Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Azazel - Boris Akunin

Powieść sensacyjna: pierwsza z książek, których bohaterem jest genialny detektyw Erast Fandorin, działający w II połowie XIX wieku, niegdyś pracujący w carskiej policji. Fandorin rozpracowuje tajną organizację „Azazel”. Na jej ślad wpada, prowadząc śledztwo w dziwnej sprawie samobójstwa studenta, który zapisał majątek pewnej Angielce...

Zaskakująca fabuła, pieczołowicie zarysowane tło i wiele bezcennych informacji o młodości Fandorina dla wszystkich jego wielbicieli.

Błyskotliwa forma, inteligentna zabawa z czytelnikiem.

Opinie o ebooku Azazel - Boris Akunin

Fragment ebooka Azazel - Boris Akunin

BORIS AKUNINAzazelz rosyjskiego przełożył Jerzy Czech

Tytuł oryginału

AZAZEL

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka

Redakcja

Mirosław Grabowski

Korekta

Maciej Korbasiński

Bożenna Burzyńska

Copyright © B. Akunin, 1998

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Czech, 2003

Copyright © for the e-book édition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

ISBN 978-83-247-2674-5

Nr 45110

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rozdział pierwszy, w którym opisany jest pewien cyniczny wybryk

W poniedziałek trzynastego maja 1876 roku o trzeciej po południu, w dzień po wiosennemu świeży i po letniemu ciepły, wiele osób w parku Aleksandrowskim stało się świadkami skandalicznego zdarzenia, którego niczyja wyobraźnia nie mogła przewidzieć.

Alejami, pośród kwitnących bzów i pałających czerwonymi tulipanami klombów, przechadzało się szykowne towarzystwo: panie pod koronkowymi parasolkami (żeby nie dostać piegów), bony z dziećmi w marynarskich ubrankach, znudzeni młodzi ludzie w modnych szewiotowych surdutach albo na angielską modłę krótkich marynarkach. Nic nie zapowiadało, że wydarzy się coś przykrego; powietrze, pełne aromatów dojrzałej, pewnej siebie wiosny, sprzyjało nastrojowi leniwego zadowolenia i pogodnej nudy. Słońce przypiekało nie na żarty, toteż wszystkie pozostające w cieniu ławki były zajęte.

Na jednej z nich, ustawionej niedaleko Groty i zwróconej frontem do kraty, za którą zaczynała się ulica Nieglinna i widniał żółty mur Maneżu, siedziały dwie panie. Jedna, całkiem młoda (najpewniej wcale nie pani, tylko panna), czytała książkę w safianowej oprawie, raz po raz z zaciekawieniem zerkając na boki. Druga, dużo starsza, w ciemnogranatowej sukni z wełny w dobrym gatunku i praktycznych sznurowanych botach, ze skupioną miną przebierała drutami, robiąc na nich coś zjadliwie różowego. Zwracała przy tym głowę to w prawo, to w lewo, jej spojrzenie zaś było tak bystre, że z pewnością nie mogło przed nim umknąć nic choć trochę zajmującego.

Na młodego człowieka w wąskich kraciastych spodniach, surducie niedbale rozpiętym nad białą kamizelką i okrągłym szwajcarskim kapeluszu dama od razu zwróciła uwagę; bardzo dziwnie szedł aleją – to zatrzymywał się, wypatrując kogoś między spacerującymi, to gwałtownie ruszał do przodu, to znowu nieruchomiał. Wtem niezrównoważony osobnik spojrzał na nasze panie i jak gdyby podejmując jakąś decyzję, skierował się ku nim długimi krokami. Zatrzymał się przed ławką i zwracając się do młodziutkiej panny, wykrzyknął falsetem clowna:

– Łaskawa pani! Czy ktoś już mówił pani, że jest niewybaczalnie piękna?

Panna, która naprawdę była piękna jak poranek, podniosła wzrok na bezczelnego osobnika i w przestrachu lekko otwarła poziomkowe usta. Także jej poważną towarzyszkę speszyła taka niesłychana bezceremonialność.

– Zniewoliło mnie pierwsze pani spojrzenie! – błaznował nieznajomy, całkiem zresztą przyzwoitej powierzchowności młody człowiek (modnie podstrzyżone skronie, wysokie blade czoło, czarne, płonące w podnieceniu oczy). – Raczy pani pozwolić, bym na jej niewinnym czole wycisnął jeszcze bardziej niewinny, absolutnie braterski pocałunek!

– Ależ pan jestesz upity! – oprzytomniała pani z drutami, która, jak się okazało, mówiła z charakterystycznym niemieckim akcentem.

– Jeśli jestem pijany, to wyłącznie z miłości – zapewnił ją bezczelny typ i tym samym nienaturalnym głosem, momentami przechodzącym w skowyt, zażądał: – Jeden jedyny pocałunek, w przeciwnym razie niezwłocznie odbiorę sobie życie!

Panna wcisnęła się w oparcie ławki, zwracając twarzyczkę ku swej obrończyni. Ta zaś, jakkolwiek sytuacja była niepokojąca, przejawiła niezłomne męstwo.

– Ftej fili precz! Pan sfariowal! – Podniosła głos i nadstawiła robótkę z wojowniczo sterczącymi drutami. – Sara fsywam stojkowy!

A wtedy zdarzyło się coś już zupełnie niebywałego.

– Ach, tak! Zostałem odtrącony! – zakrzyknął z udawaną rozpaczą młody człowiek, teatralnym gestem zasłaniając oczy, po czym z wewnętrznej kieszeni niespodziewanie wyciągnął mały, połyskujący czarną stalą rewolwer. – Cóż warte jest życie, gdy coś takiego mnie spotyka! Jedno pani słowo, a będę żył! Jedno słowo, a padnę trupem! – zaapelował do panny, która sama siedziała ledwie żywa. – Pani milczy? W takim razie żegnam!

Widok wymachującego bronią mężczyzny nie mógł nie ściągnąć uwagi przechodniów. Korpulentna dama z wachlarzem w ręku, dostojny pan z Orderem Świętej Anny na szyi, dwie pensjonarki w jednakowych brązowych sukienkach z pelerynami – wszyscy zastygli w miejscu; nawet za ogrodzeniem, na trotuarze, zatrzymał się jakiś student. Krótko mówiąc, można się było spodziewać, że ktoś natychmiast położy kres tej obrzydliwej scenie.

Ale dalszy ciąg nastąpił tak szybko, że nikt nie zdążył interweniować.

– Na los szczęścia! – zawołał pijany (a może naprawdę szalony), raptownie uniósł wysoko rękę z rewolwerem, zakręcił bębenkiem i przyłożył lufę do głowy.

– Blazen! Nie ma pionta klepka! – zasyczała dzielna Niemka, ujawniając przy okazji nie najgorszą znajomość potocznej ruszczyzny.

Młody człowiek, do tej pory blady, jął dodatkowo szarzeć i zielenieć; wreszcie zagryzł dolną wargę i przymknął oczy. Panna też swoje na wszelki wypadek zamknęła.

Postąpiła słusznie: oszczędziło jej to potwornego widowiska. W chwili gdy gruchnął strzał, głowa samobójcy gwałtownie odskoczyła w bok, a z otworu, przez który wyleciała kula, trochę powyżej lewego ucha, wykwitła czerwono-biała fontanna.

Pióro nie opisze tego, co się wtedy zaczęło. Niemka rozejrzała się oburzona, jak gdyby wzywając wszystkich na świadków tego niesłychanego bezeceństwa, a potem podniosła niesamowity jazgot, który dołączył się do pisku pensjonarek i przenikliwych krzyków korpulentnej damy. Panna leżała bez czucia – na moment otworzyła oczy i zaraz omdlała. Zewsząd zbiegali się ludzie, i tylko stojący pod kratą student, wrażliwszej widać natury, pognał co sił w przeciwną stronę, na ulicę Mochową.

*

Ksawierij Fieofiłaktowicz Gruszyn, prystaw Urzędu Śledczego przy moskiewskim oberpolicmajstrze, westchnął z ulgą i odłożył na lewą kupkę („Przejrzane”) wykaz ważnych przestępstw za dzień wczorajszy. Minionej doby, to znaczy trzynastego maja, w żadnej z dwudziestu czterech policyjnych dzielnic sześćsettysięcznego miasta nie wydarzyło się nic takiego, co wymagałoby interwencji Urzędu. Jeden zabity w wyniku bójki między pijanymi rzemieślnikami (zabójca został zatrzymany na miejscu zbrodni), dwaj ograbieni dorożkarze (tym niech się zajmą rewiry), zniknięcie sumy siedmiu tysięcy ośmiuset pięćdziesięciu trzech rubli i czterdziestu kopiejek z kasy Banku Rosyjsko-Azjatyckiego (to całkowicie w gestii Antona Siemionowicza z wydziału przestępstw gospodarczych). Przestali już, dzięki Bogu, nękać Urząd rozmaitymi drobiazgami w rodzaju kradzieży kieszonkowych, podrzuconych niemowląt i pokojówek, które się powiesiły – do tego służy „Raport policyjny o wydarzeniach w mieście”, w drugiej połowie dnia rozsyłany po wydziałach.

Ksawierij Fieofiłaktowicz ziewnął rozkosznie i znad szylkretowegopince-nezspojrzał na kancelistę, urzędnika czternastej klasy1, Erasta Pietrowicza Fandorina, po raz trzeci przepisującego tygodniowy raport dla oberpolicmajstra. To nic – stwierdził w duchu Gruszyn – niech się od początku przyucza do staranności, jeszcze potem za to podziękuje. Też wymyślili – bazgranie stalowym piórkiem, i to dla wysokiej zwierzchności! Oj, nie, kochaneczku, pisz no mi po staremu, gęsim piórem, nie spiesząc się, ze wszystkimi ogonkami i zakrętasami. Jego ekscelencja dorastał za cara Mikołaja, więc dobrze wie, co znaczy porządek i szacunek dla urzędu.

Pan Ksawierij ze szczerego serca dobrze życzył młokosowi i żałował go po ojcowsku. Bo też trzeba przyznać, że los okrutnie obszedł się ze świeżo upieczonym kancelistą. Kiedy chłopak miał lat dziewiętnaście, został sierotą – matki nie znał od małego, a ojciec, gorąca głowa, roztrwonił majątek na czcze projekty, po czym opuścił ten świat. Wzbogacił się podczas gorączki kolejowej, podczas bankowej – zbankrutował. Kiedy w zeszłym roku banki komercyjne zaczęły upadać jeden za drugim, wielu zacnych ludzi poszło z torbami. Najpewniejsze papiery procentowe zmieniły się w zwykłe świstki, śmiecie. Tak więc pan Fandorin, porucznik rezerwy, z którym atak serca uporał się w jednej chwili, nie zostawił jedynemu synowi nic oprócz weksli. Chłopiec powinien był ukończyć gimnazjum, wstąpić na uniwersytet, a tu raptem musiał iść z rodzinnego domu w świat, zarabiać na kawałek chleba. Ksawierij Gruszyn wydał pełne współczucia chrząknięcie. Sierota zdał egzamin na rejestratora kolegialnego, rzecz dla tak wykształconego młodzieńca nietrudna, ale jakie licho zaniosło go do policji? Pracowałby sobie w statystyce albo choćby w sądzie. Ciągle romantyka w głowie, ciągle marzenia, żeby złapać jakiegoś Rymalda Rymaldyniego! A u nas, kochaneczku, o Rymaldynów trudno (Ksawierij Fieofiłaktowicz z dezaprobatą pokiwał głową), u nas najczęściej trzeba siedzieć kamieniem i spisywać protokoły, jak to mieszczanin Gołopuzow po pijanemu siekierą ukatrupił małżonkę z trojgiem maleńkich dziatek.

Pan Fandorin junior pracował w Urzędzie dopiero trzeci tydzień, ale Ksawierij Fieofiłaktowicz, stary wyga, doświadczony detektyw, wiedział już dobrze, że pożytku z chłopczyny nie będzie. Za subtelny, za delikatnie chowany. Od razu w pierwszym tygodniu wziął go na miejsce zbrodni (kiedy to zaszlachtowali żonę kupca Krupnowa), Fandorin zaś, ledwo spojrzał na zabitą, zzieleniał cały i trzymając się ściany, prędko, prędko – na podwórze. Widok kupcowej w istocie mało był pociągający: gardło rozharatane od ucha do ucha, wywalony język, wybałuszone oczy, no a krwi, ma się rozumieć, pociekło całe morze. W rezultacie Ksawierij Fieofiłaktowicz musiał sam przeprowadzić dochodzenie i spisać protokół. Sprawa zresztą, szczerze mówiąc, nie okazała się zbyt zawikłana. Stróż Kuzykin miał tak rozbiegane oczy, że Ksawierij Fieofiłaktowicz z punktu rozkazał stójkowemu wziąć go za kark i wsadzie do ciupy. Kuzykin siedzi już dwa tygodnie, wypiera się wszystkiego, ale to nie szkodzi, przyzna się, bo przecie nikt inny kupcowej zarżnąć nie mógł – do takich spraw po trzydziestu latach prystaw miał niezawodnego nosa. No, a Fandorin i w kancelarii się przyda. Sumienny, pisze jak należy, zna języki, jest rozgarnięty, a nawet miły w obejściu, nie to co pijanica Trofimow, którego w zeszłym miesiącu przenieśli z posady kancelisty na stanowisko młodszego pomocnika rewirowego na Chitrowce. Niech tam się upija i obraża przełożonych.

Gruszyn ze złością zabębnił palcami po stole obitym zwykłym urzędowym suknem, wyjął z kieszeni kamizelki zegarek (oj, daleko jeszcze do obiadu!) i energicznym ruchem sięgnął po świeży numer „Moskowskich Wiedomosti”.

– No, łaskawco, czym to nas dzisiaj zabawią – powiedział głośno, a młody kancelista ochoczo odłożył nienawistne gęsie pióro, wiedząc, że pryncypał zaraz zacznie odczytywać tytuły i najróżniejsze kawałki, opatrując je własnymi komentarzami; taki bowiem zwyczaj miał Ksawierij Gruszyn.

– Niech pan popatrzy, panie Eraście, od razu na pierwszej stronie, w najbardziej widocznym miejscu!

Najnowszy amerykański gorset

„Lord Byron”

z najsolidniejszego rogu wielorybiego.

Dla panów pragnących być szczupłymi.

Jeden cal w pasie, cały sążeń w ramionach!

A litery – wielkie na arszyn! A poniżej maczkiem prawie:

Jego Cesarska Mość udaje się do Ems.

No i patrzcie, państwo: cesarz, ważna mi figura, gdzie mu tam do „Lorda Byrona”!

Burczenie arcypoczciwego Ksawierija Fieofiłaktowicza podziałało na kancelistę w sposób zdumiewający. Nie wiedzieć czemu się zmieszał, jego policzki zalały się czerwienią, a długie, dziewczęce rzęsy drgnęły jakby na znak skruchy. A skoro już mowa o rzęsach, nie od rzeczy będzie nieco bardziej szczegółowo opisać wygląd Erasta Pietrowicza, jako że postaci tej przyszło odegrać kluczową rolę w strasznych wydarzeniach, jakie niebawem nastąpiły. Był to dosyć wysoki młodzieniec o nader miłej powierzchowności, czarnych włosach (z których w głębi duszy był dumny) i błękitnych (niestety, lepsze byłyby też czarne) oczach, białej cerze i z nieszczęsnym rumieńcem na policzkach, którego w żaden sposób nie mógł się pozbyć. Wyjawmy przy okazji powód konfuzji rejestratora kolegialnego. Przedwczoraj mianowicie wydał trzecią część miesięcznych poborów na gorset, którego zalety opiewano tak gorliwie. W „Lordzie Byronie” chodził już drugi dzień, w imię piękna cierpiał nieopisane męki, teraz zaś nabrał (całkowicie bezpodstawnie) podejrzeń, że bystry Ksawierij Fieofiłaktowicz odgadł tajemnicę smukłej sylwetki podwładnego i właśnie ma ochotę sobie zeń podworować.

A prystaw już czytał dalej:

Bestialstwa tureckich

baszybuzuków w Bułgarii

No, nie jest to przedobiednia lektura…

Wybuch na Ligowce

Jak donosi nasz sanktpetersburski korespondent, wczoraj o szóstej trzydzieści rano, na ulicy Znamieńskiej, w czynszowym domu radcy handlowego Wartanowa doszło do wybuchu, który całkowicie zrujnował mieszkanie na trzecim piętrze. Przybyła na miejsce policja odnalazła szczątki młodego mężczyzny, zniekształcone w stopniu niepozwalającym ustalić tożsamości. Według wszelkich oznak były to zwłoki niejakiego docenta P., który owo mieszkanie wynajmował. Wnosząc z wyglądu lokalu, mieściło się w nim coś w rodzaju tajnego laboratorium chemicznego. Prowadzący śledztwo radca stanu Brilling wyraził przypuszczenie, że konstruowano tam piekielne machiny przeznaczone dla terrorystycznej organizacji nihilistów. Dalsze śledztwo w toku.

Nnno tak, dziękujmy Bogu, że tu nie Piter.

Młody Fandorin, sądząc po błysku w oczach, miał w tej materii całkiem odmienne zdanie. Cały jego wygląd zdawał się mówić: no, proszę, w stolicy pracują nad poważnymi sprawami, ścigają zamachowców i nie muszą przepisywać po dziesięć razy papierków, w których, szczerze mówiąc, próżno szukać czegokolwiek interesującego.

– Taaa… – Ksawierij Fieofiłaktowicz zaszeleścił gazetą. – Zobaczmy, co tu mamy na miejskiej stronie:

Pierwszy moskiewski esternat

Znana angielska filantropka, baronowa Astair, której staraniem w różnych krajach zakładane są tak zwane esternaty, wzorowe przytułki dla osieroconych chłopców, oświadczyła naszemu korespondentowi, że w końcu i w naszej „złotogłowej” Moskwie otworzy podwoje pierwsza taka instytucja. Lady Astair, która w zeszłym roku rozpoczęła działalność w Rosji i zdążyła już założyć esternat w Petersburgu, postanowiła uszczęśliwić także moskiewskie sierotki…

Mmmm…

Serdeczna wdzięczność wszystkich mieszkańców… A gdzie nasi rodzimi Owenowie i baronowe Astair?

No, dobra, Bóg z nimi, sierotkami. A cóż tutaj mamy?

Cyniczny wybryk

Hmm, ciekawe.

Wczoraj w parku Aleksandrowskim zdarzył się żałosny wypadek, całkowicie zgodny z duchem cynicznych obyczajów współczesnej młodzieży. W obecności spacerujących zastrzelił się p. N., postawny młodzian lat dwudziestu i trzech, student Uniwersytetu Moskiewskiego, jedyny spadkobierca milionowego majątku.

Ho, ho!

Jak opowiadają świadkowie, przed swoim szalonym postępkiem N. popisywał się, wymachując rewolwerem. Początkowo przechodnie uznali jego zachowanie za pijacką awanturę, N. wszelako nie żartował — strzelił sobie w głowę i skonał na miejscu. W kieszeni samobójcy znaleziono list o treści wyzywająco ateistycznej, z którego wynika, że uczynek N. nie był chwilowym porywem czy też następstwem białej gorączki. Najwidoczniej epidemia samobójstw bez powodu, która nękała dotąd gród Piotra Wielkiego, dotarła i do murów matki Moskwy. O czasy,o obyczaje! Do jakiego stopnia niewiary i nihilizmu doszła nasza złota młodzież, żeby nawet z własnej śmierci czynić bufonadę? Jeśli tak odnoszą się nasi brutusowie do własnego życia, to czyż można się dziwić, że grosza niewarte jest dla nich życie innych, o ileż godniejszych ludzi? Jakże chciałoby się tutaj zacytować nieocenionego p. Fiodora Dostojewskiego, który w swoim najnowszym, majowym odcinku „Dziennika pisarza” pyta: „Kochani, dobrzy, uczciwi (posiadacie wszystkie te cechy!), dokądże uciekacie, dlaczego nęci was ta ciemna, głucha mogiła? Spójrzcie, na niebie świeci jasne, wiosenne słońce, drzewa się zazieleniły, a wy jesteście znużeni, chociaż nie żyliście wcale”.

Wzruszony Ksawierij Fieofiłaktowicz pociągnął nosem, po czym z surową miną zerknął, czy też młody pomocnik tego nie zauważył, i dalej czytał już głosem zdecydowanie bardziej oschłym.

– No i tak dalej, i tak dalej. A czasy, doprawdy, nie mają tu nic do rzeczy. Też mi coś! U nas, na Rusi, z dawien dawna mawiali o takich: „Z bogactwa się zbiesił”. Milionowy majątek? Któż by to mógł być? Oj, ci prystawowie z dzielnic, meldują o najróżniejszych drobiazgach, a o tym, szelmy, ani słowem nie wspomnieli. Czekaj teraz, człowieku, na „Raport o wydarzeniach w mieście”! Chociaż tutaj właściwie… cóż, sprawa oczywista, zastrzelił się w obecności świadków… Ale mimo wszystko – ciekawe. Park Aleksandrowski to będzie dzielnica Miejska, drugi rewir. A zatem, Eraście Pietrowiczu, mam nie rozkaz, tylko prośbę do pana: zechce pan skoczyć do nich na Mochową. Że niby tytułem nadzoru, że to i sio… Niech się pan dowie, kim jest ten cały N. A co najważniejsze, kochaneczku, proszę zrobić odpis owego listu pożegnalnego. Wieczorem pokażę go swojej Jewdokii Andriejewnie. Ona lubi takie chwytające za serce historie. I niech pan tam nie marudzi, tylko jak najprędzej wraca.

Ostatnie słowa rejestrator kolegialny usłyszał już odwrócony tyłem, a do wyjścia tak mu się spieszyło, że omal nie zapomniał czapki.

W rewirze zaprowadzono młodziutkiego urzędnika ze Śledczego do samego prystawa. Ten jednak, kiedy zobaczył, że ma do czynienia z jakąś pomniejszą personą, nie tracąc czasu na wyjaśnienia, zawołał pomocnika.

– Niech pan pozwoli z Iwanem Prokofiewiczem – powiedział uprzejmie do chłopaka (chociaż to zupełna płotka, ale zawsze z Urzędu). – On panu wszystko pokaże i wszystko opowie. Nawet do mieszkania nieboszczyka pojechał wczoraj właśnie on. No i proszę przekazać wyrazy uszanowania Ksawierijowi Fieofiłaktowiczowi.

Fandorina posadzono za wysokim kantorkiem, przyniesiono cienką teczkę z aktami sprawy. Erast Pietrowicz przeczytał napis:

Sprawa samobójstwa

obywatela Piotra Aleksandrowicza Kokorina, lat 23, studenta Wydziału Prawa Cesarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego. Wszczęto dnia trzynastego maja, roku I876. Zamknięto… dnia… roku…

i przeczuwając coś intrygującego, drżącymi palcami rozwiązał tasiemki.

– Synek Aleksandra Artamonowicza Kokorina – wyjaśnił Iwan Prokofiewicz, chudy, tyczkowaty służbista z twarzą pomiętą, jakby go krowa wypluła. – Bardzo bogaty to był człowiek, fabrykant. Trzy lata będzie, jak umarł. Wszystko zapisał synowi. No i żyłby sobie student i cieszył się życiem. Czegóż ci ludzie szukają?

Erast Pietrowicz skinął głową, nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć, a potem pogrążył się w lekturze zeznań świadków. Protokołów było sporo, z dziesięć, a najbardziej szczegółowy opierał się na zeznaniach Jelizawiety von Evert-Kołokolcew, siedemnastoletniej córki rzeczywistego tajnego radcy, oraz jej guwernantki, Emmy Pfuhl, lat czterdzieści osiem, z którymi samobójca rozmawiał bezpośrednio przed oddaniem strzału. Nawiasem mówiąc, Erast Pietrowicz nie zaczerpnął z protokołów żadnych informacji poza tymi, które są już znane czytelnikowi – wszyscy świadkowie powtarzali mniej więcej to samo, różniąc się między sobą jedynie stopniem przenikliwości: jedni mówili, że widok młodego człowieka od razu wzbudził w nich trwożne przeczucia („Jak tylko spojrzałam w jego szalone oczy, od razu mi się w środku zimno zrobiło” – zeznała tytularna radczyni, pani Chochriakow, która atoli twierdziła dalej, że widziała młodego człowieka wyłącznie od tyłu); inni zaś, przeciwnie, zeznawali, że był to grom z jasnego nieba.

Na samym spodzie teczki z aktami spoczywał pognieciony kawałek błękitnego papieru z monogramem. Erast Pietrowicz wpił się wzrokiem w nierówne (pewnie wskutek wzburzenia) linijki.

Panowie, którzy żyjecie po mojej śmierci! Skoro czytacie mój list, to znaczy, że już was opuściłem i poznałem tajemnicy śmierci, która dla was zamknięta jest na siedem spustów. Ja jestem wolny, a wy musicie jeszcze żyć i droczyć się koszmarami. Mógłbym się jednak założyć, że tam, gdzie teraz jestem i skąd, jak powiedział książę duński, żaden wędrowiec jeszcze nie powrócił, nie ma absolutnie nic. Kto się ze mną nie zgadza, zapraszam, niech sprawdzi osobiście. Nie dbam zresztą o was ani trochę, a list piszę po to, by wam nie przyszło do głowy, że podniosłem na siebie rękę z powodu jakiejś rzewnej historii. Nudzi mnie wasz świat i, doprawdy, przyczynę tę uważam za zupełnie wystarczającą. O tym zaś, że nie ostatnie bydlę ze mnie, świadczy skórzana teka.

Piotr Kokorin

Nie wygląda to wcale na wzburzenie – to pierwsze, co przyszło na myśl Erastowi Pietrowiczowi.

– O co chodziło z tą teką? – spytał.

Pomocnik prystawa wzruszył ramionami.

– Nie było przy nim żadnej teki. Cóż pan chce, przecież to był człowiek niespełna rozumu. Może miał zamiar coś zrobić, ale się rozmyślił albo zapomniał. Wszystko świadczy o tym, że paniczowi w głowie się pomieszało. Czytał pan, jak kręcił bębenkiem? Nawiasem mówiąc, kula była tylko w jednej z sześciu komór. Ja tam na przykład sądzę, że wcale nie chciał się zastrzelić, tylko podrażnić nerwy, że tak powiem, dla zaostrzenia życiowych doznań. Żeby potem się smaczniej jadło i pikantniej hulało.

– Tylko jedna kula? A to pech! – zasmucił się za zmarłego Erast Pietrowicz, któremu ciągle nie dawała spokoju „skórzana teka”. – A gdzie mieszka? To znaczy, mieszkał…

– Miał mieszkanie ośmiopokojowe w nowym domu na Ostożence, i to arcyszykowne. – Iwan Prokofiewicz ochoczo zaczął się dzielić wrażeniami. – Po ojcu odziedziczył własny dom na Zamoskworieczu, cały dwór ze służbą, ale wyniósł się stamtąd, widać nie odpowiadało mu sąsiedztwo kupców.

– I co, nie było tam skórzanej teki?

Pomocnik prystawa się zdziwił.

– Jak to, uważa pan, że powinniśmy byli zrobić rewizję? Mówię panu, mieszkanie takie, że strach wpuszczać agentów na pokoje; jeszcze którego diabeł skusi. A i po co? Jegor Nikiforycz, śledczy z prokuratury okręgowej, dał kamerdynerowi zmarłego kwadrans na spakowanie rzeczy – i to pod okiem stójkowego, żeby, nie daj Boże, nie zwędził czegoś z pańskiego dobytku – a potem kazał mi opieczętować drzwi. Do czasu, kiedy zgłoszą się spadkobiercy.

– A kto po nim dziedziczy? – zapytał Erast Pietrowicz.

– W tym cały szkopuł. Kamerdyner mówi, że Kokorin nie miał braci ani sióstr. Są jacyś pociotkowie, ale tych nawet na próg tam nie wpuszczano. Ciekawe też, komu się dostaną takie pieniądze? – Iwan Prokofiewicz westchnął z zazdrością. – Strach nawet pomyśleć… Co tam, nie nasze zmartwienie. Nie dziś, to jutro zjawi się adwokat albo wykonawcy testamentu. Przecież nie minęła nawet doba. A ciało na razie leży u nas w lodowni. Może jutro Jegor Nikiforycz zamknie sprawę, wtedy się zakrzątną.

– Mimo wszystko to dziwne – zauważył młody kancelista, marszcząc czoło. – Skoro już człowiek w przedśmiertnym liście pisze o jakiejś tece, to nie tak sobie, bez powodu. „Skończone bydlę” też nie jest do końca jasne. A nuż teka zawiera coś ważnego? Jak pan chce, ale ja bezwarunkowo poszperałbym w mieszkaniu. Myślę, że list napisany został wyłącznie z powodu owej teki. Słowo daję, tutaj kryje się jakaś tajemnica.

Erast Pietrowicz pokraśniał z obawy, że zabrzmiało to nadto dziecinnie, ale pomocnik prystawa niczego dziwnego w jego pomyśle nie dostrzegł.

– Prawda, należało przejrzeć bodaj papiery w gabinecie – przyznał. – Jegor Nikiforycz wiecznie się spieszy. W rodzinie ma siedem gąb do wyżywienia, no to zawsze z oględzin albo dochodzenia czym prędzej pędziłby do domu. Starszy człowiek, rok do emerytury, czegóż chcieć od niego… Wiesz pan co, panie Fandorin? Może byśmy sami się przejechali? We dwóch sobie obejrzymy. A pieczęć później nową zawieszę, drobiazg. Jegor Nikiforycz nas nie zgani, co tam, nawet podziękuje, żeśmy go bez potrzeby nie fatygowali. Powiem mu, że było polecenie z Urzędu Śledczego, co?

Erastowi Pietrowiczowi wydało się, że chuderlawy pomocnik ma po prostu ochotę dokładniej obejrzeć „arcyszykowne” mieszkanie, a „zawieszenie pieczęci” też chyba jest niezupełnie w porządku, ale pokusie trudno się było oprzeć. Rzeczywiście, pachniało tu jakąś tajemnicą.

Umeblowanie mieszkania zmarłego Piotra Kokorina (frontowa część bogatego domu koło Bramy Preczystienskiej) nie wywarło na Fandorinie wielkiego wrażenia – w krótkiej epoce tatusiowego bogactwa mieszkał w nie gorszych apartamentach. Rejestrator kolegialny przemierzył więc marmurowy przedpokój z wysokim na trzy arszyny zwierciadłem i złoconą sztukaterią na suficie, kierując się prościutko do bawialni – szerokiej na sześć okien, w najmodniejszym styluà la russe:z malowanymi skrzyniami, dębową snycerką na ścianach i ozdobnym piecem kaflowym.

– Mieszkał sobie luksusowo, już mówiłem. – Z jakiegoś powodu przewodnik mówił szeptem, chuchając Fandorinowi w kark.

Erast Pietrowicz był teraz dziwnie podobny do wypuszczonego pierwszy raz do lasu jednorocznego setera, którego wiercący w nozdrzach zapach zwierzyny doprowadza do szału. Pokręcił głową w prawo i lewo, po czym bezbłędnie określił:

– Tamte drzwi to gabinet?

– Tak jest, gabinet.

– Idziemy tam!

Skórzanej teki nie musieli długo szukać; leżała pośrodku masywnego biurka, między malachitowym przyborem do pisania i popielnicą – muszlą z masy perłowej. Zanim jednak niecierpliwe ręce Fandorina dotknęły skrzypiącej brązowej skóry, wzrok jego padł na fotografię w srebrnej ramce, stojącą na tym samym biurku, w najbardziej widocznym miejscu. Twarz na portrecie tak mocno przyciągała uwagę, że Erast Pietrowicz zapomniał nawet o tece: patrzyła nań na wpół odwrócona Kleopatra o pyszystych włosach i olbrzymich matowoczarnych oczach, długiej, dumnie wygiętej szyi i z ledwie dostrzegalnym okrucieństwem w niesfornej linii ust. Do reszty zaś oczarował rejestratora kolegialnego wyraz spokojnej i pewnej siebie władczości, tak niespodziewany na panieńskiej twarzy (jakoś bardzo zapragnął Fandorin, żeby to była panna, nie pani).

– Ładniutka – gwizdnął Iwan Prokofiewicz, który znalazł się koło niego. – Co za jedna? Niech no pan pozwoli…

Po czym, bez najmniejszego wahania, świętokradczą ręką, wyjął z ramki cudowne oblicze i obrócił zdjęcie na drugą stronę. Ukośnym, szerokim pismem było tam napisane:

Piotrowi K.

A Piotr, wyszedłszy precz, gorzko płakał.

Jeżeli kochacie, nie zapierajcie się miłości!

A.B.

– Przyrównuje go do apostoła Piotra, a siebie najwyraźniej do Jezusa. To ci dopiero pretensje! – parsknął asystent prystawa. – Czy przypadkiem nie z powodu tej osoby nasz student odebrał sobie życie, co? O, jest i teczuszka, nie na darmośmy jechali.

Iwan Prokofiewicz odchylił skórzaną okładkę i wyciągnął jedną jedyną kartkę znanego już Erastowi Pietrowiczowi błękitnego papieru, tym razem jednak z pieczęcią notariusza i kilkoma podpisami u dołu.

– Świetnie. – Policjant z zadowoleniem kiwnął głową. – Znalazł się i testament. O… to interesujące, proszę szanownego pana.

W jednej chwili przebiegł oczami dokument, ale i ta chwila wydała się wiecznością Erastowi Pietrowiczowi, któremu nie wypadało przecież zaglądać tamtemu przez ramię.

– Masz, babo, placek! Niezła siurpryzka dla pociotków! – wykrzyknął Iwan Prokofiewicz z nieoczekiwanie złośliwą radością. – Zuch Kokorin, wszystkim nosa utarł. To się nazywa po naszemu, po rosyjsku! Tylko że cośkolwiek niepatriotycznie. Teraz wiadomo, skąd owo „bydlę”.

Niecierpliwość kazała Erastowi Pietrowiczowi zapomnieć o wszelkich zasadach regulaminu i savoir-vivre’u. Wyrwał więc starszemu rangą urzędnikowi kartkę i przeczytał, co następuje:

Testament

Ja, niżej podpisany, Piotr Aleksandrowicz Kokorin, będąc całkowicie zdrów na ciele i umyśle, w przytomności niżej wymienionych Świadków ogłaszam swoją wolę co do posiadanego przeze mnie majątku. Cały swój realny majątek, którego pełen opis znajduje się w posiadaniu mojego zaufanego Siemiona Jefimowicza Berenzona, zapisują pani baronowej Margaret Astair, poddanej brytyjskiej, aby użyła wszystkich tych środków wedle swego dowolnego uznania w celu wykształcenia i wychowania sierot. Jestem przekonany, iż p. Astair rozporządzi tymi środkami rozumniej i uczciwiej aniżeli nasi generałowie od dobroczynności. Obecny mój testament jest ostateczny i nieodwołalny, posiada moc prawną i całkowicie unieważnia testament poprzedni. Wykonawcami testamentu czynię adwokata Siemiona Jefimowicza Berenzona i studenta Uniwersytetu Moskiewskiego, Nikołaja Stiepanowicza Achtyrcewa. Dokument niniejszy spisano w dwóch egzemplarzach, z których jeden pozostaje u mnie, drugi zaś oddany zostaje na przechowanie do biura adwokackiego p. Berenzona.

Moskwa, 12 maja 1876 roku

Piotr Kokorin.