Tajemnica medalionu - Joanna Svensson - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica medalionu - Joanna Svensson

Odziedziczony przez Julię medalion okaże się kluczem do wyjaśnienia wielu losów ludzkich, a jednocześnie otworzy drzwi do jej nowego życia.

 

Czterdzieści lat to dla kobiety magiczna liczba. Kobiety w tym wieku chcą być pożądane i atrakcyjne. Niemniej jednak zdają sobie sprawę z tego, że to półmetek ich życia. Niektóre godzą się ze stagnacją i monotonią życia rodzinnego, ale w marzeniach chciałyby, aby coś się zmieniło. Są też i takie, jak Julia, która mimo że niczego nie planuje, przeżyje raz jeszcze wielką miłość. Będzie uwielbiana, kochana i wynoszona ponad wszystko.

 

W tej książce historia łączy się z teraźniejszością, a perypetie bohaterki przeplatane są z wątkami kulturowymi i obyczajowymi Polski, Szwecji, Niemiec i Izraela.

 

 

Joanna Svensson urodziła się w Warszawie w 1955 roku. Od trzydziestu ośmiu lat mieszka poza granicami Polski. Po wyjeździe mieszkała w południowej Szwecji, by po latach przeprowadzić się do północnych Niemiec, gdzie przebywa od piętnastu lat. Powieść „Tajemnica medalionu” jest debiutem literackim autorki. Przez lata emigracji poznała wiele interesujących osób, a w szczególności kobiety, które tak jak ona były cudzoziemkami w krajach, w których żyły. To właśnie fascynacja ich różnymi, czasami lepszymi, a czasami gorszymi losami była inspiracją do napisania tej książki.

Opinie o ebooku Tajemnica medalionu - Joanna Svensson

Fragment ebooka Tajemnica medalionu - Joanna Svensson




Strona redakcyjna


1.

Ostatni dzień sierpnia i przepiękne zachodzące słońce. Olbrzymie, czerwone jak zaczarowana ognista kula. Niedługo wtopi się w horyzont, aby potem zniknąć w morzu.

– Boże, jak tu pięknie – wzdycham, patrząc przymrużonymi oczyma na tę małą zatokę w Sandviken otoczoną jałowcami i kwitnącym wrzosowiskiem.

Na piaszczystej, malutkiej plaży siedzi chłopak z dziewczyną. Objęci tulą się do siebie. Pewnie o całym świecie zapomnieli.

– Boże, jak tu pięknie – mówię jeszcze raz sama do siebie, prawie krzycząc.

Zakochani z plaży odwracają się w moją stronę i śmiejąc się, machają do mnie. Pewnie mnie poznali. W końcu na tej małej wysepce w archipelagu Karlskrony znają się ze sobą prawie wszyscy. Jestem jedyną Polką, jaka tu mieszka. „Ściska mnie w dołku”, bo przypomina mi się historia Hanny, „mojej przyszywanej babci-matki” na obczyźnie. Z pewnością obydwie trafiłyśmy tu zrządzeniem losu. Tylko w różnym czasie. Ona jako dojrzała kobieta, a ja młoda dziewczyna – trzydzieści lat później. Czuję, że łzy lecą mi po policzkach. Wycieram je ukradkiem rękawem. Głęboko oddycham, czując fizyczny ból w sercu. To zaledwie jedenaście miesięcy jak zmarła. Była mi bardzo bliska. Może nawet wtedy, gdy żyła, nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo.

W ogóle to całkiem niesamowita historia – myślę, patrząc na zatokę. Słońce prawie zaszło, widać tylko jeszcze jego mały kawałeczek, ale niebo jest niesamowite. Chmury w kształcie postaci i tak jakby to była droga do nieba oświetlona czerwono-złocistymi promieniami. Przymykam oczy i widzę sama siebie wchodzącą na tę drogę. Może to szlak do raju – myślę. Pójść dalej czy zawrócić? – zastanawiam się.

Z zamyślenia wyrywają mnie znajome głosy Andersa i Karin.

– Co, znowu śnisz na jawie, Julio?

– Bo ja wiem? – odpowiadam zażenowana. – Pewnie głęboko się zamyśliłam, bo tu tak pięknie, że aż dech zapiera... i to niesamowite dzisiaj niebo. Tak jakby to była droga do raju, zobaczcie – Wskazuję wyciągniętą ręką.

– To tylko chmury – stwierdza Anders. – Masz bardzo wrażliwą duszę. Ja tam nic nie widzę.

Karin posyła mu zimne spojrzenie i delikatnie kopiąc go w piętę, daje mu do zrozumienia, żeby się wycofać.

Udaję, że nic nie widzę.

– To fantastyczne miejsce, tu w Sandvinken, i ten olbrzymi, granitowy kamień. Chyba jest zaczarowany i ma niesamowitą moc. Od przeszło dwudziestu lat przyjeżdżam tu na rowerze w każdy wolny wieczór, kiedy jest ładna pogoda. Zawsze mam termos z kawą i coś do pisania.

– Wiemy, wiemy, marzycielko, i z pewnością blok w kratkę – mówi Anders, serdecznie uśmiechając się do mnie.

– Skąd o tym wiesz? – pytam zakłopotana.

– Od Mattiasa – mówi Anders, drapiąc się po głowie. – Przecież twój syn wie, że wiersze piszesz tylko na papierze w kratkę.

– Wiersze, wiersze, jakie tam wiersze – odpowiadam. – Nie lubię tego słowa. To moje odczucia, wrażenia, moje myśli, które przelewam na papier. A to, że piszę na papierze w kratkę, to chyba przypadek związany z moimi młodymi latami. Gdy miałam czternaście lat, zakochałam się w jednym z Beatlesów – Johnie Lennonie. Wiadomo, to beznadziejna miłość bez żadnych szans. Ale to była pierwsza, platoniczna, miłość nastolatki. Wtedy to na lekcji matematyki spojrzałam w okno i ogarnęła mnie nostalgia. Była piękna jesień. Liście opadały z drzew, a ja myślałam tylko o Johnie Lennonie. Sama nie wiem dlaczego, ale zaczęłam pisać w zeszycie do matematyki list do „ukochanego”. Ten zeszyt mam nawet do dzisiaj, chociaż kartki papieru całkiem pożółkły. A list zaczynał się tak:

„Wiatr strąca liście z drzew, a ja do Ciebie list piszę...”.

Milknę na chwilę zażenowana. Poprawiając spódnicę, o mało nie spadam z kamienia.

– Tak to właśnie się zaczęło – mówię – z tym pisaniem na papierze w kratkę. Listy też zawsze piszę na takich kartkach.

– Dobrze, Julio – mówi Karin z zaciekawieniem. – Ale co dalej?

– No właśnie, co dalej? – przyłącza się Anders.

– Usiądźcie na chwilę. Nie stójcie nade mną, to opowiem wam całą historię.

Siadają obok mnie, tuląc się do siebie, i prawie jednocześnie mówią:

– Jakie to romantyczne.

Wybuchamy na cały głos śmiechem, aż pływające łabędzie zrywają się do lotu.

– Dobrze, opowiem, chociaż nie mogę powiedzieć, że to było romantyczne. Nauczyciel matematyki „nakrył” mnie na pisaniu tego wiersza. Dostałam dwóję z zachowania, uwagę do dzienniczka i wyleciałam za drzwi.

– No i co było dalej, Julio, z tym pisaniem?

– Nic. Mama podpisała uwagę. Za dwóję nie dostałam tygodniowego kieszonkowego i to właściwie wszystko. Po jakimś czasie, już wiosną, spotkałam swoją drugą, już nie platoniczną, miłość. Stefan był o parę lat starszy ode mnie. Dla niego też napisałam wiersz, tylko już nie na lekcji matematyki. Pamiętam, że pocałował mnie w Ogrodzie Botanicznym w Warszawie, ofiarowując mi bukiecik fiołków. Był to mój pierwszy pocałunek w życiu.

– Boże, jakie to romantyczne, Julio – mówi Karin, głęboko wzdychając i teatralnie przewracając oczyma.

– Uspokój się, Karin – przerywa jej Anders. – Za te teatralne wygłupy czuje się prawie urażony.

– Co, trafiłam? – odgryza się Karin.

– Nie o to chodzi – odpowiada Anders. – Chcę tylko powiedzieć, że szwedzkie dziewczyny są same sobie winne. Z jednej strony chcą, aby mężczyzna był Don Juanem i je zdobywał, zabiegał o ich względy, a z drugiej strony są takie wyemancypowane. Mężczyzna wypada z roli i nie czuje się kogutem.

– Przestańcie się kłócić – przerywam tę burzliwą dyskusję. – Chcecie wiedzieć, co było dalej? Tak czy nie?

– Tak, tak, chcemy – odpowiadają, sadowiąc się wygodniej na kamieniu.

– Chłodno się robi. Zdejmijcie z mojego roweru koc i poncho, to się trochę przykryjemy.

– Dobrze, ja je przyniosę – mówi Karin i odwracając się do Andersa, posyła mu w powietrzu pocałunek.

– A może rozpalimy ognisko w tym dołku obok kamienia? – proponuję.

– A wtedy to już będzie bardzo romantycznie – to powiedziawszy, Karin, śmiejąc się, zatacza się w tańcu, trzymając się sama w objęciach.

Anders wstaje ociężale i przeciągając się, mówi półgłosem sam do siebie:

– Och, te baby.

– Nie zapomnij wiadra z wodą – woła za nim Karin.

Po chwili pali się ognisko. Jest przyjemnie i przytulnie.

– Prawie jak na koloniach – wzdycham z rozrzewnieniem.

– Co powiedziałaś, Julio? Co to są kolonie?

– Ach, Anders, nie wiem, czy będę umiała ci to wytłumaczyć, bo nie orientuję się, czy w Szwecji jest odpowiednik kolonii. Na dodatek to było tyle lat temu... Wiesz, że urodziłam się w Warszawie, stolicy Polski. Jako dziecko miastowe wysyłano mnie i moje rodzeństwo na kolonie, to znaczy takie urlopy wypoczynkowe, tyle tylko, że bez rodziców. Wyjazdy te organizowały zakłady pracy czy też związki zawodowe. Dokładnie nie pamiętam, bo to przeszło dwadzieścia pięć lat temu w komunistycznej Polsce. Teraz jest tam demokracja, ale tak naprawdę w polskiej polityce nie bardzo się orientuję. Kocham ten kraj mojego urodzenia, życzliwość i gościnność mieszkających tam ludzi, ale za rzadko tam bywam, aby wiedzieć, jakie zmiany socjalne tam zaszły.

– Chcemy słuchać dalej, jak było z tym pisaniem wierszy – mówi Karin, kładąc delikatnie palec na ustach Andersa, aby nie zadawał kolejnych zbędnych pytań.

– Dobrze – odpowiadam. – Skończyliśmy na wierszu dla Stefana i fiołkach w ogrodzie botanicznym. Bardzo często pisałam wiersze, wierszyki i zapisywałam swoje myśli, wrażenia i odczucia. Zawsze na papierze w kratkę. To jest trudno wytłumaczyć, ale czasem wystarczył uśmiech kwiaciarki, która na rogu Nowego Światu sprzedawała konwalie, moje ulubione kwiaty. Czy też jesienne liście wirujące w powietrzu. Bardzo często były to właśnie spostrzeżenia dotyczące przepięknej natury, gdziekolwiek byłam – czy to były góry, lasy, doliny, morze czy też jeziora. Z czasem było tego coraz więcej. Swoje zapiski przechowywałam w pudełku po butach, a na wierzchu kładłam co roku nowe kasztany... Boże, zrobiło się już prawie ciemno – wołam, wstając i prostując nogi. – Per pewnie się denerwuje, że mnie tak długo nie ma. Nawet nie wiem, która jest godzina, bo zapomniałam zegarka.

– No i co z tego – mówi Anders, również wstając. – Ja też nie mam zegarka. Gdy idę na plażę, nigdy go nie biorę, aby się nie stresować, skoro mam wolne. Zresztą Per wie, gdzie możesz być. Tu, na swoim kamieniu w Sandviken, albo u Albina. Per wie, że jest mu ciężko po śmierci Hanny.

– Mnie też – dodaję, wzdychając. – Chociaż wiem, że to dla niej lepiej, to mimo wszystko mi jej brakuje.

– Julio, proszę cię, powiedz, jak ty się znalazłaś w Szwecji? – mówi Karin, otulając się moim poncho.

– Nie bądź ciekawa – wtrąca się Anders.

Karin przerywa mu, mówiąc:

– To pewnie romantyczna historia, taka jak z filmu.

Anders zaczyna się śmiać.

– Dobrze, dobrze. Może ty, Karin, napiszesz książkę albo film nakręcisz – mówi i śmieje się w głos.

– Przestańcie! – przerywam. – Nie chcę, abyście się przeze mnie pokłócili.

– Dobrze, już będziemy cicho – mówią prawie jednocześnie.

Tym razem Karin się śmieje, nie mogąc się opanować, aż dostaje czkawki.

Anders odchodzi parę kroków dalej, aby zapalić papierosa. Widzę, że trochę się zdenerwował.

– Co ty, znowu palisz? – dziwi się Karin. – Przecież miałeś palić cztery dziennie, a ten jest już piąty.

– Wiem, wiem, ale siła wyższa – odpowiada. – Julio, chciałbym powiedzieć ci coś na temat romantyczności. Karin mi powiedziała, że nie jestem romantyczny, że powinienem do niej pisać listy czy przynosić jej czasami bukiet polnych kwiatów, tak jak tobie Per. No ale sama powiedz, po co mam pisać listy, skoro Karin mieszka dwa domy ode mnie. Wiosną przyniosłem jej nawet bukiet żonkili. Najpierw się bardzo ucieszyła, ale potem mnie obleciało, bo moja babcia się pożaliła, że jej wszystkie żonkile wyciąłem, chociaż wcześniej sama na to pozwoliła.

– Tak, ale nie pozwoliła ci, żebyś wyciął wszystkie. Mogłeś mi tylko jeden przynieść i też bym się ucieszyła.

– Tak, tak. Pewnie byś powiedziała, że jestem chytry. Chcia-łem ci dać bukiet mleczy, ale byś pomyślała, że to dla twojego królika Miglansa.

– Anders, bądź takim, jakim jesteś. Romantyczność to pojęcie względne. Najważniejsza jest prawdziwa miłość. Uczucie się liczy.

– Julio, ty masz rozsądną odpowiedź na wszystko. No... prawie na wszystko – dodaje pospiesznie.

– Anders, wiesz, jestem sporo starsza od was i może mam po prostu więcej doświadczenia. Być może jestem bardziej wrażliwa na niektóre odczucia i doznania, ale ludzie są przecież różni. I to jest właśnie dobre, bo wtedy można podyskutować. Najważniejsze jest, aby umieć się cieszyć tym, co się ma. Kochać siebie. A jeżeli chcemy coś zmienić, to trzeba stanąć przed lustrem i zacząć od tej osoby, którą w lustrze zobaczymy, czyli od siebie. Jeżeli nie będziesz kochać siebie, to też nie będziesz mógł dać miłości. Mówię tu o prawdziwej miłości, a nie o seksie.

Anders patrzy na Karin, poruszając ustami:

– Jag älskar dig – wyszeptał, położył rękę na sercu i ukląkł na piasku.

Karin patrzy na niego dużymi oczyma jak dziecko w Julafton na choinkę.

– Tylko się nie śmiej. – Grożę Karin palcem. – Anders jest na swój sposób romantyczny i na pewno cię kocha.

– Jävla skit! – słyszymy z oddali.

Odwracamy się odruchowo. Ktoś przewrócił się na rowerze. Wstaje, otrzepuje się i zbiera jakieś rzeczy.

Podnosimy się i idziemy pomóc.

– To ja, Per – słyszymy. – Wiedziałem, że cię tu znajdę, bo u Albina cię nie było. Dzwoniłem, ale mi powiedział, że byłaś krótko. Posiedziałaś pół godziny i pojechałaś do Sandviken. Aha, Albin dziękował za kanelbullar.

Idziemy w stronę kamienia. Per podrapał sobie kolana, bo wpadł w jałowce. Chciał sobie skrócić drogę, ale jest już dość ciemno i widoczność była kiepska.

– Mam termos z kawą i parę kanelbullar – mówi Per. – Ale mam tylko jeden kubek.

– Ja też mam termos, więc są już dwa kubki... I jedną plastikową szklankę.

– Nie wiedziałem, że ty też brałaś ze sobą termos.

– Tak, wzięłam – odpowiadam. – Chciałam razem z Albinem wypić kawę i zjeść bułeczki, ale jak przyszłam do niego, to był już po kolacji, więc trochę z nim posiedziałam i przyjechałam tutaj. Nie chciałam cię budzić, Per. Spałeś na górze, w pokoju telewizyjnym, a tak chrapałeś, że słychać cię było na dworze koło garażu.

– Ukoił mnie zapach twoich specjałów, Julio – mówi Per, głaszcząc mnie po policzku. – No i zapach twojego śliwkowego ciasta... Czy to ciasto było dla któregoś z twoich podopiecznych, czy dla nas? – pyta po chwili. – Bo już jednej trzeciej blachy nie ma – wyjawia. – Mattias z Eveliną się dobrali. No i ja też – dodaje z uśmiechem.

– Nie, to wszystko dla nas, Per. Trzeba tylko trochę zamrozić, bo nam obeschnie.

– Twoja mama się tym zajęła. Kazała mi po ciebie jechać, bo robi się ciemno. Nie wiedziałem, że nie jesteś sama.

– Ja też nie wiedziałam, że nie będę – mówię z uśmiechem, patrząc na Karin i Andersa. – Spędziliśmy dwie godziny na bardzo kreatywnych rozmowach... Boże, Anders, przynieś jeszcze trochę drewna z plaży, bo nam zagaśnie to ognisko – dodaję.

– Dobra, dobra, już lecimy – odpowiada, widząc, że również Per podniósł się z miejsca.

Mężczyźni pobiegli na plażę, a my z Karin rozłożyłyśmy koc obok kamienia.

– Ten olbrzymi kamień, właściwie wystająca skała – mówi Karin – to jak jakaś półka albo stół.

– Nie, Karin. To jest zaczarowany kamień. Kamień siły. Kamień--przyjaciel. On zna moje marzenia, pragnienia, tęsknoty.

– O Boże, Julio, jaką ty jesteś marzycielką.

– Cicho, Karin – mówię półgłosem. – Idą z powrotem.

Jest piękna noc. Pełnia księżyca. Płonące ognisko. Żyć nie umierać. Pijemy kawę w milczeniu, tylko w oddali słychać motor małego rybackiego kutra. Dwa nietoperze latają zwabione naszym ogniskiem. Jest bezwietrznie i ciepło. Czuję się bezpieczna. Czuję się szczęśliwa na wyspie moich marzeń.

– Hej, Julio! Co ty, znów się zamyśliłaś?

– Tak troszkę. Tak tu przyjemnie i bezpiecznie.

– Cieszę się, że masz takie odczucie – mówi Per. – Jestem dumny z tego, że się tak dobrze zaaklimatyzowałaś i twoja druga ojczyzna podoba ci się jak twoja ukochana Warszawa i cała Polska.

– Per, wiesz, że przez pierwszy rok bardzo tęskniłam i miałeś ze mną problemy. Twoi rodzice dużo nam wtedy pomogli.

– Tak, to prawda, ale ty też byłaś na wszystko otwarta. Chciałaś nauczyć się wszystkiego, aby być jedną z nas.

– I tak z rozpędu nauczyłaś się więcej niż umiemy my, rodowici mieszkańcy wyspy – wkręca się do rozmowy Karin.

– A ty skąd wiesz? – pytam. – Taka młoda jesteś.

– Moja mama i babcia mi mówiły. Wiesz, na wyspie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.

– Per, masz jeszcze jedną kanelbullar? – pyta Anders.

W ciemności prawie go nie widzę.

– A ty gdzie byłeś? – pytam chłopaka. – Nawet nie widziałam, jak odszedłeś.

– A co, mam ci mówić, jak idę siusiu?

– Nie, oczywiście, że nie, tylko nie wiedziałam, że wstałeś.

– Pewnie byłaś zamyślona albo marzyłaś. To przecież twoja noc: pełnia i bezwietrznie.

– Per, masz zegarek? Która jest godzina?

– Nie, nie mam ze sobą. A wy co? Nikt z was nie ma zegarka?

– Nie, naprawdę nikt z nas nie ma – odpowiadamy niemalże chórem.

Per, patrząc w stronę księżyca, mówi:

– Z pewnością jest koło północy albo troszkę później.

– Posiedźmy jeszcze trochę. To magiczna noc. Tak tu pięknie i spokojnie.

Siedzimy w milczeniu, patrząc na zatokę. Łabędzie wróciły i przytulone do siebie bielą się w pełni księżyca. Mam takie odczucie, jakby czas stanął w miejscu. Jestem szczęśliwa, młoda i niewinna. Nie dopuszczam do siebie myśli, że za trzy miesiące skończę czterdzieści lat.

– O Boże, jaki to krótki czas – nieopatrznie mówię głośno.

Wszyscy patrzą na mnie, jakbym spadła z księżyca.

– Julio, a z tobą co jest? O jakim krótkim czasie mówisz?

Zmieszana patrzę przed siebie. Mówię powoli:

– Za trzy miesiące skończę czterdzieści lat.

– Co? To chyba niemożliwe – mówi Karin. – Ty wyglądasz tak na trzydzieści do trzydziestu pięciu lat.

– Karin, dobrze by było, ale tak nie jest. Pomyśl, Mattias skończy pod koniec tego miesiąca dziewiętnaście lat, a urodziłam go, jak miałam dwadzieścia jeden.

– No tak, zgadza się, ale mimo wszystko nie wyglądasz na swój wiek.

– Dziękuję za komplement. – Uśmiecham się. Dokładam do ognia kawałek drewna i powoli podnoszę się, aby trochę się rozruszać. – Wiecie, te dwa wypadki rozłożyły mnie dokumentnie. Myślałam, że się pozbieram, ale jakoś strasznie powoli do siebie dochodzę.

– O jakich wypadkach mówisz, Julio? – w ciemnościach odzywa się głos Andersa.

– Anders, a ty gdzie znowu jesteś?

– W jałowcach – odpowiada. – Opiłem się kawy i znów mi przybrało.

– Mówię o dwóch, bo jeden miałam w pracy. I kiedy już wszystko było na dobrej drodze, jadąc na przedostatnią rehabilitację do Karlskrony, miałam poważny wypadek samochodowy i wszystko się pogorszyło. Samochód nadawał się tylko na złom.

– Najważniejsze, że przeżyłaś – odzywa się Per. – Mam w nosie samochód. Ubezpieczenie pokryło wszystkie koszty, bo samochód był nowy. Miał zaledwie trzy tygodnie. No i wina nie była po twojej stronie.

– O tym wypadku samochodowym to słyszałem i czytałem w gazecie, było nawet widać twój numer rejestracyjny w tej kupie złomu. Ale o tym w pracy to nic nie wiedziałem – stwierdza Anders.

– A ja słyszałam od mojej cioci – wtrąca się do rozmowy Karin. – Co prawda było to już parę lat temu, ale ciocia opowiadała, że to zdarzyło się w tym czasie, jak szpital strajkował w Karlskronie. Ciebie przywiozła wtedy karetka z pracy. Miałaś na sobie służbowe ubranie i kołnierz usztywniający wokół szyi.

– Dziwne, ale ja myślałem, że ty byłaś na zwolnieniu z innego powodu – odzywa się Anders, w zamyśleniu kiwając głową.

– Anders, najgorsze ze wszystkiego to były te wszystkie pro-szki, jakimi mnie naszpikowali – mówię ze łzami w oczach.

– A co to były za środki? – pyta, ziewając.

– Nie ziewaj tak, bo wpadnie ci nietoperz do gęby – mówi Per, sam ziewając, ale zasłaniając przy tym usta.

– Po pierwsze to najróżniejsze przeciwbólowe – odpowiadam Andersowi. – Już sama nie pamiętam... Zastrzyki z kortyzonu. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że wpadłam w depresję i straciłam chęć do życia. Wyszłam z tego tylko dzięki pomocy Pera.

– Nie tylko mojej – odzywa się Per. – Przecież twoja mama przyjeżdżała wiosną i zostawała do później jesieni, aby cię odciążyć. Nie mogę zrozumieć – ciągnie dalej Per – jak mogli ci zapisywać takie ilości Rohypnolu i Stresolidu.

– Co? O czym wy mówicie? O Rohypnolu i Stresolidzie?! Przecież to środki uzależniające – stwierdza Anders ze zdziwieniem w głosie.

– Tak, to prawda – mówi ze smutkiem Per. – Jeszcze do tej pory Julia nie doszła całkiem do siebie.

– Co to znaczy, nie doszła do siebie? – pytam z kolei ja.

– To znaczy, że nie jesteś taka, jak byłaś. Kiedyś miałaś więcej zapału do niektórych spraw. Ja czułem to, czytając twoje wiersze, i nadal mam nadzieję, że ochota wróci.

– O jakiej ochocie mówicie? – pyta Karin z zaciekawieniem.

– Zapomnij o tym, Karin, i nie pytaj, bo są takie sprawy, o których nie chcę rozmawiać. Są po prostu za bardzo prywatne.

Per spojrzał na mnie tak, jakby wszystko zrozumiał, chociaż bardzo w to wątpię. No ale mniejsza o to.

– No to co, zbieramy się do domu? – pytam. – Nie wiemy nawet, która godzina. Co prawda jutro niedziela, ale babcia się będzie denerwować.

– Nie będzie. Przecież mówiłem ci, Julio, że miała pomrozić twoje specjały. Migrena przeszła jej już koło południa, ale nie wychodziła do nas, bo na dworze unosił się zapach twoich ciast i nie chciała ci przeszkadzać albo chciała zupełnie już do siebie dojść. Widziałem z góry, z pokoju Mattiasa, jak siedziała przed letnim domkiem na leżaku, a potem poszła się położyć na bujaku w tujach.

– To co, zbieramy się?

– Nie, posiedźmy jeszcze trochę. Przecież obiecałaś, że opowiesz o tej historii pierwszego spotkania z Hanną i w ogóle, w jaki sposób ona się znalazła na tej małej wyspie – nalega Karin. – Ogień się jeszcze nie wypalił.

– Per, co ty na to?

– Mnie wszystko jedno. Ja nie jestem zmęczony.

– To przynieście jeszcze trochę drewna, aby było jaśniej, przyjemniej i cieplej.

Siedzimy przez chwilę w milczeniu. Per dokłada drew do ognia i płomień bucha do góry. Przyjemnie trzaska płonące polano. Jest nadal bezwietrznie, nawet komarów jakoś nie ma.

– Boże, jak ten czas galopuje. Tak właśnie mówiła Hanna. To wszystko było jakby wczoraj. Właściwie to ona mnie znalazła. Wiecie, tu na wyspie wszyscy wiedzą o sobie nawzajem wszy-stko. Dowiedziała się od znajomych, że Per ożenił się z Polką. Z dziewczyną z Warszawy i podobno bardzo młodą. Zapukała do drzwi naszego domu, przedstawiła się po polsku. Bardzo się ucieszyłam, że będę mogła porozmawiać w ojczystym języku. Co prawda mówiłam już dość dobrze po szwedzku...

– A gdzie się go nauczyłaś? – przerywa niespodziewanie Karin. – Przepraszam, że ci przerwałam – mówi i milknie.

Pewnie się zaczerwieniła, ale nie widać w tych ciemnościach.

– Może niech Per wam opowie, to on wszystko zorganizował.

– Nie, nie, Julio, ty opowiadaj. Masz taki przyjemny głos z tym swoim słowiańskim akcentem.

– Szwedzki jako język jest trudny do nauczenia i rzadko kiedy ktoś chce się go nauczyć ot tak sobie. Z reguły trzeba mieć ku temu powód. Dla mnie powodem była miłość. Zapragnęłam tego może nie od razu, ale po jakimś czasie od poznania Pera. Najpierw mówiliśmy po angielsku. Mówiłam dość dobrze, bo moja mama posyłała mnie na prywatne lekcje.

– Jak to na prywatne? – wtrąca się Anders. – Szkoła nie wystarczała?

– W szkole w tym czasie uczyliśmy się języka rosyjskiego. Angielskiego uczyła mnie prywatnie stara nauczycielka. Dorabiała sobie do emerytury. Pamiętam, że już od drzwi pachniało u niej herbatą. Czajniczek stał na samowarze. Na stole paliła się świeczka i były porozkładane najróżniejsze obrazki.

– A po co te obrazki? – tym razem przerywa Per.

– Słuchaj, to się dowiesz. To była idea pani Piaseckiej, tej mojej nauczycielki. Mówiła, że mam niesamowitą pamięć obrazkową i że w ogóle powinnam się języków uczyć, bo mi same do głowy wchodzą. Udzielała mi tych lekcji dwa razy w tygodniu. Godzinę konwersacji, godzinę pisania. Po pięciu latach już dość dobrze mówiłam i pisałam. I w tym czasie przez przypadek poznałam Pera. Był sam i jakiś taki smutny. Dowiedziałam się potem, że zostawiła go dziewczyna i że bardzo to przeżywał, chociaż o tym nie mówił. Od razu mu się spodobałam, ale mi tego nie powiedział. Dowiedziałam się tego po dłuższym czasie.

– Nie chciałem cię przestraszyć – wyrwało się Perowi spontanicznie. Powiedział to tak głośno i stanowczo, że wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

W zatoce spłoszone łabędzie zerwały się do lotu, piszcząc tak, jakby robiły nam wymówki, że zakłócamy ciszę nocną.

– Właśnie: spłoszyć – mówi dalej. – Po pierwsze byłem od ciebie o osiem lat starszy. Byłem już ustabilizowany, a ty byłaś jeszcze uczennicą. Byłaś taka naturalna, promieniałaś radością życia, może trochę naiwna, bo wierzyłaś każdemu na słowo we wszystko. I pewnie jest tak do tej pory.

– No pewnie! – mówię dobitnie. – To by było straszne, gdybym podejrzewała wszystkich, że są kłamcami, oszustami i że za każdym rogiem czyha na mnie niebezpieczeństwo.

– Julio, chcę dodać, że jeszcze pięknie pachniałaś konwaliami i że był to bardzo gorący maj w Warszawie. O tych konwaliach dowiedziałem się od twojej koleżanki. No wiesz, od tej Marleny, która mieszka od lat w Halmstad i z którą do dzisiaj jesteście z nią jak siostrzane dusze. Mieliśmy jechać na dwa dni do Nieporętu. Dostałaś pozwolenie od swojej mamy, a ja zobowiązałem się odstawić cię całą i zdrową. Wracałem właśnie z pracy i idąc w podziemiach skrzyżowania Alej Jerozolimskich z Marszałkowską, zauważyłem kobietę sprzedającą konwalie. Kobieta była bardzo stara i słabiutkim, cichym głosem zapraszała do kupna kwiatów. W tym momencie zauważyłem ciebie idącą z naprzeciwka w moim kierunku. Niewiele myśląc, poprosiłem o wszystkie bukieciki, jakie miała w wiaderku.

„Panie szanowny, ale tu jest jeszcze siedem bukiecików”.

„Nic nie szkodzi. Poproszę wszystkie”.

– Właśnie w tej chwili nadeszłam. Byłam bardzo zakłopotana, gdy mi te bukieciki wręczyłeś, a kwiaciarka powiedziała na cały głos: „Proszę państwa, to prawdziwa miłość. Proszę zobaczyć”. I robiąc krzyż nad nami, uśmiechnęła się tak radośnie i serdecznie, że mi się gorąco zrobiło. Parę ciekawskich przystanęło, a parę innych jeszcze się oglądało w naszą stronę, idąc dalej. Pewien młody mężczyzna powiedział półgłosem sam do siebie:

„Ja też bym swojej Magdusi dał wszystko, o co by mnie poprosiła, ale co ja mogę się z tym Szwedem równać, jak on zarabia tyle w ciągu jednego dnia, co ja na miesiąc”.

Nutka rozżalenia w jego głosie sprawiła mi przykrość. Ale to prawda, tak naprawdę było w komunistycznej Polsce w latach siedemdziesiątych.

– Jakie to romantyczne – wzdycha Karin z rozmarzeniem. – Tak jakby to było z filmu o miłości.

Widzę kątem oka, że Anders pokazuje jej język. Karin tego nie zauważa albo nie chce widzieć.

– Julio, wiesz, nie znam nikogo, kto potrafi się cieszyć wszystkim i ze wszystkiego tak jak ty. Pewnie cieszyłabyś się nawet, gdyby Per podarował ci bukiet pokrzyw.

– Pewnie, że tak – mówię, śmiejąc się. – Dostałam już parę razy bukiet pierwszych mleczy, bukieciki koniczyny i innych kwiatów, w zależności od pory roku. Polne czy też leśne kwiaty są dla mnie najpiękniejsze.

Przerywam, a po chwili stwierdzam:

– Słuchajcie, przecież miałam wam powiedzieć, gdzie uczyłam się szwedzkiego języka, a opowiedziałam wam historię naszej miłości.

Per spojrzał na mnie ciepło i porozumiewawczo mrugnął okiem.

– Jakie to rom...

– Karin, przestań wreszcie wzdychać i przewracać oczyma! A o romantyczności ani słowa więcej! – przerywa jej bezlitośnie Anders. – Pewnie dzisiejszej nocy ze dwadzieścia razy już to powiedziałaś.

– Julio, swoją drogą, może zamiast wierszy napisałabyś powieść opartą na niektórych autentycznych wydarzeniach, powieść o waszej miłości – mówi podekscytowana Karin, niewiele sobie robiąc z uwagi chłopaka.

– Być może jeszcze kiedyś napiszę. Przecież życie nie kończy się na czterdziestce. Zresztą, czterdzieści kończę dopiero za trzy miesiące.

– O, nie za trzy miesiące – przekomarzał się Per. – Dokładnie za dwa miesiące i dwadzieścia sześć dni.

– No dobra, niech ci będzie – ulegam. – Proszę szanownego państwa, zbieramy się z plaży. Słońce już wschodzi – dodaję.

Potem kłaniam się z dworską elegancją we wschodnią stronę, mówiąc:

– Dzień dobry, kochane słoneczko. Dzisiaj będzie piękny dzień. Mimo iż całą noc przegadaliśmy. Per, przynieś jeszcze jedno wiadro wody i zalej na nowo ognisko, bo się tli. No co, wszystko pozbierane? Świetnie. To idziemy.

Jest prawie widno. W oddali słychać motory kutrów rybackich. W powietrzu unosi się zapach świeżo wędzonych ryb.

– To pewnie Lennart wędzi, bo zapach idzie z tamtej strony – mówi Per. – On to robi najlepiej w okolicy.

Idziemy przez chwilę w milczeniu, podziwiając wschodzące słońce. Jest cisza i spokój. Nawet jeden listek nie drga na drzewach i krzewach. Jest bezwietrznie, spokojnie. Czuję się taka bezpieczna i tak jakby mnie miłość otaczała w koło.

– Słuchajcie – przerywam ciszę – chciałam wreszcie powiedzieć, że języka szwedzkiego uczyła mnie pewna śpiewaczka operowa, która zakochała się w szwedzkim tenorze na jakimś tournée. Dla niego nauczyła się szwedzkiego i to świetnie. Po jego tragicznej śmierci wróciła do Warszawy. Już nie śpiewała, ale udzielała lekcji języka szwedzkiego. Była trochę dziwna, ale sporo się od niej nauczyłam i byłam co nieco przygotowana, nim przeprowadziłam się z Perem do Szwecji i na dobre zaczęłam naukę w szkole.

– Ta śpiewaczka operowa pewnie też miała bardzo ciekawe i bogate w zdarzenia życie – mówi Karin.

– Pewnie tak – odpowiadam. – Nigdy nic na ten temat nie mówiła, tak jakby była rozgoryczona. Wiem tylko, że ten szwedzki tenor to była jej wielka miłość.

Zatrzymujemy się przy drodze zaskoczeni. Patrzymy na siebie, kładąc palec na ustach. Przyglądamy się łosiowi, który pałaszuje jabłka w ogrodzie Peterssonów.

– Jak on tam wlazł? Furtka zamknięta. Płot cały – zastanawiam się.

– Nie mów tak głośno, Julio – mówi Per, przyciągając mnie do siebie. – Łosie mogą być agresywne. Zobacz, jakie długie ma nogi. To dla niego żaden problem przez płot przeskoczyć. Zresztą u Peterssonów płot jest tylko z przodu i po bokach, a z tyłu jest las. Z pewnością przepłynął z sąsiedniej wyspy.

Łoś widzi nas. Ale nawet nie reaguje, tylko nadal je jabłka. Idziemy dalej, jeszcze z kilometr do domu. Na zakręcie widzimy Mattiasa jadącego na rowerze z wiadrem w ręce.

– A ty gdzie? – pytam.

– Jak to gdzie? Do domu.

– A gdzie byłeś całą noc?

– O to samo mógłbym się spytać was – mówi Mattias, zeskakując z roweru. – Przed północą byłem w domu i babcia powiedziała, że tata pojechał po ciebie i że pewnie siedzicie na plaży przy ognisku. Eveliny też nie ma, bo miała nocować u Karoliny. Babcia robiła coś na drutach. A ja byłem z dziadkiem na węgorzach. Dużo nie złapaliśmy, ale osiem ładnych jest. Starczy na obiad.

– Mattias, wiesz co? Masz fajną mamę – mówi Anders. – Ja też bym chciał taką jak twoja. Moja tylko zrzędzi i narzeka.

– Przestań, Anders, tak mówić. Wszystkie mamy zrzędzą i narzekają mniej lub bardziej. Moja też.

– Czy to prawda, Julio?

– No pewnie – odpowiadam, patrząc poważnie na Andersa. – Powiem ci jeszcze jedno: twoja mama jest fantastyczna. Pomyśl. Po śmierci twojego ojca zajęła się wszystkim w domu, a przecież pracuje na cały etat.

– Tak, to prawda, masz rację, Julio, ale ja też pomagam przy tym, co potrafię.

– To świetnie – mówię z uśmiechem.

Tu nasze drogi się rozchodzą. Anders z Karin idą parę domów dalej, a my, stojąc przed naszym domem, przyglądamy się sarnie z dwojgiem młodych, stojącej z drugiej strony płotu.

– Jakie te młode piękne – mówi Mattias.

Przytakuję, kiwając głową. W tej chwili spłoszone sarny umykają w kierunki zarośli. W naszym domu światła się już nie palą. Babci pewnie znudziło się czekanie i poszła spać do „letniego” domku.

– Nie jestem wcale zmęczony, choć całą noc nie spałem – mówi Per, ziewając.

– To czemu ziewasz? – mówię przekornie.

– Tak mi się ziewnęło i koniec. Może skoszę trawę wokół domu?

– Zwariowałeś?! Jeszcze za wcześnie. Wszystkich pobudzisz. Mattias, która godzina?

– Piętnaście po szóstej – odpowiada zmęczonym głosem. – Wy róbcie, co chcecie, ja idę spać. Dobranoc, kochani.

– Dobranoc... a właściwie dzień dobry, kochany synu – poprawia się Per.

– Per, może zajmiesz się węgorzami, to byśmy na obiad zrobili.

– A co z gulaszem?

– Zamrożę go i zjemy w środku tygodnia. A węgorze najlepsze świeże. Zrobię dobrą surówkę, ziemniaki, a ty zajmiesz się rybą.

– Dobrze. W porządku.

– Per, ale teraz idę wziąć prysznic, żeby się trochę odświeżyć. Też nie czuję się specjalnie zmęczona. Oberwę resztę śliwek, bo się zmarnują.

– Chcesz jeszcze jedno ciasto śliwkowe upiec?

– Nie, Per, wystarczy już tych ciast. Zrobię jeszcze parę słoików konfitury śliwkowej.

– A co, chcesz sklep otworzyć? – mówi Per, przekomarzając się.

– Nie sklep, tylko wiesz, że nie lubię, jak coś się marnuje.

– Boże, Julio, cała spiżarnia jest zapchana specjałami. Kto to wszystko będzie jadł?

– O to niech cię głowa nie boli. Część pojedzie z mamą do Warszawy.

– Grzyby marynowane i ogórki też?

– Tak, ale nie wszystkie. Nie martw się, wystarczy dla nas. To zasługa mamy, że tyle tego wszystkiego jest. Od mojego wypadku upłynęło już tyle czasu, a ja jeszcze do siebie nie doszłam.

– Wiem, Julio, przykro mi z tego powodu. Ja pomagam ci, jak mogę. Birgit też co jakiś czas przychodzi, aby cię odciążyć i moralnie podbudować.

– Wiem, wiem, Per. Ale jest jeszcze inny problem, który leży mi na sercu. Powiedziałabym, że... trochę jakbyśmy się od siebie oddalili.

– Co masz na myśli, Julio? – mówi Per cichym głosem. – Przecież wiesz, że bardzo cię kocham.

– Wiem, ale jesteś jakiś inny... Nie taki jak kiedyś.

– Julio, uspokój się. Powiedz, jaki miałbym być? Przecież te dwadzieścia parę lat temu byliśmy sami dla siebie. Jeszcze nie mieliśmy wtedy dzieci ani tego domu. Ty też się zmieniłaś. Unikasz bliższych kontaktów ze mną, tak jakbyś straciła ochotę na seks. Czasami mam wrażenie, że wypełniasz tylko obowiązki małżeńskie.

– Przykro mi, Per, ale mogę tylko potwierdzić twoje odczucia. To także jest dla mnie problem. Byłam nawet u lekarza po poradę.

– Szkoda, że mi nic nie powiedziałaś, to poszlibyśmy tam razem – mówi Per rozgoryczony.

– Zrobiłam to celowo, bo sama chcę sobie poradzić.

– No i co doktor powiedział? – pyta Per, wpychając z powrotem węgorze do wiadra. -Patrz, te cholery podważyły dekiel i próbują wyjść – stwierdza.

– Nie tylko próbują, ale dwa już wylazły i wiją się w trawie. Łap je, Per, bo uciekną do rowu! – wołam, zasłaniając jednemu drogę nogą.

– Nie martw się tymi rybami. Powiedz lepiej, co doktor powiedział.

– No... – przeciągam. – No... powiedział, że to prawdopodobnie te proszki: Stresolid i Rohypnol są winne. Ale...

– No co ale...?

– To może być kryzys wieku średniego. Rehabilitacja niewiele pomogła, wisi mi nad głową renta. A ja chciałabym jeszcze coś nowego w swoim życiu zrobić, przeżyć.

– Julio, to może byś gdzieś wyjechała, żeby do siebie dojść. Zastanów się może nad nowym wykształceniem. Przecież jest wiele możliwości. Pomyśl o tym – mówi, odchodząc w stronę garażu.

Zadumana idę do domu. Muszę naprawdę się sobą zająć. Może nową fryzurę sobie wykreuję. Może jakieś nowe ciuchy wyskokowe kupię. Sama nie wiem. Nim wchodzę pod prysznic, już rozebrana, przyglądam się sama sobie w lustrze.

– Z pięć kilo przydałoby się schudnąć. To wszystko przez ten kortyzon. No i te parę cellulitów na udach też trzeba skorygować. Tylko jak? Zmarszczek jakoś nie mam. No, dzięki Bogu. Włosów siwych też na razie nie widać. Tak kiepsko z tobą, Julio, nie jest – mówię do odbicia w lustrze. – No, może tę jedną oponę z brzucha trzeba by zlikwidować.

Wskakuję pod prysznic. Czuję się lepiej, tak jakby woda płynąca po moim ciele oczyszczała mnie ze zmartwień i negatywnych myśli. Gotowa schodzę na dół do kuchni.

– Dzień dobry – mówię do krzątającej się przy śniadaniu mamy.

– Dzień dobry, włóczykije – odpowiada z humorem, patrząc przez okno. – Per, choć już na śniadanie. Julia też jest już gotowa.

Per siedzi na leżaku przed domem i ostrzy noże. Odwraca się w moją stronę, uśmiecha się.

– Zobacz, co ci przyniosłem.

– O, jakie piękne! – wołam, widząc piękny bukiet wrotyczu.

– Rosły za płotem, tam gdzie była ta sarna z małymi.

– Piękne – powtarzam raz jeszcze.

Per patrzy na mnie.

– Świetnie wyglądasz. Jak dobra wróżka z bajki – mówi i przyciąga mnie do siebie.

– A wam co się na amory z samego rana zebrało – dobrotliwie zrzędzi mama. – No chodźcie wreszcie na śniadanie, bo jajecznica wystygnie. Wszystko stoi na stole.

– Tak jest, pani Janeczko – odpowiada Per, wstając. – Julio, ale te kwiaty trzeba najpierw do wazonu wstawić, bo zwiędną – zwraca się do mnie.

– Nie trzeba, bo ja chcę je ususzyć. Trzeba je tylko uwiązać i powiesić pod dachem.

– Na konopnym sznurku – dodaje Per.

– Tak, jak zwykle na konopnym sznurku – odpowiadam z uśmiechem.

– Chodź, Julio, bo babci będzie przykro, że zwlekamy, a ona siedzi już przy stole.

– Smacznego, mamo – mówimy prawie jednocześnie.

– Siadajcie wreszcie i jedzcie, bo i kawa też wystygnie. Może niepotrzebnie nalałam.

– Wszystko w porządku. Jest jeszcze nawet za gorąca do picia.

Pierwszy wrześniowy dzień. Za oknem widać brzozę z delikatnie żółknącymi listkami i parę jarzębin rosnących tak blisko siebie, że pewnie z czasem się zrosną. „Jak kochający się ludzie” – myślę.

– O Boże! – krzyczę. – Aj, aj...!

Tak się zamyśliłam, że wylałam kawę, parząc sobie rękę.

Per pospiesznie wstaje.

– Julio, szybko włóż rękę pod zimną wodę, to nie będzie bolało. Pokaż. No, bardzo źle nie jest, ale bąbel na pewno będzie.

***

Siedzimy przy kuchennym stole i popijając kawę, podziwiamy widok za oknem. Mama ciężko wzdycha i mówi:

– Czas leci coraz szybciej. Im człowiek starszy, tym bardziej się to odczuwa.

– Mamo, przecież dla każdego z nas idzie tylko w jedną stronę. Już z chwilą urodzin codziennie starzejemy się o jeden dzień – odpowiadam, tuląc się do niej.

– Wiem, wiem – mówi – ale naprawdę mam takie odczucie, będąc na emeryturze.

– Nie mówmy już o takich rzeczach, cieszmy się każdym nadchodzącym dniem. Zobacz, kochana, jaki piękny dziś dzień.

– Pierwszy września – wzdycha mama. Zamyśla się, a po chwili mówi: – W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym też było tak pięknie. Miała właśnie zacząć się szkoła, ale o piątej rano ojciec nas obudził i kazał się nam ubierać. Powiedział, że Niemcy napadli na Polskę. Nie bardzo jeszcze rozumiałam, co to wojna. Parę dni wcześniej skończyłam dopiero dziewięć lat. Wiedziałam tylko, że to coś strasznego. Moja mama i wujek Wojtek płakali, pospiesznie pakując kosz z jedzeniem i piciem.

„Prędzej, prędzej!” – pospieszał nas ojciec.

„Ale gdzie, tato?” – pytałam przestraszona.

„Do lasu na jagody”.

„Przecież jest jeszcze ciemno i jagód nie będzie widać”.

„Boże, Janeczko, pospiesz się, bo niedługo przylecą «złe gawrony» i wtedy będzie bardzo niebezpiecznie” – powiedział ojciec, zakładając na plecy związane sznurkiem koce i swetry.

Pamiętam, że biegliśmy przez łąkę do lasu wraz z innymi ludźmi i że się przewróciłam. Ojciec podniósł mnie i biegł ze mną na rękach. Dopiero robiła się szarówka. Pamiętam dokładnie, że niesamowicie się bałam i cała się trzęsłam jak osika na wietrze. Ojciec przykrył mnie kocem i przytulił do siebie.

„Nie płacz, Janeczko. Wszystko będzie dobrze – mówił. – Najważniejsze, abyśmy byli razem”.

Chłopiec sąsiadów dał mi potrzymać kotka, którego zabrał ze sobą. Pamiętam, że był czarny i miał jedno oko niebieskie, a drugie zielone.

– To bardzo dziwne, że pamiętasz aż takie szczegóły, mamo – mówię, głaszcząc ją po głowie.

– Tego nigdy nie zapomnę... W dzisiejszych czasach to ludzie chodzą do psychologów, psychiatrów z bardziej błahymi może problemami.

– Mamo, to było przecież tyle lat temu. Czasy się zmieniły i bardzo dobrze, że są lekarze, do których można się zwrócić o pomoc. Przypominają mi się moje wizyty u psychologa, jak wpadłam w depresję po tym strasznym wypadku samochodowym.

Zamyślam się.

– Tak, Janeczko, to bardzo dobrze, że są psycholodzy... – słyszę głos Pera.

Odwracam się w jego stronę, kładąc palec na ustach. Per urywa w połowie zdania. Przypomina mu się, o co go prosiłam: aby w żadnym wypadku nie mówił mamie, jaka byłam wtedy chora. Ona i tak ma dosyć swoich zmartwień. Ja czuję się teraz dobrze, więc po co ją niepotrzebnie martwić.

– Babciu Janeczko, powiedz, co było dalej tego pierwszego dnia wojny. To takie ciekawe. Nigdy o tym nie mówiłaś – prosi Per.

– Chodźmy może do altany – proponuję, wstając od stołu. – Jest tak pięknie i ciepło. Per, przynieś jeszcze jeden leżak z ga- rażu – komenderuję.

Sadowimy się na leżakach. W powietrzu unosi się zapach świeżo upieczonego chleba.

– Pewnie od sąsiadów z przeciwka tak pachnie – mówię. – Swoją drogą, ja też powinnam w przyszłym tygodniu zabrać się za pieczenie, bo w zamrażalniku za dużo nie zostało.

– Pieczenia chleba też nauczyłaś się od mojej mamy – mówi Per. – Pamiętam, że już jak pierwszy raz byłaś z wizytą, nie mogłaś jeść szwedzkiego chleba, bo był dla ciebie za miękki i za słodki.

– To prawda. I chociaż już od dawna się przyzwyczaiłam i do tego kupnego chleba, to nadal piekę ten z przepisu twojej mamy.

– Mnie ten wasz chleb też bardzo smakuje.

– Dziękuję. Bardzo mnie to cieszy – odpowiadam mamie, tuląc się do niej.

– Chodź do mnie, moja malutka – żartuje mama. Ale zaraz poważniejąc, dodaje: – Tak właśnie mówił do mnie ojciec w lesie w pierwszym dniu wojny.

– No i co było dalej? – nalega Per.

– Już pierwszego dnia wojny bombardowali. W Celestynowie, niedaleko od miejsca, gdzie mieszkaliśmy, bomba trafiła w studnię dróżnika. Zginęła jego czternastoletnia córka, którą znałam. Już po tygodniu zaczęła się okupacja. Pamiętam dokładnie, jakby to było wczoraj. To była niedziela, przepiękna pogoda, jak dzisiaj. Z Kołbieli w kierunku Karczewa jechało dwóch oficerów kawalerzystów w polskich mundurach. Mówili ludności, że niedługo będzie przejeżdżać polskie wojsko, żeby ludzie wyszli ich witać. Później okazało się, że to byli przebrani Niemcy, a zamiast wojsk polskich przyszły wojska niemieckie. Jechali i jechali, końca nie było widać. Ludzie, którzy obserwowali to z ukrycia, mówili, że półtora dnia to się odbywało. Po tygodniu zrobiło się jeszcze gorzej, bo zaczęli systematycznie bombardować i ostrzeliwać z karabinów maszynowych. To były niemieckie sztukasy. Samoloty te obniżały się tak nisko, że siedzący tam żołnierze strzelali do wszystkiego, co się ruszało. To było straszne. Wy, kochani, to nawet nie możecie sobie tego wyobrazić. Z oddali widać było łunę płonącego dworku Katelbacha. On co prawda uciekł wcześniej z rodziną, ale jego dobytku broniło jego prywatne wojsko.

– Jak to prywatne? – wtrąca Per z nutą niedowierzania.

– Ano prywatne – powtarza mama. – To był bardzo bogaty człowiek. Niemiec z pochodzenia chyba... Z pokolenia dziadków. Tak mówili, ale dokładnie nie wiem. W każdym razie to był bardzo dobry człowiek. Pomagał biednym w okolicy. Wybudował szkołę i kościół. Zawsze, jak rok szkolny się zaczynał, to biedne dzieci dostawały od niego mundurki, buty i materiały szkolne.

– Ty też, babciu Janeczko?

– Ja nie. Nas było w domu tylko dwoje. Ja i Wojtek. Ojciec był zaradny. Nie dość, że zarabiał dobrze jako szewc, to pracował jeszcze w pobliskiej cegielni. No i chodził z komornikiem ściągać podatki.

Per zaczyna się śmiać. Przerywam mu, machając ręką w jego stronę:

– A ty co myślisz, że tam były Skattemyndigheter i że sami mogli sobie podatki przekazać? – rzucam i sama zaczynam się śmiać.

Mama, również się uśmiechając, mówi dalej:

– Nie, naprawdę muszę przyznać, że miałam zaradnych rodziców i że u nas pieniędzy nigdy nie brakowało. Jedliśmy dobrze i w domu wszystko było. Ja z Wojtkiem też pracowaliśmy latem, jak mieliśmy wolne.

– A gdzie? – dopytuje się Per.

– W cegielni. To było dobrowolne. Nikt nas nie zmuszał, ale już od najmłodszych lat wpajano nam poszanowanie pracy. Ja jako dziecko miałam własne pieniądze. Wojtek miał zawsze więcej, bo był ode mnie o pięć lat starszy. Pamiętam, jak mu wtedy zazdrościłam. On rozkładał pieniądze na stole. Dzielił na kupki i liczył. Czasami mi coś dawał. Cieszyłam się bardzo i wkładałam to do pudełka po czekoladkach. Oj, można by na ten temat długo opowiadać. Dnia i nocy by nie starczyło – dodaje, wstając. – Kochani, zbieramy się. Trzeba się z węgorzami rozprawić, bo obiad będzie późno, a tu trzeba jeszcze po śniadaniu posprzątać. Wszystko stoi jeszcze na stole.

Po chwili wszystko już gotowe. Mama obiera ziemniaki, a Per smaży węgorze.

– A ja co mam robić? – pytam żartobliwie.

– Ty, Julio, możesz... Sam nie wiem. Nazbieraj salaterkę jeżyn za domem. Będą na deser z bitą śmietaną. W tym roku tak obrodziły. Są takie duże i słodkie, że prawie same wchodzą do wiaderka.

– I to do niejednego wiaderka – dodaje mama i śmieje się, widząc minę Pera. – Będzie świetne wino jeżynowe na zimę.

– Widząc tyle jeżyn w tym roku, kupiłem trzydziestolitrowy gąsior – mówi Per.

– Co wy z tym wszystkim będziecie robić?

– Wypijemy – śmieje się Per. – Część pójdzie na prezenty dla znajomych, a część będzie na przyszły rok do Warszawy – wyjaśnia na poważnie. – Przecież Filip bardzo je lubi. Nawiasem mówiąc, to kiedy on nas wreszcie odwiedzi?

– W tym roku pewnie nie. Miał przyjechać na czterdzieste urodziny Julii, ale skoro ona ich nie chce obchodzić uroczyście, tylko normalnie jak zwykle w malutkim gronie, to trzeba to zaakceptować – mówi mama z przekąsem, patrząc ma mnie wymownie.

– O Boże kochany, co mama na mnie tak żałośnie patrzy?! Co to za różnica, czy to są czterdzieste, czy czterdzieste pierwsze urodziny. Każde są ważne. Zresztą każdy dzień, każda godzina, a nawet minuta naszego życia są niepowtarzalne. Trzeba się cieszyć wszystkim, co nas otacza. Po prostu cieszyć się życiem takim, jakie jest. Nie mam zamiaru robić czegoś na pokaz i dla innych. Ze znajomymi, przyjaciółmi czy rodziną spotykam się stosunkowo często, bez żadnej konkretnej okazji.

– No dobrze, już dobrze – odpowiada mama, z zakłopotaniem dostrzegając, że Per zaczyna się śmiać.

– Widzisz, kochana pani Janeczko, córki zmienić się nie da. Zawsze miała filozoficzne zapatrywania na życie i nigdy nie zrobi nic na pokaz.

– To co, zupełnie nic specjalnego nie będzie na twoje czterdzieste urodziny? – jeszcze raz dopytuje się mama, jakby z nutką żalu w głosie.

– Oczywiście będzie – odpowiadam, hamując irytację w głosie – ale tak jak zwykle na każde urodziny.

Mama milknie, ale po chwili stwierdza:

– Was to razem z Adamem złączyć. Macie takie same wartości życiowe. Tak jak byście byli bliźniakami w poprzednim życiu.

– Być może byliśmy – odpowiadam, śmiejąc się. – Mieliśmy co prawda nieraz burzliwe dyskusje na różne tematy, ale w sumie to bardzo interesujący, inteligentny człowiek.

– Przyjaciel rodziny – dodaje Per. – Pomyślcie, wszyscy go tu w Szwecji lubią, chociaż bariera językowa czasami ogranicza głębszą dyskusję. Szkoda, że go dopiero po śmierci Hanny poznaliśmy.

– Ja go poznałam przez jego listy i telefony – zaznaczam. – Już wtedy wiedziałam, że to nieprzeciętny człowiek. Swoją drogą, to ja wierzę w zrządzenie losu – mówię półgłosem sama do siebie.

Zamyślam się na chwilę, patrząc przez okno na przepiękne, błękitne niebo, tylko gdzieniegdzie przyprószone delikatnym puszkiem białych chmurek.

– A ty co, znowu śnisz na jawie? – słyszę głos Pera, tak jakby z daleka, z oddali, tak że docierają do mnie tylko resztki jego słów.

– Co, co? ...yyy. Przecież mieszam surówkę – odpowiadam.

– Dobrze, to mieszaj dalej, aż się z niej pudding zrobi – mówi Per, stawiając na stole usmażone węgorze.

Drzwi wejściowe trzaskają z hukiem.

– Boże, ale się przestraszyłam. Pewnie przesunął się klocek w drzwiach, a przeciąg zatrzasnął drzwi.

Idę go wcisnąć miedzy drzwi a próg. W połowie drogi zatrzymuję się, bo na samym środku holu stoi metalowa miska z jeżynami.

– Kurczę, skąd one się tutaj wzięły?

– Z nieba spadły – słyszę głos Eveliny.

– Evelina, gdzie ty jesteś? Nie słyszałam, jak wróciłaś.

– Jestem w łazience, ale wróciłam z pół godziny temu. Może nawet ze trzy kwadranse. Słyszałam waszą rozmowę przez okno pralni i postanowiłam nazbierać jeżyn na deser.

– Siadajcie do stołu, obiad gotowy – mówi Per, stawiając ziemniaki na stole.

– Co z Mattiasem? – niepokoi się babcia.

– Niech się wyśpi – mówi Per, sadowiąc się przy stole. – Znając jego, to pewnie jeszcze ze dwie godziny będzie spał. Siadajcie wreszcie, bo wszystko wystygnie – dodaje zniecierpliwiony.

Jedząc w milczeniu, rozkoszujemy się wyśmienitym węgorzem. Ciszę przerywa Per.

– Wiecie, jak nazywa się ta potrawa z węgorza? – I nie czekając na odpowiedź, mówi: – Ala kalops, tak się mówi tu, na wyspie. Po polsku ta potrawa nazywałaby się węgorz obtaczany w mące razowej, smażony na rumiany kolor i duszony z cebulą, świeżym koprem i śmietaną.

– Pycha – dodaje na zakończenie mama. – To jedna z najlepszych szwedzkich potraw, jakie jadłam, no ale oczywiście na pierwszym miejscu...

– ...janssons frestelse – mówimy wszyscy chórem, wcale tego nie planując.

Wybuchamy śmiechem jednocześnie, i wraz z mamą, patrząc na Pera, który zaczyna robić niesamowite grymasy, obie śmiejemy się, nie mogąc się opanować.

W tym momencie otwierają się drzwi od sypialni Mattiasa:

– Dom wariatów! – słychać z góry jego wołanie. – Przestańcie się tak głośno śmiać, bo spać nie można. Właściwie to z czego się śmiejecie od samego rana? – pyta, ukazując się naszym oczom i mocno się przeciągając.

Na jego widok zaczynamy się śmiać jeszcze głośniej. Patrzymy, jak powoli schodzi ze schodów z rozczochranymi włosami, szeroko ziewając.

– Myślałem, że z samego rana dziadek odtańczył kankana z laską.

– Z jakiego rana? Spójrz na zegar, Mattias, która to już godzina.

– Dochodzi prawie piętnasta – mówi Per, wstając od stołu. – Siadaj na swoim miejscu, tu, przy oknie.

– Za chwilę, papa – odpowiada Mattias, przeciągając się jeszcze raz i sadowiąc się ociężale na swoim ulubionym miejscu przy oknie. – To jest z pewnością trzecia rano, a nie po obiedzie – przekomarza się Mattias, ziewając raz jeszcze. Sma- czne – dodaje, pakując do ust całą garść jeżyn.

– Najpierw zjedz obiad, a nie zaczynasz od deseru – mówi Per, odstawiając salaterkę z owocami. – Wszystko jeszcze ciepłe.

– Dobrze, już dobrze, niech wam będzie.

Po chwili, już jedząc, dodaje:

– Dzisiaj obiad prawie za darmo. Węgorze złowione przeze mnie i dziadka, ziemniaki, koper i cebula z naszego ogródka. Jeżyny rosną wszędzie, gdzie okiem sięgnąć. Same wcho- dzą do miski. Tylko śmietanę trzeba było kupić – konstatuje, dokładając sobie węgorza. – Świetne! – dodaje, mlaskając przesadnie.

– Zamknij gębę i przestań mlaskać! – mówi zgryźliwie Evelina. Zbiera talerze ze stołu i, przechodząc koło Mattiasa, dodaje jeszcze: – Było wydoić krowę po drodze, jak wracałeś z ryb. To byś miał zupełnie wszystko za darmo.

– Co ty dzisiaj taka uszczypliwa jesteś? – pyta Per, patrząc na Evelinę.

– Jak to dzisiaj? – przekomarza się Mattias.

– Przestańcie – przerywam, bo widzę, że topór wojenny został odgrzebany.

– Kto się czubi, ten się lubi – mówi babcia żartobliwie. – Ja mam was czworo i dokładnie pamiętam, jak było w waszym dzieciństwie. Tak jak w każdej rodzinie – dodaje, uśmiechając się do nas.

Moja mama to naprawdę mocna kobieta, myślę o niej z szacunkiem. Przytulam się do niej, a ona głaszcze mnie po głowie, mówiąc:

– Moja malutka.

Nawiasem mówiąc, to w naszej rodzinie zawsze okazywało się uczucia w zupełnie naturalny sposób. Nie wstydzono się tego. I tak jest do tej pory, a mamusia ma specjalne miejsca w naszych sercach.

– Boże, jak ten czas szybko zleciał – wdycham. – Całą noc przesiedziałam na plaży, potem śniadanie, obiad, a tu już popołudnie.

– Jak człowiek czuje się bezpieczny i szczęśliwy, to czas szybko leci i wszystko przychodzi lekko i łatwo – stwierdza babcia Janeczka i zamyśla się na chwilę.

Po chwili mówi ni z tego, ni z owego:

– Tak właśnie było z nauką języka niemieckiego podczas okupacji. Zupełnie nie wchodził mi do głowy, bo musiałam się go uczyć na siłę. Języka wrogów. Co prawda nauczyłam się go dość dobrze, ale tylko dlatego, że musiałam. Potem to samo było z językiem rosyjskim w komunistycznej Polsce. Też musiałam go sobie przyswajać na siłę. Pamiętasz, Julio? To było pod koniec lat sześćdziesiątych. Zaczęłam wtedy szkołę wieczorową, aby zrobić maturę i przekwalifikować się. Żeby po prostu zacząć robić coś nowego, innego. Tu zaczęły się problemy, bo jak tylko miała być lekcja języka rosyjskiego, to przypominał mi się tragiczny los mego brata, Wojtka.

Historię wuja Wojtka znają wszyscy, ale siedzimy cicho, a mama mówi dalej:

– Rana żalu jest tak głęboka, że do dzisiaj się jeszcze nie zagoiła. To, co się wydarzyło, zostawiło duże ślady w jego psychice i naznaczyło dalsze życie. Ale życie idzie dalej. Dobrze mu się wiedzie, jest bardzo zaradny i zadowolony z tego, co ma teraz. Naprawdę potrafi cieszyć się życiem. Pamiętam, jak wojska rosyjskie wkroczyły. Stacjonowały zaledwie od paru godzin. Nasz dom został otoczony. Wojtek wyskoczył przez okno i próbował uciec do lasu, ale go dopadli i bili kolbami pistoletów, a mnie i mamę trzymało dwóch żołnierzy. Myślałyśmy, że go zabiją na miejscu. Potem nieprzytomnego ciągnęli go przez nasz ogród i łąkę. Ciągnęli go w tym kierunku, gdzie mieli obozowisko. Dopiero po jedenastu latach, gdy wrócił ze zsyłki na Syberię, dowiedziałyśmy się, jaki straszny los go spotkał i to za walkę o wyzwolenie Polski. Był członkiem Armii Krajowej. Był mniej więcej w twoim wieku, Mattias – mówi ze łzami w oczach, patrząc na niego.

Chłopak wstaje i przytula się, siadając obok babci. Zapada cisza, tak jakby każdy chciał wczuć się w tamten odległy czas. Słyszeliśmy co prawda historię wuja Wojtka, ale nie tak szczegółowo. Teraz, gdy mama jest starszą kobietą, jest jej trochę łatwiej o tym mówić.

– To wszystko jest straszne i niesprawiedliwe – mówi Mattias, przytulając się jeszcze raz do babci. – Swoją drogą, wuj to człowiek z charakterem – dodaje. – Pamiętam, jak był u nas w odwiedzinach trzy lata temu. Mimo iż nie znał szwedzkiego i nie mogliśmy swobodnie rozmawiać, od razu wszyscy go polubili i cieszyli się, że z każdym dniem coraz więcej po szwedzku umie powiedzieć. Nie miał żadnych trudności z nawiązywaniem kontaktów i był taki uczynny. We wszystkim chciał pomagać.

Zaczynam się śmiać.

– A ty, mamo, przepraszam, to z czego się śmiejesz? – obrusza się Mattias.

– No przecież nie z wuja Wojtka – odpowiadam. – Przypomniało mi się, jak sąsiadce z naprzeciwka poszedł pomagać gruszki zrywać.

Zaczynamy teraz śmiać się na dobre.

– Nie wiedząc o tym – ciągnę dalej, patrząc przez okno w stronę jej domu – że skwaszona Helga jest kłótliwą kobietą, nieutrzymującą żadnych kontaktów z sąsiadami. Był wtedy przepiękny wrześniowy dzień, tak jak dzisiaj. Wojtek był właśnie w ogrodzie. Siedział i czekał na waszego dziadka, z którym miał pojechać nad morze łowić flądry. Widząc „Skwaśniałą Helgę” wchodzącą z wiadrem po drabinie, przeskoczył przez nasz mały płotek, jakby był młodym chłopakiem. Podszedł do niej i trzymając drabinę, poprosił, aby z niej zeszła. Widziałam to wszystko przez kuchenne okno. Nie wiem, co dokładnie jej powiedział. Widziałam tylko, że gdy zeszła, on się ukłonił i pocałował ją w rękę, a potem sam wszedł na drabinę. Wasz dziadek mało co z wrażenia z roweru nie spadł, bo właśnie w tej chwili nadjechał. Do tej pory się o tym mówi na wyspie. I o tym, że Helga od tej pory się zmieniła.

Znowu się śmiejemy.

– A wam co tak wesoło? – pyta Per, który podczas rozmowy był w łazience.

– A, tak sobie wspominamy pobyt wuja Wojtka i jego szlachetne sąsiedzkie serce.

Per patrzy, myśli i też się śmiejąc, mówi:

– A, pamiętam. Chodzi o te gruszki u „Skwaśniałej Helgi”.

– Tak właśnie – dodaję.

– Dzisiaj zebrało się jakoś wszystkim na wspomnienia – mówi mama. – Może dlatego, że to pierwszy września, ten pamiętny dzień. Mimo wszystko przeżyliśmy i życie toczy się dalej. W Polsce jest coraz lepiej. Następują zmiany i reformy. Trzeba się teraz cały czas przestawiać na nowe tory. W ogóle ludzie są bardziej pogodni i życzliwi i nie tak podejrzliwi, jak w komunistycznej Polsce.

– Tak, to prawda – zgadzam się.

– No, wtedy człowiek nie wiedział, z kim może mieć do czynienia. Cały czas trzeba było uważać na to, co się mówi. W szczególności po powrocie Wojtka z Syberii w pięćdziesiątym piątym roku.

– I potem też – wtrąca Evelina – jak był strajk na Uniwersytecie Warszawskim.

– A, masz na myśli, jak studenci okupowali Uniwersytet

Warszawski... Wtedy była cała rozróba – odpowiada babcia. – Filip spakował parę rzeczy w podręczna torbę, wziął koc i śpiwór. Nie chciałam go puścić, płakałam, prosiłam. Przypomniało mi się wtedy, jak Rosjanie zabierali Wojtka – mówi mama ze łzami w oczach. – Nic nie pomogło. Poszedł i koniec. Nie chciał się ze mną pożegnać. Posłał mi tylko pocałunek w powietrzu, mówiąc:

„Nie żegnam się, bo wiem, że wrócę cały i zdrowy. Wtedy będziesz ze mnie dumna. Wtedy się przywitamy”. Poleciał i koniec. Za chwilę wrócił, bo zapomniał gitary i zeszyciku z tekstami.

„Siadaj, cholero – powiedziałam – bo ci się nie poszykuje” – i postawiłam przed nim stołek.

„Dobrze, już dobrze, kochana mamusiu”.

„Policz jeszcze do trzech i się przeżegnaj”.

Wykonał moje polecenie i jeszcze raz posłał mi przelotny pocałunek i szelmowsko mrugnął okiem. Boże, jak ja się wtedy bałam. Przez kilkanaście dni kompletnie nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Już za te teksty w zeszyciku można było do ciupy trafić.

– I co dalej? – dopytuje się Mattias.

– To za długa historia, aby teraz o wszystkim opowiadać. Robi się późno, niedługo trzeba kolację robić. Obiecałam wam racuchy ze śliwkami, a z tym trochę zejdzie.

– Co, babcia? – dziwi się Evelina. – Dopiero co obiad zjedliśmy. Papa będzie z pewnością jeszcze kawę poobiednią pić, a babcia o kolacji mówi.

– No tak, macie rację – mówi powoli, przeciągając słowa.

Do mnie dotarło, że mamie nawet dzisiaj trudno o tym mówić.

– Kochani, kto chce kawę? Ręka do góry. Jedna, druga, trzecia czwarta i ja piąta – dodaję żartobliwie. – Dobrze, wobec tego nastawiam kawę.

– Poczekaj jeszcze na mojego ojca. Zadzwonię do niego, aby mu się przypomnieć. Powiedział, że po obiedzie do nas przyjdzie.

Mama odwraca się w stronę okna i woła:

– O! Bengt już idzie. Per, twój ojciec, tacha olbrzymią, napchaną czymś torbę. Pomóż mu, bo widać, że mu ciężko. Ja robię kawę.

– Mattias, pomóż dziadkowi.

– Już się robi, Papa – odpowiada Mattias, wstając.

Za chwilę są już obaj. Zapach kawy przyjemnie unosi się w kuchni.

– Co słychać? – mówi Bengt, głaszcząc się po brzuchu.

– Wszystko w porządku – odpowiadam. – Prawie cały dzień spędziliśmy razem. Dzisiaj jest dzień wspomnień. Choć zupełnie nieplanowany.

– A jakich wspomnień? – pyta Bengt zdziwiony, nadal głaszcząc się po brzuchu.

– Różnych – odpowiadam. – Dzisiaj jest pierwszy dzień września i tak jakoś zaczęliśmy...

– ...wojenne czasy wspominać – przerywa mi Bengt.

– Ano właśnie – mówię, patrząc na mamę. – Bengt, co ty się po tym brzuchu tak głaszczesz? Boli cię?

– Boli, nie boli. Za dużo zjadłem i tyle. Macie coś na tra-wienie?

Wybuchnęliśmy śmiechem prawie chórem. Wiadomo było, o co mu chodzi.

– Per, nalej ojcu Akvavitu, to od razu lepiej się poczuje.

– Kochani, no to na zdrowie! – mówi prawie czystą pol- szczyzną.

– Na zdrowie! – odpowiadamy.

– No to jeszcze jednego, Bengt. Na druga nogę – dodaję, dolewając mu.

Bengt śmieje się i mówi:

– Teraz za Polskę na zdrowie.

– Pięknie dziękuję – odpowiada mama i dodaje: – To może jeszcze jednego za Warszawę?

– No to może jeszcze jednego za piękną Warszawę, ale już naprawdę ostatniego.

– Kawa już gotowa! Przesuń się Julio, nie stój na samym środku. Chcesz, abym cię poparzył?

– Poczekaj chwilę, Per, proszę. Trzeba to gdzieś przestawić, bo nie ma gdzie się podziać. – Wskazuję na leżącą na środku torbę.

– Ach,właśnie, zapomniałem – mówi Bengt, przysuwając torbę do siebie. – Przyniosłem wam gruszki i śliwki. Tak obrodziły w domu moich rodziców, że Margit nie wie, co z nimi zrobić. Wszystkich do Sztokholmu przecież nie zabierze.

– Nie wiedziałam, że Margit też ma przyjechać. Myślałam, że tylko twoja najmłodsza siostra, Petra, przyjedzie.

– Ja też tak myślałem. Zrobiły mi niespodziankę.

Pijąc już kawę, rozmawiamy o różnych sprawach, żartujemy.

– W naszej kuchni jest przyjemnie i przytulnie – mówi Per.

– To twoja zasługa – odpowiadam.

– Zrobiłem tak, jak chciałaś. To prezent na twoje czterdzieste urodziny, a właściwie jeden z prezentów – poprawia się pospiesznie Per.

– A co jeszcze dostanę? – przekomarzam się, ciągnąc go za rękaw od koszuli.

– Julio, przestań, bo się kawą obleję.

– Gorzej niż dzieci – mówi mama.

Mattias z Eveliną wstają od stołu i idą do swoich pokoi. Zostajemy we czworo. Robi się cicho. Tak jakby każdy był zajęty swoimi myślami. Spoglądam przez okno. Niebo bezchmurne. Jest prawie bezwietrznie. Po drugiej stronie ulicy czerwienią się jarzębiny. Błyszczą w promieniach słońca przydrożne wrotycze. Pachnie świeżo ściętą trawą. Przez uchylone drzwi od werandy słychać grającego świerszcza.

– Jak tu pięknie – mówię na głos.

– A tobie co się stało? – Per się wzdryga.

– Przepraszam, tak głośno mi się powiedziało.

– Dziwne – mówi mama. – Powiedziałaś to, o czym ja my- ślałam.

– I ja też – mówi Per.

– I ja również – dodaje Bengt.

– Nigdy w moim życiu nie czułam się tak bezpiecznie i dobrze – mówię, wstając od stołu. – Muszę się trochę rozruszać. Trochę za dużo dzisiaj siedziałam i wszystko mnie boli.

– To weź proszek przeciwbólowy – mówi Bengt.

– Lepiej niech nic nie bierze – wtrąca się Per. – Co tata jej doradza? Czy tata już zapomniał, co proszki z niej zrobiły? Dopiero od paru miesięcy jest trochę lepiej, tak że chociaż może spać w nocy.

– To bardzo dziwne – mówi Bengt zamyślony.

– O czym tato mówi, że dziwne?

– No, to bardzo dziwne – zaczyna od nowa – że zupełnie dobrze z Julią to nadal nie jest...

– I nigdy nie będzie – wtrąca Per.

– Tak, ale po tylu rehabilitacjach, zabiegach i terapiach... myślałem, że ją wreszcie na nogi postawią.

– Postawili – mówi trochę poirytowany Per – ale cudów nie mogą czynić. Julia musi się oszczędzać i dostosować do sytuacji. Ja jej też pomagam, jak mogę. Wyremontowałem dom, powymieniałem krany. Kupiłem nowy samochód ze wspomaganiem, aby było jej łatwiej jeździć. Ma też bardzo wyrozumiałą i kochającą matkę, która pomaga jej, ile może. Od czasu, kiedy przeszła na emeryturę, przyjeżdża na całe pół roku. Gdy wyjeżdża do Warszawy, zostawia tyle specjałów, że starcza do następnego roku. Musiałem dokupić jeszcze jedną zamrażarkę, bo narzekały z Julią, że w tych dwóch już nie ma miejsca.

– No, będę się zbierać. Margit z Petrą zaprosiły mnie jeszcze na kolacje na dziewiętnastą – mówi Bengt, wstając od stołu.

– Bengt, przecież dopiero czwarta po południu. Masz jeszcze trzy godziny.

– Tak, to prawda, ale chciałem się jeszcze na chwilę położyć. Czuję się trochę zmęczony, bo nie kładłem się po obiedzie, tylko od razu przyszedłem do was na kawę. No cóż, starość nie radość – mówi, przytulając moja mamę.

Ta, uwalniając się z jego objęć, mówi:

– Nie jest tak źle z tobą, Bengt. Świetnie się trzymasz, jak na swój wiek.

– Dziękuję ci bardzo za komplement, Janeczko.

– To nie komplement. Tak jest naprawdę.

Bengt uśmiecha się i dziękuje za kawę. Już stojąc przy drzwiach, przypomina sobie o torbie z owocami.

– Czy mogłybyście te owoce przełożyć do czegoś innego? Bo torbę muszę oddać z powrotem Margit.

– Tak, oczywiście. Mamusiu, weź ten koszyk ze spiżarni, to włoży się do niego gruszki. Są jeszcze twarde. A te śliwki włożymy do stalowej misy.

– Boże, ile tego?! – mówi Per, pomagając nam przekładać śliwki.

– No, już gotowe. Bengt, oto torba. Podziękuj od nas twoim siostrom za owoce.

– Same to zróbcie. Jest taka piękna pogoda. Idźcie się przejść nad morze i przy okazji je odwiedzicie. Na pewno się ucieszą.

– Dobra myśl, Bengt. Mamo, to co, idziemy? – pytam.

W tej chwili otwierają się drzwi od pokoju Eveliny.

– Gdzie się wybieracie?

– Idziemy odwiedzić siostry dziadka.

– Poczekajcie na mnie chwilę. Chętnie pójdę z wami.

– Pospieszcie się – prosi mama już z dworu.

– Już idziemy. Wezmę jeszcze jeden kawałek ciasta śliwkowego. Jutro upieczemy kolejne. Jest w tym roku tyle śliwek, że nie wiadomo, co z nimi robić. Hej! du! Per – mówię, zamykając drzwi.

Idziemy w milczeniu, rozkoszując się widokiem morza. Jest nadal bezwietrznie. Tafla wody wygląda jak czarodziejskie lustro. Jest taka błyszcząca. W oddali widać sąsiednie wysepki.

– Jest tu tak pięknie, że czasami zdaje mi się, że to tylko sen – mówię, przerywając ciszę.

Evelina spogląda na mnie, mówiąc:

– Coś ty taka romantyczna dzisiaj?

– Co prawda kocham kraj mojego urodzenia i moją Warszawę, ale tu jest moje miejsce. Tu zawsze czułam się bezpieczna i kochana. Mieszkańcy wyspy mnie zaakceptowali. Czuję, że jestem jedną z nich. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi – stwierdzam i zataczam się w tańcu, obejmując samą siebie.

– Mamo, przestań! Zwariowałaś?! Jeszcze cię ktoś zobaczy – mówi Evelina i zastawiając mi drogę, zatrzymuje mnie. – Pomyśl, co ludzie powiedzą.

– A co mogą powiedzieć? – mówię lekko urażona. – Co, przepraszam, nie wolno się cieszyć na swój sposób?

– Nie kłóćcie się! – przerywa nam mama.

– Niedługo będziemy na miejscu. Trzeba jeszcze, idąc tą małą ścieżką, skręcić w lewo. W oddali widać już domek.

Nim zdążyłyśmy dojść, drzwi się otwierają, a na progu stoją Margit i Petra, machając do nas przyjaźnie.

– Hej, dziewczyny! – mówi Petra. – Myślałam, że nas już nie odwiedzicie.

– Przepraszam, ale czas jakoś szybko zleciał.

– Na pisaniu, co? – rzuca Petra, nie czekając na wyjaśnienia.

Widząc moje onieśmielenie, rozbawiona głaszcze mnie po policzku.

– Proszę się nie tłumaczyć – żartuje dalej. – Wszystko i tak wiem. Rozmawiałam z Perem. Akurat zdążyłyście wyjść z domu. Zadzwoniłam, aby spytać o Bengta, ale jego już tam nie było. Wejdźcie do środka. Mamy kawę w termosie i kanelbullar.

– Zostańmy na dworze. Tu tak pięknie – mówię, wskazując ręką morze.

– No dobrze, siądźmy tu przed domem, ale z dala od tej śliwy – odpowiada Margit.

Dopiero teraz widzę, że ma spuchniętą z jednej strony twarz.

– A tobie co się stało? – pyta Evelina.

– Osa mnie użądliła podczas zbierania śliwek.

– Boli? – pyta Evelina ze współczuciem.

– No pewnie. Ale na szczęście nie jestem uczulona, więc wszystko będzie dobrze – odpowiada Margit, odciągając ogrodową ławkę jak najdalej od śliwy.

– Proszę, to dla was – mówię, podając prezent.

– A co to jest?

– Ciasto śliwkowe.

– Pięknie dziękujemy. Takie samo jak w zeszłym roku?

– Tak – odpowiadam – takie samo. To z przepisu mojej mamy.

Petra odciąga mnie delikatnie na bok.

– Julio, powiedz, co dzisiaj twoja mama taka poważna?

– Nic się nie stało. Pewnie myśli o minionych latach dzieciństwa. No wiesz, dzisiaj jest rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Tak przypadkiem weszliśmy na ten temat i to pewnie dla niej za dużo.

– Co tak na boku stoicie? Zapomniałyście o nas i po cichu rozmawiacie? – dopytuje się Margit.

Mama siedzi bez słowa, oglądając szwedzki tygodnik. Evelina bawi się z kotem sąsiadów, Burasem.

– Siądźcie wreszcie – mówi Margit.

– Ach, jaki piękny dzień – mówię, siadając obok mamy.

– Tak, to prawda – potwierdza Margit. – W szczególności tu na wyspie.

– To co, pijecie kawę czy chcecie coś innego? – z domu słychać głos Petry.

Po chwili widać ją przez otwarte okno.

– Nie, my naprawdę dziękujemy pięknie, ale przyszłyśmy się tylko przywitać. Kawę wypiłyśmy w domu dosłownie z pół godziny temu.

– No to może chociaż wodę mineralną albo kompot ze śliwek? – nalega Petra.

– Ja naprawdę dziękuję, nie mogę. A ty, mamo?

– Ja też nie.

– A ja poproszę trochę kompotu – mówi Evelina.

– Julio, powiedz, zastanowiłaś się nad zaczęciem szkoły, przekwalifikowaniem się? – pyta Margit. I nie czekając na odpowiedź, kontynuuje: – Wiesz, ja zrobiłam maturę, mając czterdzieści pięć lat. Tak sama dla siebie. Pomyśl... Nawet dostałam pracę. Chociaż przez dwadzieścia lat byłam w domu przy mężu. Wiesz, kiedyś tak było. Mój mąż był zamożnym człowiekiem i to byłby dyshonor, gdyby jego żona pracowała. Bardzo mi go brakuje. – Odwraca głowę, patrząc na morze. Kącikiem oka widzę, że ma łzy w oczach. – To już trzy lata, jak zmarł, a mnie się zdaje tak, jakby to było niedawno – dodaje, wstając.

Patrząc cały czas na morze, poprawia swoje włosy, podnosi ręce do góry i stoi nieruchomo.

Milczymy, aby jej nie przeszkadzać. Mama szturcha mnie delikatnie w bok, pytając wzrokiem, co ona robi.

Ja kładę znacząco palec na ustach i cichutko mówię:

– Potem ci powiem, o co chodzi.

– Zostaw to, głupi! – ciszę przerywa głos Eveliny.

Odwracamy się wszyscy w jej stronę. Gdy widzimy, jak mocuje się z kotem, aby odebrać mu kawałek cynamonu, ogarnia nas śmiech. Wygląda to tak komicznie... Buras, który nie chce wypuścić z pyszczka kawałka cynamonu, i Evelina, która trzyma przyprawę z drugiej strony, w ten sposób podnosząc kota do góry.

– Co, trenujesz go do występów w cyrku? – śmieję się przez łzy.

– Co wam tak wesoło? – obrusza się Evelina. – Nie wiecie, że to dla kota jest niebezpieczne?

– Na pewno tego nie połknie, bo to za duży kawałek – stwierdzam, śmiejąc się dalej.

– No, mam go wreszcie – woła Evelina z ulgą, trzymając spory kawałek cynamonu w palcach.

Obrażony Buras kładzie się pod różanym krzewem.

Margit odwraca się w moją stronę i mówi z powagą w głosie:

– Julio, czy ty się zastanawiałaś poważnie nad tym, aby wydać tomik wierszy? To, co mi pokazał Per, jest naprawdę dobre.

– Czasami tak, a czasami nie, w zależności od nastroju. Przede wszystkim piszę dla siebie. W ogóle to nie lubię tego słowa: wiersz. Dla mnie to jest zapisywanie wrażeń, przeżyć, czasami marzeń. Po prostu tego, co czuję naprawdę. Pisząc, mogę być na sto procent szczera z kartką papieru.

– Papieru w kratkę – dodaje Petra.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.