Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Aparatus - Andrzej Pilipiuk

Aparatus. Twoja przepustka do świata ludzi i zdarzeń, których istnienia nawet nie podejrzewasz.

To nie portal do fantastycznych krain. Kiedy nasz świat zdradza swoje sekrety, fantastyka nie jest już potrzebna.

Poznaj ludzi którzy odkrywali nieznane prawa natury i stanęli oko w oko z nienazwanym. Znajdź nieistniejący świerk lutniczy, odkryj wynalazki, które mogły odmienić losy świata. Zanurz się w bezdenne stawy warszawskich Łazienek, by zmierzyć się z niepojętą grozą. Poczuj bicie serca Dzwonu Wolności. Wspomnij ideały, dla których we współczesnym świecie nie ma już miejsca.

Aparatus. Curiosum. Unikat. Czy warto go w ogóle dotykać? Warto! Otwórz i wsłuchaj się w echo dawno minionych wydarzeń.

Zbiór liczy 8 opowiadań. Cztery z nich to teksty publikowane . w Science Fiction Fantasy & Horror.

Opinie o ebooku Aparatus - Andrzej Pilipiuk

Cytaty z ebooka Aparatus - Andrzej Pilipiuk

Spotykamy się od dwu lat, a nawet nie pozwoliła się pocałować... Chyba woli widzieć we mnie przyjaciela. – Trudna sztuka – powiedziała z miną znawczyni spraw sercowych. – Niełatwo taką złamać, ale jak już się uda, to będzie fajnie przez długie lata. Ludzie się zakochują nagle, ale szybko odkochują. Zauroczenie nie jest trwałe. Prawdziwa miłość musi trochę podojrzewać...

Fragment ebooka Aparatus - Andrzej Pilipiuk

IlustracjeDaniel Grzeszkiewicz

Lublin 2011

Za kordonem. Lwów

Lato dobiegało końca. Porucznik Zygmunt Winnicki obudził się przed szóstą. Słońce stało już wysoko, jego promienie sączyły się przez niedokładnie zaciągnięte story. Blask wydobywał z półmroku żelazne łóżko zasłane przydziałowym kocem, stolik i leżącą na nim kartkę...

Oficer jęknął. Zza okna dobiegały tupot i pokrzykiwania. Anglicy ćwiczyli musztrę. Budynek zajmowany dotąd przez Polaków był prawie pusty. Czasem tylko echo niosło stukot podkutych oficerek. Zaświadczenie o demobilizacji leżało, tak jak je rzucił, na podłodze.

Jeszcze przez trzy miesiące będzie dostawał żołd. A potem? Wracać do kraju? Do Polski? Do jakiej Polski?

Uderzył z wściekłością pięścią w ścianę.

– Sprzedali nas zawszeni judasze...

Zerwał się na równe nogi. Przeszedł po pokoju. Wracać? Dokąd? Do domu? Lwów już po raz drugi znalazł się pod sowiecką okupacją. Tym razem chyba na zawsze... O tym, co czerwoni wyrabiali podczas pierwszej, wiedział. Nasłuchał się opowiadań ludzi od Andersa. Widział niegojące się odmrożenia, blizny po śledztwach, które przeszli w kazamatach NKWD. A to przecież i tak byli ci szczęściarze, którym udało się wyrwać z piekła. Trzy czwarte jego kolegów z podchorążówki spoczywało w bezimiennych mogiłach Katynia i zapewne w innych podobnych miejscach. Więc co? Jechać do Polski? Do śmiesznego okrojonego kraju... zarządzanego przez komunistów, okupowanego przez Sowietów, wydanego na pastwę NKWD i podlegającym mu służb złożonym ze zdrajców... Co go tam spotka?

Zostać tu? Ponoć część Polaków ma być wcielona do powstających właśnie służb wartowniczych.

– Broniliśmy ich przed szkopami, a teraz mamy robić za dozorców w magazynach – prychnął.

Więc co ma robić? Poszukać roboty w cywilu? Jest kawalerzystą, może pracować w ujeżdżalni, w cyrku, furmanów tu nie potrzebują... A może trzeba jechać gdzieś dalej? Do Brazylii karczować dżunglę, do Argentyny wypasać krowy w pampasach? A może do USA, choć oni bardzo niechętnie patrzą na nowych imigrantów.

Kartka leżała na biurku tak jak wczoraj.

Mam dla Ciebie interesującą propozycję. Jeśli chcesz poznać szczegóły, bądź jutro o osiemnastej w holu hotelu Intercontinental.

St. Ulam

Zygmunt ziewnął. Stanisław Ulam... Pamiętał go dobrze, chodzili razem do szkoły. Świetny matematyk, ale jego szczurza twarz i lizusowski charakter nie wzbudzały sympatii. W dodatku tkwiło w nim jakieś dziwne cwaniactwo. Z drugiej strony... Od tak dawna nie spotkał żadnego krajana, a to przecież nieomal przyjaciel.

„Czego chce? Dowiedział się przypadkiem, że tu jestem?” – rozważał. „Nie, to przecież teraz wielka szycha... To nie przypadek. Szukał mnie? Po co? Iść czy nie iść? Może jednak trzeba. Zrobił karierę w Ameryce, może byłby w stanie mi pomóc, jeśli zdecyduję się tam wyjechać? W końcu obaj jesteśmy ze Lwowa. Żydek i batiar, śmiechu warte...”

– A gdybym się kiedyś urodzić miał znów, to tylko we Lwowie – zanucił pod nosem.

Roześmiał się i splunął przez okno.

– Jeszcze nie umarłem – mruknął.

Spotkanie z Ulamem, jak się okazało, nie było tak proste. W holu hotelu Intercontinental czekało dwóch amerykańskich oficerów. Przywitali Zygmunta bardzo uprzejmie, po czym wsadzili do samochodu z przyciemnionymi szybami i długo krążyli po Londynie. Wreszcie wjechali na dziedziniec jakiejś instytucji. Potem, nagle tracąc dotychczasową uprzejmość, dokładnie go zrewidowali. Dopiero upewniwszy się, że nie ma przy sobie żadnej broni, poprowadzili go niekończącymi się korytarzami.

„Durnie” – myślał, maszerując po grubym dywanie. „Szkolono mnie w walce wręcz. Scyzoryk mi zabrali, a przecież gdybym tylko zechciał, mógłbym Ulamowi skręcić kark i byłoby po zabawie...”

Wreszcie z ukłonem otworzyli drzwi i wpuścili go do sporego saloniku. Stół nakryto dla dwu osób. Przy kominku stał Staszek. Postarzał się przez te dziesięć lat, ale Zygmunt poznał go od razu.

– Witaj – odezwał się fizyk, idąc w stronę gościa. – Przepraszam za te formalności, ale dla Amerykanów jestem na tyle ważny, że wolą dmuchać na zimne...

Zygmunt ścisnął dłoń kolegi.

– Wiem, jaki jesteś ważny. – Wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu. – Widziałem cię w gazetach na zdjęciach prezentujących uczestników projektu Manhattan – powiedział. – Dedukuję zatem, że to twoje obliczenia wsparły program budowy bomby atomowej. Skoro pojawiasz się tu incognito, a nasi przyjaciele przywiązują tyle wagi do twego bezpieczeństwa, pewnie nie spocząłeś na laurach i szykujecie już następną niespodziankę... Jednak jeśli szukacie pilota, który zrzuci tę niespodziankę na przykład na Moskwę, to pomyliłeś adresy. Ja jestem kawalerzystą, nie lotnikiem...

– Coś szykujemy – powiedział powściągliwie Ulam. – Nawet niejedno. Ale ty jesteś mi potrzebny nie jako lotnik czy żołnierz, tylko raczej jako przyjaciel i człowiek ze Lwowa.

„No, z tą przyjaźnią to ciut przesadził...” – Zygmunt uśmiechnął się sarkastycznie w duchu.

– Brzmi ciekawie... – rzucił, by podtrzymać rozmowę.

– To, co zaraz powiem, jest tajne. Ściśle tajne. Musisz podjąć decyzję, czy w ogóle chcesz o tym wiedzieć. Jeśli nie chcesz, po prostu zjemy sobie, wypijemy i powspominamy młodość.

– Czy...

– I oczywiście informacja ta w żadnym wypadku nie może wyjść poza te mury.

– Jestem gotów.

– Szukam człowieka, który wykona dla mnie pewne zadanie. W tym celu konieczna będzie wizyta we Lwowie.

Serce Zygmunta uderzyło tak mocno, że poczuł ból przeszywający klatkę piersiową.

– Co dokładnie trzeba zrobić? – zapytał. – I dlaczego wybrałeś mnie? Nie macie przeszkolonych szpiegów, agentów...

– Dlatego, że znasz miasto jak własną kieszeń, a do tego liznąłeś trochę fizyki i zacząłeś studia inżynierskie. Powiedzmy, że trzeba odnaleźć pewne urządzenie. Dość spore, więc jego wywiezienie nie będzie możliwe. Należy zatem wykonać na miejscu dokumentację, a oryginał zniszczyć, by nie dostał się w ręce Sowietów.

– Oryginał, czyli co?

Ulam zawahał się na chwilę.

„Nie ufa mi” – zrozumiał Zygmunt.

– Generator elektryczny o nowatorskiej konstrukcji – powiedział wreszcie fizyk jakby niechętnie. – Efekt prac Grupy Delta.

– Nigdy nie słyszałem o takiej organizacji. – Wzruszył ramionami i parsknął: – Mam się przedostać za kordon i włamać do sowieckiego laboratorium? Chyba trochę przeceniasz moje możliwości. Do tego potrzeba zawodowego szpiega. Takiego jak z waszych powieści po dziesięć centów...

– Ależ nic z tych rzeczy. Grupa Delta nie istnieje od mniej więcej dwudziestu lat. Pomysłodawcą był generał Rozwadowski. Miał bardzo dalekosiężne pomysły na totalne przezbrojenie polskiej armii. Doceniał też osiągnięcia nauk technicznych i rozważał, jak można by je wykorzystać. Przypuszczalnie stworzył kilka ściśle tajnych zespołów, które nad tym pracowały. Lwów nie był jedynym ośrodkiem.

– Delta... – zadumał się Winnicki. – Na ile pamiętam grecki alfabet, istniały jeszcze co najmniej trzy. Alfa, beta...

– To bez znaczenia. Robiły zupełnie co innego.

– A członkowie Grupy Delta?

– Żyje już tylko jej najmłodszy zidentyfikowany przez nas uczestnik, matematyk Stefan Banach.

– Zatem trzeba przedostać się do Lwowa, odnaleźć go i o wszystko zapytać. Dlaczego nie zrobicie tego poprzez amerykańską agenturę?

– Próbowaliśmy. Nie bardzo chciał rozmawiać z naszymi wysłannikami. Zasłaniał się złożonymi przed laty przysięgami. Nie będę owijał w bawełnę. Mój dawny mistrz umiera na raka.

– Z jakiego powodu ta grupa została rozwiązana?

– Aresztowanie generała, śmierć Szczepanika i wkrótce potem Rychnowskiego zakończyły jej działania. Zabrakło najtęższych mózgów, zabrakło wsparcia ochrony aparatu państwowego. Wreszcie ktoś w sztabie generalnym podjął decyzję o zamknięciu projektu. Ale wcześniej zdołali dokonać naprawdę sporo.

– Prądnica...

– Bez względu na wszystko, nie może wpaść w ręce Sowietów. Twoje zadanie jest proste. Namierzyć, wykonać dokumentację, sfotografować. Jeśli się da, wymontować najważniejsze elementy. Resztę zniszczyć.

– Dlaczego to aż takie ważne? – zapytał wprost porucznik.

– Bo... to coś w rodzaju perpetuum mobile. Zupełnie nowatorska konstrukcja. Niezwykła. Pracuje na całkiem innych zasadach niż dotychczasowe aparaty. Wykorzystuje rozwiązania, które... – nie dokończył. – Pozyskuje energię... – raz jeszcze zawahał się. Przeszedł kilka kroków. – Pozyskuje elektryczność z grawitacji kosztem niewielkiej deformacji czasoprzestrzeni – wypalił wreszcie.

– Proszę!?

– Działa niezależnie, bez konieczności dostarczania z zewnątrz paliwa. Banach, jeśli nawet coś wie, nic nam już nie powie. Musisz samodzielnie ustalić, gdzie to ukryto.

– Powinienem mieć więcej danych. Nazwiska, adresy... Jakiś punkt zaczepienia.

– Z tego, co udało się nam ustalić, wiem, że do grupy należał profesor Steinhaus, też matematyk. Ale mózgiem był inżynier Franciszek Rychnowski, być może również Szczepanik, a niewykluczone, że i jego synowie, choć chyba raczej byli na to za młodzi. Wszyscy poza Banachem już nie żyją.

– Rychnowski? Ten wariat!?

– Tak, właśnie ten. I nie uważaj go za wariata, nawet jeśli niektóre z jego pomysłów były kontrowersyjne... To wybitny umysł. Jeśli przy okazji akcji uda ci się zabezpieczyć dodatkową dokumentację ich prac, wypłacimy sutą premię.

– Premię...

– Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach... Ale oczywiście za pomyślne wypełnienie misji...

– Nie jestem dżentelmenem, tylko synem lwowskiego batiara – uśmiechnął się Zygmunt. – Mój ojciec dorobił się w czasie wojny, sprzedając Rosjanom wódkę na szklanki.

– Wywiad USA gotów jest wyłożyć trochę pieniędzy za ten wynalazek. Powiedzmy, dla ciebie jakieś sto tysięcy dolarów, jeśli oczywiście dokumentację wykonasz na tyle starannie, że urządzenie uda się odtworzyć w Ameryce. Za wszelkie papiery dotyczące innych badań dorzucą drugie tyle. Co najmniej drugie tyle.

Zygmunt zamilkł zaskoczony oszałamiającą wysokością kwoty. Fiuuu... To aż tyle płaci się szpiegom!?

– Jak przedostanę się do miasta? – zapytał, przechodząc do konkretów. – I jak mnie stamtąd ewakuujecie? Lekarz orzekł, że...

– Wiem. Po uszkodzeniu stawu biodrowego musiałeś przerwać trening cichociemnego. Nie martw się, nie będziemy zrzucali cię ze spadochronem.

– Jak zatem...

– Lwów jest w tej chwili miastem prawie zamkniętym dla cudzoziemców. Trwa masowe wysiedlanie Polaków, zdaje się, że Sowieci wolą, by nikt postronny się temu nie przyglądał. Działa tam jedynie misja szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Ale na przełomie października i listopada we Lwowie organizowana jest międzynarodowa konferencja poświęcona kolektywizacji rolnictwa. Pojedziesz jako obywatel USA.

– Już widzę, jak mnie wpuszczą.

– Jako członek Komunistycznej Partii USA – uściślił.

– To jest taka? – Zygmunt wytrzeszczył oczy.

– Ano jest. Przynajmniej na razie. Są w USA myślący ludzie, którzy już zastanawiają się, jak zrobić z hołotą porządeczek. W każdym razie możemy podstawić cię jako delegata tej jaczejki na zjazd miłośników kołchozów.

– Jeśli wykonam zadanie...

– Przekażesz dokumentację wskazanym ludziom i spokojnie pojedziesz do USA. Obywatelstwo załatwię ci od ręki. Będziesz sobie siedział i robił, na co masz ochotę. Zechcesz pracować, też nie będzie z tym kłopotu. No to jak będzie? Pojedziesz? – Spojrzenie Stanisława zmiękło.

Do tej pory przekazywał instrukcje. Teraz prosił. Zygmunt zawahał się. Myśli tłukły mu się w głowie. Jechać... Czemu nie? Zobaczy raz jeszcze swoje miasto... Może przy okazji uda mu się ustalić, co naprawdę stało się ze stryjkiem. Może jakimś cudem odnajdzie kuzynkę Martę... A jeśli zrobi się niebezpiecznie? Co najwyżej nie wykona zadania. Przecież go nie rozstrzelają.

Ulam nie naciskał. Czekał cierpliwie na decyzję.

– Pojadę.

Księgi drzewne

Było wczesne sobotnie popołudnie. Wrzesień w tym roku był ciepły i słoneczny, aura zachęcała do włóczenia się po parkach... Marta wyciągnęła mnie rano do muzeum, potem zjedliśmy na mieście pizzę, a teraz holowałem dziewczynę do mojej plugawej siedziby, kusząc niecnie wizją lodów zamkniętych na najniższej półce zamrażalnika. Warsztacik zegarmistrza był jeszcze otwarty, pan Maciek pomachał nam i wrócił do dłubania w mechanizmach.

– Co on obrabia? – zdumiała się Marta.

Rzuciłem okiem przez szybę.

– Wejdźmy, zobaczmy – zaproponowałem.

Stary zegarmistrz wyraźnie ucieszył się z naszej wizyty.

– Witam panią akustyk w moich skromnych progach – ukłonił się szarmancko. – I pana sąsiada też...

– Tak przechodziliśmy obok i Martę zainteresowało, nad czym pan się męczy – wyjaśniłem. – Wygląda mi to na prawdziwy zegar szwarcwaldzki.

– Owszem. I to wyjątkowo ciekawy egzemplarz.

Odpowiedziało mu tylko zaciekawione spojrzenie dziewczyny.

– W pierwszej połowie osiemnastego wieku w Niemczech rzemieślnicy dostrzegli lukę na rynku i zaczęli produkować zegary dla bogatych chłopów – wyjaśnił. – Tani, bardzo prosty mechanizm, za to bogato zdobiony cyferblat i szafeczka. Taki chronometr dodawał chałupie splendoru. Tryby początkowo robiono w ogóle z drewna, wagi wisiały na sznurach. Potem stopniowo zaczęto stosować mosiężne zębatki, stalowe osie, łańcuszki. Dodano kukułki, dzwonki wybijające kwadranse...

– Ciekawe – mruknęła.

– Ten, który dziś regulowałem, jest jeszcze z tych mniej fikuśnych. Wychwyt kotwicowy, większość elementów drewniana. Myślę, że lata osiemdziesiąte osiemnastego wieku. Naprawdę ładny egzemplarz, choć dwie trzecie mechanizmu pochodzi z różnych okresów, więc ortodoksyjnych kolekcjonerów raczej by nie zainteresował. Pan Lucjan dorobił kilka zużytych detali, ale do spasowania trzeba jednak fachowca... W każdym razie działa. Robert ma ciekawsze chronometry...

– Wiem, zanudza mnie na śmierć, co i rusz pokazując zbiory – uśmiechnęła się dziewczyna.

– Niech go pani czym prędzej łapie – doradził zegarmistrz. – Druga taka partia już się nie trafi.

– Doprawdy? – Otaksowała mnie spojrzeniem. – Mam wyjść za kolekcję zegarków?

– I mieszkanie mam – zgrywałem się. – Dwa pokoje.

– I w jakiej kamienicy – dodał zegarmistrz. – Ściany z cegły klinkierowej, teraz by takiej nawet wypalić nie umieli! Do tego niech sobie pani wyobrazi: oryginalna przedwojenna armatura z niklowanego brązu, a kable w ścianach – czysta poezja, trzy miedziane druty zawinięte w nawoskowany papier, to wszystko w płóciennym impregnowanym oplocie i na wierzch ołowiany pancerz. Jak je przed pierwszą wojną położyli, tak do dziś jednego zwarcia nie było!

To akurat nie robiło na niej wrażenia – ojciec kupił jej piękne trzypokojowe mieszkanie w nowiutkim bloku na strzeżonym osiedlu...

Zegarmistrz spojrzał na efekt swojej pracy.

– No i cyka – stwierdził z zadowoleniem. – Robert, chłopcze, jeśli mogę cię prosić, zapukaj do sąsiadów z góry, powiedz, że gotowe. Niech wpadną i odbiorą.

– Oczywiście. – Ukłoniłem się.

Wyszliśmy z warsztaciku.

– Dobra partia. – Marta popatrzyła na mnie z filuternym uśmiechem. – Myślałby kto...

– Przemyśl to. Oprócz kolekcji zegarków, dobrych rur i kabli w ścianach mam jeszcze szereg innych zalet...

Przeszliśmy przez bramę na podwórko.

– Łuna, pokrako, jak cię dorwę, przerobię ci ogon na szczotkę klozetową! – usłyszałem gdzieś z góry.

Uniosłem wzrok. Jakieś trzy metry nad naszymi głowami na gałęzi starego kasztanowca siedziała ogniście ruda kotka. Po chyboczącym się konarze sunęła ku niej dziewczyna, na oko piętnastoletnia. Dziewczyna też była ruda. Jednym ruchem capnęła prychającego kota za kark, drugą na chwilę chwyciła się gałęzi, zahuśtała się jak gibon w ZOO, a potem puściła. Uderzyła stopami o ziemię lekko i z wdziękiem.

– Uważaj, dziecko, bo się zabijesz! – jęknęła moja towarzyszka.

– Nic mi nie będzie, jestem księżniczką wiewiórek. – Sąsiadeczka dumnie uniosła głowę.

Mała zaplotła sobie włosy w dwa ciasne różki. Z trójkątną lisią twarzyczką ozdobioną wydatnymi przednimi siekaczami faktycznie wyglądała na wiewiórkę. Rudy polar tylko dopełniał podobieństwa. Leciutka asymetria warg nadawała jej twarzy mimowolny wyraz uprzejmego zdziwienia.

– Dzień dobry, panie Storm – ukłoniła mi się. – To zapewne pańska narzeczona, o której wspominał pan Maciek? – Dziewczę zmierzyło Martę spojrzeniem.

– To widzę, że pan zegarmistrz już mnie wyswatał. – Moja towarzyszka chyba zaczynała się wkurzać.

– Jeszcze nie narzeczona, ale usilnie nad tym pracuję – wyjaśniłem. – Kicaj do dziadka, powiedz, że zegar już gotowy.

– To trzymam kciuki, żeby zaręczyny były już niebawem. – Uśmiechnęła się i pobiegła po schodach, nadal trzymając prychającego kota w objęciach.

– Księżniczka wiewiórek. – Marta była twarda. Dopiero gdy bezpiecznie ukryliśmy się u mnie, dała upust wesołości.

– A co, niepodobna? No dobra, ogona nie ma... – błaznowałem. – I nie codziennie się tak czesze... Wstydziła się przy tobie, więc poszła schodami. Ale przedwczoraj widziałem, jak na balkon włazi po piorunochronie.

– Może którejś klepki jej zabrakło i ubrdała sobie, że naprawdę jest wiewiórką... – zadumała się moja towarzyszka.

– Masa dziewczyn w głębi ducha uważa się za księżniczki, a część okazuje to także na zewnątrz, na przykład ubierając się na różowo. W Japonii jest nawet taka subkultura.

– Tylko mija im to, zazwyczaj gdy skończą dwanaście lat... I jednak co innego uważać się za księżniczkę, nawet po czterdziestce, a co innego łazić po drzewach i sądzić, że jest się wiewiórką.

– Mogę ją dokarmiać orzechami, jeśli uważasz, że trzeba. Nasypię trochę na miskę i postawię na zewnętrznym parapecie w pracowni. Z pewnością zauważy i po nie przyjdzie.

– Nowi sąsiedzi?

– Tak. Kupili mieszkanie nade mną. Ze trzy tygodnie robili remont, dopiero co się sprowadzili. Dziewczyna mieszka z dziadkiem, rodzice tyrają gdzieś za granicą – wyjaśniłem. – Tyle udało się ustalić przez te cztery czy pięć dni... Staruszek jest lutnikiem, ponoć znanym. A wnuczka chodzi do szkoły muzycznej. Chyba do gimnazjum. Gra na skrzypcach całymi dniami. Ćwiczy z zapałem, aż szyby drżą. Pewnie zawlecze kocura do domu i zaraz zacznie rzępolić.

Faktycznie, nie minęło pięć minut, a z daleka dobiegł stłumiony przez grube stropy dźwięk.

– Nieźle gra – mruknęła Marta.

– Skoro tak twierdzi dyplomowana pani akustyk...

– Zaraz! Co to, u diabła, za melodia? Przecież ją znam... Ale... to lambada! Ta mała gra lambadę na skrzypcach! – zdumiała się.

– To może zatańczymy? – zażartowałem. – Skoro muzyka jest...

Ale najwyraźniej ta melodia miała być tylko rozgrzewką, bo kolejne dźwięki popłynęły już zupełnie inne.

– Bardzo dobrze gra – powtórzyła dziewczyna.

– Moglibyśmy za kilka lat mieć taką fajną córkę – szepnąłem jej do ucha.

– Nie jesteśmy rudzi, a to chyba gen recesywny – powiedziała, stanowczym gestem zdejmując moją dłoń z ramienia.

– Skoro dzieci chwilowo nam nie grożą, może pooglądamy znaczki? – zaproponowałem. – Zdobyłem na przykład ukraińską błękitną trzydziestoszagiwówkę z kowelskim nadrukiem Poczta Polska. Albo zegarki. Trafiłem ostatnio kilka curiosów...

– Albo sztućce, albo guziki wojskowe, albo co tam jeszcze kolekcjonujesz. – Puściła do mnie oko.

– Pożoga, ty wredna małpo! – dobiegło z góry. – Muzyka ci uszy kaleczy?

Drzewo za oknem zatrzęsło się, gdy wylądował na nim kocur. Zaraz też rozległ się energiczny tupot drobnych stóp na schodach. Właścicielka ruszyła w pościg.

– Łuna, Pożoga i księżniczka wiewiórek grająca na skrzypcach... – zaśmiewała się Marta.

– Chyba ma na imię Adelajda – wyjaśniłem. – Przynajmniej nie jest nudno...

Polską wieś przeryto dokładnie. Pierwsi poszukiwacze staroci ruszyli w kraj jeszcze w latach pięćdziesiątych. W epoce Gierka wyszukiwaniem antyków zajmowały się już wyspecjalizowane grupy handlarzy. Za nimi ruszyły gangi złodziei. Zazwyczaj w wiejskich chatach nie znajdzie się obecnie żadnych cudów. Meble wyszabrowane z pałaców po reformie rolnej dawno poszły na opał albo zostały wykupione. Naszechłopstwo nigdy nie śmierdziało groszem, więc i po przodkach zostało niewiele. Ale czasem można liczyć na mały zapomniany okruch złota... Zwłaszcza gdy wie się, gdzie dokładnie i czego szukać.

Stanąłem koło płotu. Na podwórku zarośnięty typek karmił świnie, lejąc im z zardzewiałego wiadra do koryta jakąś breję. Dziwne, mój dziadek świnie trzymał zamknięte w chlewiku, a te ganiały luzem po podwórzu. Widać co kraj, to obyczaj...

– Dzień dobry, szanowny panie Malinowski – uprzejmie uchyliłem kapelusza.

Chłopina zerknął na mnie spode łba. Ja też oceniłem go szybkim spojrzeniem. Gumofilce zdarte. Spodnie i kufajka zszargane. Kasy brak... Ale kolor nosa i twarzy normalne, zatem nie pił przesadnie dużo. Obejście zadbane, porządeczek. Nawet puste słoiki ustawione równiutko w rządku. Po podwórku biegały też kury, a nawet dwie siodłate gęsi. Ot, wiejski dziadek trzymający fason, udający jeszcze gospodarza. W otwartej szopie dostrzegłem jeszcze klatki z królikami.

– A pan będziesz kto? – chłopina nawiązał kontakt.

– Robert Storm, historyk amator i wędrowny poszukiwacz antyków – przedstawiłem się.

– Antyków? – Uśmiechnął się krzywo. – Toś pan okolice pomylił. Tę wiochęśmy po wojnie założyli. Hłe, hłe, hłe. A czego pan konkretnie szukasz? – Spoważniał.

– Przodek pański należał przed wojną do elitarnego Pierwszego Pułku Artylerii Najcięższej – wyjaśniłem. – Pracuję na zlecenie poważnego kolekcjonera z Warszawy. Gdyby znalazły się jakieś papiery, gotów jest bardzo dobrze zapłacić. Szuka też odznaki pułkowej tej jednostki. Krzyż zielonego koloru i dwie skrzyżowane lufy armatnie... Na ramionach napis P.A.N. Czasem robiono także w białej emalii.

Tubylec wykonał operację myślową. Zmarszczył czoło, aż wyobraziłem sobie tryby skrzypiące pod niskim czółkiem.

– Zara, chodź pan do chaty, pogadamy w środku. Co tak będziemy sterczeć na widoku?

Doświadczenie łowcy podpowiedziało mi, że nie ma tego, czego szukam, ale spróbuje mnie zainteresować czymś innym. Dobra, jak nie rybki, to może chociaż akwarium? Weszliśmy do pokoju. Ściany odmalowano po raz ostatni chyba za Gierka. Antyków faktycznie nie posiadał. Meblościanka, szorowana zapewne sumiennie przed każdym świętem, straciła już połysk.

– Siadaj pan...

Przycupnąłem na brzegu krzesła. Mebel parokrotnie odświeżono, pokrywając kolejnymi warstwami farby olejnej. A chłop zaczął grzebać w szufladzie stołu.

– Ten krzyż to pamiętam, walał się w pudełku razem z Virtuti Militari, ale to brat jeszcze komuś opylił, będzie ze dwadzieścia lat temu – burknął. – Ale może co innego zostało? Legitymacje jakieś były do tego, dyplomy... Cholera, tatko chyba, nim nogi wyciągnął, z dymem to wszystko puścił.

Wieś. Niepotrzebne papiery, a czasem nawet zdjęcia, idą tu po prostu do pieca. Stare meble rąbie się na podpałkę. Ale czasem jakimś cudem coś się uchowa.

– Ha. – Wyłożył na blat łupy.

Spojrzałem na przedwojenną pięciozłotówkę z Piłsudskim, pogięty widelec Norblina oraz odznakę sołtysa z epoki PRL i westchnąłem. Widząc, że te skarby nie budzą mojego zainteresowania, jął ryć głębiej wśród śrub i muterek. Znalazł jeszcze dwie łuski karabinowe i klamrę od paska OHP z lat osiemdziesiątych.

Pokręciłem przecząco głową. Śmieci to śmieci. Nawet moneta była tak porysowana, że miała co najwyżej wartość kruszcu... Dziadyga zmarkotniał. Przerył szufladę raz jeszcze, alez próżnego i Salomon nie naleje. Zbierałem się do odejścia. Wyciągnąłem z kieszeni nowiutką szeleszczącą dychę oraz wizytówkę z moim nazwiskiem i numerem telefonu i położyłem na brzegu stołu. Trzeba zostawić dobre wrażenie. To czasem procentuje. Bywa, że na wsi ktoś coś ciekawego znajdzie i nie wie, co z tym zrobić.

– Nie ma, to trudno. – Wstałem.

– Czekaj pan. – Jakaś nowa myśl błysnęła mu w głowie. – A może kupisz pan skrzypce? – zapytał. – Mam takie na strychu, po jednym wujku. Jakby je szmerglem doczyścić, to na ścianie można powiesić. A kto wie, może i grają nawet jeszcze?

– Skrzypce?

Instrumenty muzyczne kompletnie mnie nie interesowały. Ale on już człapał po schodkach na górę. Ruszyłem za nim. Być może trafimy na coś, co on uważa za badziewie, a mnie się przyda? Na strychu było niewiele. Przepisy przeciwpożarowe w latach siedemdziesiątych unicestwiły niejeden skarbiec. Przez okienko na końcu pomieszczenia wpadało niewiele światła. Wyjąłem pięciowatową diodową latarkę i puściłem strumień światła.

– Oż kurde! – zdziwił się dziadyga. – Taka bździna i tak daje!? Łysnęło jak fleszem – pochwalił.

Omiotłem całą przestrzeń spojrzeniem handlarza niewolników. Nie było tu kompletnie nic ciekawego. Gospodarz wydobył z pudła jakiś podłużny pakunek zawinięty w gazety z przełomu epok Edwarda Szczodrego i Wojciecha Ślepego.

Zeszliśmy na dół. Odwinął pożółkłe papierzyska i moim oczom ukazały się istotnie skrzypce. Nie miały strun, brakowało też niektórych kołków. Strzępki gazet przywarły do drewna chyba raz na zawsze.

– Dasz pan stówaka i są pańskie. – Wyszczerzył resztki zębów. – To prawdziwy antyk. Taki właśnie fant, jakich pan szukasz. Przedwojenne, może nawet carskie jeszcze.

– Może nawet – westchnąłem ciężko. – Ale to nie skrzypce, tylko kompletny trup.

Towarzysz Gierek nadal widoczny na pożółkłym skrawku papieru miał minę, jakby przyznawał mi rację. Towarzysz Czyrak na sąsiednim strzępie miał gdzieś moje dylematy. Z niezmąconym spokojem witał delegację północnokoreańską.

– Albo wiesz pan co. – Typek zamarł tknięty nagłą myślą. – Głupio tak sprzedawać pamiątkę po wujciu za zwykłe pieniądze. Zamieńmy się jak przyjaciele. Pan mi dasz tę zajebiaszczą latarkę, a ja panu sprezentuję skrzypce.

– Zgoda. Niech będzie i tak – powiedziałem odruchowo i jakby wbrew sobie. – Fant za fant.

Ująłem instrument, a uhecowany gospodarz zacisnął palce na latarce. Widać było, że to dozgonna miłość od pierwszego wejrzenia do grobowej deski...

– To na zwykłe baterie chodzi czy jakie? – dopytywał.

– Na paluszki – wyjaśniłem. – Cztery sztuki naraz trzeba wsadzić. Odkręca się na końcu, jak normalna.

– Na wsi dobra latarka zawsze się przyda... – Jak się uśmiechnął, nawet sympatycznie wyglądał. – A żaróweczki można dokupić? Jakby się przepaliła...

– Nie trzeba. Dioda, która w tym świeci, ma długą żywotność. Wystarczy na czterdzieści tysięcy godzin pracy. Możesz pan używać przez całą noc, codziennie, a i tak piętnaście lat wytrzyma.

– Ja pierniczę! Cała wieś będzie mi zazdrościć. To żem złoty interes zrobił, ale ja uczciwy człowiek jestem. Za tanio ją kupiłem. Weź pan jeszcze to! Też po wujaszku.

Ściągnął z szafy stary, potwornie zniszczony wojskowy pas i zamotał wokół instrumentu. Nie wiedziałem, po kiego grzyba mi ten trup skrzypiec ani czy zgodnie z sugestią chłopiny uda się go choćby na tyle doczyścić, by wyglądał po ludzku, wisząc na ścianie. Ale wiedziałem też, że jeśli zostawię instrument tutaj, to wcześniej czy później trafi do pieca... I jeszcze jedno. Gdy je oglądałem, dostrzegłem, że z tyłu mają wypalony lub namalowany gmerk wytwórcy.

– Pora na mnie – westchnąłem.

– Zawinę panu w świeżutką gazetkę – zaofiarował się trochę na wyrost.

Ta „świeżutka” miała datę sprzed dwu tygodni, a do tego wydawała ją jaczejka pogrobowców KPP. Dopiero siedząc w pekaesie, odwinąłem papier i dokładniej obejrzałem łup. Skrzypce w moim odczuciu musiał wykonać nie lada fachura, skoro spoczywając tyle czasu na strychu, nie rozkleiły się ani nie popękały. Z tyłu pudła rezonansowego faktycznie widniał znak jakiegoś lutnika. Zdecydowanie nie był to wyrób fabryczny.

– Ciekawe – mruknąłem do siebie. – Chyba wiem, komu można to pokazać...

Pas też okazał się ciekawy. Stary, niemiecki. Na aluminiowej klamrze pierwotnie była hitlerowska gapa i napis szwabachą Gott mit uns. Ktoś pracowicie sklepał wronę młotkiem i przynitował w tym miejscu lilijkę wypiłowaną z grubej mosiężnej blachy. Bojownik Szarych Szeregów? A może po wojnie ktoś się bawił? Kto wie...

„Muzeum harcerstwa się ucieszy, o ile w ogóle jest coś takiego” – pomyślałem leniwie, zapadając w drzemkę.

Gdy dochodziłem już do kamieniczki, minął mnie policyjny renault. Koła załomotały po bruku i pojazd zatrzymał się koło bramy. Ze środka wyskoczył gliniarz wielki jak szafa i z tonfą jak maczuga wiszącą u boku. Poznałem go bez trudu. Otworzył boczne drzwi, ze środka wygramoliła się Adelajda.

– Cześć, Piotrek – zagadnąłem. – Za jakie to zbrodnie zwinąłeś moją sąsiadkę? Zakłócała spokój, grając na skrzypcach?

Dzielnicowy odwrócił się w moją stronę.

– Robert? – zdziwił się. – Wcale jej nie zwinąłem, tylko nadużywając pojazdu służbowego, rozwożę to wesołe stadko po koncercie do domów. – Wyszczerzył w uśmiechu zęby wielkości ziaren fasoli.

Faktycznie, cały wóz miał zapchany na sztywno nastolatkami płci obojga i ich instrumentami.

– Nie mów, że to nadużycie sprzętu, bo ktoś podkabluje i kłopotów sobie narobisz – doradziłem. – Powiedz raczej, że to działania prewencyjne w ramach opieki nad młodzieżą i dla budowania pozytywnego obrazu organów ścigania w grupie wiekowej szczególnie narażonej na patologie.

– Kurde, ty i myślisz szybko, i niezłą masz gadanę! – pochwalił. – Zapiszę sobie na zaś...

– Z tego żyję, że umiem gadać z ludźmi. Wpadnij kiedyś na piwo do starego kumpla – zaproponowałem. – Tu mieszkam. Zresztą pamiętasz chyba.

– A nie omieszkam.

Pożegnaliśmy się i samochód ruszył dalej.

– Pana znajomy? – zaciekawiła się sąsiadeczka.

– Chodziliśmy razem do podstawówki – wyjaśniłem. – Pisze magisterkę z historii policji, więc co i rusz wpadamy na siebie w bibliotece. Udany był koncert?

– Z doborową ekipą każdy jest udany, najwyżej publiczność marudzi – zażartowała.

– Dziadek jest w domu? Mam drobną sprawę.

– Na pewno jest, zapraszamy.

– Umyję się, przebiorę i wpadnę. Za pół godziny?

– Będziemy zaszczyceni.

Przebrałem się po wyprawie, zmieniłem gazetę na bardziej neutralną światopoglądowo i wdrapałem się piętro wyżej. Nowi sąsiedzi wymienili drzwi na solidniejsze. Wcisnąłem guzik dzwonka. Otworzyła mi Adelajda. Oba koty czatowały w przedpokoju. Gdy wszedłem, obrzuciły mnie wyniosłymi spojrzeniami.

– W sprawie remontu instrumentów muzycznych przyjęcia interesantów właśnie w tych godzinach. – Ukłoniła się, zapraszając mnie gestem.

Jakim cudem? Ach, tak. Z gazety wystawał gryf...

– No nie żartuj, jest sobota wieczorem. Faktycznie mam instrument, ale w takim razie w poniedziałek może zajdę.

– No coś pan, przecież dziadek sąsiada nie pogryzie. – Tupnęła małą stópką w baletce.

Stary lutnik zwabiony rozmową wyszedł z kuchni.

– Czym mogę służyć? – Uśmiechnął się.

– Mam coś do pokazania. Przywlokłem z prowincji skrzypce... właściwie chyba resztki skrzypiec.

– Zapraszam do pracowni.

Największy pokój przekształcony został w warsztat. Pół ściany zajmował regał zastawiony butlami, słojami i słoikami. Poniżej wisiały dziesiątki dłut, dłutek i innych narzędzi. Czułem, jakby cofnął się czas. Nawet laubzega leżąca na blacie wyglądała, jakby miała ze sto lat. Jedynym nowym elementem były dwa wielkie urządzenia w kącie. Ni to piece do pizzy, ni to pralki...

– Suszarki – wyjaśnił. – Po co czekać kilkanaście czy kilkadziesiąt lat aż się drewno wysezonuje, skoro można przygotować materiał do pracy w kilka tygodni...

Usiedliśmy i wręczyłem mu łup.

– Uuuu... – westchnął ciężko. – Co pan robił z tym biednym instrumentem?

– Trzydzieści lat leżały na strychu – wyjaśniłem. – Nie znam się na tym kompletnie, ale poczułem, że po prostu głupio zostawić je tam na zmarnowanie wiejskim troglodytom.

– Suchy strych – mruknął, obracając instrument w dłoniach. – I niedaleko komina leżały.

– Rozeschnięte?

– Na szczęście jeszcze nie, ale będzie z tym sporo roboty. Spróbuję je uratować. Ufajdane niemożebnie... Mam nadzieję, że kornik się nie dobrał. Ciężka sprawa, ale warte zachodu. To był kiedyś naprawdę niezły instrument. Pan wie, co pan kupił?

– Nie. Zobaczyłem je, dopiero potem pomyślałem o panu... A co, stradivarius mi się trafił?

– Aż takie cuda to raczej nie na polskiej wsi. – Uśmiechnął się. – Ale to dobre skrzypce lutnicze niemieckiej rodziny Hopf, z okresu mniej więcej naszego powstania styczniowego. Zobaczymy, co da się dla nich zrobić...

Wielkie rude kocisko wmaszerowało do pokoju.

– Psik! – Lutnik machnął w jego stronę dłonią, ale zwierzak go oczywiście zignorował.

Podszedł i mrucząc, otarł się o moją nogawkę.

– Polubił pana – mruknął pan Lucjan. – A to nieufne bydlaki... Wnuczka ma niezłą ochronę. Każdego złego człowieka w mig rozszyfrują. Tam, gdzie mieszkaliśmy poprzednio, domokrążców przez drzwi wyczuwały... Tu okolica spokojniejsza.

– Dziwne – mruknąłem. – Bo przecież i ja jestem swego rodzaju domokrążcą, tylko zamiast sprzedawać łażę i próbuję kupić.

– Widać w tym, co pan robisz, zachowujesz pan wystarczająco dużo uczciwości i przyzwoitości.

Nadal oglądał instrument, najwyraźniej sprawdzając jakieś szczegóły, o których nawet nie miałem pojęcia.

– Ile to będzie kosztowało? – zagadnąłem.

– Oj, ładnych parę stówek. Muszę dorobić parę detali. Wyczyścić wnętrze. Nowe struny. Te intarsje na podstrunnicy to kość słoniowa. Są zdekompletowane...

Książki Andrzeja Pilipiuka wydane nakładem Fabryki Słów

Kroniki Jakuba Wędrowycza (także w wersji do słuchania)Czarownik IwanowWeźmisz czarno kure...Zagadka Kuby RozpruwaczaWieszać każdy możeHomo bimbrownikusKuzynkiKsiężniczkaDziedziczki2586 krokówCzerwona gorączkaRzeźnik drzewAparatusNorweski dziennik–tom 1. UcieczkaNorweski dziennik–tom 2. Obce ścieżkiNorweski dziennik–tom 3. Północne wiatryOperacja Dzień WskrzeszeniaWampir z M-3Dobić dziada – komiksOko Jelenia. Droga do NidarosOko Jelenia. Srebrna Łania z VisbyOko Jelenia. Drewniana TwierdzaOko Jelenia. Pan WilkówOko Jelenia. Triumf lisa ReinickeOko Jelenia. Sfera Armilarna

COPYRIGHT©BYAndrzej PilipiukCOPYRIGHT©BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2011

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-688-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIK ORAZ PROJEKT OKŁADKIPaweł Zaręba

ILUSTRACJEDaniel Grzeszkiewicz

REDAKCJARafał Dębski

KOREKTAMagdalena Grela, Celina Nikolska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl