Buba - Barbara Kosmowska - ebook
Opis

Kiedy ma się rodziców, dziadka, ukochaną parę dżinsów, martensy i własny pokój – życie wydaje się całkiem znośne i Buba o tym wie. Ale Buba to gracz, który walczy o najwyższą stawkę, jaką jest rodzinne szczęście. Bo Bubie do szczęścia potrzebne jest zawsze szczęście innych. Taka już jest.

Powieść Barbary Kosmowskiej tętni ciepłem i życiem. Jej główna bohaterka jest postacią bardzo pozytywną, niestety - mnóstwo poważnych problemów spada na jej nastoletnią głowę. Z opresji zawsze wychodzi z twarzą i więcej - swoim optymizmem rozwesela także twarze (i serca!) innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Barbara Kosmowska

Buba

Strona redakcyjna

Barbara Kosmowska

Buba

© by Barbara Kosmowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Elżbieta Chojna

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk

Wydanie VII

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-588-8

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Półtora roberka

Buba nie była ani ładna, ani brzydka. Ani też specjalnie wysoka, choć nazwać ją niską to nieporozumienie. Mogła się wydawać nazbyt gruba, ale tak naprawdę gruba nie była. Niektóre sprzedawczynie mówiły nawet do niej „kruszynko”, gdy mierzyła kolejną parę dżinsów. Bo Buba chodziła tylko w dżinsach. Jakby na świecie we wszystkich sklepach z ciuchami sprzedawano wyłącznie wycieruchy.

Na te dżinsy najbardziej gniewała się matka Buby.

– Kiedy wyrośniesz z tych wstrętnych portek? – pytała, ilekroć zdarzało jej się dopaść córkę w ich przestronnym, choć przepełnionym mieszkaniu na drugim piętrze betonowego bloku przy ulicy Zwierzynieckiej. Buba nie podejmowała dyskusji, bo nie zamierzała nigdy z niczego wyrastać. Zwłaszcza że jej wyrastania nikt z domowników pewnie by nie dostrzegł. Nieraz zastanawiała się, czy ktokolwiek z rodziny wie, jak naprawdę ma na imię. Na wszelki wypadek nie zadawała nikomu z bliskich tego kłopotliwego pytania. Zresztą co za różnica, jak brzmiało jej prawdziwe imię, skoro go w ogóle nie używano? Podobnie rzecz się miała z Buby nazwiskiem. Też kłopotliwym. Wiecznie ją pytano o matkę albo ojca. „Czy ty, dziecinko, nie jesteś przypadkiem córką tej znanej pisarki?” Albo: „To twój tatuś prowadzi Horyzonty nadziei? Ten program o chorych na serce”. A Buba wiedziała, że nie jest córką żadnym „przypadkiem”, tyle że nie mówiła o tym głośno.

– Ja? – udawała w takich sytuacjach szczerze zdziwioną.

I ludzie przyjmowali to lapidarne wyjaśnienie, nie dręcząc kogoś tak przeciętnego jak Buba dalszymi pytaniami. Buba zbyt dobrze pamiętała koszmar rodzinnych wczasów w towarzystwie wszędzie rozpoznawalnych rodziców, aby nauczyć się koniecznej anonimowości. Przy ojcu i matce była tylko obiektem surowej krytyki licznych wielbicieli ich talentu, gorzko rozczarowanych, że Buba wygląda, jak wygląda, że nie jest odpowiednio inteligentna, błyskotliwa i ładna. Ładna, to za mało powiedziane! Buba czuła, że oczekuje się od niej tego wszystkiego, czego rodzice mieli w nadmiarze. A może nawet trochę więcej? Szybko zrozumiała, że musi walczyć o swoje prawo pozostania Bubą. Czy to się komuś podoba, czy nie. Dlatego ilekroć odcinała się od swego głośnego nazwiska i idących za nim próśb o autografy, czuła się jak znakomita aktorka po kolejnym udanym spektaklu.

Teraz też tak się czuła. Nikogo jednak nie okłamała, nie odegrała żadnej ze swych wielkich ról, po prostu wracała ze szkoły i kopała kamień czubkiem martensa. Równocześnie wyobrażała sobie, że gdy przekroczy próg rodzinnego domu, otoczy ją natychmiast aura ogólnego zainteresowania. Padną ważne pytania: „Czy jesteś głodna?”, „Jak napisałaś sprawdzian z fizyki?”, „Co sądzisz o nowym wystroju balkonu pani Pęcikowej?”. Albo inne, dotyczące na przykład spraw domowych, w których jej głos okaże się decydujący. Ważne, żeby je kierowano do Buby i oczekiwano jej odpowiedzi.

Nacisnęła dzwonek domofonu. Znowu zapomniała kluczy.

– Znowu zapomniałaś kluczy? – usłyszała płynący ze ściany niezadowolony głos Bartoszowej. Drzwi otworzyły się z głuchym pomrukiem i Buba uświadomiła sobie, że poza pytaniem Bartoszowej, nikt inny dzisiaj o nic jej nie zapyta. A ona nie będzie musiała silić się na odpowiedź.

* * *

– Dobrze, że już jesteś, kochanie. Przynieś mi, proszę, te srebrne spinki z komody. Mam spotkanie z czytelnikami, a spójrz, jak wyglądam! – w głosie matki zabrzmiała skarga, której Buba nigdy nie mogła zrozumieć.

Matka wyglądała wspaniale. Miała piękne orzechowe włosy, tak grube i błyszczące, że spinki, nawet brylantowe, byłyby przy nich tanimi świecidełkami.

– Bubo! – matka spojrzała na nią z przerażeniem. – Ty masz dzisiaj urodziny?

– Miałam wczoraj.

– O mój Boże! Dziecko! Dlaczego nam nie przypomniałaś?

– Bo was nie było.

– Istotnie. Wczoraj nas nie było. Ale był dziadek...

– Dziadek nie pamięta nawet o swoich urodzinach.

– Obawiam się, że masz rację.

– A ja się obawiam, że nie! Pamiętam nie tylko o swoich urodzinach, ale i o twoich, Mario – dziadek stał w drzwiach. Miał przekrzywione okulary i bałagan na siwej głowie. – Jeśli tak zwana latorośl może być stara, to ty jesteś tego metrykalnym przykładem – kontynuował. – Twój wnuk Franciszek sam ci to powie, jak skończy okres ząbkowania.

Buba zamknęła oczy. Każda wzmianka o wnuku doprowadzała matkę do histerii. Tym razem stało się inaczej, zapewne ze względu na staranny, właśnie ukończony makijaż.

– Nie jesteś w stanie mnie zdenerwować – zapewniła matka, zachowując kamienną twarz. – Nie będę dyskutowała ze starcem, który w życiu dorobił się tylko alzheimera.

– I wyrodnej córki – uzupełnił dziadek, mocno już urażony.

Chciał coś dodać, ale jego polemiczny zapał ostudził dzwonek do drzwi.

– Kogo tu znowu niesie? Bubo, kochanie, otwórz. Jestem już spóźniona – na wszelki wypadek matka chwyciła torebkę. – Bartoszowa da wam obiad. Powiedz ojcu, że wrócę przed dwudziestą. O czym to ja zapomniałam? – nerwowo kręciła się przy lustrze.

– O naszym dzisiejszym brydżu, Marysiu!

W drzwiach stało małżeństwo Mańczaków. Mańczakowa wyglądała, jakby Mańczak zdjął ją z pierwszej strony „Filipinki” dla dorosłych. Długie getry w paski zakrywały okazałe uda. Szyję otulał wyleniały boa, a na głowie tkwił zalotny kapelusik, mocno nakrapiany błyszczącymi cekinami.

– Zaprosiliście nas na brydża – spokojnie przypomniał Mańczak, ściągając z Mańczakowej futerko z białych królików.

– No to koniec – zrozpaczona matka usiadła na łamiącym się foteliku, nazywanym nie bez powodu ludwikiem.

– Jak mam odwołać wizytę w bibliotece?

– Tam na pewno nikogo nie ma – zawyrokowała Mańczakowa. – Ostatnio na twoje spotkanie też przyszły tylko trzy osoby.

– Ale to było spotkanie w więzieniu – usprawiedliwiająco wyjaśniła matka. – W dodatku męskim więzieniu, a ja piszę powieści dla kobiet.

– To kto właściwie przyszedł na twoje spotkanie? – zainteresował się dziadek.

– No... – matka nabrała powietrza. – Jakiś transwestyta, bibliotekarka i szefowa kuchni. Było jeszcze kilku więźniów... – tłumaczyła się niezręcznie.

– Pewnie za karę – domyślnie wtrącił dziadek i dyplomatycznie wycofał się do swojego pokoju.

– To co z tym brydżem? – nie ustępował Mańczak.

Stał z notesem, w którym zapisywał wszystkie porażki rodziców Buby. Od dziesięciu lat.

– No, nie wiem... Bubo... – matka nieśmiało zerknęła na córkę. – Może zagralibyście z dziadkiem.

– Z jakim dziadkiem? Bo jeśli z panem Henrykiem, to ja mówię pas – rzuciła Mańczakowa.

– A niby dlaczego pas? – głowa dziadka znowu ukazała się w drzwiach pokoju. – Ostatnio tak was z Bubą złoiliśmy, że teraz „pas”? – zaśmiał się dziadek złośliwie.

W przedpokoju pojawiła się Bartoszowa. Na widok wazy z dymiącą zupą wszyscy zamilkli.

– Obiad – oświadczyła grobowym głosem, pozostawiając za sobą smugę aromatu tegorocznych grzybów.

– To my zostajemy – zdecydowała Mańczakowa. – Zagramy z Bubą i z panem Henrykiem. Ostatecznie co za różnica, z kim wygramy, prawda, kochanie? Jeszcze tylko dwa roberki, Bubo. Dwa roberki i idziemy do domu – obiecywała Mańczakowa, nerwowo zgarniając i układając karty.

– Nie ziewaj! – upomniał Bubę dziadek.

Był wyraźnie zły po ostatniej wpadce i Buba wiedziała, że przez następny tydzień będzie ją oskarżał o błąd. Nawet przed Bartoszową.

– Jutro odpowiadam z angielskiego – powiedziała Buba, żeby coś powiedzieć.

– Jeśli tak odpowiesz, jak grasz, zostaniesz bez siedmiu. Czyli na drugi rok w tej samej klasie – dziadek znowu agresywnie szarpał końcówkę wąsa, co we wspólnym języku rodziny oznaczało absolutny brak punktów.

– Nie ukrywam, że muszę jeszcze pouczyć się tego anglika – nawet głuchy usłyszałby w głosie Buby nieme wołanie o pomoc.

– Brydża też – warknął dziadek.

Na ustach Mańczakowej rozkwitł triumfalny uśmiech.

– Gramy, proszę państwa! Gramy! – ponaglała dziecinnie, przygotowując ostateczny, tym razem kładący przeciwników cios, który zamieniony w cyfry miał szansę stać się jednym z najwybitniejszych zapisów w notesie Mańczaka.

I tak zapewne by było, gdyby nie zadzwonił telefon.

– Nie odbieraj, Bubo! – krzyknęła Mańczakowa, tuląc karty do piersi, jakby w obawie, że telefon zabierze jej wszystkie brydżowe trofea.

– To potrwa pół minuty – obiecała Buba i pobiegła za głosem szalejącego sygnału.

Wróciła uszczęśliwiona.

– Narzeczony? – zainteresował się grzecznie Mańczak.

– Nie. Pani Karpowa spod trójki.

– Oferuje się jako obiadowa przystawka? – zażartowała Mańczakowa, znana z sympatii dla karpia w galarecie. Siedziała z rozmarzoną miną i długim paznokciem pieściła króla trefl.

– Nie. Prosi, abyście ją odstawili.

– Dokąd odstawili? – Mańczak podniósł przepełnione szczęściem oczy. Mieli naprawdę rewelacyjną kartę.

– Do rybnego – uciął dziadek dyskusję, jeszcze mocniej wczepiając się w wąsy.

– Bo ją zastawiliście. Swoim trabantem – dokończyła uroczyście Buba. – Chce, aby natychmiast ktoś tym trabantem wyjechał, bo się spieszy do apteki.

– Co za niewychowana kobieta! – oburzyła się Mańczakowa. – Tyle wytrzymała, to może jeszcze poczekać. Ludzie są tacy niecierpliwi, że to woła o pomstę do nieba.

– Chciała zawiadomić policję, bo mówi, że to już trzeci raz – Buba z naukowym spokojem obserwowała klęskę Mańczaków. Niewypowiedzianą boleść, z jaką odrywali się od krzeseł i rozstawali z atutami, ułożonymi w równiutki rządek.

– A tyle razy prosiłem, żebyś zrobiła prawo jazdy – przypomniał mściwie Mańczak. – Mógłbym tę partyjkę spokojnie rozegrać.

– Może mógłbyś, ale nie miałbyś czym wrócić do domu – Mańczakowa prawie płakała.

Wszyscy musieli zgodzić się z jej argumentem. Było bowiem wiadomo, że siedem razy zaczynała kurs. Uszkodziła siedem samochodów i dwóch instruktorów. Teraz była bliska łez, szukając kapelusika.

Ponowny sygnał telefonu dodał Mańczakom sił do odwrotu. Buba z ulgą zamknęła drzwi za kłócącą się parą. Tym razem dzwonił ojciec.

– Daj mi go – zażądał dziadek. – Czy ty wiesz, jak Buba fatalnie dzisiaj zagrała? To skandal tak zaniedbać dziecko! – krzyczał do słuchawki.

Dopiero za drzwiami swojego pokoju Buba poczuła się bezpiecznie. Zdjęła martensy, wciąż trzymające w uwięzi jej zmęczone stopy, i wskoczyła pod kolorowy pled. Pozwalając sobie po raz pierwszy tego dnia na cudowną chwilę błogiego lenistwa, zastanawiała się, jakie można mieć marzenia o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści, po koszmarnym wieczorze z Mańczakami i przed koszmarnym porankiem w szkole. Doszła do wniosku, że nie ma się żadnych marzeń. Ale ma się, co sprawdziła, grzebiąc pod poduszką, świetną książkę, na którą czeka połowa jej klasy. W imię dobrze rozumianej koleżeńskości powinnam ją do jutra przeczytać – zadecydowała i świat wydał jej się prawie doskonały. Prawie, bo piętnastoletni życiowy staż nauczył ją ostrożności w zachwycie dla świata, szykującego się do tysiąca nieprzewidzianych sytuacji, które tu, na Zwierzynieckiej, po prostu zawsze się zdarzały.

Fatalny ateista wkracza do akcji

– Jak wyglądam, Bubo? Czy ten sweterek jest wystarczająco obcisły?

Matka Buby od rana tkwiła w lustrze, przymierzając różne wersje strojów. Buba pomyślała, że jeśli tak dalej pójdzie, matka osiągnie stan totalnej bieliźnianej nagości, przesłoniętej tiulową halką, co będzie się nieco kłóciło z ideą spotkania zorganizowanego przez księdza Korka.

– A może nazbyt obcisły? – przyszła matce do głowy zbożna myśl. Ale na krótko. – Właściwie nie – uznała po trzech piruetach wykręconych przed lustrem. – Jest w sam raz. A poza tym ksiądz Korek lubi purpurę.

Buba przyglądała się matce spod przymkniętych powiek. Nie pierwszy raz matka za pośrednictwem Buby rozmawiała sama z sobą, ze swoim ciałem, rajstopami i purpurowym sweterkiem. Ale tak rzadko spotykały się w domu, że była matce wdzięczna za lustrzane odbicie, które od czasu do czasu zatrzymywało oczy na Bubie i szukało u niej potwierdzenia w sprawie tak ważnej, jak kolor przymierzanej właśnie apaszki.

– Bez apaszki lepiej, prawda, Bubo? – matka zerkała już na zegarek. I Buba wiedziała, że przedpokojowa audiencja nieuchronnie zbliża się do końca.

– Fiu, fiu fiu! – zagwizdał ojciec, który pojawił się nieoczekiwanie w drzwiach i jak zwykle walczył z własną teczką o pierwszeństwo wejścia. – Niech zgadnę! Dziś prelekcja w agencji towarzyskiej Złota Lola. Odczyt dla dziewczynek pod tytułem I ja zboczyłam na złą drogę.

Ojciec w ostatniej chwili dostrzegł Bubę. Zmieszał się lekko, ale córka uspokoiła go spojrzeniem mówiącym, że funkcjonowanie agencji towarzyskich nie jest w stanie zburzyć świata jej wartości.

– Idę do księdza Korka – matka się naburmuszyła.

– Twoje żarty są niestosowne.

– W takim razie twój strój też – zauważył ojciec z uśmiechem. – Chociaż... – rozważał, mocując się z butami – ksiądz Korek zapewne lubi takie przylegające fiolety...

– A ty skąd niby o tym wiesz? – matkę zawsze denerwowało, gdy ojciec, utwierdzony w swym ateizmie, próbował podłączyć się do jej nurtu filozoficznego, zwłaszcza w sprawach religii.

Z kuchni wyjrzała Bartoszowa.

– Ryba! – ryknęła swym donośnym basem.

Buba pomyślała, że nawet gdyby ta ryba, o której Bartoszowa wszystkim przypomniała, jeszcze żyła, to tembr głosu Bartoszowej niechybnie by ją zabił.

– To dzisiaj jest piątek? – zdziwił się ojciec.

– Dla ciebie nie powinno to stanowić żadnej różnicy

– przypomniała mu chłodno matka. Uważała, że prawdziwy ateista powinien być tak konsekwentny w swej postawie, jak prawdziwy katolik.

– Czy ja dobrze słyszałem? – z pokoju dziadka wysunął się okazały kawałek wąsa. – Znowu ryba? W czasie wojny jadałem bardziej urozmaicone posiłki! O ile mnie pamięć nie myli, wczoraj też była ryba.

– Nie, dziadku – sprostowała rzeczowo Buba. – Wczoraj tylko dzwoniła pani Karpowa.

– Co to za różnica! – dziadek był wyraźnie zdenerwowany. – Nie znoszę takiej kulinarnej monotonii. W czasie wojny...

– W czasie wojny ojciec był we Francji – brutalnie wtrąciła matka.

– W dodatku z tą wywłoką, dla której tatuś porzucił swą pierwszą żonę, a mamę Marysi – dodał mściwie ojciec.

– Moja pierwsza żona wcale nie była mamą Marysi – dziadek próbował zmienić temat na niekoniecznie szczęśliwszy.

– I mieszkaliście z tą wywłoką nad hotelem Astoria, w którym nie obowiązywały okupacyjne zwyczaje – matka była bezlitosna. Prawdopodobnie rozprawiłaby się z całym etosem dziadkowej przeszłości, gdyby nie zegarek.

– O Boże, muszę lecieć! – przypomniała sobie, walcząc z ciasnymi czółenkami.

Ucałowała Bubę, zanurzyła rękę w mężowskiej czuprynie i pozostawiła po sobie mgiełkę wabiących perfum.

– Czy moja córka zje ze mną obiad? – ojciec w przeciwieństwie do dziadka nie protestował przeciwko rybie. Zjadłby ich całe morze. Był najwyraźniej w doskonałym nastroju.

– A teścia nie zapraszasz? – dziadek intensywnie szukał powodów do kłótni. Chodził bezmyślnie po przedpokoju i głośno sapał.

– Ryba smakuje mi szczególnie w twoim towarzystwie – zapewnił ojciec, ruszając do stołu. – Szkoda tylko, że jej nie lubisz.

– Bartoszowej nie lubię – wyszeptał cicho dziadek, przekraczając magiczne terytorium jadalni. – Ta zimna kobieta któregoś razu doprowadzi mnie do klinicznej śmierci. Gdyby tak się stało – ciągnął, mocując pod brodą lnianą serwetkę

– mój testament znajdziecie w sekretarzyku po lewej stronie.

– Testament? – ojciec spojrzał na Bubę z niedowierzaniem. – A co też jest w tym testamencie? Przecież tata niczego nie ma?!

– Mam swoją godność – dumnie podkreślił dziadek i zrobił tajemniczą minę. – Dlatego chciałbym spocząć w Szwajcarii, obok mojej drugiej i jedynej kochanej żony. Twojej babki – wycelował palcem w Bubę – i twojej teściowej... – oświadczył, świdrując zięcia przenikliwymi oczkami.

– Nie sądzę, żeby to było możliwe – nie dawał za wygraną ojciec Buby. – Przecież mama nieboszczka zastrzegła w swoim testamencie, że tata nie ma prawa położyć się na wieczne odpoczywanie obok niej.

– Ona też miała swoją godność – przypomniała taktownie Buba.

– Jeśli pan Henryk nie zje obiadu, to powiem, gdzie się ostatnio spotkaliśmy – Bartoszowa stanęła nad dziadkowym talerzem i ze wstrętem przyglądała się rozmamłanej rybie, atakowanej przez dziadka palcami.

– Znowu ojciec był w totolotku?

– Z całą emeryturą! – dokończyła złowieszczo Bartoszowa, zanim dumnie opuściła jadalnię.

– Zabiję tę harpię. Jak mi Bóg miły, kiedyś ją dopadnę i zabiję... – dziadek zbladł i jak zawsze w chwilach dużego zdenerwowania rzęził.

– Bubo – głos ojca zabrzmiał błagalnie – mama nie może się o tym dowiedzieć. To trochę moja wina, bo w środę ja miałem dyżur...

– A w pozostałe dni mam ja – westchnęła Buba, nalewając dziadkowi wody mineralnej.

Rzężenie powoli ustępowało.

– Skoro już wiecie, powiem wam, że byłem bliski sukcesu. Następnym razem...

– Następnego razu nie będzie – uciął stanowczo ojciec. – Za karę spędzi tata dwie godziny w samotności.

– Całe życie spędzam w samotności, a on chce mnie ukarać dwiema godzinami – mruczał dziadek, przygotowując się do odwrotu.

Buba nie dałaby głowy, ale była niemal pewna, że jeszcze zanim wszedł do swego pokoju, wywalił w stronę siwej głowy Bartoszowej swój okazały język.

– Co u ciebie, Bubo? Wszystko w porządku?

Buba zastanawiała się, czy nigdy nie przyszło ojcu do głowy, że każdą rozmowę zaczyna w ten sam sposób. Jakby właśnie wrócił z dalekiej podróży. Pytanie, czy wszystko w porządku, było ogólnikowe i wcale Buby nie zachęcało do zwierzeń. Co miała odpowiedzieć? Że nie wszystko? Że już trzy razy ojciec przekłada ich wyprawę nad Wisłę? Że Clinton znęca się po angielsku tylko nad Bubą i ona po angielsku wychodzi z angielskiego? Wreszcie że Adaś, ten sam, którego Buba zna od przedszkola i lubi, zaczął chodzić z Jolką. I nawet mu do głowy nie przyszło, żeby iść z Bubą na Miss Saigon, choć miała od ojca dwa bilety? Poza tą krótką listą żalów, wszystko było w jak najlepszym porządku. Po prostu: po staremu. Bez euforycznych zakrętów losu, bez zdumień i zapierających dech sytuacji.

Ojciec nie czekał już na Buby odpowiedź. Zawzięcie grzebał w swej teczce, aby po chwili odetchnąć z ulgą.

– Znalazłem – ucieszył się, potrząsając plikiem papierów. – Tobie powiem pierwszej. Będę prowadził nowy program. Scenariusz jest prosty, ale zadanie trudne.

– Teleturniej czy inne show? – Buba wiedziała, że skończyła się rozmowa o niej. Teraz nastąpił czas ojca, który wypełnią dokładne relacje, przenoszące jej tatę w klimaty telewizyjnego studia.

– Uwierz mi.

– Ale w co? – zdumiała się Buba.

– To tytuł, Bubo. Uwierz mi oznacza spotkania przed kamerami ludzi, którzy przestali sobie ufać. Moim zadaniem będzie mediacja, sprawienie, że przed kamerą połączą się ich dłonie, serca i sumienia... – promieniał ojciec.

– Obrzydliwe – stwierdziła krótko Buba, zatapiając zęby w kawałku placka.

– Obrzydliwe? – nie zrozumiał. – Dlaczego tak uważasz? Wszyscy są przekonani, że osiągniemy maksymalną oglądalność...

– Każde „szlochanie na ekranie” jest obrzydliwe. To gra na ludzkich uczuciach. Wstrętny, wścibski ekshibicjonizm za cenę maksymalnej oglądalności – Buba wiedziała, że sprawia ojcu przykrość. Patrzył na nią zdumiony.

– Ekshibicjonizm? Skąd ten pomysł, moje dziecko? Nawet nie wiesz, jak można ludziom pomóc w otwieraniu się na siebie i innych.

– Chciałbyś się otwierać na oczach całej Polski? – Buba spojrzała na ojca uważnie. – A choćby na oczach Karpowej, Misiorków, pana Migotka czy Krzywickich z naszej klatki?

– Nooo... – zamyślił się ojciec. – W pewnych sytuacjach... Czy ja wiem?... Ale na pewno są takie chwile...

– To dlaczego, gdy kłócicie się z mamą, zamykacie drzwi do waszego pokoju?

– A, to już jest inna sprawa.

– Gdy się godzicie, też wolicie być bez świadków.

– Ale my z mamą...

– No tak. Wy się przecież nigdy nie kłócicie – zakończyła domyślnie Buba i zostawiła ojca sam na sam ze scenariuszem.

Gałąź w biuście

– Jesteś podły i niesprawiedliwy! – chlipała matka Buby, a jej zanoszący się szlochem głos bez trudu przechodził przez cienką dyktę sypialni rodziców i docierał do odległego pokoju, w którym Buba bezskutecznie próbowała przygotować argumenty do rozprawki Czy niezgoda rujnuje? – tak mniej więcej brzmiał temat wypracowania.

Głos ojca również bez problemu pokonywał cienkie drzwi.

– Zapominasz się! – wykrzykiwał po raz kolejny. – Możesz się szwendać do rana, ale są zasady! Jak mówisz, że wrócisz o dwudziestej drugiej, to wracaj!

– Kiedyś w ogóle nie wrócę! – odgrażała się matka, zbyt głośno jak na damę pociągając nosem. – Jesteś klasycznym tyranem! – ciągnęła niezrażona siłą swego altu. – Ja też ciężko pracuję i z trudem obskakuję wszystkie fuchy, żebyś mógł jeździć tą swoją vectrą!

– Mogę chodzić pieszo! – ojca wyraźnie nie interesowało zawieszenie broni. – Ale jak przestanę wracać do domu albo będę się zjawiał po północy... – zagroził...

Piekło trwało i Buba z rezygnacją sięgnęła po słuchawki. Ostatecznie dzięki tym awanturom znała na pamięć wszystkie ważniejsze koncerty na skrzypce i orkiestrę. Nie zdążyła uruchomić płyty. W drzwiach stanął dziadek i donośnie zaszeptał:

– Jest gorzej niż ostatnio. Przed nami tydzień ciszy!

– Mniej – odpowiedziała szeptem Buba. – Odpuszczą pojutrze, bo idą razem do teatru.

– Mogą nie pójść – spekulował dziadek.

Na potwierdzenie jego słów głos matki histerycznie się wzniósł.

– Nigdzie z tobą nie pójdę! – zarzekała się przez łzy.

– Pójdą – zawyrokowała Buba. – Z dużej chmury mały deszcz.

– A o co poszło?

– Wczoraj przywiózł mamę z miasta pan Myszka, ten sędzia, z którym była na otwarciu wystawy Temida w literaturze.

– Przystojniacha! – cmoknął dziadek, ale szybko zamilkł, bo nadchodziła Bartoszowa.

– Zamiast podsłuchiwać, moglibyście iść po zakupy. Przychodzą dziś goście i trzeba przygotować szwedzki stół.

– To my mamy szwedzki stół? – zdziwił się szczerze dziadek.

Bartoszowa spojrzała na niego z wyższością.

– Tu jest kartka, a tu pieniądze – wyjaśniła autorytatywnym tonem. – I pilnuj, Bubo, dziadka, żeby się gdzie nie zawieruszył, jak ostatnio.

– Ostatnio zawieruszyła się moja córka Maria – przypomniał dziadek lekko urażonym tonem i udał się na poszukiwanie trzewików.

Chodzenie zaśnieżonymi ulicami po dzielnicy handlowej należało do jego ulubionych zajęć. Cieszył się jak dziecko z nowych wystaw. Upodobał sobie zwłaszcza witryny sklepów sportowych i z zabawkami. Źle reagował tylko w kolejkach sklepów spożywczych, ale supersamy, po których mógł krążyć z koszykiem, budziły jego szacunek. W szczególności cenił sobie stoisko monopolowe. Sprzedawczynie znały go dobrze. Pojawiały się natychmiast, gdy zza półek usłyszały jego donośny głos. Wiedziały, że nic nie kupi, ale był szarmancki i tak interesująco opowiadał o przedwojennych wódkach, że wkrótce otaczał go ciasno tłumek klientów i dziadek wyglądał jak przewodnik po supermarkecie.

Tym razem Buba nerwowo patrzyła na zegarek i przywoływała dziadka błagalnym spojrzeniem.

– Wrócimy tu jutro – obiecywała jak rozkapryszonemu dziecku. – Bartoszowa nas zabije – groziła, bezradnie próbując przerwać dziadkowy monolog.

Gdy wreszcie po długich sporach wyszli ze sklepu, Buba nie ukrywała swego rozczarowania.

– Tak mi zależało, żeby zdążyć... – mówiła prawie przez łzy – a teraz na wszystko jest już za późno.

Dziadek spojrzał na Bubę, jakby zobaczył ją pierwszy raz.

– Dokąd zdążyć? – zapytał przytomnie. Widocznie odezwały się w nim, zwykle milczące, wyrzuty sumienia.

– Nieważne. Już i tak nie mam szans – Buba zwolniła. Ciągnęła nogę za nogą jak skazaniec, który do końca naiwnie wierzył w swą szczęśliwą gwiazdę.

– Słuchaj. A gdybym sam zatargał te zakupy? Mogłabyś wskoczyć w taksówkę i zdążyć.

Spojrzała na dziadka ze smutkiem.

– Nic z tego – westchnęła. – Nie mogę cię zostawić, bo popędzisz do kolektury. No i na taryfę trzeba mieć szmal, a skąd go wziąć, jak już w tym miesiącu zdążyłeś się całkowicie zgrać?

– I tu się mylisz – dziadek zademonstrował w uśmiechu swe piękne porcelanowe uzębienie. – Po pierwsze, na taryfę mam zawsze, a po drugie, dziś mnie totek nie interesuje, bo zagrałem wczoraj. Dawaj zakupy i znikaj! – krzyknął, wciskając Bubie pięćdziesiąt złotych. – Pieniądze zwrócisz mi w sposób ustawowo obowiązujący. Wygrasz ze mną w ogóra, to ci odliczę.

– Przecież nie wygram – zmartwiła się Buba.

– Czasami głupi też ma szczęście – pocieszył ją bezmyślnie dziadek. – Lepiej powiedz, dokąd się wybierasz...

Buba zaśmiała się krótko. Cmoknęła dziadka w czerstwy policzek.

– Powiem, jak wrócę – obiecała i pędem puściła się w stronę postoju taksówek.

Nie jest ani za chuda, ani za gruba. Nie ma wprawdzie urody przedwojennych aktorek czy choćby Marysi, ale jest w porządku. Gdyby jeszcze trochę lepiej grała w brydża...

– myślał o oddalającej się wnuczce.

– Dobrze, Bubo, że już jesteś – szept dziadka brzmiał jak perkusja jazzowego zespołu. – Zrobili mi piekielną awanturę, że nie wiem, dokąd poszłaś. Tak się przy tym zintegrowali, że przestali się kłócić, a mnie potraktowali, jakbym był jakimś sędzią Myszką – dziadek mlaskał, wyciskając wargami sok z pomarańczy i, mimo bury, sprawiał wrażenie bardzo z siebie zadowolonego.

W gościnnym pokoju siedziało kilka osób. Rodzice istotnie przypominali miłosną parę gołębi. Głośno zachwalali pierogi Bartoszowej, rozdzielając je niesprawiedliwie, głównie pomiędzy siebie. Przez uchylone drzwi Buba dostrzegła swoją ulubioną spikerkę, jej męża, jakiegoś Murzyna, kręcącego się przy muzycznym sprzęcie, i dwie zupełnie nowe twarze, w sam raz nadające się do prowadzenia nawet festiwalu w San Remo.

– Widziałaś czarnego? – dopytywał się dziecinnie dziadek, próbując zerkać sponad pleców Buby na siedzące przy stole towarzystwo. – Mówię ci, smoła przy nim to pryszcz. No właśnie... – wpadł w zadumę. – Jak sądzisz, czy u czarnych widać pryszcze?

Buba przyłożyła palec do ust i siłą odciągnęła dziadka od drzwi.

– Myślę, że też mają pryszcze. W okresie dojrzewania – dodała, siląc się na autorytatywny ton. – Lepiej się wycofajmy, bo jak nas nakryją, zostaniemy oboje surowo ukarani.

– Czarny nas zje – bąknął dziadek i niechętnie opuścił swój punkt obserwacyjny w szparze drzwi. – A teraz powiedz, czy zdążyłaś? – zażądał, gdy usiedli nad talią kart.

Buba wprawnie je przetasowała i rozdała.

– Tak i nie – odparła lakonicznie. – Zdążyłam dojechać do szkoły, ale Jolka też zdążyła. Była nawet wcześniej... Więc jak już wpadłam do harcówki, to ona siedziała z Adasiem.

– To ty jesteś w harcerstwie? – dziadek patrzył po raz pierwszy nie w karty, a na Bubę.

– I tak, i nie – padła kolejna tajemnicza odpowiedź.

– Nie można być na tak i na nie – skrzywił się dziadek.

– Kiwasz, moje dziecko. Trzymaj się jednej wersji, bo jesteś niewiarygodna. Mój kolega z wojska też był niewiarygodny... – rozpoczął tonem kaznodziei.

– Wiem – Buba poukładała już karty i czekała na wist.

– I przez to niewiarygodnie zginął.

– Umarł ze strachu. Myślał, że nieprzyjaciel naciera na pierwsze pozycje, a to tylko grzmiało. Żeby choć dostał piorunem – rozmarzył się dziadek. – Śmierć powinna zawierać jakieś ziarno heroizmu, a tu masz! – zaśmiał się niestosownie. – Znowuż inny mój znajomy... Ale mówiliśmy, zdaje się, o twoim harcerstwie?

– I o Adasiu – przypomniała Buba.

– Czy to ten łysawy? W siedmiomilowych butach i z kolczykiem? – dziadek ożywił się na wspomnienie kolegi Buby.

– Ten, ale bez kolczyka.

– Pamiętam, że miał kolczyk – upierał się dziadek.

– Kuba miał – wyjaśniła lapidarnie Buba.

– Wobec tego oni różnią się tylko kolczykiem i imionami.

– Nazwiskami też. – Buba zgrabnie obliczyła szansę na szybkie zwycięstwo. – Teraz jest, dziadku, taka moda. Wszyscy są do siebie podobni.

– Rozumiem – przytaknął dziadek. – Żurnalowe klony. Typ „recydywa”. I takich przyjmują do harcerstwa? – dziadek nie mógł wyjść z podziwu dla organizacji aż tak nadążającej za modnymi trendami. Przez to jego zdziwienie Buba przegapiła możliwość wzięcia lewy.

– Adaś jest przybocznym – w głosie Buby pobrzmiewała duma. – I założycielem naszej drużyny. Poza tym z jego matką łączą cię pewne niebezpieczne związki...

– Mnie? – w głosie dziadka czaiło się przerażenie. – To raczej niemożliwe. Nie interesuję się kobietami, które w latach siedemdziesiątych dbały o wyż demograficzny.

– Ale kobiety sprzedające kupony totolotka to co innego, prawda? – podstępnie zaatakowała Buba. – Adaś jest synem pani Kunickiej.

– A, to zmienia postać rzeczy! Pochodzi z dobrego domu. Ale, ale... – dziadek spojrzał na Bubę domyślnie. – Ty się chyba normalnie zakochałaś?

– Jeśli bez wzajemności jest normalnie, to normalnie.

– Chyba z wzajemnością. Zobacz, znowu złoiłem ci skórę!

Buba wyłożyła na dziadkowym stoliku resztę z pięćdziesięciu złotych i dorzuciła swe kieszonkowe.

– Przegrywam na wszystkich frontach. Nawet w ogóra

– poskarżyła się cicho.

– Głównie w ogóra – uściślił dziadek, skwapliwie zgarniając ze stolika pieniądze. – Ale wiedz, że lubię cię dziesięć razy bardziej niż twoją matkę i sto razy bardziej niż siostrę.

– To osładza pozostałe klęski – uśmiechnęła się Buba.

– Gdybyś jeszcze nauczył się za mnie angielskiego?...

– How do you do?! – usłyszała, gdy próbowała cicho przemknąć do swego pokoju.

Poczuła na plecach ciarki. Angielski był nieskalanie czysty, a jego użytkownik niewidzialny. Buba stała w ciemnym przedpokoju oko w oko z facetem bez twarzy, gotowym wymieniać poglądy oryginalną mową Eliota. Na szczęście uświadomiła sobie, że połyskujące w mroku zęby i jasna koszula należą do Murzyna. Aby uniknąć językowej wpadki, szybko odpowiedziała tym samym powitaniem i jak rażona uciekła w bezpieczne ramiona swego starego łóżka.

Zanim zasnęła, zrobiła sumiennie trzy ćwiczenia z angielskiego i znalazła podstawową bazę dla tezy, że niezgoda rujnuje. Pomyślała jeszcze, że Jolka przesadza z krótkością spódniczek. I to jej chodzenie, jakby była modelką na wybiegu. Ono też nie pasuje do harcerstwa – uznała.

Dawno w domu Buby nie jadło się śniadania w tak radosnej atmosferze. Ojciec z matką zalotnie zaglądali sobie w oczy i tak prześcigali się w uprzejmościach, że pewnie byli skłonni przeżuwać dla siebie nawet serek fromage. Dziadek korzystał z tego ich chwilowego zakochania. Wynegocjował wyjście na mecz i obiecał, że jeśli kupią mu butelkę brandy, nie będzie niczego podpijał z domowego barku. Wyprosił też pieniądze na tytoń i upomniał się o należną mu porcję kosmetyków po goleniu.

– Osobiście zrobię tacie zakupy – zarzekał się ojciec Buby, jakiś odmłodzony i szczęśliwy.

– Prawda, że Paweł wspaniale wczoraj wyglądał w telewizji? – matka Buby z czułością pogłaskała męża po wystrzępionej grzywce.

– Wczoraj, kochanie, nie miałem programu.

– No to przedwczoraj – zgodziła się matka pokojowo.

– Tylko nasza Buba jest jakaś markotna. O co chodzi, kochanie? – matka czule spojrzała w przygaszone oczy córki.

– O to, że nie dostałam tygodniówki, a muszę opłacić składki na okna.

– Na okna? Nie macie w szkole okien? – przeraziła się matka.

– Wymieniamy...

– Żaden problem! – uciął ojciec, startując lamparcim skokiem do portfela. – Takie sprawy trzeba szybko, córeczko, regulować.

– A poza tym jest wywiadówka – Buba, gdy już doszła do głosu, zrozumiała, dlaczego ludzie lubią być w centrum zainteresowania. – Za dwa dni. Wypadałoby, żeby któreś z was tam poszło, bo to już nie podstawówka – podkreśliła z powagą.

– Słusznie. Możemy iść oboje! – ucieszyła się matka.

– Za dwa dni będę w Gdańsku – ojciec wydawał się szczerze zmartwiony. – A ty, Marysiu, masz tyle zajęć...

– Pójdę na pewno. A do której klasy, córeńko, chodzisz? – zainteresowała się matka.

– Do pierwszej – Bubę przeraziła niewiedza rodziców na temat tak oczywisty.

– Och – zmitygowała się matka – to wiemy. Powiedz literkę.

– Do „a”. Przecież mówiłam...

– Literki mogą się popieprzyć – wziął stronę matki dziadek. – Twoja matka jest przecież w wieku, kiedy pewne fakty umykają.

– Ależ ojcze! – pełen oburzenia głos matki zawisł nad śniadaniem. – Ja nie zapominam! A jeśli chodzi o mój wiek...

– To tatę zazdrość zżera, bo zapomniał, co znaczy być młodym! – ojciec udzielił matce pierwszej słownej pomocy, za co otrzymał pełen pożądania uśmiech.

– Dawno nie było Mańczaków – zagadnęła radośnie matka.

Zawsze była radosna, gdy czuła się kochana. W jej słowa wdarł się przeciągły dzwonek domofonu.

– Oto i oni – skrzywił się ojciec, otwierając drzwi.

Mańczakowie byli zdumieni rodzinnym zebraniem przy stole.

– Tak późno jadacie śniadanie? – skrzywił się Mańczak, ściągając swój turecki kożuszek.

– Macie racuchy? – ucieszyła się Mańczakowa.

Jej białe króliki opadły na kolana dziadka. Mańczakowa też by na nie opadła, gdyby nie dziadka refleks.

– Właściwie nie jesteśmy głodni – przypomniał Mańczakowej Mańczak.

Dzięki jego interwencji Mańczakowa zjadła tylko trzy racuchy. Ostatnim zajął się Mańczak osobiście.

– Przychodzimy wyciągnąć was na ślizgawkę – mówił z pełnymi ustami, patrząc uważnie, jakie wrażenie zrobiła jego propozycja.

– To przyszliście po Bubę? – zapytała matka zupełnie poważnie.

– Nieee. Ślizgawka to nie brydż. To rozrywka dla dorosłych. Teraz jest taka moda, że się idzie na lodowisko, siada przy małym stoliku, pije mrożoną herbatę...

– Gorącej nie podają? – zainteresował się dziadek, wrażliwy, ilekroć mowa o piciu.

– No i się patrzy – dokończyła Mańczakowa.

– Na co? – nie bardzo mógł zrozumieć ojciec.

– Na tych, co jeżdżą na łyżwach – cierpliwie wyjaśniał Mańczak. – Trzeba się tylko jakoś ciekawie ubrać.

– Z tym to ty, kochana, nigdy nie masz problemu – szepnęła matka złośliwie w stronę Mańczakowej.

Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że Mańczakową szczelnie okrywa skóra pantery, kokieteryjnie przetarta w kilku kluczowych miejscach.

– Niech się ojciec uspokoi z tym oglądaniem, bo mi ojciec wstyd przynosi – zdenerwowała się matka.

– A to co? – dziadek nie mógł oderwać oczu od sterczącej w dekolcie gałęzi.

– Motyw – odparła dumnie Mańczakowa. – Lasu – uzupełniła, widząc, że jej rzeczowe wyjaśnienie w żaden sposób nie trafia do dziadka. – To jest, panie Henryku, taka ekobrocha.

– Eko co? – dziadek wciąż tępo spoglądał na gałąź.

– Ozdoba. Nawiązanie do tradycji puszczy, lasu... Tu chodzi, proszę pana, o pewną naturalistyczną biżuteryjną szczerość i odwagę... – Mańczakowa kończyła ostatniego racucha i miała problemy z dykcją.

– Odważna to pani jest. I silna – dodał dziadek, zafascynowany dekoracją Mańczakowej. – Targać taką gałąź w biuście...

– Tato! – przerwała mu błagalnie matka. – Czy ty musisz przy Bubie snuć swoje erotyczne fantazje?

– Za przeproszeniem – dziadek natychmiast spoważniał. – Z całym szacunkiem dla pani Mańczakowej, ale ona nie budzi i nigdy nie budziła moich erotycznych fantazji.

– A to już nieładnie – zauważył milczący dotąd Mańczak. – Myślałem, panie Henryku, że pan tylko jest kiepski w brydża, a widzę, że i w etykiecie są poważne braki.

– W każdym razie na ślizgawkę nie idziemy – przerwała matka tę niepotrzebną kłótnię. – Chyba że Buba...

– Buba się nie zmieści. Zwłaszcza jak sobie zatknie w dekolt naszą palmę – rzucił dziadek. – Do tej ślizgawki to trzeba mieć ziła, a nie trabanta!

– Nikt ojca o zdanie nie pyta – ucięła matka. – A może wypijecie z nami poranną kawę? Mogę ją potrzymać w lodówce.

– Właściwie... – Mańczakowa rozejrzała się po kuchni. – Tylko że Bartoszowa zrobiła wam obiad, tę śliczną sztufadkę z jabłuszkami – palec Mańczakowej zanurzył się w pieczeniowym sosie. – A my nie mamy nawet planów, co będziemy jeść.

– Nie mam nic przeciwko sztufadom – zastrzegł szybko Mańczak.

– To zjecie z nami – szepnął ojciec z najwyższą rezygnacją.

Wyobraził sobie kilogram sztufady w ustach Mańczakowej i doszedł do wniosku, że w pewnym sensie jest bohaterem. Człowiekiem zdolnym do największych poświęceń w imię kurtuazji i dobrego tonu.

Buba milczała. Wciąż z niedowierzaniem wpatrywała się w wydatny biust Mańczakowej, który teraz, gdy Mańczakowa wybuchała co chwila perlistym śmiechem, potrząsał gałęzią, wprawiając ją w ustawiczne drżenie. Nic bardziej ekologicznego, poza może listkiem figowym, ludzkość nie była skłonna wymyślić. A Mańczakowa – i owszem, doceniła Buba.