, dlaczego go nie ratuję. A mnie jeszcze obito, że nie chciałem go sam utopić. Biciem u mnie nic nie wskórasz; przekonasz się, tyranie, że mnie rózgi zmiękczyć nie potrafią... Przyjdzie i na cię kolej... prędzej niż się obejrzyć zdołasz, a wtenczas się policzymy.

 – Co chcesz począć? Pokładaj w Bogu nadzieję; żyj, jak wiara nakazuje, a Bóg wybawi cię z niedoli.

 – Nie, Elżbieto, nie mam chrześcijańskiej pokory, serce moje przepełnione goryczą, nie mogę pokładać w Bogu nadziei... dlaczego Bóg pozwala na podobne rzeczy?

 – Miejmy wiarę, Jerzy! Pani mówiła mi, że wszystko, co z woli Bożej się dzieje, nawet smutki i niedole, są dla naszego dobra.

 – Zapewne, łatwo to mówić, siedząc na miękkiej sofie, albo jadąc w wygodnej karecie; ale na mojem miejscu każdyby co innego powiedział, jestem tego pewny. Chcę się zgadzać z wolą Bożą, ale krew mi wre, zgroza i gniew rozrywają piersi... nie, to próżna, nie mogę pogodzić się ze swą dolą. I tybyś była nielepszą. Ale poczekaj, jeszczem nie wszystko ci powiedział, a i w twoich żyłach krew zawrze pewnie.

 – Posłuchaj. Pan powiedział niedawno, że źle zrobił, pozwalając mi ożenić się z dziewczyną, która do niego nie należy. Powiadał, że nie może cierpieć pana Szelby i całego jego domu, dlatego, że są hardzi i zadzierają nosa. Mówił, że ty mnie nauczyłaś być dumnym, że nie pozwoli mi więcej tu uczęszczać, że powinienem ożenić się z drugą i żyć z nią na jego gruncie. Z początku były to tylko postrachy; ale wczoraj powiedział stanowczo, że rozkazuje mi poślubić Franię i żyć z nią w jednej chacie; a jeśli się nie zgodzę, grozi, że mnie sprzeda handlarzom południowym.

 – Ależ my jesteśmy złączeni ślubem kościelnym, tak samo jak biali! – odrzekła z prostotą Elżbieta.

 – Alboż nie wiesz, że niewolnik nie może się żenić? Prawa, zabezpieczającego trwałość naszego związku, niema w tym kraju, – będziesz musiała przestać być moją żoną, jeśli tak rozkaże. Oto dlaczego tak mi smutno, że ciebie poznałem!... Lepiejby nam było, gdybyśmy siebie nie znali; lepiejby było, gdyby ten chłopiec nie przyszedł na świat. Z nim może się to stanie, co z nami.

 – O! nasz pan taki dobry!

 – Tak, lecz kto wie... może umrzeć, a dziecię kupi ktoś inny. Bóg wie kto! Tyle tylko radości, że to chłopię jest piękne, rozumne i miłe. Powiadam ci, Elżbieto, że każdy dobry przymiot, jaki się znajdzie w twoim chłopcu, będzie dla ciebie powodem nowego nieszczęścia. Będą go cenić drogo, bardzo drogo, – i nie będziesz miała z niego pociechy, zostanie sprzedany.

 Słowa te zasmuciły bardzo Elżbietę. W jej myśli stanęła postać handlarza; zbladła z przerażenia, nie miała siły odetchnąć, jak gdyby po otrzymaniu śmiertelnego ciosu. Spojrzała ze strachem na galerję, dokąd wyszedł chłopczyna podczas rozmowy rodziców; tam dziecię hasało żwawo po wszystkich kątach, jeżdżąc na kiju pana Szelby. Chciała z razu mężowi opowiedzieć swoją obawę, lecz się wstrzymała i nic nie rzekła.

 – Nie! – pomyślała – nieszczęśliwy, i bez tego ma dużo do znoszenia! Nie, nic mu nie powiem. A zresztą ufam mojej pani, bo zawsze prawdę mówiła.

 – No, moja droga Elżbieto! – odezwał się mąż z boleścią. – Cierpliwości! wytrwaj, bywaj zdrowa, muszę już odejść!

 – Więc już odchodzisz... dokąd?

 – Do Kanady! – rzekł tłumiąc wzruszenie. – A gdy tam zostanę, wykupię cię stąd... To ostatnia moja nadzieja. Ty masz dobrego pana, który zapewne zgodzi się odprzedać mi ciebie. Wykupię cię... ciebie i nasze dziecko... Mam nadzieję w Bogu, że mi się uda tego dokazać.

 – Ach, drżę cała!... A jeśli cię pochwycą?

 – Nie, Elżbieto, nie pochwycą... chyba trupa... Albo zostanę wolny, albo żyć przestanę.

 – Czyż sam targnąłbyś się na własne życie?

 – To nie, zabiją mię bez mojej pomocy... Ale żywcem nie sprzedadzą mnie do Stanów południowych.

 – Jerzy mój, Jerzy! Strzeż się mój drogi! Nie czyń nic złego... nie podnoś ręki na siebie, ani też na nikogo! Wielka pokusa miota tobą... bardzo wielka, ale walcz z nią. Potrzeba, żebyś uciekł, ale bądź ostrożny! Módl się do Boga, niech cię wspomaga!

 – Dobrze, dobrze, Elżbieto, będę ci posłusznym. Ale teraz odkryję ci moje zamiary. Pan mój umyślił mnie posłać z listem do pana Limzi, który mieszka stąd może o milę. Mnie się zdaje, że się domyślał, iż tu zajdę i będę się na niego skarżył przed tobą. Zapewne już się raduje, że to, co powiedziałem, zasmuci wyrodnych Szelby, jak ich zwykle tytułuje... Ja zaś, powrócę do domu najzupełniej spokojny, jak gdybym nie miał żadnej nadziei... rozumiesz? Niektóre przygotowania są już urządzone: są ludzie, którzy mi pomogą; za tydzień – mniej lub więcej, policzonym zostanę do tych, „którzy zginęli bez wieści...” Módl się za mną, Elżbieto! może Stwórca miłosierny wysłucha twojej prośby.

 – O Jerzy mój! módl się sam do Niego, módl się i pokładaj w Nim nadzieję, a wtenczas nic złego nie uczynisz!

 – Bądź zdrowa! – zawołał Jerzy i ująwszy ręce Elżbiety, nieruchomie spoglądał jej w oczy.

 Kilka minut stali tak w milczeniu. Ostatnie słowa, ostatnie westchnienia, łzy gorzkie, gorące... Było to pożegnanie ludzi, których nadzieja powtórnego się spotkania nie była mocniejsza od nitki pajęczej... Mąż i żona rozstali się...

ROZDZIAŁ IV.

Wieczór w chacie wuja Toma.

Niedaleko od dworu stała chatka wuja Toma, z rozmaitej wielkości bierwion sklecona; przed chatką był ogródek, starannie utrzymywany, w którym dojrzewały poziomki, maliny i inne owoce, jakoteż warzywa.

 Cały front chatki zakrywały gęste sploty ponsowej begonji i krajowej róży, bardzo bogatej w kwiecie, niedozwalającem dostrzec nieogładzonych i koszlawych ścian chaty. Każdego lata obsadzała ciotka Klotylda ulubionemi, przeważnie jaskrawemi, latowemi kwiatami ową część ogródka.

 Ale wejdźmy do chatki. We dworze już po wieczerzy, i ciotka Klotylda, jako naczelna kucharka, mogła ze spokojnem sumieniem, zostawiwszy naczynia do umycia i uprzątania kuchni kuchcikom, udać się do swej chatki i zająć się przygotowaniem posiłku dla swego „starego”, jak zwykła nazywać męża. W tej chwili widzimy ją przy piecu, pilnującą rozmaitych potraw i z pewnem wewnętrznem zadowoleniem podnoszącą z kociołka pokrywkę, z którego wylatuje draźniący podniebienie zapach – to jakiś nadzwyczajny przysmak...

 Twarz jego okrągła, pełna, czarna, błyszcząca, jakby ją lakierem pociągnął, jaśnieje wewnętrznem zadowoleniem. I nic dziwnego, bo ciotka Klotylda to najlepsza kucharka na całą okolicę, nie ma ona w tym względzie sobie równej, wie o tem dobrze i słusznie może być dumną.

 Ciotka Klotylda, to kucharka zawołana; ptactwo domowe czytało w jej spojrzeniu swą dolę nieszczęśliwą i gdy spostrzegało ją zbliżającą się krokiem poważnym, kury, gęsi, kaczki, wszystko to drżało z przestrachu; nawet odważny indyk smutnie spuszczał głowę i pogrążał się w głęboką zadumę, – widocznie gotował się na śmierć. Zajętą była nieustannie ważnym swym obowiązkiem; na polu sztuki kulinarnej robiła z każdym dniem postępy, z których, rozumie się, nie zdradzała się przed żadną kobietą, bo natem zależała jej sława. Ciotka Klotylda była jedyną w swoim rodzaju, chociaż niewolną od pewnej próżności; nieraz aż kładła się od śmiechu, opowiadając o nieszczęśliwych próbach swoich rywalek w przyrządzaniu potraw, mianowicie pirogów, pieczenia ciast i zapiekanek.

 Większe zjazdy gości, na które trzeba było wystawiać wytworne obiady i kolacje, podniecały zwykle siły moralne ciotki Klotyldy: z pewną więc wewnętrzną rozkoszą patrzała na walizy, kufry, pudła itp., zawalające kurytarz – zwiastowały one bowiem cały szereg kulinarnych zabiegów, któremi się miała popisać.

 W obecnej chwili, jak to już powiedzieliśmy, stała przed piecem i uważnie pilnowała przysmaków – nie przeszkadzajmy jej przeto, a obejrzyjmy sobie wnętrze chatki.

 W jednym kącie stało łóżko, starannie białą kapą przykryte; przed łóżkiem był dywan, miejsce to było widocznie pierwsze, niejako honorowe w izbie. Ciotka Klotylda, jako kobieta, mająca niejakie stosunki, chociaż pośrednie z wyższem towarzystwem, musiała mieć jakiś kącik lepszy – do przyjęć... nazywała go „pokojem bawialnym” i strzegła go przed rozswawolonemi dzieciakami.

 W przeciwległym kącie było drugie łóżko, mniej starannie osłonięte, przeznaczone prawdopodobnie do codziennego użycia. Ścianę ponad kominem zdobiły jaskrawe obrazki Świętych Pańskich i portret Waszyngtona... Biedny wybawca Ameryki! zadziwiłby się, gdyby zobaczył, jak go sztuka narodowa przybrała.

 W tym właśnie kącie izdebki, dwaj jak węgiel czarni chłopacy, o kędzierzawych włosach, błyszczących policzkach, uczyli malutką swą siostrzyczkę chodzić; powtarzające się co chwilę wybuchy śmiechu, nie świadczyły bynajmniej o zbytnich postępkach maleństwa, które co parę kroków upadało.

 Przed kominem stał nakryty stół, widocznie do wieczerzy; za stołem siedział wuj Tom, najlepszy robotnik pana Szelby; a ponieważ tenże ma być bohaterem naszego opowiadania, winniśmy poświęcić osobie jego słów kilka. Był to mężczyzna barczysty, wysokiej postawy; twarz jego o rysach właściwych Afrykańczykom, o błyszczącej czarnej cerze, wyrażała niezwykłą dobroć serca, łagodność, rozum prosty a poczciwy. W całej postaci przebijała się godność i pewien rodzaj pokornej, łatwowiernej dobroduszności. W tej chwili przerysowywał na marmurowej tabliczce z komiczną powagą jakieś litery, – uczył go pisać Jerzy, trzynastoletni chłopczyk o bystrem spojrzeniu, dumny ze swego stanowiska nauczyciela.

 – Ależ nie w tę stronę, wuju Tomie, – zawołał chłopczyk, spostrzegłszy, że uczeń jego zawrócił ogonek od g w niewłaściwą stronę, – patrz, napisałeś q zamiast g.

 – O dla Boga, czyż doprawdy? – przerwał wuj Tom, popatrzył z uszanowaniem na swego młodego nauczyciela, który chcąc go przekonać, że źle napisał, kreślił swobodnie mnóstwo g i q. – Wuj Tom ujął znowu rysik, którego w swych spracowanych palcach nie mógł utrzymać.

 – Jak to tym białym wszystkie sztuki łatwo przychodzą! – zawołała ciotka Klotylda, smarując patelnię kawałkiem słoniny i spoglądając z pewnym rodzajem dumy na Jerzego. – A w domu to pisze, aż miło popatrzeć; a czyta... co to i mówić... A jest taki dobry, że wieczorem jeszcze do nas przybieży i uczy mego „starego”.

 – Ależ ciotko Klotyldo, jestem bardzo głodny! – przerwał Jerzy. – Zobaczno do tygielka, czy omlet jeszcze nie gotów.

 – Prawie gotów, paniczu – odrzekła ciotka Klotylda, podnosząc pokrywkę z tygielka – a skórka jak się rumieni!... smacznym będzie... jeszcze tylko chwilkę. Cierpliwości, paniczu kochany. Onegdaj chciała pani, żeby Zuzka spróbowała upiec kilka pierożków, ale gdzie jej tam... powiadam paniczowi, że to się serce kraje, gdy się patrzy, jak się dobro pańskie marnuje; i cóż to było za pieczywo, pożal się Boże! krzywe, koszlawe, właśnie nieprzymierzając, jak mój papuć... nie, to próżno, gdzieby tam ona potrafiła, to nie tak łatwo.

 Po tem lekceważącem Zuzkę przemówieniu, zrzuciła pokrywkę z tygla i odkryła mistrzowsko upieczona leguminę w formie babki, której żaden nie powstydziłby się cukiernik; miała być ona zapewne owym nadzwyczajnym przysmakiem, więc na dobre zaczęła się kobiecina krzątać około przysposobienia wieczerzy.

 – Wynoście się urwisy, a i ty ruszaj, Paulinko! Mateczka nie zapomni o swej córeczce, da ci coś smacznego, moja pieszczotko. Dalej paniczu, na bok książki, i proszę siadać z moim starym. Zaraz będzie smażona kiełbasa i placek kukurydzowy.

 – Miałem iść na wieczerzę do domu, ale zostanę, bo masz niezłe przysmaki.

 – Już to pewno, że wiesz co dobre, mój kochanku, – odrzekła ciotka Klotylda, kładąc na talerz gorące bliny, – bo i dla kogóżby stara Klotylda miała chować przysmaki, jeżeli nie dla swego pieszczocha.

 Mówiła to z niezwykłem zadowoleniem, popatrzała na Jerzego i odwróciła się ku ognisku.

 – A teraz proszę leguminy, ciotko Klotyldo – odezwał się malec i wziął wielki nóż, jak gdyby zabierał się do krajania.

 – Na Boga, paniczu! – zawołała ciotka Klotylda, wstrzymując rączkę Jerzego, – któż to widział krajać leguminę takim wielkim nożem! Wszystko się zapadnie – cała moja praca. Tutaj masz cienki, ostry nożyk, jakby umyślnie do tego zrobiony; gdy nim kraję – płatki się oddzielają lekkie, jak piórka. – Jedz paniczu, niema nad to nic lepszego.

 – Tom Linkoln powiada, – odezwał się Jerzy, przez napakowane ciastem usta – że jego Janina lepsza kucharka od ciebie.

 – Patrzcie, jaki mi zuch Linkoln! – zawołała Klotylda lekceważąco – Linkolny wielkie mi osoby... ważne figury! to ludzie poważani w najzwyklejszem tego słowa pojęciu, ale brak im pańskości. Czy można porównać Linkolna z panem Szelby? Miły Boże! A panna Linkoln! Czy potrafi tak wejść do salonu, jak moja pani – z taką elegancją, lekko a poważnie? Gdzie im się tam mierzyć z moim państwem?

 Ciotka Klotylda, dokończywszy słów tych, potrząsła dumnie głową, jak ktoś, co zna świat dobrze.

 – Ale sama przecie chwaliłaś Janinę, że to dobra kucharka.

 – Niezawodnie – odpowiedziała Klotylda – i teraz powtarzam, iż Janina dobra kucharka... zna się na kuchni prostej: umie upiec bardzo dobry chleb, nagotować ziemniaków; jej kołacze z kukurydzy nie są wprawdzie szczególne, ale jeść je można. O lepszej kuchni nie ma wyobrażenia, robi wprawdzie pasztety, ale cóż to za pasztety? jak wyglądają? A czy potrafi zrobić ciasto, coby się rozpływało w ustach, lekkie jak puszek! Kiedy panna Marja wychodziła za mąż, widziałam sama, jakie ciasto upiekła... Janina jest moją przyjaciółką, – i dlatego nic jej wtedy nie powiedziałam... ale mówiąc prawdę, nie zdołałabym przez cały tydzień oka zmrużyć, gdyby mi coś podobnego się zdarzyło.

 – A jednak Janina chwaliła swoje ciasto, że wyborne.

 – Prawda, prawda; pokazywała mi je także i w swej naiwności pragnęła pochwał – i to właśnie dowodzi, że się nie zna na tem... Cały ten dom nie ma wielkiego znaczenia. Oj, paniczu, nie wiesz, jak jesteś szczęśliwy, jakich dobrych masz rodziców!

 Tu ciotka Klotylda westchnęła i z uczuciem wdzięczności podniosła wzrok ku niebu.

 – Bądź przekonaną, ciotko Klotyldo, że uznaję najzupełniej zalety naszych pasztetów i pudingów. Zapytaj Toma Linkolna, jak go ugniewam, gdy mu o nich opowiadam.

 Klotylda brała się za boki od śmiechu, upadła na krzesło i śmiała się tak szczerze, że aż łzy puściły się strumieniem po jej czarnych, błyszczących policzkach. A dając malcowi małego klapsa, mówiła głosem urywanym: zabijesz mnie panicz swoim dowcipem. – I znowu wybuchnęła głośnym śmiechem, tak że chłopczykowi naprawdę zdawało się, że jest najdowcipniejszym z ludzi i że rzeczywiście za wiele powiedział.

 – To panicz tak wprost Tomkowi powiedziałeś? Ale czy powiedziałeś? – pytała ciotka Klotylda, ucierając łzy. – Mój Boże, to mi zuch! Żartuje sobie z Tomka! O dla Boga, paniczu, przestań żartować, bo się na śmierć zaśmieję!

 – Powiedziałem mu: posłuchaj Tomek, powinieneś posmakować pasztetów ciotki Klotyldy – to ci pasztety...

 – A szkoda, że ich nie kosztował! – dorzuciła Klotylda, której poczciwe serce przedstawiało sobie natychmiast smutne położenie Tomka Linkolna. – Powinieneś, paniczu, zaprosić go kiedy na obiad, będzie to bardzo pięknie z panicza strony. Nie trzeba się bowiem wynosić nad innych, tego nie usprawiedliwia ani wyższość umysłowa, ani urodzenie, ani majątek.

 – Dobrze, w przyszłym tygodniu zaproszę Tomka, a ty, ciotko Klotyldo, nie żałuj trudu; toż to będzie się dziwował... Nakarmimy go, by pamiętał ze dwa tygodnie o naszym obiedzie.

 – Koniecznie, koniecznie – przerwała Klotylda zachwycona. – Zobaczysz paniczu, jak go nakarmim! O dla Boga, jak to się przypomni niektóre obiady... pamiętasz paniczu, ten pasztet z kurcząt na obiedzie, któryśmy dawali dla jenerała Noksa? O, wtenczas to o małośmy się nie pokłóciły z panią o skórkę pasztetu. Bo też ja nie rozumiem, co tym paniom przychodzi niekiedy do głowy: czasami właśnie wtedy, gdy lękasz się i drżysz, żeby się udało, wsuną swoje trzy grosze. Pani się chciało, żebym robiła jedno tak, drugie inaczej – aż mi cierpliwości zabrakło... „Pani, mówię jej, chciej tytko spojrzeć na swoje białe rączki a na moje czarne łapy; to już widać Bóg tak chciał, żebym ja się krzątała koło kuchni, a pani siedziała sobie w pokoju”. O mało się wtenczas nie rozgniewałam.

 – A co mama na to powiedziała? – spytał Jerzy.

 – Co powiedziała? Popatrzała na mnie swemi pięknemi oczami i odpowiedziała: „Zgoda, ciotko Klotyldo; widzę, że masz rację” – i poszła sobie do pokojów. Już to, co prawda to prawda, pani mogła mnie palnąć czem się nawinie za moją niegodziwość, ale trudno, nic nie umiem zrobić, gdy mi jaka pani patrzy na palce.

 – O pamiętam ów obiad, udał ci się doskonale, wszyscy chwalili.

 – Oj co prawda, to prawda! Stojąc za drzwiami, na własne oczy widziałam, jak jenerał trzy razy podsuwając swój talerz ku pani, prosząc o pierogi z jagodami, mówił: „Pani Szelby, masz pani nieocenioną kucharkę”. – O mój Boże, mój Boże! o mało mi z radości serce nie pękło! Jenerał zna się na dobrej kuchni!... to bardzo porządny człowiek! Pochodzi z najstarożytniejszej familji w starej Wirginji, to też, jak i mój pan, zna się na tem, co smaczne, – to zacny człowiek... ten jenerał. Widzisz paniczu, w każdej potrawie jest coś osobliwego, ale nie każdy umie to dostrzec, a jenerał od razu zrozumiał o co chodzi... już to poznałam ze słów jego. Tak, tak, zna się na osobliwościach kuchni.

 Jerzy najadł się do syta, jak to się zdarza dzieciom, którym jedzenie smakuje; nieco znużony, zaczął się przypatrywać dziatwie, która z odległego kąta wzajemnie go obserwowała, jak jadł...

 – Chodźcie Pietrek, Mundziu, chcecie także co zjeść? – zawołał, urywając spore kawałki ciasta i rzucając je dzieciom. – Ciotka Klotylda upiecze im także cośkolwiek.

 Jerzy i Tom przeszli od stołu do komina, a Klotylda przygotowała spory zapas ciast, wzięła na kolana małą Paulinkę i obdzieliła dwóch urwisów, którzy największą znajdowali przyjemność posilać się pod stołem, przewracając się, swawoląc i ciągnąc za nóżki swą małą siostrzyczkę.

 – Ciszej! a przestaniecie wy tam! – wołała matka, szturchając pod stołem nogą na chybił trafił. – Widzicie, że są goście, bądźcie cicho, urwisy! No, niechno panicz wyjdzie, sprawię wam niespodziankę.

 Jaka to miała być niespodzianka, nie trudno zgadnąć; to tylko pewna, że obietnica nie wywarła na rozswawoloną dziatwę najmniejszego wpływu.

 – Rozwioźli chłopcy! – rzekł wuj Tom – nie dadzą ani chwili spokoju.

 Chłopcy tymczasem wyszli z pod stołu, z zatłuszczonemi twarzami i rękoma i dalejże naprzemian całować i ściskać siostrzyczkę.

 – A dajcie jej pokój! – wołała matka, odpychając ich kędzierzawe główki. – Ruszajcie mi zaraz do strumienia, umyjcie się czysto i pięknie; – i potwierdziła ten rozkaz kilku szturchańcami, które nie musiały być nazbyt straszne, bo dziatwa wyleciała za drzwi, śmiejąc się i jeszcze bardziej swawoląc.

 – No, powiedzcież mi przez litość, czy widział kto takich urwisów. – Wziąwszy czysty ręcznik, umoczyła go w letniej wodzie, obmyła twarz i ręce Paulince, posadziła ją na kolana Tomowi i zaczęła sprzątać ze stołu. Dzieciak tymczasem szarpał ojca za nos, drapał go po twarzy i zapuszczał swoje drobne paluszki w jego kędzierzawą czuprynę. Ostatni rodzaj zajęcia widocznie najbardziej podobał się małej Paulince.

 – Nie, śliczna to dziewuszka! – zawołał Tom, podnosząc dzieweczkę w górę jakby się chciał nią nacieszyć; później, usadowiwszy dziecinę na ramieniu, dalejże w pląsy po pokoju, a Jerzy skacząc przed nią, wywijał chustką i bawił się razem. Mundziu i Pietrek, gdy wrócili do izby, przyłączyli się także do kompanji i to z takim hałasem, że ciotka Klotylda musiała protestować, – że jej pęknie głowa. Ale to na nie wiele się przydało; codziennie bowiem te same hałasy i te same protesty się powtarzały, aż Tom znużony nie skończył a z nim i pomęczona dziatwa.

 – Na dziś, sądzę, będzie dosyć – rzekła matka, wyjmując z kufra składane łóżko i rozłożyła je. – Dalej Mundziu, Pietrek, spać! Zbliża się godzina modlitwy.

 – Nie pójdziemy spać matuniu, będziemy się także modlić, to tak ładnie.

 – Pozwól im ciotko Klotyldo i złóż łóżko, niech sobie posiedzą – prosił Jerzy.

 Klotylda była widocznie z tego zadowoloną, bo łóżko bez szemrania znów złożyła.

 – No niechże sobie posiedzą, może pójdzie im to na pożytek.

 I wszyscy wzięli się do sprzątania.

 – Skąd dostać krzeseł? – zapytała ciotka Klotylda. – Doprawdy nie wiem, jak temu zaradzić? Ależ te zebrania co tydzień bywają w chacie Toma i zawsze obchodziliśmy się tem co jest, może i teraz damy sobie jakoś radę. Usiądą, jak się da, miejsca jest dosyć.

 – W przeszłym tygodniu złamał dziadek Piotr dwie nóżki u tego krzesła – przerwał Mundziu.

 – Jeszcze mi będziesz zmyślać! Pewnieś to ty zrobił, urwisie! – zawołała ciotka Klotylda.

 – To nic, matusiu, będzie stać, jak je przystawię do ściany.

 – Tylko bacz – zauważył Pietrek – żeby nie usiadł na nim dziadek Piotr; bo zwykle, jak zacznie śpiewać, to jeździ na krześle po całym pokoju.

 – Tem lepiej, niech siada – przerwał Mundziu; – zobaczymy, jak tylko zacznie: „I przyjdziecie sprawiedliwi i grzesznicy wysłuchać głosu mojego” – wywróci koziołka i rozciągnie się jak długi! – Mówiąc to, powtarzał po dziadku Piotrze i chcąc bardziej uobrazować swe opowiadanie, ruszył z miejsca na krześle i już leżał na ziemi.

 – Przestań! – zawołała ciotka Klotylda. – Czyż wam nie wstyd? nie możecie się na chwilę uspokoić?

 Ale Jerzy popierał małego urwisa i dowodził, że Mundziu jest zuch; i dlatego uwagi matki skutkowały, jakby rzucał groch na ścianę.

 Tymczasem wniesiono do izby dwie próżne beczułki, podparto je kamieniami i położono na nie deski, – siedzenia były gotowe.

 – Panicz tak pięknie czyta – zauważyła ciotka Klotylda – mógłby pozostać z nami i przeczytać nam cośkolwiek głośno.

 Jerzy zgodził się natychmiast, bo któryż chłopiec nie uczyniłby tak samo, słysząc tak pochlebne o sobie zdanie?

 Izba wkrótce napełniła się różnobarwną gromadą, począwszy od dziewczynki lat piętnastu, aż do ośmdziesięcioletniego starca. Z początku, jak zwykle, opowiadano sobie niewinne ploteczki: „Skąd ma Zuzka nową chustkę?” „Pani darowała Elżbiecie nową suknię...” „Pan kupi niedługo pięknego konia” itp.

 Niektórzy z gości należeli do sąsiednich plantacyj i przychodzili do chaty wuja Toma za wyłącznem pozwoleniem swoich panów. Każdy miał do powiedzenia jakąś nowinę, ploteczkę, które tutaj również krążyły jak w pańskich salonach.

 Po chwili, z widocznem zadowoleniem obecnych, zaczęły się śpiewy. Kilka fałszywych głosów nie mogło zepsuć wspaniałej całości; z piersi owych dzieci natury płynęła pieśń wdzięcznemi, pełnych uniesienia tony.

 Śpiewano pieśni kościelne, których nauczyli się w okolicznych kościołach, albo od misjonarzy.

 Pieśni te przeplatano opowiadaniami i naukami moralnemi.

 Jerzy zaczął na ogólne prośby czytać ustępy z Pisma św.

 Jako chłopak z natury uważny, a wychowany starannie przez matkę w zasadach religijnych, widząc, że jest celem powszechnej uwagi, czytał z powagą godną pochwały. Młodzież go podziwiała, starzy go błogosławili – dobrego, kochanego panicza.

 Toma szanowano ogólnie i we wszystkich sprawach jego się radzono; posiadał bowiem pogląd jasny, umysł szlachetny, serce czułe. Na zakończenie odmówił wuj Tom modlitwę tak ciepłą, tak płynącą wprost ze serca, że obecni rozpłakali się z rozrzewnienia, a niejeden, nawet wykształcony człowiek, mógłby się zbudować.

 Gdy to się dzieje w chacie niewolnika, zupełnie inna scena odgrywała się w domu właściciela.

 Handlarz murzynów i pan Szelby siedzieli za stołem zarzuconym papierami. Pan Szelby podał Haley’emu całą pakę dokumentów do przejrzenia.

 – Wszystko w porządku – rzekł handlarz, – tylko podpisać...

 Szelby porwał gwałtownie za pióro, podpisał z gorączkowym pospiechem, jakby chcąc prędzej uwolnić się od wyrzutów sumienia, i podał handlarzowi dokumenty sprzedaży. Haley wyjął z pugilaresu pergamin i podał go panu Szelby, a ten go pochwycił z niespokojem, którego nie był w stanie ukryć.

 – Interes skończony, – rzekł Haley, wstając z krzesła.

 – Skończony! – powtórzył Szelby w głębokiej zadumie. – Skończony!

 – Pan nie bardzo jesteś z tego zadowolony, jak mi się zdaje, – zauważył handlarz.

 – Haley – odrzekł Szelby – pamiętaj, że mi dałeś słowo nie sprzedać Toma, jak tylko zacnemu domowi.

 – Bądź pan przekonany, że w tym względzie uczynię, jak sam postąpiłeś...

 – Pan wiesz, że mnie zmusiła do tego konieczność!

 – Przecież i mnie może to spotkać – dorzucił Haley. – Zresztą użyję wszelkich starań, by Toma ulokować dobrze, a co się tyczy mego z nim obejścia, bądź pan zupełnie spokojny. Codziennie dziękuję Bogu, że mi dał serce czułe.

 Handlarz od pierwszego słowa dał się poznać w właściwem świetle, i dlatego jego kupiecki humanitaryzm wcale nie zaspokoił pana Szelby.

ROZDZIAŁ V.

Jakie uczucia władną człowiekiem, który, jako własność osobista, przechodzi w posiadanie nowego właściciela.

Znajdujemy się w sypialni państwa Szelby. Pan domu siedzi w fotelu i przegląda otrzymane po obiedzie listy. Pani domu stoi przed lustrem i rozpuszcza loki, któremi Elżbieta głowę jej przybrała. Spostrzegła bladość na twarzy Elżbiety i widoczne przygnębienie, kazała jej iść na spoczynek, a rozbierając się sama, zwróciła się do męża.

 – Powiedz mi, Arturze, kto to jest ów nieokrzesany człowiek, coś go przyprowadził dzisiaj na obiad?

 – To Haley – odrzekł Szelby, poprawiając się z pewnem zakłopotaniem na fotelu i nieodrywając wzroku od listów.

 – Haley? Powiedz mi, co to za człowiek i dlaczego do nas przybył?

 – Łączyły mnie z nim ostatniemi czasy, podczas mojej bytności w Naczez, rozmaite interesy.

 – I to go uprawniało, aby nas odwiedzić, u nas obiadować i rozgaszczać się, jak gdyby był u siebie w domu?

 – Zaprosiłem go... mamy z sobą obrachunki.

 – Człowiek ten handluje murzynami? – zapytała pani Szelby, spostrzegłszy na twarzy męża pewne zaniepokojenie.

 – I cóż to cię obchodzi, moja droga? – rzekł pan Szelby, podniósłszy oczy na żonę.

 – Tak... wyobraź sobie, co to za dziwactwo: po obiedzie wpadła Elżbieta do mnie, pomięszana, dowodząc, że sama słyszała, jak Haley proponował ci kupno jej syna; nieprawdaż, że to dziwaczne urojenie?

 – Ona to słyszała? – zapytał pan Szelby, zabierając się znowu do przeglądania papierów, z całą jak się zdawało uwagą, chociaż je trzymał do góry nogami. „Po co tu taić? – pomyślał. – Prędzej, czy później musi się przecież dowiedzieć”.

 – Powiedziałam Elżbiecie – dodała pani Szelby – że majaczy, że ci ani w głowie postało sprzedawać któregokolwiek bądź z naszych ludzi, a tembardziej takiemu jak on człowiekowi.

 – Masz słuszność Emiljo, zawsze tak sądziłem, takie jest moje przekonanie; niestety, okoliczności się zmieniły i jestem zmuszony odprzedać kilku ludzi.

 – Przedać takiemu człowiekowi? To być nie może, panie Szelby, żartujesz ze mnie.

 – Bardzo mi przykro powiedzieć, że wcale żartować nie myślę. Jestem zdecydowany sprzedać Toma.

 – Jakto, naszego Toma! naszego zacnego, poczciwego Toma, który od dzieciństwa wiernie ci służy? Ach, panie Szelby!... A jednak obiecałeś mu dać wolność – powtarzaliśmy mu nieraz tę obietnicę... O! teraz mogę uwierzyć nawet i temu, żeś sprzedał małego Henrysia, jedyne dziecię biednej Elżbiety! – Głos pani Szelby brzmiał niewysłowioną boleścią i oburzeniem.

 – Tak jest, i to prawda, jeżeli tak ci pilno wszystkiego się dowiedzieć, to muszę ci wyznać, że się zdecydowałem sprzedać Toma i Henrysia; ale jeszcze nie pojmuję powodu, aby dlatego, co jest rzeczą zwykłą, co wszyscy robią niemal codziennie, miałabyś mną gardzić, uważać za potwora?

 – Dlaczegóż właśnie ich wybrałeś? Skoro koniecznem było sprzedać kogo, to można było zrobić inny wybór.

 – Dlatego, że za nich dają więcej niż za innych. Zresztą dla mnie to wszystko jedno, możemy sprzedać kogo innego. Ten człowiek proponuje mi za Elżbietę grube pieniądze. Jak uważasz, możeby to było lepiej?

 – Jakaż to podłość! – zawołała pani Szelby w gwałtownem uniesieniu.

 – Przecież tego nie zrobiłem, szanując twoje uczucia; za nic w świecie na to się nie zgodzę; słuszna przeto, żebyś miała wzgląd na moje położenie i ufała mi choć trochę.

 – Przebacz mi, mój drogi, żem się uniosła – odrzekła pani Szelby. – Wiadomość ta przeraziła mnie niesłychanie, ale mam nadzieję, że pozwolisz mi wstawić się za tymi nieszczęśliwymi. Tom, chociaż murzyn, jest człowiekiem prawym, z zacnem, szlachetnem sercem. Jestem pewna, iżby życie poświęcił za ciebie.

 – Wiem o tem; ale cóż to pomoże? Nie mogłem inaczej postąpić.

 – Czyż nie lepiej ponieść stratę? Z chęcią połowę biorę i na siebie... Mężu mój! ty wiesz, że z całą sumiennością dobrej chrześcijanki starałam się wywiązać z moich obowiązków względem tych biednych, mocą prawa do nas przykutych istot. Wiele to już lat, jak się niemi opiekuję, staram się