Basil - Wilkie Collins - ebook
Opis

Basil, potomek arystokratycznego rodu i aspirujący pisarz, zakochuje się w dziewczynie – smagłej, ciemnookiej piękności – przypadkowo spotkanej w omnibusie. Nie mogąc liczyć na aprobatę ojca dla małżeństwa z córką kupca, poślubia dziewczynę w tajemnicy. Jednocześnie akceptuje pewien dziwaczny warunek postawiony przez teścia. Basil ryzykuje wszystko dla miłości, nie podejrzewając zdrady. Gdy nadchodzi krytyczny moment młodzieniec pozbawiony wsparcia bliskich, jednocześnie zagrożony zemstą odwiecznego wroga jego rodziny, zdaje się być zdany wyłącznie na siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ I

I.

Co mam napisać?

Historię tego, co wydarzyło się w przeciągu nieco więcej niż jednego roku z dwudziestu czterech lat mojego życia.

Dlaczego podejmuję się podobnego zadania?

Może dlatego, że uważam, iż moja opowieść jest ciekawa, lub że, jak mam nadzieję, kiedyś posłuży jako przestroga. Opiszę historię pewnej pomyłki, która zaczęła się niewinnie, w miarę rozwoju wydarzeń stawała się grzeszna, a jej skutki okazały się zgubne. Pragnąłbym wierzyć, że moje jasne i prawdziwe świadectwo dowiedzie, iż popełnienie owej pomyłki można po części usprawiedliwić. Gdy ktoś odnajdzie te karty po mojej śmierci, być może zostaną spokojnie przeczytane i łagodnie osądzone jako relikty uświęcone pokutnymi cieniami grobu. Wtedy to, mam nadzieję, ludzie pożałują surowego wyroku, jaki na mnie wydano, a następne pokolenie wyrosłe w naszym domu nauczy się wspominać o mnie w łaskawych słowach i czasem w godzinach nocnej zadumy z własnej woli pomyśli o mnie życzliwie.

Kierując się tymi względami oraz innymi, które czuję, ale których nie potrafię określić, przystępuję do narzuconego sobie zajęcia. Ukrywam się wśród odległych wzgórz zachodniej Anglii, w otoczeniu jedynie kilku prostych mieszkańców wioski rybackiej na kornwalijskim wybrzeżu, nie ma zatem większych obaw, że coś będzie odrywać moją uwagę od tego zadania. Równie mało prawdopodobne jest, że opieszałość z mojej strony opóźni jego szybkie wykonanie. Wisi nade mną widmo nadciągającego zagrożenia, które może spaść znienacka, nie wiadomo kiedy i jak. W ciemnościach nieustannie czyha na mnie wróg – śmiertelny i zdecydowany, gotów czekać zarówno dni, jak i lata na okazję, aby uderzyć. Przystępując do nowego zajęcia, nie mogę z pewnością powiedzieć, że mam przed sobą choćby godzinę albo że dożyję wieczora.

A zatem nie rozpoczynam swojej opowieści dla rozrywki, a robię to w swoje urodziny! Dziś kończę dwadzieścia cztery lata. Po raz pierwszy nowego roku mojego życia nie wita choć jedno dobre słowo czy serdeczne życzenie. Jednak w mojej samotności jest coś miłego, co mi towarzyszy – uroczy poranny obraz przyrody rozciągający się z okna mojego pokoju. Słońce coraz jaśniej świeci zza krawędzi szkarłatnej deszczowej chmury, rybacy rozkładają sieci na niższych partiach skał, dzieci bawią się przy łodziach wyciągniętych na plażę, znad morza wieje czysta, rześka bryza. Wszystkie przedmioty cieszą oko, wszystkie odgłosy są miłe dla ucha, gdy pióro kreśli pierwsze linijki historii mego życia.

II.

Jestem drugim synem majętnego angielskiego dżentelmena. Nasz ród, jak sądzę, jest jednym z najstarszych w kraju. Ze strony ojca sięga on korzeniami czasów przed podbojem normańskim; ze strony matki nie jest co prawda tak stary, ale za to bardziej arystokratyczny. Oprócz starszego brata mam także młodszą siostrę. Moja matka zmarła wkrótce po urodzeniu ostatniego dziecka.

Okoliczności, które zostaną ujawnione później, zmusiły mnie do porzucenia nazwiska ojca. Musiałem się go zrzec w imię honoru i w imię honoru nie wymieniam go tutaj. Dlatego też na wstępie umieściłem jedynie swoje imię, uważając, że nazwisko, które przybrałem, jest bez znaczenia, i tak czy owak będę może wkrótce zmuszony znowu je zmienić. Mam nadzieję, że od teraz wiadomo będzie, dlaczego nie wspominam o bracie lub siostrze inaczej jak po imieniu, dlaczego wszędzie tam, gdzie powinno się pojawić nazwisko mego ojca, widnieje puste miejsce, i dlaczego nie ujawniam własnego nazwiska w niniejszej opowieści, podobnie jak nie ujawniam go w świecie.

Historia mojego dzieciństwa i młodości nie jest specjalnie interesująca – nie ma w niej nic oryginalnego. Odebrałem podobne wykształcenie jak setki innych młodzieńców mojego stanu. Najpierw uczyłem się w prywatnej szkole, a potem poszedłem na studia, aby uzupełnić to, co określa się „wykształceniem ogólnym”.

Z czasów studenckich nie pozostało mi ani jedno miłe wspomnienie. Zaraz po przyjeździe przekonałem się, że zasadą rządzącą w college’u jest pochlebstwo, które na ulicy afiszuje się pańskim złotym chwostem, a w jadalni zostaje intronizowane na podwyższeniu dla panów. Najlepszy student, człowiek, którego życie było najbardziej przykładne, a osiągnięcia największe, siedział jak plebejusz na najniższym miejscu. Kilka minut później pokazano mi dziedzica tytułu hrabiowskiego, który nie zdał ostatniego egzaminu, jednak zasiadał w samotnym splendorze na honorowym miejscu, wznosząc się ponad czcigodnymi uczonymi, którzy odrzucili go jako nieuka. Dopiero co przybyłem na uniwersytet i dopiero co powinszowano mi wstąpienia do „świątyni nauki i religii”.

Choć jest ona banalna i powszechna, wspominam o owej okoliczności towarzyszącej wstąpieniu do college’u, ponieważ legła u podstaw mojej niewiary w instytucję, z którą byłem związany. Wkrótce zacząłem traktować studia jako rodzaj zła koniecznego, które należy cierpliwie znosić. Nie uczyłem się dla wyróżnień i nie uczestniczyłem szczególnie w życiu towarzyskim. Zgłębiałem literaturę francuską, włoską i niemiecką, przykładając się do studiów humanistycznych na tyle tylko, aby zdobyć stopień naukowy, i opuściłem uczelnię, nie wsławiwszy się niczym innym jak obojętnością i rezerwą.

Jako że byłem młodszym synem i nie mogłem dziedziczyć rodowej własności ziemskiej, o ile mój brat nie umarłby bezdzietnie, po moim powrocie do domu uznano, że powinienem przysposobić się do zawodu. Ojciec mój patronował kilku intratnym posadom i był w dobrych stosunkach z niejednym członkiem rządu. Kariery w Kościele, wojsku, marynarce i adwokaturze stały przede mną otworem. Wybrałem tę ostatnią.

Ojciec zdawał się lekko zdziwiony moim wyborem, ale nie skomentował go. Przykazał tylko, bym nie zapominał, że adwokatura jest dobrym szczeblem na drodze do parlamentu. Jednak moją prawdziwą ambicją było wsławić się nie w parlamencie, ale w literaturze. Zdążyłem się już oddać trudnej, ale chwalebnej służbie pióra, i byłem zdecydowany w niej wytrwać. Chciałem dać pierwszeństwo profesji, która oferowała mi największe udogodnienia w realizacji mego planu: tak więc wybrałem adwokaturę.

W ten oto sposób wkroczyłem w życie pod najlepszymi auspicjami. Choć byłem młodszym synem, wiedziałem, że majątek ojca zapewni mi niezależny dochód daleko przekraczający moje potrzeby. Nie miałem żadnych zbytkownych nawyków, żadnych pragnień, których nie mógłbym spełnić, gdy tylko się pojawią, żadnych trosk ani zobowiązań. Mogłem wykonywać swój zawód lub nie, zależnie od własnego widzimisię. Mogłem całkowicie i bez reszty oddać się literaturze ze świadomością, że w moim przypadku walka o sławę nigdy nie będzie tożsama – potwornie, choć chwalebnie tożsama – z walką o byt. Na pogodnym niebie wiosny mego życia nie było ani jednej chmurki!

Mógłbym w tym miejscu spróbować nakreślić mój ówczesny charakter. Ale cóż da się powiedzieć o sobie samym? Nawet gdybym zbadał otchłań własnych przywar i sięgnął szczytu moich cnót, byłyby to tylko słowa. Nie znamy ani nie możemy osądzać samych siebie. Inni mogą nas osądzać, ale nie poznać. Tylko Bóg osądza i jednocześnie zna. Niech zatem mój charakter ujawni się – na tyle, na ile jakikolwiek ludzki charakter może się ujawnić w całości na tym świecie – w moich czynach, gdy będę opisywał pewien obfitujący w wydarzenia okres w moim życiu, który stał się podstawą niniejszej opowieści. Tymczasem powinienem napisać coś więcej o moich krewnych. Przynajmniej dwoje z nich okaże się ważnych dla rozwoju wypadków opisanych na tych stronach. Nie próbuję ich osądzać, a jedynie opisuję – nie wiem, czy właściwie, czy nie – takimi, jakimi ich widziałem.

III.

Zawsze uważałem mojego ojca (mówię o nim w czasie przeszłym, ponieważ jesteśmy rozdzieleni na zawsze i jest dla mnie równie nieżywy, jak gdyby spoczął w grobie) za najdumniejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek znałem i o jakim kiedykolwiek słyszałem. Duma jego nie była typową dumą, którą w powszechnym mniemaniu charakteryzuje sztywna, majestatyczna postura, surowy wyraz twarzy, szorstki, głęboki głos, wyuczone wzgardliwe komentarze na temat biedy i łachmanów oraz entuzjastyczne przechwałki na temat rangi i pochodzenia. Duma ojca nie miała w sobie nic z tych rzeczy. Była to owa cicha, nieostentacyjna, kurtuazyjna, wrodzona duma, widoczna tylko przy najuważniejszej obserwacji; zwykli obserwatorzy nie wykrywali jej nigdy.

Kto, widząc ojca rozmawiającego z którymkolwiek z chłopów na którymkolwiek ze swoich folwarków, widząc sposób, w jaki uchyla kapelusza, gdy przypadkowo spotyka żonę owego chłopa, kto, zauważając, jak serdecznie wita przedstawiciela ludu, gdy ten okazał się człowiekiem utalentowanym, pomyślałby, że mój ojciec jest dumny? W takich przypadkach, nawet jeśli była w nim jakaś duma, nie sposób było ją dostrzec. Ale gdyby zobaczyć go, gdy, na przykład, pisarz i świeżo upieczony par bez pochodzenia wchodzą razem do jego domu, można by zauważyć, jak zupełnie różnie ściska im dłonie, spostrzec, że uprzejma serdeczność jest zarezerwowana dla człowieka pióra, który nie rywalizuje z nim urodzeniem, a uprzejma oficjalność dla człowieka z tytułem, który to robi – w mig można by odkryć, gdzie leży i na czym polega jego duma. To był jego czuły punkt. Arystokracja wynikająca z pozycji, w odróżnieniu od arystokracji wynikającej z pochodzenia, nie była dla niego arystokracją. Był o nią zazdrosny, nienawidził jej. Choć nie miał tytułu, uważał się za lepszego od każdego, począwszy od baroneta, a na księciu skończywszy, kto nie pochodził z równie jak on starego rodu.

Obok niezliczonych przykładów owej szczególnej dumy, które mógłbym przytoczyć, pamiętam jeden na tyle typowy, że może służyć za próbkę całej reszty. Incydent miał miejsce, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a opowiedział mi o nim jeden z moich nieżyjących już wujów, który był świadkiem zdarzenia i do końca życia przytaczał je jako anegdotę.

W jednym z naszych dworów zatrzymał się bajecznie bogaty kupiec, który właśnie został wyniesiony do godności para. Poza nim jedynymi gośćmi byli jego córka, mój wuj i pewien włoski opat. Kupiec był tęgim, czerwonym na twarzy jegomościem i nosił świeżo zdobyte zaszczyty z osobliwą mieszanką sztucznej pompatyczności i wrodzonej jowialności. Opat był karłowaty i ułomny, szczupły, o ziemistej cerze, ostrych rysach twarzy, błyszczących ptasich oczach i niskim, melodyjnym głosie. Był uchodźcą politycznym; zarabiał na chleb, ucząc języków obcych. Mógłby być ulicznym żebrakiem, a mój ojciec i tak traktowałby go jak najważniejszego gościa w domu z tego tylko powodu, że wywodził się w linii prostej z jednego z owych najstarszych słynnych rzymskich rodów, których nazwiska przeszły do historii wojen domowych we Włoszech.

Pierwszego dnia do obiadu miało zasiąść towarzystwo złożone z córki kupca, mojej matki, starszej damy, która była ongiś jej guwernantką i która mieszkała z nią od chwili zamążpójścia, świeżo upieczonego lorda, opata, mojego ojca oraz wuja. Kiedy podano do stołu, par wystąpił z dopiero co rozkwitłym dostojeństwem, aby, co samo przez się zrozumiałe, podać ramię mojej matce. Blada twarz mojego ojca w mgnieniu oka okryła się purpurą. Dotknął on ramienia wspaniałego kupca-lorda i z niskim ukłonem znacząco wskazał zniedołężniałą starszą damę, która była niegdyś guwernantką mojej matki. Następnie udał się na drugi koniec pokoju, gdzie biedny jak mysz kościelna opat przeglądał w kącie książkę, z powagą i uprzejmością podprowadził drobnego, ułomnego, utykającego nauczyciela języków obcych, odzianego w długi, wyświechtany czarny płaszcz, do mojej matki (opat sięgał jej ledwie do ramienia), własnoręcznie otworzył przed nimi drzwi, grzecznie zaprosił świeżo upieczonego szlachcica, który stał skamieniały z konfuzji i osłupienia, aby podążył za nimi ze staruszką, która kuśtykała uwieszona na jego ramieniu, po czym powrócił, aby osobiście poprowadzić na obiad córkę para. Odzyskał swój zwykły wyraz twarzy i sposób bycia dopiero wtedy, gdy drobny opat – nędzny, na wpół zagłodzony przedstawiciel możnych magnatów z przeszłości – zasiadł na honorowym miejscu przy stole u boku mojej matki.

To przez tym podobne drobne incydenty można było odkryć, jak bardzo dumny był mój ojciec. Nigdy nie chwalił się swoimi przodkami, nigdy nawet o nich nie opowiadał, chyba że ktoś go o nich pytał, ale nigdy też o nich nie zapominał. Byli dla niego całym życiem, bóstwami, które czcił, skarbami rodzinnymi, które jego dzieci i dzieci jego dzieci po wsze czasy miały cenić wyżej niż wszystkie ziemie i bogactwa, wszystkie ambicje i wspaniałości.

W domu ojciec spełniał swoje obowiązki względem rodziny honorowo, subtelnie i uprzejmie. Myślę, że na swój sposób kochał nas wszystkich, ale my, jego potomkowie, musieliśmy dzielić jego miłość z przodkami: byliśmy zarówno jego dziećmi, jak i własnością. Mieliśmy wszelkie godziwe swobody, spełniano wszystkie nasze przyzwoite zachcianki. Ojciec nigdy nie okazywał podejrzliwości ani nadmiernej surowości. Wpoił nam, że jedynym przestępstwem, którego nie można wybaczyć ani zapomnieć, jest zhańbienie – czy to słowem, czy czynem – rodziny. Pod jego kierownictwem zostaliśmy ukształtowani w duchu zasad religii, honoru i pracowitości, a resztę pozostawiał naszemu zmysłowi moralnemu, własnemu rozumieniu obowiązków i przywilejów naszego stanu. W zachowaniu ojca względem nas nie było ani jednego szczegółu, na który moglibyśmy się uskarżać, a jednak w naszych rodzinnych relacjach zawsze czegoś brakowało.

Niektórym może wydawać się to niepojęte, a nawet niedorzeczne, niemniej jednak prawdą jest, że żadne z nas nigdy nie było z ojcem w zażyłych stosunkach. Mam na myśli to, że był dla nas ojcem, ale nigdy towarzyszem. W jego spokojnym, wyważonym sposobie bycia istniało coś, czym niemal nieświadomie nas krępował. Nigdy w życiu nie czułem się mniej swobodnie – wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego – niż kiedy czasami jadłem z ojcem sam na sam. Nigdy jako chłopiec nie powierzałem mu swoich pomysłów na zabawę ani jako młodzieniec nie wspominałem inaczej jak ogólnie o swoich ambitnych nadziejach. Nie żeby przyjmował podobne zwierzenia z kpiną czy surowością – nie mógłby tego zrobić, ale zdawał się być ponad nie, niezdolny się w nie zagłębić, zbyt odległy myślami od myśli takich jak nasze. Tak więc wszystkie wakacyjne narady odbywały się ze starymi służącymi, a kiedy zacząłem próbować swoich sił jako literat, moje brudnopisy czytała siostra i nigdy nie trafiały one do gabinetu ojca.

Co więcej, opanowanie, z jakim ojciec okazywał niezadowolenie ze mnie lub brata, miało w sobie coś strasznego, coś, czego nigdy nie zapomnieliśmy i nieustannie baliśmy się jako najgorszego nieszczęścia.

Gdy jako chłopcy popełniliśmy jakieś dziecięce przewinienie, ojciec nigdy nie okazywał irytacji – po prostu zupełnie zmieniał swoje zachowanie względem nas. Nie spotykały nas surowe kazania, zawzięte groźby czy wręcz kary, ale kiedy się z nim stykaliśmy, traktował nas z chłodną, lekceważącą uprzejmością (szczególnie gdy przewinienie wykazywało cechy czegoś niskiego czy niedżentelmeńskiego), która dotykała nas do żywego. W takich wypadkach nie zwracał się do nas po imieniu; jeśli przypadkiem spotkaliśmy go na zewnątrz, było pewne, że zejdzie nam z drogi, jeśli zadawaliśmy pytanie, odpowiadał najkrócej, jak to możliwe, jakbyśmy byli obcymi osobami. Całe jego zachowanie zdawało się mówić: okazaliście się niezdatni do przebywania ze swoim ojcem i teraz sprawi on, że odczujecie tę niezdolność równie mocno jak on sam. Tkwiliśmy w tym domowym czyśćcu całymi dniami, a czasem tygodniami. W naszym chłopięcym odczuciu (zwłaszcza moim) nie było większego upokorzenia.

Nie wiem, w jakich stosunkach ojciec pozostawał z matką. Wobec mojej siostry jego zachowanie zawsze miało w sobie coś z dawnej czułej galanterii minionej epoki. Otaczał żonę taką samą atencją, jaką okazywałby najlepiej urodzonej damie w kraju. Kiedy byliśmy sami, prowadził ją do jadalni dokładnie tak samo, jak prowadziłby księżnę do sali bankietowej. Nam, jako chłopcom, pozwalał wstać od stołu, zanim sam wstał, ale nigdy, zanim wstała siostra. Jeśli służący uchybił czymś ojcu, ten często mu wybaczał, jeżeli zaś siostrze – był z miejsca odprawiany. W oczach ojca córka reprezentowała swoją matkę: była zarówno jego dzieckiem, jak i panią jego domu. Niezwykłym widokiem była mieszanka wielkopańskiej kurtuazji i ojcowskiej miłości, z jaką delikatnie muskał wargami czoło mej siostry, witając się z nią rano.

Jeśli chodzi o posturę, ojciec był najwyżej średniego wzrostu, szczupłej i delikatnej budowy. Głowę miał małą i dobrze osadzoną na ramionach, czoło raczej szerokie niż wysokie, cerę wyjątkowo bladą, z wyjątkiem momentów wzburzenia, gdy, jak już zauważyłem, w mgnieniu oka okrywał się rumieńcem. Jego duże, szare oczy miały w sobie coś rozkazującego. Dodawały wyrazowi twarzy ojca rzadko spotykanej stanowczości i dostojeństwa. W każdym spojrzeniu zdradzały jego urodzenie i wychowanie, dawne dziedziczne uprzedzenia, rycerskie poczucie honoru. Zaiste, trzeba było całej męskiej siły spojrzenia, aby wybawić dolną część twarzy od wyrazu zniewieściałości, tak delikatnie była ukształtowana w swoim subtelnym normańskim zarysie. Jego uśmiech odznaczał się niezwykłą słodyczą – był niemal jak uśmiech kobiety. Także gdy ojciec mówił, jego wargi często drżały podobnie jak u kobiet. Jeśli za młodu kiedykolwiek się śmiał, jego śmiech musiał być bardzo czysty i melodyjny, ale odkąd go pamiętam, nigdy nie słyszałem, żeby się śmiał. W najszczęśliwszych momentach, w najweselszym towarzystwie widziałem tylko, jak się uśmiecha.

Były i inne cechy usposobienia i zachowania ojca, o których mógłbym napomknąć, ale być może okażą się one lepiej widoczne później w związku z okolicznościami, w których się ujawniły.

IV.

Kiedy rodzina posiada duży majątek ziemski, osobą, która wykazuje najmniejsze zainteresowanie jego dobrem, najmniej lubi dom, jest najmniej przywiązana do krewnych, najmniej gotowa uczyć się swoich powinności czy podejmować zobowiązania, jest często właśnie ta, która ma odziedziczyć rodzinne dobra, czyli najstarszy syn.

Mój brat Ralph nie był pod tym względem wyjątkiem. Uczyliśmy się razem. Po zakończeniu edukacji nie spotykaliśmy się, chyba że przelotnie. Przez kilka lat po studiach mój brat przebywał niemal bez przerwy na kontynencie, a kiedy ostatecznie wrócił do Anglii, nie przybył po to, aby zamieszkać z nami pod jednym dachem. Zarówno w mieście, jak i na wsi bywał u nas gościem, nie zaś domownikiem.

Przypominam go sobie z czasów szkolnych – silniejszego, wyższego, przystojniejszego niż ja, daleko prześcigającego mnie powodzeniem w małej wspólnocie, w jakiej żyliśmy. Pierwszy podejmował śmiałe wyczyny, ostatni je porzucał, to najlepszy w klasie, to znowu najgorszy – dokładnie taki wesoły, niesforny, przystojny śmiałek, za jakim instynktownie oglądają się z uśmiechem staruszkowie, mijając go na porannym spacerze.

Potem, w college’u, wybijał się wśród wioślarzy i krykiecistów, zasłynął jako strzelec, budził strach jako rywal w walce na kije. Żadne wieczory studenckie na uczelni nie mogły równać się z jego wieczorami, handlarze jemu pierwszemu dawali wybór, jeśli chodziło o nowości, młode damy w mieście kochały się w nim tuzinami, młodzi nauczyciele ze skłonnością do dandyzmu naśladowali krój jego surduta i sposób wiązania fularu, nawet okropni przełożeni college’ów patrzyli przez palce na jego wybryki. Wesoły, serdeczny, przystojny młody angielski dżentelmen emanował urokiem, który zjednywał mu każdego. Choć zarówno w szkole, jak i w college’u byłem jego ulubionym obiektem żartów, nigdy się z nim nie kłóciłem. Zawsze pozwalałem mu w zuchwały, gwałtowny sposób wyśmiewać moje stroje, maniery i zwyczaje, tak jakby kpienie ze mnie, ile dusza zapragnie, było przywilejem płynącym z pierworództwa.

Przez cały ten czas ojciec nie miał z moim bratem większych zgryzot niż te wynikające z jego wyśmienitego nastroju i znacznych długów. Ale kiedy Ralph wrócił do domu, kiedy długi zostały spłacone i uznano, że czas zaprząc swobodną, niczym nieskrępowaną energię do czegoś pożytecznego, strapienia ojca stały się poważne.

Nie sposób było sprawić, aby Ralph zrozumiał i docenił swoją pozycję tak, jak tego od niego oczekiwano. Zarządca w rozpaczy porzucił wszelkie próby oświecenia młodzieńca co do wielkości i wartości majątku oraz sposobu zarządzania dobrami, które mój brat miał odziedziczyć. Podjęto wysiłki, aby rozbudzić w nim ambicje i nakłonić go do pójścia do parlamentu. Wyśmiał ten pomysł. Następnie zaproponowano mu powołanie do gwardii królewskiej. Odmówił, ponieważ nie zamierzał dać się wcisnąć w czerwony mundur ani podporządkować się żadnym nakazom mody czy wojska, ponieważ, krótko mówiąc, zdecydowany był pozostać panem samego siebie. Ojciec godzinami kładł mu do głowy obowiązki i perspektywy kształcenia umysłu i przykład przodków, ale na próżno. Ralph ziewał i wiercił się nad wysławianymi kartami własnego rodowodu, ilekroć je przed nim otwierano.

Na wsi nie interesował się niczym innym jak tylko polowaniem i strzelaniem; równie trudno było skłonić go do wybrania się na proszony obiad, jak do pójścia do kościoła. W mieście bywał w teatrach po obu stronach kulis, zabawiał aktorów i aktorki w Richmond, wznosił się w balonach w Vauxhall, chadzał z policyjnymi detektywami, podglądając życie kieszonkowców i włamywaczy, należał do klubu wista, klubu smakoszy, klubu gry w dwa ognie, klubu bokserskiego, klubu piknikowego, klubu aktorów amatorów, słowem: wiódł żywot takiego lekkoducha i bon vivanta, że ojciec, dotknięty do żywego w swoich rodowych uprzedzeniach i poczuciu wytworności, niemal przestał się do niego odzywać i widywał go tak rzadko, jak to tylko możliwe. Czasami interwencja mojej siostry doprowadzała do chwilowej zgody pomiędzy nimi. Jej wpływ, jakkolwiek łagodny, zawsze przynosił wyraźny pozytywny skutek, ale nie mogła ona zmienić natury brata. Choćby nie wiem jak usilnie go przekonywała i błagała, było pewne, że Ralph znowu utraci ojcowskie względy w kilka dni po ich odzyskaniu.

W końcu niezręczna przygoda miłosna mego brata z córką jednego z naszych dzierżawców sprawiła, że sprawy zaszły za daleko. Ojciec zareagował ze swoim zwykłym zdecydowaniem. Postanowił zaaplikować najostrzejsze możliwe remedium i pozwolić swojemu nieposłusznemu pierworodnemu swobodnie przebywać za granicą do czasu, aż się porządnie zmęczy i otrzeźwieje: wystarał się dla mojego brata o stanowisko attaché w ambasadzie i domagał się, aby ten niezwłocznie wyjechał z Anglii. Przynajmniej tym razem Ralph okazał posłuszeństwo. Nie znał się na dyplomacji ani nie dbał o nią, ale podobał mu się pomysł mieszkania na kontynencie, więc chętnie opuścił dom. Ojciec odprowadzał go wzrokiem pełnym nieumiejętnie skrywanego niepokoju i obawy, choć udawał zadowolenie z faktu, że Ralph, jakkolwiek niefrasobliwy i leniwy, nawet w chwilach największej lekkomyślności nie był zdolny z własnej woli zhańbić rodziny.

Po tym wydarzeniu brat rzadko się odzywał. Jego listy były nieliczne i krótkie, na ogół zakończone prośbami o pieniądze. Jedyne ważne wieści o nim docierały do nas publicznymi drogami.

Ralph wyrabiał sobie iście europejską reputację – reputację, o której sama wzmianka wywoływała grymas na twarzy ojca. Mój brat wziął udział w pojedynku, przywiózł z Węgier nowy taniec, zdołał pozyskać najmniejszego pachołka, jakiego kiedykolwiek widziano za kabrioletem, sprzątnął sprzed nosa wszystkim konkurentom największą piękność wśród tancerek baletowych tamtych lat; pewien znakomity francuski kucharz wymyślił wyśmienitą potrawę i nazwał ją jego imieniem; uznawano Ralpha za „bezimiennego przyjaciela”, któremu pewna polska hrabina o zainteresowaniach literackich dedykowała swoje Listy przeciwko ograniczeniom Węzła Małżeńskiego; z kolei pewna sześćdziesięcioletnia niemiecka metafizyczka zakochała się w nim (platonicznie) i na starość zaczęła pisać romanse erotyczne. Takie to pogłoski dochodziły uszu ojca na temat syna i dziedzica!

Po długiej nieobecności Ralph przyjechał wreszcie w odwiedziny. Dobrze pamiętam zaskoczenie, jakie wywołał w całym domu! Pod względem manier i wyglądu stał się cudzoziemcem. Miał okazałe wąsiska, z jego łańcuszka od zegarka całymi pękami zwisały miniaturowe cacka ze złota i drogich kamieni, gors był istnym arcydziełem z koronki i batystu. Mój brat przywiózł ze sobą pudła likierów i perfum w najlepszym gatunku, eleganckiego, bezczelnego francuskiego lokaja, przewoźną biblioteczkę francuskich powieści, którą otwierał złotym kluczykiem. Rano nie pił nic prócz czekolady, odbywał długie narady z kucharką i zrewolucjonizował nasz stół. Wszystkie francuskie gazety przysyłano mu za pośrednictwem londyńskiego agenta. Zmienił wystrój sypialni, do której nie miał wstępu żaden służący oprócz jego osobistego lokaja. Wiszące tam portrety rodzinne zostały obrócone przodem do ściany, a na odwrocie płócien naklejono wizerunki francuskich aktorek i włoskich śpiewaczek. Następnie usunął piękną hebanową gablotkę, która była w posiadaniu rodziny od trzystu lat, a w jej miejsce postawił miniaturową świątynię Wenery z kryształowymi drzwiczkami, za którymi wisiały pukle włosów, pierścionki, liściki pisane na muśniętym różem papierze i inne upominki miłosne trzymane jako sentymentalne pamiątki. Miał wpływ na wszystko i wszystkich wokół; zdawał się zarażać dom przemianą, która zaszła w nim samym: z lekkomyślnego, hałaśliwego młodego Anglika w nadzwyczaj wyrafinowanego cudzoziemskiego dandysa. Było tak, jak gdyby gorąca, tętniąca życiem atmosfera paryskich bulwarów bezczelnie przeniknęła do starego angielskiego dworu aż po najdalsze zakamarki, burząc i zatruwając jego spokojną rodzimą aurę.

Ojciec był bardziej nawet zaniepokojony niż zirytowany zmianą zaszłą w obyczajach i manierach mojego brata. Jego najstarszy syn był teraz dalszy niż kiedykolwiek od ideału pierworodnego. Co do przyjaciół i sąsiadów, nie minął tydzień od przyjazdu, a Ralph zaczął budzić w nich szczery strach i niechęć. Z drwiącą cierpliwością przysłuchiwał się ich rozmowom, z drwiącą uprzejmością atakował ich staroświeckie poglądy i poprawiał najdrobniejsze błędy, co w duchu irytowało ich do granic wytrzymałości. Jeszcze gorzej było, gdy ojciec w desperacji próbował skusić Ralpha do małżeństwa, mającego być ostatnią szansą zreformowania go, i w tym celu zaprosił do domu większość znanych nam panien na wydaniu.

W kraju Ralph nigdy nie okazywał zbytniego upodobania do wyrafinowanych przyjemności płynących z przyzwoitego damskiego towarzystwa. Za granicą, na ile tylko było to możliwe, obracał się wyłącznie wśród kobiet, których reputacja plasowała się w najróżniejszych punktach na skali od tajemniczo wątpliwej do jawnie złej. Wysoko urodzone, wytworne i dobrze wychowane młode angielskie piękności nie pociągały go. Od razu wyczuł rodzinny spisek, którego miał paść ofiarą. W nocy często zachodził do mojego pokoju i podczas gdy zabawiał się docinkami na temat moich prostych strojów i przyborów toaletowych, podczas gdy w swój dawny niefrasobliwy sposób śmiał się z mojego spokojnego i monotonnego życia, wtrącał mimochodem przeróżne złośliwości na temat odwiedzających nas młodych dam. Ich sposób zachowania był dla niego potwornie apatyczny, w ich niewinności widział obłudę wychowania. Owszem, doceniał gładkie cery i regularne rysy, ale jeśli dziewczyna nie potrafiła właściwie chodzić, jeśli podając dłoń, miała zimne palce, jeśli mając dobry wzrok, nie potrafiła użyć go w pobudzający sposób, należało natychmiast odesłać regularne rysy i gładkie cery z powrotem do pokoju dziecinnego, z którego przyszły. Jeśli o niego chodzi, brakowało mu rozmowy z błyskotliwą polską hrabiną i tęsknił za kolejną ucztą naleśnikową w towarzystwie swoich ulubionych gryzetek.

Wkrótce porażka ostatniego eksperymentu ojca stała się oczywista. Czujne i doświadczone matki zaczęły podejrzewać, że sposób flirtowania mojego brata jest niebezpieczny, a styl, w jakim tańczy walca, niewłaściwy. Jeden czy dwóch z przezorniejszych rodziców zaniepokojonych swobodą manier i opinią mego brata zadbało o bezpieczeństwo córek, skracając wizyty. Reszta nie musiała się do tego uciekać. Ojciec nagle odkrył, że Ralph nieco zbyt gorliwie angażuje się w znajomość z młodą mężatką przebywającą w naszym domu. Tego samego dnia odbył z moim bratem długą rozmowę w cztery oczy. Nie wiem, o czym mówili, ale musiało to być coś poważnego. Ralph wyszedł z prywatnego gabinetu ojca bardzo blady i milczący, z miejsca kazał pakować bagaże i następnego ranka wraz ze swoim francuskim lokajem oraz różnorakimi francuskimi towarami i ruchomościami wyjechał na kontynent.

Znów minął jakiś czas i Ralph ponownie odwiedził nas na krótko. Wciąż się nie zmienił. Ojciec ucierpiał z powodu kolejnego zawodu. Stał się bardziej drażliwy i milczący, bardziej skłonny do urazy, niż miał w zwyczaju. Wspominam o zmianie, jaka zaszła w jego usposobieniu, ponieważ miała ona niebawem w sposób zgubny na mnie oddziałać.

Przy tej okazji ponownie doszło do poważnej sprzeczki między ojcem a synem i Ralph kolejny raz wyjechał z Anglii, w podobnych okolicznościach jak poprzednio.

Wkrótce po owym wyjeździe dowiedzieliśmy się, że zmienił tryb życia. Nawiązał coś, co kodeks moralny panujący na kontynencie określiłby jako poprawiającą charakter więź, ze starszą od siebie kobietą, która żyła w separacji z mężem. Wzniosłą ambicją owej damy było stać się mentorką mego brata i panią jego serca w jednej osobie! Niebawem też dowiodła, że świetnie nadaje się do tego śmiałego przedsięwzięcia. Ku zdumieniu wszystkich znajomych Ralph nagle stał się oszczędny, a wkrótce potem ni mniej, ni więcej, tylko zrezygnował z posady w ambasadzie, aby nie narażać się na pokusy! A wreszcie powrócił do Anglii, oddał się kolekcjonowaniu tabakier i nauce gry na skrzypcach i zaczął prowadzić spokojne życie na przedmieściach Londynu, wciąż pod kontrolą stanowczej misjonarki, która doprowadziła do jego przemiany.

Próżno zgadywać, czy Ralph kiedykolwiek stanie się szlachetnym, honorowym właścicielem ziemskim, jakim zawsze chciał go widzieć ojciec. Na włościach, które ma odziedziczyć, być może nigdy nie postanie już moja noga, w komnatach, w których kiedyś zasiądzie jako pan, nigdy już nie znajdę schronienia. Niech mi wolno będzie porzucić teraz temat mojego starszego brata i zwrócić się ku temu, który jest bliższy memu sercu, drogi mi jako ostatnie wspomnienie, które mogę kochać, cenniejszy nad wszystkie skarby w mojej samotności i wygnaniu z domu.

Siostra! W zapiskach mogę na dłużej zatrzymać się przy twojej ukochanej osobie. Jeszcze trochę, a ogarnie mnie ciemność zbrodni i smutku. W tym miejscu wspomnienia o tobie płoną przed moimi oczami jak czyste światło – podwójnie czyste w kontraście do tego, co czeka dalej. Oby twoje dobre oczy, kochana, były pierwszymi, które spojrzą na te strony, kiedy już autor pożegna się z nimi na zawsze! Oby twoja delikatna dłoń była pierwszą, która dotknie tych kart, gdy moja będzie już zimna! Claro, do tej pory w mojej opowieści za każdym razem, gdy choćby mimochodem wspominałem o mojej siostrze, pióro drżało i zatrzymywało się. W tym miejscu, gdzie wszystkie wspomnienia o tobie opadają mnie tłumnie, łzy napływają do oczu tak szybko i w takiej ilości, że nie mogę ich opanować, i po raz pierwszy od czasu, gdy podjąłem się swego zadania, odwaga i opanowanie mnie zawodzą.

Daremnie byłoby kontynuować. Ręka mi drży, wzrok coraz bardziej słabnie. Muszę zakończyć pracę na dziś i wyjść na szczyty wzgórz, skąd widać morze, aby zebrać siły i determinację na jutro.

V.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
CZĘŚĆ I
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Basil

Copyright © 2019, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania

danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach

publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-415-9 

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Na okładce wykorzystano obraz „Proserpine”

Dantego Gabriela Rossettiego

Korekta: Agnieszka Zielińska

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek