Bękarty Polski - Marek Łuszczyna - ebook + audiobook + książka

Bękarty Polski ebook

Marek Łuszczyna

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

ZEMSTA, KTÓRA WYPRZEDZIŁA PROCESY NORYMBERSKIE

Kiedy skończyła się wojna, jedynym, czego pragnął Tadeusz Jasiński, była zemsta. Jako ocalały z Holocaustu chciał wziąć odwet na tych, którzy zgotowali piekło jego pobratymcom. Wstąpił do Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku, choć nie był i nie zamierzał zostać komunistą.

W podaniu napisał wprost: „Krew za krew”.

Także inni młodzi Żydzi, którzy przetrwali Zagładę, zamiast czekać na Norymbergę, ruszyli tropem swoich oprawców. Ścigali esesmanów, kolaborantów, volksdeutschów. Nie pytali o procedury – wierzyli, że tylko śmiercią można odpłacić za śmierć.

GDY KOŃCZĄ SIĘ WOJNY NIE KOŃCZY SIĘ NIENAWIŚĆ

Marek Łuszczyna wydobywa z zapomnienia najmroczniejszy rozdział powojennej Polski: pełen moralnego chaosu czas, gdy ofiary stawały się sędziami i katami, a sprawiedliwość miała twarz zemsty. W tym fabularyzowanym reportażu opartym na faktach, wspomnieniach Tuwii Friedmana – „łowcy nazistów” – oraz archiwalnych materiałach źródłowych, autor odważnie wraca do wydarzeń, które wciąż są tematem tabu i do dziś wzbudzają emocje.

Książka o tych, dla których wojna nie skończyła się w 1945 r.

NOTKA O AUTORZE:

Marek Łuszczyna

Dziennikarz, reporter i pisarz, specjalista od trudnych i kontrowersyjnych tematów z polskiej historii. Autor takich książek, jak: „Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię”, „Nocni Myśliwi”, czy „Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy”. Nominowany do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej. Był także finalistą nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Współpracował z wieloma miesięcznikami, pisał dla „Dużego Formatu”, „Press”, „Bluszcz” i „Chimera”. Jako reporter współpracował z „Trójką” i „Życiem Warszawy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 256

Data ważności licencji: 2/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Marek Łuszczyna

Projekt okładki

Magda Kuc

Konsultacja merytoryczna

prof. dr hab. Łukasz Tomasz Sroka

Redaktorka inicjująca

Bogna Rosińska

Redaktorka prowadząca

Aleksandra Grząba

Redakcja

Waldemar Kumór, Paweł Goźliński

Adiustacja

Małgorzata Nowak | Book Flow

Korekta

Małgorzata Sikora-Tarnowska, Joanna Wiśniewska

Opieka produkcyjna

Maria Król, Karolina Korbut

ISBN 978-83-8427-219-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Moja jest odpłata i kara, w dniu, gdy noga się ich potknie.

Nadchodzi bowiem dzień klęski, los ich gotowy, już blisko.

Pwt 32,35 (cyt. za Biblią Tysiąclecia)

Jeżeli szuka się kary, to czegóż gorszego można jeszcze szukać.

Seneka, Trojanki

Rozdział I

Noc Walpurgi

(czerwiec 1945)

Tam biegnie Tadeusz Wiśniewski, ale nazwisko od niego wyciągną za moment, jak go już złapią, powalą, przywloką. Na razie rzucił rower do przydrożnego rowu i ucieka w las ile sił, na oślep. Sadzi długie susy nad wysoką trawą jak winny. Wiadomo, miałby czyste sumienie, to dałby się patrolowi kapitana Wasilija Nagornego wylegitymować. Być może jeszcze przed chwilą chodziło tylko o rozpytanie, sporządzenie notatki służbowej, odhaczenie sprawy, ale jeżeli zaczął spierdalać, to już co innego.

Dwóch sowieckich sołdatów rzuca pety, z ociąganiem zsiada z dżipa, przyklęka, mierzy, ale Wiśniewski jest szybki, mają do niego już z dwieście pięćdziesiąt metrów. Strzelają, ale co z tego, z tej wysokiej trawy nie wyłowi go nawet oko czerwonoarmisty, który w ciągu ostatnich pięciu miesięcy wystrzelił milion kul.

Dobrze, że w akcji jest jeszcze samochód milicji z Wąbrzeźna. Czterech ludzi i pewno wszyscy doskonale wiedzą, że ten zagajnik, do którego chłop właśnie pruje, kończy się trzysta metrów dalej. Wystarczy go objechać, a wtedy złapie się królika za uszy. Bez trudu – gość wybiegnie wprost na nich. Milicjanci powalą go kopniakami i zaczną wlec w naszym kierunku, licząc przy tym, że sami nie oberwą z pepeszy, bo tamtych dwóch sowietów wciąż będzie strzelać do drzew, wśród których facet im zniknął.

„Na chuj ty uchadił?” „Bałem się, że mnie okradniecie”. „My was aswabadili, a wy nam tak się odpłacacie, sabaki?” „Nie widziałem mundurów, myślałem, że to jacyś bandyci zwykli zasadzkę zrobili”. „U was dakumienty jest?” „Ja się nazywam Wiśniewski Tadeusz, zamieszkały w Stanisławicach, powiat Brodnica. Jechałem do domu z Wąbrzeźna, nie mam dokumentów”. „Broń masz? Karabin gdzie wyrzuciłeś?”, wtrącił się Chodań, najstarszy szarżą milicjant. „Jaki karabin? Nie miałem, przecież zakaz jest”. „Gdie twai bandyckije prikazy?” Nagorny sapał, jakby złapał nazistowskiego szpiona. „Ja nie jestem z żadnej bandy, ja jestem Wiśniewski Tadeusz, mieszkam w Stanisławicach”. „Wczoraj rano ktoś zamordował komendanta Milicji Obywatelskiej w Wąbrzeźnie, Pająka Eugeniusza”, przerwałem mu i uważnie obserwowałem reakcję. „Robimy obławę. Przejdziemy teraz spokojnie wspólnie z milicją i towarzyszami radzieckimi śladami w trawie, które zrobiłeś, i zobaczymy, czy tam aby jednak jaki Nagant nie leży”.

Ale to nie był dobry pomysł, bo kiedy tylko weszliśmy do lasu, zobaczyliśmy, że sto metrów dalej jakiś inny chłop ścina drzewo. Rąbał siekierą z wielką wprawą i bardzo się starał nie patrzeć w naszą stronę. Obok stała furmanka, koń skubał trawę. Ci dwaj niecelni Sowieci aż zakrzyknęli z ekscytacji. Kiedy do niego podchodzili, miał tyle oleju w głowie, żeby wypuścić siekierę z rąk, bo jakby próbował jej użyć do obrony swojej własności, mógłby tego nie przeżyć. Przyszedł do nas po chwili i zażądał zwrotu zrabowanych rzeczy. Powiedział: „Stanowczo protestuję, ci radzieccy żołnierze okradli mnie”. Wtedy tamci zobaczyli, że ma jeszcze zegarek.

Porucznikowi Chodaniowi z milicji bardzo nie spodobał się ten zuchwały rabunek żołnierzy sowieckich, popełniany w obecności polskich organów. Zrobił dwa kroki w kierunku Nagornego, ale kapitan NKWD patrzył już w inną stronę. Jeden z moich ludzi, Stefan, powiedział najspokojniej, jak to było możliwe: „Misza, no co ty”. Powiedział tak, bo zobaczył, że do stojącego kilka metrów dalej Wiśniewskiego Tadeusza, o którym chwilowo wszyscy zapomnieli, podszedł po cichu Cziczotkin, adiutant Nagornego, i przystawił mu do głowy tetetkę. Sekundę później strzelił1.

Chodań zrobił się czerwony. Podszedł do mnie i wydukał: „Możemy porozmawiać, poruczniku?”. Szedł ze mną kilkadziesiąt metrów; prowadził mnie tak chyba po to, żeby się uspokoić, aż musiałem powiedzieć: „Dokądś idziemy, Chodań?”. „Słuchaj pan, ja nie wiem, jak funkcjonuje bezpieczeństwo w Gdańsku, mogę się tylko domyślać, ale to, co tu pan na oczy widzisz, to wszystko, co mamy w Wąbrzeźnie. Jeden samochód, cztery mundury, dwie sztuki broni, nie licząc Mausera z krzywą lufą, co to został na komisariacie. Ludzi jest łącznie dwunastu. Jedliśmy coś ostatni raz wczoraj rano. Trzymają nas na równych nogach nerwy przed bandycką napaścią. No wiesz pan, że spotka nas ten sam los, co komendanta Pająka”. Odszedł kilka kroków i ciężko usiadł pod drzewem. „A teraz będę musiał jeszcze wsiąść z tymi Sowietami do samochodu i wracać tyle kilometrów”. „Co wy robiliście przed wojną, Chodań?” „Mam dwadzieścia dwa lata, krowy pasałem pod Tczewem”. „A w czasie wojny?” „Przeżyć tylko się starałem, bo nawet trzeciej volkslisty nie przyjąłem, to i nie było co jeść. Tu Rzesza była, nie Gubernia”. „Wybaczcie nietrafne pytanie, ale wyglądacie na czterdzieści. No i »pan« do mnie mówicie z taką wprawą, że fiu, fiu”. Splunąłem i spojrzałem w kierunku drogi, skąd towarzysze radzieccy przyglądali się nam ­uważnie. „Więc sami rozumiecie, Chodań, podejrzeń automatycznie nabrałem, że jesteście element niepewny, londyński. Ale już jest dobrze, już wiem, żeście swoi i rozsądni”.

Zerwał się na równe nogi, jakby go jakaś siła wyższa za kołnierz chwyciła i do góry pociągnęła. „Nie po to, do kurwy nędzy, wojnę wygraliśmy!”

Szedł w kierunku drogi w taki sposób, że aż ci ruscy położyli łapy na kaburach.

Wracaliśmy we czterech, w milczeniu, nieutwardzoną drogą, o której sądziliśmy, że prowadzi do Białego Boru. Przyzwyczailiśmy się już, że wojna i powojnie wymazały z tego krajobrazu wszelkie ślady ludzkiego życia, tym razem jednak na zarośniętych wysokimi chwastami polach nie pasła się ani jedna krowa; przez dopiero co rozminowane drogi nie jechała żadna furmanka, nie biegł bezpański pies. Przejeżdżaliśmy przez miejscowości bez nazwy, z pozoru nietknięte żadnym pocis­kiem, a jednak martwe, nieruchome, jak porzucone dekoracje w wielkim filmowym plenerze, nienależące jakby do tego świata, do tych równin, lasów najeżonych wrakami i czarnego słońca. Może to były Stanisławki, może Gawłowice. Przed Nową Wsią Królewską stała tablica, na której ktoś namazał nazwę miejscowości cyrylicą2.

Przyjechaliśmy tu wczoraj z Gdańska, z urzędu wojewódzkiego, bo zabójstwo tego Eugeniusza Pająka miało wyglądać nietypowo. Milicja znalazła go w lesie ze spodniami ściągniętymi do kostek i w zapiętej na ostatni guzik górze od munduru. Nogi miał bose, butów nie było. Kilka metrów dalej leżały skrwawiona czapka rogatywka i biała damska koszula, również we krwi. Chodań i jego ledwo piśmienni funkcjonariusze znaleźli też podartą fotografię kobiety i tam, gdzie ja od razu dostrzegłem napad rabunkowy na załatwiającego potrzeby fizjologiczne Pająka, oni wietrzyli wendetę o podłożu osobistym dokonaną przez grupę akowską. Z niezdrową ekscytacją odwrócili denata, żeby sprawdzić, czy sprawcy nie ucięli mu członka, i mimo iż ten był na swoim miejscu, upierali się, że mamy do czynienia z bandziorami, którzy doskonale wiedzieli, kogo biorą na cel3. Oczywiście nie była to prawda. Ktoś Eugeniusza Pająka zatłukł kolbą karabinu, wybebeszył portfel i wyrzucił jakąś białą szmatę, którą akurat miał przy sobie, gdy dokonywał napaści. Zapewne dlatego, że się ubrudziła i była zbędna. Późniejsze zachowanie ludzi Nagornego tylko potwierdziło, że za głównych podejrzanych należało uważać żołnierzy sowieckich. Po zabiciu tego rowerzysty sprawa była dla nich rozwiązana, odeszła im ochota na dalsze śledztwo. Dla mnie był to dostateczny dowód ich winy.

Całkowity zmrok zapadł, kiedy byliśmy gdzieś między Starogardem a Pruszczem. Na niewielkim wzniesieniu pobielone wapnem ściany domu jaśniały nad okolicą jak klasztor. Tylko dlatego go zauważyliśmy; bezksiężycowa noc w ciągu kilkunastu minut zarzuciła na okolicę szczelny całun ciemności. Musieliśmy się tam zatrzymać do rana, bez względu na to, czy w środku mieszkali Polacy, czy Niemcy. Poprawiliśmy pistolety w kaburach, przeładowaliśmy karabiny, ale zajechaliśmy na podwórze od frontu, trochę z trąbieniem, trochę przy głoś­nej rozmowie. Stefan zakrzyknął nawet, że utrudzona władza szuka kąta na noc, Guten Abend. Nic, cisza, okna zasłonięte, ciemno. Podszedłem do drzwi, stanąłem w świetle reflektorów naszego samochodu, odkaszlnąłem i zastukałem trzy razy, nie chciałem łomotać. Do środka dostać się musieliśmy, pytaniem otwartym pozostawało, w jaki sposób to nastąpi. Po chwili w drzwiach zaczęły przesuwać się skoble. Usłyszałem polski język, a po sekundzie zobaczyłem chłopkę z twarzą pomarszczoną jak u stulatki. Zaczęła mówić, zanim jeszcze do końca nam otworzyła. Wiedziała, kim jesteśmy i po co przyjechaliśmy, nasze głośne powitanie musiało zerwać ciszę tego domu jak huk wystrzału. „Ze stuloną mordą trzeba siedzieć, bo grasują bandy leśne pod różnymi nazwami i przydomkami. Bywa nieraz zabawa. Strasznie nocą kradną, że nie można sobie wyobrazić. Zdzisiowi Malinowskiemu to oba konie ukradli. Mój chłop śpi w stajni, tylko mu wieczorem noszę w misce jedzenie, a potem dopiero rano”. „Ile osób u was w domu? Na noc musimy się zatrzymać”. „Sześcioro, ale miejsca nie będzie, bo my nierogaciznę trzymamy w chacie, a krowy to wozimy do chlewa Maciejaków, bo u nich jest warta samoobrony społecznej”4.

Trzy świnie leżały przy ścianie, pod wielkim wyszywanym gobelinem przedstawiającym scenę Męki Pańskiej. Nad zabarykadowanym oknem wisiały krucyfiks i monidło z gospodarzami, poniżej kręciły się dwa mniejsze prosięta. Jedna maciora była zamknięta w ubikacji, inna spała w sieni, między barłogami dzieci gospodarzy.

Pan domu wyszedł ze stodoły dopiero wtedy, kiedy żona zakrzyknęła, że to nowa, polska władza zajechała na noc. Podbiegł i z zadowoleniem zaczął ściskać nam dłonie. „A, chłopaki w rogatywkach”, mruknął z zadowoleniem. „Teraz, kiedy front przeszedł, to już, gospodarzu, na mundurach tak nie polegajcie”, odparł Stefan. Siedział swoim wielkim cielskiem na masce dżipa i opierał nogę o zderzak. Papieros zwisał mu z ust, jak zawsze. „Akowcy, NSZ-owcy5 albo dezerterzy od Berlinga to noszą, myślicie, szwabskie garnki na głowach? Też rogatywki”.

Stefan Skarżyński, prawie dwa metry wzrostu, ale zwinność dzikiego kota. Napisał w podaniu o przyjęcie do gdańskiego urzędu bezpieczeństwa to samo co ja: że pragnie zemsty na Niemcach. Okupacja zastała go w Warszawie, gdzie zajmował się drobnymi usługami i handlem. Kiedy w październiku 1940 roku Niemcy założyli getto, przeniósł się tam posłusznie. Od razu spostrzegł, że ruszyły prace przy budowie muru. Postanowił wtedy zaryzykować i uciec do rodzinnego Kazanowa. Jeden Polak pomógł mu w tym z potrzeby serca. Drugiemu musiał oddać prawie wszystkie pieniądze, które miał przy sobie. Trzy miesiące później zobaczył na słupie obwieszczenie wzywające kazanowskich Żydów do stawienia się w wyznaczonym miejscu do pracy. Uznał, że tym razem musi uciec dużo dalej. Pomóc miały biegła znajomość niemieckiego i trochę polskich banknotów, które dostał od rodziców. Pracował potem w częstochowskiej fabryce rowerów, a później przez trzy miesiące ukrywał go Polak, niejaki Wójtowicz, który Henrykowi Brandwajnowi załatwił kenkartę na nazwisko Skarżyński. Stefan liczył, że zapewni mu ona bezpieczeństwo, gdy Niemcy będą szukać partyzantów. Dołączył do nich w połowie 1942 roku. Zwerbował go oddział Gwardii Ludowej dowodzony przez pułkownika Grzegorza Korczyńskiego6, którego interesowały wojskowe umiejętności Skarżyńskiego, a nie pochodzenie. Po wojnie Stefek szybko zorientował się, że został na świecie sam. Niemcy zamordowali mu rodziców – Lenę i Bronisława – brata Mandela oraz siostrę Rózię7. Poza nimi nie miał nikogo.

Poszedłem zobaczyć legowisko chłopa w stodole, gdzie mieliśmy spać. Wlazłem na kopę siana i prawie od razu nadepnąłem na kolbę Mausera, ale nic nie powiedziałem. Długi uwiąz ciągnął się od końskiej uzdy aż do barłogu gospodarza. „Przywiązuję koniec do nogi i tak leżę. Jak się zakradną i cichcem będą chcieli zwierzę wyprowadzić, to obudzą. Człowiek prawie wcale nie śpi, bo klacz cały czas łbem kręci”. „Dwóch moich ludzi zakwateruje się w domu, jakoś dadzą radę. Ja z sierżantem Skarżyńskim będziemy nocowali tutaj, z wami”. „Coś mam”, powiedział chłop, kiedy już przynieśliśmy do stajni amunicję i worek z jedzeniem. „Na pewno macie broń nielegalnie”, zaczął Stefan, ale trąciłem go w ramię; chłop to wyłapał i zignorował.

Bimber, który przyniósł, palił, jakby człowiek dostał postrzał w pierś. Gospodarz pił ostatni. Pociągnął trzy potężne łyki, odjął od ust butelkę, ale nie wypuścił powietrza, tylko wysunął do przodu żuchwę i spojrzał na nas oczami pełnymi łez. Jego twarz wyglądała przez moment, jakbyśmy we dwóch dusili go tym długim uwiązem. Potem syknął, splunął i całkiem już pewny siebie zapytał, jak to się stało, że znaleźliśmy się w jego gospodarstwie. Zdumiała mnie ta nag­ła swoboda. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy to bimber, czy może jednak brak szacunku. Nie miał wyjścia, musiał robić to, co mu polecimy. Widział jednak, że jesteśmy Żydami.

Zanim znalazłem się w jego gospodarstwie, byłem synkiem drukarza i sklepowej z Radomia. Nasi sąsiedzi wiedzieli: u Friedmanów ani wielkich pieniędzy, ani smykałki do interesów nie ma. Sądziliśmy zatem, że powodów do zawistnej niechęci nie dajemy. Nie byliśmy religijni, a parterowy dom, w którym mieszkała nasza rodzina, świadczył o umiarkowanej zamożności.

Bez żadnego wyraźnego powodu, nie odczuwałem bowiem do tego najmniejszej nawet inspiracji ze strony rodziców, przejawiałem od dziecka zamiłowanie do nauk humanistycznych, ze szczególnym uwzględnieniem filozofii i bibliologii. Już we wczesnej młodości – a raczej w późnym dzieciństwie – stałem się częstym gościem czytelni w głównej radomskiej bibliotece, czym wywoływałem niemałe poruszenie u personelu, zawsze życzliwego, ale niezmiennie zdumionego pociągiem żydowskiego młodzieńca do ślęczenia nad ambitnymi tekstami, tak odległymi od nauk ścisłych, tak bezsensownie niepowiązanymi z rachunkowością, ekonomią czy ekonometrią. Książki w żadnym wypadku nie mogły przygotować mnie emocjonalnie na nadciągające okoliczności, jednak im wyraźniej wojna rysowała się na horyzoncie, tym głębszego nura dawałem w lektury, jakby przeczuwając, że upłyną lata, zanim znowu będę mógł w ciszy i spokoju oddać się tak ekstrawaganckiemu zajęciu jak czytanie dzieł mistrzów.

Czy to był błąd, że nie wyjechaliśmy po 17 września na wschód, na tereny przyłączone do ZSRR?

Pierwszy raz pomyślałem tak w grudniu 1939 roku, kiedy jakiś Polak wypchnął z kolejki moją młodszą siostrę Belę i zaczął głośno wzywać niemieckich żandarmów. Nikt nie zareagował.

Drugi raz przeszło mi to przez myśl, kiedy przewodniczący Judenratu – doktor Bresser – zaczął robić to, co kazali mu Niemcy. Przyszedł do nas do domu, aby przekonywać, że warunki życia w nowym obozie w Lublinie, na Majdanku, są bardzo dobre i możemy spokojnie zacząć się pakować. Podczas rodzinnej narady zdecydowaliśmy, że mimo tych życzliwych zapewnień pozostaniemy w Radomiu.

Kiedy wepchnięto nas do getta, starałem się zapamiętywać nazwiska.

SS-Obersturmführer Hans Schippers i SS-Untersturmführer Erich Kappke zrobili nam dowcip. W lecie 1941 roku ogłoszono publicznie, że następnego dnia tysiąc pięciuset Żydów zostanie uwolnionych i odesłanych do Palestyny. Wśród smrodu, nędzy, nieustannego zmęczenia i ciał rozkładających się na ulicach zapanowała euforia. Nie da się żyć bez nadziei. W odmętach piekła celebruje się ją nawet wtedy, gdy ktoś przebierze w jej szaty perfidne kłamstwo. Kiedy ciężarówka ruszyła, moja siostra zaczęła radośnie rozważać, czy najpierw wybierze kąpiel w Morzu Martwym, czy spacer Doliną Jezreel.

Od razu się zorientowałem, że nie jedziemy w stronę dworca.

Pamiętam przedziwną fascynację, z jaką patrzyłem na tamten las i dziesiątki rozebranych Żydów, zawodzących, pędzonych przez ukraińskich żandarmów. Biała, kłębiąca się masa na tle zielonej ściany. Dziś na myśl przychodzą mi słowa z Państwa Platona – fragment, kiedy Leontios, syn Aglajona, idzie z Pireusu i widzi trupy leżące koło domu kata: „Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył ze sobą i zasłaniał się, aż jego żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy, przybiegł do tych trupów i powiada: »No, macie teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym pięknym widokiem«”8.

A później w dziwnym otępieniu zarejestrowałem, jak Bela z gracją przeskakuje nad łapskami siepaczy wyciągających nas z ładowni i dopada płaszcza SS-Untersutmführera Kappke. Musiała zrozumieć, że jest odpowiedzialny za coś na kształt ostatecznej selekcji, bo uklękła przed nim, dotknęła czołem jego oficerek i silnym głosem zapewniała, że nawet on sam nie wie, jak bardzo przydamy mu się w getcie. Ja byłem już jakby w czymś, co można nazwać przedśmiertnym letargiem, a jej umysł działał ze zwielokrotnioną siłą: precyzyjnie, jasno i czysto.

Ktoś zakrzyknął: „Tuwia Friedman, raus!”, i wraz z kilkunastoma innymi młodymi Żydami przeszliśmy na pakę pustej ciężarówki, która po kilku minutach ruszyła w stronę Radomia. Nie czułem wdzięczności, radości ani ulgi. Miałem przed oczami obraz rzezi nagich współbraci i myślałem tylko o zemście.

Likwidatorem radomskiego getta był SS-Hauptsturmführer Wilhelm Blum – spokojny, opanowany urzędnik wybuchający salwami zaraźliwego śmiechu. Za cztery lata miał uścisnąć moją dłoń z szacunkiem i miną dżentelmena w tarapatach.

Wtedy jednak osobiście przyjechał do miasta, by nadzorować oddzielenie Żydów przeznaczonych do pracy w fabryce broni od tych, na których czekał transport do Treblinki. Pierwsza grupa miała się składać z trzech tysięcy, druga – z trzydziestu tysięcy ludzi. Blum przeprowadził całą akcję bardzo sprawnie. Można by rzec, że bez zbędnych nerwów. Po prostu kilku esesmanów wyprosiło mnie z mieszkania, które zajmowałem z bliskimi, i wskazało mi – inną niż pozostałym – ciężarówkę. Pojechałem nią do kwatery, którą miałem dzielić z innymi żydowskimi pracownikami radomskiej fabryki. Rodzinę widziałem wtedy ostatni raz. Po raz pierwszy jednak zobaczyłem ludzi, którzy czuli to samo co ja – odrazę do żydowskiej uległości w obliczu tego, co nam robiono, nienawiść do kolaborujących judenratów i wielką potrzebę zemsty na Niemcach.

Przy gwintowaniu tygrysich luf pracował Towia Rotstein, człowiek zwinny i błyskotliwy, który miał dwadzieścia pomysłów dziennie na to, jak uciec i do której partyzantki dołączyć za drutami. Połowę z tych koncepcji stanowiły gotowe przepisy na samobójstwo. Musieliśmy mu bez przerwy uświadamiać, że po tamtej stronie nie będziemy mieli jednego wroga, tak jak Polacy. „Sytuacja jest uzależniona od stosunku okreś­lonej grupy partyzanckiej do Żydów”, powtarzał Itchie Gutman, którego nazywaliśmy Bykiem. Potrafił rozginać podkowy gołymi rękoma, ale nie obnosił się z tą umiejętnością ani przed Niemcami, ani przed innymi więźniami.

Yankiel Boiman z Ciepielowa przyniósł pewnego dnia wiadomość, że sowiecki front zbliża się w szybkim tempie i nadchodzi czas decyzji, również dla naszej grupy. Uważał jednak, że bez pieniędzy i broni nie mamy nawet co marzyć o przetrwaniu. Wiedział, co mówi, bo zanim trafił do naszej fabryki, współtworzył leśną grupę żydowskiej samoobrony. Poznał wtedy legendarnego żydowskiego mściciela Jecheskiela Atlasa.

Niemcy wepchnęli Boimana do getta w Tarłowie w połowie 1941 roku. Większość spośród tych, którym udało się uniknąć jego losu i zostać w Ciepielowie, była zdana na pomoc polskich sąsiadów. Nie było z nią problemów: rodziny żydowskie znalazły kryjówkę w domach Kowalskich, Kosiorów, Obuchiewiczów, Skoczylasów i innych zaprzyjaźnionych rodzin. Pod koniec 1942 roku Niemcy otoczyli ich domy, pod­palili je i dopilnowali, aby z płomieni nie uratowało się ani jedno polskie czy żydowskie życie. To miała być nauczka dla całej Generalnej Guberni. O tragedii, która spotkała mieszkańców jego rodzinnego miasta, Boiman dowiedział się w przededniu ucieczki z tarłowskiego getta. Nie bardzo chciał wierzyć tym, którzy twierdzili, że jeżeli wsiądzie do podstawionego przez Niemców pociągu, nigdy już nie odnajdzie się żywy. Z uwagą słuchał zapewnień okupanta, że czeka go praca na Zachodzie, gdzieś, hen, w prowadzącej wojnę Rzeszy, dla której liczyła się każda para rąk, tym bardziej harująca za półdarmo. Mord w Ciepielowie przekonał go do ucieczki. Yankiel nieźle rozumiał, ufundowaną na żelaznej logice, niemiecką mentalność. Założył, że ktoś, kto chciałby użyć Żydów jako taniej siły roboczej, nie zwalczałby ich sprzymierzeńców z takim okrucieństwem. Boiman nie dał się wywieźć do Treblinki. Trafił do świętokrzyskich lasów razem z wieloma innymi uciekinierami z tarłowskiego getta.

Miesiąc później szczęście uśmiechnęło się do niego po raz kolejny. Wpadł w niemiecką zasadzkę w okolicach Radomia dokładnie wtedy, kiedy hitlerowcy na gwałt potrzebowali ludzi do fabryki broni. Akurat przyszedł rozkaz, żeby pod żadnym pozorem nie zabijać, tylko łapać i kierować do dyspozycji odpowiedzialnego sturmbannführera. Nie można powiedzieć, że przywieźli go do nas na tylnym siedzeniu limuzyny, ale kiedy się zjawił, nie miał ani jednego sińca.

Ostatni spośród nas, Rafael Boreinstein, ważył najmniej i odzywał się najrzadziej. Ogłosił, że szanse na przeżycie mamy minimalne bez względu na to, po której stronie drutów się znajdziemy, zatem on – jeżeli pozwolimy – wstrzyma się od głosu.

Uciekać postanowiliśmy przez rurę ściekową, którą Itchie z Yankielem zlokalizowali i odkopali, a następnie wyrąbali w niej dziurę przemyconymi z fabryki narzędziami. Miała z półtora metra średnicy. Kiedy do niej zajrzałem, szlam płynął wartkim strumieniem i wypełniał ją mniej więcej w jednej trzeciej. Ohydny fetor powodował, że musiałem konwulsyjnie przełykać ślinę, aby nie zwymiotować. W głębi serca wątpiliśmy, czy uda się nam przeczołgać tym kilkusetmetrowym kanałem. Bardzo poważnie braliśmy pod uwagę, że zaduszą nas te ściekowe opary. Ale nie zadusiły.

Po drugiej stronie rury, kilkaset metrów za drutami, pomogli nam Polacy. Dwie wracające z targu baby nakryły nas chustami, dały do rąk koszyki z żywnością i przez całą drogę do Lublina udawały, że stanowimy jedną dużą rodzinę wracającą z handlu. Udawały też, że nie czują naszego smrodu. Ja i Yankiel Boiman wyglądaliśmy najlepiej, więc szybko rozpytaliśmy w mieście, jak daleko stąd są Sowieci. Był czerwiec 1944 roku, nie wiedzieliśmy, że front białoruski miażdży właś­nie pod gąsienicami czołgów armie Wehrmachtu, odpłacając Niemcom za klęski sprzed trzech lat. Itchie stwierdził, że ­trzeba zdobyć broń, a potem przyłączyć się do Armii Czerwonej, by walczyć z hitlerowcami, i wszyscy z początku uznaliśmy, że jest to dobra myśl. Nie mieliśmy jednak cienia pomysłu, jak ją wprowadzić w życie, więc postanowiliśmy ukryć się i czekać, aż sowieccy wyzwoliciele sami nas znajdą.

Zamieszkaliśmy na odludnym cmentarzu i spaliśmy w dużych rodzinnych grobowcach, które wyglądały jak niewielkie kaplice. Jedliśmy to, co udało nam się zebrać na polach lub ukraść, wyszabrować z opuszczonych stodół i domostw. Po jedzenie chodziliśmy we dwóch. Pewnego wieczora, gdy targając na plecach worki kartofli, wracaliśmy z Gutmanem do naszych, otoczyło nas sześciu młodych wieśniaków. Żadna partyzantka, zwykłe wyrostki. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby się okazało, że byli wśród nich synowie tych kobiet, które nam pomogły podczas ucieczki. Ci chłopcy nie byli jednak nastawieni przyjacielsko. „Już nie żyjecie, Żydzi”, powiedzieli, a kiedy ­Itchie „Byk” chciał ich przestraszyć swoją wielkością, udało się im wbić mu bagnet w szyję. Nie byli wprawieni w zabijaniu: to, co się stało, zrobiło na nich tak duże wrażenie, że nawet mnie nie gonili. Odtąd zostało nas czterech i dziś nie wiem już, dlaczego zadecydowaliśmy wtedy, że jedzenie będziemy zdobywać w pojedynkę. Możliwe, że uznaliśmy moje przeżycie za cud i stwierdziliśmy, iż nie warto ryzykować dla jednego posiłku utraty dwóch ludzi.

Gołym okiem było widać, że wojna dobiega końca. Długie sznury niemieckich ciężarówek wiły się w odwrocie na drogach pośród pól Lubelszczyzny. Dlatego też, kiedy wpadłem na patrol Wehrmachtu, idąc po wodę, odczułem coś w rodzaju zdzi­wienia. Od razu wiedzieli, kim jestem. Długo wlekli mnie do jakiegoś sztabu polowego, a później zostawili z pijanym sierżantem, który miał mnie przypilnować przez noc. Nie mieli za bardzo pomysłu, co ze mną zrobić; uznali widocznie, że rozstrzelanie może poczekać do rana. Żołdak zasnął kwadrans po ich odejściu. Wtedy rozluźniłem więzy, uwolniłem ręce, wyszarpnąłem mu nóż zza paska i postąpiłem z nim dokładnie tak samo, jak kilka dni wcześniej polscy chłopcy z ­Itchiem Gutmanem. Na nasz cmentarz przyniosłem wtedy dwa bagnety, saperkę, pistolet, karabin i hełm. Jeden sierżant Wehrmachtu uzbroił całą naszą czwórkę. To była moja pierwsza zemsta, pierwsza krew, pierwsze oko wybite w odwecie.

Sowieci nas na naszym cmentarzu nie znaleźli, a kiedy przetaczał się front, nawet nie myśleliśmy o wychodzeniu im na spotkanie. Zmiótłby nas koniec świata, który – jak się zdawało – towarzyszył ich przybyciu. Ziemia drżała, a powietrze wypełniał nieustanny zapach prochu i siarki. Kilkadziesiąt haubic prowadziło ogień w niedużej odległości od naszej kryjówki.

Pod koniec sierpnia zaczęliśmy umierać z głodu, więc opuściliśmy cmentarz. Po godzinie marszu w kierunku Lublina usłyszeliśmy język polski. Jacyś podekscytowani cywile pokazywali na nas i coś mówili. Ktoś pobiegł do ciężarówki, ktoś zaczął iść w naszym kierunku. Trzymałem palec na spuście, ale szybko oddałem broń. To byli Polacy z Rady Głównej Opiekuńczej, organizacji charytatywnej, która działała na tych ziemiach jeszcze w czasie wojny. Zapytano nas o nazwiska. „Tadeusz Jasiński”, powiedziałem bez zająknienia. Urzędnik zerknął na mnie z ukosa, a później zwrócił oczy w kierunku Towii Rotsteina, który z lodowatym spokojem powiedział, że nazywa się Jan Bartodziej. Nie umawialiśmy się między sobą na te nazwiska. Był to odruch zwierzyny łownej, która z naturalną nieufnością przyjmuje wiadomość, że po pięciu latach polowanie dobiegło końca. Widać obaj nie byliśmy stuprocentowo przekonani, że Polacy – zorientowawszy się, iż wymordowano tylu ich żydowskich sąsiadów – zdobędą się na współczucie.

Kilka dni później, kiedy byliśmy już nakarmieni i w miarę wypoczęci, przyszło do nas dwóch polskich Żydów z RGO. Usiedli ciężko, zapalili papierosy i dłuższą chwilę nic nie mówili. Później stwierdzili, że żaden spośród znanych im ocalałych nie jest w stanie skontaktować się ze swoimi krewnymi. Zniknęły całe rodziny, dzielnice, miasta. Nikt nie wie, gdzie ci ludzie są. Owszem, odradzają się organizacje syjonistyczne, powstają kibuce, ale ilu Żydów tak naprawdę zamordowali hitlerowcy wraz ze swoimi pomagierami? „Wstępne szacunki mówią nawet o kilkuset tysiącach w skali całego kraju”, usłyszeliśmy. Z trudem mieściło nam się to w głowach.

Nie chciałem wstępować do Ha-Szomer Ha-Cair9, nie interesował mnie syjonizm. Po tym, co usłyszałem, jeszcze bardziej pragnąłem zemsty na Niemcach. Chciałem do nich strzelać. Potrzebowałem broni i ochrony, było to dla mnie jasne. Pierwszy krok ku przemianie z łownej zwierzyny w myśliwego nie był trudny. Do milicji przyjmowali wszystkich jak leci. Tuwia Friedman czy Tadeusz Jasiński, Yankiel Boiman czy Jakub Rauch, Rafael Boreinstein czy Rafał Borowski, Towia Rotstein czy Janek Bartodziej – porucznika Adamskiego to nie interesowało, potrzebował ludzi. Siedział na pace ciężarówki, gdzie urządził sobie biuro, zamieniał z ochotnikiem dwa zdania, prosił o podpis, stawiał stempel i przydzielał stopień. Był wielki jak niedźwiedź, a jego ledwo zabliźniona rana biegnąca przez cały policzek różowiła się przy każdym wyraźnym grymasie.

Do Radomia przyjechaliśmy więc już jako funkcjonariusze. W niekompletnych i niedopasowanych mundurach, bez czapek i ze zdobyczną bronią – tyle nowa władza była w stanie zaoferować milicji w styczniu 1945 roku. Tydzień po ucieczce Niemców z miasta trwało tam wielkie szabrowanie dobytku, który po sobie zostawili. Mieliśmy tę sytuację opanować. ­Adamski pozwolił nam strzelać w powietrze, ale czasami złodziejskiego szału nie była w stanie przerwać nawet salwa oddana nad głową szabrownika. W domach moich żydowskich znajomych mieszkali już ich polscy sąsiedzi. Zwróciłem uwagę porucznikowi, że może warto by było coś z tą sprawą zrobić i zabezpieczyć te posesje do czasu ewentualnego powrotu prawowitych właścicieli. Kiedy to usłyszał, jego wielka blizna drgnęła w nerwowym grymasie. Odrzekł, że być może przydalibyśmy się w bezpieczeństwie, a nie w milicji, i że jak chcemy, to załatwi nam wszystkim, mojżeszowym, przeniesienie do Gdańska.

Mimo wypitego bimbru nie spałem. Drzemałem lekko, ale wyślizgnąłem się z tego letargu, gdy tylko usłyszałem odgłosy kroków. Dobiegały z zewnątrz. Nie spanikowałem. Możliwe, że po prostu nie miałem siły. Zanim padły strzały, trąciłem Skarżyńskiego i wyszeptałem, że jest ich trzech lub czterech, a potem rykoszet od jakiegoś metalowego elementu rozświetlił na ułamek sekundy wnętrze stodoły. Koń stanął dęba i z każdym kolejnym rozbłyskiem rżał coraz przeraźliwiej. Walili w kłódkę, na którą zamknięte były wrota od strony pola. Nie weszli na podwórze, nie widzieli samochodu, myśleli, że rodzina śpi w domu. Zakradli się od tyłu, sądzili, że to najłatwiejsza, najkrótsza droga po zwierzę.

Skobel spadł z hukiem, a potem nastała cisza; usiłowałem usłyszeć, czy aby na pewno nikt nie skrada się także od podwórza. Szarpnęli dyszel i skrzydło wrót uchyliło się ze skrzypnięciem. Czekaliśmy z wycelowaną bronią. Było już za późno, aby ustalać taktykę, wszystko rozegrało się w kilka sekund. Przez chwilę pomyślałem, że zapewne chodzi o zwyk­łą kradzież, więc można by spróbować aresztowania. Gdy tylko ciemna sylwetka weszła do środka, Stefek powiedział: „Stój, Urząd Bezpieczeństwa”. Postać zamarła. W tym chwilowym zawieszeniu pomyślałem, że jednak trzeba będzie strzelać, ale wtedy cień cofnął się dwa kroki i zniknął10. Po dwóch sekundach usłyszeliśmy szybki bieg kilku osób. Uciekali ile sił. „Aaa, szwabskie kurwy”. Gospodarz już wcześniej wygrzebał z siana Mausera, a teraz dał dwa susy i nie zważając na ryzyko, że tamci zostawili kogoś, kto go natychmiast kropnie, otworzył kopniakiem przestrzelone wrota. Trzymał głowę na kolbie, mierzył w jednolitą smołę nocy i rąbał z zemsty za to, że o mało co nie narobił ze strachu w spodnie.

„Dlaczego szwabskie?”, zapytałem go rano, kiedy robiliśmy obchód stodoły. Zależało mi na tym spacerze. „To są długie łuski, od karabinu 98k”. Podniósł, powąchał i podsunął nam pod oczy. „Co z tego? Wiedzieliście to w nocy? Poza tym: wy macie Mausera”, odparł Stanisław Gińko „Czarny”. Nie mówił wiele i nie komentował tego, co zamierzamy robić w ramach naszego małego zespołu. Był z naszej czwórki najbardziej zamknięty w sobie. W czasie wojny brał udział w niezliczonej liczbie potyczek, wpadał w niemieckie zasadzki, uciekał przed obławami w lasach Lubelszczyzny, walczył w odcięciu, a jednak nigdy nie spadł mu włos z głowy. Żadnego postrzału, zła­mania, zwichnięcia. Nic. Wiedzieliśmy też, że urodził się w Warszawie i na wojnie stracił wszystkich bliskich. Do 1939 roku mieszkanie jego rodziny znajdowało się w Dzielnicy Północnej, a później otoczono je murem getta. Wiosną 1943 roku, po powstaniu, przestało istnieć. Czarnego wtedy już w stolicy nie było. Od 1940 roku siedział w lesie. Walczył w oddziałach Gwardii, a później Armii Ludowej. Jako jedyny z nas był także, jak się zdaje, ideowym komunistą. Aresztowano go za działalność w Komunistycznej Partii Polski w 1935 roku, a wypuszczono tuż przed katastrofą, w końcówce sierpnia 1939 roku. Imponował mi tym, że niemal od razu chwycił za broń i nigdy nie dał się zabić, złapać ani zranić11.

Gospodarz, który nas przenocował, spojrzał mu w oczy i powiedział: „Wiedziałem i wiem, że jesteśmy otoczeni przez Niemca. Na wschód: Prusy. Na zachód: Stettin. Przecie tutaj jeszcze pół roku temu była Rzesza. Kto to mógł być w nocy, jak nie niemiec­ka hołota?”. „I nie chcielibyście, żeby to się skończyło?”, zapytałem pojednawczo. „Bardzo bym chciał”. „A swojego udziału byście nie chcieli w tym mieć?” „A co ja mogę? W moim Przywidzu to Szwaba, tak generalnie, nie ma. Może tam w kierunku Kościerzyny bardziej”. Przez chwilę szliśmy w ciszy. „Gospodarzu, wy jesteście inteligentny człowiek, nazywacie się Zygfryd Mrozik, prawda?” „No przecież prawda, bimbrem bruderszaft piliśmy wczoraj”. „Zyg­fryd, jak my wrócimy do Gdańska, to musimy sporządzić raport z tego, co się tutaj w nocy stało. Taką mamy pracę. I chcemy w nim napisać, że nam schronienia udzieliłeś i serce okazałeś, a jeszcze na sam koniec powiedziałeś o ukrywających się w okolicy niemieckich maruderach. Przecież nikt nie ma zamiaru do tych papierów pisać, że masz nielegalnie broń po wrogu, której spontanicznie użyłeś w naszej obecności. Za to grozi długoletnie więzienie”. Na twarzy Mrozika pojawił się taki sam wyraz pogardy jak wtedy, kiedy z nami pił. „Kto się do nas zakradł nocą, Zygfryd?”, kontynuowałem. „Ile tu wśród twoich sąsiadów jest reichsdeutschów, eingedeutschów, członków NSDAP, baltendeutschów12, ile Volkssturmu, Hitlerjugend i volks­deutschów drugiej grupy?” „Jest koniec czerwca, tu się jeszcze po lasach mogą ukrywać niedobitki dziesiątego korpusu SS rozbite w walkach o Gdańsk”, wtrącił Czarny. „Nic nie musisz teraz podpisywać, Zygfryd. W urzędzie powiatowym w Kościerzynie będziesz się meldował co tydzień lub dwa; my ich już poinformujemy, że jesteś swój chłop”.

Mrozik milczał chwilę, a później chyba zaakceptował swoje położenie, niuchnął dwa razy łuskę, którą obracał w dłoni, i cis­nął ją z całej siły przed siebie. „Amunicji potrzebuję”. „Dostaniesz w Kościerzynie. Załatwimy to z powiatem, nie powinno być problemu. Ile chcesz: sto sztuk, dwieście?” „Błąkają się po terenie niedobitki Wehrmachtu, sporo ich się nawet ukrywa po lasach i chroni w niemieckich gospodarstwach. Ale w nocy to tutaj napady bandyckie najczęściej organizują żołnierze radzieccy i akowcy, ale czy to prawdziwi londyńczycy, czy tylko zwykli bandyci, zbędni ludzie z demobilu? Bękarty Polski takie? Kradną wszystko jak leci i mówią, że to na potrzebę, bo wojna w kraju będzie znów”. „Nie będzie, Mrozik, nie bójcie się”, wtrącił Rauch. „Co do dezerterów od Berlinga, to słyszałem, że nie rabują, tylko jako prawilne polskie wojsko proszą o wsparcie. Tydzień temu trafili w lesie na jakiś uzbrojony oddział, to ich wystrzelał prawie do nogi. Z grupy piętnastu osób cztery przeżyły i dołączyły do partyzantów. Poległych pochowali”13. „Zakopali, znaczy się”, poprawiłem, choć nie miało to najmniejszego znaczenia. Mrozik zerknął na mnie z ukosa, a potem ciągnął dalej, jakby to mówienie sprawiało mu ulgę. „Dwa tygodnie temu przyjechał z obozu jenieckiego, z Górnego Śląska, Ellert Karol. Brał czynny udział w mordowaniu i wywożeniu Polaków. Należał do SS, był w stopniu scharführera. Tu niedaleko go teściowie w Lubaniu przyjęli, w pobielonym domu pośrodku wsi”. „Polacy?” „Też Niemcy”. „Skąd o tym wiesz?” „Listonosz Karol Zięba podobno z ciekawości zajrzał do listu. Ellert co kilka dni do swojej żony pisze. Ona teraz jest w Niemczech, po stronie aliantów. Podobno Ellert podejmuje starania, żeby do niej wyjechać. Ten Zięba to zna niemiecki jeszcze sprzed wojny”. „A dziś w nocy, kto chciał ci konia rąbnąć? Jakie szwabskie kurwy?” „Tydzień temu Zdzisiowi Malinowskiemu dwa konie ukradli. Zdążył jednego złodzieja trafić w ramię i przesłuchać. Stanął nad nim, ale gówniarz nawet z przyłożoną do głowy strzelbą nie potrafił słowa po polsku wydusić. Tylko »nicht schiessen«14. Dziś w nocy to pewnie te same szczeniaki z Hitlerjugend. W czasie wojny ich tu z Rzeszy zasiedlili, a jak front przechodził, to się schowali pod mamusine spódnice. I teraz dopiero wyłażą. Ile to może mieć lat, czternaście, piętnaście?” „Malinowski dobił tego koniokrada?”, zapytałem spokojnie, a Mrozik zapalił papierosa, podrapał się w głowę i widać było, że za dwieście sztuk amunicji to już zeznał wszystko. „Ja bym dobił”. Splunąłem, a ­później kazałem swoim ludziom pakować się do dżipa.

Dżipa Willysa mieliśmy w świetnym stanie, niepostrzelanego, ze zdejmowanym dachem, prosto z operacji „Bagration”. Odważnie wchodził w błoto, dzielnie gramolił się przez najgorsze wertepy. Wyglądał wtedy, jakby każde koło żyło włas­n­ym życiem; wyginał się tak bardzo, że czasami można było z siedzenia kierowcy oprzeć rękę o ziemię. Dostaliśmy go od pułkownika Korczyńskiego i był to najlepiej wyposażony samochód w całym gdańskim bezpieczeństwie. Niczego mu nie brakowało: z jednej strony, pod progiem, miał zamocowaną łopatę i siekierę, z drugiej, w specjalnym pokrowcu, wisiał Winchester 1912, powtarzalna strzelba, którą także przekazali nam towarzysze radzieccy, a im wcześniej Amerykanie w Murmańsku. Można powiedzieć, że to auto było takie jak my – prosta, niezniszczalna konstrukcja. Czterocylindrowy silnik połączony z trzybiegową skrzynią plus reduktor z przełożeniem terenowym. Sztywna rama, zawieszenie reso­rowe. Kiedy zbyt szybko najechało się na nierówność terenu, można było wylecieć z tylnego siedzenia jak z procy i Czarny raz w Nowym Porcie, podczas wysiedlania Niemca, wyleciał.

Jechaliśmy do tego Lubania w milczeniu; wiedzieliśmy, jak powinna wyglądać cała procedura dochodzeniowo-śledcza. W sprawie Ellerta należało sporządzić wniosek do powiatowego urzędu w Kościerzynie, który najpierw ustosunkuje się do sprawy i przeprowadzi wstępne dochodzenie, a potem przekaże je nam. Następnie urząd wojewódzki winien wysłać funkcjonariusza na Górny Śląsk. Ten – odnalazłszy świadków – powinien skontaktować się z Rosjanami i zebrać pełen materiał dowodowy, dzięki czemu sprawę będzie można przekazać prokuraturze, jeżeli tylko towarzysze radzieccy nie będą mieli z SS-Scharführerem Ellertem włas­nych porachunków.

Dom stał zaraz za wjazdem do miasteczka, tak jak go Mrozik opisał. Przejechaliśmy przed nim dwa razy, a później zatrzymaliśmy samochód w małym zagajniku. Mundury, wydobyte z przejętych w kwietniu magazynów Wehrmachtu, woziliśmy pod siedzeniami. SS-Scharführer odpowiadał stopniowi młodszego sierżanta. Podoficerowie i szeregowcy sztafet szturmowych wywodzili się zazwyczaj z niższej klasy średniej: sklepikarzy, księgowych i handlarzy. Byli przeznaczeni do czarnej roboty. Po zmroku weszliśmy na podwórko, zapukaliśmy, przedstawiliśmy się jako maruderzy z 2 Armii Dietricha von Sauckena, rozbitej przez Sowietów na początku lu­tego, a kiedy potwierdził nam swoje nazwisko i powiedział, że w domu nie ma nikogo więcej, podciąłem go jednym kopnięciem. Jakub Rauch wyjął z kabury bagnet i płynnym ruchem rozciął Ellertowi koszulę, a później, kiedy wszystkim nam mig­nęło wytatuowane granatowym tuszem „O” pod ramieniem, po prostu cały ten bagnet zanurzył w jego pasze. Esesman kwiknął jak zarzynane prosię, więc Czarny stanął mu na głowie, na wypadek gdyby miało się to przerodzić w darcie mordy. Kiedy ciało hitlerowca przestało dygotać, wciągnęliśmy je w głąb sieni, zamknęliśmy za sobą drzwi i spokojnym krokiem wróciliśmy do samochodu. Jeżeli dla tych, którzy mieli go znaleźć, rana pod pachą nie byłaby czytelną wskazówką, nie otrzymaliby żadnej innej15. Nie zamierzaliśmy nikogo zastraszać, przeciwnie – chodziło o skuteczne wyłapanie tak wielu spośród nich, jak tylko się dało.

Po dwóch dniach nieobecności w centrali mogliśmy wracać do Gdańska.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1 AIPN, IPN By 062/1, k. 76–776, Raport z zamordowania przez oficera radzieckiego Tadeusza Wiśniewskiego i obrabowania Władysława Jaworskiego, oryginał maszynopisu.

2 AIPN, IPN By 031/21, Sprawozdania dekadowe.

3 AIPN, IPN By 062/1, k. 78, Protokół oględzin porucznika MO Eugeniusza Pająka, oryginał maszynopisu.

4 AIPN, IPN 01265/752, Doniesienie specjalne kierownika Wydziału Cenzury Wojennej, k. 114.

5 NSZ – Narodowe Siły Zbrojne.

6 Prawdziwe imię i nazwisko to Stefan Kilanowicz. „Grzegorz Korczyński” jest pseudonimem z okresu wojny domowej w Hiszpanii.

7 AIPN, IPN Gd 214/120, Akta osobowe Stefana Skarżyńskiego vel Henryka Brandwajna.

8 Platon, Państwo, przeł. W. Witwicki, Kęty 2003, s. 141.

9 Ha-Szomer Ha-Cair (hebr. „Młody Strażnik”) – żydowska organizacja młodzieżowa wchodząca w skład Światowej Organizacji Syjonistycznej.

10 AIPN, IPN 01265/2162, Sprawozdanie dekadowe.

11 AIPN, IPN Po 59/1118, Akta osobowe Stanisława Gińki.

12 Tak zwani Niemcy bałtyccy – niemiecka mniejszość w Inflantach.

13 AIPN, IPN By 047/69, Sprawozdanie dekadowe.

14 AIPN, IPN By 056/26, Sprawozdanie kierownika sekcji.

15 AIPN, IPN By 058/1, k. 18–21, Sprawozdanie ws. Karola Ellerta, oryginał maszynopisu.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział I. Noc Walpurgi

(czerwiec 1945)

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Epigraf

Meritum publikacji

Przypisy