Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ośmioletni Remi z dnia na dzień traci jedyny dom, jaki kiedykolwiek znał. Sprzedany wędrownemu artyście, Witalisowi, wyrusza w długą, niepewną podróż przez bezdroża Francji. Jego codziennością stają się występy uliczne, a najbliższymi towarzyszami – wierne psy i sprytna małpka, które, podobnie jak on, żyją na granicy przetrwania.
Wędrując od miasta do miasta, Remi poznaje smak wolności, ale i ciężar samotności. Każdy dzień to walka z głodem, mrozem i obojętnością świata, który nie ma litości dla słabych. A jednak wśród trudów rodzi się coś więcej – przyjaźń, lojalność i cicha nadzieja, że gdzieś istnieje miejsce, do którego naprawdę należy.
„Bez rodziny” to ponadczasowa opowieść o dorastaniu w cieniu straty. O niezwykłej sile, która rodzi się z rozpaczy, i o poszukiwaniu domu, który niekoniecznie musi oznaczać cztery ściany.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 151
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jestem podrzutkiem. Ale aż do ósmego roku życia myślałem, że mam – tak samo jak inne dzieci – matkę, bo kiedy płakałem, pewna kobieta brała mnie w objęcia i tuliła łagodnie tak długo, aż łzy przestawały mi płynąć.
Gdy kładłem się do łóżeczka, całowała mnie zawsze na dobranoc, a gdy wiatr grudniowy ciskał śniegiem o szyby, rozgrzewała moje zziębnięte nóżki i rączki w swoich dłoniach, nucąc mi przy tym piosenkę, której melodię i niektóre słowa zachowałem w pamięci do dziś.
Gdy pasając naszą krówkę przy drogach lub na pastwiskach, zostawałem zaskoczony ulewną burzą, wybiegała mi naprzeciw i okrywała moją głowę i ramiona swoją wełnianą spódnicą.
A gdy posprzeczałem się z którymś z moich towarzyszy, słuchała cierpliwie opowieści o moich zmartwieniach i zawsze znajdowała dla mnie jakieś słowo pociechy albo przyznawała mi rację.
Czuły sposób, w jaki się do mnie odzywała i w jaki na mnie patrzyła, jej pieszczoty, a nawet łagodność, jaką zachowywała, karciąc mnie – wszystko to sprawiało, że kochałem ją i uważałem za matkę. Ale ona była tylko moją mamką – dowiedziałem się o tym zupełnie niespodziewanie.
Wioska, w której się wychowywałem, z powodu swoich nieurodzajnych gruntów należała do najbiedniejszych w całej Francji.
W zacisznym zakątku nad brzegiem strumyka, który toczy swe wody do dopływu Loary, stoi dom, w którym spędziłem pierwsze lata mojego życia.
Aż do ósmego roku życia nigdy nie widziałem w tym domu mężczyzny. Moja matka nie była jednak wdową – jej mąż, z zawodu kamieniarz, pracował, tak jak wielu innych robotników z okolicy, w Paryżu i, odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie przyjeżdżał do domu. Od czasu do czasu przysyłał jedynie wiadomości o sobie przez któregoś z kolegów wracających do wsi.
– Matko Barberin, waszemu mężowi powodzi się dobrze. Prosił, żebym wam powiedział, że robota mu idzie, i żebym wręczył wam pieniądze. Przeliczcie je.
To było wszystko. Matka Barberin zadowalała się tymi wiadomościami. Jej mąż był zdrów, miał zajęcie, zarabiał na życie.
Nie trzeba jednak myśleć, że Barberin zostawał tak długo w Paryżu dlatego, że nie był przywiązany do żony. Bynajmniej.
To praca go tam zatrzymywała i wróciłby chętnie, gdyby zebrał dość pieniędzy, żeby uchronić ich na starość od biedy.
Pewnego listopadowego wieczoru jakiś nieznany człowiek zatrzymał się przed naszym ogródkiem. Otworzył furtkę, która zaskrzypiała w zawiasach, i ruszył ku domowi.
Na skrzyp zawiasów wybiegła matka Barberin, akurat gdy przybysz przekraczał próg naszego mieszkania.
– Przynoszę wam wiadomości z Paryża – rzekł.
Były to zwykłe słowa, które już tyle razy słyszeliśmy, ale niezwykły był ton, jakim teraz zostały wypowiedziane.
– O mój Boże! – zawołała matka Barberin, załamując ręce. – Na pewno nieszczęście spotkało Hieronima.
– No tak – brzmiała odpowiedź – ale nie martwcie się o życie waszego męża. Jest tylko ranny, choć może zostanie kaleką. Na razie leży w szpitalu. Sam leżałem w tej samej sali co on, a kiedy wychodziłem ze szpitala, żeby wrócić w te strony, prosił mnie, żebym wstąpił po drodze do was i wszystko wam opowiedział.
– Wasz mąż został ranny, gdy zawaliło się rusztowanie i go przygniótło, ale nie powinien się był w tym miejscu znajdować, więc przedsiębiorca budowlany odmówił mu wszelkiego odszkodowania. Namówiłem go jednak, żeby wytoczył przedsiębiorcy proces.
– Proces kosztuje dużo pieniędzy.
– Tak, ale zwrócą się, gdy wygra się sprawę.
Matka Barberin chciała jechać do Paryża, ale podróż była daleka i kosztowna.
Nazajutrz rano poszliśmy do wsi poradzić się proboszcza. Napisał on list do kapelana szpitala, w którym leżał Barberin. Po kilku dniach przyszła odpowiedź: matka Barberin nie powinna jechać do Paryża, lecz przysłać mężowi pieniądze na proces przeciwko przedsiębiorcy budowlanemu.
Upływały dni, tygodnie. Od czasu do czasu nadchodziły listy, a w każdym Barberin domagał się pieniędzy. W ostatnim liście, bardziej naglącym niż poprzednie, żądał, żeby sprzedać krówkę, jeśli zabraknie gotówki.
Tylko ci, którzy znają z bliska życie wieśniaków, wiedzą, ile grozy kryją w sobie słowa „sprzedać krówkę”.
Najuboższy, choćby i liczną rodziną obdarzony chłop nie zazna głodu, dopóki ma w oborze krówkę. Na postronku, a nawet na zwykłym sznurku zaczepionym o rogi, oprowadza dziecko krówkę wzdłuż dróg, gdzie rośnie trawka nienależąca do nikogo, a wieczorem cała rodzina ma masełko do zupy i mleko do kartofli. Całą rodzinę – ojca, matkę i dzieci, duże i małe – żywi krówka.
I nas, mnie i matkę Barberin, żywiła nasza krówka, ale była nie tylko naszą żywicielką – była też towarzyszką i przyjaciółką. Nie należy sobie wyobrażać, że krowa to stworzenie głupie; przeciwnie, to zwierzę pełne rozumu i zalet. Często pieściliśmy naszą krówkę, mówiliśmy do niej, a ona nas rozumiała. Gdy patrzyła na nas swoimi wielkimi, okrągłymi, pełnymi łagodności oczami, od razu wiedzieliśmy, czego potrzebuje. Kochaliśmy ją, a ona była do nas przywiązana.
A jednak trzeba się było z nią rozstać, bo tylko sprzedając krówkę, można było zadowolić Barberina.
Przyszedł handlarz, obejrzał dokładnie Graniastą i oświadczył, że niewiele jest warta, ale gotów ją wreszcie kupić z dobrego serca i z przyjaźni, jaką żywi dla matki Barberin.
Biedna Graniasta, jakby rozumiejąc, co się święci, nie chciała w żaden sposób wyjść z obory i zaczęła ryczeć żałośnie.
Matka Barberin wzięła ją więc sama na postronek i wyprowadziła na drogę, a handlarz przywiązał ją z tyłu swojego wózka. Smagnął konia, a Graniasta, chcąc nie chcąc, musiała ruszyć za wózkiem.
Wróciliśmy do domu, do którego jeszcze długo dochodziło jej żałosne porykiwanie.
Nie mieliśmy już teraz ani mleka, ani masła. Musieliśmy jeść suchy chleb i nieokraszone kartofle.
Nadszedł tłusty wtorek. W poprzednich latach matka Barberin piekła mi tego dnia zawsze chruściki i pączki, i cieszyła się, patrząc, jak zajadałem jeden po drugim.
Ale wtedy Graniasta dostarczała nam mleka do podlania i masła do okraszenia i usmażenia ciasta.
– Nie ma teraz Graniastej – mówiłem smutno sam do siebie – nie ma mleka ni masła, nie będzie więc chruścików ani pączków.
Tymczasem matka Barberin sprawiła mi wielką niespodziankę. Poprosiła jedną sąsiadkę o trochę mleka, drugą o kawałek masła i gdy koło południa wszedłem do izby, zastałem ją przy wsypywaniu mąki do miski.
– Ach, mąka! – rzekłem, podchodząc bliżej.
– Tak, to mąka, mój mały Remi – odparła z uśmiechem.
Nie śmiałem zapytać, do czego posłuży ta mąka, nie chcąc sprawić przykrości matce Barberin.
– Do czego używa się mąki? – zapytała, patrząc na mnie.
– Na chleb.
– I na co jeszcze?
– Na zupę.
– I na co jeszcze?
– Nie wiem.
– Ależ tak, wiesz dobrze, mój mały chłopcze, że dziś tłusty wtorek, dzień pączków i chruścików, ale wiesz też, że nie mamy masła ani mleka, więc nie chciałeś o tym mówić. Prawda?
– O, matko Barberin!
– Widzisz, odgadłam to wszystko i postarałam się, żeby tłusty wtorek nie wypadł zbyt chudo. Zajrzyj do garnka.
Uniosłem żywo pokrywkę i zobaczyłem mleko, masło, jaja i trzy jabłka.
– Podaj mi jaja – rzekła matka – a sam obierz jabłka.
Gdy ciasto było już zarobione, matka Barberin postawiła naczynie z ciastem na gorącym popiele, gdzie miało stać aż do wieczora. Przy kolacji mieliśmy smażyć pączki i chruściki.
Muszę przyznać, że dzień dłużył mi się niesamowicie. Co chwilę zaglądałem do rosnącego ciasta, którego zapach mnie nęcił.
– Narąb drewek – rzekła mi wreszcie matka Barberin – trzeba rozpalić porządny ogień.
W mgnieniu oka ogień już płonął.
– Postaw masło na ogień – rzekła.
Nie trzeba było powtarzać. Na ten rozkaz czekałem z niecierpliwością.
Po chwili rozszedł się przyjemny zapach smażącego się masła. Nasza chałupka wydała mi się pałacem.
Z przyjemnością słuchałem, jak ogień wesoło trzaska i jak masło skwierczy w garnku. Nagle zdało mi się, że słyszę kroki na podwórku.
Kto mógłby przyjść nam przeszkodzić o tej porze? Pewnie jakaś sąsiadka chce pożyczyć ognia. Ale nie zastanawiałem się nad tym dłużej, bo matka właśnie zamierzała wrzucać ciasto do garnka – nie była to chwila na rozmyślania.
Wtem rozległ się stuk kija na progu. Drzwi rozwarły się gwałtownie.
– Kto tam? – zapytała matka Barberin, nie odwracając się.
Do izby wszedł jakiś człowiek i w blasku płomienia, który padł na niego, dojrzałem, że ma na sobie białą bluzę, a w ręku trzyma wielki kij.
– Ach, to wy tu sobie taką fetę wyprawiacie! – zawołał groźnie.
– O mój Boże! – zawołała matka Barberin, odstawiając pospiesznie garnek. – To ty, mężu mój, Hieronimie!
Po czym chwyciła mnie za ramię i popchnęła ku przybyszowi, który zatrzymał się na progu.
– To twój ojciec – rzekła do mnie.
Podszedłem do niego, chcąc go uściskać, lecz odepchnął mnie końcem swojego kija.
– Jak to! – rzekł do matki. – To on tu jeszcze jest? Przecież powiedziałaś mi...
– Tak, ale to była nieprawda.
– Ach! Nieprawda, nieprawda!
Postąpił kilka kroków ku mnie i podniósł swój kij, jakby do uderzenia.
Bezwiednie cofałem się. Cóż uczyniłem? Jaka była moja wina? Dlaczego tak mnie witał w chwili, gdy chciałem go uściskać?
Nie miałem czasu rozważać tych różnych myśli, jakie kłębiły się w moim strwożonym umyśle.
– Widzę, że chcieliście obchodzić tłusty wtorek – rzekł. – To dobrze, bo mam porządny głód. Co masz na wieczerzę?
– Robiłam pączki.
– Pączkami się nie najem, bo zrobiłem dziś dziesięć mil drogi na piechotę.
– Nie mam nic innego. Nie spodziewaliśmy się ciebie.
Rozejrzał się wokół. Spojrzał w stronę, gdzie nad kotliną wisiała dawniej zawsze słonina na haku, lecz już jej tam od dawna nie było. Z haka zwisał tylko pęczek czosnku i cebuli.
– A więc cebula – rzekł, strącając kilka cebulek końcem swojego kija. – Odstaw ciasto, a ugotuj nam zupę z cebulą zasmażoną w maśle.
Matka Barberin nic nie odrzekła, lecz zrobiła to, czego żądał jej mąż, który tymczasem rozsiadł się na ławce w rogu przy kotlinie.
Nie śmiałem ruszyć się z miejsca. Wsparty o stół, przypatrywałem się.
Matka Barberin postawiła garnek na ogniu.
– Z tą odrobinką masła chcesz zupę ugotować? – rzekł ojciec i chwytając miseczkę, w której było rozpuszczone masło, wlał wszystko do garnka.
Nie było już zatem masła; nie będzie więc można usmażyć chruścików i pączków.
Kiedy indziej bardzo by mnie to zmartwiło, ale w tej chwili nie myślałem ani o chruścikach, ani o pączkach. Zaprzątała mnie całkowicie myśl, że ten groźny człowiek jest moim ojcem.
Mój ojciec, to mój ojciec – powtarzałem w myślach bezwiednie.
Nigdy dotychczas nie zdawałem sobie z tego sprawy, co to znaczy mieć ojca. W moim dziecięcym umyśle wyobrażałem sobie, że ojciec to jest matka obdarzona grubym, męskim głosem. Gdy patrzyłem teraz na tego ojca, który spadł mi z nieba, ogarnęła mnie bolesna, niewypowiedziana trwoga.
– Nie stój tak nieruchomo, jakbyś przymarzł do swojego miejsca – rzekł naraz ojciec do mnie. – Postaw miski na stole.
Spełniłem pospiesznie to, co mi rozkazał.
Zupa była ugotowana. Matka nalała ją do misek.
Wtedy ojciec wstał ze swojego miejsca przy palenisku i usiadł przy stole. Jadł, spoglądając raz po raz spod oka na mnie.
Byłem tak zmieszany, tak niespokojny, że prawie nic jeść nie mogłem. Ukradkiem też spoglądałem raz po raz na ojca, spuszczając oczy, gdy spotykałem się z jego wzrokiem.
– Czy on zawsze tak mało je? – zapytał żony, wskazując na mnie łyżką.
– Ależ skąd, zwykle ma dobry apetyt – odparła.
– Więc chyba nie jesteś głodny? – zapytał mnie.
– Nie – wyjąkałem.
– Połóż się zatem do łóżka i staraj się usnąć natychmiast, bo jak nie, to się rozgniewam.
Matka Barberin rzuciła mi wymowne spojrzenie, żebym był posłuszny, lecz i tak nie pomyślałbym o oporze.
Tak jak to bywa w chatach wiejskich, nasza kuchnia była zarazem naszą sypialnią. Łóżeczko moje znajdowało się w czymś w rodzaju rozkładanej na noc szafy, zasłoniętej parawanem z czerwonego płótna.
Rozebrałem się pospiesznie i położyłem, ale usnąć nie mogłem w żaden sposób.
„Jeżeli ten człowiek jest moim ojcem – rozmyślałem – to dlaczego obchodzi się ze mną tak surowo?”.
Z noskiem przytulonym do ściany usiłowałem odpędzić te myśli i zasnąć, lecz było to niemożliwe. Sen nie przychodził na zawołanie.
Po pewnej chwili poczułem, że ktoś zbliża się do mojego łóżeczka.
– Czy śpisz? – usłyszałem pytanie wypowiedziane przytłumionym głosem.
Bałem się odpowiedzieć i leżałem cicho.
– On już śpi – odparła za mnie matka Barberin. – Ledwie się położy, zaraz zasypia. Możesz mówić teraz wszystko bez obawy, że to usłyszy. Jak jest z twoim procesem?
– Przegrałem go. Sędziowie nie przyznali mi słuszności, bo nie powinienem był stać pod rusztowaniem. Przedsiębiorca nie musi mi nic płacić.
Mówiąc to, uderzył pięścią w stół i zaczął głośno kląć.
– Tyle pieniędzy poszło na marne na koszty tego nieszczęsnego procesu – rzekł znów po chwili – a do tego zostałem kaleką na całe życie. Na dobitkę znajduję tu jeszcze to dziecko. Wytłumacz mi, dlaczego nie postąpiłaś tak, jak ci kazałem?
– Nie mogłam tak postąpić.
– Nie mogłaś go zanieść do domu podrzutków?
– Nie porzuca się tak dziecka, które karmiło się własną piersią i które się kocha!
– To nie jest twoje dziecko.
– Zresztą chciałam zrobić tak, jak żądałeś, ale właśnie gdy miałam go zanieść do domu podrzutków, zachorował.
– Ale przecież wyzdrowiał!
– Tak, ale nie od razu. Po tej chorobie przyszła inna. Kaszlał tak bardzo, biedny malec, że aż serce mi się ściskało, gdy słyszałam, jak kaszle. Tak samo chorował nasz biedny, mały Mikołajek, który nam umarł. Wydawało mi się, że jak go odniosę do miasta, to umrze tak samo jak tamten.
– W jakim on teraz jest wieku?
– Ma osiem lat.
– Więc teraz oddam go tam, gdzie dawno powinien się znajdować, choć może nie będzie to dla niego zbyt przyjemne.
– Ach, Hieronimie, ty tego nie zrobisz!
– A kto mi zabroni? Czy myślisz, że możemy go na zawsze przy sobie zatrzymać?
Na chwilę zapadło milczenie.
Wzruszenie tamowało mi oddech w piersi.
– Ach, jak cię ten Paryż zmienił – rzekła wreszcie matka. – Dawniej nie odzywałbyś się w ten sposób.
– Być może. Ale pomyśl, że jestem teraz kaleką. Jak mam zarobić na moje i twoje utrzymanie? Nie mamy wcale gotówki. Krowa sprzedana. Sami nie mamy z czego żyć, a mamy jeszcze żywić jakiegoś podrzutka?
– To mój chłopiec.
– Nie, to nie jest ani twój, ani mój. To nie jest chłopskie dziecko. Przyglądałem mu się dobrze w czasie kolacji. Jest delikatny, chudy, nie ma silnych ramion ani łydek.
– To najładniejsze dziecko w całej wsi.
– Czy jego uroda go wyżywi? Czy można być robotnikiem, mając takie ramiona jak on? To pańskie dziecko z miasta, a takie na nic się nam tu nie zda.
– A jeżeli zjawią się kiedyś jego rodzice i będą o niego pytać, co im powiesz?
– Jego rodzice? Czy on ma jeszcze rodziców? Gdyby ich miał, szukaliby go i znaleźli w ciągu tych ośmiu lat. Głupi byłem, że myślałem, iż ma rodziców, którzy się kiedyś o niego upomną i dobrze nam zapłacą za jego wychowanie. Idiota ze mnie, że tak sądziłem, bo chłopiec owinięty był w bieliznę z koronkami. Zresztą może jego rodzice już nie żyją.
– Może jednak żyją i jeszcze się o niego upomną. Jestem przekonana, że tak będzie.
– Jakie też te kobiety są uparte!
– Ale jeżeli przyjdą?
– To poślemy ich do przytułku. Ale dość już o tym. Nudzi mnie ta sprawa. Jutro pójdę z nim do mera, a teraz idę do mojego znajomego Franciszka. Za godzinę wrócę.
Drzwi się otworzyły i zamknęły. Mąż matki Barberin odszedł.
Wtedy podniosłem się żwawo na łóżeczku i zawołałem: „Mamo!”.
Przybiegła do mojego łóżeczka.
– Czy pozwolisz, mamo, oddać mnie do domu podrzutków?
– Nie, mój mały Remi, nie.
Uściskała mnie czule, tuląc w swoich ramionach.
Ta pieszczota dodała mi odwagi i moje łzy przestały płynąć.
– Więc ty nie spałeś? – zapytała mnie łagodnie.
– Nie mogłem, mamo.
– Nie gniewam się o to. Więc słyszałeś wszystko, co mówił Hieronim?
– Tak, ty nie jesteś moją mamą, ale on też nie jest moim ojcem.
– Może powinnam była ci to wcześniej powiedzieć, lecz kochałam cię, jakbyś naprawdę był moim dzieckiem. Twojej prawdziwej mamy nikt nie zna; nikt nie wie, kto i gdzie ona jest. Czy żyje jeszcze, czy też nie ma jej już na świecie?
Pewnego poranka Hieronim, przechodząc w Paryżu szeroką ulicą wiodącą do ogrodu, posłyszał płacz niemowlęcia. Zbliżył się do furty i dostrzegł małe dziecię złożone na ziemi.
Było to o świcie, w miesiącu lutym.
Gdy Hieronim rozejrzał się dookoła, żeby kogoś przywołać, ujrzał jakiegoś człowieka kryjącego się za pniem grubego drzewa. Człowiek ten zaczął pędem uciekać. Bez wątpienia ukrył się tam po to, żeby zobaczyć, czy ktoś znajdzie dziecko, które on tam położył. Hieronim nie wiedział, co począć z maluchem, który płakał na cały głos. Tymczasem nadeszło jeszcze kilku innych robotników i Hieronim, idąc za ich radą, odniósł płaczące rzewnie niemowlę do komisarza policji.
Dziecię nie przestawało płakać. Pewnie było mu zimno. Ale gdy i w biurze policyjnym, gdzie było bardzo ciepło, dziecko wciąż płakało, domyślono się, że jest głodne, i poszukano kobiety, która je nakarmiła. Wtedy rozebrano niemowlę przy ogniu.
Był to śliczny, pięcio- lub sześciomiesięczny chłopczyk, różowy, pulchny, prześliczny. Pieluszki i cienka, ozdobiona koronkami bielizna, jaką miał na sobie, świadczyły o tym, że musiało to być dziecię bogatych rodziców. Było to zatem dziecko, które ktoś musiał ukraść, a następnie porzucić. Tak przynajmniej komisarz tę sprawę wytłumaczył.
Cóż miano z dzieckiem zrobić?
Po spisaniu wszystkiego, co zeznał Hieronim, komisarz powiedział, że odeśle niemowlę do domu podrzutków, jeżeli wśród obecnych nie znajdzie się nikt, kto podjąłby się wychowywać to dziecię do czasu, aż jego rodzice się zgłoszą i za wysokim wynagrodzeniem odbiorą je od wychowawcy.
Na to odezwał się Hieronim, że weźmie dziecię do siebie. Dano mu je. Miałam właśnie własne dziecię w tym samym wieku. W ten sposób stałam się twoją matką.
– O mamo!
– Po trzech miesiącach straciłam moje dziecko i wtedy przywiązałam się jeszcze bardziej do ciebie. Zapomniałam całkiem, że nie jesteś naszym synem. Niestety, Hieronim nie zapomniał o tym i, gdy po trzech latach nie zgłosili się po ciebie twoi rodzice, chciał oddać cię do przytułku. Słyszałeś, dlaczego go nie usłuchałam.
– Ale teraz nie pójdę do przytułku dla podrzutków! – wołałem, tuląc się do niej. – O mamo, nie oddawaj mnie do przytułku, błagam cię.
– Nie, moje dziecko, nie pójdziesz tam. Załatwię to jakoś. Hieronim nie jest złym człowiekiem, zobaczysz; tylko zmartwienie i obawa przed nędzą go do tego nakłaniają. Ale będziemy wspólnie pracować, i ty także.
– Tak, zrobię wszystko, co zechcesz, mamo, tylko nie dawaj mnie do przytułku.
– Dobrze, nie pójdziesz tam, ale pod warunkiem, że będziesz się starał zaraz usnąć. Musisz spać, gdy ojciec wróci.
Uściskała mnie serdecznie i obróciła do ściany. Chciałem zasnąć, ale byłem zbyt wstrząśnięty, zbyt wzruszony, żeby na zawołanie odzyskać spokój i sen.
Ciągle przychodziło mi na myśl dwoje dzieci, które we wsi nazywano „podrzutkami”. Nosiły na szyjach blaszki z numerami. Były zawsze nędznie odziane i brudne; wyśmiewano się z nich. Inne dzieci wiejskie goniły za nimi i biły je, tak jak się ściga i bije bezdomnego psa, za którym nikt się nie ujmie.
Ach! Nie chciałbym być na miejscu tych dzieci, nie chciałbym nosić numeru na szyi; nie chciałbym, żeby za mną goniono z okrzykiem: „Do przytułku, do przytułku!”. Zimno robiło mi się na samą myśl o tym i zęby mi szczękały. Nie mogłem zasnąć, a Barberin miał lada chwila wrócić.
Na szczęście wrócił później, niż zapowiedział, a tymczasem sen skleił wreszcie moje powieki.
