Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Aktualności z dawnego Gdańska” to niezwykła podróż w czasie po mieście, które żyje historią. Andrzej Januszajtis – znawca Gdańska i jego dziejów – prowadzi nas przez ulice, domy mieszczan i zakamarki, wśród których wciąż słychać echo dawnych dni. Z lekkością opowiada o zwyczajach gdańszczan, zapomnianych postaciach, wielkich katastrofach i o cudach codzienności.
Każdy rozdział to osobna kronika, pełna faktów i anegdot. Autor z ogromnym zaangażowaniem przegląda z nami stare gdańskie gazety i starannie sporządzane dokumenty sprzed wieków.
Ta książka przypomina, że historia nie musi być nudna – potrafi pachnieć solą Bałtyku, dźwięczeć dzwonami kościoła Mariackiego i błyszczeć w świetle dawnych latarni Wisłoujścia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Niniejszy tom jest moją trzydziestą trzecią książką o Gdańsku, i zarazem ósmym zbiorem felietonów. Większość tekstów ukazywała się w dodatku do „Gazety Wyborczej” zatytułowanym „Trójmiasto”. Powrót do felietonów, pisanych kilka lat wcześniej, wymagał przeredagowania, aktualizacji, poprawienia błędów, na koniec uszeregowania ich w rozdziały. Trzeba było też wymienić część ilustracji. Felietony mają charakter doraźny (na szczęście nie polityczny…), książka ma trwać dłużej, jest w pewnym sensie ponadczasowa. Głównym jej bohaterem jest Gdańsk i jego niezwykle bogata historia, w której zawsze można znaleźć coś zaskakującego, godnego podziwu i zdumiewająco aktualnego. Od dawna próbuję podzielić się z innymi moim zachwytem nad Gdańskiem – jego niezwykłością i pięknem. Czy to się udało i tym razem, ocenią czytelnicy. Przyjemnej lektury!
Gdańsk, październik 2025 rokuAndrzej Januszajtis
Wszystkie tłumaczenia, o ile nie podano inaczej, są tłumaczeniami autora. Dopiski i komentarze w środku cytatów w nawiasach kwadratowych także są odautorskimi uzupełnieniami.
W świadomości dawnych gdańszczan Ratusz Głównego Miasta funkcjonował jako miejsce składania przysiąg. Było ich wiele: hołdownicze, urzędowe, zawodowe, obywatelskie, sądowe i inne. Ich formuły, tzw. roty, są cennym źródłem historycznym. Można w nich znaleźć odbicie wydarzeń, stosunków i przemian politycznych, społecznych i światopoglądowych. Posiadają także niemałą wartość dla historyków prawa i językoznawców. Aż dziw, że dotychczas nie powstała na ich bazie żadna praca doktorska. Utrudnieniem jest język, najczęściej niemiecki, nierzadko archaiczny. Istnieją także roty w języku łacińskim i polskim. Gdy w roku 1978 dla ówczesnego Muzeum Historii Gdańska przygotowywałem odczyt o przysięgach gdańszczan, znalazłem w zbiorach Archiwum Państwowego i Biblioteki Gdańskiej ponad 600 formuł przysiąg z okresu od XIV do XVIII stulecia nietkniętych ręką historyka! Ograniczyłem się do zobowiązań wierności składanych w czasie hołdu. Ich pierwowzorem była rota przepisana w prawie magdeburskim, którego odmianą było obowiązujące w Gdańsku od 1342 roku prawo chełmińskie, brzmiąca następująco: „Składamy Wam hołd, Panie [król albo ktokolwiek jest panem], jako naszemu prawemu panu, i ślubujemy Wam prawe wasalstwo, i przysięgamy Wam być wiernymi i szczerymi, jako prawy poddany swojemu prawemu panu być winien, bez nijakiego podstępu. Tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci”.
Wzmianka o świętych pokazuje, że przysięgano, kładąc ręce na relikwiarz. W czasach krzyżackich składano przysięgi każdemu nowo wybranemu wielkiemu mistrzowi Zakonu. Najstarsza zachowana formuła pochodzi z czasów Winryka von Kniprodego (1351): „Składamy Wam hołd, Panie Wielki Mistrzu, jako naszemu prawemu panu, i ślubujemy Wam prawe wasalstwo, i przyrzekamy Wam wierność i szczerość, bez nijakiego podstępu. Tak nam dopomóż Bóg i święci”. Za Konrada Wallenroda (1391) dodano zobowiązanie wierności także wobec Zakonu: „Przyrzekamy i przysięgamy Wam, naszemu prawemu Panu Wielkiemu Mistrzowi i Zakonowi być wiernymi i posłusznymi i nie sprzyjać Waszej szkodzie, tylko od niej bronić i [jej] się przeciwstawiać oraz ostrzegać i wszelkie inne rzeczy czynić, jakie każdy poddany wasal swemu prawemu panu z prawa czynić winien, tak nam dopomóż Bóg i święci”. W 1441 roku wybuchł z tego powodu spór z Konradem Erlichshausenem. Delegaci, zebrani na zjeździe stanów (rycerstwa, duchowieństwa i mieszczaństwa) w Malborku, odrzucili tę formułę pod pretekstem, że jest zbyt trudna do wymówienia (!), i zaproponowali powrót do formuły dla Kniprodego. Po odmowie wielkiego mistrza kolejną sugestią, również odrzuconą, było przywrócenie formuły magdeburskiej. Spór zakończył się kompromisem – do formuły magdeburskiej dodano zobowiązanie wierności Zakonowi, ograniczone do szczególnej sytuacji. Rota przysięgi przyjęła postać: „Składamy Wam hołd Panie Konradzie von Erlichshausen, Wielkiemu Mistrzowi Zakonu Niemieckiego, jako naszemu prawemu panu, i ślubujemy Wam wierne wasalstwo, i przyrzekamy Wam być wiernymi i szczerymi, jako prawy poddany swojemu prawemu panu być powinien bez nijakiego podstępu, tak nam dopomóż Bóg i wszyscy święci. Ponadto przyrzekamy tą samą przysięgą, że kiedy Wielki Mistrz odejdzie, albo będziemy prawnie od przysięgi uwolnieni, Zakonowi będziemy posłuszni aż do złożenia hołdu nowo wybranemu Wielkiemu Mistrzowi”. Obowiązywała tylko do roku 1454, w którym stany pruskie wypowiedziały Krzyżakom posłuszeństwo i przyjęły zwierzchność Korony Polskiej. Odtąd przysięgano wierność polskim królom.
Przysięga na relikwie świętych (Saskie Zwierciadło, XIV w.)
Usiadłem na fotelu i zacząłem sobie wyobrażać, jak by to było, gdybym w XVII wieku starał się o gdańskie obywatelstwo. Przenoszę się myślą w przeszłość: jest rok, powiedzmy, 1650, skończyłem 21 lat, zostałem majstrem, chcę się usamodzielnić, otworzyć warsztat i założyć rodzinę; piękna Ewa z sąsiedztwa, z którą się spotykam, uśmiechem daje mi nadzieję, jej rodzice chyba nie będą przeciwni. Warunkiem rozpoczęcia samodzielnej działalności jest jednak uzyskanie obywatelstwa miejskiego, a nie bardzo wiem, jak to zrobić. Znajomy notariusz radzi: idź do urzędu, oni ci podyktują, co i jak. Nie zapomnij wziąć pieniędzy, bo to kosztuje (o to się nie martwię, rodzice pomogą). Mieszkam na Starym Mieście, urząd nazywa się Weta, mieści się na poddaszu Ratusza przy ulicy Korzennej. Wchodzę bocznymi schodami, mijam Izbę Rady, jeszcze parę schodków i jestem w Wecie. Okazuje się, że najpierw muszę się zgłosić w Wecie Prawego Miasta. Czeka mnie przechadzka do Ratusza przy Długiej. Na pierwszym piętrze, między Wielką i Małą Izbą Wety, jest tam pokoik, w którym wszystko załatwię. Muszę przedstawić świadectwo prawego (ślubnego) urodzenia oraz opinię starszych cechowych i odpowiedzieć na pytania. Rodzice mieszkają w Gdańsku, ale nie mają obywatelstwa, są więc „obcy”, ale – z racji urodzenia w Królestwie Polskim – „zdatni do obywatelstwa”, ja oczywiście też. Staram się o obywatelstwo rzemieślnicze. Urzędnik jest życzliwy, ale prawa przeskoczyć się nie da: muszę złożyć zobowiązanie, że najpóźniej za rok i dzień się ożenię, a jeśli do małżeństwa nie dojdzie, przepadnie wpłacony zastaw – 40 złotych. Pytają mnie o broń i rynsztunek i czy ćwiczyłem się w strzelaniu pod Gradową Górą. Odpowiadam, że tak (kto z młodych tego nie robił?), pozostaje jeszcze uiścić w Kamlarii, piętro wyżej, 72 złote za otrzymanie prawa. Z kwitkiem stamtąd wracam do Wety, gdzie dostaję cedułkę (kartkę) z poświadczeniem, że zostałem wpisany, i nic już nie stoi na przeszkodzie, bym złożył przysięgę w moim Ratuszu.
Wracam na Stare Miasto, zmęczony, ale szczęśliwy. Zgłaszam się w naszej Wecie. Odbierają cedułkę, kiwają głowami, gratulują szybkiego załatwienia i wyznaczają termin za dwa tygodnie, według zwyczaju w sobotę, o dziesiątej rano. Mam się stawić w pełnym rynsztunku, z bronią, więc znowu o nią pytają. Jest w domu muszkiet i rapier po stryju, trzeba je będzie odpucować, bracia pomogą.
Czas płynie szybko i oto znowu wędruję do Ratusza. Mijani ludzie patrzą z zaciekawieniem, co to za wojak. Wchodzę schodami od frontu do Wielkiej Sali Mieszczańskiej, gdzie wkrótce zjawiają się rajcy w pełnej gali, wszystkich pięciu, a wśród nich przewodniczący im rzecznik – obecnie jest nim sławny astronom Jan Heweliusz. Nogi mi się trzęsą, ale trzymam fason. Rajcy dokonują inspekcji, jest broń, rynsztunek, ubiór w porządku. Można przystąpić do ceremonii. Jest nas trzech, przychodzi kolej na mnie, odkrywam głowę, lewą ręką trzymam broń, prawą podnoszę w górę z wyciągniętymi dwoma palcami. Sekretarz wypowiada słowa przysięgi, które powtarzam: „Przysięgam, że Królewskiemu Majestatowi Polski etc., mojemu Najłaskawszemu Panu i Szlachetnej Radzie tego miasta będę wierny i posłuszny, wszystko, czego się dowiem, co by przeciwko Szlach[etnej – przyp. red.] Radzie albo wspólnemu dobru być mogło, to będę szczerze zgłaszał i ujawniał. Niniejszy rynsztunek i broń są moje własne, onych nie pomniejszę, lecz owszem będę pomnażał i ulepszał. Tak mi dopomóż Bóg i Jego Święte Słowo”.
Przysięgający gdańszczanin
Lecz co to? Jakiś hałas. Wracam do rzeczywistości i panoszącego się wirusa. Było pięknie, pozostaje mi to tylko dla państwa opisać.
„1709. 4 października w roku zarazy… spłonęła ta wieża [mowa o wieży-latarni w Wisłoujściu] do fundamentów, bez dalszej szkody, i trwało potem chyba osiem lat, póki nie została odbudowana tak, jak teraz wygląda. Ogień pojawił się z wytrząśniętego tytoniu z fajki żołnierza, który miał zapalić światło latarni”. Tak brzmi rękopiśmienna notatka na jednym z egzemplarzy Opisania Gdańska Reinholda Curickego, z którego reprintu korzystam. Sprawdzając inne notatki pisane tą samą ręką, mogłem stwierdzić, że ich autor, najprawdopodobniej Jan Moneta, późniejszy pastor w Cedrach Wielkich, rzetelnie uzupełniał i kontynuował historyczne informacje Curickego. W świetle notatki widać, jak bezsensowne są spotykane czasem wypowiedzi, jakoby źródłem światła wisłoujskiej latarni był wówczas ogień rozpalany na jej szczycie i że to niby on wywołał pożar! Ogień palono być może na początku jej istnienia, w 1482 roku (chociaż możliwe także, że wywieszano stalowy kosz z drewnem), ale od momentu zbudowania renesansowego hełmu stało się to niemożliwe. Dowodzą tego rachunki z czasów jego budowy (1593 rok) i późniejsze opisy. Źródłem światła były cztery lampy oliwne lub olejne, zaopatrzone we wzmacniające blask reflektory z wypolerowanego mosiądzu. To jest udokumentowany fakt. Bajkę o prymitywnym rozpalaniu ogniska na szczycie wieży w czasie, gdy miała wysoki, bogato ukształtowany hełm, należy odłożyć do lamusa. Zainstalowanie świateł przypisuję Antoniemu van Obberghenowi, ponieważ to on, będąc jeszcze w służbie u króla Danii, przebudował latarnię morską w Kullen. Do 1560 roku rozpalano tam ogień na wzgórzu, potem wywieszano na drewnianym rusztowaniu płonący węgiel w koszu. W 1563 roku powstała wieża (w 1585 zastąpiona nową), dzieło mistrza Antoniego, z przeszkloną lanterną, wewnątrz której było 12 łojowych świec, zapalanych o zmroku. Pomysłodawcą mógł być astronom Tycho Brahe, będący wówczas od roku oficjalnym nadzorcą Kullen. Po przeniesieniu się do Gdańska mistrz Antoni zbudował hełm naszej wieży-latarni, w którym umieścił lanternę z „szybami przedniej jakości” jako osłonę dla lamp, w odróżnieniu od tych w Kullen, zaopatrzonych w mosiężne reflektory – chyba pierwszych takich w Europie. Mógł to zrobić tylko on.
Rysunek rekonstrukcyjny hełmu wieży-latarni (J. Stankiewicz)
Hełm Obberghena, wysoki i smukły, przejawia pokrewieństwo z najwyższą, niderlandzko-duńską wieżą Kronborgu. W 1721 zastąpił go nowy, barokowy, mniej wysmukły. Trzy lata po pożarze z 1889 roku ustąpił miejsca stożkowatej „głowie cukru”, która uległa zniszczeniu w 1945 roku. Hełm ciągle czeka na odbudowę – najlepiej w renesansowej postaci, z odtworzonymi światłami zaopatrzonymi w reflektory, w przeszklonej lanternie, choć postać barokowa z 1721 byłaby pewnie łatwiejsza do odtworzenia, zwłaszcza że istnieją rysunki rekonstrukcyjne. Najgorsze byłoby pozostawienie wieży w obecnym kształcie, bez hełmu, pamiątki najlepszego okresu wspaniałej historii Wisłoujścia.
Wróćmy jeszcze do pożaru w roku 1709, zaprószonego przez żarzący się tytoń z fajki. Skąd ta fajka? Pisząc o tamtej epidemii, wspomniałem, że zalecano wówczas palenie tytoniu jako środka odkażającego jamę ustną i przeciwdziałającego zarażeniu (dziś na pewno się tego nie poleca). Można zatem powiedzieć, że pośrednią przyczyną pożaru, który zniszczył piękny hełm i latarnię, była zaraza.
Na przełomie lat wracamy wspomnieniami do upływającego właśnie roku i wybiegamy myślą do następnego. Zrobimy teraz to samo, cofając się o pół tysiąca lat. Mamy więc rok 1520. O wydarzeniach z tego czasu opowie kronikarz Bernt Stegmann:
„Takoż w tym samym roku 1520, latem ku jesieni zebrała się w niemieckich krajach wielka armia jezdnych i pieszych, mówiono, że było ich ok. pięć tys. jazdy i trzy tys. pieszych, dla pomocy i korzyści wielkiego mistrza. Wodzami mianowano Wolffa von Schonenberga i hrabiego von Eysenberga, członka Zakonu. (…) Tedy tego dnia wieczorem i następnego, we wtorek [6 listopada] rano, przybyła niemiecka armia dla wielkiego mistrza pod Gdańsk i rozłożyli się na Biskupiej Górce i wokół niej w ogrodach i ustawili swoje działa na górze przeciwko miastu. (…)
Krzyżacka puszka (działo) na kamienne kule z XV wieku w Kwidzynie
Takoż w następną środę, 7 dnia listopada, dowódcy przysłali z Górki trzech posłów do miasta Gdańska, do Rady i pospólstwa, rano przed południem. Był tam dany termin do następnego dnia, w czwartek przed południem, o godzinie dziewiątej na zegarze. Ponieważ czas, jaki wyznaczono, tegoż dnia po godzinie dziewiątej upłynął, zaczęli z góry strzelać i atakować ze swoich puszek na Przedmieście, mury i baszty i na Szary Klasztor, także ogniem na Prawe Miasto, a ci w mieście nie zamierzali oszczędzać i strzelali w odpowiedzi ze wszystkich baszt i murów, gdzie tylko było możliwe zrobienie wyłomu. To trwało aż do nocy. Tegoż wieczoru o godzinie ósmej na zegarze zostali przysłani od wojska posłowie z pismami przed Bramę Wyżynną i chcieli wejść do miasta, ale bramy pozostały zamknięte, dopiero rano w piątek weszli posłowie do miasta. Gdy przeczytano pisma, niektórzy z miasta, mianowicie Filip Angermünde z Ławy i kilku z pospólstwa, zostali za bezpiecznym glejtem posłani, by pójść na górę do wojska, wysłuchać i zrelacjonować. Ale stało się tak, że wrócili z niczym, bo nic dobrego nie zaszło. Kiedy ci posłowie powrócili do miasta, wtenczas każdy czynił, co mógł, atakując i strzelając aż do nocy, kiedy Niemcom w wojsku ich najlepszego puszkarza ubito przy puszce, podobnie jak wielu ich ludzi. Strzelanina trwała przez cały piątek aż do nocy.
Takoż tego samego dnia w piątek koło południa przybyła do miasta Gdańska jazda, było ich ponad tysiąc, przysłanych przez króla Polski, przyjechali z Malborka przez Żuławy i koło św. Barbary do miasta. Wrogowie to widzieli i nie mogli zapobiec, a myśleli, że było o wiele więcej, to ich tak przestraszyło, że całą następną noc, w sobotę, stali w szyku, bojąc się, że z miasta zostaną napadnięci.
Gdy Niemcy zobaczyli, że Gdańska nie mogli i nie będą mogli opanować i że miasto otrzymało posiłki, czemu nie mogli przeszkodzić, tedy tej samej soboty, w wigilię św. Marcina, 10 dnia listopada, spalili swój obóz i pociągnęli spod miasta do klasztoru, zwanego Oliwą. Tak więc my, gdańszczanie, możemy szczególnie być wdzięczni i chwalić Wszechmocnego Boga za to, że w tym całym ataku i ostrzeliwaniu żaden człowiek w mieście nie poniósł szwanku. Takoż w Oliwie stali kilka dni i wyłamali mury od strony Gdańska i wstawili puszki, jak gdyby ktoś stąd chciał ich ścigać. Potem poszli do Pucka, przejęli dobrowolnie miasto i zamek i stali tam do 20 listopada. Następnie pociągnęli przez Prusy i Pomorze. Szczególnie splądrowali Puck, zabierając pieniądze i wszystko, co mogli wziąć, ale nie spalili i byli do końca roku w drodze; ale z ukrycia w zaroślach i lasach wielu ich ludzi zabito, to zrobili Kaszubi i chłopi, mieszkający w okolicy”.
Co przyniósł rok 1521, opowiem kiedy indziej. A w tym, który nas czeka, 2021, życzmy wirusowi klęski – ostatecznej i nieodwracalnej! Do siego roku!
W 1521 roku wojna polsko-krzyżacka nadal trwała. Oto opis dalszych wydarzeń:
„R. P. 1521 [13 lutego] przybyli z niemieckich krajów posłani przez rzymskiego króla [cesarza Karola V] dwaj pełnomocni posłowie, a z nimi brat króla [w rzeczywistości siostrzeniec] margrabia Jerzy z Węgier i książę Fryderyk z Legnicy na Śląsku, szwagier wielkiego mistrza [Albrechta], który przedtem miał [za żonę] siostrę króla. Panowie ci przyjechali do Torunia do pana króla i wdali się w sprawy między panem królem a wielkim mistrzem, by zarządzić wojną. Tedy było wysłane poselstwo od niemieckich panów z Torunia do wielkiego mistrza. I sprawiono, że wielki mistrz przyjechał w tygodniu [11-16 marca] do Prabut w 200 koni, dobrze uzbrojony. Tedy pojechali wszyscy wspomniani niemieccy panowie z Torunia do Prabut, do wielkiego mistrza, ale król został w Toruniu. Tam [w Prabutach] omówiono sprawy z wielkim mistrzem, mianowicie że zostaje postanowione i uczynione zawieszenie broni między panem królem Polski a wielkim mistrzem i jego Zakonem na cztery lata. Ten pokój zaczął się 10 dnia kwietnia 1521 roku
Widok Elbląga od północy z bramą Targową w środku (J. Quandt, 1554)
Takoż w ciągu tego czasu, gdy ci panowie przyjechali, żeby uczynić pokój, stało się, że w czwartek przed półpościem [7 marca] w Elblągu, rankiem o ok. ósmej na zegarze, prawa brama w stronę Tolkmicka była otwarta. Tedy ludzie wielkiego mistrza ukryli się w ciągu nocy potajemnie za miastem, w ogrodach i domach, a że mieszczanie zostawili most zwodzony opuszczony i nic o tych ludziach nie wiedzieli, wyskoczyli ich wrogowie i chcieli wbiec na most. Zobaczyli to niektórzy w mieście i chcieli most podnieść, ale nie mogli, bo deska, która leżała pod nim na wale, której w pośpiechu nie zdołali usunąć, zakleszczyła się między mostem i murami. Tedy ci z miasta wbiegli na most i pocięli go w dół i wrogów halabardami, tak że zsunął się do przodu i wpadł do fosy. Jeszcze część wrogów pobiegła do drugiej bramy i chcieli przez nią wbiec. Tedy zestrzelili kratę u góry w dół. Wtenczas wrogowie rozpoczęli ogień i zaczęli rąbać kratę toporami i strzelać przez nią z puszek do miasta. A ci z miasta załadowali wóz łajnem i popchali go przed sobą do bramy przed wroga i rzucali gnój i kamienie na kratę, tak że na zewnątrz wielu wrogów żywo zostało obrzuconych, którzy chcieli wpełznąć do miasta, inni lali z góry gorącą wodę na wrogów i tak uratowali bramę. Ta druga brama, w której odpadł most, tam wrogowie nanieśli drewna i desek i uczynili most przez fosę i powstrzymali mieszczan swoimi działami, tak że nie mogli im przeszkodzić i doszli też aż do strzelnicy i niektórych baszt i strzelali z miejskich puszek na miasto, także wewnątrz i poranili w mieście ludzi, niektórych zabili. W końcu Bóg pomógł elblążanom, że się pozbierali i wroga odparli. Przypłacili to 17 zabitymi; a rannego Maurycego Knefla, głównodowodzącego lancknechtów, zawieziono stąd do Królewca, gdzie zmarł”.
Bunt ówczesnego wielkiego mistrza Zakonu Albrechta Hohenzollerna przeciwko swojemu wujowi Zygmuntowi I, którego jeszcze wtedy nie nazywano Starym, zakończył się jego przegraną: 10 kwietnia 1525 roku w Krakowie złożył mu hołd i zaprzysiągł wierność i posłuszeństwo. Potem zsekularyzował kraj, tworząc z niego Prusy Książęce, będące w dalszym ciągu lennem Polski. Według legendy krata (brona) bramy Targowej nie została zestrzelona, tylko pewien młody zuch przeciął liny łopatą.
Międzymurze to pas między otaczającymi Prawe (Główne) Miasto murami, wysokim i niskim, których fragmenty w różnych miejscach przetrwały lub zostały zrekonstruowane po ostatniej wojnie. Mam tu na myśli odcinek przy Targu Węglowym, od strony uliczki Wełniarskiej. Jest tu co oglądać. Z jednej strony mamy widok na tajemniczą Basztę Słomianą, o najgrubszych w Gdańsku murach (do czterech metrów!). Tuż obok, we fragmencie muru wysokiego, jest równie niezwykła Baszta Studzienna, z wykopanymi w XIV wieku studniami, które jeszcze w 500 lat później były „głębokie i bogate w wodę”. Na drugim końcu cieszy oko feudalne piękno ukończonego w 1494 roku Dworu Bractwa św. Jerzego, łączącego pozornie groźne blanki i strzelnice w nadwieszonych wieżyczkach z pałacowymi oknami i dodaną w 1566 roku centralną wieżyczką, zwieńczoną metaloplastyczną figurą rycerskiego patrona w walce ze smokiem. Do ściany budynku przylega pozostałość ganku, prowadzącego z reprezentacyjnej sali na piętrze do fragmentu dawnej Baszty Kurkowej, w której szlachetni bracia świętojerscy mieli toaletę, wzorowaną na malborskim gdanisku. Od wschodu ogranicza teren różnobarwna kulisa tylnych fasad kamieniczek ulicy Tkackiej.
Cały ten teren ma długą historię. Gdy w 1343 roku zaczęto budować fortyfikacje Głównego Miasta, powstał tu tylko jeden mur, przed którym pobiegła fosa. W 1378 roku dodano drugi mur, na zewnątrz którego wykopano nową fosę. Stary mur podwyższono, a poprzednią fosę zasypano i tak narodziło się międzymurze. Ze zrozumiałych względów nie wolno było go zabudowywać ani wykorzystywać dla innych celów, ale wpływowe Bractwo Świętojerskie potrafiło uzyskać zgodę na urządzenie w nim strzelnicy. Musiały powstać osłonięte stanowiska strzeleckie i szopa na sprzęt. Ćwiczono się w strzelaniu z kuszy, a najpopularniejszym celem był drewniany kur (kogut) na wysokim maszcie. Z biegiem czasu stało się to niebezpieczne dla otoczenia i w 1487 roku, wraz z rozpoczęciem budowy obecnego Dworu, jego budowniczy Hans Glottau zaczął zakładać nową strzelnicę pod Górą Gradową, przy dzisiejszej alei 3 Maja, gdzie funkcjonowała aż do ostatniej wojny. Zbudowany tam znacznie później piękny Dom Strzelców z salą koncertowa na 800 miejsc padł ofiarą bomb w styczniu 1945 roku Pozostałości parku, w którym były strzelnice, dopiero dziś mają być zabudowane.
Wróćmy na międzymurze. Jak wyglądało pięć wieków temu? Myślę, że podobnie jak w innych miastach Europy. Najlepiej pasującą ilustrację znalazłem w przepięknie iluminowanej Kronice miasta Lucerny Diebolda Schillinga z przełomu XV i XVI wieku. Przedstawia zawody w strzelaniu z kuszy w Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim. Zamiast ogrodzenia z drewnianych belek po bokach u nas były mury – wysoki (po prawej) i niski (po lewej), trzeba by też domalować baszty. Poza tym wszystko się zgadza. W dolnym rogu zawodnik celuje z kuszy do okrągłej tarczy lub kuli, trzymanej na długim kiju przez pracownika schowanego w szopie na drugim końcu strzelnicy. Jasna tarcza, ze słomy lub materiału o podobnej fakturze, wyraźnie odcina się od czarnej ścianki (zasłony?), na której są namalowane lecące ptaki. Obok strzelającego, w ażurowej szopie na kółkach, zawodnicy czekają na swoją kolejkę. Na ramie przed nimi wiszą kusze, jeszcze nienaciągnięte (proste cięciwy). Warto tu dodać, że napinanie kuszy jest o wiele trudniejsze niż zwykłego łuku, ale to osobna historia. Na skraju po prawej oglądamy bójkę kibiców. Nic nowego pod słońcem!
Strzelanie z kuszy w Konstancji w 1458 roku (Diebold Schilling Mł.)
Obchodząc święto 3 Maja, z czystej ciekawości zadajemy sobie pytanie, jaki charakter nosił ten dzień, zanim uchwalono Wielką Konstytucję. Czy był to zwykły dzień, a może obchodzono w nim inne święto? Odpowiedzi poszukamy w dawnym opactwie cysterskim w Oliwie, a dokładniej: w udostępnionym do zwiedzania klasztorze. Przechodzimy ze świątyni przez bramę w transepcie do północnego ramienia krużganka. Obok portalu, przez który weszliśmy, jest tablica w bogatej oprawie. Łaciński tekst, wypisany złotymi literami na czarnym tle, głosi: „Dla większej chwały Boga pokój wiecznie trwały między Królestwem Polski i Sprzymierzonymi Świętą Cesarską Mością i Najjaśniejszym Elektorem Brandenburskim z jednej strony, a Królestwem Szwecji z drugiej, za pośrednictwem Posła Najbardziej Chrześcijańskiego Króla, gdy Kościołem rządził Jego Świątobliwość Aleksander VII, Cesarstwem Rzymskim Leopold I, Królestwem Polski Kazimierz IV, został zawarty w Oliwie, za najwielebniejszego Opata Aleksandra Kęsowskiego, 3 maja, w samym mianowicie dniu św. Aleksandra Papieża, w roku, który Pokój teraz oświeca”. Duże litery w słowach – PaX MoDo CLaret – wyznaczają rzymską datę MDCLX, czyli 1660.
Niezawodny Curicke zrelacjonował to wydarzenie następująco: 3 maja 1660 „…przez niestrudzone zabiegi ambasadora francuskiego p. de Lombres osiągnięto tyle, że te traktaty pokojowe dnia 27 stycznia roku 1660 w klasztorze oliwskim swój początek wzięły (…). Początkowo szły owe rokowania ciężko i zdawało się, że będą bardzo długotrwałe, jako że główne strony windowały swoje pretensje bardzo wysoko; w szczególności Szwedzi domagali się wielkiej sumy pieniędzy za wycofanie się z Elbląga i Malborka (…). Pomógł jednak Wszechmocny Bóg, że JKM i Rzeczpospolita Polska zdały się na potężne pośrednictwo wzmiankowanych wysłanników francuskich, a że także Szwedzi zaczęli ustępować, bo w czasie rokowań ich król Karol Gustaw (…) zmarł na złośliwą gorączkę w Gotenburgu i rozejm w Danii się kończył, tym więcej było powodów, żeby wybrać pokój (…) i zawarto go 3 maja nowego stylu w nocy między pierwszą a drugą godziną i wszystkie strony go podpisały. Natychmiast po podpisaniu wymieniono egzemplarze owego traktatu przez sekretarzy i za pośrednictwem francuskiego ambasadora, a działo się to w krużganku klasztoru oliwskiego, który wiedzie od izby przeora do kościoła, tam stał p. mediator de Lombres w środku, a obaj sekretarze polski i szwedzki przyszli każdy ze swojego miejsca, prawie bez ceremonii, a p. de Lombres wziął od obu jednocześnie podpisane egzemplarze, skrzyżował ręce i w ten sposób wymienił zawarte przez każdego decyzje o pokoju (…). Wkrótce potem odśpiewano w owym klasztorze oliwskim z rozkazu opata Te Deum laudamus etc. i podczas trwającego nabożeństwa salwy pokojowe z 18 dział i 26 podwójnych hakownic, które czcigodny p. opat przed kościołem polecił był ustawić, oddano. Aby wieść o tym długo oczekiwanym pokoju zawieźć JKM, zaraz w nocy trębacza do Gdańska wyprawiono, za którego przybyciem w mieście powstała wielka radość. Wszyscy wstali z łóżek i we wszystkich kościołach jęły dzwony dzwonić i cały następny dzień (było 3 maja, piątek przed Jubilate) uroczyście święcono, który to 3 maja nadal na pamiątkę owego pokoju corocznie się celebruje”.
Tablica w krużganku na zdjęciu sprzed I wojny światowej
Jak widać, 3 maja obchodzono u nas jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji. O innych pamiątkach pokoju oliwskiego opowiem innym razem.
Pierwszy taki rejs zanotowano w 1396 roku. Baie to zatoka na atlantyckim wybrzeżu Francji, dziś nazywana Baie de Bourgneuf – od miasteczka Bourgneuf-en-Retz (od 2016 roku w Villeneuve-en-Retz), oddalonego o trzy kilometry od morza. Średniowiecznych budowli w nim nie ma, aż trudno uwierzyć, że niegdyś zjeżdżały się tu całe flotylle statków z różnych krajów po atlantycką sól, pozyskiwaną na tutejszym wybrzeżu w wielkich ilościach. Działo się to w naturalny sposób, poprzez pływy, których amplituda sięga tutaj sześciu metrów. W czasie przypływu słona woda oceaniczna zalewa nisko położone przybrzeżne obszary; podczas odpływu wycofuje się, ale jej resztki pozostają w zagłębieniach. Żar słońca ją odparowuje, pozostaje sól. Wystarczy ją zgarnąć i zapakować do worków. Dla wygody sieć zagłębień uregulowano, nadając im prostokątne kształty z pozostawieniem po bokach wąskich grobli, na których można chodzić i wykonywać niezbędne prace. Niektórzy okoliczni mieszkańcy nadal się z tego utrzymują, choć dziś bardziej się opłaca hodowla ostryg. W średniowieczu handel solą był bardzo zyskowny.
No to popłyńmy tam, w roku 1443, razem z dawnymi gdańszczanami! Uprzedzam: podróż to niebezpieczna, praktycznie wszędzie mogą nas zaatakować piraci albo zaangażowani przez toczących wojny władców kaprzy. Wystarczy, że uznają nas za wroga, a stracimy towary, statek, nawet życie! Jest jednak sposób – w jedności siła. Statki gdańskie i inflanckie łączą się we flotylle dowodzone przez wyznaczonych kapitanów – admirałów. Ruszamy więc, w Imię Boże! Po drodze zawiniemy do portów, m.in. Zwin (Brugia) i któregoś angielskiego, by wiezione zboże, drewno, potasz (do wyrobu mydła) i skórki zwierzęce sprzedać lub wymienić na zachodnie towary. Część zostawiamy do przehandlowania w docelowym Baie. Opływamy Bretonię, mijamy ujście Loary i oto przed nami zatoka, po prawej opactwo i zamek na wyspie Noirmoutier, na wprost widnieją miejscowości Borneff (Bourgneuf) i Bunde (Buin?). Kotwiczymy przy brzegu – nie za blisko, bo płytko – i schodzimy na ląd. Jest tu tawerna i plac targowy, niedaleko stoi klasztor, a w Borneff kościół do odwiedzenia w niedzielę. Są faktorzy, w tym i nasz, czas zacząć negocjacje. Oj, nie tak szybko! Przybyli przed nami żeglarze angielscy ostrzegają, że płynie tu cała gromada Holendrów, którzy zapowiadają, że rozprawią się z nimi, a jeśli ich wesprzemy, to z nami też. Wycofujemy się na nasze jednostki, ustawiamy je bliżej siebie dla lepszej obrony i czekamy. Przypływają Holendrzy, widzą, że jesteśmy gotowi, więc nie atakują, tylko schodzą na ląd. Na placu targowym czekają na nich Anglicy, ustawieni w szyku, obie grupy są równie liczne, po kilkuset chłopa, przeto kończy się na wyzwiskach. Mamy nadzieję, że tak będzie i jutro. Oj, próżne to nadzieje! W następnych dniach mnożą się zaczepki, w końcu dochodzi do krwawej rozprawy, nierozstrzygniętej, bo siły są równe. Niedobrze, w tych warunkach nie da się handlować, a przecież nie przyjechaliśmy po to, żeby się bić. Nasi przywódcy wkraczają do akcji, ustawiają się między obiema partiami i przemawiają im do rozsądku. Zapraszają ich przywódców do klasztoru na rozmowy. Trwają one długo, ale przynoszą efekt. Punkty ugody są następujące: Holendrzy mają wracać na statki, czego im potrzeba, załatwimy. Do kościoła pójdą w Bunde, Anglicy i Irlandczycy w Borneff. Wszystko poszło dobrze, nikt nie naruszył postanowień, wszyscy chwalili mądrość gdańszczan. Wracamy z solą i sprzedajemy z zyskiem. Każdy zarobił więcej, niż się spodziewał.
Knecht (pachołek) Ruprecht jest znany u naszych zachodnich sąsiadów jako pomocnik św. Mikołaja. W dawnym Gdańsku nie był tak popularny. Ciekawe, co powie na ten temat wszechwiedzący internet. Piszę: „Knecht Ruprecht i Gdańsk”, klikam… i trafiam na ciekawostkę: norymberskie wydawnictwo „Wyciąg z najnowszej historii świata” („Auszug der neuesten Weltgeschichte”) za rok 1752, nr 4, s. 28, a w nim na korespondencję z Gdańska zatytułowaną Sprawa Gdańska (Danziger Angelegenheit): „Dzieciątko Jezus, jak się powiada, wraz z knechtem Ruprechtem przybyło na krótko przed świętami do Gdańska”. Czym dobrym panów gdańszczan obdarzą i jak owi będą mogli się modlić, tego się wkrótce dowiemy. Bowiem w piśmie stoi tak:
Gdańsk, 16 grudnia. Pan Kanclerz Koronny i Pan Wicekanclerz odbyli 12 swój wjazd do naszego miasta; deputowani zarówno z Rady, jak z Mieszczaństwa podjęli ich, jakkolwiek z różnymi poruszeniami serca, na pewnej odległości przed miastem. Ich obecność musi teraz zaważyć na sprawie, a opierających się doprowadzić do uświadomienia sobie wykroczeń i królewskiej niełaski, jaką sobie ściągnęli na kark. Instrukcja, jaką król dał obu kanclerzom, jest bardzo emfatyczna, a ma następującą treść:
Panowie kanclerze! Nie możemy wątpić, żebyście sami nie rozpoznali, w jaki sposób magistrat naszego dobrego miasta Gdańska przekroczył swoją miarę i już przez więcej niż rok okazuje przeciwnie nastawionego ducha i nieposłuszeństwo, na które nie można dłużej patrzeć przez palce; tedy nie możemy inaczej jak tylko dotkliwie wyliczyć wszystkie okoliczności, w jakich to naruszające prawo postępowanie się urzeczywistniało.
Model posągu Augusta III (dziś w Hamburgu)
Dalszy ciąg pisma jest konkretny i zdecydowany: król nakazuje kanclerzom, by się niezwłocznie udali do Gdańska i przeprowadzili dokładne sądowe śledztwo celem znalezienia i ukarania winnych. A ordynacja królewska ma być opublikowana i wcielona w życie!
Rzecz dotyczy zastarzałego sporu między elitą gdańskich władz: burmistrzami, Radą i Ławą z jednej strony a reprezentacją ogółu kupców i rzemiosła, jaką był Trzeci Ordynek, od lat domagający się pełnych praw zapewnionych mu od początku przez ustanawiające go w 1526 roku statuty Zygmunta I i późniejsze dekrety Jana Sobieskiego. Król August III stanął po ich stronie, wydając w 1750 roku ordynację, która wprowadzała szereg postulowanych przez nich zmian. Rada i zależna od niej Ława opóźniały ich wprowadzenie. Na koniec król wezwał przywódców oporu do siebie i kazał ich uwięzić, co ostatecznie położyło kres całej sprawie. Ordynacja weszła w życie, a przywódcy „buntu” podjęli szereg kroków, by udobruchać władcę. Wypróbowanym środkiem były pieniądze (przy tej okazji obłowili się także obaj kanclerze). Kulminacją były uroczystości 59. urodzin Augusta, 7 października 1755 roku. W Dworze Artusa wystawiono ufundowany przez kupiectwo pomnik króla (dłuta Johanna Heinricha Meissnera), wyobrażonego w rzymskim stroju, z łacińską inskrypcją sławiącą go jako ojca ojczyzny (pater patriae). W trakcie remontu Dworu Artusa w 1934 roku pomnik zabrano do muzeum, gdzie zasilił zbiory sztuki antycznej (!), a później znikł. Ironia historii sprawiła, że tablica z drażniącym nacjonalistów napisem odnalazła się po wojnie w gruzach domów nad Motławą (dziś jest na zapleczu Dworu Artusa). W zbiorach hamburskich zachował się mały model, jaki Meissner musiał przedstawić, starając się o zatwierdzenie projektu.
Szafarze to ci, którzy rozdają dary. Tydzień temu wspomniałem jednego z nich, pomocnika świętego Mikołaja, popularnego w Niemczech (niecałych) „knechta Ruprechta”. Według historyków obyczajowości w XVII wieku zastąpił pomagającego świętemu diabła czy czarownicę straszącą niegrzeczne dzieci. Przedstawia się Ruprechta jako ciemnoskórego człowieka w brunatnym habicie z kapturem. Za pasem ma rózgę, a na plecach worek ze świątecznymi smakołykami. Jest jednak tylko pomocnikiem głównego szafarza, jakim był i w wielu krajach nadal jest Święty Mikołaj. Ale świat zna o wiele więcej gwiazdkowych szafarzy. W Holandii Świętemu Mikołajowi (Sinterklaas) towarzyszy Czarny Piotrek (Zwarte Piet), ostatnio zresztą kwestionowany ze względu na kolor skóry i inne „mauretańskie” atrybuty. Wjazd świętego w stroju biskupim, z pomocnikami, jest tam od wieków uroczyście obchodzony w sobotę po 11 listopada, co roku w innym mieście. W tym roku było to 14 listopada w Amsterdamie. Zgodnie z tradycją biskup przypłynął z Hiszpanii na statku, po czym przejechał na białym koniu Americo w paradzie przez miasto, witany przez tłumy, a na końcu trasy, przy Muzeum Żeglugi – przez burmistrza. Właściwa jego praca – rozdawanie prezentów – odbywa się w wigilię jego święta, czyli 5 grudnia. Czarni Piotrkowie wchodzą przez kominy do domów, żeby napełnić łakociami przygotowane przez dzieci buty lub skarpetki, dlatego mają twarze posmarowane sadzą. Tak dziś, po falach protestów ze strony napływowej ludności, tłumaczy się ich kolor skóry. Pierwotnie miał to być Etiopczyk, wykupiony przez świętego i obdarzony wolnością. Niegrzeczne dzieci otrzymywały kawałek węgla.
W dawnym Gdańsku, według relacji z XVII wieku, w wigilię Bożego Narodzenia prezenty przynosiło Dzieciątko Jezus. Tradycja powstała w czasach reformacji, kiedy kult świętych był zwalczany. Zastąpienie biskupa przez Dzieciątko i zmianę dnia rozdawania darów miał zaproponować sam Luter. O pomocnikach Dzieciątka autor wspomnianej relacji z 1635 roku, Charles Ogier, nie wspomina. Pisze tylko o służących, z przywiązanymi do nóg dzwonkami, którzy „w ciemnościach wkradają się z ich dźwiękiem do izby dzieci, niecierpliwie na to czekających i wtedy dopiero chłopcy i dziewczynki myślą, że przyszedł Chrystus. A kiedy dzień zaświta, z wielką uciechą i radością podziwiają podarunki, niby to z nieba przyniesione i z rąk ich potem nie wypuszczają, tak że – jak to najczęściej bywa – zanim dzień minie, już je popsują”. Dodajmy na koniec, że dzisiejsi „mikołaje”, których tłumy pojawiają się w grudniu na naszych ulicach, ze świętym biskupem niewiele mają wspólnego. W obecnej postaci zostali wymyśleni w Ameryce dla celów reklamowych, choć ich pierwowzory można tam znaleźć w latach dwudziestych XIX wieku. Przysługuje im raczej nazwa Gwiazdora, we Francji jest to Père Noël (Ojczulek Mikołaj), w Niemczech Weihnachtsmann („człowiek świąteczny”). W Polsce dary wigilijne najczęściej przynosi Aniołek. Zaczerpnięty z XIX-wiecznych rosyjskich tradycji Dziadek Mróz (Died Moroz), którego próbowano nam narzucić w czasach PRL-u, jakoś się u nas nie zadomowił.
Przybycie świętego Mikołaja do Amsterdamu
Pod słowem choinka rozumiem drzewko, w które zaopatrujemy się w okresie Bożego Narodzenia, by je przystroić, a potem, w Wigilię dzielić się przy nim opłatkiem, śpiewać kolędy i cieszyć się wyciąganymi spod niego prezentami. Mało który obiekt domowego użytku ma tak bogatą literaturę. Setki autorów opisują jego historię od czasów pogańskich, podają daty, często różniące się od siebie. Kiedy je sprawdzamy, okazuje się, że wiele z nich nie ma oparcia w dokumentach. W niniejszym szkicu ograniczę się (z małymi wyjątkami) do dat udokumentowanych.
1419 (?): Piekarze we Fryburgu ubierali drzewko we wszelkiego rodzaju łakocie, owoce i orzechy, które dzieci na Nowy Rok mogły strząsać. Nowy Rok zamiast Bożego Narodzenia nie powinien dziwić, bo za początek roku uważano 25 grudnia. Jest to najstarsza wiadomość o choince, niestety niepotwierdzona żadnym dokumentem, nie podaje też gatunku drzewa, dlatego dodałem znak zapytania.
1441 (?): Według legendy (o wiele późniejszej) ustawiano choinkę na placu Ratuszowym w Tallinie. Tu także brak dokumentu. Podobną legendę ma Ryga.
1492: Zarządcy katedry NMP w Strasburgu wydali dwa guldeny na „dziewięć jodeł dla dziewięciu parafii, by życzyć dobrego roku”. Nowy Rok to tutaj także dzień Bożego Narodzenia. Jest to pierwsza wiadomość o ustawianiu choinek w kościołach.
1510: (rozporządzenie karnawałowe w Rydze): „Podobnie, gdy jest pierwsza lub druga na zegarze, bemerwaldczycy przynoszą swoje drzewko na Rynek z muzyką i niewiastami i spalają tam drzewko i radują się, dopóki nie zrobi się znowu jasno i tym kończy się karnawał”. Na tym opiera się twierdzenie, jakoby w Rydze stawiano pierwsze w świecie choinki na Boże Narodzenie. Tymczasem w tytule jest mowa o „wtorku w karnawale”, tzn. przed środą popielcową.
1514: Podobna wiadomość jest w aktach Bractwa Czarnogłowych w Tallinie. Tutaj wynoszono na plac Ratuszowy dwa drzewka, które ozdabiano, a potem podpalano i wokół nich tańczono – również na koniec karnawału.
1521: W Schlettstadt (koło Strasburga) wypłacono cztery szelągi „leśnikowi, by pilnował drzewek od dnia św. Tomasza”. Św. Tomasza obchodzono 21 grudnia. Mogło chodzić o choinki.
1527: W aktach władców Moguncji, dotyczących Stockbach nad Menem, pojawia się po raz pierwszy słowo Weihnachtsbaum (weiennacht baum), czyli choinka.
1539: Ustawiono wielką choinkę w katedrze w Strasburgu.
1570: W Bernie w Szwajcarii ustawiono tzw. daktylowe drzewko (Dattelbaum), ubrane w łakocie, owoce i orzechy do otrząsania przez dzieci. Było to jednak na Trzech Króli. Podobny zapis z kroniki jednego z cechów w Bremie lokuje drzewko (na Boże Narodzenie) w domu cechowym. Byłaby to pierwsza choinka w świeckim wnętrzu.
Choinka warszawska w 1899 (A. Duninówna)
1576: W Gengenbach (niedaleko Fryburga) „leśnik w Strohbach” otrzymał zapłatę za „wniesienie choinki do izb ratuszowych”.
1597: W Bazylei czeladnicy krawieccy mieli obnosić zielone drzewko, obwieszone jabłkami i serem, a potem ustawiali je w swojej siedzibie do późniejszego łasuchowania (dokończenie w następnym felietonie).
1597: Z Türckheim w Alzacji pochodzi wiadomość o choince (Weynachtsbaum) ozdobionej „farbowanym papierem, jabłkami, nićmi [włosy anielskie?] i wypiekami” – zapewne ciasteczkami. Później (w 1611 roku) wydano tu przepis, że każdy może sobie wyciąć na święta najwyżej jedno drzewko, pod karą grzywny.
1605: „Na Boże Narodzenie ustawia się choinki w Strasburgu w pokojach. Zawiesza się na nich róże, wycięte z kolorowego papieru, jabłka, opłatki, szeleszczące złotko (cienkie płatki metalowej folii) i cukier”. Jest to pierwsza wiadomość o choinkach, jak widać: już tam rozpowszechnionych, w domach mieszkańców.
1611: Księżna śląska Dorota Sybilla udekorowała świecami choinkę w Brzegu – pierwsza taka wiadomość, zarazem pierwsza o choince na ziemiach polskich. Należy jednak pamiętać, że Śląsk wtedy do Polski nie należał. Poza tym dotyczy to bogatej przedstawicielki warstwy uprzywilejowanej. O rozpowszechnieniu choinek wśród ludu nie mogło jeszcze być mowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Copyright © by Andrzej Januszajtis, 2025
Copyright © Wydawnictwo Marpress
Wydanie I
Gdańsk 2025
ISBN epub 978-83-7528-404-1
ISBN mobi 978-83-7528-401-0
Ilustracja na okładce:
Ratusz Głównego Miasta w 1687 roku (P. Willer)
Ilustracja wewnątrz okładki:
Długi Most [drzeworyt], 1874, Biblioteka Narodowa, w: „Kłosy” 1874 t. 19, nr 495
Projekt graficzny serii: Zuzanna Nowak
Projekt okładki: Zuzanna Nowak
Redakcja: Beata Duszyńska
Korekta: Urszula Koza
Redaktor prowadzący: Fabian Cieślik
Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.,
ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk
tel. 58 301 47 00, [email protected], www.marpress.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
