14,99 zł
Powieść Karola Maya, w której ponownie spotkamy najsłynniejszych wojów Dzikiego Zachodu - Winnetou i Old Shatterhanda.
Święta Bożego Narodzenia, śnieg czy góry to ostatnie rzeczy, które kojarzą nam się z Dzikim Zachodem. Jednak dzięki obecności Old Shatterhenda Indianie będą mieli możliwość poznać jego kulturę, a także zwiedzić miejsca, które mrożą krew w żyłach - wszystko za sprawą przygód, które jak zwykle, będą spotykać bohaterów na każdym kroku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 511
Karol May
anonim
Saga
Boże NarodzenieTłumaczenie anonym Tytuł oryginałuWeihnacht!Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1928, 2020 Karol May i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426977
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Boże Narodzenie!
Jakie miłe, kochane, treściwe słowa! Nie ma chyba piękniejszych na całym świecie. Chrześcijanie znajdują w nich spełnienie swych nadziei, a dla sceptyka święto to jest synonimem radości, przeżywanych w rodzinnym gronie, promieniejącym szczęściem oczu dziecięcych. Każdy odruchowo ulega nastrojowi i śpiewa wraz z domownikami:
W żłobie leży
któż pobieży,
kolędować małemu...
W cieniu palm wyrósł długo oczekiwany krzew betlejemczyka Izajasza, nad Betlejem zaświeciła gwiazda, za którą mędrcy ze Wschodu ruszyli do żłobka.
– Chwała na wysokościach! – śpiewały chóry anielskie nad miastem i wyrósł z niego płomień światła, który oświecił i uszczęśliwił cały świat. – Pokój na ziemi! – rozległo się w niebiosach i pokój, którego symbolem są po dziś dzień palmy rozszerzył się z Betlejem na cały świat i na wszystkie serca. Na północy, gdzie palm nie ma, symbolem święta są choiny. I tak oto drzewko Boże błyszczy w pałacu i ubogiej chatce.
Dwa zdania z Biblii, które stara pobożna babka opowiadała mi w dzieciństwie, wywarty na mnie głębokie, niezatarte wrażenie. Jedno z nich, wzięte z księgi Hioba, brzmi: – Wiem, że Zbawiciel mój żyje i że obudzi mnie z grobu. –Drugie jest zwiastowaniem anioła: – Niosę wam wieść radosną o narodzinach Zbawiciela. –Wywarty na mnie wpływ tak wielki, że jako chłopak skomponowałem do nich muzykę, a na temat zwiastowania anioła „popełniłem” nawet wiersz.
Nie wspominam tu o tym, by się chwalić, powiadam przecież, że jako chłopak „popełniłem” wiersz. Wzmianka o wierszu ma inny wznioślejszy cel. Tymczasem powiem tylko, że słowa Niosę wam wieść radosną stały się wtedy dla mnie prawdziwą nowiną świąteczną.
Byłem namiętnym amatorem muzyki, równocześnie zaś najbiedniejszym pośród kolegów. Oprócz lekcji w szkole uczęszczałem na prywatne lekcje harmonii. Każda lekcja kosztowała talara, a ponieważ utrzymywałem się z korepetycji, przynoszącej pięćdziesiąt feni – gów na godzinę, więc godzina harmonii kosztowała sześć godzin mojej pracy. Nic dziwnego, że przymierałem głodem.
Zaznajomiwszy się z teoretycznymi zasadami kompozycji, postanowiłem pewnego dnia skomponować coś na temat ulubionych słów: Niosę wam wieść radosną. Skończywszy swe opus operatorum, zamknąłem je do szuflady i po kilku dniach stwierdziłem, że utwór mój zginął. Później dowiedziałem się, że jeden z kolegów wykradł go z szuflady i chcąc mnie skompromitować, posłał kompozycję pocztą memu staremu nauczycielowi śpiewu. Po długich poszukiwaniach zaginionego skarbu, zrezygnowałem z nadziei ujrzenia go kiedykolwiek.
Ponieważ nieszczęścia chodzą zwykle w parze, zbyt szybkie przekroczenie pewnego poziomu i wzniesienie się ponad ten poziom może się skończyć dla ucznia nieszczęściem, więc w tym samym mniej więcej czasie wpadło mi w ręce pewne pisemko, którego redakcja ogłosiła konkurs na wiersz ku chwale Bożego Narodzenia, wyznaczając trzy nagrody, wysokości trzydziestu, dwudziestu i dziesięciu talarów. Ulubiony temat, bieda i Bóg wie co jeszcze, „włożyły mi” mówiąc słowami poetów „pióro do ręki”. Napisałem utwór składający się z trzydziestu dwóch czterowierszowych zwrotek. Każdy człowiek, a zwłaszcza redaktor pisma wie o tym, że długie wiersze wędrują do kosza. Wiedziałem i ja, że wartość poematu nie ma nic wspólnego z jego rozmiarami. Jednakże jakiś nakaz wewnętrzny kazał mi napisać dużo i gdybym się nie hamował, napisałbym tysiąc wierszy. Wypisawszy konkursowe motto, wpakowałem je wraz z wierszem do koperty, zapieczętowałem lakiem, nalepiłem kupiony za ostatnie trzy fenigi znaczek i w uroczystym nastroju wrzuciłem list do skrzynki, mieszczącej się na rogu sąsiedniej ulicy. Potem stałem jeszcze długo obok skrzynki. Zdawało mi się, że wygląda teraz zupełnie inaczej niż przedtem. Cóż w tym dziwnego, pochłonęła przecież trzydzieści dwie zwrotki!
Zmieniłem się jednak i ja. Baczny obserwator stwierdziłby bez wątpienia, że mam nieczyste sumienie. Krok miałem niepewny i chwiejny, wzrok skierowany ku ziemi, jakby w obawie, że ktoś wyczyta z niego te wszystkie zwrotki. Nie smakował mi nawet suchy chleb, sen ogłosił strajk generalny, a gdy ten strajk chwilami ustawał, śniły mi się różne rzeczy, jak wielka skrzynka pocztowa, pełzająca po łóżku w postaci olbrzymiego niebieskiego żółwia, który mnie dusił tak długo, póki się nie budziłem z wielkim krzykiem.
Pracowałem równie sumiennie jak dotychczas, ale robota szła mi ciężko i opornie, policzki pobladły, schudłem, stałem się małomówny. Był to ciężki i zły okres, trwający nieskończenie długo. Powierzyłem los swój skrzynce pocztowej z końcem lipca, termin nadsyłania prac mijał dopiero pierwszego października, a pierwszego listopada miało nastąpić rozstrzygnięcie konkursu. Gdybym mógł dostać z powrotem te trzydzieści dwie zwrotki! Przysięgałem, że zrezygnuje na cały dzień z pisania wierszy i z nagród konkursowych. Była to przysięga kolosalna ponieważ rymowanie szło mi bardzo łatwo, a nawet trzecia nagroda „w wysokości bitych dziesięciu talarów” była dla mnie snem o potędze.
Nie miałem żadnych wątpliwości, że nie otrzymam konkursowej nagrody, ale sprawa mogła mieć oprócz skutku negatywnego, także skutek pozytywny. Dręczyła mnie ciągle myśl, że „szanowna” redakcja gotowa odesłać wiersz nie do moich rąk, a do „starego”, zaopatrując utwór w odpowiednie uwagi na marginesie. Kto chodził do gimnazjum, lub jest jeszcze uczniem, domyśli się łatwo kim jest „stary” i zrozumie mój tajemny lęk. Wprawdzie groźny „stary” odnosił się do mnie przychylnie i starał się ulżyć ciężkiemu położeniu: dwa razy na tydzień dawałem korepetycje jego synowi, za co w soboty wieczorem dostawałem w kuchni kawał mięsa z ryżem i wolno mi było pogłaskać ulubionego kota pani dyrektorowej. Czułem jednak, że gdyby obawy co do „szanownej” redakcji okazały się słuszne, przepadłoby i mięso z ryżem i zabawy z kotem!
Coraz groźniejsze chmury zbierały się na horyzoncie. Nadszedł wreszcie pierwszy listopada. Pamiętam jak dziś, dzień był chłodny, słoneczny, jesienny, a w duszy mojej padał gęsty, ponury, szary śnieg. Od tej chwili dni, godziny wydawać się zaczęły wiecznością, ponieważ jednak wieczności też mijają, więc skończyła się i ta.
Szóstego listopada, po ostatniej rannej godzinie, zawezwano mnie do „starego”. Kancelaria dyrektora mieściła się na drugim piętrze, każde piętro miało dwadzieścia schodów, na każdy stopień przypadało dwadzieścia uderzeń serca, czyli summa summarum osiemset uderzeń. Tak, mniej ich na pewno nie było! Pukam, wchodzę i nie widzę nic, oczy przysłania mgła. Mija kilka chwil, mgła ustępuje, widzę przed sobą swego władcę, patrzy jakby chciał mnie przebić wzrokiem.
– May! – mówi głębokim basem.
Składam ukłon, nie mam pojęcia, jaką mam minę, tylko on ją widzi, ale milczy.
– May!
Znowu się kłaniam.
– May!
Trzeci ukłon oraz decyzja, że to już ostatni raz.
– Ależ pan jest wcale, wcale...
Rzucam mu tak ostre spojrzenie, że urywa. Za żadną cenę nie pozwolę się obrazić! „Stary” uśmiecha się i mówi dalej:
– W gruncie rzeczy nic a nic mnie to nie obchodzi, to pańska prywatna sprawa, jeżeli się pan chce narazić na kompromitację... A zresztą... Ciągle pan mówi rymami, a pański język... Dlaczego mi pan nie dał tego do przeczytania?
– Czego? Wiersza?
– Oczywiście! Podkreśliłbym błędy, których redaktor wcale nie zauważył. Przecież on nie ma pojęcia o tym jak powinien wyglądać porządny wiersz.
– A więc wiersz odesłano?
– Tak w odbitce szczotkowej, do korekty. Oprócz tego redakcja załączyła list do mnie adresowany. Ani mi się śni dawać go panu do czytania. Odpowiem, że pod wierszem może figurować jedynie pańskie nazwisko i na tym koniec. Inaczej mógłby pana opętać najgorszy z szałów, szał pisania. Taki smarkacz powinien się zajmować wszystkim, tylko nie pisaniem wierszy!
Odetchnąłem głęboko. A więc trzydzieści dwie zwrotki zostały przyjęte. Trzecia nagroda, dziesięć talarów!... Znowu pociemniało mi w oczach.
– Chciałem jeszcze powiedzieć, że od dziś będę panu płacił za korepetycje gotówką, po pięć groszy za godzinę. Oczywiście w soboty mięso z ryżem jak dotychczas. O pańskiej zuchwałości i o wierszu samym pomówimy później, teraz muszę iść na obiad. Oto pieniądze! Może pan wyjść.
Wręczył mi kopertę. Podziękowawszy głosem ochrypłym ze wzruszenia, złożyłem głęboki ukłon, mimo decyzji, że już to nie nastąpi i wybiegłem za drzwi.
Nie pamiętam w jaki sposób zszedłem ze schodów i dostałem się do swej „budy”. Otwieram kopertę i cóż w niej znajduję? Krótki list od redakcji, oraz trzy dziesięciotalarowe banknoty. Okropny, wielki niebieski żółw oznaczał pieniądze, jak każdy żółw z bajki! A więc nie trzecia lecz pierwsza nagroda!
Ze szczęściem jest tak samo jak z nieszczęściem, nigdy nie chodzi luzem. Gdy zjawiłem się po południu na lekcji u swego starego kantora, zastałem go w dziwnie pogodnym nastroju. Kochany staruszek bywał zawsze pogodny, dziś jednak był wyjątkowo wesoły i rozmowny. Ponieważ w rozmowie kilkakrotnie powtórzył „dobra robota, honorarium księgarskie”, byłem przekonany, że o szczęściu, które mnie spotkało, rozmawiał ze „starym”. Gdy po lekcji wyciągnąłem jak zwykle talara, nauczyciel odparł:
– To niepotrzebne mój drogi! Może pan zatrzymać przy sobie tak ciężko zapracowany grosz.
– Ten grosz nie jest ciężko zapracowany.
– Jak to? Darowano panu talara?
– Nie, zarobiłem go, ale praca nie była ani gorzka, ani ciężka. Dostałem trzydzieści talarów i pan wie o tym dobrze.
Popatrzył na mnie ze zdumieniem i zapytał:
– Trzydzieści talarów? Ależ w takim razie prawdziwy z pana krezus! Skąd miałem o tym wiedzieć? Nie słyszałem ani jednego krzyżyka, ani jednej nuty na ten temat!
– Przecież pan mówił o tym przed chwilą!
– Ja? Skądże znowu?
– Mówił pan o honorariach księgarskich.
– No tak, ale co to ma za związek z panem i pańskimi trzydziestoma talarami? A może nie wolno panu o tym opowiadać?
Gdy opowiadałem, kantor biegał nerwowo po pokoju i potem zawołał:
– Trzydzieści talarów! Trzydzieści bitych talarów! Za... ileż ten pana poemat ma zwrotek?
– Trzydzieści dwie po cztery wiersze.
– Po cztery wiersze! Czyli dwadzieścia osiem groszy od zwrotki, a siedem groszy od wiersza! Oprócz tego zaszczyt otrzymania pierwszej nagrody. A ja myślałem Bóg wie o jakich cudach! Niech pan czeka! Pan pamięta swój utwór?
– Owszem.
– Niech mi go pan wyrecytuje. Chcę usłyszeć utwór nagrodzony trzydziestoma talarami!
Stanąłem w jedynym wolnym kącie i zacząłem deklamować. Kantor wędrował po pokoju, nagle przerwał mi energicznie:
– Dosyć, dosyć! Wiersz jest dobry, ale trzydzieści dwie zwrotki to zbyt wiele. Muszę panu coś powiedzieć, nie mogę czekać, aż pan skończy. Niech pan patrzy! Zna pan to?
Podsunął mi drukowany zeszyt z nutami i spojrzał na mnie z wielkim napięciem. Była to partytura hymnu, ułożona na poszczególne głosy. Rzuciłem okiem na pierwsze słowa tekstu, które brzmiały następująco: Niosę wam wieść radosną...
– Niech pan to czyta, nie to! Tytuł, chodzi mi o tytuł! Spojrzałem na tytuł i zdjęło mnie radosne odrętwienie, był to mój hymn, który swego czasu zginął w tajemniczy sposób!
– To także coś, prawda? – zapytał triumfująco. – Wydrukowana kompozycja jest bez porównania więcej warta od wiersza, który się w druku ukazał. Wiersz do gazety potrafi napisać każdy, kto umie łapać z powietrza rymy, co innego kompozycja muzyczna, to nie pochodzi z powietrza! TU konieczna jest nauka, a przede wszystkim dobry nauczyciel. A dobrymi, dzielnymi nauczycielami mogą być tylko panowie kantorzy, grający na organach i kierujący śpiewami kościelnymi.
– Ależ panie kantorze – przerwałem potok wymowy – jestem w najwyższym stopniu zdumiony! Hymn nie był przeznaczony do druku, było to zwykłe wypracowanie, zostawione w szufladzie i pewnego razu zginęło bez śladu. Jak to się dostało w pańskie ręce i skąd panu wiadomo, że to mój utwór? Oryginał nie był przeze mnie podpisany.
– Ma pan rację – odparł z uśmiechem. – Więc pan sądzi, że nie znam pańskiego charakteru pisma i nie odróżniam go od pisma Kriegera?
– Kriegera? – odparłem. – Jakiego Kriegera?
– Głupie pytanie! Ależ tego, któremu dzięki pracy o akordach kwintetowych, zdmuchnął pan pierwszą nagrodę. Miał zamiar się zemścić, ale ukarzę go tak dotkliwie, że mu cała historia stanie kością w gardle.
– Nie rozumiem...
– Jeszcze pan nie rozumie? Pokażę panu dwie rzeczy, jedna z nich z pewnością zdziwi pana i zirytuje. A więc czyj to rękopis?
Wręczył mi wielką ostemplowaną kopertę, na której widniało nazwisko. Rzuciwszy tylko okiem odparłem:
– Poznaję, to pisał Krieger.
– Tak. Łajdak nie zadał sobie nawet trudu, aby zmienić pismo. Zapewne przypuszczał, że wyrzucę kopertę zaraz po otworzeniu. A teraz niech pan spojrzy!
Była to partytura mego hymnu. Przerzuciwszy ją pobieżnie, nie znalazłem nic niezwykłego. Po chwili staruszek rzekł:
– Trzymając papier pod światło, znajdzie pan wytarte gumą miejsca.
– Co? Wytarte?
– Tak. Krieger powycierał pewne miejsca gumą i umyślnie porobił błędy, domyśla się pan chyba w jakim celu.
– To byłaby podłość, nikczemność!...
– Dajmy temu spokój! – przerwał. – Rozmawiałem z nim i przyznał się do wszystkiego. Omówimy jeszcze całą sprawę na konfrontacji. Zrobiłem odpis, oczywiście bez błędów i na złość Kriegerowi posłałem hymn wydawcy. Wydawca przyjął. No i jak pan przypuszcza, jakie panu przeznaczył honorarium?
– Honorarium? A więc znowu pieniądze!
– Oczywiście! Za nuty banknoty i brzęczące monety, oto moja zasada. Dotychczas wydrukował pięćset egzemplarzy i zapłacił za nie dwadzieścia pięć talarów. Wynosi to wprawdzie piętnaście fenigów od egzemplarza, ale gdyby hymn leżał dalej w szufladzie, nie zarobiłby pan nawet feniga! Wydawca zapłacił pieniędzmi papierowymi, ale zamieniłem je na srebro. Jest tego cała kupa. Bierz pan!
Wyciągnął szufladę, zanurzył w niej ręce i podał mi całą garść talarów. Ta druga fala szczęścia oszołomiła mnie. Staruszek ponapychał mi kieszenie pieniędzmi i rzekł:
– Bierz pan, bierz! Kto wie, czy w przyszłości jakakolwiek kompozycja przyniesie panu choćby grosz, trzeba korzystać ze sposobności i brać co przynosi szczęście. Nauczymy się pańskiego hymnu i będziemy go śpiewać. Krieger pęknie ze złości, o ile wcześniej nie będzie się musiał wynieść. Nikczemność, której się dopuścił, zasługuje na dotkliwą karę. Jestem przekonany, ...
– Ależ panie kantorze! – odezwałem się. – Okazywał mi pan zawsze wiele przyjaźni, jestem więc przekonany, że nie odmówi pan i tej prośbie, która płynie z głębi serca.
– Tak? Domyślam się o co chodzi!
– Proszę nie wzywać Kriegera na konfrontację. Czuję się dziś taki szczęśliwy! Gdyby Krieger został ukarany, całe szczęście prysłoby jak bańka.
– Czy to nie nazbyt wygórowane żądanie?
– Chyba nie. Przecież właśnie on jest sprawcą niespodzianki. Gdyby panu nie posłał hymnu, nie szukałby pan dla niego wydawcy.
Podał mi rękę i rzekł tonem znacznie poważniejszym:
– Sprawia mi pan podwójną radość. Przede wszystkim z powodu prośby o Kriegera. Nie zawiadomiłem jeszcze o całej sprawie dyrektora, czekałem aż hymn się ukaże w druku. Gdyby pan żądał zawiadomienia przełożonych, spełniłbym tę prośbę, ale tak damy mu kilka porządnych kuksańców. Będzie się pienił i wściekał. Okoliczność, że hymn został wydrukowany i że przyniósł panu pieniądze, a wreszcie, że sam będzie musiał hymn pański zaśpiewać, doprowadzi go do pasji.
– Naprawdę będzie śpiewać mój hymn?
– Oczywiście, śpiewa przecież bardzo dobrze. Druga przyczyna mej radości to przekonanie pańskie, że nie zaproponowałbym tej kompozycji żadnemu wydawcy bez powodu.
– Przecież to zupełnie zrozumiałe! Jest to zwykła praca szkolna, pełna błędów.
– Racja, zupełna racja! Historia z hymnem to los, wygrany przypadkowo na loterii, trudno przewidzieć, czy fortuna w przyszłości zechce się znów do pana uśmiechnąć i nie przypuszczam, by chciał się pan poświęcić muzyce. W hymnie pańskim nie ma oczywiście rażących błędów. Napisany jest czysto, ale bez wprawy i natchnienia. Niech pan sobie wyobrazi przygodnego jeźdźca, wyjeżdżającego w niedzielę za miasto i jeźdźca zawodowego, który się popisuje w cyrku. Otóż pan, w dziedzinie muzyki należy jeszcze do jeźdźców niedzielnych, brak panu znajomości zasad. To nie tylko rzecz wrodzona, to należy kultywować i ćwiczyć. Zrozumiał pan?
– Ależ oczywiście, panie kantorze! Zbyt sztywno siedzę w siodle i nie mam z koniem duchowego kontaktu...
– Tak słusznie, zupełnie słusznie! Dlatego, jak się pan później przekona, nadałem kilku pańskim sztywnym figurom więcej elastyczności. Przypuszczam, że mi pan tego nie weźmie za złe, zwłaszcza, że z pańskich dwudziestu pięciu talarów nie wezmę ani jednego.
Kochany staruszek wypowiedział te słowa z miłym, wzruszającym uśmiechem. Po chwili, podając mi rękę na pożegnanie dodał:
– Gdyby to było możliwe, uczyłbym pana za darmo. Niestety warunki moje nie pozwalają na to. Ale pan to przetrzyma i będzie pan kiedyś bogatszy ode mnie. Niech pan pomyśli wtedy o swym starym kantorze, który pozwolił ujrzeć światło dzienne pańskiemu pierwszemu hymnowi. Niech pan zawsze patrzy na życie równie serio, jak teraz. No, do widzenia!
Poczciwy kantor należy do ludzi, dla których dziś jeszcze, po tylu latach czuję wielką wdzięczność.
Czytelnicy dowiedzą się później, dlaczego opowiedziałem moją z nim rozmowę, nie wymieniając jego nazwiska. Był to człowiek uczciwy i bardzo dobry. Niestety zamknął całe swoje życie w pokoju z nutami, nie miał bowiem szczęścia w życiu rodzinnym. Żona jego była znaną ksantypą, a wskutek okropnego jej usposobienia, jedyny syn musiał wyemigrować do Ameryki.
Byłem więc w posiadaniu pięćdziesięciu pięciu talarów i suma ta wydawała mi się królewskim skarbem. Miałem nawet wrażenie, że to zbyt wiele, byłem przecież zdrów jak ryba i mogłem pracować. Posłałem więc trzydzieści talarów rodzicom, dwadzieścia odłożyłem na nieprzewidziane wydatki, a pięć przeznaczyłem na podróż z okazji Bożego Narodzenia, postanowiwszy sobie żyć podczas tej podróży prawdziwie po pańsku. Pięć talarów na okres tygodnia to poważna suma! Za przeszło dwadzieścia groszy dziennie będę żył jak książę.
Po cichu, aby nikt nie słyszał, mówiłem sobie, że kto wie, czy podczas tej podróży nie zafunduję sobie pół butelki niedrogiego wina. Codziennie leżąc wieczorem w łóżku przez jakiś kwadrans myślałem o tym, jaki gatunek wybiorę i ile będę mógł zapłacić. Szczęśliwe czasy... minęły bezpowrotnie!
Kantor spełnił przyrzeczenie, hymn został przygotowany. Krieger musiał śpiewać solo, nie trzeba chyba dodawać, że szalał z wściekłości. Później ukazał się mój wiersz. Wszyscy koledzy chcieli go mieć na własność, więc ten numer pisma rozszedł się w poważnej ilości egzemplarzy. Gdy po miesiącu nadszedł dzień turnieju recytatorskiego, na którym każdy mógł wygłosić dowolny wiersz, wszyscy koledzy w liczbie dwudziestu trzech wygłosili: „Boże Narodzenie, utwór Karola Maya”. Ja jedyny wyrecytowałem utwór jednego z wybitnych klasyków. Powstała moda zapisywania mojego wiersza do notesów. Cała szkoła zaczęła produkować wiersze. Utwory w rodzaju: „Życie i moneta”, „Romulus i Pfiffikus” doprowadziły nauczycieli do takiej rozpaczy, że w końcu „stary” postanowił wystąpić bezwzględnie przeciw tej wierszomanii. Nagany i kary zrobiły swoje, ale odbiły się i na mnie. Honorowany dotychczas i uwielbiany, zacząłem czuć się jak syfon wody sodowej wśród butelek szampana wysokiej marki. Koledzy unikali mnie z pasją godną lepszej sprawy.
Pod wpływem tych nastrojów postanowiłem święcie ogłosić dalsze utwory poetyckie dopiero... po śmierci. Postanowienie to spełniłem niemal dosłownie i sądzę, że w ten sposób zasłużyłem na wdzięczność współczesnych.
Wracając do podróży, o której mówiłem, muszę dodać, że podczas wszystkich dłuższych ferii urządzałem dalekie wycieczki piesze. Ze względu na plany przyszłości, uczyłem się więcej i pilniej, niż reszta kolegów, dbałem o zachowanie zdrowia, prężności i hartu. W wycieczkach tych towarzyszył mi często pewien przemiły kolega. Nie był tak biedny jak ja, ale również musiał się liczyć z groszem. Był to chłopak pilny i poważny. Z wyjątkiem mnie, nie rozmawiał prawie wcale z kolegami. Nazywali go więc Cyprinus Carpio, albo po prostu Carpio.
Nie przechowywaliśmy wprawdzie gotówki we wspólnej kasie, ale mimo to jeden liczył się ze środkami drugiego. Skutek był taki, że ten który posiadał więcej, starał się, oczywiście w tajemnicy przed kolegą, wyrównać różnicę. Nieraz jeden lub drugi dawał dowody niezwykłej dobroci i poświęcenia, tym bardziej wzruszające, że chodziło tu o grosze. Naturalnym rezultatem tego rodzaju stosunków było to, że przy końcu każdej naszej podróży zostawaliśmy z tą samą ilością pieniędzy. Niejeden z dzisiejszych ministrów skarbu nauczyłby się wiele, gdyby zobaczył i usłyszał, z jaką rozwagą i logiką dwaj chłopcy deliberują nad każdym, najmniejszym wydatkiem. Raz puściliśmy się wpław przez rzekę, aby oszczędzić dwa grosze, które trzeba było zapłacić przewoźnikowi.
Towarzysz mój palił się do wycieczki w okresie świąt Bożego Narodzenia, był jednak przekonany, że go tym razem nie zabiorę. Miał tylko dwa talary, byłem więc w stosunku do niego milionerem. Uspokoiłem go zapewnieniem, że zabranie człowieka, nie posiadającego chwilowo pieniędzy, jest dla takiego milionera drobnostką, o której nie warto mówić.
Wigilię i pierwszy dzień świąt spędziliśmy u rodziców. W trzecim dniu spotkaliśmy się gotowi do wyprawy. Carpio przywitał mnie z rozpromienionym obliczem, ojciec dołożył mu jeszcze talara!
– Dokąd ruszamy?...
Zwykle zapuszczaliśmy się w góry, ciągnące się na granicy Saksonii i Czech. Wyobrażaliśmy sobie podczas tych wędrówek, że się włóczymy po Pirenejach, na granicy Hiszpanii i Francji, lub po Himalajach, między Tybetem a Indiami. Było tu wszystko, czego tylko serce zapragnąć mogło: miasta i wsie, góry i doliny, skały i pola, rzeki i źródła, słońce i deszcz! Więcej nie można było wymagać. Pokochaliśmy ten teren naszych podróży po szerokim świecie.
To przywiązanie do terenu, miało nie tylko psychologiczną przyczynę, tajemnicę tę mogę dzisiaj zdradzić czytelnikom.
Balansowaliśmy między Austrią a Saksonią z bardzo ważnej przyczyny – kursu pieniądza. Mitem jest twierdzenie, że tylko prawdziwi milionerzy zajmują się kursami. Nie znaczy to, by kurs był rzeczą najważniejszą dla tego, kto nic nie posiada. Muszą się zejść dwaj dzielni finansiści posiadający pewne solidne fundusze w wysokości powiedzmy, trzech i pięciu talarów, muszą wybrać się w podróż tzw. kursową, która im może przynieść niespodziewane korzyści, o ile w dodatku należą do studentów noszących różnokolorowe czapki i są sprytni. Dlaczego tak być musi, zaraz wytłumaczę.
Jaki jest dziś kurs guldena austriackiego? Taki a taki. Gdy zwykły śmiertelnik płaci talarami i chce resztę otrzymać w guldenach, talary zawsze stoją nisko. Gdy płaci guldenami i chce resztę w groszach, nagle źle stoją guldeny! A gdy chce się przekonać, jak sprawy naprawdę wyglądają nie może w żaden sposób dostać ceduły giełdowej. Sprytny uczeń nosi przy sobie cedułę, na której niestety brak daty i w stosunku do niej żyje zadowolony. Gdy gulden stoi nisko, wraca na saską stronę i każe sobie za talara dać austriacką monetę, gdy kurs jest wysoki idzie na czeską stronę i zamienia grajcary na grosze i fenigi. Z sumy czterech talarów zarobiłem wraz z Carpionem w przeciągu ośmiu dni na czeskiej stronie jedenaście grajcarów, na saskiej szesnaście, co przydało naszej wyprawie niezwykłego rozmachu.
Oczywiście trzeba było wielkiego sprytu i przedsiębiorczości, by umieć przewidzieć wahania kursów i wykorzystać każdą szansę.
Zimą gdy w górach pełno śniegu, bieganie za kursem było oczywiście nieco trudniejsze, tym razem jednak mieliśmy poważniejsze fundusze i mogliśmy sobie pozwolić na podróżowanie w roli kapitalistów.
Ekwipunek nasz był tak znakomity, że mogliśmy śmiało myśleć o wyprawie na Mont Blanc.
Parasoli nie zabraliśmy, uważając, że jest on oznaką zniewieściałości. Brakowało nam również lasek. Podpory nasze rosły gdzieś w zaroślach, czekając wyzwolenia. Palta? Ale cóż znowu, wszak byliśmy młodzi! Rękawiczki? Gdyby człowiek był stworzony do rękawiczek, urodziłby się w nich. Futra? To wynalazek dla Eskimosów. Za to zabraliśmy pięć arkuszy papieru rysunkowego. Niestety nie mieliśmy możliwości narysowania czegokolwiek, gdyż ilekroć znajdowaliśmy przedmiot nadający się do skopiowania, stwierdzaliśmy, że palce nasze zesztywniały od zimna i nie mogą utrzymać ołówka. Na ramieniu miałem potężną torbę do noszenia ziół. Ponieważ w zimie zbieranie ziół było niemożliwe, mieściła ona w sobie cały nasz bagaż podróżny z wszystkimi możliwymi przyborami toaletowymi. Nie było ich zbyt wiele. Carpio zabrał mapy Saksonii i Czech, ale już pierwszego dnia naszej wyprawy okazało się, że siostra jego zapakowała mu pomyłkowo mapę Szwecji i Norwegii zamiast Saksonii, a Algierii, Tunisu i Trypolisu zamiast Czech. Mieliśmy także igły i nici, byliśmy również zaopatrzeni w cygara. Każdy miał ich dwa, po trzy fenigi za sztukę. Ponieważ były przeznaczone na specjalne chwile, powzięliśmy śmiały plan przemycenia ich do Austrii bez cła. W tym celu ukryliśmy je w cholewach, a gdy wieczorem wyjęliśmy je, okazało się, że została z nich tylko miazga. Sic transit gloria mundi.
Pozostałe sprzęty podróżne miały charakter taki bardziej intymny, dostosowany do indywidualnych upodobań właściciela. Składały się ze sznurków, gąbki, flaszki terpentyny, siostra Carpiona wpakowała terpentynę zamiast tranu, którym mieliśmy nasączać buty. Oprócz tego Carpio zabrał jeszcze odziedziczony po pradziadkach przyrząd do mierzenia odległości i drewniany zamek bezpieczeństwa, będący jego własnym wynalazkiem. Miał on służyć nie tyle dla ochrony naszego życia ile dla bezpieczeństwa naszych kapitałów, w razie gdyby przyszło nocować w jakimś podejrzanym domu.
Gdy Carpio pierwszego wieczoru chciał umocować swój genialny zamek, okazało się, że siostrzyczka zapomniała dołączyć cztery najważniejsze śrubki.
Miejscem naszego spotkania, było miasteczko frankońskie Retau. Stamtąd wyruszyliśmy do Asch, przemycając cztery cygara, potem zaś do Eger.
Ponieważ w Eger było drogo powędrowaliśmy do odległego o kilka kilometrów Tirschnitz, dokąd przybyliśmy wieczorem niesłuchanie wyczerpani. Wypiwszy po szklance piwa, spałaszowawszy dwie porcje kartofli udaliśmy się do wytwornej sypialni, za którą gospodarz zażądał pięćdziesiąt grajcarów. W sypialni spotkała nas straszliwa katastrofa cygarowa, o której była już mowa, tu odmówił posłuszeństwa zamek bezpieczeństwa. Wpakowaliśmy więc nasze kapitały do pieca. Po jakimś czasie Carpio wyjął z niego swoją część i ukrył w łóżku, wychodząc z założenia, że nie powinno się przechowywać całej sumy w jednym miejscu. Przekonany mądrą argumentacją przyjaciela położyłem się i zasnąłem. Po niedługim czasie zbudził mnie jakiś szmer. Przyczyną hałasu był Carpio, który oświadczył, że wchodząc do pokoju, ujrzał przy blasku zapałki kawałek cegły leżącej za piecem. Wyjął ją i wpakował do chustki, jest więc w posiadaniu śmiertelnej broni, która zmiażdży łeb każdemu włamywaczowi. Pocieszony i uradowany czujnością przyjaciela, odwróciłem się na bok i zasnąłem snem kamiennym. Zbudził mnie dopiero Carpio, a raczej jego przeraźliwy lament:
– Słuchaj zginęły mi pieniądze, wszystkie pieniądze razem z portmonetką!
Mordercza broń okazała się bezużyteczna, jakiś łotr wdarł się, i wyciągnął pieniądze z pieca!
– Ale dlaczego zabrano tylko moją część, to pozostanie dla mnie zagadką! Biegnę natychmiast na dół, gospodarz musi nam wszystko zwrócić.
– Czekaj! Twoje pieniądze leżały w piecu?
– Oczywiście!
– Przecież sam je stamtąd zabrałeś i schowałeś do łóżka. Poszukaj! Zaczął szukać i znalazł. Wzdychając głęboko, rzekł po chwili:
– Szczęście gospodarza! Gdyby pieniądze się nie znalazły, miałby ze mną krzyż pański, kto wie czy nie zlicytowałbym mu rzeczy! Ile kosztuje kawa?
– Dziesięć grajcarów bez chleba.
– A chleb?
– Dziesięć grajcarów bez kawy.
– Zamówisz więc kawę, ja zaś każę dać chleb i to co zaoszczędzimy na śniadaniu, będzie można dodać do obiadu. Zgoda?
– Owszem, nie jest to wprawdzie eleganckie, ale mniejsza o to. Ulotnimy się prędko, by nie odczuć lekceważenia.
– Lekceważenia? Sądzisz, że ktoś ośmieliłby się lekceważyć kapitalistów z akademickim niemal wykształceniem?
Udając wielkich panów, zjedliśmy więc za dwadzieścia grajcarów śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Celem naszej podróży było Falkenau, do którego cało przybyliśmy wieczorem. Przyjaciela mego spotkało po drodze nieszczęście, zgubił ostrogi. Jak to się stało, żaden z nas nie wiedział. Carpio był stratą boleśnie dotknięty. Chcąc mu nieco ulżyć, zacząłem udawać, że zgubiony kawałek żelaziwa był bliski i memu sercu. Z prawdziwie męską rezygnacją skierowaliśmy swe kroki ku skromnej gospodzie, której wygląd harmonizował z dzisiejszym stanem naszej kasy.
Przed drzwiami gospody spotkaliśmy żandarma. Był zdziwiony naszą chęcią wejścia tam. Ukłonił się uprzejmie i zapytał:
– Panowie są uczniami?
Odparłem skinieniem głowy, Carpio zaś rzekł:
– Tak, jesteśmy uczniami. Niech się pan przekona.
Żandarm spojrzał na podaną legitymację i oddał ją po chwili z dziwnym uśmiechem.
– Jeżeli pan jest tym, co tu wypisano, to z pana wielka figura, młody człowieku!
– Jestem też nią – odparł dumnie Carpio. – Widzi pan przecież gimnazjalną pieczątkę.
– Nie, nie widzę.
Carpio spojrzał na legitymację i stwierdził, że trzyma w ręku wykazy cesarzy niemieckich od Karola Wielkiego począwszy a na Franciszku Drugim skończywszy. Gdy przeszukał wszystkie kieszenie i nie znalazł w nich legitymacji, zawołał z oburzeniem:
– Znowu przeoczenie mojej siostry, która zamiast legitymacji wpakowała mi ten wykaz! Takie głupstwa mogą robić tylko osobniki rodzaju żeńskiego lub nijakiego!
– Niech się pan uspokoi – rzekł uprzejmie żandarm. – Nie chodziło mi o pańskie papiery, widać przecież, że jest pan tym za kogo się pan podaje. Jestem zresztą przekonany, że kolega pański posiada dowód, wystarczający dla was obu.
– Masz swój dowód przy sobie? – zapytał Carpio.
– Tak, nie wyręczam się nigdy siostrami, które nawiasem mówiąc, mają wszystkie klepki w porządku.
– Czy moglibyśmy tu przenocować panie kapralu?
– Hm – mruknął żandarm. – Dziwiłem się, że panowie tu wchodzą, to przecież gospoda dla parobków. Lepiej pójść do Frania. Właśnie tam idę, to was zaprowadzę.
Było widoczne, że żandarm ma wobec nas jak najlepsze zamiary, mimo to Carpio zapytał:
– Czy ten Franio ma hotel? Czy drogo u niego?
Żandarm roześmiał się na całe gardło i rzekł:
– U Frania drogo? Dla studentów? Ha, ha, ha! Przecież on sam był studentem, ale nie skończył studiów, gdyż go pewna bogata gospodyni wzięła za męża. Ulubionym tematem jego rozmów są studia, przepada za akademikami. Gdy mu się spodobacie, będzie uszczęśliwiony i nie weźmie ani grosza. Chodźmy, mam wrażenie, że wszystko pójdzie dobrze.
Ruszył przodem, my za nim. Carpio zapytał mnie z zakłopotaniem:
– Jak myślisz, spodobamy się temu Franiowi?
– A dlaczego nie?
– Każdy człowiek ma przecież swój gust, swoje upodobania. Możemy nic nie zapłacić, ale co będzie, jeżeli nas bogato ugości, a potem mu się nie spodobamy? Możemy stracić cały majątek...
– Nie ma obawy! Nie płaci się za to czego się nie zamawiało, a zresztą będziemy się wystrzegać wysokiego rachunku. Ludzie w rodzaju Frania, którzy nie ukończyli studiów, uważają zwykle, że posiadają wszystkie mądrości. Franio był pewnie pięknym młodzieńcem i tylko dzięki urodzie znalazł bogatą żonę. Zresztą zobaczymy...
– Safono ty moja, mówisz jakbyś czytał z książki! Pierwszy to raz od rozpoczęcia naszej wyprawy!
Safono! Padło to słowo, które chciałem przemilczeć. Każdy dobrze wie, że nie ma prawie ucznia, ani studenta, któremu koledzy nie nadaliby jakiegoś żartobliwego przydomka. Gdy ukazał się mój wiersz, koledzy wśród nazwisk różnych poetów, zaczęli szukać dla mnie odpowiedniego przezwiska. Ochrzczono mnie imieniem Safony, a gdy zacząłem się temu opierać, dowodzono, że jest ono dla mnie najbardziej odpowiednie, gdyż Safona była najgłośniejszą poetką starożytności, odznaczającą się niezwykłą czystością i pięknością wiersza. Musiałem ustąpić.
Carpio miał rację, że od rozpoczęcia naszej wyprawy, pierwszy raz mówię jak z książki. Chciałem, by podczas naszej wspólnej wycieczki czuł się dobrze, przystosowałem się więc do niego. Nie zauważył tego, bo nie miał w sobie zmysłu obserwacyjnego. Mój drogi przyjaciel odznaczał się kilkoma cechami, które łatwo mogły ujemnie wpłynąć na całą jego przyszłość. Przede wszystkim był beztroski, tą dziecinną beztroską, która paraliżuje jakąkolwiek inicjatywę. Ponadto, najprostszym nawet sprawom nadawał niesłychanie wielkie znaczenie i lubił pasjami ubarwiać każdy drobiazg. Stąd przywiązanie do ostróg, zamka gwarantującego bezpieczeństwo i do innych zabranych na wyprawę przedmiotów.
Najwybitniejszą jednak jego cechą było roztargnienie. Biorąc pod uwagę jego młody wiek, roztargnienie to sprawiało raczej wrażenie komiczne, czułem jednak, że w przyszłości ta cecha może mieć bardzo wielki wpływ na całe jego życie. W miarę możności starałem się skłaniać go do skupienia, ale wysiłki moje były daremne. Przeciwnie, roztargnienie rosło, gdy się zwracało na nie uwagę. Stawał się bojaźliwy i w zażenowaniu popełniał jeszcze większe błędy. Zrezygnowałem więc z chęci zmienienia go i zapewne przez to przywiązał się do mnie jeszcze bardziej. Robiliśmy wrażenie dwóch, nie zastanawiających się nad niczym dzieciaków. Wrażenie to, w stosunku do Carpiona, było zupełnie słuszne, ale ja czuwałem nad nim potajemnie.
Chwilami uświadamiał sobie, że nim kieruję i że jest tylko wykonawcą mojej woli. Tak było przed chwilą, gdy wypowiedziałem przypuszczenie co do osoby oberżysty Frania, którego nigdy w życie nie widziałem.
Wracając do rozpoczętego tematu dodałem jeszcze:
– Gdy się kogoś nazywa nie po nazwisku, lecz po imieniu i to jeszcze Franiem a nie Franciszkiem, nie ma wątpliwości, że chodzi o tak zwanego „morowego chłopa”. Tak go sobie wyobrażam i tak musimy go traktować. Oczywiście należy mu też trochę zaimponować.
– Zaimponować? Czym? Mamy gadać po łacinie, po grecku?
– Nie. To by go znudziło, bo zapewne nie zrozumiałby nas. Mam wrażenie, że to człowiek bywały, musimy więc zachować się jowialnie, udawać, że go dobrze i dawno znamy. Co do zaimponowania, to... Ach, wpadło mi coś do głowy! Przecież „stary” utrzymuje, że bez najmniejszego trudu potrafię mówić rymami. Ty także nie raz odpowiadałeś mi całkiem zgrabnymi. Może więc zaaplikujemy Franiowi porcję wierszy?
– Niezła myśl! Zrobię co będę mógł. A jeżeli mu się to nie będzie podobać?
– Damy spokój i zaczniemy mówić trzeźwo i poważnie. A więc postanowione! Mam wrażenie, że jesteśmy u celu.
Żandarm poprowadził nas przez parę ulic i zatrzymał się przed domem, do którego prowadziło kilka schodków, dom sprawiał miłe wrażenie. Żandarm otworzył drzwi, rzucił badawcze spojrzenie do środka i zawołał wesoło:
– Dobry wieczór, Franiu! Znowu jestem u ciebie, przyprowadziłem dwóch wspaniałych gości.
– Cóż to za jedni? – zapytał tubalny głos.
– Dwaj studenci, którzy chcieliby znaleźć na noc jakieś ciepłe gniazdko.
– Studenci? Dawaj ich tutaj. Dla takich gości mam zawsze pełno gniazd. Ubi bene, ibipatria!
Weszliśmy do obszernego niskiego pokoju. W lewym kącie stała kobieta pochylona nad beczułką masła. Przed chwilą ubiła je właśnie i przelewała teraz przez chustkę mój ulubiony specjał – serwatkę. Była to gospodyni. Na prawo od drzwi siedziało nad czeskim cienkuszem kilku niepożądanych gości. Naprzeciw drzwi stał wielki okrągły stół, przy którym rozsiadły się ważniejsze figury miasteczka. Jedna z nich wstała i zaczęła się nam przyglądać. Byłem pewien, że to Franio. Musiał to być kiedyś ładny chłopak. Śnieżnobiały fartuch okrywał potężny brzuch, nad którym wznosił się ogromny podbródek, przechodzący w wygoloną, pełną i rumianą twarz, promieniującą weselem i zadowoleniem. Gospodarz wyszedł zza stołu i wyciągając ku nam ręce, rzekł:
– Po waszym wytwornym zachowaniu, widać, że jesteście najprawdziwszymi studentami. Witajcie! Usiądźcie proszę przy tym stole i powiedzcie na co macie apetyt.
Uścisnąłem wyciągniętą dłoń i odparłem z poważną miną:
– Niech pan zaczeka chwilkę małą, powiem panu prawdę całą. Jesteśmy nie tylko głodni i strudzeni, lecz przede wszystkim spragnieni.
Poczciwy Franio, zrobił krok w tył, otworzył szeroko oczy i zapytał ze zdumieniem:
– Co takiego? Małą – całą, strudzeni – spragnieni? A więc chcecie pić? Dobrze! Co mam przynieść?
– Z tej to beczki na frasunek płynie delikatny trunek, płynie sobie strugą rzadką, ludzie zowią go serwatką. Nie chcemy ni piwa, ni wina, niech się od serwatki uczta rozpoczyna.
– Frasunek – trunek, rzadką – serwatką? Pan jest chyba prawdziwym, stuprocentowym, wykwalifikowanym poetą?
– Jam poeta, macie rację, choć nie zawsze tworzę rymy, lecz gdy do was mam orację, wiersze płyną mi jak dymy; bo pan Franio człek uczony i rozumie się na sztuce, niechże będzie pochwalony ten, co pławił się w nauce!
Po tych słowach podniosłem do ust szklankę napełnioną serwatką. Carpio powiedział również kilka słów wiązaną mową i wypiliśmy cudowny napój.
Franio po chwili, nagłym ruchem odsunął opróżnione szklanki i zawołał:
– Nie zawracajcie głowy serwatką! Wina! Jesteście przecież poetami. Fama cresitfundo! Co za niespodzienka, co za radość! Podaj wina Anno! Wiem dobrze czego takim zdolnym panom potrzeba. Siadajcie panowie, siadajcie! Stabenti dabitur et abundebit.
Rzekłem:
– Jeszcze nie czas na wino, niech serwatki fale do gardła nam płyną; a gdy pierwsze pragnienie ugasimy, chętnie o wino poprosimy.
– Dobrze, jeśli koniecznie chcecie, niech będzie serwatka! Ale musicie pozwolić, bym was uważał za wyjątkowych gości! Oczywiście nie przyjmę od was ani grajcara!
Carpio obrzucił mnie znaczącym spojrzeniem, a gdy je zignorowałem, dał mi w formie kopniaka znak o wiele wymowniejszy. Nastąpiła bardzo ożywiona scena. Goście, którzy w pierwszej chwili oniemieli z wrażenia, odzyskali mowę, a figury siedzące przy sąsiednim stole, otoczyły nas zwartym kołem. Wszyscy mówili równocześnie, jeden chciał drugiego przegadać. Na wszystkie pytania odpowiadaliśmy wierszem. Żona Frania była zachwycona, Franio odezwał się do niej w te słowa:
– Słuchaj Anno! Wielce szanowni panowie, nie będą spali w zwykłych pokojach hotelowych. Trzeba im dać pokój, w którym stoi lustrzana szafa. Wiem co się należy nauce. Corvus corvo nigredinem objecit!
Ta swoista łacina śmieszyła mnie niesłychanie. Ponieważ recytował przysłowia, nabrałem podejrzenia, że je wykuł z jakiegoś starego kalendarza, by móc imponować znajomością Cicerona. Nie rozumiał tego co mówi, nic dziwnego, że gadał nonsensy. Iluż to ludzi na świecie cytuje mylnie łacińskie zdania.
Na nasze wiersze Franio odpowiadał w dalszym ciągu łacińskimi cytatami, czym wzbudzał u słuchaczy ogromy podziw.
Nie mogliśmy zbadać do jakiej szkoły Franio uczęszczał i jaką miał za sobą karierę naukową, nie było to istotne.
W czasie drogi, jakiś gwóźdź w bucie Carpia, przebił podeszwę i kłuł go w nogę. Zdjął więc but, owinął nogę papierem, ale to nic nie pomogło, gwóźdź kłuł nadal. Z cierpienia tego zwierzył się Carpio obecnemu w gospodzie szewcowi, który obiecał mu naprawę usterki. Przyjaciel mój zdjął więc bucik, a przy tej okazji wypadł na podłogę rozmokły kawałek papieru, mający wygląd starego, zużytego banknotu guldenowego. Zauważyłem, że zawiera jakiś niemożliwy do odcyfrowania napis. Widok stempla gimnazjalnego, który pozostawił ślad dość wyraźny, wskazywał, jak ważny mam przed sobą dokument. Wręczyłem go przyjacielowi, z następującymi słowami:
– Oto dokument rehabilitujący twoją siostrę, mam nadzieję, że po powrocie do domu przeprosisz ją za haniebne podejrzenie.
Carpio wygładził kartkę, pokiwał głową, wręczył dokument żandarmowi i rzekł:
– Jak pan widzi ukryłem swój paszport w doskonałym miejscu. Proszę się przekonać, że naprawdę ma pan do czynienia z wychowankami królewskich zakładów.
Stwierdziwszy opłakany stan legitymacji, żandarm zwrócił ją z następującymi słowami:
– Niech pan nie kwestionuje moich zdolności psychologicznych i mej znajomości ludzi, od razu wiedziałem, że mam do czynienia z wysoce edukowanymi i nieposzlakowanymi personami.
– Zgoda – rzekł Carpio. – Uznajemy pański spryt i postaramy się utrwalić po tamtej stronie granicy opinię, że ludność krajów austriackich może być dumna ze swej policji.
Zmiął legitymację, wpakował do kamizelki, a żandarmowi głową skinął tak protekcjonalnie, jak gdyby był co najmniej ministrem sprawiedliwości.
Gdy każdy z nas pochłonął po trzy szklanki serwatki, przeszliśmy do piwa, poczęstowano nas także cygarami, które oberżysta nazwał najlepszymi w Austrii: O ile się nie mylę należały do gatunku „Virginia”, nazywano je w mowie potocznej „trującymi bombami”. Gdy po zapaleniu cygara Carpio spostrzegł, że otocznie przygląda mu się nieco ironicznie, zrobił lekceważący ruch ręką i rzekł:
– Nie chciałbym urazić cesarstwa austriackiego, ale nie ma wątpliwości, że w dziedzinie cygar przewyższamy je. Na przykład to cygaro, które mam w ustach, byłoby dla mnie do codziennego użytku za słabe. Krótko mówiąc, mamy innych palaczy, niż wy, panowie!
„Trująca bomba” gasła mu raz po raz i musiał ustawicznie pocierać zapałki o stojącą na stole podstawkę z azbestu. Ponieważ, przy tej czynności drażnił go niemile zapach siarki, wyciągnął z kieszeni kawałek papieru, zrobił z niego kilka długich, wąskich pasków i zaczął przykładać je do lampy naftowej, eliminując w ten sposób zapałki.
Mimo tych skomplikowanych manipulacji, palił niezmiernie szybko, zanim zdążyłem wypalić pierwsze cygaro, kończył już drugie. Częstowano nas dalszymi, a gdy w imieniu swoim i Carpiona odmówiłem, przyjaciel zawołał z oburzeniem:
– Safono, nie mieszaj się do moich spraw! Wykuty jestem z kamienia i stali, i nie przypuszczam, by mogło istnieć cygaro, które by mi zaszkodziło.
– Słusznie! – rzekł Franio. – Prawdziwy student musi być odporny na spirytus i nikotynę. Nummus ubi loguitur, tullius ipsetase. Niech pan bierze!
Przyjaciel nie dał się długo prosić, lecz nie zdążył wypalić cygara do końca, gdyż zabrakło mu skrawków papieru, którymi je zapalał. Mówiąc językiem Wschodu, stwierdziłem, że twarz jego straciła kolor jutrzenki, milczałem jednak, nie chcąc go obrazić.
Gospodyni wniosła wieczerzę składającą się z potężnej miski fasoli i nie mniej potężnego półmiska wędzonej wieprzowiny. Na widok olbrzymich apetycznych kawałków mięsa poczułem, mówiąc językiem reporterów opisujących pobyt szacha w Europie... „najjaśniejszą ślinkę w dostojnych ustach”. Na moim przyjacielu luksusowa uczta nie robiła takiego wrażenia. Był obojętny, w oczach jego czaiły się błyski melancholijnej rezygnacji, wyglądał jak zdeterminowany, zrozpaczony żebrak, który nie przyjmuje nawet pokaźnej jałmużny.
Zacząłem polewać obficie masłem mięso i fasolę. Poczciwy Carpio nie dotknął niczego. Zasypany pełnymi współczucia pytaniami, oświadczył, że jadł na obiad zbyt wiele i nie ma apetytu. Spojrzał na mnie wzrokiem błagającym o dyskrecję. Spełniłem jego prośbę, ale po chwili odpłacił mi za to czarną niewdzięcznością, bo na pytanie, dlaczego na mnie obiad nie wpłynął tak ujemnie odparł:
– Nie wszyscy ludzie są sobie równi. Gdy jedni przekładają zalety ducha i umysłu, inni pławią się w rozkoszach doczesnych i nic ich nie odstrasza od zbliżenia duszy do fasoli i świniny. To wszystko co mogę w tej sprawie powiedzieć. Zresztą panowie wiedzą: de gustibus non est disputandum.
– Ależ tak, tak – potwierdził gospodarz, zadowolony możliwością pochwalenie się swą wiedzą. – Cieszy mnie bez wątpienia, że kolega pański ma taki cudowny apetyt, ale umie również cenić zalety ducha, powtarzając za uczonymi starożytności: Omne nimium nocet.
O Franiu, Franiu, gdybyś zrozumiał co, przed chwilą powiedziałeś!! – pomyślałem, nie przerywając sobie jedzenia. Byłem tak pochłonięty materią, że trudno mi było pomyśleć o powrocie z tego świata duchowego zafasolenia się. Duch mój, moja wiedza – były teraz do tego stopnia bezsilne, że wśród nielicznych słów, rzuconych podczas jedzenia nie mogłem sklecić ani jednego wiersza.
Do chwili rozpoczęcia wieczerzy w gospodzie było pełno gości. Gdy jednak oddałem się pochłanianiu zawartości obu misek, a Carpio zamilkł w cichej kontemplacji nad swym wnętrzem duchowym, rozmowy urwały się. Zapał z jakim obydwaj milczeliśmy, nasunął przypuszczenie, że nieprędko się ożywimy i goście zaczęli się powoli wymykać z gospody, by w domu poświęcić się obrzędowi jedzenia.
W rezultacie, po ukończeniu wieczerzy, w gospodzie pozostał tylko Franio i jego żona. Trwało to niedługo, po jakimś czasie izba znów napełniła się gośćmi, którzy niezwykle mnie zainteresowali.
Był to starzec w towarzystwie młodej kobiety i kilkunastoletniego chłopca. Nędzny ich ubiór, nie dający żadnej ochrony przed zimnem, świadczył o niedoli. Siwowłosy, zgarbiony starzec wszedł krokiem chwiejnym, był niezwykle wyczerpany i usiadł na pierwszym z brzegu krześle. Nie zwracając na nas uwagi, zamknął oczy i zaczął rzęzić tak głośno, że zdjął mnie lęk, by nie zwalił się na podłogę. Chłopak otoczył go delikatnie i czujnie ramieniem, głaszcząc dziecięcą ręką wychudzone policzki starca. Ani starzec, ani dziecko nie powiedzieli na powitanie ani słowa. Kobieta zaś, ukłoniła się, umieściła tobołek obok starca, rozłożyła ręce i rzekła błagalnym tonem:
– Może znajdzie się dla nas miejsce w stajni?
– Żebracy, nieroby, albo złodzieje! – szepnęła gospodyni do męża.
Nie była tak dobroduszna jak Franio, który wcale nie zwrócił uwagi na jej słowa i obrzucając przybyszów współczującym spojrzeniem, zapytał:
– Dlaczego mówicie o stajni, a nie o łóżku?
– Nie mamy pieniędzy – odparła kobieta z głębokim westchnieniem.
– Dlaczego przyszliście tutaj, to nie miejsce dla żebraków! – wtrąciła gospodyni.
– Nie mogliśmy iść dalej, ojciec mój zemdlał z wyczerpania.
Gospodyni chciała odpowiedzieć, ale Franio dał jej znak by milczała i zwrócił się do nieznajomej z żądaniem okazania paszportu. Kobieta wyciągnęła go z zawiniątka. Franio przeczytał, pokiwał głową, spojrzał na przybyszów raz jeszcze i zapytał ze zdziwieniem:
– Z tak daleka przybywacie przez śniegi? Wybieracie się do Ameryki? W tych ubraniach, bez pieniędzy? Albo kłamiecie, albo też nie jesteście przy zdrowych zmysłach!
– Paszport dowodzi, że o kłamstwie nie ma mowy.
– Przecież na podróż do Ameryki trzeba pieniędzy. Bilet na statek kosztuje.
– Mąż przysłał nam bilety.
– Mąż jest w Ameryce?
– Tak. Wyjechał przed trzema laty, pracował i oszczędzał tak długo, aż mógł nam przysłać bilety.
– Tylko bilety? Aby się dostać do portu, potrzeba przecież pieniędzy.
– Mieliśmy pieniądze ze sprzedaży całego dorobku. Nie było tego wiele, gdyż kupujący byli takimi samymi biedakami jak my, ale wystarczyłoby na podróż do Bremy, tylko że mój ojciec zachorował... Dostał krwotoku i przez dwa miesiące wydaliśmy wszystko.
– Dlaczego moja droga nie wrócicie do domu?
– Do domu? Przecież my już nic nie mamy? Ale mamy bilety, a mąż czeka za oceanem!
– Słusznie, ale ta wędrówka do Bremy o chłodzie i głodzie musi być czymś okropnym. Nie wyobrażam sobie wcale, jak długo będziecie musieli iść. Czy znacie drogę?
– Pytamy spotkanych ludzi i w ten sposób się posuwamy.
– No, daleko nie dojdziecie, jeżeli stan zdrowia starca się nie poprawi.
– Jeżeli tylko dzień, dwa potrafi wytrzymać, będziemy mogli wypocząć. Na górze w Graslitz, mieszka jeden z naszych krewnych, fabrykant instrumentów muzycznych. Jestem pewna, że będziemy mogli pozostać u niego, dopóki ojciec nie powróci do zdrowia.
– Chcecie do Graslitz? Na taką górę, przez śnieg? Oszaleliście!
– Mamy paszport, musimy iść!
– Tak – wtrąciła żona Frania. – Przecież mają paszport. Kwestia tylko, czy naprawdę chcą jechać do Ameryki, czy też mają zamiar koczować po kraju?
Kobieta rozpłakała się, wyciągnęła z chustki kopertę i podając ją gospodarzowi, rzekła:
– Nie jesteśmy włóczęgami, spotkało nas tylko wielkie nieszczęście. Niech pan otworzy tę kopertę, leżą w niej nasze bilety.
– Wierzę na słowo – odparł Franio, wzruszony łzami biedaczki. – Trzeba się zastanowić, w jaki sposób można by wam pomóc. Z pewnością jesteście głodni! Siadajcie przy stole.
Kobieta spojrzała nań z wdzięcznością. Gospodyni wstała, mruknęła coś niechętnie i wyszła do kuchni. Franio rzekł do nas poufnym tonem:
– Jest wściekła, mimo to zrobię co zechcę. Mężczyzna pozostanie zawsze mężczyzną, choćby miał sto bab na karku: aunus producit, nonager. Nie pozwolę, by ci biedacy spali w stajni!
My też współczuliśmy biedakom i postanowiliśmy zrobić wszystko, co w naszej sytuacji było możliwe: podałem swoją szklankę wina starcowi, a Carpio podsunął nietknięte jadło chłopcu, który rzucił się na nie łapczywie.
Gospodyni nie wracała, spokojny dotychczas Franio wpadł w szewską pasję, wstał i wyszedł do kuchni. Rozległy się ostre tony niezbyt regularnego duetu i po chwili zjawił się rozpromieniony Franio.
– Poszła do sąsiadki, by się u niej wykrzyczeć – wyznał, a wyznanie to napełniło nas dumą. – Tymczasem możemy tu robić co nam się podoba. Uwaga!
Podał przybyszom do połowy opróżnioną miskę z fasolą, przysunął półmisek z mięsem, oraz podał pełną flaszkę wina. Potem usiadł obok nich i rzekł do nas:
– Chodźcie tu, panowie studenci! Pomówimy z tymi poczciwymi ludźmi o Ameryce. Mąż pisał do tej kobiety, może dowiemy się więc czegoś o tym kraju. Ameryka pana interesuje? – zapytał Carpiona.
– Ależ tak, oczywiście! Za oceanem mieszka jeden z moich krewnych, który pisuje od czasu do czasu do moich rodziców.
Nie mogłem się nigdy dowiedzieć, co to za krewny, oprócz tego, że kuzyn ten mieszka w Eldorado, jest milionerem i że Carpio jest jego jedynym spadkobiercą.
Franio wyznał szczerze, że Karlsbad jest mu lepiej znany, niż terytoria Stanów Zjednoczonych. Carpio postanowił go oświecić i zaczął recytować wszystko, co o Ameryce wiedział z geografii. Franio słuchał z niesłychaną uwagą, a przybysze zajęci zaspakajaniem głodu, nie interesowali się wcale ilością mieszkańców miast i miasteczek zamorskiej krainy.
Córka okazywała ojcu wzruszającą troskliwość, chłopiec oddawał mu ze swego talerza każdy najlepszy kąsek. Starzec był szalenie osłabiony, nogi się pod nim uginały, trzeba go było karmić jak dziecko.
Chętnie pił wino, ale nie jadł prawie nic. Widać było, że przede wszystkim potrzebuje spokoju i snu.
Kobieta modliła się długo przed jedzeniem, a gdy skończyła wieczerzę pomodliła się znowu i potem zwróciła się do gospodarza z prośbą, by pozwolił jej ułożyć ojca do snu. Starzec ruchem głowy sprzeciwił się i rzekł zmęczonym głosem:
– Pozwól mi jeszcze posiedzieć córko. Wędrowaliśmy wśród śnieżycy, a wszędzie w ciepłych pokojach płonęły choinki. Nie mogłem zapalić wam drzewka, ani nic podarować, marzliście i głodowaliście w Boże Narodzenie. Nie chcąc was zasmucić widokiem łez, tłumiłem je w sobie. Tutaj dopiero czuję się dobrze, tu nas przyjęto życzliwie, tu święcić będziemy Boże Narodzenie.
Słowa przerywał suchy kaszel, gdy starzec skończył, złożył ręce i zaczął szeptać słowa modlitwy, córka powtarzała modlitwę za ojcem. Chłopiec gryzł wargi i patrzył na nas, chcąc z oczu naszych wyczytać, w jaki sposób zareagowalibyśmy, gdyby wybuchnął płaczem. Dzielny malec!
Spoważnieliśmy wszyscy, dziecinna wesołość prysła jak bańka mydlana. Wstydziłem się, że jeszcze przed chwilą zabijaliśmy czas kiepskimi dowcipami, podczas, gdy po pokrytych śniegiem halach i połoninach wędrowała nędza i bieda.
Miałem wrażenie, że gospodarz odczuwa to samo, chcąc ukryć zmieszanie, chrząknął kilkakrotnie i rzekł:
– Dobrze świętujcie tu sobie Boże Narodzenie! Pomogę wam. Wyszedł do sieni i po chwili zjawił się z choinką, obwieszoną świecidełkami i kawałkami niedopalonych świeczek. Rozpromieniony chłopak skoczył od stołu, ofiarowując swą pomoc.
Po chwili Franio przyniósł także kilka części garderoby swej żony, zwój kiełbasy i babkę, dołączywszy do tego pięć guldenów, położył wszystko pod drzewkiem i rzekł:
– Oto dary dzieciątka, które zobaczyło wasze łzy i wysłuchało waszej modlitwy, jemu więc dziękujcie.
Zapanowała wielka radość. Źrenice starca rozszerzyły się, by wchłonąć blask świec, córka płakała, ale z radości, a chłopiec otoczył szyję matki, by płacz ukryć na jej piersi. Zupełnie mechanicznie sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem z niej guldena i położyłem pod drzewkiem. Gdy to Carpio zobaczył rzekł do mnie:
– Tak, wy możecie rozdawać! Franio jest bogaty, bo się bogato ożenił, ty zaś miałeś pięć talarów. Jam najbiedniejszy, nic dać nie mogę... ależ nie i ja im coś dam, choć to nie brzęcząca moneta!
Poprosił o chwilę ciszy, stanął pod choinką i zaczął deklamować mój wiersz.
Czemu to przypisać, że własny wiersz wydał mi się tak obcy? Im dłużej deklamował Carpio, tym dystans między mną a moim utworem wzrastał. Pozostali słuchali ze skupieniem. Starzec nie spuszczał z Carpiona oka, a w oczach jego pojawiły się dziwne błyski, słuchał z uwagą. Gdy Carpio skończył, wstał, wyprostował się jak świeca i poprosił:
– Proszę powtórzyć jeszcze ostatnie dwie zwrotki. Proszę powtórzyć słowa kapłana.
Carpio spełnił jego prośbę i znowu zdawało mi się, że to cudze słowa. Starzec złożył ręce, opadł na krzesło, zamknął oczy. Na twarzy jego pojawił się uśmiech. Po chwili wyszeptał:
– Tak narodził się nam Zbawiciel, a jego gwiazda zaprowadzi nas do chwały Pana, prawda, chwała, zbawienie... Jestem zmęczony, chcę spać!
Głowa opadła mu w dół.
– Wielki Boże umiera! – rzekł zatroskany gospodarz.
– Nie, nie umiera! – uspokoiła go córka. – Zmęczyła go daleka, uciążliwa droga, wyczerpało wzruszenie. Pozwólcie mu spać, gdzie go mogę umieścić?
– Umieścić? Chcecie go zanieść?
– Będę go podtrzymywać.
– Pomogę wam! Na górze jest pokój o trzech łóżkach. Niech chłopiec zabierze świecę.
Starzec opierając się na ramionach Frania i córki ruszył ku drzwiom. Zostaliśmy sami. Carpio rzekł:
– Przeżyliśmy niesłychanie wzruszające Boże Narodzenie. Co ty na to, Safono? To jacyś niezwykli ludzie, mam wrażenie, że nie należą do klasy wyrobników.
Roztargniony zazwyczaj przyjaciel, rzadko robił podobnie rozsądne uwagi. W zupełności się z nim zgadzałem, jednak zapytałem:
– Dlaczego tak sądzisz?
– Nie mówią językiem robotników. Poza tym starzec z niebywałą szybkością nauczył się poszczególnych wyrażeń w wierszu tak, że jestem gotów przysiąc, iż poświęcał się kiedyś pracy umysłowej, a nie fizycznej. A jakie jest twoje zdanie?
– Zgadzam się z tobą, idę jednak jeszcze dalej.
– O cóż chodzi?
– Ta rodzina ucierpiała, pod wpływem jakiegoś ciężkiego zrządzenia losu.
– Zasłużenie?
– Tego nie mogę powiedzieć. Przerażone spojrzenie, którym mnie starzec nagle obrzucił, nie tłumaczy niczego. Przerażenie to może mieć związek z własnymi zbrodniami, może się jednak również odnosić do nikczemności, których na sobie doświadczył. Zresztą nie nasza sprawa. Zgadzam się jednak z tobą, że było to niezapomniane Boże Narodzenie.
– Tak, ludzie ci nic właściwie nas nie obchodzą. Mimo to ciekaw jestem bardzo, kim są, a raczej kim byli dawniej.
Wszedł Franio, by zanieść na górę upominki gwiazdkowe. Po niedługiej chwili wrócił, usiadł obok nas i rzekł:
– Wieczór rozpoczął się tak wesoło, a tak poważnie się skończył. Cieszę się, że podejmuję takich ludzi, jak wy. Wypijemy jeszcze flaszeczkę wina, postaramy się pójść spać jak najpóźniej, zgoda? Jutro nie puszczę was jeszcze.
– A pańska żona? – zapytałem.
– O, ta ma olej w głowie i umie postępować z edukowanymi ludźmi, bo ja sam byłem przecież kiedyś studentem. Dzieli chętnie wraz ze mną moje wspomnienia i uczucia. Kieruje się jak i ja starym łacińskim przysłowiem: multis ictibus dejictur quercus. Nie znosi tylko żebraków i hołoty, żałuje dla nich każdego grajcara. Ale ja pomagam chętnie wszelkiej biedocie, bo dawniej sam nic nie miałem, oczywiście z wyjątkiem klasycznego wykształcenia.
– Czy zajrzy tu po powrocie od sąsiadki?
– Nie.
– Więc choinka, która mogłaby nas zdradzić, może pozostać?
– Tak, dopóki nie położymy się spać, potem ją wyniosę.
– Ale jutro zobaczy, że świeczki są zupełnie wypalone...
– Do kroćset bomb i kartaczy – zaklął. – Będzie awantura, a chciałbym jej uniknąć. Co robić, co robić? Już wiem, już wiem! Zgaduje pan?
– Nie.
– Powsadzam w nasadki nowe świeczką. Gdy się spalą do połowy, pogasimy je. Będzie przekonana, że to stare. Trzeba być pomysłowym i sprytnym, a przede wszystkim sprytnym, panie Sa... Saff... jakże się pan właściwie nazywa? Nie mogę spamiętać nazwisk: Karb, Saff, Saff, Karb...
Wytłumaczyłem, że Carpio i Safo to tylko szkolne przezwiska i powiedziałem jak się nazywamy naprawdę. Przyjaciel mój postanowił się wylegitymować:
– Możemy panu udowodnić czarne na białym, że mam pełne prawo do noszenia nazwiska, które wymieniłem. Oto mój paszport!
Sięgnął do kieszeni kamizelki, pewny, że znajdzie w niej legitymacje. Niestety nie było jej tam. Zaczął więc szukać gorączkowo po wszystkich kieszeniach, paszport ulotnił się jak kamfora.
– Gdzież się mógł podziać? – zawołał zrozpaczony. – Przecież taki ostemplowany papier nie mógł się rozpłynąć w przestworzu!
– A może znowu siostra? – zrobiłem delikatną aluzję.
– Siostra? – zapytał, nie przeczuwając podstępu. – Do licha, czyżbym go wsadził znowu do buta? Byłby to dowód roztargnienia, a wcale nie jestem roztargniony! Przecież szewc spiłował gwoździe. Należy się jednak upewnić. Który to trzewik? Nie pamiętasz Safono?
– Nie – odparłem.
– Muszę więc przeszukać obydwa.
Niestety paszportu w trzewikach nie było. Ściągnął jeszcze na wszelki wypadek pończochy, niestety i to nie pomogło. Zaczęliśmy więc szukać pod stołem, przy którym siedzieliśmy. Podniosłem jeden ze zwitków papieru, którym Carpio zapalał cygara, rozwinąłem go i zawołałem:
– Drogi Caprio, popatrz tylko!
Na widok ruiny, w jakiej znajdowała się pechowa legitymacja, twarz Carpiona zaczęła się straszliwie wydłużać.
– Oto część gimnazjalnego stempla! – zawołał. – Oto część mego paszportu! Któż go podarł?
– Ty sam, we własnej osobie.
– Naprawdę?
– Tak. Mogę przysiąc, że twojej siostry tu nie było.
– Ja również przysięgam na to. Mam jednak wrażenie, że to ty potargałeś papier!
– Skądże znowu! Przyznasz chyba, że nie jestem twoją siostrą.
– Trzeba więc przyznać, że sam sięgnąłem do kieszeni kamizelki. Niepojęte! Czegoś równie bezmyślnego nie popełniłem nigdy w życiu. Teraz paszport diabli wzięli! Jeżeli policja wpadnie na pomysł zidentyfikowania mnie z jakimś mordercą lub dyrektorem banku, który zdefraudował pieniądze, zamkną mnie do kozy i będę musiał czekać, aż mnie ojciec uwolni z więzienia.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
