Bogowie łakną krwi - Anatole France - ebook
lub
Opis

Książka ukazuje rzeczywistość roku 1793 we Francji epoki terroru wymierzonego w przeciwników rewolucji. Głównym bohaterem powieści jest Ewaryst Gamelin, młody malarz. Kiedy przy pomocy Ludwiki Rochemaure (bardzo wpływowej kobiety w ówczesnym państwie) otrzymuje pracę prawniczą - osądza oskarżonych o różne zbrodnie (w tym o „szerzenie" polityki monarszej). Stopniowo bohater awansuje społecznie i zamienia się w bezwzględnego tyrana. (Wikipedia) Tagi: klasyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 273


Bogowie łakną krwi

Anatole France

Tłumaczenie Jan Sten

Strona redakcyjna

Spis treści ISBN: 978-83-7991-050-2 Licencja: Tekst z domeny publicznej. Źródło: Polska Biblioteka Internetowa Tłumaczenie: Jan Sten Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013. Rok pierwszego wydania: 1912. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zgodnie z oryginalnym wydaniem. Zdjęcie na okładce: Sachyn
MASTERLAB Wydawanie i konwersja ebooków E-mail: [email protected]

I

Malarz Ewaryst Gamelin, uczeń Davida, członek sekcji Pont-Neuf, zwanej poprzednio sekcją Henryka IV, udał się wczesnym rankiem do dawnego kościoła Barnabitów, który od trzech lat, od 21 maja 1790 r., był miejscem zgromadzeń ogólnych sekcji. Kościół ten wznosił się na ponurym i wąskim placu, tuż obok kraty gmachu sądowego. Na fasadzie, zbudowanej w dwóch rodzajach stylu klasycznego, zdobnej odwróconymi wspornikami i brzuchatymi medalionami, osmuconej przez czas i nie poszanowanej przez ludzi, na miejscu strąconych emblematów religijnych widniała nad drzwiami wypisana czarnymi literami dewiza republikańska: „Wolność, Równość, Braterstwo lub Śmierć".

Ewaryst Gamelin wszedł do nawy. Sklepienia, pod którymi rozlegał się dawniej śpiew kleryków reguły świętego Pawła, w komżach odprawiających służbę bożą, teraz widziały czerwone czapki patriotów, zgromadzonych dla wyboru urzędników municypalnych lub dla narad nad sprawami sekcji. Świętych usunięto z nisz i wgłębień i zastąpiono popiersiami Brutusa, Jana Jakuba Rousseau i Le Peltiera.

Na ołtarzu, ogołoconym z kościelnych sprzętów, wznosiły się Tablice Praw Człowieka.

W tej to nawie dwa razy na tydzień, od piątej po południu do jedenastej w nocy, odbywały się zgromadzenia publiczne. Kazalnica, przybrana w chorągiew o barwach narodowych, służyła za trybunę dla mówców. Naprzeciw estrada, z prostych desek wzniesiona, przeznaczona była dla kobiet i dzieci, dość licznie przybywających na te zebrania. Tego ranka, przed biurkiem pod amboną, w czerwonej czapce i karmanioli, siedział stolarz z placu Thionville, obywatel Dupont starszy, jeden z dwunastu członków Komitetu Nadzoru. Na stole stała butelka wina, szklanki, kałamarz i zeszyt zawierający tekst petycji wzywającej Konwent do usunięcia ze swego grona dwudziestu dwóch niegodnych członków.

Ewaryst Gamelin wziął pióro i podpisał petycję.

— Wiedziałem — rzekł urzędnik-rzemieślnik — że przyjdziesz dać swe nazwisko, obywatelu Gamelin. Jesteś szczerym republikaninem. Ale sekcji brak zapału, brak cnoty obywatelskiej. Proponowałem Komitetowi Nadzoru, by nie wydawał świadectw prawomyślności tym wszystkim, którzy nie podpiszą petycji.

— Jestem gotów krwią podpisać surowe zarządzenia przeciw zdrajcom federalistom — odrzekł Gamelin. — Chcieli śmierci Marata: niech giną!

— Gubi nas indyferentyzm — odrzekł Dupont starszy. — W sekcji złożonej z dziewięciuset obywateli z prawem głosu nawet pięćdziesięciu nie przychodzi na zgromadzenia. Wczoraj było nas dwudziestu ośmiu.

— A więc — rzekł Gamelin — należy zmusić obywateli do uczęszczania pod karą grzywny.

— He! He! — marszcząc brwi rzekł stolarz. — Gdyby wszyscy przyszli, patrioci jeszcze zostaliby w mniejszości... Obywatelu Gamelin, wychylmy kielich za zdrowie rzetelnych sankiulotów!

Na murze kościoła od strony zakrystii, obok czarnej ręki, której wskazujący palec zwrócony był ku przejściu wiodącemu do klasztoru, widniały napisy. Komitet Cywilny, Komitet Nadzoru, Komitet Dobroczynności. O kilka kroków bliżej dochodziło się do drzwi dawnej zakrystii, nad którymi wypisano: Komitet Wojskowy. Gamelin pchnął drzwi i zastał sekretarza tego komitetu przed wielkim stołem, zarzuconym księgami, papierami, sztabkami stali, nabojami i próbkami saletry.

— Witajcie, obywatelu Trubert, jak się macie?

— Ja?... Mam się doskonale.

Sekretarz Komitetu Wojskowego, Fortunat Trubert, niezmiennie tę samą odpowiedź dawał każdemu troszczącemu się o jego zdrowie. Czynił tak nie po to, by kogoś o stanie zdrowia powiadomić, raczej by przerwać wszelką o tym przedmiocie rozmowę. W dwudziestym ósmym roku życia miał on skórę suchą, włosy przerzedzone, policzki pałające, plecy przygarbione. Optyk z zawodu, był właścicielem bardzo starej firmy na Quai des Orfères—w roku 91 odstąpił ją swemu długoletniemu subiektowi, aby zupełnie poświęcić się służbie publicznej. Po matce, ślicznej kobiecie, zmarłej w dwudziestym roku życia, o której staruszkowie dzielnicy przechowywali dotąd wdzięczne wspomnienie, odziedziczył piękne oczy, namiętne i słodkie, jej bladość i nieśmiałość. Ojciec zaś, inżynier-optyk, dostawca królewski, którego w trzydziestym roku życia ta sama zabrała choroba, przekazał mu umysł bystry i prawy.

— A ty, obywatelu, jak się masz? — rzekł nie przerywając pisania.

— Dobrze. Co nowego?

— Nic, nic. Widzisz przecie, wszystko tu spokojnie.

— A sytuacja?

— Sytuacja zawsze taka sama.

Położenie było straszne. Najpiękniejsza armia Republiki zamknięta w Moguncji, Valenciennes oblężone, Fontenay zdobyte przez Wandejeczyków; Lyon zbuntowany, Sewenny w ręku powstańców, granica otwarta dla Hiszpanów; dwie trzecie departamentów zajętych lub zbuntowanych; Paryż pod armatami Austriaków, bez pieniędzy, bez chleba.

Fortunat Trubert spokojnie pisał dalej. Z rozkazu Komuny sekcjom poruczono powołać pod chorągwie dwanaście tysięcy ludzi do Wandei i Trubert redagował odnośne polecenia w sprawie zaciągu i uzbrojenia rekruta, jakiego dostarczyć miała sekcja Pont-Neuf, dawniej sekcja Henryka IV. Wszystkie karabiny mają być wydane zmobilizowanym, gwardia narodowa sekcji będzie uzbrojona w strzelby do polowania i piki.

— Przynoszę ci — rzekł Gamelin — wykaz dzwonów, które mają być wysłane do Luksemburgu dla przetopienia na armaty.

Ewaryst Gamelin, choć nie posiadał ani grosza, zapisany był wśród czynnych członków sekcji. Prawo przywilej ten dawało tylko obywatelom dość zamożnym, by mogli wnieść opłatę równającą się wartości trzech dni pracy; nadto wymagało składki równej dziesięciu dniom, by wyborca mógł być wybranym. Ale sekcja Pont-Neuf, zamiłowana w równości i zazdrośnie strzegąca swej autonomii, uważała za wyborcę i wybieralnego każdego, kto za własne pieniądze sprawił sobie mundur gwardzisty narodowego. Tak miała się rzecz z Gamelinem: był on obywatelem czynnym sekcji i członkiem Komitetu Wojskowego. Fortunat Trubert położył pióro.

— Obywatelu Ewaryście, zajdź do Konwentu i zażądaj, by przysłano nam instrukcje w sprawie przekopania piwnic, przepłukania ziemi i gruzu i wybrania z nich saletry. Nie dość mieć armaty, proch też nam jest potrzebny.

Mały garbusek z piórem za uchem i papierami w ręku wszedł do zakrystii. Był to obywatel Beauvsage z Komitetu Nadzoru.

— Obywatele — rzekł — telegraf optyczny złe nam przynosi wieści: Custine opuścił Landau.

— Custine jest zdrajcą! — zawołał Gamelin.

— Pójdzie pod gilotynę — rzekł Beauvisage. Trubert głosem nieco przerywanym rzekł ze zwykłym swym spokojem:

— Konwent nie dla zabawki powołał do życia Komitet Ocalenia Publicznego. Postępowanie Custine'a będzie tam dokładnie rozpatrzone. Nieudolny czy też zdrajca, będzie on zastąpiony przez generała mocno zdecydowanego na zwycięstwo i... dobrze będzie.

Przerzucił papier i powiódł po nich zmęczonym wzrokiem.

— Aby żołnierze nasi bez troski i zniechęcenia pełnili swój obowiązek, muszą być spokojni, że los tych, których w domu pozostawili, jest zabezpieczony. Jeśli także jesteś tego zdania, obywatelu Gamelin, to na najbliższym zgromadzeniu zażądasz wraz ze mną, by Komitet Dobroczynności porozumiał się z Komitetem Wojskowym co do wspomożenia ubogich rodzin, mających krewnych w armii.

Uśmiechnął się i zanucił:

— Ca ira!... ca ira!...

Przy prostym stole dwanaście do czternastu godzin na dobę pracując nad obroną zagrożonej ojczyzny, skromny ten sekretarz sekcji nie spostrzegał nawet przepaści między ogromem zadania a małością swych środków — tak mocno we wspólnym wysiłku czuł się złączony z ogółem patriotów, tak wcielał się w naród, tak zupełnie życie jego jednoczyło się z życiem wielkiego ludu. Był on z tych, co zapaleni i cierpliwi, po każdej porażce przygotowują nowy triumf — niemożliwy, a jednak pewny. Bo przecie zwyciężyć musieli. Ci ludzie z nizin, którzy znieśli władzę królewską i obalili stary porządek świata, ten Trubert, mizerny optyk, ten Gamelin, malarz nieznany, nie liczyli na względność swych nieprzyjaciół. Mieli wybór tylko między zwycięstwem a śmiercią. Stąd szła ich żarliwość i spokój ducha.

KONIEC WERSJI DEMO