Wyspy obiecane - Radosław Rusnarczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 157 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyspy obiecane - Radosław Rusnarczyk

Wyspy obiecane” to zbiór dwudziestu siedmiu opowiadań o osobach korzystających z usług jednej z firm taksówkarskich w niewielkim mieście pod Londynem. Kierowcą jest polski emigrant, który wraz z wrodzoną ciekawością i chęcią poznawania świata, stara się balansować pomiędzy kulturalnymi, dobrze wychowanymi, a niekiedy chamskimi i nawet niebezpiecznymi obywatelami wysp. Dzięki pracy jako taksówkarz poznaje obyczaje i zachowania Brytyjczyków, ich opinie na temat obcokrajowców, jak i na temat ich samych. Można powiedzieć, że wraz z kolejnym klientem pada mit dobrze wychowanego angielskiego obywatela, znanego tylko z telewizji i to z tej sprzed czterdziestu, a może i pięćdziesięciu lat. Poznajemy również polską emigrację i sytuacje w jakich się znaleźli. Książka napisana jest językiem prostym, zrozumiałym dla czytelnika. Opisane historie oparte są na faktach, niemniej jednak zbieżność imion i nazwisk jest zupełnie przypadkowa.

Opinie o ebooku Wyspy obiecane - Radosław Rusnarczyk

Fragment ebooka Wyspy obiecane - Radosław Rusnarczyk




Strona redakcyjna


1. Gryzipiórek

Wsiadł, trzasnął drzwiami, nie przywitał się nawet. Kolejny raz pomyślałem, że trzeba byłoby nauczyć ten naród kultury, ale jak zwykle odpuściłem. Bo przecież „klient nasz pan”, cokolwiek to oznacza. Po paru minutach rozmowy doszedłem do wniosku, że to nawet miły gość.

Pewnie reakcja moja wywołana była wrodzoną niechęcią do obcych. „Skoro takie są moje reakcje, to po co zostałem taksówkarzem?” – pytałem siebie w myśli. Przecież obcych w tej profesji jest jak psów. Codziennie kilku, a nawet kilkudziesięciu.

A może to poniedziałkowy poranek wprawił mnie w ponury nastrój?

Odpaliłem silnik, podążyliśmy do miejsca prze-znaczenia.

Z reguły podczas kursu klient narzucał jakiś temat, więc nie trzeba było wysilać się nad wymyślaniem superhistorii. Wiadomym jest nie od dziś, że porządny Anglik zaczyna rozmowę od opisu otaczającej go aury.

Swego czasu starałem się nawet odgadywać sposób bycia i charakter prawdziwego Anglika. Wieczny optymista mówił, że słońce przebija się przez chmury, chociaż lało jak z cebra, natomiast pesymista kręcił nosem, kiedy pogoda była piękna jak marzenie. Niestety na Wyspach więcej jest tych drugich, w dodatku Anglicy łatwo wpadają w depresję.

– Skąd jesteś, przyjacielu? – zadał w końcu przewidywalne pytanie.

Nie sposób go było winić. Akcent polski jest tak silny, że zrezygnowałem już z naśladowania, a raczej udawania, jakiegokolwiek akcentu angielskiego.

– Z Polski jestem – odpowiedziałem.

– Z Polski? Mój ojciec był Polakiem – odparł podekscytowany.

Rozsiadł się wygodnie. Z jego miny wyczytać można było chęć do rozmowy.

– To pewnie ty też mówisz po polsku?

– Niestety, nie mówię. Mój ojciec za to mówił po polsku i rosyjsku.

„Jakżeby inaczej? Co drugi Polak w wieku jego ojca mówi po rosyjsku” – pomyślałem. Wynikało to z systemu, w jakim się wychowywali. W szkole tłukli do głowy niestworzone rzeczy o perfekcyjnie działającym socjalizmie. Ale pewnie on tego nie wiedział. Sądząc po dobrze skrojonym garniturze, dość drogo wyglądających skórzanych butach, wychowywał się pewnie w dobrej rodzinie, chodził do dobrej szkoły i zapewne teraz ma dobrą pracę. Nie interesowała go zatem bolączka ludności wschodnioeuropejskiej, zmagającej się w owym czasie z uciskiem socjalistycznym.

– Z jakiej części Polski pochodził twój ojciec? – zagadałem po chwili.

– Z Zesywa... Zesowia... Czy jakoś tak – nieudolnie starał się wypowiedzieć nazwę miasta, szeleszcząc i plując przy tym niemiłosiernie. Złożył usta w dzióbek, próbował ponownie. – Z Zejsowijia. – Potem rozłożył je jak żaba, naciągnął lewy kącik ust, następnie prawy. Wytrzeszczył przy tym oczy, jakby pokonywał czterdziesty kilometr maratonu. Poddał się po chwili. Jedyne, co mu wyszło, to niezidentyfikowany świst, nijak niepasujący do nazwy miasta. „Oto piękno języka polskiego w ustach obcokrajowca” – pomyślałem.

– Aa... z Rzeszowa. Tak, wiem, gdzie to jest. Byłem tam parę razy. Nawet przyjemne miasto – odpowiedziałem, choć z pobytu w Rzeszowie utkwił mi w pamięci jedynie neorenesansowy ratusz.

– Byłem w Rzeszowie i Warszawie. Piękne miasta. Takie nowe. A i ludzie przyjaźni – mówił mężczyzna.

Z historycznego punktu widzenia nie powinniśmy być aż tak przyjaźni. Bo przecież, kto jak nie my, byliśmy jednym z najbardziej terroryzowanych narodów w Europie. Jak nie z zachodu, to ze wschodu. W przeciągu ostatnich kilkuset lat zbieraliśmy cięgi z każdej strony świata. Już nawet nie wiem, czy to z niezaradności politycznej, czy z własnej głupoty. Na szczęście polski naród jest dość ambitny i po wielu latach wywalczył sobie wolność. Choć „wolność” to pojęcie względne.

– Polska to piękny kraj – przyznałem szczerze. – Gdzie jedziemy, przyjacielu? – zapytałem klienta lekko zdezorientowany. Widząc moje zakłopotanie, sięgnął do kieszeni, wyciągnął zwitek papieru.

– Nie jestem pewien, gdzie to jest. Saint Giles Street. To chyba centrum miasta – powiedział niepewnie, wpatrując się w notatkę.

– Tak, to centrum ze starym ratuszem. – Wiedząc, gdzie jedziemy, czułem się jakoś pewniej.

– Właśnie tam zmierzam, do ratusza. – Twarz mężczyzny pojaśniała. – Powiedz, co sprowadziło cię do Anglii? – zapytał.

– Myślę, że tak jak wszystkich, ciekawość świata, praca, nauka języka – odpowiadałem standardowo, tak jak innym klientom. Nie miałem nic przeciwko opowiadaniu o powodach, z jakich się tu znalazłem, o ile oczywiście klient pytał szczerze.

– To musi być bardzo ekscytujące, wyjazd z własnego kraju, nauka nowego języka, poznawanie nowych ludzi – mówił z zaciekawieniem.

– Też tak sądzę. Kiedy przyjechałem do Anglii, nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile narodowości się tu znajduje. Nie mogłem się do tego przyzwyczaić. W Polsce nie mamy tylu obcokrajowców.

Jak na swój wiek, klient był bardzo ciekawy mojego pochodzenia. Większość młodych Anglików nie interesowała się sprawami obcych. Niemniej jednak miło się z jegomościem rozmawiało i nie miałem zamiaru tego przerywać. Może to ze względu na jego nieporadną polszczyznę, a może po prostu dla zabicia czasu.

– Pewnie wyjazd z własnego kraju ma również negatywne skutki – stwierdził pasażer.

– Niestety, to smutniejsza część prawdy – przyznałem. – Rodzina, znajomi ciągle są w Polsce.

– Znajomości ciągle trzeba pielęgnować. W przeciwnym razie traci się kontakt i pozostaje głucha cisza w telefonie.

Powoli zbliżałem się do centrum miasta. Z powodu licznych objazdów nagiąłem lekko przepisy i przejechałem przez sam środek robót drogowych.

Centrum miasta o tej porze było dość zaludnione. Ludzie, plączący się od sklepu do sklepu, sprawiali wrażenie szukających czegoś, czego pewnie nigdy nie znajdą, czyli najwyższej jakości za najniższą cenę.

W radiu zapowiadali przelotny deszcz. Pogoda znów podsunęła Anglikom temat do dyskusji. Spiker zachęcał słuchaczy do wypowiedzi na temat rosnących cen paliwa, a zbliżające się wybory parlamentarne jeszcze bardziej podgrzewały atmosferę.

– Uważasz, że Anglia to dobry kraj do zamieszkania? – zapytał, słysząc negatywne wieści płynące z radia.

– Gdyby było inaczej, już dawno bym się stąd wyprowadził. Oczywiście różnice kulturowe pomiędzy naszymi krajami są ogromne.

– Masz na myśli coś konkretnego? – Przysunął się bardziej, jak gdyby chciał wyraźniej słyszeć to, co mam do powiedzenia.

– Myślę o mentalności ludzi, standardzie życia i tym podobnym.

– Wielka Brytania to kraj multikulturalny. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu to pasuje – odpowiedział pasażer – Jesteś tu z rodziną? Masz tutaj jakichś znajomych? – zapytał jeszcze, lecz głosem już mniej pewnym, jakby zorientował się, że z każdym jego pytaniem robię się bardziej podejrzliwy.

Swoją drogą, jego dociekliwość znacznie odbiegała od naturalnej ciekawości typowego Anglika. Nawet moi sąsiedzi nie dowiedzieli się ode mnie tylu rzeczy, co on w parę minut. Z natury nie jestem płochliwy, ale ta sytuacja stawała się coraz dziwniejsza.

Szybko podsumowałem fakty. Klient nie był z tego miasta, to oczywiste, skoro nie wiedział, gdzie jest centrum. Ciekawski, jak na Anglika, przy tym wygadany. „Pracownik państwowy albo prawnik” – pomyślałem. Może to lekka paranoja, a może to mój polski podejrzliwy nos zwąchał jakiś podstęp. Pewnie przed wejściem Polski do Unii trząsłbym już portkami, ale w takiej sytuacji, kiedy Polakowi dano wolność „długą i szeroką jak Europa”, mógł co najwyżej sprawdzić mi licencję. Niemniej jednak, postanowiłem być mniej wylewny i ograniczyć nieco przepływ informacji.

– Jestem tu z żoną, reszta rodziny została w Polsce – odpowiedziałem nieśmiało.

– Wybacz moją dociekliwość. Piszę artykuł na temat obcokrajowców z Europy Wschodniej – mówił, jakby wyczuł moją konsternację. – Jestem dziennikarzem. Zadawanie pytań to choroba zawodowa. Właśnie jadę zrobić wywiad z waszym radnym.

– Nie ma sprawy – odpowiedziałem, ukrywając zakłopotanie.

– Sporo Polaków wylądowało w Anglii w ostatnim czasie. Nie boisz się, że Anglicy będą mieli wam za złe, że odbieracie im pracę? – pytał dalej dziennikarz.

Oczywiście musiał zadać to pytanie. Jako rodowity Polak obruszyłem się nieco. Wiele razy słyszałem, że zabieramy Anglikom pracę. Najdziwniejsze, że słyszałem to od ludzi nigdy niepracujących, a będących na państwowych socjalach.

– Parę dni temu był program w radiu o obcokrajowcach, którzy rzekomo zabierają wam pracę. Wiesz, do jakich wniosków doszli? Wypowiadali się pracodawcy, którzy woleli zatrudnić jednego Polaka niż pięciu Anglików. Jak myślisz, z czego to wynika? – pytałem klienta z zauważalną i niekontrolowaną pretensją w głosie.

– Pewnie z tej waszej pracowitości. Słyszałem o was trochę – mówił dziennikarz. – Nie zrozum mnie źle. Nie jestem przeciwny zatrudnianiu ludzi z Europy Wschodniej, ale sam wiesz, że jest tu was trochę za dużo.

– Jeżeli Anglikom zależy na pracy, to dlaczego wielkie magazyny, firmy logistyczne czy fabryki przeładowane są Polakami i innymi narodowościami ze Wschodu? Nie zastanawiałeś się nad tym? Ludzie z tych krajów głodni są pracy. Starają się coś w życiu osiągnąć, a niektórzy z nich nie mają już zbyt wiele czasu. Życie jest za krótkie na czekanie, aż coś się zmieni. Chcą już teraz żyć normalnie. A to im daje Wielka Brytania. – Patrzyłem na klienta, który jakby zamyślił się na chwilę. Nie byłem pewien, czy dobrze mnie zrozumiał. Nie miałem zamiaru uświadamiać mu, dlaczego tu jesteśmy, jak długo zostaniemy i czy w ogóle wrócimy do kraju. Jeżeli chodzi o mnie, to mógłbym wracać nawet dziś, jeżeli znalazłbym dla siebie odpowiednią pracę. A może to tylko taka wymówka?

– Z pewnością masz rację, to nawet smutna historia – stwierdził dziennikarz, wręczając mi pieniądze. Zatrzymałem się tuż przed ratuszem ku uciesze klienta. – Miejmy nadzieję, że każdy znajdzie swoje miejsce, czy miałaby być to Wielka Brytania, czy Niemcy, czy inny kraj. Do zobaczenia. Może się jeszcze kiedyś spotkamy – dodał na zakończenie.

Odjeżdżając z centrum, zerknąłem na tylną kanapę, upewniając się, czy nic nie zostało.

Dostałem nowe wezwanie i skierowałem się w stronę stadionu.

Na pobliskim parkingu starałem się ogarnąć samochód. Pogoda była dość ładna, ale suche powietrze sprawiało, że kurz wdzierał się w najmniejsze szpary auta. Kiedy podniosłem jeden z dywaników, dostrzegłem mały notes leżący na podłodze. W pierwszej chwili pomyślałem, że to notes dziennikarza. Postanowiłem wrócić do urzędu miasta i oddać go właścicielowi. Miałem jeszcze trochę czasu. Starałem się śpieszyć, nie chciałem po raz kolejny narazić się kontrolerowi.

Wchodząc do ratusza, niefortunnie opuściłem notes. Ten otworzył się na ostatniej stronie, na której widniała notatka napisana dużymi czerwonymi literami:

17.04, ok. 15:00 – dwie osoby, M1 – 15 ZJAZD.

Miałem ochotę przejrzeć jeszcze parę stron, ale doszedłem do wniosku, że to prywatne rzeczy.

– Dzwoniłem właśnie w sprawie notesu. – Usły-szałem za plecami znajomy głos. – Chyba coś zostawiłem w twoim aucie.

– Właśnie pana szukam. – Wyciągnąłem rękę z notesem w stronę dziennikarza. – Leżał na podłodze pod dywanem.

– Dziękuję, uratowałeś mi życie. Bez notesu nie poradziłbym sobie. Są tam naprawdę ważne rzeczy.

Oddałem notes. Czym prędzej udałem się do auta. Jednocześnie nie mogłem zapomnieć notatki z ostatniej strony. Siedemnasty wypadał w czwartek, M1 – 15 zjazd, oznaczał stację benzynową przy zjeździe z autostrady. Jadąc po kolejnego klienta, ciągle miałem w głowie datę z notatki. Byłem ciekaw, co wydarzy się owego dnia.