Bestia w jego oczach - J. M. Darhower - ebook
BESTSELLER

Bestia w jego oczach ebook

J. M. Darhower

4,6

33 osoby interesują się tą książką

Opis

 Ignazio Vitale nie jest dobrym człowiekiem.

Poczułam to już w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzałam mu w oczy. Spowijająca go aura wywołała we mnie dreszcz niepokoju. Zawłaszczył całą moją uwagę, przejął nade mną kontrolę, zupełnie jakby umiał odczytać myśli, zanim sama je poznam. Szybko wciągnął mnie w swoje sidła. Do sypialni. W życie, o którym absolutnie nic nie wiedziałam.

A potem... było już za późno.

Ma nieskończenie wiele tajemnic, one zaś spajają nas coraz mocniej, na próżno błagam o wyzwolenie. Czasem dostrzegam to w jego spojrzeniu, równie przerażającym co elektryzującym. Jest potworem. Bestią ukrytą w pięknym ciele. Widzę to za każdym razem, gdy udaje mi się zerwać maskę z jego twarzy.

Chcę go nienawidzić.

I choć czasem mi się udaje…

…wciąż kocham go równie mocno.  

Pierwszy tom zmysłowego romansu przepełnionego szaleństwem i rozpaczliwą namiętnością. Trzymająca w napięciu powieść o zabójczym pożądaniu i przekraczaniu granic.

  – Jestem władcą tej dżungli, drapieżcą.

 – To znaczy, że jestem twoją ofiarą?

 – To znaczy, że jesteś moją królową.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (155 ocen)
106
37
10
1
1
Sortuj według:
asiekj84

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie czytałam tak dobrej książki.
00
edytaRyb

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna historia! Wciągająca, godna polecenia:)
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawa, aż się zadumałam nad losem bohaterów
00
agasz1976

Nie oderwiesz się od lektury

To naprawdę dobra książka; polecam
00
Asior23

Dobrze spędzony czas

Naprawdę dobra książka .Narastające tajemnica inyrygowała i sprawiła że chciało się czytać dalej końcówka mnie zaskoczyła ale nie rozwaliła na łopatki mimo to polecam
00

Popularność




SPIS TREŚCI

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Epilog

J.M. DARHOWERPRZEŁOŻYŁA Maria Lengren
TYTUŁ ORYGINAŁUMonster In His Eyes
Copyright © 2014. Monster In His Eyes by J.M. Darhower
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka
Bamber, 2019
Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2019
Redaktor prowadząca: Beata Bamber
Redakcja: Anna Ćwik
Korekta: Anna Czyżewska, Patrycja Siedlecka
Prawa do okładki: © J.M. Darhower
Opracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronicki
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Beata Bamber
Wydanie 1
Gołuski 2019
ISBN 978-83-66429-01-7
Wydawnictwo Papierówka
Beata Bamber
Sowia 7, 62-070 Gołuski
www.papierowka.com.pl
Dystrybucja: OSDW AZYMUT Sp. z o. o.
Druk i oprawa: Drukarnia LCL, Łódź
Poniższa opowieść jest fikcją literacką. Wszystkie osoby i miejsca są fikcyjne. Nazwiska postaci i nazwy własne stanowią wytwór wyobraźni autorki, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych miejsc oraz ludzi – żywych lub zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Wy, których książę z bajki nie okazał się takim bohaterem, jakiego sobie wyobrażałyście… Ta opowieść jest dla Was.

PROLOG

Palec śledzi krzywizny moich pleców, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Choć ze wszystkich sił udaję, że śpię, drżę pod jego lekkim jak puch dotykiem, niezdolna powstrzymać reakcji własnego ciała. Oddech więźnie w gardle.

Dlaczego on mi to robi?

Nienawidzę siebie prawie tak bardzo, jak nienawidzę tego mężczyzny. Ach, jakże ja nim gardzę… Nigdy w życiu nie czułam tak silnej nienawiści do nikogo i niczego. Nienawidzę jego włosów, uśmiechu, oczu. Nienawidzę słów, które wypowiada tym swoim zachrypniętym głosem. Rzeczy, które robi. Tego, jakim jest człowiekiem, jak mnie traktuje, jak na mnie wpływa. Bólu, jaki zadają mi jego dłonie, by za chwilę ofiarować niewyobrażalną rozkosz. Dzikie pożądanie pali mnie żywym ogniem, mieszając się z agonią.

Nienawidzę tego.

Nienawidzę.

Tak bardzo tego, kurwa, nienawidzę. Palec zatrzymuje się u dołu moich pleców, by obwieść rąbek bielizny. Czuję, że ciało budzi się do życia, rozpala żarem. On się tego spodziewa – potrafi rozniecić ogień. Wie, jak mnie dotykać.

Chciałabym oblać się benzyną i podpalić, sczeznąć w płomieniach, byle uciec od tych uczuć… Ale to na nic. Choćbym zmieniła się w kupkę popiołu, nie uwolnię się od niego. Tak działają siły natury – wiatr przywiałby mnie z powrotem.

Powietrze robi się ciężkie niczym od gęstego, czarnego dymu. A może to płuca tężeją, podobnie jak wszystkie moje mięśnie?

Chcę krzyczeć, uwolnić się. Uciec. Lecz tego nie robię – wiem, że natychmiast by mnie złapał. Nie raz tak było. I nie raz się jeszcze powtórzy.

Wciąż nie otwieram oczu, gdy palec znów pełznie wzdłuż mojego kręgosłupa. Staram się zapanować nad odczuciami.

„Nic się nie dzieje – powtarzam sobie – ja przecież śpię. On także śpi. To tylko sen. A może koszmar?”

Tak naprawdę mnie nie dotyka, choć wiem, że to robi… Wiem, że tak. Każda ze zdradzieckich komórek mojego organizmu budzi się pod jego dotykiem, każdy nerw drży jak pod napięciem. To się nie dzieje naprawdę. Nic tutaj nie dzieje się naprawdę. Zaczynam się zastanawiać… Może tak byłoby lepiej?

Palec zatrzymuje się przy moim karku, tym razem na dłużej. Pięć, dziesięć, piętnaście… Odliczam w głowie sekundy, czekając na jego kolejny ruch, starając się przewidzieć, co zrobi za chwilę, jakbyśmy grali w szachy, a ja miała jakiekolwiek szanse na kontratak.

Wszystko na nic. Nawet te myśli. Zdążył już zbić mojego króla. Szach-mat.

Raz jeszcze przeciąga palcem wzdłuż pleców, by w połowie zboczyć z obranej trasy. Bada pozostałe obszary, jakby rozgrzana skóra była malarskim płótnem.

Ciekawość bierze górę nad rozsądkiem i zaczynam się zastanawiać, co takiego próbuje nakreślić. Ruchy wydają się przypadkowe, bezmyślne, ale za dobrze go znam… Niczego nie robi bezcelowo. Tym szaleństwem kierują zawiłe reguły, a każde wypowiedziane słowo zdradza jego dalsze zamiary.

A te rzadko bywają dobre.

Zaciskam mocniej powieki, próbując odczytać szyfr, jakim posługuje się palec tańczący na moich plecach. Czyżby odmalowywał sielski obraz życia, który mi kiedyś obiecywał? Czyżby znowu wsączał mi w skórę kłamstwa? Może pisze miłosny list, przysięgając poprawę?

Lub raczej żądanie okupu?

Ach, gdyby tak narysował linę. Znalazłabym sposób, by wyrwać ją z ciała i powiesić go na niej. Zasłużył na to, tego jestem pewna.

W końcu udaje mi się wyłapać wzór splotów i zakrętów powtarzanych przez palec. Widzę oczyma wyobraźni, że pisze pochylonymi literami jedno samotne słowo.

Vitale.

Nazywa się Ignazio Vitale, choć jeszcze niedawno kazał mi mówić na siebie Naz. To właśnie Naz mnie oczarował, to on zdobył moje serce i sprawił, że stopniało. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że prawdziwy jest Ignazio, a gdy poznałam oblicze Vitale, było już za późno na odwrót.

A może nigdy nie miałam na to szansy…?

Rozdział 1

– Dość tego! – Stół zadrżał, gdy książka z hukiem spadła na blat. – Nie zniosę tego dłużej. Walić to.

Nie podnoszę wzroku. Śledzę fragment tekstu, pobieżnie przyswajając zawarte w nim informacje. Wertowałam podręcznik już dziesiątki razy. Ostatnich kilka dni spędziłam przyklejona do niego, jakby wiedzę dało się zgłębić przez osmozę.

– To zbyt skomplikowane – jęczy, rozpraszając resztki mojego skupienia. – Większość tych rzeczy nie ma najmniejszego sensu.

Przerzucam stronę, mamrocząc pod nosem:

– „Czasem to pytania są trudne, a odpowiedzi proste”.

– I kto tak mówił? Pluto? Mówię ci, Karisso, w moim podręczniku w ogóle o tym szajsie nie piszą!

Słysząc to, ostatecznie tracę zainteresowanie zadaniem. Zerkam ponad małym, okrągłym stolikiem na moją przyjaciółkę, Melody Carmichael. Buja się na krześle w akcie frustracji.

– Plato, nie Pluto – poprawiam ją. – A wręcz Platon.

Macha ręką, robiąc tę swoją słynną minę pod tytułem: „Phi, a kogo to obchodzi?!”.

– Co za różnica?

– Jeden był filozofem, a drugi to pies z kreskówki.

Z tego już nie wybrnie. Ma przewalone, a test jest za jakieś… pół godziny.

– Tia, podejrzewam, że nawet szczekanie cholernego psa ma więcej sensu niż gderanie tego kosmicznego pierdziela – mówi, przerzucając gruby plik notatek.

Filozofia, nasza ostatnia lekcja, ostatni egzamin na pierwszym roku Uniwersytetu Nowojorskiego, a ona jak zwykle pod ścianą. Typowe.

– No weź, posłuchaj tego pieprzenia – wzdycha i zaczyna czytać: – „Wielu jest umiłowanych przez wrogów, nienawidzonych zaś przez swych przyjaciół”, no… I co to niby miało znaczyć?

Wzruszam ramionami.

– Że ludzie są tylko ludźmi, jak sądzę – mówię, po czym wracam do książki, ale zaraz dodaję: – Poza tym to wcale nie Platon, tylko Dr. Seuss.

– Serio, dziewczynko? Będziesz mi tu teraz cytować autora książek dla dzieci?

– W pewnym sensie on też był filozofem. Większość jego książek dotyczy logiki, rozumu, społeczeństwa i ludzkiej natury. Można się z nich wiele nauczyć.

– Jasne. Ja tam kibicuję innemu filozofującemu doktorkowi – stwierdza Melody, stawiając wreszcie krzesło na cztery nogi. Głośne tąpnięcie odbija się echem po małej kawiarni. – Dr. Dre najlepiej ogarnął sprawę, stwierdzając, że „najpierw bracia, potem szmaty albo spiszą cię na straty”, tak w wolnym tłumaczeniu.

Mówi to tak poważnie, że nie mogę powstrzymać się od śmiechu.

– Sądziłam, że czcisz Tupaca Shakura!

– Ten to bankowo zawstydziłby Pluta – odpowiada.

Tym razem jej nie poprawiam, bo nie mam pewności, czy nie zapamiętała prawidłowej nazwy czy się zgrywa.

– „Tchórz ginie po tysiąckroć, bohater tylko raz”. No, no. To było głębokie.

– Szekspir – dodaję. – Cytat z Juliusza Cezara.

– Bez jaj.

– A jednak.

Melody przewierca mnie wzrokiem, teatralnym ruchem otwierając podręcznik. Zarzekała się, że to olewa, ale mimo to wraca do nauki, próbując przyswoić coś na ostatnią chwilę. Niewiele brakuje, żeby oblała filozofię. Potrzebuje dobrej oceny, by podciągnąć się w klasyfikacji. Poniżej trójki czeka ją zawieszenie.

A ja? Choć nie grozi mi taka wpadka, mam zupełnie inne przeboje ze swoim stypendium. Nie wszyscy tutaj pochodzą z rodziny bogatych rekinów z Wall Street, jak Melody. Co poniektórzy nie mogą sobie pozwolić na lenistwo. Moja mama nie zdołałaby mi pomóc. Kompletnie nie ogarniam, jak w ogóle daje sobie radę. A ojciec? Cóż… Nie każdy ma ojca w pobliżu.

Jeśli teraz spadnie mi średnia i będę musiała zacząć sama się utrzymywać, mam przerąbane jak stąd do Kansas. Mówiąc krótko – bez kasy od uniwerka niechybnie spadnę z rowerka.

– Która z nas w ogóle wpadła na tak genialny pomysł, by wybrać ten fakultet? – marudzi Melody, dramatycznie szeleszcząc kartkami.

– Ty – mówię. – Twierdziłaś, że to nie może być trudne.

– Bo nie powinno – upiera się. – To filozofia. Każdy powinien mieć własną opinię, a przecież nie ma złych odpowiedzi, gdy chodzi o czyjąś opinię, co nie? No wiesz, powinno być logicznie i racjonalnie, powinno być z sensem, ale żeby zaraz te egzystencjalne, pseudonaukowe rozkminy…?

– Nie jest tak źle.

Szczerze, całkiem polubiłam filozofię, pomijając te bardziej przegięte aspekty. Gdyby nie nasz profesor, może bym ją nawet pokochała.

– Jak to nie? Za dużo główkowania!

Przewracam oczami, zamykam książkę i rozpieram się w krześle. Słowa zlewają mi się w głowie w ocean pustki, ciągnąc na dno wszystko, co staram się zapamiętać.

Rozglądam się po kawiarni i próbuję oczyścić umysł. Sięgam po miętowo-czekoladową herbatę. Nadal jest ciepła, choć stała zapomniana dłuższy czas.

– To do ciebie podobne, paradować w szalu i zamawiać gorącą herbatę w marcu przy ponad dwudziestostopniowej temperaturze.

Wzdrygam się i pociągam łyk, rozkoszując się łagodnym, czekoladowym aromatem. Zwykle w swoich wąskich jeansach, sweterkach i wysokich butach wtapiam się w tłum. Nie moja wina, że kiedy zdarza się jeden cieplejszy dzień, ludzie zachowują się, jakby trwało karaibskie lato.

Melody z kolei zdaje się kombinować, by ubrać się jak najbardziej skąpo i jednocześnie nie zostać oskarżoną o sianie zgorszenia. W tej chwili – w mikroszortach i krótkim topie – ociera się o tę granicę. Samo patrzenie na nią wydaje się nieprzyzwoite.

– Co jest nie tak z moją apaszką? – pytam, sięgając do miękkiego materiału. – To moja ulubiona.

– Jest różowa i… szalikowata! Z pewnością to właśnie miał na myśli Arystoteles, mówiąc: „Jak straszna jest prawda, gdy nic nie można na nią poradzić”, nic bowiem nie możemy poradzić na tę cholerną apaszkę!

Wybucham śmiechem tak głośnym, że zwraca uwagę studentów obok. Posyłam im przepraszające spojrzenie i znów poprawiam Melody – to słowa Sofoklesa. Te albo raczej ciut do nich podobne: „Jak przerażająca może być świadomość prawdy, gdy ta nie niesie ze sobą ukojenia”…

– Pewna jesteś?

– Całkowicie.

Melody jęczy, po raz drugi z hukiem zamykając książkę, i wyrzuca w górę ręce.

– Obleję ten pieprzony test.

***

Szesnaście zadań wielokrotnego wyboru, pięć zagadnień do krótkiego opisu i dwustronicowy esej. Mam na to wszystko godzinę.

Trafiłam do piekła.

Metaforycznego, rzecz jasna, chociaż ilekroć spoglądam ku tablicy na zawieszony nad nią napis, odczucia wydają się całkiem dosłowne: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.

To cytat z Dantego Alighieri, inskrypcja wyryta na bramach piekieł w Boskiej komedii. Profesor Santino najwyraźniej uważa, że to zabawne, co potwierdza moje przypuszczenia…

Ten facet jest wcieleniem Szatana.

W eseju leję wodę na potęgę i udaje mi się skończyć kilka minut przed czasem. Obracam kartę egzaminacyjną na znak finiszu, zostawiam ją na biurku i spływam w dół krzesła. Santino ma żelazną zasadę: trzymasz tyłek na krześle, dopóki wszyscy nie skończą. Jesteśmy jak przedszkolaki po raz pierwszy w życiu uczące się przestrzegać reguł.

Powoli, tak by niczego nie zauważył, sięgam do przedniej kieszeni plecaka po telefon. Ukrywając go na kolanach, odpalam jakąś bezmyślną gierkę, żeby zabić czas. Kiedy tylko udaje mi się ją uruchomić, srogi, gderliwy głos rozbrzmiewa echem po całej sali, uderzająco głośny, po czterdziestu pięciu minutach wsłuchiwania się w rozpaczliwe westchnienia.

– Reed!

W pierwszym odruchu myślę, że Santino wygłasza jakąś komendę w obcym języku, ale unoszę wzrok i natychmiast napotykam jego błyszczące brązowe oczy, przeszywające mnie przez parę grubych szkieł. Choć siedzę w końcowym rzędzie ogromnej sali, mogącej pomieścić setkę studentów, od razu wiem, że zwraca się bezpośrednio do mnie, Karissy Reed.

O kurde.

– Tak, proszę pana?

– Odłóż to natychmiast – ostrzega. – Inaczej będę musiał go zabrać.

Nie musi powtarzać dwa razy. Natychmiast odpuszczam, a telefon wysuwa mi się z rąk prosto do plecaka. Nawet nie przerywam kontaktu wzrokowego. Profesor natomiast sztywno kiwa głową, zadowolony z mojego posłuszeństwa, a potem ogłasza koniec egzaminu.

Gdy arkusze zostają zebrane, wyskakuję z ławki, porywam plecak i frunę do najbliższego wyjścia. Melody czeka w korytarzu. Patrzy na mnie kompletnie pustym wzrokiem, jakby nie zostało w niej już nic, co mogłaby z siebie dać. Niesamowite, że pęd do zdobywania wiedzy tak pustoszy ludzkość.

– Jak ci poszło? – pytam.

– Niemal tak dobrze jak Dantemu z Bernadette.

– Beatrice.

– No i masz swoją odpowiedź. – Macha ręką z rezygnacją.

Smętnie wytaczamy się z budynku, witając jasne popołudnie na Manhattanie. Wyraz twarzy Melody natychmiast się zmienia. Pusta skorupa wypełnia się życiem, a wspomnienie o niedawnym stanie szybko znika. Nieodmiennie jestem pod wrażeniem, jak wszystko po niej spływa.

Odchyla głowę w tył, przymyka oczy i uśmiecha się szeroko, pozwalając, by słońce ogrzewało jej twarz.

– Potrzebuję drinka – stwierdza. – Idziemy wieczorem do Timbers, co nie?

Marszczę nos. Melody otwiera oczy i przyłapuje mnie na robieniu niezadowolonej miny.

– Daj spokój! – mówi. – Będzie zajebiście!

– No pewka, na propsie – przedrzeźniam ją. – Udławię się własnym szczęściem.

Wybucha śmiechem i szturcha mnie łokciem.

– Mówię poważnie, musimy iść!

– Dlaczego?

– Bo to ejtis najt!

– No i? W ejtisach nie było cię nawet na świecie.

– Tym bardziej warto pójść.

Ściągam plecak, ignorując jej odpowiedź. Przeglądam jego zawartość w poszukiwaniu telefonu, aby zadzwonić do mamy. Chciała, żebym odwiedziła ją w weekend, ale nie jestem w nastroju na długie podróże… nie wspominając o tym, że brakuje mi na bilet. Otwieram każdą kieszonkę, szukam. Żołądek ściska się strachem, bo telefonu po prostu tam nie ma.

– Cholera, cholera, cholera…

– Co jest? – pyta Melody, kiedy staję i zrzucam plecak na ziemię, by wszystko z niego wywalić. – Zgubiłaś coś?

– Komórkę – odwarkuję. – Santino wnerwił się, że używałam jej pod koniec zajęć, więc wrzuciłam ją z powrotem do plecaka, ale teraz nie mogę znaleźć.

– Chyba nie wypadła, co? – mruczy Melody, rozglądając się dookoła. – Może zostawiłaś w sali?

– Może – odpowiadam, zapinając plecak. – Pójdę poszukać. Spotkamy się na chacie.

Zanim zdoła odpowiedzieć, ruszam tą samą trasą, którą przyszłyśmy. Wzrok wbijam w ziemię na wypadek, gdyby komórka rzeczywiście wypadła po drodze. Wchodzę do budynku i w drodze do sali egzaminacyjnej po kolei sprawdzam wszystkie korytarze. Jestem już blisko, gdy ze środka słyszę głos Santino:

– Wiem, czemu tu jesteś.

Staję w progu, unosząc brwi, a słowa więzną mi w gardle. Czyżby znalazł mój telefon?

Siedzi przy biurku nad stertą papierów egzaminacyjnych, z długopisem w dłoni, znęcając się nad testem jakiegoś nieszczęśnika i atakując go raz po raz czerwonym tuszem. Oby nie był mój…

Już chcę się tłumaczyć i szepczę: „Mój telefon…”, gdy odzywa się inny głos:

– I dobrze, nie mam ochoty tracić czasu.

Należy do mężczyzny. Jest głęboki i szorstki, z tych, co wymagają skupienia na sobie całej uwagi. Chłód i opanowanie biją z każdej sylaby.

Natychmiast cichnę. Przesuwam wzrokiem po sali, szukając źródła dźwięku. W rogu, nieopodal drugiego wyjścia, stoi mężczyzna. Doskonale odpowiada mojemu wyobrażeniu o właścicielu takiego głosu. Jest wysoki, z szerokimi ramionami, dobrze zbudowany, ale nie przysadzisty, jak pień majestatycznej sekwoi. Czarny garnitur stanowi świetną oprawę dla takiej postury.

Facet emanuje pewnością siebie. Nie, to nie to. On po prostu doskonale wie, że ma wszystko pod kontrolą. Gdy rusza w stronę Santino, cofam się w głąb korytarza i zastanawiam, czy jednak nie zwiać. Może lepiej wrócić później? Nie chciałabym im przeszkadzać, cokolwiek tam się dzieje, ale kurde… Naprawdę potrzebuję swojego telefonu.

Ciekawość bierze górę. Czego ten facet chce?

– Nie mam nic dla ciebie – mówi Santino typowym, znudzonym tonem, jakby ten onieśmielający mężczyzna w ogóle nie robił na nim wrażenia. – Jeszcze tego nie dorwałem.

– Taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje.

Niespodziewanie rozlega się ciche brzęczenie, które nie pozwala Santino dojść do głosu. Od razu dostrzegam źródło dźwięku, czyli mój telefon, leżący pod stolikiem, przy którym siedziałam podczas egzaminu. Oddycham z ulgą, ale zaraz dopada mnie atak paniki.

Nieznajomy mężczyzna spogląda na podrygujący telefon. Przysłuchuje mu się przez moment, po czym obraca się w stronę drzwi.

W moją stronę.

Szybko znikam z pola widzenia, żeby nie pomyśleli, że podsłuchiwałam.

Pełna napięcia cisza trwa, dopóki telefon nie cichnie. Ktokolwiek dzwonił, właśnie się rozłączył.

– Wrócę po swoje – mówi mężczyzna.

– Wiem – odpowiada Santino ledwo słyszalnym głosem. – Wiem, że wrócisz.

Znowu słychać kroki. Spanikowana robię w tył zwrot i staram się jak najciszej pokonać korytarz i zniknąć za najbliższym zakrętem. Kiedy wpadam za róg, przybieram zafrasowaną minę, pochylam się nad plecakiem i zaczynam w nim grzebać, udając zaprzątniętą własnymi myślami. Słyszę, że się zbliża i serce omal nie wyskakuje mi z piersi.

Pojawia się tuż obok. Podnoszę lekko wzrok i patrzę na błyszczące, lakierowane buty. Gdy zatrzymują się przede mną, wnętrzności skręcają mi się w supeł.

– To twoje?

Spoglądam w górę i po raz pierwszy dostrzegam zarys jego twarzy. Ożeż w mordę, nie tego się spodziewałam, a jednocześnie niczego innego nie powinnam oczekiwać w przypadku kogoś, kto robi tak piorunujące wrażenie.

Jest starszy niż ja – po trzydziestce, może nawet koło czterdziestki – ale wygląda zaskakująco młodo. Jego szczękę pokrywa krótki zarost, jakby na kilka dni odpuścił sobie golenie. Brązowe włosy nie są ani krótkie, ani długie. Ot, plątanina niesfornych loków zaczesanych do tyłu. Albo spędził sporo czasu na ich układaniu, albo zwyczajnie wstał z łóżka z takim artystycznym nieładem.

W każdym razie jestem pod wrażeniem.

Z ledwością powstrzymuję się przed obcesowym wgapianiem się w niego. W końcu – po tym, jak zmacałam go wzrokiem na wszystkie możliwe sposoby – patrzę prosto w jego niebieskie oczy.

Unosi znacząco brew. Pewnie wydałoby mi się to zajebiście śmieszne, gdyby tylko nie było tak zajebiście seksowne.

– To twoje? – pyta raz jeszcze.

Nawet się nie zorientowałam, że coś trzyma, dopóki nie powtórzył. Zamieram, widząc w dłoni mężczyzny znajomy telefon w różowym, brokatowym etui, który wydaje się niknąć w jego palcach o zrogowaciałych opuszkach i skórze pokrytej bliznami. Czymkolwiek ten facet się zajmuje, pracuje rękami. I to dużo.

– Och, eee… tak. – Z ociąganiem sięgam po komórkę.– Skąd wiedzia…

Nie kończę pytania, a on nie odpowiada. Zamiast tego lekki uśmieszek wkrada się do kącika jego ust, a na policzku pojawia się uroczy dołeczek. Stoi tak przez chwilę, patrząc na mnie z góry – jest dobre piętnaście centymetrów wyższy – i przygląda mi się uważnie, jakby studiował materiał do jakiegoś testu. Tak uważnie, że może go zdać.

W końcu kręci głową i odchodzi bez słowa.

***

– Cześć, to ja – wzdycham do słuchawki po długim sygnale.

Moja mama jest prawdopodobnie ostatnią osobą na ziemi nadal używającą oldskulowej sekretarki nagrywającej wiadomości na taśmę.

– Tak tylko oddzwaniam. Więc, uhm, dryndnij w wolnej chwili. Kocham, pa!

Melody wybucha śmiechem, kiedy się rozłączam. Stoi przed lustrem w pełnym rynsztunku i układa włosy, gotowa na wyjście do Tinders, na które ja, technicznie rzecz ujmując, nadal się nie zdecydowałam. Wygląda niedorzecznie, odpicowana w neonowe ciuchy, z opaską frotté na czole, jakby wyskoczyła prosto z teledysku Olivii Newton John.

– Jak tam mama, Reed?

Wzruszam ramionami. To ona do mnie dzwoniła, gdy telefon był w sali.

Nie czekając na wyjaśnienia, Melody zmienia temat:

– W czym idziesz?

– Eee… – Przyglądam się sobie. – W ciuchach.

– Ale, no wiesz, na imprezę.

– W ciuchach, a niby w czym? Pewnie w jeansach i…

– W jeansach?! – wcina się. – O nie, nie, nie, moja droga. To nie przejdzie.

Rzuca się w stronę szafy, by przekopać moje ubrania. Dużo ich tam nie ma, przynajmniej porównując z jej półkami. Żeby nie chodzić nago, muszę robić pranie minimum raz na dwa tygodnie. Co do Melody, to jestem pewna, że zapasy starczyłyby jej przynajmniej na rok.

Porozrzucane wokoło brudne ciuchy potwierdzają zresztą moją hipotezę. Niecałe dwa metry dzielą nasze łóżka, przy czym połowa zajmowana przez Melody to przypadkowo rozmieszczone sterty ubrań, powtykane, gdzie się da, podczas gdy moja połowa wydaje się być skromnym korytarzykiem, dzięki któremu można otworzyć drzwi.

Jesteśmy tak inne, jak to tylko możliwe. Melody to istne tornado, a ja pogodziłam się już z rolą służby porządkowej, sprzątającej wyrządzone przez nią szkody. Trudno uwierzyć, że znamy się dopiero od kilku miesięcy. Wprowadziłyśmy się tutaj na początku pierwszego roku, będąc sobie kompletnie obce i godząc się na wspólną egzystencję w tej mieszkalnej szafie. Melody twierdzi, że zdecydowała się na tę klitkę, by wzmacniać swój charakter. Ja nie miałam innego wyboru. Jak inaczej mogłabym zamieszkać na Manhattanie za tysiaka miesięcznie? Nie ma innej opcji.

– Masz tutaj… no… W zasadzie to nic nie masz – zrzędzi, kierując się w stronę szuflad.

Ku swojemu zażenowaniu, znajduje tam jeszcze mniej. W końcu zrezygnowana przesuwa wzrok na swoją połowę szafy i rozpoczyna walkę z lawiną ubrań.

– Na twoje szczęście nosimy ten sam rozmiar.

Mam większy tyłek i grubsze uda niż ona, ale kiedy o tym wspominam, prycha, żebym się tym nie chwaliła. Melody to przepiękna dziewczyna. Te gładkie, jasne włosy i nienaturalnie zielone oczy… Jej miejsce jest na wybiegu Victoria’s Secret. O ile nie przebiera się za neonową Barbie, rzecz jasna.

Wyciąga jakieś łachy i rzuca je przez pokój. O nie. Spandex.

– Gotowa na wszystko, co?

– Oczywiście. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie! – odpowiada, przeglądając się w lustrze.

Te słowa sprawiają, że odlatuję myślami do wydarzeń sprzed godziny i przystojniaka, którego spotkałam przy sali wykładowej. Nie wspomniałam o nim Melody. Pewnie dlatego, że przecież nic się nie stało. A może dlatego, że chciałabym, aby to jednak coś znaczyło?

W każdym razie zagrzebałam myśli o nim głęboko w głowie. Wypowiedzenie ich oznaczałoby zracjonalizowanie moich odczuć, a ja wolałam je zdusić. Rzeczywistość nigdy nie jest tak fascynująca jak marzenia.

Wieki później stoję przed tym samym lustrem, wciśnięta w spandeksowy kombinezon jak parówka. Całości dopełnia wściekle różowy top opadający z jednego ramienia i para błękitnych getrów na kostkach. Ten outfit przeszedłby na siłowni, gdybym nie miała na stopach spiczastych, czarnych szpilek i sięgającej niebios fryzury z natapirowanych, kręconych, brązowych włosów. No i gęby pokrytej toną tapety.

– Wyglądam jak klaun – jęczę, wpatrując się w odbicie.

Żarówiasty, niebieski cień na powiekach i fuksjowa szminka nie grają ze sobą za dobrze bez względu na to, co Cyndi Lauper myślała o takim zestawieniu w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku.

– Wyglądasz jak niezła laska – mówi Melody i klepie mnie w tyłek.

Znowu się przebrała, już chyba piąty raz. Tym razem postawiła na falbaniastą kieckę wyglądającą jak kreacja na bal maturalny.

– Dajesz! Balanga czeka! – mówi od drzwi.

Wciskam kilka rzeczy do stanika, bo mój strój nie ma żadnych kieszeni, i lecę za Melody, zanim do mnie dotrze, że lepiej się wycofać. Klub Timbers znajduje się tuż obok akademika, raptem parę minut zataczania się z powrotem koło czwartej nad ranem. Jest już ciemno, powietrze ochłodziło się po zachodzie słońca i zapanowały bardziej typowe jak na marzec temperatury. Melody zdaje się niczego nie zauważać, ale mnie aż telepie. Zwalniam kroku, powinnam wrócić po apaszkę.

– Weeeeeź – jęczy Melody i bierze mnie pod ramię, by mną potrząsnąć. – Nie pasuje do tego outfitu!

– Nic nie pasuje do tego outfitu – zauważam.

Śmieje się, rzucając mi pełne rozbawienia spojrzenie, gdy tak przechadzamy się ulicą. Z bram Timbers wylewa się muzyka, a w środku tętni życie, choć jest dopiero kwadrans po dwudziestej pierwszej. Stajemy w kolejce pod nieco obskurnym ceglanym murem. Melody poprawia gigantyczną kokardę służącą jej za opaskę. Kiedy przychodzi nasza kolej, wyciągam ze stanika dowód i podaję bramkarzowi, wielgachnemu mięśniakowi z ostrym akcentem z Long Island. Zerka na dokument, a potem na mnie, po czym decyduje się mi go oddać.

Chowam dowód w bezpieczne miejsce, a koleś sięga po marker i ściąga skuwkę zębami. Śmierdzące opary wypalają mi nos, gdy macha nim w moją stronę. Wyciągam ręce, a on rysuje na nich duże znaki „X”. Gapię się na nie, ustępując miejsca innym ludziom.

Melody za to dostaje opaskę w kolorze cytryny na nadgarstek. Uśmiecha się, unosząc ją, żebym zobaczyła. Ma tylko dziewiętnaście lat, jest niewiele starsza ode mnie, ale jej podrabiany dowód zapewnia przywileje dojrzałych dwudziestu jeden lat.

Ostentacyjnie pokazuję jej język, kiedy tak się ze mnie nabija, a ona bierze mnie pod ramię i wciąga do środka. Bar jest zagracony pamiątkowymi artefaktami z lat osiemdziesiątych, a ściany oblepione plakatami. W tle na gigantycznym telewizorze leci Klub winowajców.

Wciskamy się na parkiet. Z głośników grzmią hity New Kids on the Block. Toniemy w morzu kolorów, tapirowanych włosów i skórzanych kurtek, otoczone pseudogwiazdkami po-pu i dupkami w lustrzankach.

Muzyka przybiera na sile, gdy wtapiamy się w tańczący tłum. Vanilla Ice ustępuje miejsca MC Hammerowi, potem Madonnie głos odbiera Poison. Dudniący bas sprawia, że w żyłach mocniej pulsuje mi krew wzburzona strzałami adrenaliny. Zatapiam się w słowach piosenek wykrzykiwanych przez hordę nieco przesadnie rozentuzjazmowanych wprawdzie-nie-urodzonych-w-latach-osiemdziesiątych-ale-i-tak-kochających-ten-badziew studentów. Zupełnie jakbyśmy się cofnęli do czasów, w których nas nie było, żeby zostawić tam po sobie ślad.

Melody ciągle przynosi drinki. Jeden za drugim. Za niektóre płaci, inne kupują jej jacyś kolesie, licząc na dalszy ciąg. W pewnym momencie przestaję nadążać i sama już nie wiem, skąd się biorą i co w nich jest, ale ponieważ nic mnie nie kosztują, mam to gdzieś. Pociągam po łyczku, kiedy nikt nie patrzy. Potrzebuję jakiegoś wspomagacza. Wychodzę ze skóry na parkiecie, tańczę, skaczę, kręcę się w kółko, próbując ustać na nogach, gdy alkohol zaczyna szumieć mi w głowie.

Spocona i potargana, ze stopami obolałymi od szpilek, w końcu tracę przyjaciółkę z oczu. Ostatni raz ją widziałam, jak rozmawiała z jakimś asem przestworzy rodem z Top Guna. Ona i Maverick odlatywali na ostro nagrzanym silniku z pasa bezpieczeństwa. Nie wyglądał na zadowolonego, kiedy gwizdnęłam jej szklankę.

Sącząc drinka, rozglądam się wokół w poszukiwaniu błękitnej, falbaniastej kiecki, ale nigdzie jej nie widać. Ani na parkiecie, ani przy barze, ani w kolejce do damskiego kibla. Powietrze robi się ciężkie i gęste, a mnie coraz bardziej kręci się w głowie, jakby brakowało tlenu. Wzdycham, wychylam resztkę drinka i wyrzucam kubek, a potem zaczynam przeciskać się przez tłum w stronę wyjścia.

Gdy wreszcie wydostaję się na zewnątrz, biorę głęboki wdech. Nocne powietrze wydaje mi się takie chłodne… Moje ciało próbuje przystosować się do zmiany temperatury, a ja czuję, jakby małe igiełki kłuły mnie w skórę. Jest późno. Na oko pierwsza, może druga w nocy. Ulica nadal tętni życiem, ale w kolejce do klubu stoi już tylko kilka osób.

Tu też nie ma Melody.

Bramkarz patrzy na mnie podejrzliwie. Odsuwam się od wejścia i od niego, po czym sięgam do stanika, chcąc zadzwonić do Melody. Komórka wyślizguje mi się z ręki razem z dowodem, wszystko upada na beton. Wstrzymuję oddech, gdy telefon uderza o niego z głośnym trzaskiem. „Nie, nie, nie”, mantruję w myślach i kucam, by go podnieść. Krzywię się na widok ekranu przerytego pęknięciem centralnie przez środek.

Marszczę nos i sięgam po dowód, ale ktoś podnosi go przede mną. Zdziwiona patrzę w górę, spodziewając się ujrzeć zwalistego bramkarza i… miękną mi kolana.

To on.

Metr osiemdziesiąt z hakiem w pełnej okazałości. Nadal ubrany w czarny garnitur, wyglądający dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej. Powinna mi się zapalić czerwona lampka, ale czuję tylko lekkie łaskotanie w dole kręgosłupa. Mam mglistą świadomość, że w liczącym blisko dwa miliony ludzi mieście szanse, by przypadkiem spotkać kogoś dwa razy, są bliskie zeru. A co dopiero dwa razy tego samego dnia.

Może to przeznaczenie? A może wpakowałam się w niezłe kłopoty…

Stoi tak dłuższą chwilę, wpatrując się w mój dowód, po czym kieruje na mnie te swoje niebieskie oczy. Wstaję, chwiejąc się lekko, głowa mi się kiwa, wszystko wokół dzieje się w zwolnionym tempie. Ciężko mi zebrać myśli. Alkohol daje o sobie znać. Bywałam już pijana, ale to… to nie jest zwyczajny helikopter. Zawroty głowy, uderzenia gorąca… i coś czuję, że zaraz rzygnę.

Byle nie rzyganie. Nie teraz.

– Koszmarna fotka – mamroczę, gdy znowu spogląda na mnie znad dowodu.

Patrzy na zdjęcie przez chwilę, która wydaje się trwać wieczność, a ja w tym czasie z całych sił próbuję nie stracić przytomności.

– Wszystko z nią w porządku, Karisso.

Kiedy wpycham dowód z powrotem do stanika, w końcu zapala się czerwona lampka.

– Skąd ty… – Potrząsam głową, przez co spirala, po której się kręcę, przyśpiesza. Na moment przestaję cokolwiek widzieć i zaczynam się bać, że tak mi już zostanie. – Skąd wiesz, jak mam na imię?!

Mój głos brzmi jak charkot i chociaż rozmywa mi się widzenie, dostrzegam, że marszczy czoło, zdziwiony.

– Przeczytałem na dokumencie.

„Och”, chcę westchnąć, ale moje usta przestają działać. Mrugam gwałtownie, próbuję złapać głębszy oddech, lecz to na nic. Żadna ilość powietrza nie utrzyma mnie na powierzchni. Grzęznę w sobie. W końcu kolana się poddają, a ja zapadam się w mrok.

BACH!

Rozdział 2

Piżmo.

Otacza mnie, wkrada się w moje zmysły, gdy mozolnie czołgam się ku progom świadomości. Pachnie świeżą ziemią i mokrym drewnem, po prostu samcem, z lekką nutą słodyczy. Woń unosi się wokół jak delikatna bryza. Czuję ją na skórze, ciepłą, nasyconą i…

O Boże, to przecież woda kolońska.

Oczy same mi się otwierają, kiedy to sobie uświadamiam. Zapach staje się mocniejszy, w miarę jak odzyskuję świadomość. Mrugam kilkakrotnie, wpatrując się w obcy, biały sufit. Wiatrak obraca się nade mną tak powoli, że mogę śledzić wzrokiem jego skrzydła. Czuję powiew na twarzy. W pokoju panuje półmrok, przez okno wpada słabe światło.

„Zbliża się świt”, myślę, dostrzegając miękką pomarańczową poświatę, padającą na skrawek podłogi. A może to zachód słońca?

Serce zaczyna mi walić, a każde uderzenie sprawia ból. Niemal wstrząsa całym moim ciałem. Czuję się obolała, dudni mi w głowie i w piersiach. Popadam w panikę. Staram się to opanować, ale bezskutecznie. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, jak się tu znalazłam i jak długo przebywam w tym miejscu, zdezorientowana, zmieszana, obolała.

W dodatku zaraz eksploduje mi pęcherz.

Powoli siadam na łóżku. Nadawałoby się dla króla. Okazuje się dużo większe niż te, w których dotąd spałam. Materac wydaje się puszysty niczym chmurka, a obezwładniający zapach przylgnął na dobre do poduszek i pościeli.

Wszystko dookoła jest śnieżnobiałe, świeże i czyste. Tak bezosobowe, że wzięłabym to miejsce za pokój hotelowy, gdyby tylko w zasięgu wzroku znajdowała się jakaś łazienka.

Nadstawiam uszu, ale wokół panuje cisza, zakłócana jedynie szumem wiatraka. Atak paniki nieco odpuszcza, gdy orientuję się, że jestem ubrana – nadal w te same, koszmarne ejtisowe ciuchy. To było zeszłej nocy, prawda?

Kiedy tak zastanawiam się, co zrobić, z oddali dobiega odgłos kroków. Miarowy i przesadnie donośny. Wstrzymuję oddech, gdy gałka w drzwiach się obraca.

O cholera.

O cholera.

O kurwa.

W co ja się wpakowałam?

Na jego widok zaczynam kojarzyć. Bar, taniec, alkohol, wyjście na zewnątrz w poszukiwaniu Melody, spotkanie z nim. Pamiętam, że rozmawialiśmy, że na niego patrzyłam, a potem już nic. Urwał mi się film.

Nosi to samo ubranie, w którym widziałam go ostatnio, najwyraźniej nadal się nie przebrał. A może ma wyłącznie czarne garnitury?

Waha się na widok mnie, siedzącej na łóżku. Pewnie myślał, że jeszcze śpię. Chwyta za gałkę, ale chwilę później ją puszcza i podchodzi bliżej. Instynktownie zasłaniam się kołdrą, choć jestem ubrana. Ten akt obronny wstrzymuje go po raz drugi. Przystaje i patrzy na mnie bez słowa.

Nie wiem, co robić, co powiedzieć, jak powinnam się czuć ani nawet co, do cholery, myśleć, więc tylko się gapię.

Po chwili kącik jego ust się unosi, ukazując dołeczek.

– Ocknęłaś się.

– Owszem.

Uch. Mój głos brzmi jak drapanie o papier ścierny, a gardło mam zdarte do żywego.

– Martwiłem się – mówi. – Straciłaś przytomność.

– Gdzie jesteśmy?

– U mnie.

U niego. O Boże…

– Jak się tu…

– Ktoś cię odurzył. Narkotykami.

Zamieram na dźwięk tych słów i gapię się na niego. Odurzona? Ktoś dał mi dragi?

Panika znowu we mnie wzbiera. Czuję, jak wściekle ściska i pali mi gardło.

– Ty mnie odurzyłeś?

Jego nastrój gwałtownie się zmienia. Znika rozbawienie. Zaciskają mu się szczęki, zwężają oczy i falują nozdrza, kiedy przygląda mi się z mrożącym krew w żyłach gniewem.

– Nic ci nie zrobiłem.

– Ja… eee… nie miałam na myśli… – Przyciągam do siebie kolana. Najchętniej zaszyłabym się w głębi siebie, byle uciec od tego tonu. – Nie wiedziałam…

– Zataczałaś się i nie mogłaś ustać na nogach, gdy na ciebie wpadłem – tłumaczy. – Miałaś płytki oddech, nieobecny wzrok, wszystko leciało ci z rąk. Straciłaś przytomność na chodniku, miałaś słabe tętno. Ktoś ci czegoś dosypał do drinka. Było to po tobie widać gołym okiem, skarbie.

„Skarbie”, wymsknęło mu się z nonszalancją, ale nie odnalazłam w tym słowie zbyt wiele ciepła. Chłód w jego głosie wywołuje ciarki. Już samą swoją obecnością ten mężczyzna przyprawia mnie o zawroty głowy.

– Więc, ehm, widząc, że jestem nieprzytomna, wziąłeś mnie do siebie? – pytam z niedowierzaniem.

– A co miałem zrobić? – Wzrusza ramionami. – Zabrać cię do szpitala, a może na komisariat po tym, jak piłaś… choć nie masz wystarczająco dużo lat?

– Mogłeś zabrać mnie do domu.

– Owszem… Gdybym tylko wiedział, gdzie mieszkasz. Byłaś sama, a w twoim dokumencie widnieje skrytka pocztowa z innego stanu. Raczej nie dałbym rady podrzucić cię na pocztę w Syracuse?

– Fakt. – Kiwam głową.

Nigdy nie zmieniłam adresu. Wyniosłam się z Syracuse tuż po skończeniu szesnastu lat.

– A więc przyjechaliśmy tutaj, bo w żadnym razie nie mogłem zostawić cię na ulicy.

Wpatruję się w niego i zaczyna do mnie docierać…

Pomijając fakt, że znajduję się w obcym łóżku, w domu nieznajomego, i że nie pamiętam, jak się tu dostałam, doznaję dziwnej ulgi. Jeśli to, co mówi, jest prawdą, mam przed sobą wybawcę… rycerza w lśniącej zbroi. Choć sama nie kupuję bycia damą w opresji.

– Dziękuję. Nazywam się, eee… Karissa.

Znał moje imię, ale doszłam do wniosku, że wypada oficjalnie się przedstawić. Może poczuję się ciut mniej koszmarnie, kiedy nie będzie już tak całkiem obcy.

– A ja Ignazio.

Dziwię się na dźwięk tak rzadkiego imienia, a on, widząc moją minę, uśmiecha się, a nawet parska krótkim śmiechem.

– Możesz mi mówić Naz, jeśli wolisz.

– Naz. – To imię dziwnie brzmi w moich ustach. – Nigdy nie spotkałam żadnego Naza.

– Lubię myśleć, że jestem jedyny w swoim rodzaju.

Wpatruje się we mnie, a ja znowu nie wiem, jak zareagować. Czuję się jak kretynka, gdy siedzę taka owinięta w pościel przesiąkniętą męskim zapachem. Wyobrażam sobie, że tak pachniałaby jego skóra, gdybym zbliżyła się do niego na tyle, by to poczuć.

Serce już mi tak nie łomocze, a niepokój opadł, ale głowa konkretnie mnie napieprza. No i naprawdę muszę się wysikać.

– Czy, eee… – Czuję, że się rumienię. – Mogłabym skorzystać z twojej łazienki?

Kiwa potakująco głową i wskazuje dłonią w stronę wyjścia z pokoju.

– Jest na końcu korytarza, ostatnie drzwi po lewej.

Z trudem wygrzebuję się z łóżka. Chryste, jak długo byłam nieprzytomna? Kryjąc twarz, na chwiejnych nogach przemykam obok Naza i idę na koniec korytarza. Łazienka jest gigantyczna, wszystko utrzymane w bieli, tak jak w sypialni, stopy chłodzi marmurowa posadzka. Zapalone światło razi mnie w oczy, a ja zezuję, próbując przystosować się do tej jasności. Po załatwieniu swoich spraw wsuwam dłonie pod kran i… jęczę z niedowierzaniem na widok odbicia w lustrze.

Wyglądam jak śmierć.

Oczy przekrwione, makijaż rozmazany niczym wielka plama koloru. Włosy splątane na czubku głowy jak ptasie gniazdo. No i nadal mam na sobie ten przeklęty spandex.

Zdegustowana, próbuję doprowadzić się do porządku. Myję twarz, przeczesuję palcami włosy, ale niewiele udaje mi się zdziałać. W końcu poddaję się i wracam nieśpiesznym krokiem do pokoju, bo wiedząc, jak wyglądam, nie bardzo mam na to ochotę.

Naz stoi w progu, wyluzowany, z rękami w kieszeniach. Zdaje się, że obecność nieznajomej dziewczyny w sypialni ani trochę mu nie przeszkadza. Czy cokolwiek zdołałoby wytrącić go z równowagi?

Obraca się w moją stronę, łapiąc znów kontakt wzrokowy, a ja zatrzymuję się na korytarzu.

– Zwykle tak nie wyglądam – mówię, wskazując na siebie. Czuję, że powinnam jakoś się wytłumaczyć ze swojego katastrofalnego wizerunku.

Znowu się uśmiecha. Ma ładny uśmiech – ciepły, ale nie nazbyt przyjazny. Szczery, niewymuszony. Prawdziwy. Niewiele wiem o tym człowieku, lecz nie wygląda mi na kogoś, kto robiłby cokolwiek bez potrzeby.

– Domyśliłem się – odpowiada, skanując mnie wzrokiem, przez co ponownie się rumienię. – Eighties night?

– Tia.

Przyglądam mu się uważnie i próbuję zgadnąć, ile ma lat. Uśmiechając się, mruży oczy, ale nie dostrzegam zbyt wielu zmarszczek.

– A ty dobrze pamiętasz lata osiemdziesiąte? – Próbuję go podejść.

– Dość dobrze.

– W jakim byłeś wtedy wieku?

To chyba bardziej eleganckie niż zapytanie o metrykę wprost, co nie?

Widzę na jego twarzy rozbawienie. Przejrzał mnie.

– A jak myślisz?

Waham się.

– Nastoletnim?

– Blisko.

Ale wtopa. Uch.

– Znaczy się byłeś już pełnoletni? Starszy?

– Młodszy.

Uff.

– Czyli masz około – staram się na szybko policzyć jego wiek, ale moje myśli spowija gęsta mgła – czterdziestki?

Jezu, czterdziestolatek.

– Niedługo skończę trzydzieści siedem lat.

A zatem trzydzieści sześć. Facet jest osiemnaście lat starszy ode mnie.

Ugh, osiemnaście!

Dwa razy starszy.

– Dzięki, Naz – odpowiadam cichutko.

Co za niezręczna sytuacja. Dojrzały mężczyzna. A ja? Pewnie jestem dla niego głupiutkim, nieporadnym dzieckiem.

– Naprawdę, doceniam.

Kiwa głową prawie niezauważalnie.

Odrywam od niego wzrok, by rozejrzeć się w poszukiwaniu swoich rzeczy, ale nigdzie ich nie dostrzegam. Pokój jest teraz znacznie jaśniejszy, wszystko zalewa miękki blask. Godzina musi być wczesna, ale Melody na pewno już się zorientowała, że mnie nie ma.

– Wiesz może, gdzie znajdę swój telefon? – pytam. Przytakuje, wyciągając go z kieszeni.

– Zdaje się, że często go gubisz.

– Na to wygląda – mruczę, sięgając po komórkę. – Skąd wiedziałeś, że to mój?

– Miałaś go ze sobą.

– Nie, wcześniej. W sali profesora Santino.

– Ach… Słyszałem, jak o niego pytałaś.

– Serio?

– Tak. Stojąc na korytarzu, powiedziałaś: „Mój telefon”.

Przyglądam mu się z niedowierzaniem, przebiegając kciukiem po pęknięciu wzdłuż wyświetlacza. Cholernie liczę na to, że komórka nadal działa, bo nie mam kasy na nową. Ledwo starcza mi na pieprzony czynsz.

– Masz świetny słuch.

– Owszem – potwierdza i rusza w moim kierunku. Nieruchomieję, kiedy przechodzi obok. Ociera się o mnie ramieniem, a znajomy zapach wody kolońskiej przylega do mojego ubrania tak samo jak do pościeli, w której śpi.

– Niewiele mnie omija, Karisso.

Obserwuję, jak dociera do końca korytarza i schodzi po schodach. Próbuję włączyć telefon, ale padł. Widać wyłącznie czarny ekran.

Nie mam wyboru, muszę iść za Nazem.

To dwupiętrowy dom. Duży i w znacznej mierze pusty. W pełni umeblowany, ale pozbawiony dekoracji. Mijając kolejne drzwi, zaglądam do pokoi. W salonie zauważam swoje buty, które od razu zakładam. Teraz muszę tylko znaleźć dowód.

– Proszę – mówi Naz, podnosząc go ze stolika, jakby czytał mi w myślach. – Zdaje się, że nie miałaś ze sobą nic więcej.

– Właśnie tak. Ja… uch… powinnam już iść.

Kieruję się w stronę drzwi. Naz chrząka znacząco.

– Podwieźć cię?

Przystaję zdezorientowana.

– Po… podwieźć?

Dopiero zdaję sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem.

– Tak, do miasta.

Jezu, więc znalazłam się poza Manhattanem?

– Uch, jasne, pewnie. Dobra.

Chwilę później dowiaduję się, że jesteśmy na Brooklynie, w bananowej dzielnicy na południowym zachodzie miasta. Miejscówka Naza okazuje się większa niż okoliczne domy. Ciekawe, czym zajmuje się ten facet, że może pozwolić sobie na taką chatę. Choć w sumie wolę nie wiedzieć. Czuję się wystarczająco dziwnie z księciem z bajki u boku, a co dopiero, gdyby miał się okazać dziedzicem prawdziwej fortuny.

Lśniący czarny mercedes zaparkowany na podjeździe zanosi się raźnym warkotem, gdy Naz wciska guzik przy kluczykach. Świetnie pasuje mu ten samochód. Tak jak on jest imponujący. Po prostu wspaniały. Siedząc w fotelu pasażera, czuję się jeszcze mniejsza. Podczas jazdy w ogóle się nie odzywam.

– Pewnie jesteś głodna? – pyta, podjeżdżając pod Starbucksa i nie zostawiając mi czasu na odpowiedź. – Na co masz ochotę?

Nie odpowiadam, ale mój żołądek mówi sam za siebie. Burczenie brzmi jak warkot silnika, musiał je usłyszeć.

– Na cokolwiek.

Unosi brew.

– Co powiesz na wielkie nic?

– Dołóż do tego małe coś. Coś… czekoladowego.

Śmieje się głośno i opuszcza szybę, żeby złożyć zamówienie. Po chwili dostajemy dwie kawy z bitą śmietaną i dużą ilością cukru, a do tego czekoladową muffinkę. Dziękuję mu, ale wzrusza ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.

– Więc dokąd mam cię zabrać? – pyta, włączając się z powrotem do ruchu.

– Uniwersytet Nowojorski. Mieszkam w akademiku – wyjaśniam.

Przed nami jakieś dwadzieścia minut jazdy. Wgryzam się w muffinkę i sączę kawę. Staram się zająć czymś myśli. Czymkolwiek, byle nie sytuacją, w którą się właśnie władowałam.

Kiedy dojeżdżamy, czuję się już całkiem maleńka i nic nieznacząca. Jak sumka zebrana na pomoc biednej dzielnicy.

Zajeżdżamy pod garaże niedaleko mojego lokum.

– Jeszcze raz dziękuję – mówię nerwowo, rozpinając pasy i sięgając do klamki. – Naprawdę.

Teraz to ja nie daję mu czasu na odpowiedź. Sytuacja jest wystarczająco niezręczna. Nie trzeba mi wymuszonych uprzejmości. Wysiadam, ściskając kubek z kawą, i zatrzaskuję drzwi. Robię kilka kroków, ale słyszę za sobą opuszczającą się szybę i ten głos…

– Karisso.

Zerkam przez ramię, zastanawiając się, czemu nie odpuszcza. Zatyka mnie na widok różowego przedmiotu, który trzyma w dłoni.

To mój telefon.

Serio?

Wzdycham i cofam się, żeby sięgnąć po niego przez okno. Chcę go zabrać, ale Naz przytrzymuje mój nadgarstek. Niezbyt mocno, jednak nie pozwala mi to na żaden ruch. Skórę ma ciepłą i nieco szorstką.

– Posłuchasz mojej rady? Uważaj, komu ufasz. Nie zawsze trafisz na kogoś, kto cię ocali.

– Ja, uch…

Jego słowa wywołują we mnie dreszcze. Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć.

– Dobra – mamroczę w końcu.

Puszcza moją rękę i zmienia bieg, by wycofać samochód. Odchodzę kilka kroków.

– Zadzwoń do mnie kiedyś – mówi. – Fajnie byłoby zobaczyć, jak wyglądasz bez tych ciuchów.

***

„Karisso, tu mama… Przepraszam, że nie odebrałam…”, „Młoda, oddzwoń, kiedy będziesz mogła!”, „Minęło już kilka godzin, a ja wciąż nie mam wieści od ciebie, kochana. Mam nadzieję, że wszystko gra. Zadzwoń proszę”, „Karisso, zaczynam się martwić… oddzwoń”, „Przysięgam na Boga, Karisso Mario, jeśli nie oddzwonisz do mnie w tej chwili…”, „Sama tego chciałaś. Masz przerąbane. Na zawsze”.

Wzdycham, wyłączam pocztę głosową i gapię się na ekran telefonu. Na szczęście po naładowaniu nadal działa. Wrócił do życia i poinformował o skromnej liczbie trzydziestu dwóch nieodebranych połączeń – kilku od Melody pytającej, gdzie się podziewam, ale głównie od mamy. Na przestrzeni paru godzin przeszła od pełnych troski pytań do gróźb. Aż dziw, że nie wezwała policji, by powiadomić o moim zaginięciu.

Choć po namyśle… pewnie wezwała.

Gdyby przyznawano nagrodę dla nadopiekuńczej matki roku, Carrie Reed wygrałaby w przedbiegach. Przez osiemnaście lat trzymała mnie pod kluczem, a ilekroć znikałam jej z oczu, wpadała w czarną rozpacz. Byłam jak paczuszka owinięta szczelnie folią bąbelkową z wypisanym na czole: „Ostrożnie! Nie rzucać, szkło!”.

Przeprowadzałyśmy się tyle razy, że nie dawałam rady utrzymać jakichkolwiek przyjaźni. Wiecznie pędziła za czymś nowym – nowym miastem, nowym hobby, nowymi ludźmi… Kiedy ja chciałam jedynie mieć miejsce, które mogłabym wreszcie nazwać domem.

Choć tyle migrowałyśmy, choć praktycznie co roku trzeba było zaczynać od nowa, choć w wielu miejscach musiałam korzystać z indywidualnego toku nauczania, moje papiery, w połączeniu z wynikami matury, pozwoliły mi dostać się na listę rezerwową Uniwersytetu Nowojorskiego. Myślałam: „Pozamiatane” i właściwie się poddałam, ale w ostatniej chwili zwolniło się miejsce i zostałam przyjęta.

Popłakała się, gdy jej o tym powiedziałam. Myślałam, że się ucieszy, ale szlochała i błagała, żebym przemyślała tę przeprowadzkę. Tłumaczyłam jej, że muszę iść za głosem serca, podążać za marzeniami. W końcu odpuściła, ale nigdy tak naprawę nie zaakceptowała mojego odejścia.

Kompleks porzuconej.

Mój ojciec opuścił ją, kiedy była w ciąży. Sądzę, że to ją zmieniło. Mgliście pamiętam jedną fotografię – cień wąsatej twarzy, wyblakły fotos z polaroidu podpisany „John”. Nic dla mnie nie znaczył. Nie sposób tęsknić za nieznajomym, opłakiwać kogoś, kogo się nie znało. Jednak dla niej była to wielka strata. Wiem, bo słyszałam, jak za nim płacze, jak szepcze do niego, siedząc w sypialni. Zupełnie jakby mógł ją usłyszeć. Nie mogła go mieć, a pustkę w sercu rekompensowała sobie mną.

Leżę. Nie mam siły ruszyć choćby palcem. Pościel pachnie płynem do prania, ale ja wciąż czuję na sobie tamten zapach. Wniknął w moje ubrania, gdy spałam w jego łóżku. To jeden z powodów, czemu nadal nie wylądowałam pod prysznicem ani nie zmieniłam ciuchów… Poza tym nie jestem w stanie funkcjonować. Wiadomości od mamy już rozpływają się w mojej pamięci, za to słowa Naza odtwarzają się raz za razem jak zacięta płyta: „Fajnie byłoby zobaczyć, jak wyglądasz bez tych ciuchów”.

Cholera… czy to miało znaczyć… goła?!

Tak mnie zatkało, że znowu upuściłam telefon. Oczywiście, brawo ja.

Próbując zebrać myśli, przewijam listę kontaktów. Muszę zadzwonić do mamy, zanim naprawdę wezwie policję. Docieram do pozycji „mama”, ale waham się chwilę, a wtedy mój wzrok pada na kolejny kontakt. „Naz”.

Gapię się na niego. Naz musiał wczoraj wpisać swój numer. Nie pamiętam tego, ale trudno się dziwić, zważywszy, że mało co pamiętam z zeszłej nocy. Wcześniej, co prawda, przemknęło mi przez głowę pytanie, jak niby mam do niego zadzwonić, ale zbyłam je wzruszeniem ramion. Teraz za to coś się we mnie gotuje – niepokój pomieszany z ekscytacją. Motyle w brzuchu. Chcę krzyczeć, piszczeć, rzygać. Dotąd był to niewinny flirt, ale teraz… Jezu, naprawdę mogę do niego zadzwonić.

O Boże… Nie mogę. Nie mogę do niego zadzwonić.

A może jednak?

Zatopiona w tej wewnętrznej debacie próbuję zracjonalizować targające mną emocje. Wtem telefon zaczyna dzwonić i napis „mama” pojawia się na ekranie. Odbieram.

– Cześć, mamo. Właśnie miałam do ciebie zdzwonić

– Karissa?! Gdzieś ty się podziewała?! Martwiłam się!

– Przepraszam, ja… uch… – „Poszłam się nachlać i naćpać, i obudziłam się w łóżku nieznajomego z potwornym kacem. Wiesz, zrobiłam wszystkie te rzeczy, przed którymi przestrzegałaś mnie w kontekście przeprowadzki do Nowego Jorku, a ja zapewniałam, że zdarzają się tylko na filmach”. – Upuściłam wczoraj telefon i się rozwalił. Właśnie udało mi się go naprawić.

To akurat prawda.

– Myślałam, że coś ci się stało!

– Wszystko gra, mamo. Rozmawiałyśmy przecież przedwczoraj… albo dwa dni temu. Nic mi nie jest.

Mama wydaje z siebie długie westchnienie i przestaje się miotać, choć czuję, że wcale się nie uspokoiła. Zmieniam temat i pytam, jak jej idzie z nową kwiaciarnią, którą otworzyła w Watertown. Tam mieszkałyśmy najdłużej i tam właśnie poczułam się wreszcie jak w domu. Przeniosłyśmy się z Syracuse tuż po tym, jak skończyłam szesnaście lat i zrobiłam prawko. Jeszcze się stamtąd nie wyniosła.

Jeszcze.

Trajkocze coś o tym, jak to nadchodzi wiosna i kwiaty wkrótce będą w rozkwicie. Staram się uważnie słuchać, ale jej słowa zlewają się w jeden wielki szum. Po kilku minutach moich potakujących pomruków otwierają się drzwi, a w progu pojawia się Melody. Staje jak wryta na mój widok i szeroko otwiera oczy. Widzę miliony pytań wypisanych na jej twarzy i wiem, że przerwie nam za jakieś dwadzieścia sekund.

– Mamo, muszę kończyć. – Wolę, żeby nie była na linii, kiedy to się zacznie. – Zadzwonię później, dobra?

– Dobrze – mówi mama, chociaż zwleka z pożegnaniem. – Kocham cię, Karisso.

– Ja ciebie też.

Rozłączam się. Mój palec wciąż tkwi na telefonie, gdy padają gromy i wybucha ogień pytań: „Co się z tobą działo?”, „Dokąd poszłaś?”, „Gdzie byłaś?”, „Czemu nie zadzwoniłaś?”, „Dlaczego, do diabła, nadal masz na sobie te łachy?”.

Wywracam oczami. W głowie ciągle mi pulsuje, choć zażyłam już garść proszków. Miewałam kaca, ale to było coś nowego. Z tego naprawdę niełatwo się otrząsnąć.

– Ty pierwsza – mówię. – Co się z tobą stało w Timbers?

– Spotkałam takiego jednego. Twoja kolej. Melody wpatruje się we mnie w oczekiwaniu, a ja próbuję zebrać myśli i zdecydować, jaką wersję jej przedstawić.

– Ja też. Spotkałam takiego jednego.

W jej oczach maluje się wielkie zdziwienie.

– Serio? Kogo?

– Nikogo specjalnego – mówię, nie wierząc, że taki opis w ogóle przeszedł mi przez usta. On zdecydowanie był specjalny. – Więc zniknęłaś z tym dupkiem w stroju pilota czy co?

Przez chwilę przygląda mi się w milczeniu, jakby rozważała, czy naciskać dalej, ale dzięki Bogu odpuszcza

. – Tia, nazywa się Pat albo Pete… Jakoś tak w każdym razie. Nie pamiętam. A może Parker? Gziliśmy się trochę, a potem odlecieliśmy.

– No ja też odleciałam, tylko bez obmacywania.

– Więc poszłaś z typem do domu i… odpadłaś?

– Coś w tym stylu.

Zaśmiałam się lekko, wstałam i spróbowałam się rozciągnąć. Przy okazji podpięłam telefon do ładowarki.

– To dopiero materiał na żenującą pobudkę. Opowiedz o tym… jak mu tam… Pacie-Pecie-a-może-Parkerze.

Udaje mi się zmienić temat, a ona opowiada o kolesiu. Zbieram ciuchy, żeby wziąć wreszcie prysznic. Nie wspominam o kontakcie do Naza. Miałaby jeszcze więcej pytań, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć.

– Uch, mam totalnego kaca – mówi w końcu. – A ty jak się czujesz?

– Jak zwłoki – odpowiadam. – Ktoś musiał coś dosypać do jednego z drinków… Może rohypnolu… Nie wiem. Ciągle kręci mi się we łbie.

Patrzy na mnie przerażona.

– To straszne. Jesteś pewna?

– Raczej tak – mówię z wahaniem. – Myślę, że do tego ostatniego. Tego, który dostałaś od tego-jak-mu-tam.

– No coś ty! To gentleman. Musiał to zrobić ktoś inny.

– Taa – mamroczę. – Możliwe. Ale lepiej uważaj. No wiesz, na wszelki wypadek.

Rozdział 3

– Na pewno nie dasz rady? – pyta Melody, po dziecięcemu wykrzywiając usta w podkówkę.

Siedzi naprzeciwko mnie, wszystkie ciuchy wywalone dookoła, tyle że tym razem celowo, a przed nią leży pusta walizka.

– Na pewno. Wpadłabym, gdybym tylko mogła, ale nie dam rady.

– Jeśli chodzi o kasę, to mogę…

Nie pozwalam jej skończyć. Mrużę złowrogo oczy, co ucina temat.

– Nie mogę.

Patrzy na mnie z żalem pomieszanym ze współczuciem. Jest niedziela. Od jutra mamy posesyjną labę. Przez tydzień nie będzie żadnych zmartwień. Melody wybiera się do Aruby razem z kumpelami z liceum. Widziałam kiedyś te dziewczyny, ale żadnej z nich nie rozpoznałabym na ulicy. Z całej paczki jedynie Melody została na studia w Nowym Jorku.

Więc gdy ona będzie celebrować wolność, zażywając kąpieli słonecznych, ja zostanę tu sama. Owszem, problem stanowi kasa. Nie mogłabym sobie pozwolić na jej styl życia, choć wciąż nalega, żebym z nią pojechała. Jestem wdzięczna, kiedy stawia kolację albo wyciąga mnie na miasto, ale wczasy na Karaibach byłyby grubą przesadą. Istnieje granica pomiędzy przyjmowaniem pomocy a byciem obiektem charytatywnych działań, a w ostatni weekend zdążyłam już niebezpiecznie się do niej zbliżyć.

Ale chodzi o coś jeszcze. Zwyczajnie nie mogę.

– Mówiłam ci, nie mam paszportu.

– A ja mówiłam, że w takim razie spokojnie możemy polecieć na Florydę.

– Na co odpowiedziałam, że nie pozwolę, żebyś przeze mnie zmieniała swoje plany. Leć i baw się dobrze. Poświruję na miejscu, pożebrzę w okolicy, może wpadnie kilka groszy…

Śmieje się i zaczyna wrzucać ubrania do walizki.

– Nie chcesz odwiedzić mamy?

– Nie, wpadnę do niej za kilka tygodni na Wielkanoc.

Koniec pakowania. Melody upchnęła w walizce więcej ciuchów, niż ja w ogóle posiadam. W końcu pada koło mnie na łóżko i rzuca mi się na szyję z teatralnym westchnieniem: „Będę za tobą bardzo tęsknić, Całuśnico, nie baw się za dobrze beze mnie”.

Rozbraja mnie ta ksywa. Podsłuchała kiedyś, jak mama żegnała się ze mną w ten sposób, i tak już zostało.

– Spróbuję, choć nie będzie łatwo. Wiesz, tyle się dzieje w pustych korytarzach, wymarłych salkach i zamkniętych bibliotekach…

– Brzmi wprost niebiańsko. Aż żal, że nie zostaję.

– Noo, totalnie. Ominie cię cały ten szał…

Melody odciska na moim policzku niezdarnego buziaka i zrywa się, by w ostatniej chwili wepchać do walizki jeszcze kilka bambetli. Kończy dosłownie w momencie, gdy dzwoni jej telefon, a głos w słuchawce informuje, że na dole czeka samochód gotowy zabrać ją na lotnisko.

– Będę do ciebie dzwonić. Codziennie. Co godzinę!

– Błagam, nie – odpowiadam stanowczo. – Wystarczy, że mama to robi.

Chichocze, ciągnąc za sobą walizę do wyjścia. Prawdę mówiąc, nie spodziewam się od niej ani jednego telefonu.

Kiedy zamykają się za nią drzwi, rzucam książkę na bok i kładę się na łóżku. Cały tydzień… Siedem dni pustki. Melody nie ma ledwie minutę, a ja już jestem śmiertelnie znudzona.

Sprzątam, czytam, znowu sprzątam. Czytam jeszcze trochę, po czym zaczyna ssać mnie w żołądku. Łapię paczkę z zupką chińską i udaję się do małej kuchni, którą dzielimy z innymi studentami. Budynek jest niemal w całości opustoszały, pomijając kilka osób, które zostały tak jak ja. Napełniam garnek wodą i stawiam go na gazie. Czekając, aż woda się zagotuje, wyciągam telefon, żeby zadzwonić do mamy.

Nikt nie odpowiada.

Wzdycham i zostawiam krótką wiadomość. Jak na osobę, która wariuje, ilekroć nie odbiorę, dość często odsyła mnie do automatycznej sekretarki. Rozłączam się, a potem na dłuższą chwilę wbijam wzrok w imię znajdujące się tuż pod nią na liście kontaktów.

Naz.

Mogłabym do niego zadzwonić. W końcu sam dał mi numer i nawet poprosił, żebym to zrobiła. Nie wspominałby o tym, gdyby tego nie chciał, prawda? Ale co miałabym mu powiedzieć? „Cześć, pamiętasz mnie? Tę dziewczynę, którą zeskrobałeś z chodnika, pijaną w sztok, na pełnej nieświadomce? Wiesz, tę, którą czułeś się w obowiązku przenocować, bo nie wiedziałeś, gdzie mieszka? Tak, tę, której następnego dnia musiałeś kupić śniadanie, a ona nawet nie zaproponowała, że za siebie zapłaci, bo nie miała grosza przy duszy. Pamiętasz ją? Och, przykro mi, że zachowałeś to wspomnienie”.

Jęczę, zerkając w stronę rondla. Widać tylko kilka pojedynczych banieczek. Niech lepiej ta woda się pośpieszy.

Znowu patrzę na telefon, na jego imię. Byłoby niegrzecznie nigdy nie oddzwonić, prawda? W końcu mi pomógł.

Raz jeszcze łypię na garnek. Woda nadal nie wrze. Niech to szlag.

Tymczasem mój palec sam wciska symbol słuchawki. Robię to bez zastanowienia, bo inaczej na pewno bym zrezygnowała.

Przykładam telefon do ucha i nasłuchuję. Pierwszy sygnał jest jakoś przesadnie głośny, odbija się echem po całym moim ciele, skręca wszystkie wnętrzności. Robi mi się niedobrze. Czuję, że muszę usiąść. Rozglądam się po kuchni, ale krzesło, które zwykle tu stało, zniknęło.

Cholerni złodzieje.

Jestem roztrzęsiona, zdenerwowana i… gotowa się rozłączyć, kiedy na linii rozlega się kliknięcie przerywające sygnał w połowie brzmienia. Trwającą w nieskończoność ciszę przełamuje w końcu jego głos:

– Halo?

O Boże, o Boże, o Boże… Co ja sobie myślałam?!

– Uch, cześć… tu, um…

– Karissa.

W jego ustach moje imię, wypowiedziane tym niskim, zachrypniętym głosem, brzmi jak anielski śpiew. Mam ochotę poprosić, żeby je powtórzył. Jeszcze raz. I jeszcze…

– Więc mnie pamiętasz.

– Pamiętam. Jak się masz?

– Lepiej. – Znacznie lepiej, odkąd widział mnie ostatnio. – Chciałam tylko, no wiesz, podziękować.

– Cieszę się, że dzwonisz. Myślałem, że może znowu zgubiłaś telefon.

– Nie, mam go. Póki co!

Śmieje się, czym gasi nieco mój niepokój i sprawia, że sama się uśmiecham.

– To dobrze.

– Więc, jak powiedziałam, chciałam ci podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłeś… Wiesz, tam, w klubie, potem ta podwózka, mój telefon. Doceniam, naprawdę. Nie zdołam ci się wypłacić.

– Ależ zdołasz.

Na moment aż mnie zatyka.

– Doprawdy?

– Owszem.

– To ile jestem ci winna? Bo wiesz… Nie mam za dużo kasy.

Znowu się śmieje, tym razem nieco głośniej.

– Nie chcę twoich pieniędzy, Karisso. Mam własnych pod dostatkiem.

– A więc czego chcesz?

– Ciebie.

Wypowiada to pojedyncze słowo tak pewnie, że trudno mi przyjąć je do wiadomości. Przez chwilę gapię się bezmyślnie przed siebie. Mnie?

– Pozwól, że zabiorę cię na kolację. Wtedy uznam, że jesteśmy kwita.

– Nie… nie wiem, co powiedzieć.

– Powiedz, że będziesz gotowa za pół godziny.

– Teraz? – pytam z niedowierzaniem.

Chce mnie zabrać na kolację, i to teraz?

– A czemu nie? Najlepsza pora to zawsze chwila, która właśnie trwa.

Mogłabym wymyślić wiele lepszych okazji… Takich, w których nie siedzę ubrana w piżamkę ze Zrzędą z Ulicy Sezamkowej, we włochatych różowych kapciach, z włosami związanymi na czubku głowy w zmierzwioną kulkę.

– Sama nie wiem.

– Zrobimy tak. Za pół godziny podjadę pod bramę przy garażach, tam gdzie cię ostatnio wysadziłem. Jeśli będziesz, zabiorę cię, gdziekolwiek zechcesz. Jeśli nie, pojadę dalej.

Nim mam szansę odpowiedzieć, rozłącza się, a w mojej głowie rozbrzmiewa tylko urywany sygnał. Połączenie zakończone. Chwilkę stoję, wahając się i kontemplując, ale w końcu robię w tył zwrot, nie dając sobie szansy na przemyślenia. Wyłączam palnik pod wreszcie wrzącą wodą i pędzę do pokoju.

Mam tylko pół godziny.

Przedzieram się przez zawartość szafy, a ciuchy fruwają dookoła. Koszule spadają z wieszaków, pokonując najpierw drogę przez odbicie w lustrze. Przerzucam wszystko, co mam, i w pięć minut robię w mojej części szafy totalną demolkę. Bajzel Melody wygląda przy tym nader skromnie.

Postanawiam dokonać aneksji jej ubrań i biorę głęboki wdech przed daniem nura w niezmierzone zasoby. Te ciuchy są bardziej trendy, odsłaniają więcej… i zupełnie nie trafiają w mój styl. Z wieszaków przerzucam się na szuflady, przebieram się kilka razy, w końcu decyduję się na sweterkową czarną sukienkę z długim rękawem, wykopaną z samego dna szafy.

Nie ma czasu, by szukać dalej, zostało piętnaście minut. Rozpuszczam włosy i przeczesuję je palcami. Cały dzień spędziły ciasno upięte, więc teraz są pofalowane, ale nie zdążę ich wyprostować. Pociągam usta błyszczykiem, a rzęsy maskarą, ledwo starcza mi czasu na spryskanie się perfumami i wciągnięcie butów.

W napięciu patrzę na zegar. Czas już mi się skończył.

Wybiegam na korytarz, wpadam do windy, a potem sfruwam ze schodów na zewnątrz i cała zziajana docieram wreszcie do garaży. Zwalniam kroku i zatrzymuję się dopiero na widok czarnego mercedesa.

Robię się coraz lżejsza. Motylki w brzuchu zrywają się do lotu, jakby po raz pierwszy odkryły, po co im skrzydła. Kiedy ruszam w stronę auta, drzwi od strony kierowcy się otwierają i wysiada Naz. Ma na sobie kolejny czarny garnitur, tym razem z czerwonym krawatem przyciągającym wzrok do jego szerokiej piersi.

Podchodzi do drzwi pasażera i otwiera je dla mnie. A więc to, co piszą w bajkach, jest prawdą. Książę z bajki ma nienaganne maniery.

Uśmiecham się do niego, próbując trzymać fason. Biorę głęboki wdech, gdy obchodzi samochód i siada za kierownicą. Nieruchomieje na chwilę z ręką na skrzyni biegów, po czym zatrzymuje na mnie wzrok. Czuję, że płonę pod jego spojrzeniem, i przeklinam brak makijażu… Wiem, że nerwowość mam wypisaną na twarzy.

W jasnych, błękitnych oczach dostrzegam błysk satysfakcji. Bez słowa wycofuje wóz.

– Gdzie chcesz jechać? – pyta, włączając się do ruchu.

– Gdziekolwiek. Tam, gdzie ty.

– Brzmisz niepewnie.

– Owszem.

Moja odpowiedź go rozbraja.

– Po prostu nie mam preferencji – wyjaśniam. – Planowałam zjeść zupkę instant. Wszystko inne będzie o niebo lepsze.

– Czemu miałabyś jeść coś takiego?

– Tylko to zostało. Poza tym ramen z paczki nie jest taki zły. Kosztuje jakieś dwadzieścia centów. Można na nim przeżyć za dolara dziennie. Jego mina wyraźnie sugeruje, że nie podziela mojego entuzjazmu.

– Próbowałeś go kiedyś?

– Nie, przyznaję, że nie miałem przyjemności.

– Więc będę musiała ci zrobić.

Unosi brwi, zdziwiony.

– Trzymam za słowo, ale nie tym razem. Dzisiaj ja zapraszam. Kiedy indziej zaprosisz mnie na ten prima sort ramen.

Jestem potwornie zawstydzona… Czuję, jak palą mnie policzki. Co ze mną nie tak? Czemu bredzę o zupkach instant? Chciałabym zapaść się pod ziemię, rozpuścić na tym chłodnym, skórzanym siedzeniu i nigdy nie wychynąć na powierzchnię.

– Zapomnij. Zachowuję się jak idiotka.

– Wcale nie. Jesteś tylko zdenerwowana.

– Aż tak widać?

– Umiem patrzeć na ludzi. Mam to w pakiecie.

– Z czym?

– Z moją pracą.

– Jaka to praca?

– Trochę tego, trochę tamtego. Jestem freelancerem.

W ogóle nie odpowiedział na pytanie.

Moje zmieszanie musi być bardzo widoczne. A może naprawdę umie przejrzeć człowieka na wylot… W każdym razie postanawia wyjaśnić:

– Powiedzmy, że ktoś potrzebuje wykonania pewnego zadania… Powiedzmy, zwija część interesu i musi zwolnić kilka osób. Zdarza się, że woli się kimś wyręczyć, żeby samemu nie brudzić sobie rąk. Mieć czyste konto. Zatrudnia więc niezależnego kontrahenta, rzeczoznawcę, który ogarnie temat.

– A ty jesteś znawcą czego?

– Postępowania z ludźmi. Wynajdywania rzeczy. Od razu przypominam sobie sytuację w sali profesora Santino: „Wiem, po co przyszedłeś”.

– Co miałeś znaleźć u mojego profesora?

Na twarzy Naza odmalowuje się zdziwienie, które jednak szybko znika. Nie odpowiada, tylko kręci głową, przez chwilę koncentrując się na drodze.

– Nie wolno mi mówić o pracy.

Zrozumiałe.

Zabiera mnie do restauracji przy Central Parku. Jednej z tych, gdzie na rezerwację czeka się tygodniami. Nigdy tu nie byłam. Nawet na wysokie standardy Melody to miejsce jest zbyt wytworne. Naz parkuje. Wysiadam, rozglądając się nerwowo, bo czuję się zdecydowanie zbyt skromnie ubrana, mimo tej sukienki. Nieśmiało przebąkuję, że w życiu nie dostaniemy tu stolika, ale Naz prowadzi mnie do środka, mijając oczekujące pary.

Pojawia się szefowa sali.

– Mają państwo rezerwację?

– Nie.

– Przykro mi, niestety nie mamy wolnych stolików na dzisiejszy wieczór – odpowiada, wertując plan rezerwacji, jakby faktycznie sprawdzała. – Obawiam się, że miejsc brakuje do końca tygodnia.

– Zrób coś dla mnie – mówi do niej Naz. – Przekaż szefowi kuchni, że Vitale przesyła pozdrowienia.

Przez chwilę mam wrażenie, że kobieta odmówi, ale trudno się spierać z kimś tak pewnym siebie. Z niechęcią znika w kuchni. Nie mija minuta, jak wraca, trzymając dwie karty dań i prezentując nam sztuczny uśmiech.

– Zaszła pomyłka. Stolik czeka.

– Tak też myślałem – mówi Naz.

A potem dotyka moich pleców i delikatnie popycha w stronę przewodniczki. Idę posłusznie, nie chcąc prowokować większej sceny. Już i tak wszyscy gapią się na nas, jakbyśmy wnosili bomby.

Zajmuję krzesło, które opiekunka sali dla mnie odsuwa, a Naz siada naprzeciwko. Kiedy kobieta odchodzi, wlepiam w niego gały.

– Jak to zrobiłeś?

– Co?

– Jak zdobyłeś nam ten stolik?

– Dzwoniłem z wyprzedzeniem.

– Więc?

– Więc szef mnie kojarzył. Wisi mi przysługę. Pojawia się kelner z pytaniem, czego się napijemy.

– Wody – mamroczę, a Naz dodaje:

– I przynieś najlepszego szampana, jakiego macie. Kelner mierzy nas wzrokiem, a ja tylko czekam, aż poprosi mnie o dowód, ale nic takiego się nie dzieje. Ulatnia się, żeby spełnić prośbę Naza. Fascynujące, jak ludzie na niego reagują. I równie alarmujące. Czy cokolwiek mogłoby stanąć na jego drodze?

– Jak to zrobiłeś? Pytam poważnie.

– Przecież ci wyjaśniłem.

– Kiedy dzwoniłeś? Nie zauważyłam.

– Zanim cię odebrałem.

Kręcę głową z niedowierzaniem.

– Przecież nie wiedziałeś, dokąd będę chciała pojechać.

– Czyżby? – unosi pytająco brwi. – Mówiłem ci, Karisso. Czytam z ludzi jak z otwartej księgi. Masz skłonność do podążania z prądem, gdziekolwiek poniesie cię fala. Wybrałem po prostu fajne miejsce, w którym będziesz mogła zacumować.

Jestem zdumiona. Tymczasem Naz, w pełni zrelaksowany, rozpiera się na krześle i zaczyna studiować menu. Właściwie nic o nim nie wiem, tymczasem on zdaje się znać mnie lepiej niż ktokolwiek do tej pory, przewidując, co zrobię, zanim ja sama będę to wiedzieć.