Armia Wellingtona 1809-1814 - Charles Oman - ebook
Opis

Moim celem jest opowiedzieć na stronach tej książki o dowódcach i o tych, którymi dowodzono; o życiu codziennym, zachowaniach i zwyczajach armii biorącej udział w wojnie na Półwyspie, jak również o jej składzie i organizacji. Szeregowcom poświęcę nie mniej uwagi, niż oficerom. Znajdzie się nawet kilka stron na omówienie tego niezwykłego wielojęzycznego tłumu ciurów obozowych, którzy podążali tuż za armią i często przysparzali problemów, zaprzątających głowy nie tylko pułkowników i adiutantów, ale nawet samego Wielkiego Księcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 650

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2012

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Katarzyna Mróz-Mazur

Redakcja:

Mariusz Promis

Redakcja techniczna:

Dariusz Marszałek

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:napoleonv@o2.pl

Numer ISBN: 978-83-61324-77-5

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

WSTĘP DO POLSKIEGO WYDANIA

Tak się dziwnie złożyło, że od momentu pierwszego wydania książki profesora Omana o armii księcia Wellingtona, walczącej w Hiszpanii minęło 100 lat. Nie jest to oczywiście zamierzonym działaniem, ale być może niektórzy z czytających tą pozycję zwrócą uwagę na ów zbieg okoliczności. Jest to pierwsze tłumaczenie dzieła Omana, jakie ukazuje się w naszym kraju. Zanim więc przejdę do zaprezentowania treści, chciałbym poświecić kilka słów autorowi.

Charles William Chadwick Oman, urodził się 12 I 1860 roku w Indiach. Był synem brytyjskiego plantatora. Ukończył historię na uniwersytecie w Oxfordzie, a w 1905 roku został profesorem na tajże uczelni, wykładającym historię nowożytną. W latach 1917-1921 był prezesem Królewskiego Towarzystwa Historycznego. W 1920 roku otrzymał tytuł szlachecki.

Jego badania obejmowały początkowo historię średniowieczną, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Wielkiej Brytanii. Już od początku interesował się historią wojskowości, gdyż jego pierwszym dziełem jest The Art of War in the Middle Ages, wydane w 1885 roku. Dopiero w wieku czterdziestu lat, jego badania przeniosły się nieco bliżej współczesności, co zaowocowało ukazaniem się w 1900 roku pracy England in the Nineteenth Century, a dwa lata później pierwszego tomu dzieła History of the Peninsular War, które do dziś jest niedoścignionym wzorem opracowania wojny w Hiszpanii. Napisałem niedoścignionym, gdyż Oman przeprowadził kompleksowe badania, studiując hiszpańskie, portugalskie, francuskie oraz niemieckie źródła i opracowania, zajmujące się walkami na półwyspie pirenejskim w latach 1807-1814. Oczywiście sięgnął również do archiwów brytyjskich. Siedmiotomowe dzieło, ukończone w 1930 roku jest jednym z najbardziej kompletnych opracowań militarnej historii tego okresu po dziś dzień. Właściwie nie sposób zajmować się walkami w Hiszpanii w epoce napoleońskiej nie sięgając wcześniej po wspomnianą pracę.

W międzyczasie profesor nie poprzestawał w badaniach tylko na epoce napoleońskiej. Wciąż powracał do mediewistyki pisząc książkę o Anglii w czasie wojny stuletniej – England and the Hundred Years War, 1327-1485 A.D., a także o powstaniu Wata Tylera – The Great Revolt 1381. W 1937 roku ukazało się jeszcze jedno wspaniałe opracowanie, jakim było A History of the Art of War in the Sixteenth century. Oman zmarł w Oxfordzie w 1946 roku.

Wellington’s Army 1809-1814 to pierwsza wydana w Polsce praca prezentująca obraz armii, którą dysponował brytyjski dowódca w Hiszpanii. W wielu opracowaniach poświęconych wojnom napoleońskim, jakie zostały wydane w naszym kraju częściowo poruszano już tą tematykę. Możemy do nich zaliczyć choćby Bitwę podTalavera de la Reyna 27-28 Lipca 1809, napisaną przez Przemysława Gawrona, czy Armię brytyjskąw latach 1793-1809 Tadeusza Klupczyńskiego. Pierwsza praca omawia jednak głównie samą bitwę i prowadzącą do niej kampanię (co jest zupełnie zrozumiałe zważywszy na tytuł), niewiele miejsca poświęcając samym wojskom. Dodatkowo jest to początkowy okres działalności Artura Wellesley’a w Hiszpanii, a więc jego oddziały nie zostały jeszcze w wyraźny sposób „wytresowane” jego ręką. Była to wciąż bardziej armia wspominająca generała Moore’a i jego „waleczny odwrót” (mimo, iż nie było w niej oddziałów biorących w niej udział) i z pewnością pragnąca ją pomścić. Także wspomniane później dzieło Tadeusza Klupczyńskiego, mówi więcej o brytyjskim pomyśle na wojsko, niż tym, co z nim dokonał Wellington na Półwyspie Pirenejskim. Pewne informację można znaleźć również w pracy Rafała Małowieckiego, dotyczących walk francuskiej Armii Portugalii w latach 1811-1812, która ukazała się w 2009 roku. Wytrwali badacze wojen napoleońskich dotarli z pewnością do biografii angielskiego wodza, których ukazały się aż cztery w naszym kraju1. Jednak wszystkie te dzieła są raczej pracami popularnonaukowymi i nie ujmując nic zarówno im, jak i ich autorom w niewielkim stopniu zajmują się opisem wojsk, walczących przeciwko Francuzom w Hiszpanii. Właściwie nie korzystano w nich ze źródeł, które stanowiły absolutną podstawę dla Omana. I wreszcie najlepszą, choć niestety dość skromną ilościowo ocenę wojsk sprzymierzonych można znaleźć w nieuchwytnym zbiorze opisującym walki w Hiszpanii z udziałem Polaków, autorstwa ucznia Mariana Kukiela, M. Kujawskiego, Z bojów polskich w wojnach napoleońskich. Maida, Somosierra, Fungirola, Albuera, wydanym w Londynie w 1967. Pewne informacje można także znaleźć w niezawodnej Encyklopedii Wojen Napoleońskich Roberta Bieleckiego, która ukazała się w Warszawie w 2001 roku. Wszystko to jednak blednie w zestawieniu z literaturą anglojęzyczną, która z oczywistych powodów poświęciła mnóstwo pozycji zarówno swojemu najwybitniejszemu wodzowi epoki napoleońskiej, jak i narzędziom, z których korzystał.

Dzieło angielskiego historyka zajmuje się wszystkimi aspektami instrumentu, zwanego „Armią z Półwyspu”. Są w nim rozdziały poświęcone taktyce poszczególnych rodzajów broni, krótkie charakterystyki dowódców, którzy podlegali żelaznemu księciu, sojusznikom, którzy stanowili część składową sił, żołnierzom i oficerom, a także strategii działań. Omówiono również kwestie organizacyjne, wzbogacone dodatkami na końcu książki, zawierającymi opis zmian, następujących chronologicznie w poszczególnych jednostkach. Autor zajął się również mniej wesołymi elementami życia żołnierskiego (chociaż jak słusznie zauważył Henryk Brandt są przyjemniejsze zawody od rzemiosła żołnierskiego), jakim były sądy wojskowe i kara chłosty, będąca podstawowym środkiem dyscyplinującym wojsko brytyjskie. Przedstawiono również sprawy zaopatrzenia, transportu, armii w czasie marszu i organizacji tychże. Są także rozdziały opisujące mniej chwalebne karty walk, jakim były oblężenia, uzbrojenie i umundurowanie żołnierzy oraz kilkanaście stron odpowiadające na pytanie: czy wiara stanowiła istotny element w życiu żołnierzy brytyjskich. Na kilku stronach wspomniano również o roli kobiet w armii.

Ponieważ przekład z języka obcego na polski zawsze dostarcza powodów do krytyki zarówno pod adresem tłumacza jak i redaktora chcielibyśmy się zawczasu wybronić przed częścią z nich. Tak więc ogólnie przyjętą zasadą była wierność tłumaczenia, włącznie z zachowaniem wtrąceń z języka francuskiego, czy hiszpańskiego. Wszelkie tego rodzaju zwroty są pisane kursywą i tłumaczone w nawiasach. Na pewno wzbogaci to słownictwo, a czytelnikom znającym dany język umożliwi być może lepsze, niż nam się udało, uchwycenie istoty danych określeń. Ponieważ angielskie słownictwo wojskowe jest dość specyficzne, koniecznym było zdecydować się na kompromisowe rozwiązania. I tak angielski zwrot „rank and file” oznacza szeregowych i kaprali. Najczęściej w wypadkach obliczania strat podawano je osobno dla oficerów, sierżantów i reszty. Dlatego we wszystkich przypadkach, gdzie szeregowi występują w liczbie mnogiej, oznacza to również kaprali. Podoficerowie oznaczają sierżantów i starszych sierżantów, gdyż w tym okresie stopień kaprala zasadniczo nie był liczony jako podoficerski. W nazwach funkcji sztabowych czy w ogóle instytucji, co do których istniały wątpliwości jak przetłumaczyć pozostawiliśmy oprócz naszej wersji, także oryginale określenie dodane w nawiasach. Co do nazewnictwa jednostek to w armii brytyjskiej istniał dość specyficzny system. Prawie wszystkie pułki piechoty oprócz numeru posiadały nazwy własne, związane najczęściej z rejonem przeprowadzanej rekrutacji (przynajmniej teoretycznie, co wyjaśnia sam autor w dalszej części pracy), lub z pełnionymi zadaniami na polu walki (Rifles, Light Infantry itp.). Zostały one pozostawione w oryginalnym brzmieniu, żeby nie tworzyć jednostek „Czarnej straży”, albo „Leśnych strażników z Connaught”. Tak samo zrobiliśmy z oddziałami jazdy. Ponieważ w systemie brytyjskim jednostki kawalerii dzieliły się na trzy grupy, w każdej z nich były numerowane kolejno. Wyjątkiem była Gwardia, w skład której zaliczano trzy pułki: 1. i 2. Life Guards oraz Royal Horse Guard. Drugą grupę stanowili dragoni Gwardii, wbrew nazwie nie będący jednostkami wyborczymi. Byli oni zorganizowani w siedem pułków, z których część wzięła udział w walkach w Hiszpanii. I wreszcie ostatnią, najliczniejszą grupę stanowiła kawaleria liniowa licząca 32 pułki, z których część nie dotrwała do czasu walk z cesarską Francją. Można więc być pewnym, że wszystkie pułki powyżej numeru 32. dotyczą oddziałów piechoty.

Numeracja „1/43.” oznacza pierwszy batalion 43. pułku piechoty. Ponieważ tego rodzaju oznaczenia są stosowane w tym opracowaniu tylko w odniesieniu do jednostek piechoty, nie dodawaliśmy najczęściej nazwy jednostki. W przypadku oddziałów portugalskich zwrot „pułk liniowy”, „pułk piechoty liniowej”, są synonimami.

Artyleria, wojska inżynieryjne i pociągi, zostały pozostawione w oryginalnym nazewnictwie, za wyjątkiem sytuacji, kiedy nie używano ich oficjalnej nazwy. Ponieważ Oman ma skłonność do używania określenia „field artillery” zarówno na artylerię polową, jak i pieszą, staraliśmy się rozgraniczyć te pojęcia.

Postanowiliśmy również zachować pisownię z wielkiej litery niektórych określeń, takich jak „Półwysep”, „Żelazny Książę”, czy „Książę”. Oddaje to charakter narracji i ułatwia orientację, kim są dane postacie, czy miejsca. Wiadomo, że dla Brytyjczyków kanał La Manche, to po prostu „Kanał”.

Ponieważ w bibliografii Oman, nie wymienił opracowań, omawiając je w drugim rozdziale, rozszerzyliśmy jedynie ich opis w przypisach. W większości tych ostatnich zachowano jednak styl Omana, postępując inaczej (bardziej współcześnie) w przypisach od redakcji.

Praca napisana jest bardzo pięknym stylem i z łatwością się ją czyta. Erudycja nie jest tu przeszkodą, podobnie jak przypisy, które przedstawiają źródła, z których korzystał autor. Pewnym mankamentem jest za to na pewno dość mocne identyfikowanie się ze stroną brytyjską, co oczywiście nie dziwi, zważywszy na pochodzenie autora. Nie można zapominać, że żył on jeszcze w czasach imperium brytyjskiego „nad którym słońce nigdy nie zachodziło”. W kilku miejscach zachwiało to obiektywizmem w ocenie zarówno działań, jak i jakości wojsk. Ciekawe jest, że tego rodzaju spojrzeniem usprawiedliwia również powstanie licznej angielskiej literatury pamiętnikarskiej, gdyż wyolbrzymianie zagrożenia ze strony Francji do stopnia, mającego zakończyć istnienia państwa brytyjskiego, jest dość mocnym nadużyciem i o ile mogło być wytłumaczeniem dla otumanionych propagandą mas Anglików, nie przystoi profesorowi historii z Oxfordu. Trudno sobie chyba wyobrazić, żeby Francuzi (jak przepowiadał to kapitan Jack Aubrey) mieli po ewentualnym zajęciu Londynu wznieść tam gilotynę i kazać śpiewać Marsyliankę...

Dość specyficzne jest również podejście do źródeł francuskich, gdzie godne uwagi są te, które wypowiadają się pozytywnie o armii przeciwnika, a pozostałe niespecjalnie nadają się do wykorzystania. Szczególnie widoczne jest to w przypadku generała Foy’a, którego opracowanie dotyczące walk, jest stronnicze, ale biografia, wydana po śmierci, cytująca obszernie jego listy godna uwagi.

Autor ze wszystkich sił broni również Wellingtona, nie oskarżając go nawet w momentach popełnienia ewidentnych błędów w czasie oblężeń Badajoz i Burgos. O ile oczywiście nie był odpowiedzialny za brak wykwalifikowanego personelu wojsk inżynieryjnych, to z pewnością zdawał sobie sprawę, czym to grozi, podobnie jak próby zdobycia twierdzy, nie posiadając odpowiedniego parku oblężniczego.

Wnikliwy czytelnik bez problemu poradzi sobie z przeskoczeniem nad owymi, drobnymi uchybieniami, tym bardziej, że nie deprecjonują one jej wartości. Między innymi dlatego warto sięgnąć po tę pozycję, gdyż wojna hiszpańska, wciąż jest mało znanym epizodem walk okresu napoleońskiego, a zwłaszcza zaś te rejony działań, na których nie występowali Polacy. Jesteśmy zdania, że armia Wellingtona odegrała pewną rolę w pokonaniu sił napoleońskiej Francji. Nawet, jeśli nie była to decydująca rola, jakby chcieli niektórzy historycy zza kanału La Manche, to z pewnością była ona znacząca, zwłaszcza w kontekście walk na Półwyspie Pirenejskim.

Redakcja i wydawnictwo będą wdzięczni za wszelkie uwagi dotyczące książki, przesyłane ze strony czytelników.

Mariusz Promis

1 Mowa o pracach G. Bidwella, Ten zły wódz Wellington, Warszawa 1968 i 1975, J. Meysztowicza, Żelazny książę, Warszawa 1978, M.K. Dziewanowskiego, Lord Wellington, pogromca Napoleona, Wrocław 1997, i Ch. Hibberta, Wellington, Warszawa 2001.

WSTĘP

Powstało już wiele publikacji na temat Wellingtona i jego słynnej armii na Półwyspie1; ten tom jednak, jak sądzę, zawiera informacje nowe dla większości badaczy. Dotyczą one organizacji armii, jej życia codziennego i jej psychologii. Żeby zrozumieć dokonania ludzi Wellingtona, nie wystarczy tylko wczytać się w kroniki ich marszów i bitew. Na tych stronach spróbowałem zebrać uwagi o tych aspektach życia żołnierzy Wellesley’a, którymi nie zajmuje się żadna praca poświęcona taktyce i strategii – choć te dwie ostatnie kwestie również zostaną tu poruszone.

Specjalne podziękowania jestem winny mojemu przyjacielowi C.T. Atkinsonowi, członkowi oksfordzkiego Kolegium Exeter za to, że pozwolił mi użyć w „Załączniku II” doskonałej listy przedstawiającej skład brygad i dywizji armii na Półwyspie. Zawiera ona te same – choć znacznie wzbogacone – informacje, które znajdują się w jego artykule na ten sam temat, wydrukowanym 8 lat temu w Historical Review, oraz umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z dokładnym składem wszystkich jednostek armii Wellingtona w okresie od kwietnia 1808 do kwietnia 1814 roku. Muszę także wyrazić swą wdzięczność wobec czcigodnego2 Johna Fortescue, autora wielkiego dzieła History of the British Army – za udzielenie odpowiedzi na wiele pytań, które bez jego pomocy sprawiłyby mi wielką trudność. Spis alfabetyczny w mojej książce został sporządzony przez tę samą kochającą rękę, która pracowała przy tak wielu moich wcześniejszych publikacjach.

C. Oman

Oxford,

wrzesień 1912

1 Skrótowe omówienie wydanej w Polsce literatury dotyczącej armii brytyjskiej w Hiszpanii zostało zawarte we wstępie do polskiego wydania [M.P.].

2 Tytuł, którego używano w odniesieniu do Brytyjczyków mogących posługiwać się tytułem „sir” przed nazwiskiem [M.P.].

ROZDZIAŁ IUWAGI WPROWADZAJĄCE O ARMIIBRYTYJSKIEJ NA PÓŁWYSPIE

Pracując przez ostatnich 5 lat nad historią wojny na Półwyspie, naturalną koleją rzeczy musiałem zgromadzić wiele notatek i mnóstwo różnorodnych informacji, które nie mają związku z właściwą kroniką wydarzeń rozmaitych kampanii z lat 1808-1814, ale same w sobie są interesujące i rzucają dodatkowe światło na ogólny przebieg wojny. Notatki te, z grubsza rzecz biorąc, odnoszą się albo do charakterystyki sławnej armii Wellingtona, która według jego własnych słów, „mogłaby pójść wszędzie i zrobić wszystko”, albo do mechanizmu jej funkcjonowania, czyli szczegółów zarządzania nią. Moim celem jest opowiedzieć na stronach tej książki o dowódcach i o tych, którymi dowodzono; o życiu codziennym, zachowaniach i zwyczajach armii biorącej udział w wojnie na Półwyspie, jak również o jej składzie i organizacji. Szeregowcom poświęcę nie mniej uwagi, niż oficerom. Znajdzie się nawet kilka stron na omówienie tego niezwykłego wielojęzycznego tłumu ciurów obozowych, którzy podążali tuż za armią i często przysparzali problemów, zaprzątających głowy nie tylko pułkowników i adiutantów, ale nawet samego Wielkiego Księcia.

Do zebrania wciąż pozostaje ogromna ilość interesujących materiałów, dotyczących wewnętrznego życia armii Wellingtona i znajdujących się w dokumentach urzędowych takich jak rozkazy dzienne, rozkazy ogólne, raporty pułkowe oraz protokoły sądów wojennych. W znacznie większym stopniu będę jednak korzystał z nieoficjalnych informacji, pochodzących z niezliczonych dzienników, pamiętników i z serii listów z epoki, które pozostawili po sobie uczestnicy tej wielkiej wojny. Nie pozostaną także pominięte kontrowersyjne pamflety, które wychodziły przez wiele lat, gdy tylko któryś z byłych członków armii znalazł w publikacjach takie stwierdzenia, które ten pierwszy uznał za krzywdzące dla niego samego, jego przyjaciół, pułku albo dywizji. Najsłynniejszą i największą z takich dyskusji jest ta koncentrująca się wokół książki „Peninsular War” Napiera. Pojawianie się kolejnych tomów tego dzieła zaowocowało ukazaniem się w druku wielu protestów, w tym pisanych przez najbardziej znaczących oficerów armii Wellingtona – nie tylko przez Lorda Beresforda który, darzony przez Napiera wielką antypatią i uważany za béte noir(fr. dosłownie czarne zwierzę, bydlę tu w znaczeniu „głównego winnego” wszelkiego zła – M.P.), odpowiadał historykowi w słowach czasem w sposób niezbyt godny, ale też przez Cole’a, Hardinge’a, D’Urbana i wielu innych. Ten zbiór „krytyk” – jak je określano – odnosi się głównie do sprawy walk pod Albuerą. Istnieją jednak także nie mniej interesujące, choć krótsze serie kontrowersyjnych pamfletów dotyczących konwencji z Cintry, odwrotu Moore’a, kampanii 1810 roku (Buçaco), szturmu Badajoz oraz innych tematów.

Pamiętniki i autobiografie stanowią, rzecz jasna, źródła najbardziej interesujące. Warto odnotować, że tych spisanych przez szeregowych żołnierzy jest niewiele mniej, niż pozostawionych przez ludzi ze stopniami oficerskimi. Jeśli istnieją tuziny dzienników i wspomnień pułkowników, kapitanów czy oficerów niższej rangi, to broszur autorstwa sierżantów, kaprali i szeregowców są całe dziesiątki. Wiele z nich to dzieła o staroświeckim uroku, wydane w lokalnych drukarniach – w Perth, Coventry, Cirencester, Louth, Asford, a nawet na Korfu. Bardzo często grono przyjaciół, wojskowych czy cywilów, nakłaniało bywającego w świecie weterana do przelania na papier opowieści, których z taką przyjemnością słuchało się w kantynie albo przy ogniu w wiejskiej gospodzie. Na ogół stanowią one bardzo ciekawą lekturę, ale często oddają raczej ducha czasów i atmosferę życia danego pułku, niż dokładnie relacjonują jego dawne dokonania. Kilka z tych bezpretensjonalnych historii spisanych przez weteranów wykazuje wszelkie pokrewieństwo z opowieściami „księcia tego rodu” – czarującego, ale i przepełnionego samouwielbieniem Marbota. Uznałem, że w „Załączniku” warto podać nazwiska autorów i tytuły najlepszych z tych publikacji. Parę z nich, przede wszystkim zaś broszura „Strzelca Harrisa” z 95. pułku Rifles, zdecydowanie zasługują na ponowne wydanie, ale wciąż jeszcze oczekują na ten zaszczyt. Być może dzięki duchowi pułkowego patriotyzmu pewnego dnia otrzymamy serię wznowień najlepszych żołnierskich opowieści1.

Faktem godnym uwagi i ciągle jeszcze wymagającym wyjaśnienia jest, że to właśnie dokładnie z początkiem XIX wieku tak wielu brytyjskich szeregowców i oficerów zaczęło pisać dzienniki i wspomnienia. Nie chcę, rzecz jasna, twierdzić, że takie dzieła nie powstawały w wieku XVIII. Poza poważnymi pracami na temat historii militarnej autorstwa Kane’a, Stedmana2 czy Tarletona3, istnieje rzeczywiście pewna liczba opowieści o własnych przygodach, napisanych przez oficerów – choćby przez Majora Rogersa „Rangera”4, albo elokwentnego i często dowcipnego, lecz niestety anonimowego autora dzienników, który walczył pod Culloden po stronie Księcia Cumberland – nie wspominając już o wątpliwej autentyczności pamiętnikach kapitana Carletona. Jednak dzieł z tego okresu jest niewiele, a jeszcze mniej jest tych napisanych przez szeregowców – chociaż istnieją listy żołnierzy jeszcze z czasów księcia Marlborough oraz kilka wartych wzmianki broszurek, jak na przykład wspomnienia Bristowa i Scurry’ego z Indii oraz dziennik sierżanta Lamba z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Z całkowitą pewnością można jednak powiedzieć, że w latach 1805-1815 w brytyjskiej armii pisano więcej niż w ciągu całego XVIII stulecia.

Jakie jest wyjaśnienie tego fenomenu? Jak sądzę, trzeba mieć na uwadze dwie główne przyczyny. Pierwszą z nich jest sam charakter kampanii5 Wellingtona, chwalebnych i podnoszących na duchu – dzięki czemu tak oficerowie, jak i szeregowcy odczuwali słuszną dumę i spisywali opowieści o własnych wyczynach z dużo większym zapałem niż poprzednie pokolenia żołnierzy armii brytyjskiej. Trzeba było być człowiekiem o szczególnie pogodnym usposobieniu, żeby chcieć spisać historię swoich przeżyć podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, będącej w dużej mierze ciągiem katastrof, czy choćby z czasów upadków i wzlotów wojny siedmioletniej, kiedy to na każde Minden czy Quebec przypadała jedna klęska, taka jak Ticonderoga czy Kloster-Kampen. Właśnie tej instynktownej niechęci do wspominania przegranych możemy przypisać to, że pierwsze kampanie armii brytyjskiej przeciw rewolucyjnej Francji, nieudane marsze i bitwy stoczone przez armię Księcia Yorku w latach 1793, 1794 i 1795 są relacjonowane w wyjątkowo niewielu wspomnieniach. O ile mi wiadomo, istnieją wyłącznie trzy takie źródła: miernej jakości, choć opatrzony cennymi przypisami – wiersz Officer of the Guards i szczere pamiętniki sierżanta Stevensona z pułku Scots Fusilier Guards6 oraz kaprala Browna z pułku Coldstream. To niezwykle mało, jak na tak długi ciąg walk, w których brało udział około 30 tys. brytyjskich żołnierzy i gdzie miały miejsce śmiałe dokonania w rodzaju Famars7 czy Villers-en-Cauchies8. Cała historia nie należała jednak do tych, na które jakikolwiek uczestnik walk spoglądałby wstecz z przyjemnością – i stąd, niewątpliwie, brak książek poświęconych wspomnieniom z tego okresu.

Wierzę jednak, że jest jeszcze inna, zupełnie odmienna przyczyna, dla której z początkiem XIX wieku nastąpił tak niezwykły rozkwit interesującej literatury poświęconej tematyce militarnej. Daje się zauważyć, że ten rozkwit z pewnością rozpoczął się niedługo przed początkiem wojny na Półwyspie – istnieje kilkanaście bardzo dobrych relacji z kampanii egipskiej 1801 roku, wojen w Indiach z okresu sprawowania urzędu gubernatora generalnego Indii przez lorda Wellesley’a9 oraz z krótkich walk zakończonych bitwą pod Maidą. Za przyczynę powstawania tak licznych relacji uważam fakt, że pokolenie które dorastało w napięciu wywołanym przez długą wojnę z rewolucyjną Francją było daleko poważniejsze i bardziej inteligentne niż to, które oglądało początek tego konfliktu, i że to pierwsze zdawało sobie sprawę z najwyższej wagi celu, o który walczyła Wielka Brytania, jak i z zagrożenia dla jej narodowej egzystencji. Imperium bywało wcześniej w niebezpieczeństwie, zarówno w okresie wojny siedmioletniej, jak i wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, ale nigdy nie miało wroga równie przerażającego i odrażającego jak jakobini z Czerwonej Republiki. Francję Robespierre’a darzono taką nienawiścią i bano się jej tak, jak nigdy nie lękano się i nie nienawidzono Francji Ludwika XV czy Ludwika XVI. Dla przeważającej części narodu brytyjskiego wojna z rewolucyjną Francją wkrótce stała się pewnego rodzaju krucjatą przeciw „trójgłowemu potworowi republikanizmu, ateizmu i bezprawia”. Odczucie, że Wielka Brytania musi walczyć nie tyle o imperium, ile o istnienie narodu i o wszystko, co w życiu istotne – religię, moralność, konstytucję, prawa i wolność – sprawiało, że ludzie żywili desperacką chęć walki, jakiej ich przodkowie nigdy nie odczuwali.

Jednym z wielu przejawów tej chęci było z całą pewnością pragnienie zdania relacji z własnego udziału w wielkiej rozgrywce. W taki tylko sposób mogę wyjaśnić zjawisko, że ówczesne dzienniki stają się tak dobre w miarę upływu wojny, w porównaniu z tym, co napisano wcześniej. Pamiętniki i wspomnienia powstałe później nie są brane pod uwagę w tym wywodzie, ponieważ zostały spisane i wydrukowane na długo po tym, jak wojna z Francją się zakończyła, a jej wielkie znaczenie stało się oczywiste. Obfitość dobrych źródeł napisanych i często posłanych do druku jeszcze w czasie wojny jest jednak zadziwiająca. Co do niektórych nie można żywić wątpliwości, że ich powstanie zawdzięczamy przyczynie, którą właśnie przedstawiłem. Sprawa ma się tak na przykład z całą pewnością z długimi i interesującymi dziennikami wojennymi lorda Lynedocha (sir Thomasa Grahama, bohatera bitwy pod Barrosą), dla którego wojna z rewolucyjną Francją była nie mniej, ni więcej, jak tylko krucjatą. Jak wyjaśnię później przy omawianiu jego niezwykłej kariery, wstąpił on do armii w wieku 44 lat, ustanowiwszy hipotekę na swoich dobrach ziemskich, żeby móc utworzyć batalion – i nagle, ze zwyczajnego deputowanego ze stronnictwa wigów, przeobraził się w człowieka wytrwale i zgodnie z nakazami własnego sumienia walczącego przeciwko Francji i francuskim ideom – ucieleśnianym poprzez szalone wybryki jakobinów w momencie przystąpienia przez Grahama do walki, czy też w skrajnym despotyzmie Bonapartego, jak to miało miejsce w latach późniejszych. Dziennik Grahama jest od początku do końca relacją człowieka, który czuje, że spełnia podstawowy obowiązek dobrego obywatela, robiąc co w jego mocy, by bić Francuzów, gdziekolwiek tylko można ich napotkać.

Przyjmuję, że ta sama idea leżała na sercu wielu ludziom mniej sławnym, którzy zabrali się do pisania w okresie tych dwudziestu burzliwych lat. Część z nich otwarcie mówi, że wstąpili do wojska wbrew swoim pierwotnym życiowym planom, ponieważ dostrzegli niebezpieczeństwo grożące państwu i z ochotą wzięli udział w stawianiu mu czoła. „Zagrożenie inwazją sprawiało, że każdy lojalista z zapałem przywdziewał czerwoną kurtkę”10.

Niektórzy autorzy czytanych przeze mnie pamiętników i listów, jak sir Hussey Vivian, zostaliby prawnikami, a inni znów politykami, lekarzami, urzędnikami czy kupcami – gdyby tylko nie wybuchła wielka wojna z Francją. Przypuszczam, że w porównaniu z poprzednimi okresami znacznie wówczas wzrosła liczba oficerów, którzy zaciągnęli się z przyczyn innych niż rodzinna tradycja nakazująca służyć w wojsku czy umiłowanie przygód. Znaczną część tej grupy stanowili ludzie z silną motywacją religijną – co, jak sądzę, w XVIII-wiecznej armii zdarzało się niezwykle wyjątkowo (choć musimy przy tym pamiętać także o pułkowniku Gardinerze)11. Pewien młody autor dziennika zaczyna swoją relację od długiej modlitwy12. Inny wyruszając na front pisze list pożegnalny do krewnych, w którym stwierdza, że „starając się wypełniać obowiązki żołnierza nigdy nie zapomina także o obowiązkach człowieka wierzącego: ten, kto pamięta o pierwszych, a drugie lekceważy, nie jest lepszy od cywilizowanego barbarzyńcy”.

Zdarzało się, że oficerowie biorący udział w wojnie na Półwyspie prowadzili spotkania modlitewne i zakładali stowarzyszenia religijne – co nie do końca cieszyło Księcia Wellingtona13, którego własny poważny i bardzo sztywny pogląd na sprawy wiary nie pozwalał mu tolerować „religijnego zapału” tak samo, jak wigowskim biskupom z epoki georgiańskiej. Niektóre z najciekawszych dzienników z okresu wojny wyszły spod pióra ludzi, którzy – jak na przykład Gleig, Dallas i Boothby – przyjęli święcenia, gdy walka dobiegła końca. Kilku autorów będących szeregowymi żołnierzami również wykazuje podobne skłonności. Kwatermistrz Surtees doświadczał cierpień bardzo bolesnego nawrócenia w trakcie kampanii 1812 roku i zauważył, że wspomnienia jego duchowych doznań przysłoniły wspomnienia przeżyć pułku z tego samego okresu14. W bardzo ciekawej książce irlandzkiego sierżanta z 43. pułku piechoty więcej stron jest poświęconych rozważaniom na tematy religijne, niż przemarszom i biwakom15. Inny tego samego rodzaju autor opisuje siebie na stronie tytułowej jako człowieka „od 21 lat służącego w Gwardii Pieszej, od 16 lat będącego podoficerem, od 40 lat – przywódcą klasy w Kościele Metodystów, raz ranionego i od dwóch lat będącego więźniem”16.

Podsumowując, skłonny jestem przypisywać tę znaczną poprawę ilości i jakości informacji o wewnętrznym życiu armii w drugiej fazie wielkiej walki z Francją nie tylko temu, że niebezpieczeństwo grożące imperium i wielka stawka rozgrywki rozpalały wyobraźnię wielu uczestników, ale nawet bardziej jeszcze faktowi, że w skład korpusu oficerskiego wchodziła znacznie większa niż kiedykolwiek wcześniej liczba ludzi poważnych i skłonnych do refleksji. Tak samo było – mutatis mutandis (łac. z zachowaniem wszelkich istniejących różnic – M.P.) – w przypadku szeregowców. Z najciekawszych informacji tylko kilka zostało podanych przez pogodnych, rozgadanych gawędziarzy, ludzi zupełnie innego gatunku, których do służby w wojsku przyciągnęła możliwość przeżycia żołnierskich przygód i którzy zdawali sprawę głównie z tych malowniczych czy komicznych stron życia w armii.

1 Jedyną publikacją autorstwa szeregowego żołnierza, która doczekała się wznowienia w ciągu ostatnich 10 lat, jest książka Johna Shippa. Fitchett przedrukował natomiast kilka rozdziałów z dzieł Antona i innych autorów w swojej dość rozczarowującej książce Wellington’s Men.

2 C. Stedman, The History of the Origin, Progres d Termination of the American War, London 1794. Dzieło ukazało się w dwóch tomach [M.P.].

3 Banastre Tarleton był podpułkownikiem angielskiej armii, walczącym w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Dowodził oddziałem znanym jako Legion Brytyjski, składającym się zarówno z piechoty jak i kawalerii. Brał udział w kilku ważniejszych bitwach na południowym teatrze działań. Był dobrym dowódcą, ale został zapamiętany, jako odpowiedzialny za dopuszczenie do tzw. masakry w Waxhaw, w czasie której zginęło ponad 100 amerykańskich żołnierzy. W 1787 roku w Dublinie ukazały się jego wspomnienia z tej wojny pt. History of the Campaigns of 1780 and 1781 in the Southern Provinces of North America. Po zakończeniu konfliktu w koloniach awansował, osiągając stopień pełnego generała. Chciał walczyć w Hiszpanii i prosił o dowództwo na tym obszarze. Zamiast niego wysłano jednak brata Richarda Wellesleya – Arthura. Jego postać była pierwowzorem pułkownika Tavingtona w filmie Patriota, Mela Gibsona [M.P.].

4 Prawdopodobnie chodzi o Journals of Major Robert Rogers, które ukazały się w Londynie w 1765 roku. Rogers był angielskim podpułkownikiem dowodzącym słynnymi Rangersami w czasie wojny siedmioletniej. Urodził się w Ameryce Północnej. Rangersi byli rekrutowani spośród twardej, obytej z bronią ludności pogranicza, która dorastała w ciągłych walkach z Indianami. Jednostka Rogersa walczyła głównie w rejonie Wielkich Jezior. W związku z nieregularnym charakterem prowadzonych działań, skłonnością do niesubordynacji oraz otrzymywaniem nagród pieniężnych za skalpy i jeńców, nie cieszyli się sympatią dowódców z jednostek liniowych. Do dziś w amerykańskich oddziałach rangersów obowiązują w nieco uwspółcześnionej formie zasady, wprowadzone przez Rogersa w 1757 roku (co nie oznacza, że otrzymują nagrody pieniężne za skalpy i jeńców) [M.P.].

5 Ponieważ wojna w Hiszpanii nazywana jest przez Brytyjczyków „wojną na Półwyspie”, a poszczególne lata, kampaniami danego roku, dlatego dla całości walk występuje liczba mnoga wspomnianego rzeczownika [M.P.].

6 Ta nazwa obowiązywała od 1831 roku. W czasie wojen napoleońskich był to 3. pułk Gwardii Pieszej lub 3. pułk Scots Guards [M.P.].

7 Bitwa z maja 1793 roku, w której 53 tysięczna armia austriacko-angielska pod dowództwem księcia Yorku pokonała 27 tysięczne wojska francuskie generała Lamarche’a. Francuzi stracili 3300 zabitych rannych i wziętych do niewoli, sprzymierzeni 1100 [M.P.].

8 To starcie miało miejsce w kwietniu 1794 roku. 300 kawalerzystów austriacko-angielskich rozbiło kilkutysięczne zgrupowanie wojsk francuskich. Według angielskich źródeł Francuzi stracili 1300 żołnierzy (głównie piechoty) z 7000 biorących udział w walce, a także 5 dział. Sprzymierzeni mieli 95 zabitych i rannych [M.P.]

9 Starszy brat księcia Wellingtona, Richard. Pełnił funkcję gubernatora w latach 1798-1805 [M.P.].

10 Kincaid, A Random Shots from a Rifleman, s. 8.

11 James Gardiner był szkockim żołnierzem, który dosłużył się stopnia pułkownika w angielskiej armii. Za młodu prowadził rozwiązły tryb życia, ale w 1719 roku, w wieku 30 lat nawrócił się. Zmarł w wyniku śmiertelnej rany odniesionej w 1745 roku w czasie bitwy pod Prestonpans w powstaniu Jakobitów [M.P.].

12 Był to Woodberry z 18. pułku huzarów.

13 Patrz interesujący rozkaz dzienny dotyczący oficerów głoszących kazania, wydany 6 lutego 1811 roku w Cartaxo.

14 Autor opisuje, jak „przewracał się na ziemi, doznając uczucia wewnętrznego rozdarcia, mając wrażenie, że ogarniają go męki piekielne, a nadzieja wydaje się znikać na zawsze”, Surtees, s. 172.

15 Swoją broszurkę zatytułował: Memoir of a Sergeant late of the 43rd Light Infantry, previously to and during the Peninsular War including an account of his Conversion from Popery to the Protestant Religion.

16 John Stevenson z pułku Scots Fusilier Guards [patrz przypis nr 6 – M.P.].

ROZDZIAŁ IIŹRÓDŁA INFORMACJI– LITERATURA DOTYCZĄCAWOJNY NA PÓŁWYSPIE

Dobrze będzie zapewne przedstawić krótko główne źródła naszej wiedzy na temat wojny na Półwyspie. Jako pierwsze muszą zostać przywołane te oficjalne. Najważniejszym z nich są oczywiście raporty Wellingtona. Ukazały się one w dwóch seriach. Pierwsza, złożona z 12 tomów, została opublikowana przez pułkownika Gurwooda w latach 1837-1839, jeszcze za życia Księcia. Druga, czy też uzupełniająca seria w 15 tomach została wydana, wraz z ogromną ilością przypisów, przez drugiego Księcia Wellingtona między 1858 a 1872 rokiem.

Seria zredagowana przez Gurwooda jest źródłem absolutnie niezbędnym dla każdej osoby studiującej tematykę wojny na Półwyspie, ale stanowi męczącą lekturę i w żadnym razie nie może być nazwana dziełem kompletnym. Książę zakazał publikacji sporej liczby swoich, co bardziej poufnych listów, a fragmenty innych kazał pominąć. Żywił silne przekonanie, że sporo informacji może i powinno być utajnionych; ten fakt przysparza wielu problemów dzisiejszemu historykowi, który chciałby mieć dostęp nie tylko do oficjalnego i poddanego cenzurze obrazu wojny, ale uzyskać pełny wgląd w jej dzieje. Aby pokazać podejście Wellingtona do sprawy, wystarczy zacytować odpowiedź, jakiej udzielił Napierowi, kiedy ten poprosił o pozwolenie na wykorzystanie wszystkich dokumentów Księcia. „Nie mógł powiedzieć całej prawdy, nie raniąc uczuć wielu wartościowych ludzi i nie przyczyniając się do szerzenia niezgody. Rozwodząc się nad tematem, przytoczył wiele anegdot ilustrujących to stwierdzenie. Wskazał na błędy, popełnione przez generałów, a także na inne potknięcia które, zwłaszcza w wypadku Waterloo, w tak znacznym stopniu wpłynęły na jego własne operacje, że nie byłby wobec siebie samego sprawiedliwy, gdyby je zataił. Jednak, nadając im rozgłos, w niewdzięczny sposób sprawiłby, że wielu wartościowych ludzi darzono by mniejszym uznaniem, choć ich jedyną wadą była tępota”1.

Przygotowane przez Gurwooda wydanie rozkazów dziennych Wellingtona zostało opublikowane mniej więcej 15 lat po tym, jak Napier zwrócił się ze swoją prośbą – ale wielu oficerów biorących udział w wojnie na Półwyspie wciąż żyło i Książę pozostawał przy swoim wcześniej wyrażonym zdaniu, że nie byłoby dobrym pomysłem ujawniać dawne kłótnie i stare błędy. W związku z tym, w przedrukowanych rozkazach brakuje całych akapitów, a tam, gdzie przypisuje się komuś winę albo udziela się nagany, w większości przypadków nazwisko danej osoby zostaje pominięte – co powoduje, że lektura jest wyjątkowo męcząca. Z irytacją czyta się na przykład, że „nic nie przysporzyło mi większych trosk podczas ostatnich operacji niż zachowanie podpułkownika X z pułku Y”2 lub że „nie istnieją odpowiednie środki, którymi można by ukarać brak dyscypliny i naruszenia przepisów, jakich dopuszczają się generał brygady X i pułkownik Y”. Z kolei, gdy Wellington pisze do sekretarza do spraw nominacji rządowych w Sztabie Głównym: „Jestem wielce Panu zobowiązany za uwolnienie mnie od generała majora X i pułkownika Y. Widziałem się z generałem X i sądzę, że poradzi sobie dobrze, podobnie jak Y”3 albo że „X wydaje się szaleńcem”, a „Y nie jest zbyt mądry”, czytelnik popada w rozpacz. Jedyny sposób na to, aby dotrzeć do nazwisk – często należących do wojskowych wyższej rangi, którzy pojawiają się wielokrotnie w każdej relacji o wojnie na Półwyspie – jest udać się do archiwum, gdzie są przechowywane oryginały korespondencji, lub do Apsley House4, gdzie znajdują się prywatne listy. Jak na razie, niewiele osób ma dość wolnego czasu i cierpliwości, żeby się tego podjąć, więc opinie Wellingtona o jego oficerach pozostają praktycznie niedostępne.

Być może w 1837 roku wciąż należało pozostawić luki w tekście – a Gurwood bez wątpienia ściśle trzymał się nakazów Księcia. Nic jednak nie może usprawiedliwić niedbalstwa, jakim się wykazał przy redagowaniu opublikowanych przez siebie opasłych ksiąg. Brak jest spisów treści, a na stronach tytułowych poszczególnych tomów nie ma informacji o okresach, jakie obejmują. Żeby dowiedzieć się, który z nich zawiera list z listopada 1810 roku, należy wziąć tomy VI i VII, i sprawdzić daty ostatniego z rozkazów w pierwszym z nich oraz pierwszego rozkazu w drugim. Jeśli chcemy się dowiedzieć, ile pism zostało wysłanych do Grahama czy Spencera w roku 1811, nie ma innego wyjścia, jak tylko przejrzeć wszystkie strony obu tomów zawierających korespondencję z tamtego roku. Cała seria jest zaopatrzona w tak zwany Spis alfabetyczny, ale jest on w zasadzie bezużyteczny ze względu na małą liczbę terminów. Czytelnik na próżno będzie szukać nazw tak znanych miejsc jak Chaves, Casal Novo, Castello Branco, Vera lub St. Pierre, lub nazwisk takich jak Lapisse, Latour-Maubourg, Bonnet, Montbrun, Abadia, Penne-Villemur, O’Donnell, Del Parque, Erskine, Anson, Victor Alten, Barnard albo Beckwith. Z kolei znajdzie on tak bezsensowne hasła jak Lies, encouragement of (podżeganie do kłamstwa – przyp. tłum.) pod literą „L” czy Invincibility of British troops (niezwyciężoność brytyjskich wojsk – przyp. tłum.) pod literą „I”. Zapewne najbardziej groteskowym pojęciem w całej tej absurdalnej kompilacji jest „Lekka Dywizja”, do której została przypisana tylko jedna notka: „zadowalające działanie, w dniu 6 kwietnia 1811” – tak, jakby była to jedyna okazja, przy której należało wymienić tę zasłużoną jednostkę armii brytyjskiej. Pułki nie są wymienione w spisie, więc jeśli chce się sprawdzić, co Książę powiedział o 52. pułku albo o Black Watch, nie można tam znaleźć żadnej pomocnej informacji.

Gurwood dokonał jednak jeszcze jednego aktu manipulacji, znacznie gorszego niż nie umieszczenie spisu treści w książce czy stosownych haseł w Spisie alfabetycznym. Pominął bez wyjątku wszystkie dokładnie opracowane statystyki, które wcześniej były dołączone do raportów Księcia. Doskonałe tabele, które przedstawiały straty poszczególnych pułków i dywizji, zostały skrócone i przedstawiają ogół „zabitych, rannych i zaginionych” dla całej armii, bez rozbicia liczb na poszczególne jednostki. Nawet dwa niewielkie tomy autorstwa lorda Londonderry, stanowiące pierwszą próbę opracowania historii wojny na Półwyspie, podają bardziej użyteczne informacje dotyczące ogromnie ważnych kwestii sił i strat armii, niż cała publikacja przygotowana przez Gurwooda. Ten pierwszy autor słusznie bowiem zauważył, iż nic nie może być przydatniejsze czytelnikowi niż zamieszczona od czasu do czasu tabela, zawierająca strukturę i dane liczbowe dotyczące całej armii sprzymierzonych, oraz że szczegółowa lista strat poniesionych w bitwach takich jak Talavera czy Albuera jest niezbędna. Nie dostrzegający tego Gurwood wolał zamieścić wzmiankę, że „szczegółowe informacje o dywizjach, pułkach i batalionach zostały pominięte jako zbyt obszerne”5, kiedy zajmował się tak ważnymi statystykami. Nie zasługuje na specjalne podziękowania historyków za tę cenną opinię.

Z ogromną ulgą przechodzi się od fatalnie przygotowanej przez Gurwooda pracy do tomów Wellington Supplementary Dispatches, wydanych przez drugiego księcia Wellingtona między 1858 a 1872 rokiem. Chociaż seria zawiera względnie mało materiałów dotyczących wojny na Półwyspie, znajduje się w niej spora ilość rodzinnej i prywatnej korespondencji, która została celowo pominięta we wcześniejszej publikacji. Co więcej, redakcja tych tomów zasługuje na podziw: drugi książę wiedział, co jest istotne i co wymaga objaśnienia, załączył wiele cennych notatek, a mógł (skoro poprzednie pokolenie już w zasadzie odeszło) zarzucić politykę stosowania irytujących niedomówień, której trzymał się Gurwood. Ponadto dodał wiele listów napisanych nie przez jego ojca, lecz do niego, a ich treść rzuca światło na sens czasem enigmatycznych odpowiedzi poprzedniego Księcia, udzielanych jego korespondentom. Dołączono nawet kilka niezbędnych francuskich dokumentów. Ogólnie rzecz biorąc, tomy są doskonałe i sprawiają, iż chciałoby się, żeby wydania wszystkich dokumentów Wellingtona zostało zredagowane przez tę samą rękę.

Trzecia seria publikacji oficjalnych, chociaż „potrzebna dla zbawienia duszy” nie tak bardzo jak korespondencja Wellingtona, dla badacza wojny na Półwyspie jest bardzo cenna i ciągle wymaga opracowania. To siedmiotomowe wydawnictwo General Orders z lat 1809-1815, zawierające dokumenty z epoki, zebrane i wydane jeszcze w czasie trwania wojny; tomy z rozkazami z lat 1809-1810 ukazały się w 1811, tom z roku 1811 w roku 1812, i tak dalej. Ostatni tom, dotyczący Waterloo, spotkało to wyróżnienie, że został wydany przez British Military Press w Paryżu i wydrukowany „przez sierżanta Buchana z 3. pułku Gwardii Pieszej”. W General Orders znajdują się nie tylko dokumenty sensu stricto, w tym polecenia dla armii wydane przez głównodowodzącego, ale też m.in. bezcenne wyciągi z dokumentów wszystkich sądów wojennych poza pułkowymi, rejestr awansów, biuletyny wydawane przez oficerów dla pułków, przepisy dotyczące żołdu i racjonowania żywności oraz szczegółowe wskazówki wszelkiego rodzaju na temat organizacji, szpitali, dépôts, magazynów, tras przemarszu. Te tomy pozwolą zaspokoić ciekawość każdego, kto chciałby dowiedzieć się, którego dnia 42. pułk piechoty został przeniesiony z jednej dywizji do drugiej, kiedy dokładnie generał Craufurd otrzymał urlop, żeby załatwić sprawy prywatne w kraju, jaka była przyjęta wartość dolara hiszpańskiego czy portugalskiego cruzado novo w przeliczeniu na walutę brytyjską w różnych dniach, czy jaki dodatek wypłacano żołnierzowi, kiedy po upływie terminu służby zgadzał się przedłużyć ją na kolejny okres. Nie można tego nazwać interesującą lekturą, ale tego rodzaju danych nie znajdzie się nigdzie indziej.

Dostępna jest analogiczna sześciotomowa seria rozkazów ogólnych dla armii portugalskiej, zatytułowana Ordens do Dia. Przygotowana została przez marszałka Beresforda i zawiera wszelkie dokumenty przez niego podpisane. Jeśli osoba zgłębiająca temat wojny na Półwyspie jest zainteresowana karierą jednego z licznych brytyjskich oficerów służących w portugalskiej armii, musi szukać relacji o jego działalności właśnie w tych tomach. Nie jest łatwo z nich korzystać, ponieważ nie są wyposażone w roczne spisy alfabetyczne i trzeba wiele cierpliwości, żeby odnaleźć rozsiane po całej książce informacje o poszczególnych ludziach. Ta publikacja jest praktycznie niedostępna w Anglii. Mój przyjaciel z Lizbony z największym trudem i po długich poszukiwaniach zdobył dla mnie kopię – i nic nie wiem o tym, żeby po tej stronie Kanału była jakakolwiek inna. Jednakże tylko dzięki temu dziełu można prześledzić dzieje służby brytyjskich oficerów w armii portugalskiej. Każdego ranka należało publikować Ordem, a jeśli nie miało dojść do żadnych awansów czy nie miały się pojawić raporty sądów wojennych ani zarządzenia, szef sztabu Beresforda wydawał uroczyste oświadczenie o braku nowych wiadomości, jak to zacytowane poniżej:

„Quartel-General de Chamusca, 7 I 1811.

Nada de novo.

Adjutante-General Mosinho”.

Zdarzało się to przeciętnie dwa razy na tydzień.

Oprócz tych opublikowanych źródeł istnieje jeszcze olbrzymia ilość niewydanej korespondencji urzędowej, dotyczącej wojny na Półwyspie. Można ją odnaleźć w archiwum, w działach Ministerstwa Wojny, jak też Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Admiralicji. Jedną z zagadek systemu urzędowej klasyfikacji stanowi fakt, że wszelkiej dokumentacji na temat jeńców francuskich trzeba szukać w archiwach Admiralicji, pod nagłówkami Transport i Sprawy medyczne. Jeśli – jak się to od czasu do czasu zdarza – ktoś życzy sobie poznać nazwiska i dane francuskich oficerów wziętych do niewoli przy danej okazji i dane pułków z których pochodzili, na przykład podczas odwrotu Soulta spod Oporto albo szturmu Badajoz, musi udać się właśnie do Archiwum Admiralicji. Oficerów zawsze daje się zidentyfikować, jednak iście herkulesową pracą jest wyszukiwanie szeregowców, jako że umieszczano ich w dużych więzieniach w rodzaju Norman’s Cross, Porchester czy Stapleton i w grupach, których skład nie był w żaden sposób związany z ich przynależnością do danego pułku. Tydzień zabrałoby przeszukanie archiwów więziennych w celu ustalenia liczby szeregowców z 34. pułku piechoty lekkiej, wziętych do niewoli w Ciudad Rodrigo, ponieważ mogli oni zostać podzieleni na małe grupy, z których każda trafiła w inne miejsce. Wiele rejestrów więziennych straciło w międzyczasie okładki, a przy lekturze tych prawie nigdy nie przeglądanych i obrosłych kurzem tomów, można sobie porządnie ubrudzić palce.

Podczas gdy w druku ukazały się prawie wszystkie pisma Wellingtona, mało który z załączników dołączonych do każdego z tych dokumentów miał tyle szczęścia. Zawsze są one warte pobieżnego przejrzenia – a często okazują się też niezmiernie istotne. Przeważająca część korespondencji Sir Johna Moore’a z lordem Castlereagh oraz wiele raportów wydanych przez podwładnych Moore’a – Bairda, Leitha i lorda W. Bentincka – wraz z pewną liczbą tabel i statystyk opublikowano w wielkim tomie zatytułowanym Papers Relative to Spain and Portugal, Presented to Parliament in 1809. O ile mi wiadomo, brak jest podobnego wydawnictwa zawierającego dokumentację dotyczącą kampanii Grahama w Kadyksie w 1811 roku, czy operacji Maitlanda i Murray’a na wschodnim wybrzeżu Hiszpanii w latach 1813-1814. O tym drugim temacie można się jednak sporo dowiedzieć z olbrzymiego i pełnego cennych danych protokołu sądu wojennego, przed którym Murray został postawiony za fatalną klęskę poniesioną podczas oblężenia Tarragony. Szczegóły innych pomniejszych operacji na Półwyspie, dokonanych przez ludzi takich jak Doyle, Skerret, sir Home Popham i lord Blayney, są dostępne w rękopisie, łatwo osiągalnym dla badacza, ale nieczęsto przeglądanym. Dział Ministerstwa Spraw Zagranicznych w archiwum zawiera wiadomości wysoce cenne nie tylko dla badacza historii dyplomacji, ale i dla historyka wojskowości – ze względu na to, że Stuart, Vaughan, Henry Wellesley oraz inni przedstawiciele brytyjskiego rządu w Madrycie, Sewilli i Kadyksie oprócz swoich raportów przesyłali do Anglii także niezliczoną ilość hiszpańskich dokumentów. Wśród nich są nie tylko te urzędowe z okresu sprawowania władzy przez Radę Regencyjną, ale i prywatne, o wielkiej wartości: listy od generałów i mężów stanu, którzy – niezadowoleni z decyzji własnego rządu – informują agentów brytyjskich o swoim stanowisku. Jest też pewna liczba relacji z wojny, spisanych przez oficerów hiszpańskich, z determinacją odżegnujących się od odpowiedzialności za klęski ich kolegów. Z kolei politycy, w prywatnych i poufnych notatkach, podsuwają czasem ciekawe plany i intrygi. Opuszczając Kadyks, sir Charles Vaughan miał część tych poufnych dokumentów w swoim posiadaniu i nie przekazał ich później Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Razem z jego prywatną korespondencją są przechowywane w Oksfordzie, w bibliotece Kolegium Wszystkich Świętych.

Skoro zajmujemy się tu armią brytyjską, a nie ogólną historią wojny na Półwyspie, nadmienię tylko, że tysiące nieopublikowanych papierów dotyczących armii Francji, Hiszpanii i Portugalii można znaleźć w Paryżu, Madrycie i Lizbonie oraz że badacz będzie tam zawsze mile widziany i potraktowany z uprzejmością. Warto może zaznaczyć – bo może się to okazać pomocne dla początkujących – że francuska dokumentacja wojskowa nie została zgromadzona w całości w jednym miejscu, lecz podzielona między Archiwa Narodowe i Archiwa Wojenne w Ministerstwie Wojny6. Jeśli danego zestawienia czy listu nie da się znaleźć w pierwszej z tych instytucji, być może zostanie ono odszukane w drugiej. W źródłach hiszpańskich jest wiele luk: relacje na temat części kampanii są pełne, natomiast na temat innych w zasadzie nie istnieją. Zadziwiająco mało jest na przykład dokumentów dotyczących katastrofalnej klęski pod Ocañą z 1809 roku; nie istnieje też ani jeden kompletny raport dzienny o stanie pułków i dywizji nieszczęsnej armii Ariezagi. Ponieważ nie trafiły one do zbiorów we Francji, przypuszczam, że cała urzędowa dokumentacja jego sztabu została przejęta podczas odwrotu i zniszczona przez niepojmujących jej wartości szabrowników. Wskutek tego przetrwało jedynie kilka raportów, przesłanych przez Ariezagę i paru jego podwładnych do hiszpańskiego Ministerstwa Wojny.

Tyle na temat archiwów urzędowych – co zaś do publikacji autorstwa poszczególnych uczestników wojny, trzeba wyraźnie rozgraniczyć te wydane w czasie albo bezpośrednio po zakończeniu kampanii, o których traktują, od spisanych lata później, czy to na podstawie sporządzanych na bieżąco notatek lub dzienników, czy bez nich. Pierwsza kategoria zasługuje naturalnie na szczególne zainteresowanie, jako że na relacjach nie odciska się wiedza o dalszym biegu wydarzeń. Oficer piszący o La Corunnie czy Talaverze, ale mający już w pamięci zwycięstwa pod Vittorią czy Waterloo, automatycznie spoglądał na całą wojnę w inny sposób, niż człowiek zapisujący relację o wczesnych kampaniach bez świadomości, co przyniesie przyszłość. Napotkane na początku przeszkody i trudności przedstawiają się jako znacznie groźniejsze w chwili zwątpienia i rozczarowania, niż wtedy, gdy postrzega się je przez pryzmat następujących po nich triumfów. Materiały z wczesnego okresu są w związku z tym nadzwyczaj cenne – nie ma ich jednak tak wiele, jak tych powstałych później, a te istniejące to przeważnie listy i dzienniki, których nie czyta się tak dobrze jak oficjalnych relacji. Wśród lepszych źródeł tego rodzaju można wymienić Journals of the Campaign of 1808-1809 Ormsby’ego i Ker-Portera, Journal of the Talavera Campaign Hawkersa, Diary of 1809-1812 Stotherta oraz dziennik generała MacKinnona, obejmujący okres tych samych 3 lat. Wszystkie one zostały opublikowane w ciągu kilku miesięcy od daty ostatniego figurującego w nich wpisu. Dalej plasują się książki zawierające relacje spisywane na bieżąco, opublikowane bez wprowadzania jakichkolwiek zmian w oryginalnym tekście – ale dopiero wiele lat po jego powstaniu. Najlepszą z nich, bo przedstawiającą twarde fakty – i to często takie, których nigdzie indziej się nie znajdzie – jest dziennik Tomkinsona z 16. pułku lekkich dragonów7. Oprócz niego można wymienić dziennik George’a Simmonsa z 95. pułku piechoty, wydany w 1899 roku pod tytułem A British Rifle Man8, dzienniki sir Williama Gomma z lat 1808-18159, listy sir George’a Warre’a z lat 1808-181210, które ujrzały światło dzienne dopiero dwa lata temu oraz Private Journal Larpenta, wydany w roku 185211.

Wszystkie one zostały zaopatrzone przez wydawcę w krótkie notki, ale w tekście nie wprowadzono żadnych zmian.

Te i inne, pomniejsze książki, napisane w okresie wojny, są najlepsze, jako że wiernie oddają ducha tamtych czasów. Znacznie jednak liczniejszą grupę stanowią dzieła, które – choć również są autorstwa uczestników wielkiej wojny z Francją – ukazały się po upływie dłuższego czy krótszego okresu od opisanych w nich wydarzeń. Stosunkowo mało jest naukowych opracowań historii wojny. Wysoki poziom doskonałej (choć nie wolnej od uprzedzeń) publikacji Napiera całkowicie zniechęcił do opisywania całej wojny innych potencjalnych autorów, którzy czuli, że brakuje im jego geniuszu i siły wyrazu. To prawdziwe nieszczęście, jako że ta jedna jedyna praca, z której muszą korzystać osoby badające historię wojskowości, wyszła spod pióra zaciętego stronnika konkretnej partii politycznej, stawiającego sobie za cel oczernianie rządu Torysów, darzącego przesadnym uwielbieniem Napoleona oraz mającego wielu osobistych wrogów w brytyjskiej armii i w związku z tym nie oddającego im sprawiedliwości w swoim dziele. Jednocześnie trzeba docenić jednak, że zostało ono napisane przez naocznego świadka wielu z opisywanych w nim kampanii, który zadał sobie też ogromny trud dotarcia do pozostałych uczestników tych wydarzeń oraz przetrząsnął tak francuskie, jak i brytyjskie papiery, jeśli tylko miał dostęp do urzędowych dokumentów. Napier ma swój indywidualny, doskonały styl, dzięki czemu History of the Peninsular War zalicza się do klasyków, tak samo jak History of the Great Rebellion Clarendona12 – mimo iż badania wykazały, że w wypadku książki Napiera (podobnie jak i Clarendona), spora część opowieści wymaga jeszcze rekonstrukcji, a ogólna teza książki jest stronnicza13.

Jedyne pozostałe opracowania historii wojny to trzytomowa publikacja Southey’a, wydana w roku 1832, i dzieło lorda Londonderry14. Pierwsza z tych prac została napisana przez literata bez doświadczenia wojskowego, który nie był świadkiem wojny na Półwyspie i którego jedyną właściwie zaletę stanowiła dobra znajomość źródeł hiszpańskich – wobec których, niestety, był zbyt bezkrytyczny. Książka nie zyskała sobie popularności, ponieważ nie mogła konkurować z dziełem Napiera, jako że autorowi brakowało osobistej znajomości tematu, która była mocnym atutem publikacji tego ostatniego. Z kolei krótszemu już dziełu lorda Londonderry, wydanemu w dwóch tomach w 1829 roku, nie można odmówić zalet – ma ono jednak także wiele wad, jako że stale balansuje na granicy między pracą naukową a osobistymi wspomnieniami. Charles Stewart (lord Londonderry – M.P.) beztrosko przeskakuje przez te wydarzenia z okresu wojny, przy których nie był obecny. Wyraźnie nie zadał też sobie trudu zebrania wiadomości z pierwszej ręki. Z drugiej strony, książka jest wartościowa, bo przedstawia poglądy wysoko postawionego oficera sztabowego, który miał okazję patrzeć na wydarzenia z punktu widzenia członka Sztabu Głównego i miał swoje teorie oraz mocne przekonania co do ich racji. Atut stanowi tu również zamiłowanie autora do statystyk, w związku z którym w publikacji znalazło się wiele cennych załączników zawierających „raporty dzienne” i listy strat – dane, których u Napiera jest niewiele, a u Gurwooda nie ma wcale. Jako ogólna relacja, książka nie dorównuje pracy Napiera i – cokolwiek niezasłużenie – popadła w zapomnienie, tak samo jak obszerna publikacja Southey’a. Nie ma żadnych innych wartych wzmianki opracowań ogólnej historii wojny, napisanych przez autorów z tamtego okresu. Pomijam tu, naturalnie, źródła zagraniczne, które niewiele pomagają się dowiedzieć o armii brytyjskiej, choć do studiowania ogólnej historii wojny są niezbędne. Niedokończona Guerre de la Peninsule Foya – o ile można to ocenić na podstawie tomów, które zdążyły się ukazać przed śmiercią autora – byłaby dziełem ogromnie stronniczym. Opis wojsk brytyjskich w pierwszym tomie jest pełną wrogości satyrą i w szczególny sposób kontrastuje z wypowiedziami Foya na temat ich zalet, zawartymi w jego Journal, którego spora część została opublikowana parę lat temu przez Girod de l’Ain jako Vie Militaire du General Foy15. Po wszystkich tych oszczerstwach, jakimi Foy obrzuca armię brytyjską w swoim opracowaniu historii wojny, interesująco czyta się jego szczery list z 1811 roku, w którym autor przyznaje wyższość piechocie angielskiej nad francuską, jeśli chodzi o bitwy planowane na wybranym terenie o ograniczonym froncie. „Tę opinię zachowuję dla siebie”, dodaje, „i nigdy jej nie wyjawiłem – jako że konieczne jest, żeby szeregowiec nie tylko nienawidził przeciwnika, ale też nim pogardzał”16. Foy tak bardzo dbał o to, żeby jej nie ujawniać, że nikt, kto przeczytałby tylko jego historię wojny na Półwyspie, nie podejrzewałby go o posiadanie podobnego poglądu.

Inną francuską publikacją na temat ogólnej historii wojny jest Guerre d’Espagne marszałka Jourdana. Wydana została dopiero 10 lat temu przez wicehrabiego de Grouchy, chociaż spore jej fragmenty zostały wykorzystane w Life and Correspondence of King Joseph Bonaparte Ducasse’a. Książka Jourdana obejmuje okres całej wojny, aż do bitwy pod Vittorią, i jest warta uwagi ze względu na ostry i często uzasadniony krytycyzm autora wobec Soulta, Masseny, Marmonta, a również – w nie najmniejszym stopniu – wobec samego Napoleona. Autorowi nie udaje się natomiast należycie usprawiedliwić własnych działań. W autobiografii Marmonta przedstawiony jest tylko okres tych 15 miesięcy od maja 1811 do czerwca 1812, w ciągu których sprawował dowództwo (w Hiszpanii – M.P.); z kolei niezwykle ciekawe relacje Saint-Cyra i Sucheta dotyczą jedynie okresu ich własnej działalności w Katalonii i na wschodnim wybrzeżu Półwyspu. Saint-Cyr nie wspomina w ogóle o armii brytyjskiej, a Suchet opisuje swoje kampanie przeciw Maitlandowi i Murray’owi o wiele bardziej pobieżnie, niż wcześniejsze swoje zwycięstwa nad armiami hiszpańskimi17. Inne francuskie opracowania autorów z epoki lub naocznych świadków, to w większości monografie poświęcone poszczególnym kampaniom, w których piszący brali udział. Przykładem są tu pełna celowych nieścisłości praca Thiebaulta o Junocie w Portugalii, opublikowana w roku 1817 i Conquête d’Andalousie, en 1810-1812 oraz Campagnes de 1813-1814 Lapène’a (obie wydane w 1823, w różnej wielkości tomach), które mówią wyłącznie o armii Soulta. Wzmianki wymagają natomiast dwa ogólne opracowania autorstwa oficerów niemieckich – Schepelera, służącego w armii hiszpańskiej, oraz Riegla, walczącego po stronie francuskiej. Praca tego pierwszego ma szczególną wartość18.

Spośród historyków z Półwyspu dwaj zasługują na wyjątkowe zainteresowanie. Hrabia Toreno, hiszpański mąż stanu, który jako młody człowiek brał udział w wojnie, w 1838 roku opublikował trzy obszerne tomy dzieła, będącego – zaraz po książce Napiera – najlepszą pracą na temat wojny na Półwyspie. Toreno dysponuje wiadomościami z pierwszej ręki i jest znakomitym autorytetem w tej dziedzinie. Po jego publikację powinien zawsze sięgać ten, kto chciałby zapoznać się z wydarzeniami z punktu widzenia strony hiszpańskiej. Autor jest mistrzem detalu, a jednak potrafi odmalować szerszy obraz wydarzeń. Czasem należy mieć na uwadze, że jest on zwolennikiem konkretnej opcji politycznej i że niektórych spośród hiszpańskich generałów czy polityków faworyzuje, a innych (szczególnie La Romanę) darzy wrogością. Ogólnie jednak jest historykiem wielkich zalet i umiejącym wydać dobry osąd. Obok jego pracy trzeba wspomnieć pięć niewielkich tomów portugalskiego autora, José Accursio das Neves, wydanych w 1811, zaraz po odwrocie Masseny sprzed Linii Torres Vedras. Książka zawiera wyczerpujący i interesujący opis inwazji Junota na Portugalię oraz nieszczęść, jakie spadły na to królestwo i którym kres położyła Konwencja w Cintrze. To jedyna publikacja przedstawiająca szczegółowy obraz Portugalii roku 1808. Niestety, autor nie opracował do końca historii lat 1809-1810.

Zamykając temat dzieł nie będących pamiętnikami czy dziennikami, lecz publikacjami historycznymi sensu stricto, musimy jeszcze wymienić dwie doskonałe książki, angielską i francuską, poświęcone specjalnemu tematowi operacji oblężniczych. Obie monografie, napisane przez ekspertów, wybitnych oficerów inżynieryjnych – Journal od the Sieges in Spain 1811-1813 sir Johna Jonesa i Journaux des Sieges dans la Peninsule 1808-1813 pułkownika Belmasa – zostały wydane kolejno w 1827 i 1837 roku. Bardzo szczegółowe i zawierające wiele objaśnień, zaliczają się do najcenniejszych prac o wojnie na Półwyspie. Dzieło Belmasa jest szczególnie bogate w reprinty oryginalnych dokumentów związanych z oblężeniami oraz w dane statystyczne dotyczące garnizonów, strat, zużycia amunicji i tym podobnych zagadnień. Dzieła te są tak wyczerpujące i tak dobrze się uzupełniają, że niewiele nowych informacji na ten temat dodano po ich opublikowaniu. Dopiero przygotowana przez majora J. Lesliego świetna edycja Dickson Papers, która zaczęła się pojawiać kilka lat temu, powiększyła naszą wiedzę odnośnie brytyjskich operacji oblężniczych.

Zagadnienie opracowań historycznych napisanych przez autorów z okresu wojny oraz przez jej naocznych świadków zostało wyczerpane. Pozostaje zatem powiedzieć o gatunku literatury, obejmującym znacznie więcej pozycji i generalnie dużo ciekawszym z punktu widzenia osoby o zainteresowaniach bardziej ogólnych – to jest, o autobiografiach i wspomnieniach uczestników wojny, spisywanych po upływie od dziesięciu do czterdziestu lat od 1814 roku. Można by rzec „a imię ich legion” – i wciąż odkrywam kolejne. Wiele z tych wydawnictw wyszło w małym nakładzie spod prasy lokalnych drukarni – tak, że sama wiedza o ich istnieniu już odeszła w niepamięć. Wciąż jest dużo nieopublikowanych rękopisów tego rodzaju – tak we Francji, jak i w Anglii – i oczywiste jest, że do odkrycia pozostaje jeszcze wiele materiałów dotyczących tej wojny. Parę najciekawszych, takich jak autobiografia adiutanta Neya, Sprunglina19, czy ta napisana żywym stylem przez Blakeney’a z 28. pułku piechoty brytyjskiej20, pojawiło się dopiero w przeciągu kilku ostatnich lat.

Te opowieści o własnych przeżyciach są przeróżnej wartości. Jedne z nich zawierają skrupulatnie przekopiowane zapiski z dzienników z okresu wojny. W innych znajdują się tylko fragmenty, najbardziej niezwykłe albo też najbardziej charakterystyczne incydenty, które autor zapamiętał z danej operacji, kiedy już mniej interesujące codzienne zajęcia zostały przez niego zapomniane albo przynajmniej rozmyły się w jego pamięci. Niestety, w podeszłym wieku często niełatwo przypomnieć sobie, co się naprawdę widziało, a o czym tylko zasłyszało. Nierzadko zdarza się, że piszący przedstawia się jako obserwator scen, przy których nie mógł być obecny, a jeszcze częściej, że pod daną datą zapisuje anegdotę całkowicie prawdziwą, która powinna jednak znajdować się pod inną. W kilku najlepiej czytających się opowieściach pomieszana zostaje kolejność wydarzeń, a przypis wyjaśnia, że dokładnych dat nie da się odtworzyć. We wspomnieniach Strzelca Harrisa, zawierających najbardziej malownicze szczegóły, zdarza się to stale. Opowieści o generale Robercie Craufurdzie i jego Lekkiej Dywizji płyną wartkim strumieniem, w którym często nie udaje się zachować porządku chronologicznego.

Innym czynnikiem, wpływającym na rozmycie się czy zafałszowanie wspomnień bywa to, że autor – pisząc wiele lat po upływie relacjonowanych zdarzeń – ma za sobą lekturę innych publikacji na ten temat i miesza wiedzę z drugiej ręki z tą zdobytą dzięki własnym przeżyciom. Praca Napiera ukazała się stosunkowo wcześnie i była tak powszechnie czytana, że całe jej fragmenty „wkradły” się do sporej ilości innych książek napisanych po 1830 roku. Niektórzy prości weterani wręcz ujawniają źródło swoich opowieści o wydarzeniach, których świadkami w żaden sposób być nie mogli, powtarzając całe zwroty czy aforyzmy Napiera, których nie da się nie rozpoznać. Zdarzali się i tacy, którzy zapełniali lukę we własnej pamięci, „pożyczając” streszczenia strony czy rozdziału z jego książki. Zawsze należy uważać, żeby nie wziąć za dowód prawdziwości jakiejś opowieści tego, że spotka się ją także u innego autora – bo może on tylko ją powtarzać. Dziennik sierżanta z 43. pułku, wspomniany powyżej21, zawiera nieznośną dawkę skróconych fragmentów z książki Napiera. O wiele bardziej jednak niezwykłe jest to, że wpływy pracy Napiera można odnaleźć u słynnego Marbota, który najwyraźniej czytał jej francuski przekład, dokonany przez Mathieu Dumasa.

Książki o własnych przygodach – jak możemy nazwać ten gatunek – mogą być z grubsza podzielone na trzy grupy, ze względu na to, jak wiarygodne źródła wiedzy stanowią. Pierwsza i najważniejsza kategoria to dzieła napisane na podstawie starych pamiętników lub dzienników. Wspomnienia są w nich ułożone w porządku, zgodnie z kolejnością zanotowanych na bieżąco wydarzeń, a autor przenosi na papier zapisane wcześniej informacje z pierwszej ręki i daje szczegółowe wyjaśnienia. Pozytywnymi przykładami są tu Rough Sketches of the Life of an Old Soldier Leacha22, Military Journal Lesliego z Balquhain23, wbrew nazwie nie mający formy dziennika, ale stanowiący jedną ciągłą opowieść, oraz Rough Notes of Fifty Years’ Service sir George’a Bella24. Wszystkie te publikacje zasadniczo mogą być traktowane jako pierwotne źródła wiedzy, jako że autorzy stwierdzają definitywnie, że pisali je w oparciu o swoje zapiski z czasów wojny. Można również ufać ich wiarygodności i oprzeć się o nie, jeśli natrafi się na rozbieżne wersje jakiejś historii, podane przez osoby, które przy pisaniu swoich wspomnień nie korzystały ze sporządzonych wcześniej zapisków. Jeśli zaś autorzy wspomnianych wyżej dzienników przestają pisać na podstawie materiałów z epoki, zwykle ostrzegają o tym czytelnika. Na przykład Leach przedstawia cenne materiały, dowodzące, że wyliczenia Napiera odnośnie długości i tempa marszu Lekkiej Dywizji do Talavery są nieścisłe, a wyniki – przytaczane w tak wielu wydanych po pracy Napiera publikacjach – wyolbrzymione. Leach nie był jednak świadom, że jego własne dane nie są zgodne z przedstawionymi przez Napiera. Powtarza więc również informacje tamtego, ponieważ swoją książkę opublikował kilkanaście lat po ukazaniu się drugiego tomu dzieła Napiera i, jak wielu innych członków Lekkiej Dywizji, uważał Napiera za autorytet i przyjął wcześniej stworzoną przez niego legendę jako „prawdę objawioną”. To sir Johnowi Bellowi25, który służył pod Craufurdem, ale dołączył za późno, żeby walczyć pod Talaverą, przyszło rozbić tę bańkę mydlaną. Jednak dowód na to, że historia Napiera nie odpowiada faktom, nie stał się powszechnie znany, natomiast pierwotna legenda obiegła cały świat i wciąż przytaczana jest w poważnych pracach z dziedziny wojskowości, jako przykład niezrównanego tempa marszu.

Daleko mniej cenne od książek opartych na prywatnych dziennikach czy listach z epoki są te napisane długo po wojnie i wyłącznie z pamięci. Oczywiście, im później one powstały i im bardziej odległa jest data ich napisania od okresu, o którym traktują, tym mniej cenne źródło informacji stanowią. Jeśli chodzi o kwestię szczegółowych informacji, bardziej godna zaufania jest czarująca książka Gleiga The Subaltern, wydana już w 1825 roku, niż malownicza opowieść Blakeney’a napisana na dalekiej wyspie Paksos w 1835 roku. Z kolei publikacja Blakeney’a ma większą wartość niż przepełniona romantyzmem Seven Years of Campaigning Hennegana, opublikowana dopiero w 1847 roku, kiedy to wspomnienia rozmazały się po upływie 30 lat, a sama opowieść obrosła w informacje wątpliwej jakości i z drugiej ręki.

Moc ludzkiej pamięci jest różna; ludzie różnią się też pod względem zamiłowania do efektownych opowieści, nie będących wiernym zapisem osobistych doświadczeń. Ogólnie rzecz biorąc, musimy jednak przyjąć, że wartość relacji obniża się stopniowo z każdym rokiem, jaki upływa od danego wydarzenia do chwili przeniesienia opowieści o nim na papier.

Jako przykład na to, że wywołane starością niedołęstwo umysłu może doprowadzić do rozmycia się nawet najsilniejszego wspomnienia, można przywołać ciekawostkę, iż sam Wellington 20 lat po swojej ostatniej kampanii opowiedział dwóm swoim słuchaczom, jak odwiedził obóz Blüchera w nocy z 17 na 18 czerwca 1815 – co jest całkowicie niewiarygodne26. Oczywiste jest, że było to echo wspomnienia jego wizyty w Sztabie Głównym armii pruskiej, która miała miejsce wczesnym popołudniem 16 czerwca i której liczne szczegóły są znane.

Słabnąca pamięć, zamiłowanie do urozmaiconych opowieści, szczypta narcyzmu i upodobanie do malowniczości wpłynęły negatywnie na wartość wspomnień wielu weteranów. Szczególnie osoby będące znanymi raconteur (gawędziarzami – przyp. tłum.) i powtarzające swoje historie wielokrotnie przed ich spisaniem wykazują skłonność do uromantyczniania ich. Klasycznym przykładem jest tu naturalnie Marbot, którego pamiętniki zawierają informacje w oczywisty sposób nieprawdziwe – na przykład, że to on doniósł Napoleonowi o madryckim Powstaniu Dos de Mayo, że w 1812 roku przemaszerował ze swoim pułkiem z Moskwy w okolice Połtawy i z powrotem (pokonując łącznie dystans 400 mil!) w ciągu mniej niż 2 tygodni i mając przy sobie konwój z zaopatrzeniem, lub że pod koniec bitwy pod Austerlitz widział, jak 6 tys. ludzi utonęło, kiedy załamał się pod nimi lód na stawie Zatczan27. Marbot stanowi, rzecz jasna, skrajny przykład komicznego egotyzmu, ale można zacytować podobne (choć nie aż tak niezwykłe) historyjki z dzieł wielu jego współczesnych, którzy zabrali się za spisywanie swoich opowieści zbyt późno. Możemy tu wspomnieć choćby opis walk pod Aldea de Ponte autorstwa Thiébaulta, który twierdzi, że walczył przeciw 17-tysięcznym oddziałom angielsko-portugalskim i że zadał im straty w wysokości 500 ludzi, podczas gdy w rzeczywistości ścierał się z jedną brytyjską brygadą i dwoma portugalskimi batalionami, które łącznie straciły 100 ludzi28. Relacja jest jednak tak długa i obfitująca w szczegóły, że gdyby nie miało się przed sobą źródeł brytyjskich, można byłoby sądzić, że czyta się wierny opis faktycznego przebiegu walki, a nie romantyczne wymysły, w jakie przerodziły się mgliste wspomnienia autora. Była to jedyna bitwa w czasie wojny na Półwyspie, w której Thiébault dowodził samodzielnie i co roku, w miarę jak się starzał, historia stawała się coraz bardziej upiększona.

W związku z tym nawet, jeśli czytamy późniejsze opowieści o wojnie na Półwyspie z zainteresowaniem i często odnosimy z tej lektury pewne korzyści, musimy zawsze z ostrożnością podchodzić do przedstawionych w nich informacji, zanim potraktujemy je jako fakty. Musimy na początek spróbować wyrobić sobie osąd, co do autora i jego skłonności do ulegania uprzedzeniom i wpływom. Czy był realistą, czy miłośnikiem romantycznych anegdot? Czy i jaka część podanych przez niego informacji jest niezgodna z relacjami powstałymi w okresie, o którym autor pisze – i znowu, jaka część tych jego informacji, które nie są w oczywisty sposób fałszywe, wydaje się nieprawdopodobna w świetle innych, autorytatywnych źródeł? Czy autor czytał wcześniej dużo książek, napisanych przez inne osoby na ten temat? Zazwyczaj dowodem tego są szczegółowe opowieści o wydarzeniach, przy których w żaden sposób autor nie mógł być obecny, oraz to, czy powołuje się on, czy nie na źródła, z których uzyskał wiadomości o tychże wydarzeniach. Tylko w wypadku, jeśli autor zdał ten egzamin z wyróżnieniem, można zacząć traktować go jako poważny autorytet i ufać mu jako źródłu informacji co do scen, których – według naszej wiedzy – był świadkiem. Wiele osób, które piszą o własnych przeżyciach, można potraktować jako wiarygodne źródła informacji na temat dziejów ich własnego batalionu – ale już nie jako dobre źródło jakichkolwiek innych wiadomości. Można nawet przyjąć jeszcze dalej idące ograniczenie, a mianowicie takie, że można tym osobom zaufać, kiedy opisują udane dni swojej ukochanej macierzystej jednostki, ale już nie wtedy, gdy mowa o momentach mniej udanych. Gdy chodzi o „nieodpowiednie incydenty”, nierzadko stosowaną praktyką jest nabieranie wody w usta. Odnośnie zaś wiadomości autorów o tym, co działo się poza danym pułkiem, trzeba pamiętać, że często krążyło sporo nie zasługujących na zaufanie plotek, które pozostały w ludzkiej pamięci nawet po wielu latach.

Ze wszystkich książek o pułkowych przygodach pierwsze miejsce przyznaję ciekawej i dobrze napisanej With the Connaught Rangers porucznika Grattana. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że gdyby ten autor zabrał się do pisania pracy historycznej, to jego styl – żywy, ale pozbawiony przesady, i często wzniosły, lecz nie pompatyczny – uczyniłby z niego godnego rywala Napiera do tytułu klasyka. Jego opisy wyglądu i psychiki żołnierzy, maszerujących podczas szturmu Ciudad Rodrigo na wysunięte okopy, czy kryzysu w trakcie bitwy pod Salamanką, są równie doskonałe, jak którykolwiek wyjątek z dzieła Napiera. Wiele z ustępów z książki Grattana czytelnik bez wahania wziąłby za fragmenty publikacji autorstwa Napiera. Na nieszczęście Grattan posiada jedną z wcześniej wymienionych przeze mnie wad: ma w zwyczaju przedstawiać nie zasługujące na zaufanie informacje o epizodach, w których nie uczestniczył – w najlepszym razie podając czytelnikowi zbyteczne wiadomości, a czasem wprowadzając go w błąd. Z drugiej jednak strony, w kwestii działań 88. pułku piechoty pod Buçaco, Fuentes, Badajoz i Salamanką jest prawdziwym autorytetem – a ponadto, zawsze czyta się go z przyjemnością. Dwie inne dobre książki – The Subaltern Gleiga i Recollections of the Peninsula Moyle’a Sherera do pewnego stopnia dorównują pracy Grattana pod względem literackim, ale brak im mocy tego dzieła. W żywy sposób i wiernie opisują codzienne życie obozowe 85. pułku piechoty w latach 1813-1814 i 48. pułku piechoty w latach 1811-1813 – a ponieważ obie zostały opublikowane w ciągu 10 lat od zakończenia wojny (odpowiednio w 1825 i 1824 roku), pamięć autorów była wciąż dobra i można polegać na podanych przez nich faktach. Obie książki mają tę zaletę, że piszący je ściśle ograniczali się do przedstawiania osobistych doświadczeń, unikając powtarzania cudzych opowieści.

Kolejne pełne życia historie przygód – Adventures in the Rifle Brigade Kincaida29, Autobiography sir Harry’ego Smitha i pamiętniki Blakeney’a (przez redaktora zatytułowane A Boy in the Peninsular War)30