Adwokat spraw ostatnich. Kontrakt - Paweł Szlachetko - ebook

Adwokat spraw ostatnich. Kontrakt ebook

Paweł Szlachetko

4,6
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Adwokat Maks Werben otrzymuje nietypowe zlecenie z zaświatów. Ma odszukać mordercę młodej kobiety. Zwłoki ofiary znaleziono w jednym z warszawskich kościołów. Ma rozszarpaną tętnicę szyjną, a jej ciało ułożono w krwawym pentagramie. Tajemnicę brutalnego mordu stara się rozwiązać także komisarz policji Tamar Sarnecka. Śledczy, mimo wielu różnic i skrywanych sekretów, zmuszeni są działać razem. Gdy poszukiwania zabójcy nabierają rozpędu, na drodze do prawdy pojawiają się komplikacje, fałszywe tropy i śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy sprawca pozostanie bezkarny? Mrożąca krew w żyłach historia o mrocznym obliczu współczesnej Warszawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 429

Oceny
4,6 (16 ocen)
11
3
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olobas

Nie oderwiesz się od lektury

fajna historia, chciaz niektore zdania wprowadzaly lekki zamet, bo nie zgadzaly sie z informacjami wczesniejszymi (np. akcja ma miejsce 13 czerwca, a tu nagle opis, ze ten wrzesniowy poranek ...), znalazlam takie cztery 🤪. mimo to czytalo sie swietnie
00
ska77

Nie oderwiesz się od lektury

Powrót do tej książki po latach nie rozczarował. Autor pisze inaczej niż większość pisarzy "kryminalnych". Drobne błędy redakcji można wybaczyć:)
00
nagadowska111

Nie oderwiesz się od lektury

trzymająca w napięciu
00



Paweł Szlachetko

Adwokat spraw ostatnich. Kontrakt

Saga

Adwokat spraw ostatnich. KontraktZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2014, 2020 Paweł Szlachetko i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726511680

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Poranek. 13 czerwca 2008 roku

Ostra jazda w klubie Katatonia zaczynała się o północy i trwała do świtu. Wtedy każdy mógł kupić tu wszystko: od narkotyków i chętnych panienek poczynając, a na lewych dokumentach kończąc. W świetle latarni błyskał nóż, pękała rozbijana o chodnik flaszka, a naćpany gość zapewniał natchnionym głosem, że wie, jak zbawić świat. O tej porze to miejsce było ciche i niemal martwe.

Maks Werben zastukał w drzwi. Otworzył mięśniak o zaspanej twarzy. Odsunął go na bok i zbiegł schodami do podziemia. Duża sala klubowa była ciemna, tylko w przeciwległym kącie błyskało światło. Skrzywił się, gdy doleciał go kwaśny smród. Czyżby kuchnia nadal pracowała?

Wykładzina, która imitowała dywan, tłumiła kroki. Poszedł w stronę światła. Przy stoliku zobaczył właściciela mordowni, niskiego faceta o byczym karku. Śruba liczył pieniądze. Góra banknotów podzielona była na trzy sterty: za narkotyki jedna, alkohol druga. Trzecia, najmniejsza, stanowiła opłaty za wejście do klubu. Interes się kręcił.

Śruba uniósł wzrok.

– Jak zwykle punktualny.

– Nie znam go. – Maks wskazał na mężczyznę, który dwa stoliki dalej liczył bilon.

– Jest od wczoraj. Jako doktorant wydziału matematyki dostawał dwa dwieście. W moim biznesie przygarnie piątkę i będę miał pewność, że nie rąbnie się w rachunkach. – Wyszczerzył się w uśmiechu, jakby chciał się pochwalić rzędem dopiero co wstawionych porcelanowych zębów.

– Masz towar? – Maks nie miał ochoty na towarzyskie pogawędki. Nie dzisiaj.

Śruba jakby się zawahał.

– Mówiłeś, że pomożesz Magikowi.

– Czy ja cię kiedyś okłamałem?

– Nie, ale…

– Ale co? – Maks nachylił się nad stołem i położył na pieniądzach zaciśnięte w pięści dłonie.

Ułożone stosiki rozsypały się w nieładzie.

– Okej, ja tylko tak. – Skinął ręką i z ciemności za nim wynurzył się kolejny przydupas. Podszedł do stolika i położył na blacie kilka białych paczuszek z kokainą.

Maks rozluźnił pięści, zgarnął narkotyki jednym ruchem i ruszył do wyjścia. Kiedy dochodził do schodów, już wiedział, co to za sztynk. Ktoś narzygał w ciemnym kącie holu.

Wbiegł na górę i wyszedł na ulicę. Choć na dworze było ciepło, narzucił na głowę kaptur kurtki i nasunął na nos okulary przeciwsłoneczne. Kątem oka dojrzał ruch na ławce stojącej niedaleko wejścia. Siedział na niej czarny kot i zielonymi oczyma gapił się na Maksa.

– Tylko mi, kurwa, nie przetnij drogi – zagroził zwierzakowi. – Nie dzisiaj.

Miał wrażenie, że kot spojrzał na niego drwiąco, jakby chciał powiedzieć: „Beze mnie też masz przesrane”.

Maks skręcił za róg i wsiadł do samochodu.

– Powiesz, kto założył ci imadło na jajach? – Cichosz zapalił silnik.

– Innym razem.

Maks odwrócił się i sięgnął po leżący na tylnym siedzeniu kolorowy tygodnik. Położył go na kolanach. Z kieszeni wyjął stuzłotówkę i zwinął w rurkę. Na lakierowaną okładkę wysypał dwie ścieżki. Przez jedną dziurkę wciągnął pierwszą działkę, przez drugą następną. Kątem oka dostrzegł minę Cichosza.

– W czym problem?

– Jesteśmy w niedoczasie.

Maks sięgnął do schowka po koguta. Wystawił go za okno, na dach. Ruszyli z jękliwym sygnałem policyjnej syreny.

Piotr zwolnił przed blokadą ustawioną w poprzek jezdni. Funkcjonariusz z automatem podszedł do radiowozu. Maks i Piotr pokazali odznaki wydziału kryminalnego. Policjant dał znak i odsunięto barierki. Przejechali na drugą stronę.

Kiedy samochód się zatrzymał, obaj spojrzeli przez szybę w stronę pojazdu opancerzonego. Czyżby zanosiło się na większą rozróbę?

Wysiedli z auta. Przytłoczyła ich cisza. O tej porze centrum miasta powinno być wypełnione gwarem przechodniów, odgłosem przejeżdżających samochodów czy turkotem mknących po szynach tramwajów. Nic. Spokój. Maks ściągnął z głowy kaptur. Z tyłu doleciał głos:

– Mają zakładniczkę. Ze względów bezpieczeństwa zarządziłem, żeby zamknięto przylegające ulice… – Otyły policjant w randze podinspektora tłumaczył coś dziennikarzowi i sztucznie uśmiechał się do wycelowanej weń kamery. Kiedy zobaczył Maksa i Piotra, przerwał. – Na razie to wszystko. – Ruszył w ich stronę szybkim krokiem. – Co z towarem?

Maks wsunął palce do kieszeni, wyjął paczuszki ze śniegiem i położył na wyciągniętej dłoni.

– Skąd ten pośpiech?

Podinspektor ruszył przodem. Mówił szybko, nie odwracając głowy.

– Jest dwóch. Zabili ochroniarza. Zabrali krótkofalówkę i weszli na nasz kanał. – Wskazał dłonią na budowany właśnie wieżowiec Global Plaza. – Zabarykadowali się na trzynastym piętrze. Cholera wie, skąd mają obrzyna na śrut i karabin snajperski.

– Trzynaste piętro, trzynastego w piątek. – Piotr westchnął pod nosem. – Ktoś dzisiaj będzie miał cholernego pecha.

– Nie ktoś. – Maks splunął na jezdnię. – Ja go mam.

Doszli do półciężarówki, w której mieściło się mobilne centrum kierowania. Na dachu stała antena satelitarna i emiter łączności szyfrowej. Obok wejścia dreptało kilku oficerów w rozpiętych mundurach. Między nimi wyróżniał się czterdziestolatek o pobladłej twarzy, który usiłował przypalić zapalniczką papierosa. Szło mu nieskładnie. Zapalniczka ślizgała się w spoconych dłoniach. Podeszli bliżej.

– Nasz negocjator – podinspektor skrzywił się pogardliwie.

Maks przyjrzał się facetowi. Nie wyglądał na pewniaka, który kupił lotto i spokojnie czekał na wygraną.

– Wydział kryminalny. Maks Werben i Piotr Cichosz.

Wskazał za siebie na Piotra, który jak zwykle ubrany był w ciemny garnitur, białą koszulę, a pod szyją zaciągnął ciemnogranatowy krawat. Elegancik. Gdyby tylko pilnował, żeby sos z pizzy nie plamił mu krawatów.

W dłoni jednego z oficerów zatrzeszczała krótkofalówka. Natychmiast przekazał ją dowódcy.

– Hej, gównojadzie. Słyszysz mnie?

– Tu podinspektor Kostecki...

– Dziewczyna jest do kitu. – W tle dał się słyszeć rozdzierający szloch i wołanie o pomoc. – Kumpla łeb napierdala. Jeśli nie wciągnie działki, będzie sajgon. Wtedy nienawidzi każdego, zwłaszcza bab.

– Mam wszystko.

– OK. Za minutę przed budynkiem chcę widzieć psa. W slipach. Ręce nad głową. W prawej śnieg. W lewej krótkofalówka.

Rozległ się sygnał przerwanego połączenia. Wszyscy spojrzeli na negocjatora.

– Nie idę. – Gliniarz oparł się plecami o samochód. – Mam rodzinę, dla kogo żyć. Ni chuja, nie idę.

Podinspektor najpierw zaniemówił, a sekundę później sięgnął do kabury z pistoletem. Maks położył mu dłoń na ramieniu.

– Zostaw go. Ja pójdę. – Podniósł wzrok–na bryłę wieżowca, a potem mruknął do siebie pod nosem. – Pech bywa strasznie zaraźliwy.

MAKS WYSZEDŁ na środek jezdni z podniesionymi rękami. W lewej trzymał krótkofalówkę. Przystanął. Był w samych slipach i adidasach. Chłodny wrześniowy wiatr owinął się wokół ciała, przesunął między ciemnoblond włosami na klatce piersiowej, wywołując gęsią skórkę. Maksem wstrząsnął dreszcz. Miał wrażenie, że krążąca w jego krwi adrenalina, wywołana porannym szokiem, podkręcona działką koki i obecną sytuacją, za chwilę tryśnie wszystkimi porami ciała. Czuł się jak wyścigowy koń tuż przed biegiem, wstrzymywany żelazną dłonią jeźdźca. Wreszcie w jednym z okien wieżowca dostrzegł refleks charakterystyczny dla lunety celownika optycznego.

– Masz towar? – zaskrzeczała krótkofalówka.

Uniósł wyżej prawą dłoń.

– Słuchaj, psie. Po strzale masz dziesięć minut, żeby wbiec na górę, inaczej dziwka zginie. Trafisz do Księgi Rekordów. – Śmiech.

Padł strzał. Kula rozerwała nawierzchnię drogi przed stopami Maksa. Kawałek asfaltu boleśnie ugodził go w łydkę.

Maks zaczął biec. Dziesięć minut na trzynaście pięter to niewiele. Sądził, że ból w łydce przejdzie, ale tylko się nasilił.

Dopadł drzwi obrotowych. Wbiegł do głównego holu. Serce biło coraz szybciej. Tupot kroków odbił się gdzieś w głębi odległym echem. Przystanął i poszukał wzrokiem schodów. Windy były unieruchomione. Podinspektor kazał w całym budynku wyłączyć prąd, jakby mogło to cokolwiek zmienić.

Zobaczył znak wyjścia ewakuacyjnego.

Wbiegł na stopnie. Musi jak najdłużej utrzymać regularny oddech. Najpierw przeskakiwał po trzy stopnie. Potem co dwa. Puls przyspieszył. Kiedy znalazł się na dziewiątym piętrze, poczuł, jak boląca łydka zaczyna sztywnieć. Przystanął na moment. Rozmasował ją krótkimi, mocnymi pociągnięciami. Na dłoni dostrzegł krew.

Chwycił za barierkę. Pomagał sobie rękami, podciągając się mocnymi szarpnięciami. Niech to szlag. Uderzył się o rant betonowego stopnia. Mimo bólu nie zwolnił. Otworzył szeroko usta. Brakowało mu tchu. Przed oczyma wirowałyczarne kręgi.

– Masz jeszcze dwadzieścia sekund. – Głos w radiostacji był pełen szyderstwa.

Odrzucił odbiornik. Nie miał nastroju do wysłuchiwania smętnego zwisa. Znowu wspinaczka. Jeszcze jedno piętro… Zaczęło go mdlić. Kilkanaście stopni... Dotarł do dwunastego. Zatoczył się na ścianę.

Od jutra musi więcej biegać.

PRZYLIZANY BLONDYN, który klęczał za załomem korytarza, wprowadził kolejny pocisk do komory nabojowej strzelby. Przeładował, pociągając do siebie suwadło pod lufą. Położył palec na cynglu. Drugą dłonią podparł lufę.

– Beret! – krzyknął za siebie. – Słyszę psa. Nieźle dyma pod górę.

– Dlaczego tylko sześć działek?

– Luz, cała Warszawa jest nasza.

Wypluł peta na podłogę i wycelował w drzwi klatki schodowej. Wahadłowe skrzydła gwałtownie się odchyliły. Stojący w nich wysoki i chudy policjant w granatowych bokserkach zrobił kilka niepewnych kroków, śmiesznie chwiejąc się na boki. Chciał coś powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko bełkot. Nagle upadł na plecy z szeroko rozrzuconymi ramionami. Na podłogę poleciały paczuszki z białym proszkiem. Jedna z nich prześlizgnęła się aż do nóg blondasa.

Ćpun zaczął się śmiać.

– Beret. On zemdlał. Kurwa, ale jaja.

– Dawaj prochy!

– Moment.

Podniósł się z półprzysiadu i podszedł do leżącego. Stanął nad nim i znowu obrócił się za siebie.

– Kiedy nowy będzie zapierdalał z zaopatrzeniem, musisz dać chujowi więcej minut.

Czas… zwolnił. Maks poczuł chłód, który przeniknął jego ciało. Narkotyk zapewnił mu kopa. Był zimny, opanowany i maksymalnie skupiony na przeciwniku. Gotowy skoczyć w przepaść.

Chłopak schylił się, by podnieść z podłogi paczuszkę z narkotykiem. W tym samym momencie dostał cios. Złożone knykcie palców Maksa niczym kastet uderzyły w krtań bandyty.

W jednym ułamku sekundy więzadło tarczowo–gnykowe pośrodkowe zostało rozerwane. Chrząstki tchawiczne uległy zmiażdżeniu, a ich tkanka szklista gwałtownie podbiegła krwią. Ściana błoniasta, utrzymująca chrząstki, uległa rozdarciu na całej długości i zapadała się w otwory oskrzeli.

Cios odrzucił blondasa na najbliższą ścianę. Maks doskoczył do osuwającego się na posadzkę mężczyzny i wyszarpnął mu broń ze sztywniejących palców.

Chłopak próbował krzyknąć. Ale z pogruchotanej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Przerażony, chwycił się dłońmi za szyję, jakby próbował zerwać zaciskającą się na niej stalową obręcz. Na zbielałe wargi wypłynęła krew. Chciał odkaszlnąć, by złapać w płuca zbawienny haust powietrza. Na próżno. Może dlatego raz jeszcze poderwał się na sztywne nogi. Zaczął śmiesznie podskakiwać, jakby cokolwiek mogło to zmienić. Twarz blondasa posiniała. Wreszcie upadł na kolana. Ból wysadził mu oczy z orbit.

Maks rzucił okiem do pomieszczenia obok. Kumpla umierającego ćpuna nie dostrzegł, ale zobaczył leżącą na wykładzinie dziewczynę – nagą, nieprzytomną. Siniaki na jej twarzy były widoczne nawet z tej odległości. Po wewnętrznej stronie uda dostrzegł krew.

Kokaina wciąż trzymała go w swoim uścisku, dając jasny obraz sytuacji. Maks powoli przeniósł wzrok na ćpuna o posiniałej twarzy, który patrzył na niego wybałuszonymi oczamicharcząc cicho. Sprawdził magazynek. Pełny. Podniósł obrzyna i pociągnął za spust. Z niewielkiej odległości stalowa pięść śrutu niemal wgniotła pół twarzy gnoja do wnętrza czaszki.

– Sam jesteś chujem.

Breja mózgu wystrzeliła na boki krwawym rozbryzgiem. Chłopak zesztywniał. Jedynym okiem patrzył na Maksa z bolesnym przerażeniem. Potem jego ciałem wstrząsnął elektryczny piorun. Oko zmętniało. Dłonie odpadły od gardła. Chłopak zaczął osuwać się po ścianie na posadzkę. Kiedy usiadł, po raz ostatni odbiło mu się krwią. W końcu przechylił zabawnie głowę w bok, rysując na białym murze krwawy rozmaz.

Czas ponownie przyspieszył. Maks doskoczył do niezabudowanego pokoju piętra, skąd dobiegł głos drugiego bandziora. W uszach słyszał łomot pulsującej krwi. Zobaczył dwudziestolatka wyglądającego przez odchyloną zasłonę na ulicę.

– Zibi, rusz się, łeb mi napierdala – krzyknął.

Odwrócił sięi dostrzegł Maksa. Próbował poderwać opuszczony wzdłuż nogi karabin snajperski. Za późno. Wystrzał z dubeltówki rzucił go na szklaną ścianę. Posiekane mięśnie prawego barku zwiotczały. Karabin upadł głucho na wykładzinę. Chłopak wrzasnął rozdzierająco i chwycił się za plującą krwią ranę. Część śrucin uderzyła w szybę. Na powierzchni błyskawicznie rozrastała się siatka drobnych pęknięć.

W oczach narkomana Maks ujrzał strach. Ale Beret jeszcze się nie poddał. Wyciągnął przed siebie zdrowe ramię. Najwidoczniej zamierzał skoczyć na Maksa. Kolejny strzał posiekał w strzępy dłoń i przedramię, aż do wysokości łokcia. Oszalały z bólu bandzior zamachał krwawym kikutem.

– Nie masz prawa! – wrzasnął.

Maks spokojnie przeładował. Z komory nabojowej wyskoczyła na podłogę dymiąca gilza.

– Jesteś jebanym policjantem.

Maks uśmiechnął się zimno.

– Musisz przestrzegać prawa. – Beret wciąż zgłaszał pretensje.

– Twojego? Czy dziewczyny? – Maks w końcu zareagował.

– Musisz. – Oszalały z bólu chłopak miotał się w szklanym narożniku.

– Właśnie to robię.

Pierwszy strzał, niczym gorejąca pięść, wepchnął Beretowi prawe płuco do środka. Chłopak zdołał jeszcze jęknąć, jakby zdziwiony, że Maks mimo wszystko zdecydował się nacisnąć spust. Kawałki pociętego ubrania i grube krople krwi bryzgnęły po szybach. Bandzior rzygnął czerwoną pianą.

Szyba, o którą uderzył plecami, pękła z trzaskiem i rozsypała się na tysiące szklanych ułamków. Zamigotały w powietrzu złotymi refleksami słońca, które wyszło zza chmur.

Drugi strzał pchnął bandytę w przepaść. Maks miał nadzieję, że ćpun czuł rozsadzający ciało ból. Rozrzucone na boki ramiona zatrzepotały w powietrzu, jakby Beret jeszcze chciał czegoś się złapać i uchronić przed upadkiem.

Maks podszedł do rozbitego okna i patrzył obojętnie, jak ciałem mężczyzny wstrząsają ostatnie śmiertelne drgawki. Potem, gdzieś w dole, rozległo się mokre pacnięcie. Powoli szum krwi w uszach zanikł, oddech się uspokoił. Przymknął powieki i uniósł twarz do słońca.

Wtedy nad głową usłyszał krzyk lecącego łabędzia. Otworzył oczy. Na błękitnym niebie frunął śnieżnobiały ptak z rozłożonymi skrzydłami. Identycznego zrobił w technice origami. Nim pociął kartkę na niewielkie kwadraty, napisał na niej kōan zen:

Starej kobiety świt nie obudził. Teraz stoi przed zwierciadłem.

Prawdziwe jest tylko lustro odbijające wszystko wyraźnie.

Ciągle pogrążona w niewiedzy – nie powinna uważać za rzeczywistość odbicia swej twarzy...

Jestem twoim lustrem. A ty?

Westchnął ciężko i opuścił głowę na piersi. Strzelba zaczęła ciążyć w dłoni, ale jej nie wypuścił. Co dalej?

Za plecami zabuczały pod sufitem startery jarzeniówek. Włączono prąd.

Odwrócił się. Zarzucił broń na plecy i, kulejąc, ruszył w stronę nieprzytomnej kobiety. Po drodze podniósł koc z wykładziny. Przykrył nim dziewczynę. Oddychała płytko i niespokojnie. Uwolnił ją z więzów i wziął na ręce. Głowa bezwładnie obsunęła się na jego ramieniu. Spod powieki wytoczyła się łza.

Kuśtykając, wyszedł z pomieszczenia. Minął leżącego na podłodze blondasa.

Dziewczyna była ciężka. Mięśnie ramion zaczęły drżeć z wysiłku. Z Maksa uszła cała energia. Nie da rady iść dalej. Ostrożnie położył bezwładne ciało na posadzce. Ciężko usiadł obok. Wsparł się plecami o betonowy słup, położył strzelbę na kolanach i przymknął oczy.

Ciągle pogrążona w niewiedzy – nie powinna uważać za rzeczywistość odbicia swej twarzy...

Ból w łydce się nasilił. Spojrzał na nogę. Cienka strużka krwi spływała po adidasie i wsiąkała w ciemnobordową wykładzinę. Musiał chwilę odpocząć.

Poranna wściekłość ulotniła się bez śladu. Pozostał jedynie przeszywający każdą komórkę ciała dojmujący żal, który utkwił gorzką gulą w przełyku i nie pozwalał ani na krzyk złości, ani na płacz.

Ciszę przerwał gwizd nadjeżdżającej windy. Maks podniósł obrzyna. Zostały mu jeszcze cztery naboje.

Rozległo się sapnięcie rozchylanych drzwi, a potem odgłos kroków na wykładzinie. Maks uniósł broń. Zza węgła wyszedł Cichosz, który rozglądał się w osłupieniu. Dostrzegł martwego blondasa i już nie mógł oderwać od niego wzroku. Z trudem opanował podchodzący do gardła żołądek. Odsunął na bok wycelowaną w siebie lufę. Przyklęknął obok Maksa.

– Co z tobą?

– Trochę się zasapałem, kiedy biegłem pod górę. – Maks próbował zadrwić.

– Na dole widziałem drugiego.

– Współczuję.

– Zasługiwał na proces. – Głos Piotra był bezradny.

– „Zasługiwał” to przereklamowane słowo.

– Co dalej? – Cichosz obejrzał się na pobojowisko.

– Oczywiście napiszesz raport. – Maks wzruszył ramionami. – Chyba tylko ja lubię cię za prawdomówność.

– Musimy przestrzegać prawa.

Maks usłyszał w głosie Piotra twardą nutę. Przemknęło mu przez myśl, że ma przesrane. Może powinien zacząć się tym przejmować?

– A gdyby się okazało, że naćpani powystrzelali się nawzajem? – zasugerował.

Cichosz zmarszczył brwi.

– Prawo chroni wszystkich, a my jesteśmy obowiązani...

– Wszystkich, czyli nikogo.

– Wszystkich.

Piotr czasami działał mu na nerwy.

– W takim razie ja chronię tylko pokrzywdzonych.

– Chcesz decydować?

– A ty szukać okoliczności łagodzących? – Maks wskazał na trupa blondasa. – Myślisz, że żona strażnika, który zginął, nie powinna płakać? A może dziewczynie nie wolno mieć pretensji, że ją bito i gwałcono? Chłopcy z pewnością pochodzili z trudnych rodzin. Ich ojcowie, alkoholicy, na pewno ich lali, nauczyciele za dużo wymagali, rówieśnicy gnębili, a koleżanki drwiły, że im nie staje. Jednym słowem, społeczeństwo jest winne temu, co się stało. My wszyscy… Czyli nikt. Chłopcy byli niewinni. Tak wytłumaczy to wynajęty adwokat.

Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Maks spojrzał na Piotra. Ten miał dziwny wyraz twarzy, jakby toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Przez jakiś czas przyglądał się nieprzytomnej nastolatce, trupowi blondyna i jatce wokół. W końcu spytał niepewnym głosem:

– Co dalej?

– Zabierz ją na dół.

– A ty?

Maks opuścił wzrok i wpatrzył się w krew, która zaschła na bucie.

– Muszę jeszcze chwilę odpocząć.

Oparł się głową o mur i zamknął oczy. Wrócił myślami do wydarzeń, które rozegrały się, zanim wsiadł do samochodu, w którym czekał Cichosz. Gorycz ponownie skoczyła do gardła.

– KŁAMIESZ. NIE JESTEM twoim synem! – Maks jednym ruchem ręki strącił z półki oprawione w ramki fotografie.

Rozległ się brzęk tłuczonego szkła.

Był wściekły. Ojciec siedział nieruchomo, jakby porażony jego nagłym wybuchem.

– Zamierzałem wyznać ci prawdę. Pewnego dnia. Nie sądziłem, że to będzie dzisiaj. – Posiwiały mężczyzna uśmiechnął się smutno. – Nie wziąłem cię z domu dziecka tylko dlatego, że byłeś ładniejszy czy sprytniejszy od innych. Szukałem cię długo i w końcu znalazłem. Twoja matka nigdy mi nie powiedziała, że mam syna. Dowiedziałem się o tym przypadkowo.

– Myślisz, że po dwudziestu trzech latach w to uwierzę?

– Kiedy zabrałem cię z sierocińca, miałeś osiem lat. Uznałem, że byłeś za mały, żeby zrozumieć. Dlatego powiedziałem wówczas, że chcę być dla ciebie przybranym ojcem. Postąpiłem źle.

– Kręcisz. Jak zwykle. O co ci naprawdę chodzi?

– Wiem, co przeżywasz. Mnie również jest ciężko. Nie myśl, że podjęcie decyzji było łatwe. Ale ktoś musiał zawrócić was z tej drogi.

Wyjął złożony dokument i podał go Maksowi. Wziął go z wahaniem. To był wynik badania DNA. Przejrzał dokładnie cały zapis, słowo po słowie. Dwukrotnie.

Zakręciło mu się w głowie. Adam Sarnecki był jego biologicznym ojcem. Maks miał wrażenie, że odpływa.

Przez dłuższy czas nie potrafił zebrać myśli. Zalała go fala emocji, utonął w niej i się zatracił. Kiedy wreszcie oprzytomniał, zmusił się do spokoju.

– Nie chcę cię już więcej widzieć – z trudem wydusił przez zaciśnięte zęby. – Nigdy.

Ojciec bez słowa wyszedł z pokoju. Maks ciężko usiadł na krześle i opuścił głowę między kolana. W głębi domu trzasnęły zamykane drzwi. Został sam. Po jego policzku stoczyła się łza.

Zawroty głowy i słabość minęły, ale serce biło jak japoński bębniarz na dopalaczach. Maks zobaczył pod nogami zdjęcie, które wypadło z roztrzaskanej ramki. Stał wówczas z ukochaną na szczycie wzgórza. Oboje roześmiani, uchwyceni w pół ruchu. Przypomniał sobie smak jej ust i tembr głosu, który czarował jego zmysły. Zapach w chwilach namiętności, dotyk skóry, szepty w ciemności.

Wstał. Zobaczył swoje odbicie w wiszącym na wprost lustrze. Przeciętna twarz bez znaków szczególnych, nieco za duży nos, lekko odstające uszy, i teraz ten mokry ślad na policzku.

Miesiąc później

Maks klęczał na śnieżnej polanie odwiecznego lasu. Cisza wokół spływała kroplami w jego umysł, zmywając niepokój. Tylko w stanie głębokiej kontemplacji można nie zwariować, kiedy składa się sześćset dziewięćdziesiąty papierowy prostokąt.

Czasami od upadku chroni nas tylko sześćset dziewięćdziesiąt dokładnie złożonych modułów.

Origami szybko przestało być dla Maksa jedynie rozrywką. Pobudzana wyobraźnia pozwalała spojrzeć na świat w innym wymiarze.Powtarzalność budowania pojedynczych modułów stała się dla Maksa swoistą mantrą. Dzięki niej po nerwowym dniu dochodził do stanu wewnętrznego wyciszenia i absolutnego spokoju. Sięgnął po kolejny arkusik. Kiedy zrobił pierwsze zagięcie, gdzieś w oddali horyzont zaognił się niepokojem. Skupiony na pracy, nie usłyszał telefonu. Wreszcie któryś z kolejnych dzwonków wyrwał go ze śnieżnego lasu, gdzie kończył składanie ostatniego modułu.

Zerknął z niechęcią na aparat. Próbował wrócić do przerwanej pracy. Jednak śnieg już topniał i znikał w nieistnieniu. Dzwoniący okazał się bardziej uparty.

Sięgnął po słuchawkę.

– Tak?

– Komisarz Werben?

Usłyszał tubalny głos. Maks odniósł wrażenie, że tamtemu bardzo się spieszy.

– Słucham.

– Nazywam się Leon Sokołowski, jestem dziennikarzem i piszę artykuł o akcji policyjnej w wieżowcu Global Plaza. Mógłby pan skomentować sytuację?

– Nie bardzo wiem co. – Maks przekładał między palcami ostatni papierowy kwadrat. Facet mu przeszkadzał.

– Brat jednego z bandytów, którzy wtedy zginęli, jest ważną szychą w narkotykowym biznesie. Podobno chce się zemścić.

– Też o tym słyszałem – mruknął Maks, próbując, jednocześnie zagiąć papier jedną dłonią. Nie wychodziło.

– Co pan myśli o sposobie, w jaki został potraktowany po strzelaninie?

Cisza w telefonie sugerowała, że dziennikarz czeka na odpowiedź.

– Mam to gdzieś.

– Naprawdę? Zrobili z pana przestępcę. Próbowali wyrzucić ze służby. Gdyby nie raport nadkomisarza Piotra Cichosza, który potwierdził pana wersję, przyszły proces mógłby...

Pismak prowokował Maksa.

– Ma pan rację – zgodził się na odczepnego.

W słuchawce rozległo się głębokie westchnienie, jakby dziennikarz jechał na oparach cierpliwości.

– Jeden bandyta zastrzelił drugiego. Przecież od razu oczyszczono by pana z zarzutów, gdyby znaleziono obrzyna na śrut z jego odciskami palców…

– Ale nie znaleziono.

– No właśnie. Teraz chcą panu przyznać Srebrny Medal „Za Zasługi dla Policji”… Jak pan to skomentuje?

Maks wyłączył telefon.

Ostatni, sześćset dziewięćdziesiąty pierwszy moduł trafił do pudełka. Mógł wreszcie rozpocząć składanie podrywającego się do lotu łabędzia.

I zdecydować, co dalej zrobić ze swoim życiem.

Sześć lat później

Świt. 10 czerwca – 23 dni

Theo Lovoisser patrzył na siedzącą na wprost młodą kobietę. Miała twarz lekko pociągłą, wysokie czoło, regularne kreski ciemnych brwi nad dużymi zielonymi oczami, kształtny nos, proporcjonalne namiętnie krwistoczerwone usta i czarny pieprzyk nad prawym kącikiem. Twarz otaczały gęste pukle rudych włosów.

Wydawało się, że jej oczy wyrażają całkowitą apatię. Czasami jednak zastygłą w rezygnacji maskę wykrzywiał gwałtowny skurcz. Wówczas mięśnie na szyi się napinały, skóra na czole marszczyła, a kąciki ust rozciągały wargi w wąską buntowniczą kreskę.

Lovoisser był już niemal pewien, że kobieta zapomniała o jego pytaniu.

– A ty, kim jesteś? – Nieoczekiwanie podniosła na niego spojrzenie.

– Lekarzem.

– Więc możesz mi pomóc? Muszę się dowiedzieć, dlaczego tu jestem.

Rozejrzała się wokół niepewnie, jakby w obawie, że z mroku wyskoczą jej najczarniejsze lęki.

– Chyba dlatego rozmawiamy – powiedział bez przekonania. Ich spotkanie uznał za całkowicie przypadkowe i mówiąc szczerze, nie bardzo miał ochotę jej słuchać. – Jeśli mam ci pomóc, chciałbym, żebyś odpowiedziała na kilka pytań… Zgoda?

Zmarszczyła brwi, jakby się zastanawiała, jakiej odpowiedzi powinna udzielić. Objawy, na podstawie których wnioskował o jej zachowaniu, świadczyły o zaburzeniach pamięci i koncentracji. Mogły być wynikiem zarówno cukrzycy, nałogu alkoholowego, narkotykowego lub przewlekłego zażywania leków uspokajających. Jednak nawet pobieżna obserwacja zachowania kobiety wykluczała te przypadłości. Jedyną odpowiedzią wyjaśnia-jącą przyczynę takiego stanu rzeczy mógł być wstrząs psychiczny i doświadczany w jego efekcie głęboki stres, który wyraźnie odbijał się nawet na najprostszych reakcjach psycho-fizycznych.

Dziewczyna wyglądała na beznadziejny przypadek, a jemu w całej karierze medycznej udawało się unikać takich pacjentów. Mniej kłopotów, więcej pieniędzy. Dlaczego zatem rozmawiali? Po co angażował się w kłopoty osoby, która słabo rokuje na wyleczenie? Jedynie wstrząs o sile zbliżonej do pierwotnego mógłby postawić jej świat na nogi i przywrócić prawidłową ocenę rzeczywistości. Ale na to się nie zanosiło.

– Jak masz na imię?

Znieruchomiała. Na jej twarzy skupienie walczyło z bezradnością i chęcią kapitulacji. Wreszcie, zrezygnowana, pokręciła tylko głową.

Zapadła cisza. Minęła jedna, dwie, trzy minuty. Wreszcie przerwał dzielące ich milczenie.

– Ile masz lat?

Zerknęła na swoje ręce, jakby na nich zapisano odpowiedź. Przyjrzała się palcom. Były wysmukłe, skóra na nich biała, mocno napięta, a paznokcie pomalowane jaskrawym czerwonym kolorem.

– Nie jestem stara.

– Jak masz na imię?

– Już o to pytałeś.

– Jednak coś pamiętasz.

– To dobrze?

– Być może wydaje ci się, że pamięć przechowuje tylko niedawne wydarzenia. Rzecz ma się jednak nieco inaczej. Możemy mówić o krótkiej i długotrwałej pamięci. Krótkotrwała obejmuje okres od trzydziestu sekund do trzech minut. Wszystko, co wykracza poza ten czas, jest pamięcią długotrwałą. Nie zapomniałaś o moim pytaniu, jak masz na imię. Wynika z tego, że struktura wspomnień nie została naruszona. Zawsze to światełko w tunelu.

– Pytaj dalej.

Żeby tak mógł zerknąć do jej karty choroby, dowiedzieć się czegoś o najbliższych osobach, gdzie pracują, jakie mają upodobania, nawyki… Cholera, nie miał nic prócz jej strachu, który coraz mocniej wyzierał z wpatrzonych weń zielonych oczu. To zbyt mało, żeby pomóc.

– Jak się tu znalazłaś?

Kobieta powoli rozejrzała się wokół. Wydawało się, że próbuje się skoncentrować na otaczającej ją przestrzeni, ale najwyraźniej niewiele docierało do jej świadomości.

– Usiadłam. Tak, doskonale pamiętam ten moment. Usiadłam i otworzyłam oczy. Potem pojawiłeś się ty. Chwilę mi się przyglądałeś, a następnie spytałeś, kim jestem.

Nic z tego nie będzie. Lovoisser potarł nerwowo czoło. Niepotrzebnie się angażował. Wstrząs, którego doświadczyła dziewczyna, był tak głęboki, że zablokował wspomnienia. To tak, jakby oddzielono ostrym nożem jej „dziś” od „niedawno” lub „wczoraj”.

– Co było wcześniej, zanim otworzyłaś oczy?

Znowu skupienie, walka i bezradne kręcenie głową. Powinien to wszystko rzucić w diabły. Co ona go obchodzi? Pierwszy raz widzi ją na oczy. Niech komuś innemu zawraca głowę swoimi problemami.

A jednak nie ruszył się z miejsca.

– Może chociaż zapamiętałaś jakieś głosy? Albo tylko zapachy… Cokolwiek. Spróbuj się skupić.

– Jak?

– Zamknij oczy. Doskonale… Rozluźnij się. Oczyść umysł z niepokoju. Ugaś czerwienie brązami. Te zasłoń zielenią, coraz bardziej soczystą, spełnioną i nasyconą niedawno spadłym wiosennym deszczem. Oddychaj powoli. Głęboko. Wciągaj powietrze nosem, a wydychaj ustami... Właśnie tak... Doskonale… Jesteś już spokojna. Nie musisz się o nic martwić. Nie spiesz się. Nic nas nie goni. Wejdź w siebie. Zrób to… Powoli. Jakbyś wchodziła do wanny z gorącą wodą. Zanurz się w siebie ostrożnie, bez pośpiechu. Kiedy już to zrobisz, a woda wokół znieruchomieje, otwórz oczy. To będzie znak, że możemy wrócić do rozmowy.

CHOĆ DZIEŃ zapowiadał się pogodnie, o piątej rano było jeszcze chłodno i wilgotno. Cóż chcieć, w końcu to dopiero połowa maja.

Kobieta, która pojawiła się u wylotu wąskiej uliczki Starego Miasta, szła przed siebie wolnym krokiem, kolebiąc się ciężko na boki. Powodem były zarówno pokaźna tusza, jak i pakunki upchane w plastikowych torbach, które niosła w obu dłoniach. Porywisty wiatr zawijał szeroką flanelową sukienkę między jej nogami, co dodatkowo utrudniało stawianie kroków. Grubaska miała na imię Martucha i była zła na cały świat. A przecież mogło być tak pięknie.

Mamrotała pod nosem przekleństwa i obiecywała sobie w duchu, że już więcej nie kupi wina truskawkowego. Co innego ogryzkowy jabol albo śliwkowy pershing. Wiadomo, owoce z drzew rosną bliżej słońca, są zdrowsze, a nie takie tam… Wysmarkała nos na chodnik, zatykając jedną dziurkę. Zaraz potem odbiło się jej czymś kwaśnym.

Z wczorajszej balangi przezornie zostawiła sobie trzy grzdyle truskawy. Dziś rano łapczywie wypiła wino zaraz po wyjściu z klatki schodowej, gdzie przekimała w piwnicy nockę.

Teraz coś ją gniotło w żołądku i zaczynało mdlić. Nie miała jednak zamiaru bez walki oddawać napitku. Przystanęła. Odetchnęła głęboko i przełknęła ślinę, która wypełniała usta.

„Śnić liszajowatą żabę, będziesz miała piękną cerę”, przypomniała sobie przepowiednię z sennika, który przedwczoraj znalazła w śmietniku. Dlaczego do głowy przyszedł jej właśnie ten fragment?

Że też Bóg ją pokarał pomysłem inwestowania w truskawkową delirkę. A przecież stać ją było, żeby dołożyć prawie dwa złote i kupić spirytus na kościach. Jagodzianka to zawsze jagodzianka. Wypijasz dwa kieliszki i już masz komplet witamin. Ale nie. Zachciało jej się smakowania nowości.

Pierdnęła głośno. Skrzywiła się, czując własny smród. Nie miała jednak czasu rozmyślać nad marnością ludzkiego ciała, gdyż z uliczki obok wytoczył się młody mężczyzna. Zrobiło jej się głupio, czy też przypadkiem tamten nie usłyszał jej głośnego bąka, ale nieznajomy sam z trudem trzymał się na nogach. Halsowało nim na boki, jakby stąpał po pokładzie statku, który płynie przez największy sztorm.

Prawą część twarzy miał zakrwawioną. Góra swetra i ramię po tej stronie stanowiły jeden zaschnięty strup. Najwidoczniej tej nocy zabalował na ostro i teraz nie bardzo wiedział, jak trafić do domu.

Nieznajomy przytrzymał się jedną ręką muru. On również zobaczył Martuchę. Otworzył usta, jakby chciał o coś spytać. Martucha zobaczyła błyszczące klamry na zębach i w myślach nadała mu ksywę: Stalowy Ząbek.

Jeśli chodzi o nadawanie przezwisk, nie miała sobie równych. Ostatnio nawet Heniuś przyszedł do niej z flaszką, żeby podziękować. Miesiąc temu, gdy świętowali z jakiejś okazji, w rozmowie nazwała go Marcowym Zającem. Chłop się początkowo obruszył.

– Że niby jak? Uciekam przed frajerami?

Jej chodziło o to, że Heniuś, niczym zając, ma doskonały słuch. Nigdy nie musiał patrzeć, tylko po odgłosie przełknięć zawsze wiedział, kto ile wypił z flaszki. Poza tym Marcowy Zając był bohaterem wspaniałej książki: Alicja w krainie czarów, którą tatuś czytał jej w dzieciństwie.

Kiedy wytłumaczyła co i jak, to Heniusiowi nawet się spodobało, że ktoś napisał o nim książkę. Martucha nie dopowiedziała, że ona była zakochaną w nim Alicją, z którą potem Marcowy się ożenił i oboje żyli długo i szczęśliwie. Po co chłopu zawracać głowę miłością, kiedy ten co noc mocował się z delirką i nie miał czasu na takie przyziemne duperele.

Wiatr szarpnął trzymanymi przez Martuchę torbami. Otrząsnęła się z zamyślenia. Szaruga poranka już znikła z ulic. Gdzie się podział Stalowy Ząbek? Najwidoczniej polazł w stronę sąsiedniej ulicy. Wskazywały na to plamy krwi na chodniku.

DZIEWCZYNA ODCHYLIŁA powieki. Zielone oczy spojrzały na Lovoissera z taką samą bezradnością co poprzednio.

Tymczasem pierwsze promienie słońca przenikały przez kolorowe szyby kościelnych witraży i rozjaśniały nawę boczną, gdzie siedzieli w jednej z ławek. Mrok skrył się w zakamarkach świątyni. Kobieta bez pamięci i Lovoisser tkwili jeszcze w półmroku, lecz światło już zaczęło się skradać w ich stronę. Wreszcie kolejne kolorowe szybki zapaliły się jasnymi smugami i na kobietę padł żółty promień. Rozjaśniona skóra wydała się jeszcze bledsza niż poprzednio. Dopiero teraz można było w pełni dostrzec niemal idealną krągłość jej ramion, które wsparła na oparciu drewnianej ławki. W coraz jaśniejszym blasku poranka dało się zauważyć, że rudowłosa jest chuda. Jej drobne nagie piersi być może nie zwróciłyby na siebie uwagi, gdyby nie pomalowane na karminowo sutki. Ich kolor był niemal identyczny z tym, który miała na paznokciach i ustach.

Z mroku wysunęły się twarze świętych, którzy w skupieniu zaczęli przysłuchiwać się rozmowie.

– Jeśli w porę nie przypomnisz sobie, dlaczego znalazłaś się w tym miejscu, zostaniesz tu na zawsze – powiedział Theo.

– Tu, czyli gdzie?

– Po tej stronie życia.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Może to przeznaczenie. Może musiałem na ciebie poczekać, żebyś się dowiedziała.

Theo poczuł niepokój. Może rzeczywiście była to prawda.

– Dlaczego właśnie ty? – Patrzyła na niego bezradnie.

– Nie wiem.

– Jak masz na imię?

– Theo… Theodor Lovoisser. A ty?

Dziewczyna zacisnęła z determinacją usta, lecz moment później pojawiła się rezygnacja.

– Nie pamiętam. Muszę iść.

Lovoisser przytrzymał ją za rękę.

– Jeszcze chwila. Coś musisz pamiętać.

– …Trzy białe papierowe ptaki.

A może ona jest chora psychicznie? Ucieczka w niepamięć mogła być obroną przed tragicznymi wydarzeniami, które ją spotkały. Od dawna nie zajmował się pacjentami. Wyszedł z wprawy. Miał ochotę się poddać i zrezygnować z dalszego diagnozowania. Ale coś w nim krzyczało, że nie wolno mu tego zrobić.

Znowu zaczął przypatrywać się dziewczynie z intensywną uwagą. A jeśli na jakiś czas przed śmiercią dotknęła ją martwica tkanki mózgowej? To mógł być efekt niedokrwienia w następstwie całkowitego lub częściowego zamknięcia światła tętnicy przez zakrzep lub zator. Jeśli miał do czynienia z takim przypadkiem, to przegrał.

– Jak te ptaki wyglądały?

– Białe… Były białe, jak łabędzie. Miały duże skrzydła. – Uniosła oczy, jakby właśnie zobaczyła je nad sobą. – Kołowały pod sufitem. Czekały.

– Papierowe ptaki, pod sufitem. Na kogo czekały?

– Na gest. W każdej chwili były gotowe służyć. Nie tylko mnie. Wszystkim. Jeden nazywa się Harpo, drugi Chico, trzeci Zeppo i Eliza.

– Czwarty ptak?

Chwila ciszy. Potem niepewne:

– Nie, to byłam ja.

– Więc masz na imię Eliza. Jednak coś pamiętasz.

– Dlaczego tylko tyle?

– Przeżyłaś szok. Skup się. Musisz coś pamiętać – powiedział podniesionym głosem. Nie wiedzieć dlaczego nagle się zirytował, jakby mu na tym zależało.

Jednocześnie Theo odniósł wrażenie, że gdzieś ruszył zegar, a przynajmniej dopiero teraz usłyszał tykanie. Wskazówka rytmicznie zaczęła przemierzać drogę. Z sekundy na sekundę pozostawało coraz mniej czasu. Powinien się spieszyć. Niemal fizycznie poczuł, że upływ czasu dotyczy nie tylko Elizy.

– On coś mi zabrał – powiedziała cicho.

– Co?

– Nie pamiętam. – Skrzywiła się, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

MARTUCHA ZNOWU poczuła skurcze żołądka. Próbowała przetrzymać mdłości. Czasami pomagało wyobrażenie sobie czegoś przyjemnego. Ale jak tu myśleć o czymś przyjemnym, kiedy wiatr podwiewa cię przez dziurawe majtki?

Żeby tak była u siebie, westchnęła boleśnie, zaraz przyrządziłaby sobie jakieś lekarstwo. Znała setki przepisów, ale tylko jeden niezawodny na takie dolegliwości: szklanka jabola, pięćdziesiątka politury, seteczka denaturki i miarka spirytusu salicylowego. Wino dawało bazę i bukiet zapachowy, politura atłasowy poślizg na języku, fioletowa dykta pomieszana z alpagą elegancko kolorowała napitek, no i mocniej uderzała w dekiel. Natomiast salicyl utrwalał uczucie błogostanu, w którym można było przeleżeć nawet do wieczora. Po takim lekarstwie mijały wszystkie niedomagania. Umysł spokojnie odpoczywał przed trudami kolejnego dnia lub wystawania w skupie z workiem puszek po piwie.

Ale co teraz mogła na swoją dolegliwość poradzić? Nic. Pozostawało tylko nabrać głęboko powietrze i zatrzymać oddech. Kiedy jednak trzymasz, człowieku, na górze, to możesz popuścić na dole. Przeklęte życie. Spanikowana rozejrzała się wokół. Po lewej zobaczyła kamienny portal kościoła. Pomyślała, że nie będzie pawiować na środku chodnika, niczym pierwsza lepsza prostytutka. Wypuściła z dłoni torby, wbiegła na schody, potknęła się i poleciała głową na mur.

Wstrząsana skurczami obiecywała sobie solennie, że już nigdy w życiu nie weźmie do ust tego świństwa. Niech ją diabeł porwie do piekła, ale nie da się już namówić na jednego łyczka truskawy, choćby szklankę napełnili do połowy lub nawet do pełna. A wszyscy w okolicy wiedzieli, że co jak co, ale Martucha ma silną wolę.

Kiedy żołądek wrócił na swoje miejsce między obwisłymi cyckami, splunęła na chodnik i wyciągnęła z kieszeni w miarę długiego kiepa… Parząc się w palce, złapała dwa gryzące machy tytoniowego dymu. W skołowanej głowie myśli znowu zaczęły wracać na dawne tory.

A może powinna zajrzeć do domu? Kiedy ostatnio tam była? Dziesięć, dwanaście tygodni temu? Co z matką? A jej synek? Heniuś może już zdał do drugiej klasy. Może nawet i piątej? Tak, powinna zajrzeć. Przy okazji sprawdzi, czy listonosz nie zostawił czegoś w skrzynce. Podrapała się w głowę. Tylko niby co? Wszyscy, których znała, byli niepiśmienni – to znaczy nie mieli czym i na czym pisać.

Zegar na kościelnej wieży wybił sześć uderzeń pełnej godziny.

Martucha odepchnęła się od muru, jakby zamierzała wrócić po leżące na środku chodnika pakunki. Westchnęła kilka razy głęboko. Chwilę potem zapomniała o skrzynce na listy, matce i Heniusiu, co to już kończy gimnazjum i znać jej nie chce. Kiedy wreszcie poczuła, że jako tako doszła do siebie, przetarła usta rękawem kurtki. Potem czknęła i… zatoczyła się na drzwi kościoła.

Okazały się uchylone. Jak to możliwe, że o tej porze kościół był otwarty? Zerknęła na klamkę. Wejść? W kropielnicy z pewnością jest woda, więc opłucze usta. W końcu o higienę trzeba dbać.

Kiedy tak biła się z myślami, ze świątyni wyszła młoda dziewczyna. Ile mogła mieć lat? Gładka cera, krągłe chude ramiona. Drobną twarz otaczały kręcące się pukle rudych włosów. Nieznajoma była ładna, bladość twarzy zaś tylko przydała jej urody. Z pewnością nie skończyła trzydziestki. Była naga. Uwagę Martuchy przyciągnął czarny pieprzyk nad prawym kącikiem krwistoczerwonych ust.

Martucha pomyślała, że z chęcią by gdzieś przysiadła i odsapnęła. Wsparła się o drzwi, przez które niedawno przeszła dziewczyna. Pod jej ciężarem odchyliły się do mrocznej kruchty z głośnym skrzypieniem. Pociągnęło chłodem, a z głębi echo powtórzyło głośny stukot metalowej klamki, która uderzyła o mur.

Zakręciło się jej w głowie. Na szczęście w ostatniej chwili złapała się wspornika, żeby nie upaść na plecy, na posadzkę. Odwróciła się twarzą do wnętrza kościoła.

Środek rozświetlało światło padające z witraży. Jednak im dalej w głąb, tym mrok gęstniał i przechodził w czerń, która zacierała kształty murów i pozbawiała wnętrze granic. W powietrzu czuć było wilgoć spotęgowaną chłodem ciągnącym od kamiennej posadzki. Przy ołtarzu nad tabernakulum płonęła wieczna lampka, nad którą wisiał obraz patronki Warszawy okolony złotymi promieniami.

Martucha już chciała się po cichu wycofać, w nadziei, że nie obudziła Najświętszej Panienki. Sekundę później zamarła z otwartymi z zaskoczenia ustami. Kilka grubych świec stało w płonącym okręgu pośrodku nawy głównej, w połowie drogi między wejściem a ołtarzem.

– Ożesz kurwa…

Wszystkie płonęły, rozświetlając szary półmrok.

– …jego mać!

Między nimi było coś jeszcze. Przeżegnała się pospiesznie. Przypomniała sobie matkę, która po wejściu do kościoła zawsze szturchała ją w bok, żeby nie zapominała przywitać się z Panem Jezusem, Królem Wszechmogącym na Niebiesiech. A potem jego Matką i wszystkimi świętymi, co to Im służą przez wieki wieków. Amen. No i naszemu papieżowi też.

Martucha zmrużyła oczy krótkowidza, ale na wiele jej się to nie zdało. Puściła wspornik. Ponownie czknęła, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Wsunęła dłoń do kieszeni, żeby schować przed Bożym wzrokiem brudne dłonie. Trafiła na krótkiego kiepa.

Wzięła ją straszna ochota, żeby zajarać i machnąć w płuca mocnego dyma, ale przecież była w Domu Bożym. Co prawda nie z własnej woli, ale… szacunek musi być i nie ma to tamto. Szurając opuchniętymi w kostkach nogami, ostrożnie podeszła do skwierczących świec.

To były gromnice. Pamiętała, jak cztery lata temu trzymała taką w dłoniach, kiedy chrzciła Heniusia, którego ojciec od lat siedzi we więźniu… Bóg jeden wie, w którym.

Kiedy jej oczy powoli przywykły do migotliwego blasku, cofnęła się wystraszona. Serce zatrzepotało boleśnie w piersiach, aż chwyciła się za prawy cycek.

– O jebana mać… – chlipnęła płaczliwie. – Matko Przenajświętsza.

W środku kręgu utworzonego z płonących świec leżała naga kobieta. Głową była zwrócona w stronę ołtarza. Ramiona i dłonie miała rozłożone szeroko na boki, jakby chciała się nimi wpisać w pocięty liniami okrąg wymalowany krwią wokół niej.

Martucha odniosła wrażenie, że biegnący czas spowolnił, jakby zanurzono go w beczce z oliwą. Coś zaczęło w niej szeptać, że już gdzieś widziała tę ładną twarzyczkę. Tylko po co ktoś pomalował jej sutki na karminowo? Pociągłą twarz dziewczyny otaczały gęste, kręcące się, rude włosy. Zwróciła uwagę na czarny pieprzyk nad prawym kącikiem krwi-stoczerwonych ust.

Dziewczyna patrzyła na grubaskę szeroko otwartymi, mętnymi oczami, pozbawionymi ciemnych źrenic. Na jej twarzy malowało się zdumienie, jakby pytała: dlaczego?

Wreszcie zegary otrząsnęły się z letargu, a myśli ostatecznie zadokowały we wgłębieniach fałd mózgu. Do Martuchy dotarło, co widzi. Gładka cera, krągłe ramiona… Drobne piersi… Dziewczyna była ładna, bladość zaś tylko przydała jej urody…

– Ożesz…

Ależ tak.

To była ta lalunia, która chwilę temu wyszła z kościoła.

Martucha wrzasnęła jak opętana. Rzuciła się biegiem do wyjścia. W pewnej chwili nogi zaplątały się jej w sukienkę i omal nie wyrżnęła o posadzkę. Na szczęście złapała się oparcia ławy.

Kiedy znalazła się na ulicy, rozdarła się na całego. Zaczęła wołać, że ona już więcej nie weźmie do ust choćby łyka…, że przysięga: żadnej truskawy, że każdy ją zna, że jak powie słowo to mur, beton i mogiła… że drzwi były tyci, tyci uchylone… że nikt ich szerzej nie otworzył, więc jak tamta rudowłosa bladolica mogła wyjść, że…

Nie wyjawiła co. Oparła się plecy o metalowy słup ulicznej latarni. Zaczęła się głośno modlić i coraz to czynić na piersiach znak krzyża.

Kilkanaście minut później przyjechał radiowóz, który wezwali obudzeni mieszkańcy pobliskiej kamienicy. Martucha nie zwróciła uwagi na wysiadających gliniarzy. Teraz już cicho pochlipywała i po raz kolejny obiecywała, że ona już nigdy więcej jabolowej truskawy…, że przysięga i znakiem krzyża potwierdza…

W TŁUM GAPIÓW wsunęła się młoda kobieta. Weszła między rozplotkowanych ludzi, jakby chciała sprawdzić, co widać z przodu. Była niewysoka, lekko pulchna, o drobnej, piegowatej twarzy otoczonej burzą kasztanowych włosów. Jedyne, co przyciągało uwagę, to duże szare, świetliste oczy. Ale nikt z gapiów nie przyglądał się im zbytnio. Wszystkie spojrzenia były skierowane na przeciwległą stronę ulicy. Tam, przed wejściem do kościoła, stały trzy policyjne radiowozy i karetka pogotowia. Po schodach kręciło się kilku mundurowych.

Kiedy do tłumu dołączyła piegowata kobieta i dwóch nastolatków idących do szkoły, zegar na kościelnej wieży zaczął wybijać siódmą piętnaście. Nowi gapie nie bardzo wiedzieli, skąd to całe zamieszanie i dlaczego zjechało tyle policji. W tej kwestii wyjaśnień udzielały dwie starsze kobiety. Jedna trzymała na ręku pekińczyka. Psi pokurcz patrzył na wszystkich nienawistnym wzrokiem, jakby czekał na okazję, żeby ugryźć tego, kto nierozważnie nachyli się w stronę jego pani.

– Pan Jezus już się na dobre od nas odwrócił – narzekała z rozkoszą ta z pieskiem. – Kto to słyszał. Zamordowali w kościele. Rozumiem, na ulicy. W domu. Ale w kościele? Niewyobrażalne… Jak to kogo? Taką jedną, młodą. Podsłuchałam policjantów, co stali niedaleko. Chociaż kto ich tam wie, czy to prawdziwe policjanty. Niedożywione, chude i ubrane po cywilnemu. Nie to co mój świętej pamięci. Jak włożył mundur strażaka i wziął do ręki toporek, to wszyscy sąsiedzi się go bali.

Druga kobieta ubrana w męski płaszcz narzucony na szlafrok, miała na nogach kapcie i najwyraźniej wyszła z pobliskiego domu.

– Ja też słyszałam. Młoda tam leży. Może i wcześniej ją zgwałcili. Na razie badają. Dlatego tyle ich zjechało.

– Kto by to przypuszczał, że pod naszymi oknami… – dopowiedziała ta z pekińczykiem.

– Świecami ją obłożyli i nocą rytuał tajemny odprawili. – Kobieta w płaszczu się przeżegnała. – Co to się teraz wyrabia. Zgwałcili… trudno. Ale żeby tak między świecami na nagusa w świętym miejscu zostawić?

– I nikt nic nie słyszał? – zainteresowała się piegowata.

– Porządni ludzie o tej porze śpią.

Pani z pekińczykiem miała już coś dorzucić od siebie, kiedy z kościoła wyszedł korpulentny czterdziestoparolatek średniego wzrostu, z siwiejącymi na skroniach włosami. Stanął na chodniku i zaczął przeszukiwać kieszenie szarego prochowca, jakby coś zgubił. Wyglądał jak ospały miś, któremu nigdzie się nie spieszy.

Z karetki wyciągnięto nosze, lecz chwilę potem wsunięto je z powrotem do samochodu.

– Znaczy się, w kościele jest trup. – Jeden ze starszych mężczyzn pokiwał głową.

– Trup? To pewne na sto procent? – Pani w płaszczu zaskoczona otworzyła usta. – Myślałam, że skoro karetka, to może jeszcze…

– Sztywniak, jak nic. Inaczej dawno powieźliby trupa do szpitala – wyjaśnił mężczyzna.

– Jak to trupa? – Ta z pekińczykiem zrobiła niepewną minę.

– Gdyby żył, wtedy nie byłby trupem i powieźliby do szpitala na leczenie. A że nie żyje, to powiedziałem: „trupa”. Trup jest rodzaju męskiego.

– No właśnie, męskiego. – Pani w płaszczu wsparła koleżankę z psim pokurczem. – A tam przecież kobieta.

– Więc nikt nic nie widział? – ponownie zapytała piegowata.

Pekińczyk warknął głośno, jakby zdenerwowany wścibstwem ciekawskiej.

– Poczekamy, może coś nowego człowiekowi wpadnie do ucha.

– Czekaj tatka latka – rzucił ktoś z tłumu. – Gliniarze są do niczego. Tylko spójrz pani na tego tam z aparatem…

– Co mu się sznurowadło rozwiązało? – Kobieta, której spod płaszcza wystawał szlafrok, stanęła na palcach, żeby lepiej widzieć.

– Oni nawet nie umieją sobie buta dobrze zawiązać, a co dopiero śledztwo poprowadzić. Ciekawe, kiedy wreszcie się wykopyrtnie?

Młoda piegowata kobieta wysunęła się z tłumu i prześlizgnęła pod taśmą oddzielającą gapiów od jezdni.

– Nie wolno. – zawołał policjant.

Tamar Sarnecka w odpowiedzi pokazała legitymację policyjną wydziału kryminalnego. Właśnie ściągnięto ją w trybie pilnym z domu, choć miała wolny dzień.

Tłumek gapiów zamilkł.

– Witam, pani komisarz. – Policjant zszedł jej z drogi.

Ludzie zaczęli spoglądać na siebie nieufnie, jakby sprawdzali, czy nie ma między nimi jeszcze jakiegoś szpiega.

Tymczasem Tamar podeszła do mężczyzny w prochowcu, który na jej widok skrzywił wargi w wymuszonym uśmiechu.

– Nareszcie jesteś.

– Zgubiłeś coś, że tak obszukujesz kieszenie?

Na twarzy Piotra pojawiła się ulga. Wyjął pastylki antynikotynowe.

– Jeszcze ich używasz? – spytała.

– Dzięki nim rzuciłem papierosy. – Inspektor Cichosz potrząsnął tabletkami. – Ale uzależniłem się od tego cholerstwa… – Widząc wzrok Tamar, dodał z głośnym westchnieniem: – Nie patrz tak na mnie. Wczoraj nic nie piłem.

– Gdy boli żołądek, to trzeba wziąć no–spę, a nie wszystko zwalać na głód nikotynowy.

– Skąd wiesz, że mnie boli?

– Pracowaliśmy wczoraj do dwudziestej. Twoja Magda nie lubi gotować. Wróciłeś więc do domu, zamówiłeś ulubioną pizzę i popiłeś colą. Rano zjadłeś wczorajsze resztki, poprawiłeś zimnym napojem i teraz boli cię żołądek.

Piotr skrzywił usta w lekceważącym uśmiechu.

– Pudło.

– Nie sądzę – odparła. – Blada cera i grymas w kąciku ust świadczą, że masz nawracające bolesne skurcze. W tej koszuli byłeś wczoraj. Dziś uznałeś, że jeszcze jest świeża, ale na kratce nie zauważyłeś plam po keczupie i brązowych kropek po coli. Wczoraj wieczorem, kiedy się rozstawaliśmy, ich nie było – wskazała na mało widoczne zabrudzenia obok kołnierzyka. – Proponuję, żebyś wysłał kogoś do apteki po no–spę i zmienił sposób odżywiania. No i rzuć w cholerę te pastylki. Nikotyna rozwala żołądek.

Tamar ruszyła w stronę kościelnych drzwi. Po chwili Piotr poszedł za nią, obrzucając tył jej głowy złym spojrzeniem. Nie lubił sralek mądralek.

– W esemesie napisałeś, że denatkę znalazła jakaś kobieta. Ale dlaczego „w nieokreślonym wieku”?

– Gdyby zdjąć z niej sześć warstw ubrań i solidnie umyć, byłoby wiadomo, ile ma lat. Pamiętała tylko, że wołają na nią Martucha. Najwyraźniej ma kaca i jest psychicznie niestabilna.

Stanęli w krużganku, gdzie technicy kryminalistyki rozłożyli się ze sprzętem. Tamar odpowiedziała skinieniem głowy na powitanie, które doleciało z półmroku. Potem zmoczyła palce w kropielnicy i się przeżegnała. Piotr ruszył w stronę ołtarza, nie wyjmując dłoni z kieszeni.

– Martucha zobaczyła trupa i uciekła przed kościół. Tak wrzeszczała, że zrobiło się zbiegowisko – dokończył normalnym głosem.

Tamar na chwilę się zatrzymała i przyjrzała wnętrzu. Zbudowano je w barokowo–manierystycznym stylu. Na szczęście w jednonawowej budowli nie upchano przesadnej ilości obrazów, zamkniętych w bogatych złoconych ramach, amorków i świętych, którzy, choć zastygli w bezruchu, wydawali się wiercić na swoich miejscach.

Wzdłuż nawy głównej, po obu stronach świątyni, ciągnęły się dwa rzędy ław dla wiernych. Pośrodku było szerokie przejście, na które padało teraz światło z witraży. Gdzieś w połowie drogi, na posadzce, na linii dużego okręgu, stały rozstawione gromnice. Każdą umieszczono na szpicy pentagramu, wpisanego w okrąg.

– U nas na Pradze to by nie przeszło.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.