Tajemnice Jana Pawla II - Antonio Socci - ebook
Wydawca: Dom Wydawniczy Rafael Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 296 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnice Jana Pawla II - Antonio Socci

Historia, której nie sposób czytać bez dreszczu emocji. Bezwzględnie jedna z najbardziej frapujących i odkrywczych książek o polskim Papieżu! Wieloletni przyjaciel Karola Wojtyły, kardynał Andrzej Deskur, wyjawia autorowi niezwykłą informację. Okazuje się, że osoba Jana Pawła II ma jeszcze jeden, dotąd nieodkryty przez biografów wymiar: Karolowi Wojtyle od 26. roku życia towarzyszyły niezwykłe doświadczenia mistyczne! „Jakich tajemnic strzegł Karol Wojtyła? O czym wiedział?” – pyta autor i by potwierdzić te informacje, podąża tropami tajemnic z Fatimy, związków z Ojcem Pio, przepowiedni i objawień maryjnych, wydarzeń z Medjugorje i wielu nadprzyrodzonych znaków towarzyszących posłudze – jak określa sam autor – Jana Pawła Wielkiego. Konfrontuje je z relacjami świadków, watykańskimi dokumentami, opiniami bliskich Papieżowi osób. Wyniki tego śledztwa są absolutnie zaskakujące! Rzucają zupełnie nowe światło na rolę, jaką odegrał Jan Paweł II w dziejach świata nie tylko jako wybitny przewodnik duchowy, ale i człowiek, który miał realny kontakt z Bogiem w wymiarze, jaki trudno sobie wyobrazić...

Opinie o ebooku Tajemnice Jana Pawla II - Antonio Socci

Fragment ebooka Tajemnice Jana Pawla II - Antonio Socci






Wstęp

Jakich tajemnic strzegł Karol Wojtyła? W książce, po którą sięgnęliście, badane są tajniki życia człowieka posłanego dla wypełnienia nadludzkiej misji i przygotowania świata na czekające go wielkie wydarzenia.

O czym „wiedział”? W jaki sposób zdołał tak bardzo zadziwić i rozkochać w sobie nasze pokolenie? Nie poznaliśmy jeszcze tak dobrze tego człowieka, najbardziej umiłowanego, a jednocześnie przez pewne kręgi ludzi znienawidzonego. Jego pontyfikat był jednym z najdłuższych w historii Kościoła1 i bez wątpienia jednym z największych, a także najbardziej tajemniczych.

Książka, po którą sięgnęliście, opowiada o tym, czego dotąd nie poznaliśmy, co działo się gdzieś w ukryciu, niedostępne dla naszych oczu. Mówi również o tym, co działo się na naszych oczach, lecz czego nie pojęliśmy w pełni. I wreszcie o tym, co wkrótce się wydarzy, a co nie działo się nigdy wcześniej, i co zobaczymy na własne oczy. O tym, co dotyczy nas, mnie i ciebie, przyjacielu, który to czytasz, „mój bliźni, mój bracie”. A także (choć to wcale nie poezja) kwitnących czereśni, oceanów, ludów, miast i pustyń, matek i dzieci, których oczy również to ujrzą.

A.S.
w święto św. Katarzyny ze Sieny,
29 kwietnia 2009 r.

1. Najdłuższy pontyfikat przypisuje się św. Piotrowi (37 lat), następny w kolejności jest pontyfikat Piusa IX (32 lata), zaś na trzecim miejscu Jana Pawła II (27 lat).


Nieoczekiwane odkrycie

Imię twoje powstało z patrzenia.

Karol Wojtyła, Imię


Tajemnicze spotkanie

Gdzieś około świąt Bożego Narodzenia 2007 roku przyjechałem do Rzymu. Zatrzymałem się w pobliżu placu Risorgimenta spowitego czerwienią miejskiego zmierzchu. Zaparkowałem samochód i ruszyłem wzdłuż rozświetlonych i świątecznie przyozdobionych ulic, pośród beztroskiego tłumu, do pewnej kamienicy, której znałem jedynie numer. Zadzwoniłem, wszedłem po schodach z dziwnym uczuciem w sercu. Oczekiwano mnie na półpiętrze, po czym wprowadzono do pokoju, gdzie przyjął mnie katolicki dostojnik. Miał cichy głos i starannie dobierał słowa. Ponieważ nie mogę zdradzić kim był, nazwę go Petrus.

Kiedy godzinę później, po zakończeniu rozmowy, opuszczałem to miejsce, czułem się wstrząśnięty, bo choć jestem dziennikarzem, to przecież mam serce. Myślałem o moim dziesięcioletnim synu. Byłem poruszony, a zarazem pełen niepokoju. Intuicja podpowiadała mi, co mogę odkryć w kolejnych miesiącach, kierując się otrzymanymi wskazówkami...

Dostojnik był bardzo miły, bezpośredni. Poczęstował mnie kawą i podsunął tacę z herbatnikami. To właśnie on kazał mnie odszukać, ja zaś chętnie przyjąłem jego zaproszenie. Mówił niewiele, za to słuchał uważnie. Pytał o moją pracę, o przeszłość. Miałem nieodparte wrażenie, że wszystko, co opowiadam o sobie, jest mu już wiadome. Tym niemniej, śledził z uwagą moje słowa; wydawało się, że chce mnie dyskretnie wybadać.

Znał moje książki o prześladowaniu współczesnych chrześcijan, Medjugorje, problemie aborcji, Fatimie i Ojcu Pio. Zauważył, że w każdej z nich powtarzało się, i to na marginesie, lecz w sposób dobitny, pewne nazwisko, nazwisko człowieka mojej epoki, ojca mojego pokolenia: Karola Wojtyły. Tak rzeczywiście było, choć wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Zapytał mnie, czy nie sądzę, że to właśnie ten człowiek jest godną zbadania tajemnicą. „Dlaczego tajemnicą?” – zapytałem.

Rozmawialiśmy długo o polskim papieżu. Wspominałem pełen emocji niektóre epizody, jego spojrzenie, moje z nim spotkania, jego słowa, wyraz twarzy, poruszenie serca, które wywoływał u tak wielu z nas. Niezapomniana była jego niewzruszona wiara, humanizm, urzekający sposób modlenia się, jego otwarcie na transcendencję, które odróżniało go od wielu innych duchownych. Mimochodem wspomniałem o wydarzeniu związanym z figurką Matki Boskiej z Civitavecchia.

W tym momencie mój rozmówca, który dobrze znał Jana Pawła II – choć nie pamiętam już dokładnie słów, jakich użył – wtrącił półgłosem, tak jakoś en passant, kilka zdań. Otóż Papież wiedział już wcześniej, że nastąpi ten „znak” od Matki Bożej u wrót Rzymu, tak jak wiedział, że Stanom Zjednoczonym grozi tragedia islamskiego ataku terrorystycznego, do którego potem doszło 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Dostojnik nadmienił, że Ojcu Świętemu zostały przepowiedziane, czy raczej objawione, ­przyszłe ­zdarzenia, z których jedne już nastąpiły, inne zaś miały się dopiero dokonać.

Zrozumiałem, że miało to coś wspólnego, choć sam nie wiem jak, z którymś z owych nikomu nieznanych mistyków żyjących w ciszy klasztorów, ­posiadających niezwyczajny charyzmat i kontakt z niebem. Ale przede wszystkim – i to dopiero była wiadomość! – że sam Jan Paweł II doznawał mistycznych przeżyć.

Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej, uzyskać wyjaśnienia, lecz mój rozmówca sprowadził od razu rozmowę na inne tory, jak gdyby wezwał mnie do siebie wcale nie po to, by powierzyć mi ów sekret. Było jasne, że pragnął otworzyć mi oczy na tajemnicę otaczającą Papieża, nie chciał jednak słyszeć dalszych pytań. Dał mi do zrozumienia, że nie wypowie już ani jednego słowa na ten temat ponad to, co – pozornie mimochodem – mi wyjawił.

Chciałem drążyć dalej, usłyszeć jakieś wyjaśnienia, zrozumieć, lecz mój rozmówca, choć tak uprzejmy, był niczym niedająca się sforsować kasa pancerna. Interesowało mnie przede wszystkim, co wiedział Jan Paweł II; czy chodziło o wydarzenia, które miały się dokonać na pewno, czy też o proroctwa sub conditione, czyli takie, których ziszczenia się można było jeszcze uniknąć. Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie, a wśród nich dominująca, o „tajemnicy” Jana Pawła II.

Czy naprawdę ten papież, który pozostawał na Stolicy Piotrowej przez 27 lat i który przeszedł niczym tajfun przez naszą historię, żył w czasie realnym i w wieczności? Takie nadzwyczajne przeżycia nie są wśród ludzi Kościoła rzadkością. Również w życiu dwóch niedawno zmarłych wielkich postaci naszych czasów, Matki Teresy i kardynała Van Thuâna, zachodziły zjawiska nadprzyrodzone2 i pewnie dotyczy to także innych. Tym niemniej w przypadku Jana Pawła II chodzi o doznania mistyczne, które towarzyszyły mu w ciągu całego życia. Jakich zjawisk mistycznych doświadczył? Gdzie szukać ich potwierdzenia albo zaprzeczenia? Te rewelacje są prawdziwie dowodem na to, iż najbardziej niesamowita siła historycznej przemiany płynie z głębokiego źródła kontemplacji i niezmierzonych pokładów mistyki.

Wszyscy pokochaliśmy Jana Pawła II, kiedy jako jeszcze młody, pełen życia człowiek ukazał się, niczym poranne słońce, na balkonie Bazyliki św. Piotra 16 października 1978 roku i od razu wywrócił do góry nogami wszelkie ustalone ceremonie, mając tak nieprawdopodobną swobodę bycia i ujmujący uśmiech. Pokochaliśmy Papieża zdolnego oczarować słowami i osobowością miliony młodzieży, które wychodziły mu na spotkanie we wszystkich zakątkach świata, umiejącego żartować i śmiać się wraz z nimi3; Papieża, który jako dwudziestolatek był robotnikiem, poetą, aktorem, który uczestniczył w podziemnej walce przeciw wyniszczającej okupacji swojej ojczyzny, najpierw nazistowskiej, a później komunistycznej, który był w tajnym seminarium, a jako młody ksiądz ukochał górskie wędrówki ze swoimi studentami; Papieża, który jako nieustraszony czterdziestoletni biskup krakowski przeciwstawiał się szykanom komunistycznej tyranii, który uczestniczył w II Soborze Watykańskim, a potem, kiedy wybrano go na Stolicę Piotrową, niczym tajfun zmiótł ów moloch marksistowskiego totalitaryzmu4 rozbrajającą siłą swojego świadectwa graniczącego niejednokrotnie z męczeństwem.

A więc ten człowiek o legendarnym życiu, który przemierzył wszystkie kontynenty, widział na własne oczy Przedwiecznego, oglądał oblicze Chrystusa i jasne spojrzenie Dziewicy z Nazaretu, o której tak często mówił całej ludzkości! Doprawdy, była to wiadomość zapierająca dech w piersiach.

Przez pewien czas tamta dziwna rozmowa pozostała w mojej pamięci niejako w zawieszeniu, choć z tysiącem pytań. Dlaczego wcześniej nikt nie uchylił rąbka tajemnicy, chociaż ukazało się już tyle książek o Janie Pawle II? Uderzyło mnie to, co Wojtyła napisał na początku swojego dramatu, który powstał w latach 1945-1950: „Będzie to próba przeniknięcia człowieka. Sama postać jest ściśle historyczna. Niemniej pomiędzy samą postacią a próbą jej przeniknięcia przebiega pasmo dla historii niedostępne (...). Pierwiastek pozahistoryczny w nim tkwi, owszem, leży u źródeł jego człowieczeństwa. Próba zaś przeniknięcia człowieka łączy się z sięganiem do tych źródeł”5.

Jak dotrzeć do tej nieosiągalnej sfery życia Jana Pawła II? I oto po pewnym czasie od tamtej rozmowy w Rzymie przytrafiło mi się „przypadkowe” spotkanie. Choć bardzo rzadko jestem gościem watykańskich pałaców, to pewnego dnia musiałem się udać ponownie w pobliże miejsca pamiętnego spotkania. Wychodząc z bramy kamienicy przy via della Conciliazione, niemal zderzyłem się z jasnowłosym mężczyzną o przyjaznym wyrazie twarzy, który popatrzył na mnie i powiedział: „Przecież to pan Antonio Socci. Czy możemy porozmawiać? Śledzę z uwagą to, co pan pisze...”.

Nieco zaskoczony, uśmiechnąłem się, podziękowałem, a potem podaliśmy sobie ręce. „Jestem księdzem” – powiedział mój rozmówca, ja zaś zauważyłem, że jego akcent i wygląd świadczą, iż nie jest Włochem. Wtedy on wyjaśnił: „Jestem Polakiem. Ksiądz Jarek Cielecki, szef Vatican Service News”. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o jego pracy i zaraz potem – prawie nie dowierzając ­okolicznościom – zapytałem, czy nie znał przypadkiem Karola Wojtyły. Ksiądz Jarek uśmiechnął się i powiedział: „Urodziłem się w parafii w Niegowici, tej samej, w której został on po raz pierwszy wikarym po przyjęciu święceń kapłańskich i powrocie z Rzymu w 1948 roku”.

Rzeczywiście, Jan Paweł II opowiadał o tym we wzruszających wspomnieniach o swoim powołaniu zatytułowanych Dar i Tajemnica. Wielce zdumiony tym szczęśliwym zbiegiem okoliczności zaryzykowałem dość banalne pytanie: „Zatem pewnie ksiądz miał okazję go spotykać...”, na co mój rozmówca odpowiedział, że oczywiście tak. Odkryłem też, że znał dobrze księdza Pavla Hnilicę, słowackiego biskupa bardzo zaprzyjaźnionego z Papieżem. Okazało się, że ksiądz Jarek napisał książkę gromadzącą świadectwa jego krajanów o „młodym księdzu Wojtyle”. Kiedy zaniósł ją Ojcu Świętemu, ów postanowił nieco skorygować najbardziej entuzjastyczne peany dzielnych parafian, stosując zwroty skromniejsze i bardziej wyważone.

Gdy po jakimś czasie spotkałem ponownie tego sympatycznego polskiego księdza, zapytałem go:

– Czy tam, w Niegowici, pamiętają może, jak modlił się Wojtyła?

Ksiądz zamyślił się, po czym odparł:

– Jego sposób modlitwy był bardzo szczególny. W ostatnich latach nie wypuszczał prawie z rąk różańca. Ale najbardziej rzucała się w oczy, i to od jego wczesnych młodych lat, inna cecha: zwykle modlił się, i to całymi godzinami, rozciągnięty na posadzce przed ołtarzem. Wielu ludzi z parafii dobrze to pamięta.

O tym zwyczaju6 wspomina zresztą sam Papież.

– A co jeszcze pamięta się w Niegowici z tego charakterystycznego sposobu modlitwy?

– Jego oczy. Kiedy modlił się, jego spojrzenie nie ginęło gdzieś w pustce jak nasze, kiedy się modlimy; jego oczy zdawały się spoglądać na coś. Nieco później powiedziano mi, że kiedy działo się coś ważnego, on podchodził do ołtarza lub do obrazu Matki Bożej Wniebowziętej...

– I co robił?

– Mówił...

– Jak to mówił? To znaczy, że się modlił...

– Nie, mówił, tak jakby rozmawiał ze stojącym przed nim człowiekiem.

Co to znaczy? Z kim rozmawiał?

Pod koniec marca 2009 roku doszło do wywiadu, który dziwnym trafem przeszedł niezauważony, jaki Bruno Volpe, szef internetowego dziennika „Pontifex”, przeprowadził z prałatem Konradem Krajewskim. Ksiądz Krajewski, będąc papieskim ceremoniarzem, miał sposobność stać bardzo blisko Jana Pawła II podczas rozmaitych uroczystości.

Zapytany, jak określiłby sposób modlitwy Papieża, tak go opisał: „Wspaniały, głęboki, rzekłbym mistyczny, właśnie, «mistyczny» to właściwe słowo”. Następnie powtórzył, dobitnie akcentując słowa: „Był prawdziwym, autentycznym mistykiem”. Jaki sens nadać tym słowom?

Ksiądz Krajewski nie wyjaśnił wprost, lecz stwierdził: „Moje wspomnienia dotyczą oczywiście ceremonii liturgicznych. Muszę panu powiedzieć, że zachowywał się podczas nich jak człowiek doskonałej, głębokiej modlitwy, stawał się niemal nieobecny, nie komunikował się już z nikim, rozmawiał jedynie z Bogiem”. Potem dodał, że za każdym razem, przed celebracją, Ojciec Święty pragnął skupić się na modlitwie w zakrystii przez kilkanaście minut: „Był wtedy praktycznie nieobecny, wchodził w głęboką i silną relację z Bogiem... Nie pozwalał nigdy nikomu przerywać tej medytacji. Dawało to wrażenie jego nieobecności, całkowitego zatracenia się w Bogu, przed mszą świętą nic go nie interesowało. To był milczący, lecz jakże głęboki dialog z Bogiem, przywodzący na myśl wielkich mistyków w dziejach Kościoła”.

Powtarzało się to również po zakończeniu mszy: „Uważał za słuszne podziękować Panu za możliwość celebrowania ofiary Chrystusa. Tak więc przed celebracją Eucharystii i po jej zakończeniu miał taką chwilę nie tyle modlitwy, co żarliwej ekstazy. Niczym prawdziwy mistyk”.

Ekstazy? Kiedy André Frossard zapytał Papieża wprost, jak się modli, ten nieco zakłopotany odparł: „To bardzo osobisty temat”7. Dlaczego odpowiedział w ten sposób? Jaki sekret osłaniały te wymijające słowa? Kim był naprawdę Jan Paweł II? Jakich tajemnic strzegł?

George Weigel napisał: „Kiedyś, nawiązując do pewnych biograficznych prób i nacisku, jaki kładą one na jego rolę jako męża stanu, papież Jan Paweł II zauważył: «Usiłują zrozumieć mnie od zewnątrz. Ale mnie można zrozumieć tylko od wewnątrz?». Co to jest to «wewnątrz», w jaki sposób można się do niego zbliżyć?”8.

2. Matka Teresa z Kalkuty (1910-1997) miała owo „powołanie w powołaniu” wyrażające się poprzez wewnętrzne głosy i inne nadprzyrodzone zjawiska począwszy od 10 września 1946 roku. Stwierdzono to podczas procesu beatyfikacyjnego (zob. Matka Teresa. Pójdź, bądź moim światłem, (oprac.) Brian Kolodiejchuk, Znak, Kraków 2008). Kardynał François-Xavier Nguyen Van Thuân (1928-2002) był arcybiskupem koadiutorem Sajgonu, kiedy 18 marca 1976 roku policja reżimu komunistycznego, narzuconego także w części południowej kraju, przyszła go aresztować, o czym zresztą wcześniej wiedział. Więziono go i torturowano w nieludzkich warunkach do roku 1988, kiedy to został wydalony z kraju. W Rzymie otrzymał nominację kardynalską od Jana Pawła II, który powierzył mu przewodnictwo Papieskiej Rady do Spraw Sprawiedliwości i Pokoju Iustitia et Pax. Umarł w opinii świętości, a w 2007 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Historia kardynała stanowi niezwykły przykład heroizmu i miłości, dzięki którym przeżył tragiczne lata więzienia, zaś wielu współtowarzyszy niedoli nawróciło się pod jego wpływem. W jednej z książek ujawniono, co przydarzyło mu się w sierpniu 1977 roku. W sanktuarium w Lourdes „wydało mu się, że słyszy wyraźnie słowa Matki Bożej. Podczas modlitwy przed grotą, w miejscu, gdzie Maryja ukazała się Bernadetcie, popłynęły z jego serca zdania, które czytał wiele razy: «Nie obiecuję ci szczęśliwości na tym świecie, lecz na tamtym». On zaś nadal modlił się i słuchał. Nie wiedział jeszcze, do czego konkretnie odnosiły się te słowa, lecz rozumiał już, że było to powołanie do męczeństwa. Pozostając na kolanach, wyszeptał: «Przez imię Twego Syna, Maryjo, przyjmuję ból i cierpienie»” (A. Valle, Il cardinale Van Thuân, Cantagalli 2009, s. 51-52). Ta historia jest dowodem prawdziwego wewnętrznego głosu.

3. Ksiądz Stanisław Dziwisz, sekretarz Jana Pawła II, obecnie kardynał krakowski, opowiadał o niezwykłym wydarzeniu. Kiedy po zakończeniu konklawe Papież podszedł do niego, „mówił o kardynałach i o swoim wielkim zdziwieniu tym, że go wybrali. Chciał przez to powiedzieć: «Co oni zrobili?!»” (zob. kard. Stanisław Dziwisz, Świadectwo, Warszawa 2007, s. 61).

4. Kardynał Dziwisz opowiadał jeszcze, że tuż przed wyjazdem na konklawe władze komunistyczne zabrały Wojtyle paszport dyplomatyczny i dały zwykły, turystyczny. „Jeden z prowincjonalnych sekretarzy partii powiedział: «Niech jedzie, policzymy się z nim po powrocie»” (tamże, s. 63).

5. Chodzi o dramat Brat naszego Boga poświęcony malarzowi Adamowi Chmielowskiemu, który przybrał imię Brat Albert i zmarł w opinii świętości pośród krakowskich kloszardów. Postać tego artysty odegrała bardzo ważną rolę w młodości Karola Wojtyły i w dokonywanych przezeń wyborach (w: Karol Wojtyła, Poezje, dramaty, szkice, Znak, Kraków 2007, s. 314).

6. Papież wyjaśnił, że takie ułożenie ciała przypomina przede wszystkim moment wyświęcenia na kapłana: „Jest coś dogłębnie przejmującego w tej prostracji ­ordynandów: symbol głębokiego uniżenia wobec majestatu Boga samego, a równocześnie ich całkowitej otwartości, ażeby Duch Święty mógł zstąpić, bo przecież to On sam jest sprawcą konsekracji (...). Mający otrzymać święcenia pada na twarz, całym ciałem, czołem dotyka posadzki świątyni, a w tej postawie zawiera się wyznanie jakiejś całkowitej gotowości do podjęcia służby, jaka zostaje mu powierzona. Ceremonia ta pozostawiła głęboki ślad w moim życiu kapłańskim” (Jan Paweł II, Dar i Tajemnica, Kraków 1996, Wydawnictwo św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, s. 43-44).

7. Zob. André Frossard, Nie lękajcie się. Rozmowy z Janem Pawłem II, Znak, Kraków 1983.

8. George Weigel, Świadek nadziei. Biografia papieża Jana Pawła II, Znak, Kraków 2005, s. 18.


Wyznania przyjaciela

Kardynał Andrzej Deskur był bez wątpienia dla Jana Pawła II jednym z najbliższych ludzi. Od najmłodszych lat wyróżniał się silną osobowością i wielkim talentem. Pochodził ze szlacheckiej rodziny francuskiego pochodzenia, był trzy lata młodszy od Karola. Po ukończeniu studiów prawniczych w 1945 roku odnalazł w powołaniu przyjaciela godny podziwu przykład do naśladowania. Także dzięki Wojtyle odkrył drogę zawierzenia Maryi Pannie, która będzie jego gwiazdą przewodnią przez całe życie.

Tak więc od lat młodości Deskur był dla Wojtyły bratem, a przez pewien okres, w latach II Soboru Watykańskiego nawet jego spowiednikiem: jego życie splotło się w sposób nierozerwalny i enigmatyczny z życiem Papieża.

Kiedy podjąłem próbę nawiązania kontaktu z kardynałem, okazało się, że z uwagi na wiek i chorobę rzadko spotyka się już z ludźmi. Jedynie nieliczni mogli się z nim umówić na krótką rozmowę. Dla mnie, pragnącego zbadać tajemnicę, jaką stanowił Jan Paweł II, kardynał był głównym i najbardziej wiarygodnym świadkiem. Wiedziałem, że szanse na spotkanie są nikłe, tym niemniej postanowiłem zatelefonować do jego sekretarza.

„Dzień dobry, mówi Antonio Socci...”. Od razu przerwał mi młody i serdeczny głos: „Jakże mi miło! Tu ksiądz Stefan, sekretarz kardynała Deskura. Znam pana dobrze...”. Pozytywnie zaskoczony zapytałem, skąd mnie zna, i okazało się, że czytał moją książkę o Medjugorje.

Wyjaśniłem pokrótce powody mojego telefonu. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ksiądz Stefan ustalił ze mną datę spotkania – i to już za parę dni – podczas którego będę mógł się zobaczyć z kardynałem i zadać mu kilka pytań. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Dobrze zapamiętałem tę datę: dzień moich urodzin, 18 stycznia 2008 roku, około 11.00 przed południem.

Ranek tego dnia wstał chłodny, ale pełen blasku błękitnego nieba, na tle którego odcinała się wyraźnie sylwetka Bazyliki św. Piotra. Minąwszy Gwardię Szwajcarską, udałem się do pałacu św. Karola, gdzie znajduje się Żandarmeria Watykańska, po czym wszedłem na piętro zamieszkiwane przez polskiego dostojnika. Na drzwiach dostrzegłem napis chwytający za serce: Dom Maryi. Otworzył mi uśmiechnięty ksiądz Stefan. Po chwili dowiedziałem się, że Papież był tutaj bardzo częstym gościem. W salonie siedziałem nawet w fotelu, który zajmował Jan Paweł II podczas rozmów ze swoim przyjacielem, księdzem Andrzejem, jak go nazywał. Znalazłem się dokładnie naprzeciwko bazyliki, której sylwetka wypełniała całe okno. Na ścianach dostrzegłem wiele fotografii przedstawiających Ojca Świętego, pełnych ekspresji i blasku, jakim zawsze emanował, z jego niezliczonych podróży ze wszystkich stron świata. Prawdziwa epopeja przywodząca na myśl słowa André Frossarda o szoku spowodowanym jego wyborem na Stolicę Piotrową: „Dowiedzieliśmy się, że przybył z Polski. Ale ja odniosłem raczej wrażenie, że pozostawiając swoje sieci na brzegu jeziora, przybył wprost z Galilei, krok w krok za apostołem Piotrem”9.

Kiedy tak oglądałem te zdjęcia, a w mojej głowie kłębiły się myśli, pojawił się kardynał Deskur. Siedział na wózku inwalidzkim, lecz wewnętrzna siła emanująca z jego postaci przywodziła na myśl, podobnie jak w przypadku jego przyjaciela Wojtyły, siłę posągów przedstawiających apostołów na gotyckich katedrach. Twarz miał naznaczoną heroicznie przeżywanym cierpieniem, a surowo błyszczące oczy zdradzały ufność do Matki Bożej, o którą wraz z przyjacielem Karolem bili się niczym średniowieczni rycerze. To jego Królowa, którą kiedyś spotka w raju.

– On żył, modląc się... – tak powiedział o przyjacielu. – Kiedy był w kaplicy, słychać było, jak rozmawia jakby z bliską osobą.

To samo powiedział mi ksiądz Jarek! Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej. Przecież ksiądz Andrzej był przy Wojtyle jeszcze w konspiracyjnym seminarium, które w czasach okupacji hitlerowskiej działało w domu kardynała Sapiehy.

– Kiedy jako seminarzyści przebywaliśmy w kościele na modlitwie, każdy z nas prędzej czy później rozpraszał się, zaczynał się rozglądać dookoła, patrzeć, kto wchodzi. To naturalne zjawisko i dotyczy prawie wszystkich, lecz nie jego. Karol wydawał się być cały czas po tamtej stronie, w innym wymiarze. Przebywał w świecie Boga. Nigdy nie zauważyłem u niego roztargnienia podczas modlitwy. Ta żarliwość cechowała jego życie już wówczas, kiedy będąc studentem, pracował jako robotnik w kamieniołomie, a potem w Solvayu.

Jesienią 1940 roku ciężka praca w kamieniołomach pomagała młodym ludziom uniknąć deportacji10. Jednakże nazwisko Karola i tak znalazło się na czarnej liście nazistów, bo w tamtych tragicznych miesiącach zaangażował się on w konspiracyjny ruch oporu. Nie tylko chodzi tu o udział w wystawianiu sztuk teatralnych kultywujących kulturę narodową (zakazanych przez nazistów chcących zniszczyć i całkowicie przekreślić polską tożsamość), lecz także o działalność w tajnej organizacji, która uratowała tysiące Żydów. Ten aspekt jego życia był przez długi czas nieznany11.

– Rankiem, przed rozpoczęciem pracy i po wyjściu z niej, zatrzymywał się w kaplicy klasztoru, gdzie jeszcze kilka miesięcy wcześniej żyła siostra Faustyna Kowalska. Klasztor znajdował się kilometr od Sol-vayu.

A potem modlitewna żarliwość charakteryzowała go w latach wielkich zadań.

– Tak. Papież modlił się sześć godzin dziennie. To było dla niego jak powietrze niezbędne do oddychania.

Święty Grzegorz z Nareku powiadał: „Jezus, nasz oddech...”. Modlitwa często wiodła go w wymiar tajemnicy...

– Mówił: „Każdego ranka kontempluję tajemnicę, a w ciągu dnia ją rozwijam”.

W świetle tej rewelacji nabiera bardzo głębokiego znaczenia także zainteresowanie Karola Wojtyły św. Janem od Krzyża, któremu poświęcił swoją pracę doktorską. Zresztą w młodości chciał zostać karmelitą...

– Tak, ale kardynał powiedział mu, że najpierw trzeba skończyć to, co się zaczęło. Zresztą Polska potrzebowała kapłanów do swoich parafii...

Podczas okupacji nazistowskiej zginęło wielu księży katolickich. Potem nadeszła okupacja sowiecka, która dopełniła dzieła. W książce Dar i Tajemnica sam Papież nawiązał do tej rzezi chrześcijaństwa z nazistowskiej i komunistycznej ręki, mówiąc o ogromnej liczbie aresztowań i wywózek polskich kapłanów do obozów koncentracyjnych: „W samym obozie w Dachau było ich około trzech tysięcy. A były też inne obozy, jak chociażby Oświęcim, gdzie oddał życie za Chrystusa pierwszy kapłan kanonizowany po wojnie, św. Maksymilian Maria Kolbe. Wśród więźniów Dachau znajdował się Biskup Włocławski Michał Kozal, którego miałem szczęście beatyfikować w Warszawie w roku 1987”.

„Na szczególną pamięć zasługuje – dodał Jan Pa­
weł II – martyrologium kapłanów w łagrach syberyjskich czy n
a terenie Związku Sowieckiego”. Wspomniał szczególnie mu drogiego księdza Tadeusza Fedorowicza, znaną w Polsce postać, któremu – jak napisał Papież – „osobiście bardzo wiele zawdzięczam jako kierownikowi duchowemu. Ks. Fedorowicz, ­będąc młodym kapłanem Archidiecezji Lwowskiej, zgłosił się do swojego Arcybiskupa z prośbą o pozwolenie, aby mógł wyjechać z transportem Polaków deportowanych na Wschód”12.

Aby mieć pojęcie o grozie sytuacji, wystarczy uświadomić sobie kilka faktów: we wrześniu 1953 roku aresztowano kardynała Wyszyńskiego, a tym samym Kościół katolicki został pozbawiony przewodnika. Uwolniono go dopiero w 1956 roku. W okresie jego aresztowania pozostawało w więzieniu lub było pozbawionych możliwości wykonywania misji 9 biskupów, zaś 300 księży i 54 zakonników straciło życie bądź zaginęło. W więzieniu, na wygnaniu lub na zesłaniu przebywało 2700 duchownych. Zamknięto wówczas 2000 kościołów, 840 konwentów i klasztorów, 85 szkół katolickich, wszystkie dzieła miłosierdzia, drukarnie i księgarnie katolickie, a 80 procent dóbr Kościoła uległo konfiskacie13.

To doprawdy niesłychane, że Kościół w Polsce, tak bardzo szykanowany przez nazistów, musiał ­następnie doznać podobnego traktowania od komunistów. Dlatego Papież mówi o „dramatycznej apokalipsie naszego stulecia”, ażeby „uwydatnić, że moje kapłaństwo właśnie na tym pierwszym etapie wpisywało się w jakąś olbrzymią ofiarę ludzi mojego pokolenia, mężczyzn i kobiet”14.

Zrozumiałe zatem, jak bardzo arcybiskup Sapieha potrzebował duszpasterzy.

– Ja też – wyjaśnił mi Deskur – zamierzałem zostać jezuitą, lecz Karol powtórzył mi to, co sam usłyszał od kardynała.

– Znaliście się już przed seminarium?

– To była taka dalsza znajomość, ze względu na koligacje rodzinne...

Przyjaźń i szacunek pomiędzy nimi pogłębiły się później ze względu na miłość, jaką obaj żywili do Matki Bożej. I tak obaj zawierzyli się Jej poprzez formułę pochodzącą od św. Ludwika Marii Grignion de Montforta: „Totus Tuus ego sum et omnia mea Tua sunt. Accipio Te in mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria” („Jestem cały Twój i wszystko, co posiadam, należy do Ciebie. Ciebie przyjmuję we wszystkim, co moje. Daj mi swoje serce, Maryjo”)15. To zawierzenie było tak ważne, iż mottem posługi biskupiej Karola Wojtyły stanie się właśnie początek tej modlitwy: „Totus Tuus”.

To zadziwiające, jaki przemożny wpływ miała Matka Boża na tych dwóch przyjaciół, gotowych dla niej oddać wszystko, własne życie. Pewnie nie wyobrażali sobie nawet, jaki plan dla nich przygotowała. Patrząc po ludzku, nie mieli żadnych możliwości, żadnej nadziei. Żyli przecież w kraju okrutnie wyniszczonym przez wojnę, najpierw dewastowanym przez nazistów, potem ciemiężonym przez stalinowski komunizm, przez dwa totalitaryzmy nieznane przedtem w historii, zdolne do największych zbrodni. A przecież kiedy dzisiaj uświadomimy sobie, jak wielkie rzeczy uczyniła przez nich Matka Boża, poprzez ich ufne i całkowite zawierzenie, nie posiadamy się ze zdumienia. Nie mieli żadnych środków, byli tylko ukrywającymi się seminarzystami. Lecz Królowa proroków – która w swoim Magnificat przepowiedziała, co stanie się w dziejach człowieka od Wcielenia: „Bóg strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych” – uczyniła z tych dwóch młodych ludzi, tajemniczo połączonych (jak później zobaczymy) krzyżem Chrystusowym, promienny znak dla Kościoła, huragan, który zmiótł owo krwawe komunistyczne imperium, nie pozwalając mu zwyciężyć i pociągnąć świat w przepaść.

Spróbujmy zatem prześledzić, jak przebiegał ten cudowny, sekretny plan Maryi wobec dwóch młodych kapłanów. W tym miejscu musimy się cofnąć w przeszłość. Oto kardynał Sapieha, który z uwagi na ubóstwo swojego kraju nie mógł uiścić denara św. Piotra, daniny na rzecz papiestwa, wysłał do Rzymu, do posługi u Piusa XII, „swojego najlepszego kapłana”.

Ksiądz Andrzej Deskur był rzeczywiście nadzwyczajną osobowością, przede wszystkim pełnym pasji teologiem, a ponadto, jak wspomniałem, ­absolwentem prawa. To pierwszy polski ksiądz pracujący dla Stolicy Apostolskiej. Przybył do Rzymu 27 listopada 1952 roku, w święto Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika. Poproszony o zajęcie się komunikacją społeczną, wykonywał pracę o niebywałym znaczeniu, otwierając szeroko misję papiestwa na nowe środki masowego przekazu (radio i telewizję). Przez wszystkich był szanowany i traktowany wielce życzliwie. Jan XXIII zamierzał nawet uczynić go swoim sekretarzem. Godność kardynalską otrzymał od Jana Pawła II, zaś po przejściu na emeryturę zajął się Papieską Akademią Niepokalanej.

Od momentu opatrznościowego wysłania go do Watykanu, Deskur stał się dla Karola Wojtyły punktem odniesienia we wszystkich kwestiach dotyczących Stolicy Apostolskiej, i to coraz ważniejszym, ze względu na to, iż Wojtyła coraz częściej udawał się do Rzymu w związku z pełnioną funkcją biskupa i udziałem w pracach soborowych. Ksiądz Andrzej był ekspertem jego ekscelencji Wojtyły na II Soborze Watykańskim.

Innym przykładem ich braterskich relacji niech będzie to, iż ksiądz Deskur udał się osobiście do Collevalenza, do matki Nadziei, charyzmatycznej kobiety wiodącej święte życie, ażeby dowiedzieć się, jakie przeszkody blokują rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego siostry Faustyny Kowalskiej16, który tak leżał na sercu biskupowi krakowskiemu. Pojawiły się bowiem pewne problemy w Świętym Oficjum. Matka Speranza poradziła, aby zwrócić uwagę na tłumaczenia z języka polskiego dziennika młodej mistyczki. I rzeczywiście, tutaj właśnie tkwił problem. Oto pewnego dnia podczas soboru Deskur przedstawił Wojtyłę kardynałowi Ottavianiemu: „Eminencjo, to jest właśnie nasz krakowski biskup”. „Taki młody?” – zdziwił się prefekt kongregacji. Na to Wojtyła, istotnie mający wówczas dopiero 40 lat, z uśmiechem przytomnie odpowiedział: „To wada, która szybko minie”. Dzięki temu spotkaniu, po poprawieniu tłumaczeń dzienniczka siostry Faustyny, Ottaviani cofnął watykańskie weto i w Krakowie mógł się rozpocząć proces beatyfikacyjny polskiej mistyczki, którą potem Karol Wojtyła osobiście kanonizował w roku 2000, już jako papież Jan Paweł II, opromieniając jej wielkim blaskiem cały Kościół.

Jednakże, aby zrozumieć, jak bardzo początkowo było niezrozumiałe znaczenie tej świętej i głoszone przez nią przesłanie Bożego Miłosierdzia, przypomnijmy, że po przybyciu do Watykanu Deskur zawiesił na ścianie swojego mieszkania obraz Jezusa Miłosiernego, lecz z uwagi na postawę Świętego Oficjum musiał go wkrótce zdjąć.

Również w wielu innych okolicznościach Deskur pomagał przyjacielowi, jak na przykład w 1962 roku, kiedy dostarczył Ojcu Pio list, w którym Wojtyła prosił kapucyna o modlitwę w intencji uzdrowienia Wandy Półtawskiej. Do tego bardzo znanego epizodu, czy raczej cudu, jeszcze powrócimy, gdyż i w nim tkwi tajemnica wymagająca wyjaśnień.

Jednak przede wszystkim ksiądz Andrzej, dosłownie mówiąc, oddał całego siebie Matce Bożej, ze względu na misję, jaką miał do spełnienia jego przyjaciel, dla Kościoła, Polski i świata. Taki właśnie jest sens tajemniczej zbieżności jego nagłej, strasznej choroby i wyboru Jana Pawła II: ofiarowanie cierpienia, by chronić przyjaciela będącego papieżem.

Za każdym razem, kiedy Karol Wojtyła przyjeżdżał do Włoch, od wielu już lat, biskup Andrzej zawsze towarzyszył mu w modlitwie w którymś ze sanktuariów. Odwiedzili ich razem bardzo wiele, niektóre kilkakrotnie: „W szczególności kardynał chętnie udawał się na grób św. Marii Goretti, którą wskazywał jako przykład dla młodych polskich kobiet”.

Zatem na kilka dni przed drugim konklawe, 8 października 1978 roku, dwaj przyjaciele, wracając do Rzymu, zatrzymali się w miejscowości La Storta, u wrót miasta, gdzie św. Ignacy Loyola miał słynną wizję. Nad wejściem do kaplicy widniały słowa, jakie święty wówczas usłyszał: „W Rzymie będę wam łaskawy”.

Kiedy kardynał Wojtyła z niej wyszedł, zapytał żartobliwie Deskura, jak rozumie te słowa, a ten odparł bez wahania: „Bóg będzie ci łaskawy w twoim pontyfikacie”. Wojtyła zbył uśmiechem to stwierdzenie. W rzeczywistości tak właśnie się stało. Lecz żaden z nich nie wiedział, że owo błogosławieństwo niebios będzie związane również z ogromnym poświęceniem, którego Pan zażąda właśnie od księdza Deskura w związku z misją jego przyjaciela. I oto dwaj bracia zostali w tajemniczy sposób jeszcze bardziej złączeni, stając się jednym z Odkupicielem, Chrystusem Ukrzyżowanym.

Po przyjeździe do Rzymu pożegnali się i rozdzielili: kardynał Wojtyła udał się do swojego ulubionego sanktuarium w Mentorelli, by tam modlić się ­i przygotować do konklawe, zaś biskup Deskur poszedł odprawić mszę. Zaraz potem doznał wylewu, który przygwoździł go na zawsze do wózka inwalidzkiego. Znaleziono go w domu, leżącego na podłodze. Jego stan zdiagnozowano od razu jako bardzo poważny.

Kardynał Wojtyła dowiedział się o chorobie przyjaciela 14 października, w chwili, gdy po powrocie z Mentorelli wchodził do Watykanu. Ledwie miał czas na krótką wizytę w klinice Gemelli, zaraz musiał się udać na konklawe.

Z tego konklawe dwa dni później, 16 października, wyszedł już jako papież, niezwykle młody, którego siła i charyzmat od razu zadziwiły cały świat, a przede wszystkim zaniepokoiły komunistyczne imperium, którego polska część wybuchła radością.

Deskur był w tym czasie w szpitalu, bardzo poważnie chory i właściwie nikomu nieznany. Po południu 16 października wróciła mu świadomość. W tej samej chwili ogłoszono imię nowego papieża. To wystarczyło, by pojął, co się wydarzyło, potem znów stracił przytomność.

Aby zrozumieć, jak bardzo Karol Wojtyła podczas tego konklawe myślał o przyjacielu, wystarczy przytoczyć dwa fakty. Pierwszy to świadectwo doktora Renato Buzzonettiego, który zostanie później osobistym lekarzem Papieża. Doktor wspomina, że jego pierwsze spotkanie z Wojtyłą miało miejsce właśnie po wyjściu kardynałów z Kaplicy Sykstyńskiej zaraz po dokonaniu wyboru. Buzzonetti był wówczas lekarzem na konklawe, zaś nowy papież wychodził z kaplicy otoczony hierarchami. Po słynnym powitaniu z balkonu Bazyliki św. Piotra, po powrocie do Sali Królewskiej, Jan Paweł II przywitał się z przewodniczącymi, po czym zwrócił do lekarza z pytaniem o stan swojego przyjaciela, biskupa Deskura.

Drugie wydarzenie: jeszcze tego samego wieczoru Jan Paweł II miał pierwsze nieprzewidziane, konspiracyjne wyjście z Watykanu – pierwszy z długiej serii wyłomów w protokole. Poszedł odwiedzić chorego przyjaciela w szpitalu. Niespodziewana wizyta Ojca Świętego spowodowała nieco zamętu. Lekarze przedstawili mu poważny stan pacjenta, niedający praktycznie żadnej nadziei. Przyjaciel pogrążył się w modlitwie, po czym pewnym głosem powiedział do lekarzy: „Matka Boża nam go zwróci...”.

Nie było to tylko życzenie, wydawał się to wiedzieć... W świetle nowych rewelacji można przypuszczać zaś, że od samej Matki Bożej dowiedział się o poświęceniu przyjaciela, które będzie towarzyszyć jego pontyfikatowi.

„Wojtyła znał moje relacje z Bogiem” – powiedział mi Deskur. Istotnie, kardynał Dziwisz ujawnił ostatnio wyznanie Papieża dotyczące tej chwili przed konklawe, gdy dostał wiadomość o wylewie przyjaciela: „Wiele lat później Karol Wojtyła, jako Papież, wspominał niespodziewaną chorobę biskupa Deskura mówiąc, iż była ona znakiem, który dał mu wiele do myślenia. W jego życiu pojawiało się więcej takich znaków. Kiedy miał udać się na konsystorz kardynalski, jeden z jego najbliższych przyjaciół, ksiądz Marian Jaworski (obecnie kardynał i metropolita lwowski obrządku łacińskiego), miał wygłosić w jego zastępstwie rekolekcje dla kapłanów. Podczas podróży pociągiem doszło do strasznego wypadku, w którym ksiądz Jaworski stracił rękę. Potem, w przededniu konklawe, ciężko zachorował biskup Deskur. Tak jakby jego ­wybór na Papieża, mawiał Ojciec Święty, wiązał się w jakiś przedziwny sposób z cierpieniem przyjaciela”17.

Istotnie, Jan Paweł II doskonale wiedział, jak wielki walor i ogromną moc ma ofiara złożona z cierpienia. Dotykamy tutaj najbardziej czułej i głębokiej tajemnicy chrześcijaństwa, w której wszyscy wierzący tworzą jedno ciało i mogą się nawzajem wspierać, nosząc ciężary jedni drugich (to możliwe także pomiędzy żywymi i umarłymi: śmierć nie stanowi już bariery). W jakiś sposób jest to tajemnica samego odkupienia, dopełnienia cierpienia Chrystusa, tajemnica krzyża, na którym Syn Boży wziął na siebie cały grzech i zło świata, zbawiając ludzkość. Poprzez tajemną moc krzyża Chrystusowego każdy chrześcijanin otrzymał moc złączenia własnych modlitw, ofiar i cierpień z tym jedynym Cierpieniem, aby w ten sposób otrzymać niezmierzone łaski, ochronę i błogosławieństwo dla braci.

Dla młodego Papieża koincydencja pomiędzy jego wyborem a nagłym krzyżem przyjaciela nie była z pewnością przypadkowa. Tamtego wieczoru, w szpitalu, wyszeptał: „Z całego serca zawierzam cię Bożemu Miłosierdziu...”, przywołując w ten sposób to wszystko, co ich łączyło: najpierw Matkę Bożą, a potem Jezusa Miłosiernego, dla których poświęcili się razem w młodości.

„Nie sposób opisać ich jedności komuś, kto nie zaznał przyjaźni chrześcijańskiej, będącej doprawdy rzeczą nie z tej ziemi” – twierdzą ci, którzy ich ­poznali. Przyjaźni tak głębokiej, dojrzałej, heroicznej. „Nawet kiedy już byli starzy i bardzo chorzy, wystarczało im spojrzenie, żeby się wzajemnie rozumieć, żeby sercem zgłębiać te niedostępne innym rejony, gdzie strzegli obrazu Matki Bożej, która od młodości połączyła ich jako swoich nieposkromionych rycerzy”.

Jeszcze owa tajemnicza komunia łącząca chrześcijan w jedno ciało. Karol dobrze wiedział, jak wielką pomocą i ochroną była dla jego misji tajemna ofiara złożona przez księdza Andrzeja.

Podczas jednej z audiencji w roku 1994 Jan Paweł II powiedział do pewnego księdza, przyjaciela kardynała Deskura: „Ojcze, chcę, aby wiedziano, że ja jestem taki, ponieważ ksiądz Andrzej jest taki”. Papież zawsze prosił, aby ksiądz Stefan otaczał księdza Andrzeja taką opieką, jak gdyby chodziło o niego samego. W 2004 roku, w dzień św. Andrzeja, jak w każde imieniny Deskura, Ojciec Święty udał się na obiad do przyjaciela, podczas którego zadedykował mu toast za to, że „Kościół zawdzięcza mu tak wiele, i to nie tylko Kościół polski... my wszyscy, którzy jesteśmy tu obecni, zawdzięczamy to księdzu Andrzejowi”. Apostoł Andrzej był bratem Piotra, pierwszym, który wraz z Janem spotkał Chrystusa, i tym, który zaprowadził Piotra do Niego. Deskur i Wojtyła często żartowali na temat tej ewangelijnej analogii. Papież wspominał aluzyjnie, że to Andrzej zaprowadził Piotra do Jezusa, zaś Deskur powiadał: „Tak, ale potem św. Piotr zaprowadził Andrzeja do Jezusa na wieczność”.

Kiedy w 1962 roku Deskur, który pośredniczył w kontaktach z Ojcem Pio w sprawie Wandy Półtawskiej, nie mógł zawieźć listu z powodu ­pierwszego zawału, zakonnik powiedział administratorowi Bat­tistiemu, aby ten przekazał duchownemu, że wyzdrowieje i będzie długo służył Stolicy Apostolskiej.

– Według Eminencji Ojciec Pio wiedział, co się stanie? - zapytałem kardynała Deskura.

Odpowiedział mi z mocą:

– Wiedział, że zostanę kardynałem i będę działał w kurii.

Następnie wróciliśmy do rozmowy o modlitwie Karola Wojtyły i kardynał wyjawił mi wreszcie tajemnicę:

– On miał dar modlitwy wlanej, szczególny dar od Boga objawiający się podczas modlitwy.

– Od kiedy?

– Od dwudziestego szóstego roku życia.

A zatem wszystko zaczęło się w 1946 roku, kiedy przyjął święcenia kapłańskie. Jakaż tajemnica ujawniła się w tamtych miesiącach? Jest nam znany pewien istotny szczegół: właśnie w tym okresie młody Karol zetknął się z wielkim mistykiem, św. Janem od Krzyża, o którym usłyszał od innego nieznanego szerzej mistyka, Jana Tyranowskiego18.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.