Siedem głazów przeznaczenia - Diana Gabaldon - ebook + audiobook + książka

Siedem głazów przeznaczenia ebook

Diana Gabaldon

3,0
85,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

„Siedem głazów przeznaczenia” to zbiór opowiadań osadzonych w świecie nagradzanej sagi „Obca”, przetłumaczonej na 33 języki.

Śledź losy ukochanych postaci, poznanych dzięki bestsellerowej serii „Obca”. Ta niezwykła kolekcja opowiadań pozwoli ci wrócić do magicznego świata Claire Randall i Jamiego Frasera. Miłośniczki „Obcej” muszą je przeczytać! Niezwykle urzekające historie kuszą poczuciem humoru i wątkami romansowymi.

Wszystkie części sagi „Obca” zajmowały najwyższe miejsca na listach bestsellerów w 114 krajach i rozeszły się w łącznym nakładzie 50 milionów egzemplarzy. Powieść została zekranizowana. Cieszący się popularnością serial jest dostępny na platformie Netflix.

Diana Gabaldon stworzyła również sagę „Lord John”, powiązaną fabułą z serią „Obca”. W przygotowaniu przekład dziewiątego tomu sagi „Obca”: „Go Tell the Bees that I Am Gone”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 882

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wstęp

Wstęp

Chro­no­lo­gia serii Obca

Jeśli chwy­ci­li­ście tę książkę z błęd­nym prze­ko­na­niem, że to dzie­wiąta część serii Obca, to prze­pra­szam.

Zatem, czym ta książka w zasa­dzie jest? Cóż, to zbiór sied­miu… hmm… form lite­rac­kich, róż­nią­cych się dłu­go­ścią i tre­ścią, ale wszyst­kie mają zwią­zek z serią Obca. Co do tytułu: redak­torce nie spodo­bał się zapro­po­no­wany przeze mnie Sal­ma­gundi1, a gdy pochy­li­łam się nad jej argu­men­ta­cją… W każ­dym razie, za pośred­nic­twem mojego agenta zosta­łam popro­szona o coś bar­dziej „rezo­nu­ją­cego i poetyc­kiego”, na modłę ksią­żek z głów­nej serii.

Nie wcho­dząc zbyt głę­boko w towa­rzy­szący mi pro­ces myślowy (w pew­nym momen­cie do głowy przy­cho­dziły mi stwier­dze­nia pokroju „sma­że­nie kieł­ba­sek” i „szli­fo­wa­nie kamieni”), chcia­łam zna­leźć tytuł, który przy­naj­mniej zasu­ge­ro­wałby zbiór ele­men­tów (stąd „sie­dem”), więc Sie­dem gła­zów poja­wiło się natu­ral­nie i dobrze się wpa­so­wy­wało („głaz” to zawsze słowo wiel­kiej wagi), ale nie była to jesz­cze kom­pletna myśl poetycka. Zasta­na­wia­łam się wciąż i w końcu wymy­śli­łam „prze­zna­cze­nie”, które brzmi poważ­nie.

Póź­niej musia­łam prze­ana­li­zo­wać nowy tytuł, żeby wymy­ślić, co ma, u licha, zna­czyć. Kiedy sie­dzi się nad czymś dość długo, to można we wszyst­kim dostrzec sens. W tym przy­padku „prze­zna­cze­nie” odnosi się do ludzi, któ­rzy muszą radzić sobie z żalem i prze­ciw­no­ściami losu. Mia­no­wi­cie, jeśli nie zgi­ną­łeś od razu, masz wybór, jak poto­czy się reszta two­jego życia: możesz stać pro­sto mimo ran i ponu­rych doświad­czeń, słu­żąc jako pod­pora i dro­go­wskaz dla innych, lub upaść i pozwo­lić, by pochło­nęła cię zie­mia, ustę­pu­jąc tym, któ­rzy przyjdą po tobie.

* * *

Ale do rze­czy. W środku znaj­dzie­cie (jak pod­po­wiada okładka) zbiór sied­miu nowel (forma krót­sza od powie­ści, ale dłuż­sza niż krót­kie opo­wia­da­nie), a każda z nich jest czę­ścią świata Obcej i bez­po­śred­nio łączy się z serią.

Pięć z nich napi­sa­łam dla róż­nych anto­lo­gii poja­wia­ją­cych się w ostat­nich latach, a dwie są cał­ko­wi­cie nowe i ni­gdy wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wane. To Ulotna zie­leń oraz Oblę­że­nie.

Bio­rąc pod uwagę róż­nicę pomię­dzy wydaw­nic­twami w poszcze­gól­nych kra­jach, nie­które z wcze­śniej zna­nych nowel mogły zostać opu­bli­ko­wane w for­mie zbio­ro­wej (Wielka Bry­ta­nia, Niemcy) lub jako poje­dyn­cze ebo­oki (Stany Zjed­no­czone). Sie­dem gła­zów prze­zna­cze­nia to kom­pletna, dru­ko­wana kolek­cja dla tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy lubią czuć książkę w dłoni, zawie­ra­jąca dwa nie­pu­bli­ko­wane wcze­śniej opo­wia­da­nia.

Ponie­waż nowele wpi­sują się w różne punkty głów­nej histo­rii (podob­nie jak boha­te­ro­wie), poni­żej znaj­duje się chro­no­lo­gia ksią­żek z serii Obca, by wyja­śnić wszyst­kim kto, co i kiedy.

Seria Obca jest napi­sana w trzech róż­nych for­ma­tach:

Ogromne księgi głów­nej serii, które nie wpi­sują się w żaden gatu­nek lite­racki (albo zawie­rają je wszyst­kie).

Krót­sze, łatwiej­sze do wpi­sa­nia w ramy opo­wia­da­nia są w więk­szym lub mniej­szym stop­niu kry­mi­na­łami histo­rycz­nymi (cho­ciaż podej­mo­wany jest w nich także temat wojen, węgo­rzy i róż­no­ra­kich prak­tyk sek­su­al­nych).

Oraz

Nowelki – krót­kie formy lite­rac­kie, które wypeł­niają histo­rie znane z głów­nej serii, tak jak ofiara wypeł­nia pusty żołą­dek ogrom­nego węża. Sku­piają się głów­nie (ale nie jedy­nie) na pobocz­nych boha­te­rach, poprze­dzają wyda­rze­nia lub dzieją się po wyda­rze­niach z głów­nej serii i/lub zapeł­niają luki w fabule.

Duże księgi opo­wia­dają histo­rię Cla­ire i Jamesa Fra­se­rów. Opo­wia­da­nia sku­piają się na przy­go­dach lorda Johna Greya, ale ich fabuła łączy się z tą przed­sta­wioną w głów­nej serii (na przy­kład The Scot­tish Pri­so­ner to łączona histo­ria lorda Johna i Jamiego Fra­sera). W nowel­kach poja­wiają się boha­te­ro­wie dużych ksiąg, włącz­nie z Jamiem i Cla­ire. Opis poni­żej wyja­śnia, któ­rych boha­te­rów spo­tka­cie w poszcze­gól­nych opo­wia­da­niach.

Więk­szość opo­wia­dań i noweli któ­rych głów­nych boha­te­rem jest lord John, wypeł­nia wielką lukę w latach 1756–1761, powstałą w powie­ści Podróż­niczka. Część pozo­sta­łych nowe­lek rów­nież wpa­so­wuje się w ten okres.

Dla wygody czy­tel­ni­ków zamiesz­czona tu lista przed­sta­wia sekwen­cję waż­niej­szych wyda­rzeń. Cho­ciaż warto wspo­mnieć, że krót­sze formy lite­rac­kie są napi­sane w taki spo­sób, żeby można było je czy­tać oddziel­nie, nie zna­jąc fabuły głów­nej serii. Cza­sem ma się ochotę na lite­racką prze­ką­skę, a nie dzie­wię­cio­da­niowy posi­łek z dobrym winem i zakoń­czony dese­rem.

(Dla jesz­cze więk­szej wygody opis każ­dej histo­rii zawiera ramy cza­sowe – jeśli w róż­nych kra­jach książki będą wyda­wane w innej kolej­no­ści, daty i ory­gi­nalne tytuły publi­ka­cji rów­nież są zawarte poni­żej. Ta infor­ma­cja będzie naj­bar­dziej doce­niona przez kolek­cjo­ne­rów i zago­rza­łych biblio­fi­lów. Pró­bu­jemy zado­wo­lić jak naj­wię­cej ludzi).

Vir­gins (nowela), wyda­nie pol­skie Dzie­wice – rok 1740, Fran­cja. Jamie Fra­ser (lat dzie­więt­na­ście) i jego przy­ja­ciel Ian Mur­ray (lat dwa­dzie­ścia) zostają mło­dymi najem­ni­kami. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Dan­ge­rous Women pod redak­cją Geo­rge’a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2012].

Outlan­der, wyda­nie pol­skie Obca (powieść) – swoją przy­godę z serią pro­po­nuję zacząć w tym miej­scu. Jeśli nie jeste­ście prze­ko­nani, otwórz­cie książkę na jakim­kol­wiek frag­men­cie i prze­czy­taj­cie trzy strony. Zapłacę dolara, jeśli po tym odło­ży­cie ją na dobre (1946/1743).

Dra­gon­fly in Amber, wyda­nie pol­skie Uwię­ziona w bursz­ty­nie (powieść) – histo­ria nie zaczyna się tam, gdzie myślisz i koń­czy też w nie­spo­dzie­wa­nym miej­scu. Po pro­stu czy­taj; będzie dobrze (1968/1744–1746).

A Fugi­tive Green, wyda­nie pol­skie Ulotna zie­leń (nowela) – akcja roz­grywa się w latach 1744–1745 w Paryżu, Lon­dy­nie i Amster­da­mie. Głów­nymi boha­te­rami noweli są star­szy brat lorda Johna, Hal (Harold, hra­bia Mel­don i książę Par­dloe) oraz jego (przy­szła) żona Min­nie – w tam­tym momen­cie sie­dem­na­sto­let­nia han­dlarka rzad­kimi księ­gami, dora­bia­jąca sobie na boku fał­szo­wa­niem papie­rów, szan­ta­żem i kra­dzie­żami. W noweli poja­wia się rów­nież Jamie Fra­ser.

Voy­ager, wyda­nie pol­skie Podróż­niczka (powieść) – zdo­była nagrodę maga­zynu „EW” za „naj­lep­sze otwar­cie”. (Żeby zaosz­czę­dzić wam czasu na poszu­ki­wa­niu egzem­pla­rza, brzmiało ono tak: „Nie żył. W nosie czuł jed­nak bole­sne pul­so­wa­nie. Uznał to za bar­dzo dziwne.”). Jeśli czy­tasz serię w kolej­no­ści, a nie wyryw­kowo, naj­le­piej będzie prze­czy­tać tę powieść przed zabra­niem się do nowel (1968/1746–1767).

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Hel­l­fire Club (krót­kie opo­wia­da­nie) – żeby jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać sprawę, Lord John and the Hand of Devils to zbiór skła­da­jący się z trzech nowel. Akcja pierw­szej Lord John and the Hel­l­fire Club roz­grywa się w Lon­dy­nie w 1756 roku. Męż­czy­zna o rudych wło­sach błaga lorda Johna Greya o pomoc, po czym umiera na jego oczach. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Past Poisons pod redak­cją Maxima Jaku­bow­skiego, 1998].

Lord John and the Pri­vate Mat­ter, wyda­nie pol­skie Lord John i sprawa oso­bi­sta (powieść) – Lon­dyn, 1757 rok. Kry­mi­nał histo­ryczny prze­siąk­nięty krwią i innymi jesz­cze bar­dziej maka­brycz­nymi sub­stan­cjami. W skró­cie, lord John poznaje lokaja, zdrajcę, apte­ka­rza twier­dzą­cego, że ma spraw­dzony lek na syfi­lis, prze­mą­drza­łego Niemca i nie­ma­ją­cego skru­pu­łów magnata han­dlo­wego.

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Suc­cu­bus (nowela) – w dru­giej noweli z serii Hand of Devils spo­ty­kamy lorda Johna w Niem­czech w 1757 roku. Boha­ter ma nie­po­ko­jące sny o Jamiem Fra­se­rze, prze­żywa dość dziwne spo­tka­nia z sak­soń­skimi księż­nicz­kami, noc­nymi wiedź­mami oraz czeka go bar­dzo spe­cy­ficzne zetknię­cie z dużym blond hra­bią hano­wer­skim. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Legends II pod redak­cją Roberta Silver­berga, 2003].

Lord John and the Bro­ther­hood of the Blade, wyda­nie pol­skie Lord John i Brac­two Ostrza (powieść) – druga powieść o przy­go­dach lorda Johna (poja­wia się w niej rów­nież Jamie Fra­ser), któ­rej akcja roz­grywa się w 1758 roku i trak­tuje o trwa­ją­cym od dwu­dzie­stu lat rodzin­nym skan­dalu. Lord John zali­cza bli­skie spo­tka­nie z armatą i musi sobie radzić z burz­li­wymi uczu­ciami.

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Haun­ted Sol­dier (nowela) – trze­cia nowela z tej serii. Rok 1758, Lon­dyn, Royal Arse­nal w Wool­wich. Lord John musi zmie­rzyć się z komi­sją śled­czą w spra­wie wybu­chu armaty i uświa­da­mia sobie, że na świe­cie ist­nieją bar­dziej śmier­cio­no­śne rze­czy niż proch strzel­ni­czy.

The Custom of the Army, wyda­nie pol­skie Zwy­czaje armii (nowela) – rok 1759. Jego lor­dow­ska mość mel­duje się na przy­ję­ciu w Lon­dy­nie, któ­rego główną atrak­cją jest węgorz elek­tryczny, a osta­tecz­nie bie­rze udział w bitwie na Rów­ni­nie Abra­hama. Po pro­stu taki z niego typ czło­wieka. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii War­riors pod redak­cją Geo­rge’a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2010].

The Scot­tish Pri­so­ner (powieść) – akcja tej powie­ści roz­grywa się w 1760 roku w Kra­inie Jezior, Lon­dy­nie oraz Irlan­dii. Jest to swego rodzaju „powieść hybry­dowa” roz­dzie­lona po równo mię­dzy dwóch boha­te­rów – lorda Johna i Jamiego Fra­sera – i przed­sta­wia­jąca ich prze­my­śle­nia na temat poli­tyki, korup­cji, mor­derstw, snów po zaży­ciu opium, koni oraz nie­ślub­nych synów.

A Pla­gue of Zom­bies, wyda­nie pol­skie Plaga zom­bie (nowela) – rok 1761, Jamajka, gdzie lord John zostaje wysłany, żeby prze­jąć dowo­dze­nie nad bata­lio­nem mają­cym stłu­mić bunt nie­wol­ni­ków, a przy oka­zji odkrywa w sobie upodo­ba­nie do węży, kara­lu­chów i żywych tru­pów. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Down These Strange Stre­ets2 pod redak­cją Geo­rge’a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2011].

Drums of Autumn, wyda­nie pol­skie Jesienne wer­ble (powieść) – czwarta powieść głów­nej serii, któ­rej akcja roz­po­czyna się w 1767 roku w Nowym Świe­cie, gdzie Jamie i Cla­ire osie­dlają się Karo­li­nie Pół­noc­nej, a ich córka Brianna dowia­duje się wielu nie­spo­dzie­wa­nych rze­czy, gdy za sprawą wycinka z gazety rusza na poszu­ki­wa­nia rodzi­ców (1969–1970/1767–1770).

The Fiery Cross, wyda­nie pol­skie Ogni­sty krzyż (powieść) – tłem histo­rycz­nym dla pią­tej powie­ści głów­nej serii jest wojna regu­la­cyjna na tere­nach Karo­liny Pół­noc­nej (1767–1771), czyli w mniej­szym lub więk­szym stop­niu próba gene­ralna przed nad­cho­dzącą rewo­lu­cją. Jamie Fra­ser staje się – choć nie bez oporu – rebe­lian­tem, jego żona Cla­ire wybiera drogę lekarki, a ich wnuk Jere­miah upija się cherry bounce. Ponadto coś bar­dzo złego przy­tra­fia się mężowi Brianny, Roge­rowi, ale nie powiem co. Powieść zdo­była kilka nagród za „naj­lep­sze zamknię­cie”. Tym razem go tu nie umiesz­czę (1770–1772).

A Bre­ath of Snow and Ashes, wyda­nie pol­skie Tchnie­nie śniegu i popiołu (powieść) – szó­sta powieść głów­nej serii, które zdo­była w 2006 roku nagrodę lite­racką Corine w kate­go­rii bele­try­styka oraz Quill Award (poko­nu­jąc powie­ści autor­stwa Geo­rge’a R.R. Mar­tina i Ste­phena Kinga, co jest dla mnie nie lada gratką. W końcu jak czę­sto można się pochwa­lić takim wyróż­nie­niem?). Wszyst­kie książki jawią mi się jako obrazy, kiedy nad nimi pra­cuję. Ta wyglą­dała jak drze­wo­ryt Hoku­saia, noszący tytuł Wielka fala w Kana­ga­wie. Cho­ciaż, może bar­dziej jak tsu­nami. Albo dwa.

An Echo in the Bone, wyda­nie pol­skie Kość z kości (powieść) – akcja siód­mej powie­ści głów­nej serii roz­grywa się w Ame­ryce, Lon­dy­nie, Kana­dzie i Szko­cji. Ilu­stra­cja na anglo­ję­zycz­nej okładce dosko­nale oddaje kształt powie­ści: a wid­nieje na niej kol­czatka. Stara woj­skowa broń, która wygląda jak bączek z naostrzo­nymi koń­cami. Rzy­mia­nie uży­wali ich do odstra­sza­nia słoni, a patrole na auto­stra­dach wciąż zatrzy­mują za pomocą tego wyna­lazku pędzą­cych prze­stęp­ców. W tej książce znaj­dzie­cie cztery główne wątki: Jamiego i Cla­ire, Rogera i Brianny (oraz ich rodziny), lorda Johna i Wil­liama oraz mło­dego Iana, prze­ci­na­jące się w cza­sie rewo­lu­cji ame­ry­kań­skiej. Każdy z wąt­ków ma ostre końce (1776–1778/1980).

Writ­ten in My Own Heart’s Blood, wyda­nie pol­skie Spi­sane wła­sną krwią (powieść) – ósma powieść głów­nej serii zaczyna się w momen­cie, w któ­rym skoń­czyła się akcja poprzed­niej: w lecie 1778 roku (oraz na jesieni 1980). Rewo­lu­cja ame­ry­kań­ska roz­krę­ciła się na dobre, a w 1980 roku w Szko­cji rów­nież roz­gry­wają się dość prze­ra­ża­jące wyda­rze­nia.

A Leaf on the Winds of All Hal­lows, wyda­nie pol­skie Liść na zadusz­ko­wym wie­trze (krótka opo­wieść – naprawdę) – akcja roz­grywa się (głów­nie) w latach 1941–1943. Dowia­du­jemy się, co naprawdę stało się z rodzi­cami Rogera Mac­Ken­ziego. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Songs of Love and Death pod redak­cją Geo­rge’a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2010].

The Space Between, wyda­nie pol­skie Prze­strzeń pomię­dzy cza­sami (nowela) – rok 1778, głów­nie Paryż. Fabuła kręci się wokół Micha­ela Mur­raya (star­szego brata mło­dego Iana), Joan Mac­Kim­mie (młod­szej sio­stry Mar­sali), hra­biego St. Ger­main (który jed­nak żyje), matki Hil­de­gardy i kilku innych osób zamie­sza­nych w sprawę. Nasuwa się pyta­nie, prze­strzeń pomię­dzy czym? To zależy z czy­jej per­spek­tywy. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii The Mad Scien­tist’s Guide to World Domi­na­tion pod redak­cją Johna Jose­pha Adamsa, 2013].

Besie­ged, wyda­nie pol­skie Oblę­że­nie (nowela) – akcja noweli roz­grywa się w 1762 roku na Jamajce i w Hawa­nie. Lord John, peł­niący funk­cję tym­cza­so­wego guber­na­tora woj­sko­wego Jamajki i mający wkrótce opu­ścić swój dotych­cza­sowy poste­ru­nek, dowia­duje się, że jego matka prze­bywa w Hawa­nie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że bry­tyj­ska mary­narka pla­nuje oblę­że­nie mia­sta. W towa­rzy­stwie swo­jego lokaja Toma Byrda, byłego żywego trupa imie­niem Rodrigo i jego wybit­nie pokrę­co­nej żony Azeel lord John wyru­sza na ratu­nek nie­gdy­siej­szej księż­nej Par­dloe, zanim statki dotrą na miej­sce.

Pamię­taj­cie…

Opo­wia­da­nia i nowele może­cie czy­tać poje­dyn­czo i w dowol­nej kolej­no­ści, ale do dużych ksiąg pro­po­nuję brać się w dobrej kolej­no­ści. Mam nadzieję, że wam się spodo­bają!

Przeł. Szy­mon Koło­dziej­ski

Zwy­czaje armii

Wstęp

Wstęp

Jedną z naj­więk­szych przy­jem­no­ści przy pisa­niu powie­ści histo­rycz­nej jest to, że naj­lep­sze frag­menty nie są zmy­ślone. Na pomysł tego opo­wia­da­nia wpa­dłam po prze­czy­ta­niu dosko­na­łej bio­gra­fii dok­tora Johna Hun­tera pod tytu­łem Chi­rurg, popeł­nio­nej przez Wendy Moore – przy oka­zji czy­ta­jąc rów­no­cze­śnie krótką książkę wydaną przez ame­ry­kań­ską Służbę Par­ków Naro­do­wych, w któ­rej zawarte były regu­la­cje doty­czące armii bry­tyj­skiej pod­czas wojny o nie­pod­le­głość.

W żad­nej z tych ksią­żek nie szu­ka­łam niczego szcze­gól­nego. Czy­ta­łam je dla kon­tek­stu histo­rycz­nego i ogól­nych infor­ma­cji o tam­tym okre­sie, z nadzieją, że natra­fię na coś wybit­nie fascy­nu­ją­cego, jak lon­dyń­skie przy­ję­cia z udzia­łem węgo­rzy elek­trycz­nych3 (przy­ję­cia i postać dok­tora Hun­tera – który zali­cza krótki epi­zod w opo­wia­da­niu – to fakty histo­ryczne).

Wra­ca­jąc do regu­la­cji dla bry­tyj­skiej armii, nie­wiele z nich tra­fiło do opo­wia­da­nia. Jako autorka musia­łam powstrzy­my­wać się od zarzu­ca­nia czy­tel­ni­ków suchymi fak­tami, cho­ciaż w książce jest ich kilka, na przy­kład infor­ma­cja, że słowo „bomba” było powszech­nie uży­wane w osiem­na­stym wieku i odno­siło się (oczy­wi­ście oprócz stan­dar­do­wego zna­cze­nia) do pro­wi­zo­rycz­nych poci­sków zala­nych smołą i wypeł­nio­nych odłam­kami, któ­rymi strze­lało się z armaty (cho­ciaż nie można sto­so­wać słowa „szrap­nel”, bo to wzięło się od nazwi­ska porucz­nika bry­tyj­skiej arty­le­rii Henry’ego Shrap­nela, który ulep­szył ory­gi­nalny kon­cept „bomby” i stwo­rzył pocisk wypeł­niony odłam­kami i pro­chem strzel­ni­czym wybu­cha­jący już w powie­trzu. Nie­stety doko­nał tego dopiero w 1784 roku, a miło by było móc go uży­wać, pisząc opo­wia­da­nie wojenne).

Jeśli cho­dzi o inne cie­ka­wostki, to zasko­czył mnie krótki opis jed­nej z pro­ce­dur dla sądów wojen­nych: „Zwy­cza­jem armii jest, aby sąd wojenny pro­wa­dził star­szy ofi­cer, przy udziale takiej liczby innych ofi­cerów, która może dzia­łać jako rada, co zazwy­czaj ozna­cza czte­rech człon­ków lub wię­cej, ale nie mniej niż trzech… Oskar­żona osoba musi mieć prawo do wezwa­nia świadka w swo­jej obro­nie, a rada powinna prze­słu­chać go i inne osoby według uzna­nia i usta­lić moż­liwe fakty, a jeśli doj­dzie do ska­za­nia, nało­żyć karę”.

I to tyle. Żad­nych szcze­gó­ło­wych pro­ce­dur, żeby zna­leźć dowody, żad­nych wytycz­nych doty­czą­cych kar, żad­nych reguł, za co można być ska­za­nym ani dyrek­tyw, kto może stać się „rad­nym” w sądzie wojen­nym – liczą się tylko „zwy­czaje armii”. To dla­tego ta fraza tak mocno wryła mi się w głowę.

To opo­wia­da­nie jest dla Karen Henry,aedile curule i naczel­nej Bum­ble­bee-Her­der

Bio­rąc pod uwagę wszyst­kie fakty, praw­do­po­dob­nie była to wina elek­trycz­nego węgo­rza. John Grey mógł – i przez jakiś czas tak wła­śnie czy­nił – winić rów­nież czci­godną Caro­line Wood­ford. I chi­rurga. A już na pewno tego cho­ler­nego poetę. A jed­nak była to wina węgo­rza.

Przy­ję­cie odby­wało się w domu Lucindy Jof­frey. Sir Richard nie przy­szedł – dyplo­mata jego kali­bru nie mógł być koja­rzony z czymś tak fry­wol­nym jak przy­ję­cia z udzia­łem węgo­rzy elek­trycz­nych, które stały się nową modą w Lon­dy­nie, cho­ciaż, bio­rąc pod uwagę nie­do­sta­tek tych stwo­rzeń, pry­watne przy­ję­cia były rzad­ko­ścią. Więk­szość tych spe­cy­ficz­nych spo­tkań orga­ni­zo­wano w teatrach, a nie­licz­nych zapra­szano na scenę, żeby na wła­snej skó­rze doświad­czyli pora­że­nia przez węgo­rza, ku ucie­sze zebra­nej publicz­no­ści.

– Rekord wynosi czter­dzie­ści dwie osoby za jed­nym razem! – powie­działa mu Caro­line, otwie­ra­jąc sze­roko oczy i uno­sząc głowę znad zbior­nika, w któ­rym pły­wała kre­atura.

– Naprawdę? – Grey po raz pierw­szy widział tak oso­bliwe stwo­rze­nie, cho­ciaż nie wyglą­dało jakoś wybit­nie impo­nu­jąco. Potężne ciel­sko o dłu­go­ści pra­wie jarda, głowa, która wyglą­dała jakby była ule­piona z gliny przez nie­wpraw­nego rzeź­bia­rza, i małe oczka przy­po­mi­na­jące korale z mato­wego szkła. Węgorz miał nie­wiele wspól­nego ze swo­imi smu­kłymi i zwin­nymi kuzy­nami, widy­wa­nymi na tar­gach ryb­nych – a już na pewno nie wyglą­dał jak kre­atura, zdolna powa­lić czter­dzie­ści dwie osoby naraz.

To coś nie miało w sobie ani krzty wdzięku, z wyjąt­kiem małej, cien­kiej płe­twy, która bie­gła wzdłuż dol­nej czę­ści ciała i falo­wała niczym zasłona na wie­trze. Lord John podzie­lił się tą obser­wa­cją z czci­godną Caro­line, a ta w odpo­wie­dzi oskar­żyła go o bycie zbyt poetyc­kim.

– Poetyc­kim? – roz­legł się za nimi roz­ba­wiony głos. – Czy jest coś, czego nasz mężny major nie potrafi?

Lord John odwró­cił się z wymu­szo­nym uśmie­chem i ukło­nił Edwi­nowi Nichol­l­sowi.

– Nie śmiał­bym zabie­rać się za pań­ską dzie­dzinę, panie Nicholls – odpo­wie­dział grzecz­nie. Nicholls popeł­nił obrzy­dliwy wiersz, trak­tu­jący głów­nie o miło­ści, który zna­lazł uzna­nie wśród mło­dych kobiet o spe­cy­ficz­nym spo­so­bie myśle­nia. Czci­godna Caro­line nie nale­żała do tej grupy – ta w bar­dzo bystry spo­sób spa­ro­dio­wała styl jego wier­sza, cho­ciaż Nicholls o tym nie sły­szał. A przy­naj­mniej Grey miał taką nadzieję.

– Och, naprawdę? – Nicholls uniósł brew w kolo­rze miodu i zer­k­nął krótko, acz bar­dzo wymow­nie na panią Wood­ford. Jego ton był rado­sny, ale mina zde­cy­do­wa­nie nie, a Grey zasta­na­wiał się, ile już wypił. Miał czer­wone policzki, jego oczy się skrzyły, ale to mogła być wina duchoty panu­ją­cej w pokoju i eks­cy­ta­cji spo­wo­do­wa­nej przy­ję­ciem.

– Myślisz o skom­po­no­wa­niu ody o naszym przy­ja­cielu? – zapy­tał Grey, igno­ru­jąc alu­zję Nichol­lsa i wska­zu­jąc na duży zbior­nik, w któ­rym znaj­do­wał się węgorz.

Nicholls zaśmiał się zde­cy­do­wa­nie za gło­śno – na pewno sobie wypił – i mach­nął lek­ce­wa­żąco dło­nią.

– Nie, majo­rze. Jak mógł­bym mar­no­wać wenę na tę paskudną i nie­istotną kre­aturę, kiedy ota­czają mnie tak zachwy­ca­jące i inspi­ru­jące anioły? – Spoj­rzał kątem oka, a Grey rów­nież mimo­wol­nie to uczy­nił, na panią Wood­ford, która uśmiech­nęła się, nie otwie­ra­jąc ust, i stuk­nęła go w geście repry­mendy wachla­rzem trzy­ma­nym w dłoni.

Grey zasta­na­wiał się, gdzie jest wuj Caro­line. Simon Wood­ford podzie­lał zain­te­re­so­wa­nie bra­ta­nicy histo­rią natu­ralną i na pewno towa­rzy­szyłby jej… Och, tam. Simon Wood­ford był zaan­ga­żo­wany w dys­ku­sję z dok­to­rem Hun­te­rem, zna­nym chi­rur­giem – co kie­ro­wało Lucindą, kiedy go zapra­szała? Potem zer­k­nął na Lucindę, która obser­wo­wała dok­tora Hun­tera z przy­mru­żo­nymi oczami zza wachla­rza i zdał sobie sprawę, że to nie ona go zapro­siła.

John Hun­ter był sław­nym chi­rur­giem – lecz niesław­nym ana­to­mem. Plotka gło­siła, że nic nie powstrzyma go przed zdo­by­ciem ciała, na które ostrzy zęby – ludz­kiego, zwie­rzę­cego, nie­ważne. Bywał na salo­nach, ale raczej nie w krę­gach Jof­freyów.

Lucinda Jof­frey była posia­daczką naj­bar­dziej wyra­zi­stych oczu. Piękne, w kształ­cie mig­da­łów i o sza­rym kolo­rze. Potra­fiła wysy­łać swoim spoj­rze­niem jasne sygnały przez całą dłu­gość zatło­czo­nego pokoju.

Chodź tu! – dawała znać wzro­kiem. Grey uśmiech­nął się i uniósł w jej stronę kie­li­szek, ale ani drgnął. Lucinda zmru­żyła groź­nie lśniące oczy, po czym szybko kiw­nęła głową w kie­runku chi­rurga, który zmie­rzał w stronę akwa­rium z cie­kaw­ską miną.

Kobieta znów spoj­rzała na Greya.

Pozbądź się go! – mówiły jej oczy.

Grey zer­k­nął na panią Wood­ford. Pan Nicholls chwy­cił ją za rękę i wyglą­dało na to, że o czymś jej opo­wiada. Kobieta chyba wola­łaby wyrwać się z uści­sku. Grey spoj­rzał z powro­tem na Lucindę i wzru­szył ramio­nami, wska­zu­jąc na tył kami­zelki Nichol­lsa w kolo­rze ochry. Wyra­ził w ten spo­sób ubo­le­wa­nie, że spo­łeczna odpo­wie­dzial­ność unie­moż­li­wiła mu wyko­na­nie jej prośby.

– Nie dość, że twarz anioła – mówił Nicholls, ści­ska­jąc palce Caro­line z taką siłą, że ta aż zapisz­czała – to jesz­cze aniel­ska skóra. – Pogła­skał ją po dłoni, a jego spoj­rze­nie stało się bar­dziej pożą­dliwe. – Cie­kawi mnie, jak anioły pachną o poranku?

Grey zmie­rzył go wzro­kiem. Jesz­cze jedna uwaga tego typu i będzie zmu­szony popro­sić wyso­kiego, dobrze zbu­do­wa­nego i cięż­szego od niego o kilka fun­tów pana Nichol­lsa, który do tego miał opi­nię buń­czucz­nego, żeby wyszedł z nim na zewnątrz. Naj­le­piej spró­bo­wać zła­mać mu nos – myślał Grey, prze­no­sząc cię­żar ciała na drugą nogę – a potem wrzu­cić go w żywo­płot. W takim sta­nie nie wróci na przy­ję­cie.

– Na co patrzysz? – Nicholls ode­zwał się nie­przy­jem­nym tonem, czu­jąc na sobie wzrok Greya.

Przed udzie­le­niem odpo­wie­dzi ura­to­wały majora roz­brzmie­wa­jące brawa – wła­ści­ciel węgo­rza ofi­cjal­nie roz­po­czął przy­ję­cie. Pani Wood­ford wyko­rzy­stała chwilę nie­uwagi i wyrwała dłoń z uści­sku, a jej policzki pło­nęły. Grey pod­szedł do niej i wziął ją pod rękę, przy oka­zji rzu­ca­jąc Nichol­l­sowi chłodne spoj­rze­nie.

– Pro­szę ze mną, pani Wood­ford – powie­dział. – Znajdźmy dobre miej­sce do podzi­wia­nia tego wyda­rze­nia.

– Podzi­wia­nia? – ode­zwał się głos za nim. – Chyba nie to miał pan na myśli, sir? Nie chce pan na wła­snej skó­rze spró­bo­wać tego feno­menu?

Hun­ter, we wła­snej oso­bie, szcze­rzył się do Greya. Jego gęste włosy były nie­chluj­nie zwią­zane, cho­ciaż miał na sobie wspa­niały, śliw­kowo-czer­wony strój. Sze­ro­kie barki i solidna budowa ciała robiły wra­że­nie, ale był dość niski – led­wie pięć stóp i dwa cale w porów­na­niu do pię­ciu stóp i sze­ściu cali, któ­rymi mógł pochwa­lić się Grey. Dok­tor musiał zauwa­żyć wymianę spoj­rzeń Greya i Lucindy.

– Och, myślę… – zaczął Grey, ale Hun­ter chwy­cił go za ramię i popro­wa­dził w stronę tłumu, który zbie­rał się przy zbior­niku. Caro­line zer­k­nęła na łypią­cego spode łba Nichol­lsa i szybko ruszyła za nimi.

– Jestem bar­dzo cie­kawy pań­skiej opi­nii w tym zakre­sie – kon­ty­nu­ował Hun­ter. – Nie­któ­rzy mówią o nie­zwy­kłej eufo­rii, chwi­lo­wej dez­orien­ta­cji… płyt­kim odde­chu czy zawro­tach głowy, a cza­sem bólu w klatce pier­sio­wej. Mam nadzieję, że nie ma pan pro­ble­mów zwią­za­nych z ser­cem, majo­rze? Pani Wood­ford rów­nież?

– Ja? – Caro­line wyglą­dała na zasko­czoną.

Hun­ter nisko się ukło­nił.

– Inte­re­suje mnie rów­nież opi­nia sza­now­nej pani – stwier­dził peł­nym sza­cunku gło­sem. – Nie­wiele kobiet ma w sobie na tyle odwagi, żeby prze­żyć taką przy­godę.

– Pani tego nie chce – wtrą­cił szybko Grey.

– Cóż, może jed­nak chcę – zaopo­no­wała i lekko zmarsz­czyła brwi, a następ­nie spoj­rzała na akwa­rium i znaj­du­jące się w nim dłu­gie, szare ciel­sko. Zadrżała pra­wie nie­wi­docz­nie – ale Grey to zauwa­żył, gdyż znali się bar­dzo długo – i to bar­dziej z eks­cy­ta­cji niż z odrazy.

Nie uszło to rów­nież uwagi dok­tora Hun­tera. Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i ponow­nie ukło­nił, po czym wziął panią Wood­ford pod rękę.

– Zajmę sza­now­nej pani miej­sce.

Grey i Nicholls pró­bo­wali go powstrzy­mać, ale wpa­dli na sie­bie z gry­ma­sem na twa­rzach, a w tym cza­sie dok­tor Hun­ter dopro­wa­dził Caro­line do zbior­nika i zapo­znał ją z wła­ści­cie­lem węgo­rza – niską i mroczną posta­cią imie­niem Horace Sud­d­field.

Grey ode­pchnął Nichol­lsa i ruszył w tłum, prze­bi­ja­jąc się łok­ciami. Hun­ter go zauwa­żył i sze­roko się uśmiech­nął.

– Ma pan jakieś resztki metalu w klatce pier­sio­wej, majo­rze?

– Że co?

– Resztki metalu – powtó­rzył Hun­ter. – Arthur Long­street opi­sał mi szcze­góły ope­ra­cji, pod­czas któ­rej usu­nął trzy­dzie­ści sie­dem kawał­ków metalu z pań­skiej klatki pier­sio­wej. Nie­zwy­kle impo­nu­jące. Jeśli nato­miast jakieś resztki się tam ostały, muszę pana prze­strzec przed spo­tka­niem z węgo­rzem. Widzi pan, metal prze­wo­dzi elek­trycz­ność i wzra­sta ryzyko popa­rzeń…

Nicholls rów­nież prze­bił się przez tłum i sły­sząc to, wybuch­nął nie­grzecz­nie śmie­chem.

– Dobra wymówka, majo­rze – rzu­cił drwią­cym tonem. Co prawda, był bar­dzo pijany, jak pomy­ślał major, ale wciąż…

– Nie mam – odrzekł Grey bez waha­nia.

– Wspa­niale – powie­dział grzecz­nie Sud­d­field. – Rozu­miem, że jest pan żoł­nie­rzem, sir? A do tego śmia­łym dżen­tel­me­nem. Od kogo zaczniemy?

Zanim Grey zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, stał już przy akwa­rium, trzy­ma­jąc za rękę Caro­line Wood­ford, któ­rej drugą dłoń chwy­cił łypiący groź­nie Nicholls.

– Panie i pano­wie, czy wszy­scy są gotowi?! – zawo­łał Sud­d­field. – Dobbs, ile?

– Czter­dzie­ści pięć! – krzyk­nął jego asy­stent z dru­giego pokoju, z któ­rego cią­gnął się sznur ochot­ni­ków. Trzy­mali się za ręce i drżeli z pod­nie­ce­nia, pod­czas gdy reszta uczest­ni­ków przy­ję­cia zro­biła krok w tył.

– Wszy­scy się doty­kają? Wszy­scy się doty­kają?! – darł się dalej Sud­d­field. – Mocno ści­śnij­cie swo­ich towa­rzy­szy, pro­szę! Mocny chwyt! – Odwró­cił roz­pro­mie­nioną twarz w stronę Greya. – Śmiało, sir! Pro­szę mocno chwy­cić, o tu, tuż przed ogo­nem!

Scho­waw­szy zdrowy roz­są­dek i trzeźwą ocenę sytu­acji do kie­szeni, Grey zaci­snął szczęki i wło­żył rękę do wody.

Spo­dzie­wał się, że po chwy­ce­niu ośli­zgłej kre­atury poczuje lekki trzask, jak po dotknię­ciu butelki lej­dej­skiej. Nic bar­dziej myl­nego. Prąd odrzu­cił go w tył i spiął mię­śnie. Major upadł na pod­łogę, mio­ta­jąc się niczym ryba wyrzu­cona na brzeg i gło­śno dyszał, pró­bu­jąc przy­po­mnieć sobie, jak łapie się oddech.

Chi­rurg, pan Hun­ter, ukuc­nął obok niego i przy­pa­try­wał mu się z cie­ka­wo­ścią.

– Jak się pan czuje? – zapy­tał. – Ma pan zawroty głowy?

Grey pokrę­cił głową, co chwila otwie­ra­jąc i zamy­ka­jąc usta niczym złota rybka, następ­nie z wiel­kim wysił­kiem pokle­pał się po klatce pier­sio­wej. Pan Hun­ter nachy­lił się nad wska­za­nym miej­scem, roz­piął kami­zelkę Greya i przy­tknął ucho do koszuli. Cokol­wiek usły­szał – albo czego nie usły­szał – wyraź­nie go zmar­twiło. Pod­niósł się, zaci­snął pię­ści i przy­wa­lił nimi w klatkę Greya z taką siłą, że ten poczuł to w krę­go­słu­pie.

Ude­rze­nie przy­wró­ciło płuca do popraw­nego funk­cjo­no­wa­nia. W mgnie­niu oka wypeł­niły się powie­trzem, a major przy­po­mniał sobie, jak się oddy­cha. Jego serce zaczęło bić. Usiadł, osło­nił się przed kolej­nym ude­rze­niem pana Hun­tera i aż zamru­gał, kiedy zoba­czył masa­krę wokół sie­bie.

Na pod­ło­dze leżało mnó­stwo ludzi. Nie­któ­rzy wciąż się wili, inni leżeli nie­ru­chomo z sze­roko roz­ło­żo­nymi koń­czy­nami, a reszta już się pozbie­rała i zna­jomi poma­gali im sta­nąć na nogi. Po pokoju roz­nio­sły się pod­eks­cy­to­wane okrzyki, a Sud­d­field sta­nął obok swo­jego węgo­rza z dumną miną i przyj­mo­wał gra­tu­la­cje. Samo zwie­rzę wyglą­dało na poiry­to­wane – pły­wało, robiąc okręgi i wście­kle zmie­nia­jąc kie­runki.

Grey zauwa­żył, że Edwin Nicholls kuca, pod­pie­ra­jąc się dłońmi, i powoli pró­buje wstać. Major zaofe­ro­wał Caro­line Wood­ford swoje ramię, żeby pomóc jej się pod­nieść. Udało się, ale na tyle nie­zgrab­nie, że kobieta stra­ciła rów­no­wagę i runęła na pana Nichol­lsa. On rów­nież stra­cił rów­no­wagę i usiadł ciężko na ziemi, a czci­godna Caro­line na nim. Czy to przez pora­że­nie, poczu­cie eks­cy­ta­cji, upo­je­nie alko­ho­lowe, czy zwy­kły brak wycho­wa­nia Nicholls chwy­cił oka­zję – oraz Caro­line – i poca­ło­wał kobietę pro­sto w usta, ku jej ogrom­nemu zasko­cze­niu.

To, co wyda­rzyło się póź­niej było nieco pogma­twane. Major miał wra­że­nie, że zła­mał Nichol­l­sowi nos – a na knyk­ciach jego pra­wej dłoni poja­wiły się zaczer­wie­nie­nia, które potwier­dzały te przy­pusz­cze­nia. Wokół pano­wał straszny hałas, a Grey nie do końca czuł, że ma spójne ciało, jakby nie­które jego czę­ści odłą­czały się i roz­pły­wały w powie­trzu.

Te, które w nim pozo­stały, wyda­wały dziwne pobrzę­ki­wa­nie. Słuch – uszko­dzony kilka mie­sięcy wcze­śniej od strzału z armaty – cał­ko­wi­cie odmó­wił posłu­szeń­stwa pod wpły­wem elek­trycz­nego wstrząsu. To, co sły­szał, nie miało abso­lut­nie żad­nego sensu. Przy­pad­kowe słowa docie­rały do niego mimo dono­śnych brzę­ków, ale nie potra­fił przy­po­rząd­ko­wać ich do poru­sza­ją­cych się ust ludzi sto­ją­cych wokół niego. Nie był nawet pewien, czy on sam wypo­wiada na głos to, co chce.

Ota­czały go głosy i twa­rze, two­rzące morze dźwię­ków i gorącz­ko­wych ruchów. Ludzie go doty­kali, cią­gnęli i popy­chali. Wyrzu­cił przed sie­bie ramię, bar­dziej żeby spraw­dzić, czy wciąż je ma, niż kogo­kol­wiek ude­rzyć, ale poczuł opór ludz­kiego ciała. Jesz­cze donio­ślej­szy hałas. Od czasu do czasu poja­wiały się twa­rze, które roz­po­zna­wał: Lucinda – zszo­ko­wana i wście­kła. Caro­line – zroz­pa­czona, a jej rude włosy roz­czo­chrane, nie mówiąc już o star­tym pudrze.

Major nie był pewien, czy to on wyzwał Nichol­lsa, czy na odwrót. Nie, to na pewno ta druga opcja. Jak przez mgłę pamię­tał Edwina przy­kła­da­ją­cego sobie do nosa zakrwa­wioną chustkę i jego wście­kłe spoj­rze­nie zza przy­mru­żo­nych powiek. Chwilę póź­niej stał już w małym parku znaj­du­ją­cym się przed domem Jof­freyów, w samej koszuli z zaka­sa­nymi ręka­wami i z pisto­le­tem w dłoni. Gdyby to on decy­do­wał, nie wybrałby poje­dynku w takim stylu, prawda?

Może Nicholls go obra­ził, a on, nie będąc do końca świa­domy, wyzwał poetę na poje­dy­nek?

Wcze­śniej padało, więc na zewnątrz było chłodno. Wiatr sma­gał koszulę majora. Wyglą­dało na to, że węch jako jedyny zmysł dzia­łał cał­ko­wi­cie popraw­nie, bo czuł wszystko bar­dzo wyraź­nie: dym wydo­by­wa­jący się z komina, wil­gotną trawę i zapach wła­snego potu, który wyda­wał się dziw­nie meta­liczny. I jesz­cze coś obrzy­dli­wego, przy­po­mi­na­ją­cego odór błota i mułu. Odru­chowo potarł o spodnie dłoń, którą dotknął wcze­śniej węgo­rza.

Ktoś coś do niego mówił. Z trud­no­ścią odwró­cił się do sto­ją­cego obok pana Hun­tera, na któ­rego twa­rzy wciąż malo­wała się ta prze­ni­kliwa cie­ka­wość. Oczy­wi­ście. Chi­rurg jest potrzebny, pomy­ślał major. Trzeba mieć chi­rurga pod­czas poje­dynku.

– Tak – powie­dział, gdy zoba­czył, że Hun­ter unosi brwi, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi. Chwilę póź­niej ogar­nął go strach, że mógł obie­cać chi­rur­gowi swoje ciało, gdyby zgi­nął, i chwy­cił płaszcz Hun­tera wolną ręką.

– Nie… doty­kaj… mnie – ostrzegł. – Żad­nych… noży. Upio­rze – dodał dla więk­szego efektu, w końcu przy­po­mi­na­jąc sobie słowo, o które mu cho­dziło. Hun­ter ski­nął głową. Wyglą­dało na to, że nie poczuł się ura­żony.

Niebo było zachmu­rzone, a za jedyne źró­dło świa­tła słu­żyły pochod­nie znaj­du­jące się przy wej­ściu do domu. Syl­wetka Nichol­lsa maja­czyła gdzieś w oddali, ale męż­czy­zna szybko się do niego zbli­żał.

Ktoś chwy­cił Greya i siłą go obró­cił. Major stał teraz zetknięty ple­cami z Nichol­l­sem i czuł cie­pło bijące od wyż­szego od sie­bie męż­czy­zny.

Jasna cho­lera, pomy­ślał. Czy on w ogóle ma do tego papiery?

Ktoś krzyk­nął i major ruszył wol­nym kro­kiem przed sie­bie – a przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało – dopóki nie natknął się na czy­jeś wycią­gnięte ramię. Potem odwró­cił się, gdy zauwa­żył czło­wieka, który gorącz­kowo wska­zy­wał pal­cem za niego.

Do dia­bła z tym, pomy­ślał znu­żony, widząc jak Nicholls opusz­cza ramię. Mam to w nosie.

Zamru­gał przy wystrzale ze skie­ro­wa­nej w niego lufy – wes­tchnię­cie zebra­nego tłumu zagłu­szyło huk – i stał przez chwilę w bez­ru­chu, zasta­na­wia­jąc się, czy prze­ciw­nik go postrze­lił. Nic na to nie wska­zy­wało, a ktoś sto­jący w pobliżu nama­wiał go, żeby odpo­wie­dział ogniem.

Prze­klęty poeta, pomy­ślał. Prze­strzelę i tyle z tego będzie. Chcę wró­cić do domu.

Major uniósł ramię, celu­jąc w powie­trze, ale ręka nie do końca chciała słu­chać się mózgu i zadrżał mu nad­gar­stek. Grey go usta­bi­li­zo­wał i zaci­snął palec na spu­ście. Miał nie­wiele czasu, żeby pokie­ro­wać lufę w bok, bo po chwili broń wystrze­liła.

Ku zasko­cze­niu majora Nicholls przez moment sła­niał się na nogach, po czym upadł na trawę. Sie­dział, pod­pie­ra­jąc się jedną ręką, drugą przy­ci­skał do ramie­nia, a głowę odrzu­cił dra­ma­tycz­nie w tył.

Nagle dość mocno się roz­pa­dało. Grey strzą­snął kro­ple z rzęs i pokrę­cił głową. Powie­trze miało meta­liczny posmak, a major przez chwilę miał wra­że­nie, że wokół pach­nie… pur­purą.

– Coś tu nie gra – powie­dział na głos i zauwa­żył, że zdol­ność mówie­nia powró­ciła. Odwró­cił się, żeby pomó­wić z Hun­te­rem, ale chi­rurg, jak na leka­rza przy­stało, pod­biegł do Nichol­lsa i zaglą­dał za koł­nie­rzyk koszuli poety. Grey dostrzegł na koł­nie­rzyku krew, lecz Edwin nie chciał się poło­żyć i ener­gicz­nie gesty­ku­lo­wał wolną ręką.

– Chodźmy, sir – stwier­dził cicho ktoś sto­jący obok niego. – To nie przy­służy się repu­ta­cji lady Jof­frey.

– Co? – Major spoj­rzał w bok i ku swo­jemu zasko­cze­niu zoba­czył Richarda Tar­le­tona, który słu­żył pod nim jako cho­rąży w Niem­czech, a teraz był ubrany w mun­dur porucz­nika lan­sje­rów. – Och. Tak, racja.

W Lon­dy­nie poje­dynki były nie­le­galne. Gdyby poli­cja aresz­to­wała gości Lucindy w parku przed jej domem, odbi­łoby się to sze­ro­kim echem, co nie ura­do­wa­łoby jej męża, sir Richarda.

Tłum już się roz­pły­nął, jakby był zro­biony z cukru. Pochod­nie przy drzwiach wyga­szono. Hun­ter i jakiś czło­wiek poma­gali Nichol­l­sowi czła­pać w coraz inten­syw­niej­szym desz­czu. Grey zadrżał. Cho­lera wie, gdzie był jego płaszcz czy pele­ryna.

– Chodźmy – stwier­dził.

* * *

Grey otwo­rzył oczy.

– Coś mówi­łeś, Tom?

Tom Byrd, lokaj Greya, zakasz­lał jak stary palacz kil­ka­na­ście cali od ucha majora. Widząc, że zyskał uwagę swo­jego pra­co­dawcy, wysu­nął ramiona, w któ­rych trzy­mał noc­nik.

– Jego ksią­żęca mość czeka na dole, milor­dzie. Wraz ze swoją jaśnie panią.

Grey spoj­rzał na okno za Tomem i zamru­gał na widok desz­czo­wego poran­nego kra­jo­brazu.

– Jaśnie panią? Czyli co, z księżną? – Coś się wyda­rzyło? Nie było nawet po dzie­wią­tej. Jego bra­towa ni­gdy nie poja­wiała się z wizytą przed połu­dniem i nie sły­szał o sytu­acji, w któ­rej poka­zy­wa­łaby się z jego bra­tem za dnia.

– Nie, milor­dzie. Z maleń­stwem.

– Maleń­stwem… och. Moją córką chrzestną? – Usiadł. Czuł się dobrze, ale jakoś dziw­nie. Ode­brał naczy­nie od Toma.

– Tak, milor­dzie. Jego ksią­żęca mość powie­dział, że chce poroz­ma­wiać z panem o wyda­rze­niach z zeszłej nocy. – Tom pod­szedł do okna, a następ­nie spoj­rzał kry­tycz­nym wzro­kiem na znisz­czoną koszulę oraz spodnie ubru­dzone trawą, bło­tem, krwią i pro­chem strzel­ni­czym, prze­wie­szone nie­dbale przez opar­cie krze­sła. Popa­trzył kar­cąco na Greya, który zamknął oczy i spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie dokładny prze­bieg wczo­raj­szego wie­czoru.

Poczuł się co naj­mniej nie­swojo. Nie był pijany. Nie bolała go głowa ani nie miał pro­ble­mów żołąd­ko­wych…

– Z zeszłej nocy – powtó­rzył nie­pew­nie. Zeszła noc była dziwna, ale pamię­tał ją. Przy­ję­cie z węgo­rzem. Lucinda Jof­frey, Caro­line… Z jakiej racji Hal mar­twił się… co, poje­dyn­kiem? Dla­czego jego brat miałby przej­mo­wać się tak błahą sprawą. A nawet jeśli, to po co poja­wiać się w domu Greya o poranku z sze­ścio­mie­sięczną córeczką?

Bar­dziej nie­zwy­kła wyda­wała się pora, a nie obec­ność dziecka. Jego brat czę­sto zabie­rał ze sobą córeczkę pod pre­tek­stem, że mała potrze­buje świe­żego powie­trza. Żona oskar­żała go o popi­sy­wa­nie się – dziew­czynka rze­czy­wi­ście była śliczna – ale Grey podej­rze­wał coś bar­dziej try­wial­nego. Jego zacie­kły i nie­zno­szący sprze­ciwu brat – dowo­dzący wła­snym puł­kiem i sie­jący postrach zarówno wśród wro­gów, jak i wła­snych żoł­nie­rzy – całym ser­cem poko­chał swoją córeczkę. Pułk miał w prze­ciągu mie­siąca udać się na nowy poste­ru­nek. Hal po pro­stu nie mógł znieść tego, że ona będzie poza zasię­giem jego wzroku.

Major zna­lazł księ­cia Par­dloe sie­dzą­cego w salo­nie z lady Doro­theą Jacqu­eline Bene­dictą Grey na rękach, która obgry­zała sucha­rek przy­trzy­my­wany przez ojca. Jej zmok­nięta jedwabna cza­peczka, malut­kie okry­cie z kró­li­czego futra i dwa listy – jeden otwarty, drugi wciąż zamknięty – leżały na sto­liku przy łok­ciu księ­cia.

Hal zer­k­nął na brata.

– Zamó­wi­łem ci śnia­da­nie. Przy­wi­taj się z wuj­kiem Joh­nem, Dot­tie. – Odwró­cił deli­kat­nie dziecko w stronę brata. Mała nie ode­rwała się od sucharka, ale rado­śnie zaszcze­bio­tała.

– Witaj, kocha­nie. – John nachy­lił się i poca­ło­wał ją w czoło zakryte deli­kat­nymi, wil­got­nymi blond wło­skami. – Podo­bał ci się wypad z tatą w desz­czu?

– Mamy coś dla cie­bie. – Hal podał mu otwarty list i uniósł brew.

Grey rów­nież to zro­bił i zabrał się do czy­ta­nia.

– Co? – Zer­k­nął znad kartki papieru z sze­roko otwar­tymi ustami.

– Zare­ago­wa­łem dokład­nie tak samo – przy­tak­nął ser­decz­nie Hal – kiedy dostar­czono mi list tuż przed świ­tem. – Się­gnął po drugi, zapie­czę­to­wany, mocno przy­trzy­mu­jąc nie­mowlę. – Masz, ten jest do cie­bie. Przy­szedł tuż po świ­cie.

Grey upu­ścił pierw­szy list, jakby ktoś przed chwilą go pod­pa­lił, i zerwał pie­częć z dru­giego.

Och, John – roz­po­czy­nał się bez żad­nego wstępu – wybacz mi, nie potra­fi­łam go powstrzy­mać, naprawdę, tak mi przy­kro. Mówi­łam mu, ale nie słu­chał. Ucie­kłam i nie mam dokąd pójść. Pro­szę, pro­szę, zrób coś! – Nikt się nie pod­pi­sał, ale nie było takiej potrzeby. Roz­po­znał nie­sta­ranne i cha­otyczne pismo czci­god­nej Caro­line. Papier był popla­miony i pomarsz­czony – czyżby przez łzy?

Gwał­tow­nie pokrę­cił głową, jakby chciał ją oczy­ścić, i znowu chwy­cił pierw­szy list. Od poprzed­niego czy­ta­nia nic się nie zmie­niło – for­malne żąda­nie satys­fak­cji autor­stwa Alfreda, lorda Enderby, skie­ro­wane do jego ksią­żę­cej mości księ­cia Par­dloe, w związku ze skazą na hono­rze, któ­rej doznała sio­stra tego pierw­szego, czci­godna Caro­line Wood­ford, za sprawą brata jego ksią­żę­cej mości, lorda Johna Greya.

Grey zer­kał to na jeden, to na drugi doku­ment, po czym spoj­rzał na brata.

– Co u licha?

– Wnio­skuję, że mia­łeś pra­co­wity wie­czór – stwier­dził Hal i cicho stęk­nął, kiedy schy­lał się po sucha­rek, który Dot­tie upu­ściła na dywan. – Nie, kocha­nie, tego już nie dosta­niesz.

Dot­tie gwał­tow­nie zapro­te­sto­wała, ale wuj John odwró­cił jej uwagę, bio­rąc ją na ręce i deli­kat­nie dmu­cha­jąc w uszko.

– Pra­co­wity – powtó­rzył. – Tak, można to tak nazwać. Ale Caro­line Wood­ford nic nie zro­bi­łem, oprócz tego, że trzy­ma­łem ją za rękę pod­czas pora­że­nia przez węgo­rza elek­trycz­nego, przy­rze­kam. Gle­egl­gle­egl­gle­egl-pppp­pssssszzzzz – zwró­cił się do Dot­tie ku jej ucie­sze. Znowu uniósł wzrok i zauwa­żył, że Hal mu się przy­pa­truje.

– Przy­ję­cie u Lucindy Jof­frey – roz­wi­nął. – Na pewno byli­ście z Min­nie zapro­szeni.

Hal chrząk­nął.

– Och tak, dosta­li­śmy zapro­sze­nie, ale mia­łem już zobo­wią­za­nia na wie­czór. Min­nie nie wspo­mi­nała o węgo­rzu. O co cho­dzi z tym poje­dyn­kiem na pisto­lety o dziew­czynę?

– Co? To nie… – John prze­rwał i zasta­no­wił się. – Cóż, to mogło tak wyglą­dać, kiedy teraz o tym myślę. Nicholls, wiesz ta świ­nia, która napi­sała odę do stóp Min­nie, poca­ło­wał panią Wood­ford, cho­ciaż sobie tego nie życzyła, więc go ude­rzy­łem. Kto powie­dział ci o poje­dynku?

– Richard Tar­le­ton. Poja­wił się wczo­raj w pokoju gier White’a i oświad­czył, że przed chwilą się z tobą widział.

– Cóż, w takim razie wiesz tyle samo, co ja. Och, życzysz sobie wró­cić do tatu­sia? – Prze­ka­zał Dot­tie bratu i starł ślinę dziecka z rękawa żakietu.

– Podej­rze­wam, że o to cho­dzi Enderby’emu. – Hal kiw­nął głową w stronę listu od hra­biego. – Publicz­nie uwła­cza­łeś cno­cie bied­nej dziew­czyny, tocząc o nią skan­da­liczny poje­dy­nek. Chyba ma tro­chę racji.

Dot­tie ssała knyk­cie ojca, cicho pomru­ku­jąc. Hal wycią­gnął z kie­szeni srebrny gry­zak i zaofe­ro­wał dziew­czynce w zamian za swój palec, patrząc przy tym z ukosa na Greya.

– Nie chcesz oże­nić się z Caro­line Wood­ford, prawda? Stąd żąda­nia lorda Enderby.

– Boże, oczy­wi­ście, że nie. – Caro­line była dobrą zna­jomą: bystrą, piękną i gotową na sza­lone wyskoki. Ale ślub?

Hal kiw­nął głową.

– Uro­cza dziew­czyna, ale w ciągu mie­siąca skoń­czył­byś w New­gate albo Bedlam.

– Albo mar­twy – dodał Grey, deli­kat­nie szar­piąc za ban­daż, któ­rym Tom opa­trzył jego kostki. – Wiesz, jak miewa się Nicholls?

– Ach. – Hal zako­ły­sał się do tyłu i wziął głę­boki oddech. – Cóż, nie żyje. Dosta­łem raczej nie­grzeczny w swym wydźwięku list od jego ojca, w któ­rym oskarża cię o mor­der­stwo. List przy­szedł pod­czas śnia­da­nia, nie pomy­śla­łem, żeby go wziąć. Chcia­łeś zabić Nichol­lsa?

Grey ciężko usiadł. Cała krew odpły­nęła mu z głowy.

– Nie – szep­nął. Zarówno usta, jak i ręce miał zdrę­twiałe. – Och, Jezu. Pew­nie, że nie.

Hal natych­miast wycią­gnął z kie­szeni taba­kierę, wyjął z niej fiolkę z solami trzeź­wią­cymi i podał bratu. Grey był mu wdzięczny – co prawda, nie zemdlałby, ale opary amo­niaku były dobrą wymówką dla napły­wa­ją­cych do oczu łez i zapcha­nego nosa.

– Jezu – powtó­rzył i kil­ka­krot­nie kich­nął. – Nie strze­la­łem, żeby zabić… przy­się­gam, Hal. Spe­cjal­nie spu­dło­wa­łem. A w każ­dym razie mia­łem taki zamiar – dodał szcze­rze.

Treść listu lorda Enderby powoli nabie­rała sensu, podob­nie jak obec­ność Hala. Coś, co miało być jedy­nie nie­winną sprzeczką, o któ­rej każdy zapo­mni następ­nego ranka, zmie­niło się – a przy­naj­mniej ist­niała taka szansa, gdyby plotka się roze­szła – w coś o wiele gor­szego niż skan­dal. Major mógł zostać aresz­to­wany za mor­der­stwo. Wzo­rzy­sty dywan pod jego sto­pami zio­nął niczym otchłań, do któ­rej mógł wpaść i stra­cić życie.

Hal kiw­nął głową i podał mu chu­s­teczkę.

– Wiem – powie­dział cicho. – Cza­sem… tak bywa. Nie mia­łeś zamiaru cze­goś zro­bić i… oddał­byś wszystko, żeby cof­nąć czas.

Grey wytarł twarz i zer­k­nął ukrad­kiem na brata.

Hal nagle wyda­wał się star­szy, a na jego twa­rzy malo­wało się coś wię­cej niż zwy­kła tro­ska o brata.

– Masz na myśli Natha­niela Twe­lve­tre­esa? – Nor­mal­nie nie poru­szałby tej kwe­stii, ale obaj się odsło­nili.

Hal rzu­cił mu ostre spoj­rze­nie, po czym odwró­cił wzrok.

– Nie, nie Twe­lve­tre­esa. W tam­tej spra­wie nie mia­łem żad­nego wyboru. I nie chcia­łem go zabić. Cho­dziło mi… o to, co dopro­wa­dziło do poje­dynku. – Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas. – „Co nagle, to po dia­ble”. – Zer­k­nął na kartkę papieru leżącą na stole i pokrę­cił głową, po czym pogła­skał Dot­tie. – Nie pozwolę, żebyś powta­rzał moje błędy, John – dodał szep­tem.

Grey bez słowa kiw­nął głową. Natha­niel Twe­lve­trees uwiódł pierw­szą żonę Hala. Nie­za­leż­nie od błę­dów brata, major ni­gdy nie pla­no­wał mał­żeń­stwa.

Hal uniósł brew i postu­kał zło­żo­nym listem o stół. Nagle zer­k­nął na Johna i wes­tchnął. Odło­żył kartkę, się­gnął do kie­szeni i wyjął dwa doku­menty. Jeden, sądząc po pie­częci, był ofi­cjalny.

– Twoja nomi­na­cja – stwier­dził, poda­jąc go majo­rowi. – W uzna­niu za Cre­feld – dodał i ponow­nie uniósł brew na widok skon­ster­no­wa­nej miny brata. – Dosta­łeś awans na pod­puł­kow­nika. Nie pamię­tasz?

– Ja… cóż. Nie za bar­dzo. – Miał wra­że­nie, że ktoś, praw­do­po­dob­nie Hal, powie­dział mu o tym tuż po Cre­feld, ale ciężko ranny Grey nie był w sta­nie zaj­mo­wać się spra­wami armii, a już na pewno cie­szyć się awan­sem. Póź­niej…

– Czy nie było z tego powodu jakie­goś zamie­sza­nia? – Grey ode­brał doku­ment, otwo­rzył go i zmarsz­czył brwi. – Myśla­łem, że się roz­my­ślili.

– A jed­nak pamię­tasz – powie­dział Hal, wciąż z unie­sioną brwią. – Gene­rał Wied­man nomi­no­wał cię tuż po bitwie. Z ofi­cjal­nym potwier­dze­niem trzeba było zacze­kać do zakoń­cze­nia śledz­twa w spra­wie wybu­chu armaty i… ech… zamie­sza­nia z Adam­sem.

– Och! – Grey wciąż był w szoku po usły­sze­niu wia­do­mo­ści o śmierci Nichol­lsa, ale na wspo­mnie­nie Adamsa jego umysł znowu zaczął popraw­nie funk­cjo­no­wać. – Adams. Hmm. Czyli Twe­lve­trees wstrzy­mał nomi­na­cję? – Puł­kow­nik Regi­nald Twe­lve­trees z Kró­lew­skiego Pułku Arty­le­rii. Brat Natha­niela i kuzyn Ber­narda Adamsa, zdrajcy, ocze­ku­ją­cego na pro­ces w lon­dyń­skiej Tower dzięki sta­ra­niom Greya zeszłej jesieni.

– Tak. Sukin­syn – stwier­dził cał­kiem obiek­tyw­nie Hal. – Któ­re­goś dnia pożrę go na śnia­da­nie.

– Mam nadzieję, że nie z mojego powodu – odparł oschle Grey.

– Och, nie – zapew­nił go Hal i deli­kat­nie potrzą­snął córeczką, żeby ją uspo­koić. – Z czy­sto oso­bi­stych pobu­dek.

Grey uśmiech­nął się, mimo nie­po­koju, który odczu­wał, i odło­żył doku­ment z nomi­na­cją.

– Dobra – powie­dział, zer­ka­jąc na zwi­nięty, czwarty list leżący na stole. Wyglą­dał na ofi­cjalny i miał zerwaną pie­częć. – Pro­po­zy­cja ożenku, oskar­że­nie o mor­der­stwo, nomi­na­cja. A to co, do cho­lery? Rachu­nek od krawca?

– Ach, tego nie mia­łem ci poka­zy­wać – odpo­wie­dział Hal, nachy­la­jąc się i poda­jąc mu list. – Ale bio­rąc pod uwagę zaist­niałe oko­licz­no­ści…

Hal cze­kał cier­pli­wie, aż Grey prze­czyta list. Była to prośba – albo roz­kaz, zależy jak do tego podejść – do majora lorda Johna Greya o sta­wie­nie się w roli świadka na sądzie wojen­nym w spra­wie nie­ja­kiego kapi­tana Char­lesa Car­ru­thersa, odby­wa­ją­cym się w…

– Kana­dzie? – Unie­siony głos Johna prze­stra­szył Dot­tie, która wykrzy­wiła buzię w gry­ma­sie pła­czu.

– Ciii, kocha­nie. – Hal potrzą­sał nią ener­gicz­niej i pokle­py­wał po plec­kach. – Wszystko w porządku. Tylko wuj John zacho­wuje się jak głu­pek.

Grey zigno­ro­wał uwagę i poma­chał listem przed nosem brata.

– Za co, do cho­lery, Char­lie Car­ru­thers odpo­wiada przed sądem wojen­nym? I z jakiej racji mam sta­wić się w roli świadka?

– Nie­moż­ność stłu­mie­nia buntu – wytłu­ma­czył Hal. – A jeśli cho­dzi o cie­bie… to jego oso­bi­sta prośba. Oskar­żony ofi­cer ma prawo wezwać wła­snych świad­ków. Wie­dzia­łeś o tym?

Grey koja­rzył taki prze­pis, ale tylko w teo­rii. Sam ni­gdy nie brał udziału w sądzie wojen­nym. Takie postę­po­wa­nia nie były czymś czę­stym i major nie za bar­dzo miał poję­cie, jak wyglą­dają. Zer­k­nął kątem oka na brata.

– Dla­czego nie chcia­łeś mi tego poka­zy­wać?

Hal wzru­szył ramio­nami i dmuch­nął deli­kat­nie nad głową córeczki. Jej krót­kie blond włosy zafa­lo­wały jak psze­nica na wie­trze.

– Nie było sensu. Mia­łem zamiar odpi­sać, że jako twój ofi­cer dowo­dzący potrze­buję cię tutaj. Dla­czego miał­byś być odde­le­go­wany do kana­dyj­skiej dzi­czy? Ale bio­rąc pod uwagę twoją chęć do sta­wia­nia się w nie­zręcz­nych sytu­acjach… Jak było? – zapy­tał cie­kaw­skim tonem.

– Ale co… ach, węgorz. – Grey przy­zwy­czaił się, że jego brat szybko zmie­nia tematy roz­mów i od razu zro­zu­miał, o co mu cho­dzi. – Cóż, dość szo­ku­jąca sprawa.

Zaśmiał się nie­pew­nie na widok groź­nego spoj­rze­nia Hala, a Dot­tie powier­ciła się w ramio­nach ojca i po chwili wycią­gnęła pulchne rączki w stronę wuja.

– Flir­ciara – powie­dział do bra­ta­nicy i ode­brał ją od Hala. – A tak naprawdę, było nie­sa­mo­wi­cie. Znasz to uczu­cie, kiedy łamiesz kość? Zanim poczu­jesz ból, dozna­jesz wstrząsu, który na chwilę cię ośle­pia, a ty wra­że­nie, jakby ktoś prze­jeż­dżał ci gwoź­dziem po brzu­chu? Coś w tym rodzaju, tylko o wiele moc­niej i dłu­żej. Zatkało mnie – przy­znał. – I to dosłow­nie. Chyba prze­stało mi bić serce. Dok­tor Hun­ter, wiesz, ten ana­tom, wal­nął mnie w klatkę pier­siową, żeby ponow­nie ruszyło.

Hal słu­chał tego wszyst­kiego z zain­te­re­so­wa­niem, zada­jąc kilka pytań, na które Grey odpo­wia­dał auto­ma­tycz­nie, ponie­waż myślami był przy ostat­niej wia­do­mo­ści prze­ka­za­nej mu przez brata.

Char­lie Car­ru­thers. Razem zaczy­nali karierę jako mło­dzi ofi­ce­ro­wie, cho­ciaż w innych puł­kach. Wal­czyli ramię w ramię w Szko­cji i wspól­nie udali się do Lon­dynu na następ­nej prze­pu­stce. Łączyło ich, cóż… trudno nazwać to roman­sem. Trzy lub cztery krót­kie zbli­że­nia gdzieś w ciem­nych alej­kach, pełne potu i płyt­kich odde­chów, trwa­jące nie dłu­żej niż pięt­na­ście minut. Następ­nego dnia łatwo było o nich zapo­mnieć i zrzu­cić wszystko na upo­je­nie alko­ho­lowe. Żaden z nich ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał.

To był trudny czas, te kilka lat po śmierci Hec­tora. Grey szu­kał zapo­mnie­nia na różne spo­soby – i naj­czę­ściej je znaj­do­wał – aż w końcu doszedł do sie­bie.

Praw­do­po­dob­nie nie pamię­tałby Car­ru­thersa, gdyby nie jedna… rzecz.

Otóż Car­ru­thers uro­dził się z cie­kawą defor­ma­cją – miał podwójną dłoń. Z nad­garstka pra­wej ręki, która była zwy­czajna i dzia­łała cał­kiem nor­mal­nie, zwi­sała dodat­kowa, skar­ło­wa­ciała dłoń. Dok­tor Hun­ter pew­nie zapła­ciłby za nią mnó­stwo pie­nię­dzy, pomy­ślał Grey i ści­snęło go w żołądku.

Kar­ło­wata dłoń miała tylko dwa krót­kie palce i gruby kciuk, ale Car­ru­thers mógł ją zamy­kać i otwie­rać, cho­ciaż w tym samym cza­sie musiał to robić rów­nież więk­szą. Szok, któ­rego doznał Grey, kiedy Car­ru­thers zaci­snął podwójną dłoń na jego kuta­sie, był porów­ny­walny tylko z pora­że­niem węgo­rza.

– Jesz­cze nie pocho­wano Nichol­lsa, prawda? – zapy­tał nagle na wspo­mnie­nie przy­ję­cia i dok­tora Hun­tera, prze­ry­wa­jąc jakąś wypo­wiedź brata.

Hal wyglą­dał na zasko­czo­nego.

– Na pewno nie. A co? – Zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na Greya. – Chyba nie masz zamiaru poja­wić się na pogrze­bie?

– Nie, nie – odrzekł szybko Grey. – Myśla­łem o dok­to­rze Hun­te­rze, który cie­szy się… wąt­pliwą repu­ta­cją. Po poje­dynku Nicholls odszedł wła­śnie z nim.

– Jaką repu­ta­cją, na litość boską? – Hal żądał natych­mia­sto­wych wyja­śnień.

– Osoby sku­pu­ją­cej zwłoki – wypa­lił Grey.

Zapa­dła cisza, a Hal chyba połą­czył fakty. Zro­bił się blady.

– Chyba nie myślisz, że… Nie! Jak tak można?

– Eee… Ehm… wypeł­nie­nie trumny cent­na­rem kamieni tuż przed zabi­ciem wieka to cał­kiem powszechna metoda, a przy­naj­mniej tak sły­sza­łem – rzu­cił Grey, gdy Dot­tie trą­cała go piąstką w nos.

Hal gło­śno prze­łknął ślinę. Grey dostrzegł, że brata prze­szły ciarki.

– Zapy­tam Harry’ego – stwier­dził Hal po chwili ciszy. – Nie mogli jesz­cze zor­ga­ni­zo­wać pogrzebu, a jeśli…

Obaj bra­cia odru­chowo zadrżeli, wyobra­ża­jąc sobie minę członka rodziny Nichol­lsa, który naci­skałby na otwar­cie trumny i zoba­czyłby…

– Lepiej nie – rzekł Grey, prze­ły­ka­jąc ślinę. Dot­tie zre­zy­gno­wała z prób urwa­nia mu nosa i teraz pokle­py­wała małą rączką usta wujka, gdy ten pró­bo­wał coś powie­dzieć. Ta mała rączka doty­ka­jąca jego skóry…

Ostroż­nym ruchem oddał dziew­czynkę w ręce ojca.

– Nie wiem, dla­czego Char­les Car­ru­thers uważa, że będę przy­datny, ale dobrze, pojadę. – Zer­k­nął na list od lorda Enderby i zmięty list od Caro­line. – W końcu są gor­sze rze­czy niż ryzyko oskal­po­wa­nia przez czer­wo­no­skó­rych.

Hal spo­koj­nie kiw­nął głową.

– Zała­twi­łem ci trans­port. Jutro wypły­wasz. – Wstał i uniósł Dot­tie. – Chodź skar­bie, uca­łu­jesz wuja Johna na poże­gna­nie.

* * *

Mie­siąc póź­niej Grey wraz z Tomem Byr­dem gra­mo­lili się ze statku „Har­wood” do jed­nej z mniej­szych łodzi, które miały zabrać ich i towa­rzy­szący im bata­lion z Louis­bo­urga na dużą wyspę w pobliżu ujścia Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca.

Grey ni­gdy w życiu cze­goś takiego nie widział. Sama rzeka była ogromna, miała ponad pół mili sze­ro­ko­ści. W słońcu mie­niła się na czarno i nie­bie­sko. Wzdłuż obu brze­gów cią­gnęły się ogromne klify i tak gęsto zale­sione pagórki, że ledwo dało się dostrzec leżące poni­żej skały. Było gorąco, a roz­po­ście­ra­jące się nad nimi prze­piękne niebo wyda­wało się więk­sze i pogod­niej­sze niż te, które dotych­czas widział. Z buj­nej roślin­no­ści docho­dziły do nich różne dźwięki – owa­dów, jak podej­rze­wał Grey, pta­ków i rwą­cych poto­ków, cho­ciaż miał wra­że­nie, że dzicz śpiewa dla samej sie­bie, gło­sem sły­szal­nym tylko w jego umy­śle. Sie­dzący za nim Tom drżał z pod­eks­cy­to­wa­nia i roz­glą­dał się uważ­nie, żeby niczego nie prze­ga­pić.

– Czy to czer­wo­no­skóry? – wyszep­tał, nachy­la­jąc się do Greya.

– Wszystko na to wska­zuje – odpo­wie­dział John, patrząc na męż­czy­znę ubra­nego jedy­nie w prze­pa­skę na bio­dra, pasia­sty koc prze­wie­szony przez jedno ramię i wysma­ro­wa­nego – bio­rąc pod uwagę, jak lśniły się jego koń­czyny – jakie­goś rodzaju tłusz­czem.

– Myśla­łem, że są bar­dziej czer­woni – stwier­dził Tom, przez przy­pa­dek wypo­wia­da­jąc na głos prze­my­śle­nia Greya. India­nin miał ciem­niej­szą skórę, to fakt, ale raczej deli­kat­nie brą­zową, przy­po­mi­na­jącą barwą zeschnięte liście dębu. Męż­czy­zna przy­pa­try­wał im się z podobną cie­ka­wo­ścią, jak oni jemu. Wyglą­dało na to, że wyjąt­kowo inten­syw­nie przy­glą­dał się Joh­nowi.

– To przez włosy, milor­dzie – szep­nął Tom do ucha Greya. – Mówi­łem, żeby wło­żyć perukę.

– Bre­dzisz, Tom – odpo­wie­dział John, ale jed­no­cze­śnie poczuł dziwny dreszcz prze­szy­wa­jący go od karku po czu­bek głowy. Dumny ze swo­ich gęstych blond wło­sów rzadko nosił perukę. Na ofi­cjalne oka­zje wolał naj­zwy­czaj­niej przy­pu­dro­wać i zwią­zać wła­sną czu­prynę, a obecna sytu­acja nie była w żad­nym stop­niu ofi­cjalna. Wraz z poja­wie­niem się świe­żej wody na pokła­dzie tego ranka Tom nale­gał, żeby umyć włosy, które wciąż opa­dały luźno na ramiona Greya, cho­ciaż dawno już wyschły.

W końcu dobili do kamie­ni­stego brzegu. India­nin zrzu­cił koc i pomógł męż­czy­znom wyjść z łodzi. Grey sta­nął obok obcego, na tyle bli­sko, że czuł jego zapach. Męż­czy­zna pach­niał zupeł­nie ina­czej niż kto­kol­wiek, z kim John miał do czy­nie­nia wcze­śniej: dzi­kimi zwie­rzę­tami – przy oka­zji zasta­na­wiał się z dresz­czy­kiem emo­cji, czy tłuszcz, któ­rym wysma­ro­wał się męż­czy­zna to niedź­wie­dzie sadło – ale z wyra­zi­stą nutą ziół i świeżo skra­wa­nej mie­dzi.

Pro­stu­jąc się znad gór­nej kra­wę­dzi nad­bur­cia, India­nin dostrzegł cie­kaw­skie spoj­rze­nie Greya i sze­roko się uśmiech­nął.

– Uwa­żaj, Angliku – powie­dział z wyraź­nym fran­cu­skim akcen­tem i prze­je­chał deli­kat­nie pal­cami po kosmy­kach wło­sów Johna. – Twój skalp dobrze by się pre­zen­to­wał u pasa Hurona.

Żoł­nie­rze z łódki wybuch­nęli śmie­chem, a India­nin odwró­cił się do nich, cały czas mając uśmiech na ustach.

– Pra­cu­jący dla Fran­cu­zów Abe­na­ko­wie nie są tacy wybredni. Skalp to skalp, a Fran­cuzi dobrze za nie płacą, bez względu na kolor. – Kiw­nął głową w stronę gre­na­die­rów, któ­rzy natych­miast zamil­kli. – Za mną.

* * *

Na wyspie znaj­do­wał się już mały obóz, roz­bity przez oddział pie­choty pod dowódz­twem kapi­tana Wood­forda – jego nazwi­sko odro­binę zmar­twiło Greya, ale dzięki Bogu oka­zało się, że lord Enderby nie jest z nim spo­krew­niony.

– Po tej stro­nie wyspy jeste­śmy względ­nie bez­pieczni – prze­ka­zał Grey­owi, gdy sie­dzieli po kola­cji przed namio­tem kapi­tana, poda­jąc mu pier­siówkę z brandy. – Jed­nak drugą India­nie najeż­dżają regu­lar­nie. W zeszłym tygo­dniu stra­ci­łem czte­rech ludzi. Trzech zgi­nęło, a jeden dostał się w nie­wolę.

– Ale masz zwia­dow­ców? – zapy­tał Grey, trza­ska­jąc dło­nią poja­wia­jące się o zmierz­chu komary. Wię­cej nie zoba­czył India­nina, który ich tu przy­wiódł, lecz w obo­zie znaj­do­wało się kilku innych. Więk­szość sie­działa przy wła­snym ogni­sku, tylko jeden czy dwóch przy­kuc­nęło wśród gre­na­die­rów z Louis­bo­urga, z któ­rymi Grey pły­nął na „Har­wo­odzie”, i bacz­nie obser­wo­wało, co się dzieje.

– Tak, raczej god­nych zaufa­nia – stwier­dził Wood­ford, przy oka­zji odpo­wia­da­jąc na kolejne pyta­nie, które chciał zadać John. Potem zaśmiał się, cho­ciaż nie dla­tego, że było mu do śmie­chu. – A przy­naj­mniej taką mam nadzieję.

Po posiłku roze­grali par­tyjkę w karty, pod­czas któ­rej Grey prze­ka­zał kapi­ta­nowi infor­ma­cje, jak wygląda sytu­acja w Anglii, w zamian za nowiny doty­czące bie­żą­cych dzia­łań.

Gene­rał Wolfe spę­dził mnó­stwo czasu w Mont­mo­rency nie­da­leko mia­sta Quebec, ale nie cze­kało go nic oprócz roz­cza­ro­wa­nia, więc opu­ścił tam­tej­szy poste­ru­nek i prze­niósł główne siły armii kilka mil od cyta­deli. Na razie twier­dza wyda­wała się nie do zdo­by­cia. Była uzbro­jona w armatę i znaj­do­wała się na szczy­cie klifu, co pozwa­lało kon­tro­lo­wać rów­niny i odci­nek rzeki na zachód, dla­tego angiel­skie okręty musiały prze­my­kać pod osłoną nocy – ale i tak nie zawsze koń­czyło się to powo­dze­niem.

– Teraz, gdy przy­pły­nęli gre­na­die­rzy, Wolfe będzie się nie­cier­pli­wił – prze­wi­dy­wał Wood­ford. – Pokłada w nich ogromne nadzieje, bo wal­czył u ich boku w Louis­bo­urgu. Poże­rają cię żyw­cem, puł­kow­niku, pro­szę wysma­ro­wać tym twarz i ręce. – Się­gnął do szu­flady, wyjął pojem­nik z mazią wydzie­la­jącą silny zapach i pod­su­nął mu przez stół. – Niedź­wie­dzie sadło i mięta – wyja­śnił kapi­tan. – India­nie uży­wają tego lub sma­rują się bło­tem.

Grey sko­rzy­stał bez waha­nia. Maź nie pach­niała tak samo jak ta, którą był wysma­ro­wany India­nin spo­tkany na brzegu, cho­ciaż bar­dzo podob­nie. Kiedy się sma­ro­wał, towa­rzy­szyło mu dziwne poczu­cie nie­po­koju, ale spe­cy­fik rze­czy­wi­ście odstra­szył insekty.

Grey nie trzy­mał w tajem­nicy celu swo­jej obec­no­ści i teraz otwar­cie zapy­tał o Car­ru­thersa.

– Wiesz, gdzie go trzy­mają?

Wood­ford zmarsz­czył brwi i nalał kolejkę brandy.

– Nie trzy­mają. Dostał warun­kowe zwol­nie­nie. Ma kwa­terę w mie­ście, w któ­rym znaj­duje się sztab Wolfe’a.

– Co? – Grey był zasko­czony. Cho­ciaż wła­ści­wie Car­ru­thersa nie oskar­żono o bunt, tylko nie­moż­ność jego powstrzy­ma­nia. Rzadki zarzut. – Znasz szcze­góły sprawy?

Wood­ford otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale po chwili wes­tchnął, pokrę­cił głową i wypił brandy. Grey wywnio­sko­wał, że wszy­scy znali szcze­góły, lecz sprawa praw­do­po­dob­nie była nacią­gana. Cóż, dobrze się składa. Dowie się o niej od samego Car­ru­thersa.

Roz­mowa zeszła na błahe tematy. Po jakimś cza­sie Grey życzył kapi­ta­nowi dobrej nocy i wyszedł. Gre­na­die­rzy nie próż­no­wali: wokół ist­nie­ją­cego obozu poja­wiły się nowe namioty z gru­bego płótna, a w powie­trzu uno­sił się przy­jemny zapach pie­czo­nego mięsa i parzo­nej her­baty.

Tom nie­wąt­pliwe roz­bił namiot gdzieś nie­da­leko, ale Grey nie spie­szył się ze zna­le­zie­niem go. Delek­to­wał się samot­no­ścią i twar­dym grun­tem pod nogami po kilku tygo­dniach spę­dzo­nych na zatło­czo­nym statku. Szedł za rów­nymi rzę­dami namio­tów, gdzie nie docho­dziło już świa­tło ognisk. Czuł się nie­wi­doczny, lecz wciąż bez­pieczny – a przy­naj­mniej taką miał nadzieję. Od lasu dzie­liło go led­wie kilka jar­dów, zarysy drzew i krze­wów wciąż były widoczne, ponie­waż nie zapa­dła jesz­cze cał­ko­wita ciem­ność.

Jego uwagę przy­cią­gnęła dry­fu­jąca w powie­trzu zie­lona iskierka. Zachwy­cił się. Potem poja­wiła się kolejna… i jesz­cze jedna… dzie­siąta, dwu­na­sta. Nagle miał przed oczami mnó­stwo świe­tli­ków. Zie­lone iskierki deli­kat­nie migo­tały niczym malut­kie świeczki roz­sta­wione na ciem­nym listo­wiu. Widział już te owady wcze­śniej, w Niem­czech, ale ni­gdy w takiej licz­bie. Magiczne doświad­cze­nie. Uro­cze jak blask księ­życa.

Nie potra­fił stwier­dzić, jak długo im się przy­pa­try­wał, prze­cha­dza­jąc się powoli wzdłuż obo­zo­wi­ska, jed­nak w końcu wes­tchnął i ruszył w stronę namio­tów, naje­dzony, przy­jem­nie zmę­czony i bez nie­cier­pią­cych zwłoki obo­wiąz­ków. Nie miał pod sobą żoł­nie­rzy, nie musiał spo­rzą­dzać rapor­tów… nic do roboty, dopóki nie dotrze do Gareon i Char­liego Car­ru­thersa.

Wes­tchnął z ulgą, zamknął poły namiotu i zdjął wierzch­nie odzie­nie.

Ze snu wyrwały go krzyki. Usiadł jak rażony pio­ru­nem. Tom, leżący w śpi­wo­rze na ziemi, oparł się na dło­niach i kola­nach jak żaba i gwał­tow­nie poszu­ki­wał pisto­letu oraz naboi.

Grey bez waha­nia zła­pał szty­let, który przed pój­ściem spać zawie­sił na kołku, odsu­nął poły namiotu i wyj­rzał na zewnątrz. Ludzie bie­gali w kółko, obi­ja­jąc się o namioty, wykrzy­ku­jąc roz­kazy lub woła­jąc o pomoc. Na nie­bie widać było ilu­mi­na­cję, a nisko nad zie­mią zbie­rały się czer­wo­nawe chmury.

– Bran­dery! – krzyk­nął ktoś. Grey wło­żył buty i dołą­czył do tłumu bie­gną­cego w stronę wody.

Na środku sze­ro­kiej, ciem­nej rzeki pły­wał zako­twi­czony „Har­wood”. Powoli zbli­żały się do niego trzy pło­nące obiekty. Tra­twa zapeł­niona łatwo­pal­nymi odpad­kami i oblana ole­jem stała cała w ogniu. Mała łódka z masz­tem i żaglami także cała w pło­mie­niach. Coś jesz­cze – chyba indiań­skie kanu z pod­pa­loną stertą trawy i liści? Na razie było za daleko, ale wciąż się zbli­żało.

Zer­k­nął na sta­tek i zoba­czył ruch na pokła­dzie – nie widział poje­dyn­czych ludzi, ale wyraź­nie coś się tam działo. Nie dało się po pro­stu pod­nieść kotwicy i odpły­nąć, nie w tak krót­kim cza­sie, dla­tego spusz­czano sza­lupy z mary­na­rzami, któ­rzy mieli za wszelką cenę trzy­mać bran­dery z dala od „Har­wo­oda”.

Prze­jęty tą sce­ne­rią nie zwró­cił uwagi na wrza­ski i krzyki docho­dzące z dru­giej czę­ści obozu. Teraz, pośród ludzi, któ­rzy wcze­śniej w mil­cze­niu obser­wo­wali pło­nące łodzie, zapa­no­wał zamęt. Zdali sobie sprawę, że coś zbliża się na lądzie.

– India­nie! – krzyk­nął nagle męż­czy­zna sto­jący obok Greya, a wokół roz­le­gło się piskliwe wycie. – India­nie!

Ludzie pod­chwy­cili ostrze­że­nie i ruszyli w odwrot­nym kie­runku.

– Stop! Stać! – Grey wycią­gnął ramię, na które nabił się i upadł męż­czy­zna bie­gnący w jego stronę. John pod­niósł głos, mając nadzieję, że powstrzyma ten chaos. – Ty! Ty i ty. Chwy­cić sąsiada i za mną! – Facet, któ­rego prze­wró­cił, wstał. Jego oczy błysz­czały w świe­tle gwiazd.

– To może być pułapka! – wrza­snął Grey. – Zostać! Zostać na miej­scu!

– Stać! Stać! – Niski dżen­tel­men ubrany w koszulę nocną zro­zu­miał roz­kaz i ryczał wraz z Greyem, dodat­kowo pod­no­sząc suchą gałąź z ziemi i wyma­chu­jąc nią przed ludźmi, któ­rzy pró­bo­wali minąć go w dro­dze do obozu.

Na rzece poja­wiły się dwie nowe iskierki – kolejne bran­dery. Sza­lupy z mary­na­rzami już zwo­do­wały i w ciem­no­ści jawiły się jako nie­wy­raźne kropki. Gdyby udało im się ode­przeć atak, może ura­to­wa­liby „Har­wo­oda” przed natych­mia­sto­wym znisz­cze­niem. Grey oba­wiał się, że wyda­rze­nia na tyłach obozu miały odcią­gnąć ludzi od brzegu i pozo­sta­wić sta­tek chro­niony jedy­nie przez mary­na­rzy. To pozwo­li­łoby Fran­cu­zom wysłać barkę wypeł­nioną mate­ria­łami wybu­cho­wymi albo doko­nać abor­dażu, uni­ka­jąc wykry­cia, bo angiel­skie siły byłyby zajęte bran­de­rami i najaz­dem na obóz.

Pierw­sza bran­dera dopły­nęła na dal­szy brzeg i wypa­lała się na pia­sku, co nocą wyglą­dało olśnie­wa­jąco. Niski męż­czy­zna obda­rzony sil­nym gło­sem – na pewno jest sier­żan­tem, pomy­ślał Grey – zdo­łał zebrać grupkę żoł­nie­rzy, któ­rych zapre­zen­to­wał puł­kow­ni­kowi i ener­gicz­nie zasa­lu­to­wał.

– Czy żoł­nie­rze mają przy­nieść swoje musz­kiety, sir?

– Tak – odpo­wie­dział Grey. – I to szybko. Idź z nimi, sier­żan­cie. Bo roz­ma­wiam z sier­żan­tem, prawda?

– Sier­żant Aloy­sius Cut­ter, sir – odrzekł niski dżen­tel­men i kiw­nął głową. – Dobrze spo­tkać ofi­cera, który nie jest nie­spełna rozumu.

– Dzię­kuję, sier­żan­cie. I zatrzy­maj­cie po dro­dze tak dużo ludzi, jak się da. Naj­le­piej z pew­nymi rękami. Jed­nego lub dwóch kara­bi­nie­rów, jeśli się takowi znajdą.

Sier­żant zabrał się do roboty, a Grey ponow­nie sku­pił uwagę na rzece, na któ­rej załoga dwóch sza­lup z „Har­wo­oda” odpy­chała jedną z bran­der od statku, okrą­ża­jąc ją i wzbu­rza­jąc wodę wio­słami. John sły­szał pokrzy­ki­wa­nia mary­na­rzy.

– Milor­dzie?

Usły­szaw­szy za sobą głos, aż pod­sko­czył. Odwró­cił się, gotowy dać repry­mendę Tomowi, że zde­cy­do­wał się wyjść na ten chaos, ale zanim zdo­łał cokol­wiek powie­dzieć, jego młody słu­żący zatrzy­mał się przed nim, trzy­ma­jąc coś w dło­niach.

– Przy­nio­słem pań­skie spodnie, milor­dzie – powie­dział Tom drżą­cym gło­sem. – Pomy­śla­łem, że może ich pan potrze­bo­wać pod­czas bitwy.

– Bar­dzo miło z two­jej strony, Tom – pochwa­lił słu­żą­cego Grey, powstrzy­mu­jąc się od śmie­chu. Wcią­gnął spodnie i wło­żył w nie koszulę. – Wiesz, co działo się w obo­zie?

Usły­szał, jak Tom prze­łyka gło­śno ślinę.

– India­nie, milor­dzie – odpo­wie­dział słu­żący. – Wpa­dli z krzy­kiem mię­dzy namioty i pod­pa­lili jeden lub dwa. Widzia­łem, jak zabili czło­wieka i… oskal­po­wali go. – Powoli wyma­wiał słowa, jakby miał zaraz zwy­mio­to­wać. – Coś okrop­nego.

– Spo­dzie­wam się. – Noc była cie­pła, ale Grey poczuł ciarki na ramio­nach i karku. Mro­żące krew w żyłach okrzyki zamil­kły i cho­ciaż w obo­zie wciąż pano­wał har­mi­der, to zupeł­nie innego rodzaju: żad­nych ryków, jedy­nie roz­kazy wypo­wia­dane przez ofi­ce­rów, sier­żan­tów i kaprali. Przy­szedł czas, by zewrzeć sze­regi i poli­czyć straty w ludziach oraz wypo­sa­że­niu.

Tom, chwała Bogu, przy­niósł pisto­let Greya, torbę ze śru­tem i proch oraz płaszcz i dłu­gie skar­pety. Zda­jąc sobie sprawę, że jego lokaj musiałby iść długą i wąską ścieżką przez ciemny las, żeby dojść z wybrzeża do obozu, pole­cił mu tylko, aby trzy­mał się z dala, gdy sier­żant Cut­ter – który, zapewne kie­ru­jąc się swoim woj­sko­wym instynk­tem, wło­żył spodnie – pod­szedł do Johna w towa­rzy­stwie uzbro­jo­nych rekru­tów.

– Wszy­scy obecni, sir – powie­dział i zasa­lu­to­wał. – Do kogo mam honor się zwra­cać, sir?

– Pod­puł­kow­nik Grey. Sier­żan­cie, ustaw­cie swo­ich ludzi tak, żeby obser­wo­wali statki. Niech zwrócą szcze­gólną uwagę na ten pły­nący w dół rzeki. Potem tu wró­cić z rapor­tem na temat tego, co wyda­rzyło się w obo­zie.

Cut­ter ponow­nie zasa­lu­to­wał i odda­lił się, pokrzy­ku­jąc do żoł­nie­rzy:

– Ruchy, wy kupo gówna! Żwa­wiej! Żwa­wiej!

Nagle Tom wydał z sie­bie stłu­miony krzyk. Grey odwró­cił się, odru­chowo wycią­ga­jąc szty­let, i zoba­czył ciemną syl­wetkę.

– Nie zabi­jaj mnie, Angliku – powie­dział India­nin, który dopro­wa­dził ich do obozu. W jego gło­sie sły­chać było lek­kie roz­ba­wie­nie. – Le capi­ta­ine wysłał mnie, żebym cię zna­lazł.

– Po co? – zapy­tał krótko Grey. Jego serce wciąż waliło. Nie lubił być zaska­ki­wany, a jesz­cze bar­dziej nie podo­bało mu się to, że męż­czy­zna mógł z łatwo­ścią pozba­wić go życia, jesz­cze zanim John go zauwa­żył.

– Abe­na­ko­wie pod­pa­lili twój namiot; podej­rze­wał, że mogli zabrać cie­bie i two­jego sługę do lasu.

Tom rzu­cił wyjąt­kowo ordy­narne prze­kleń­stwo i wyko­nał ruch, jakby chciał pobiec w stronę lasu, ale Grey poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

– Zostań, Tom. Nie ma sensu.

– Jak to, do cho­lery jasnej! – krzyk­nął wzbu­rzony lokaj. Przez emo­cje zapo­mniał o manie­rach. – Śmiem twier­dzić, że uda­łoby mi się zna­leźć pań­ską bie­li­znę, cho­ciaż nie bez pro­ble­mów. Ale przede wszyst­kim, co z obraz­kiem z wize­run­kiem pań­skiej kuzynki i dziecka, który prze­słała dla kapi­tana Stub­bsa? Co z pań­skim kape­lu­szem ze złotą lamówką?!

Grey poczuł nie­po­kój – jego młoda kuzynka Oli­via przy­słała minia­turę przed­sta­wia­jącą sie­bie i nowo naro­dzo­nego syna, pole­ca­jąc, by John prze­ka­zał ją kapi­ta­nowi Mal­col­mowi Stub­b­sowi, jej mężowi, który obec­nie prze­by­wał z woja­kami Wolfe’a. Pod­puł­kow­nik pokle­pał się po kie­szeni i z ulgą wyczuł, że przed­miot o owal­nym kształ­cie cały czas się w niej znaj­duje.

– Spo­koj­nie, Tom. Mam go. Co do kape­lu­sza… pomy­ślimy o tym póź­niej. Prze­pra­szam, jak panu na imię? – zapy­tał India­nina, nie chcąc cią­gle zwra­cać się do niego per ty.

– Manoke – odpo­wie­dział wciąż roz­ba­wiony India­nin.

– Zaiste. Zabie­rzesz mojego lokaja z powro­tem do obozu? – zapy­tał John, widząc zbli­ża­ją­cego się sier­żanta Cut­tera. I lek­ce­wa­żąc pro­te­sty Toma, oddał swo­jego słu­żą­cego pod opiekę India­nina.

* * *

Wszyst­kie pięć bran­der odpły­nęło lub zdo­łano je ode­pchnąć od „Har­wo­oda”. Na rzece poja­wiło się coś, co mogło być – cho­ciaż nie musiało – jed­nostką abor­da­żową, ale zor­ga­ni­zo­wa­nej na pocze­ka­niu gru­pie Greya udało się ją odstra­szyć sal­wami z broni, mimo że ich zasięg nie pozwa­lał tra­fić wroga.

W każ­dym razie „Har­wood” był bez­pieczny, ale w obo­zie zapa­no­wała napięta atmos­fera. Grey spo­tkał się na krótko z Wood­for­dem po powro­cie kapi­tana tuż przed świ­tem i usły­szał, że najazd zakoń­czył się śmier­cią dwóch ludzi i wzię­ciem do nie­woli trzech kolej­nych. Trzech indiań­skich najeźdź­ców zabito, jed­nego raniono – Wood­ford chciał go prze­słu­chać, ale męż­czy­zna zmarł. Kapi­tan i tak podej­rze­wał, że nie wycią­gnąłby z niego żad­nych przy­dat­nych infor­ma­cji.

– Ni­gdy nie pusz­czają pary z gęby – stwier­dził, trąc czer­wone od dymu oczy. Na jego spuch­nię­tej twa­rzy malo­wało się zmę­cze­nie. – Zamy­kają oczy i nucą te swoje przed­śmiertne pie­śni. Nie ma zna­cze­nia, co im robisz. Tylko śpie­wają.

Grey usły­szał pieśń, a przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało, gdy o brza­sku wpełzł do poży­czo­nego namiotu. Śpie­wana cichym, wyso­kim gło­sem, rów­nie dobrze mogła być wia­trem świsz­czą­cym pośród koron drzew. Trwało to jakiś czas, potem uci­chło, jed­nak tylko po to, by roz­brzmieć na nowo, gdy Grey zanu­rzał się w odmęty snu.

Zasta­na­wiał się, o czym jest ta pieśń. Czy miało to jakieś zna­cze­nie, że nikt wokół ich nie rozu­miał? Może ten zwia­dowca… Jak mu było? Manoke. Może był na miej­scu i wie­dział, o co w niej cho­dzi.

Tom zna­lazł Grey­owi nie­wielki namiot na końcu rzędu. Pew­nie nale­żał wcze­śniej do jakie­goś niskiego rangą żoł­nie­rza, lecz John nie miał siły zgła­szać jakich­kol­wiek pre­ten­sji. W środku ledwo mie­ścił się śpi­wór i skrzynka słu­żąca za sto­lik, na któ­rej stał pusty świecz­nik, ale dach nad głową to dach nad głową. Gdy wra­cał ścieżką do obozu, zaczęło lekko padać, a teraz kro­ple desz­czu ude­rzały w gruby mate­riał namiotu, uno­sząc w powie­trze zapach ziemi. Nawet jeśli pieśń śmierci trwała na­dal, to deszcz ją zagłu­szał. Grey nie krę­cił się długo, trawa pod śpi­wo­rem deli­kat­nie dra­pała i pod­puł­kow­nik szybko zapadł w sen.

* * *

Obu­dził się nagle i zoba­czył nad sobą twarz India­nina. Jego rap­towna reak­cja spo­tkała się z gar­dło­wym chi­cho­tem i wyco­fa­niem się obcego, zamiast noża na gar­dle Johna. Grey na szczę­ście też w porę się roz­bu­dził i nie zro­bił żad­nej poważ­nej krzywdy Manoke.

– Co? – wymam­ro­tał i potarł dło­nią oczy. – O co cho­dzi?

I dla­czego, do cho­lery, leża­łeś w moim łóżku?

W odpo­wie­dzi India­nin poło­żył mu dłoń na karku, przy­cią­gnął do sie­bie i poca­ło­wał. Język męż­czy­zny muskał dolną wargę Greya, po czym India­nin wsa­dził mu go do gar­dła niczym jakaś jasz­czurka i za chwilę już go nie było.

Więc to był ten India­nin. John prze­wró­cił się na plecy i zamru­gał. Sen. Wciąż padało, teraz nawet moc­niej. Wziął głę­boki wdech – oczy­wi­ście czuł zapach niedź­wie­dziego sadła i mięty na wła­snej skó­rze, ale czy wyczu­wał jakiś aro­mat metalu? Zro­biło się jaśniej, dzień roz­po­czął się na dobre. Grey usły­szał wer­bli­stę budzą­cego żoł­nie­rzy. Ude­rze­nia pałecz­kami o mem­branę mie­szały się ze stu­ka­niem kro­pel desz­czu i woła­niami kaprali oraz sier­żan­tów – ale wciąż jakoś w oddali. John stwier­dził, że spał nie dłu­żej niż pół godziny.

– Chry­ste – wymam­ro­tał, obró­cił się, nacią­gnął płaszcz na głowę i ponow­nie zapadł w sen.

* * *

„Har­wood” powoli hal­so­wał w górę rzeki, a załoga uważ­nie wypa­try­wała fran­cu­skich maru­de­rów. W obo­zie zabrzmiało jesz­cze kilka alar­mów i nastą­pił kolejny najazd wro­gich Indian. Ten zakoń­czył się szczę­śli­wiej niż ostatni: czte­rech najeźdź­ców zgi­nęło, a po sojusz­ni­czej stro­nie rany – ale nie­zbyt poważne – odniósł tylko kucharz. Anglicy byli zmu­szeni pozo­stać na brzegu jakiś czas i cze­kać na pochmurną noc, żeby mieć szansę prze­mknąć obok łypią­cej groź­nym okiem for­tecy Quebec. Co prawda, sta­tek został zauwa­żony i armaty wystrze­liły w jego stronę jeden czy dwa poci­ski, ale bez spo­dzie­wa­nych przez Fran­cu­zów efek­tów. „Har­wood” w końcu dotarł do portu w Gareon, w któ­rym znaj­do­wał się sztab gene­rała Wolfe’a.

Samo mia­sto było zasło­nięte przez roz­ra­sta­jący się wokół niego woj­skowy obóz: hek­tary namio­tów cią­gnęły się wzdłuż brzegu rzeki, a całość nad­zo­ro­wała mała kato­licka misja fran­cu­ska. Jej sym­bol, nie­wielki krzyż, dało się dostrzec na szczy­cie wzgó­rza za mia­stem. Fran­cu­scy kupcy – oczy­wi­ście poli­tycz­nie neu­tralni – na widok angiel­skich sił wzru­szyli ramio­nami i rado­śnie sprze­da­wali im towary po zawy­żo­nych cenach.

Grey dowie­dział się, że gene­rał wal­czy w głębi lądu i praw­do­po­dob­nie nie wróci w ciągu mie­siąca. Pod­puł­kow­nik bez wyraź­nego zakresu obo­wiąz­ków ani wła­snego regi­mentu był utra­pie­niem – dostał, co prawda, kwa­terę, ale w grzeczny spo­sób kazano mu spie­przać. Nie mając naglą­cych obo­wiąz­ków, pod­puł­kow­nik wzru­szył ramio­nami na modłę wspo­mnia­nych fran­cu­skich kup­ców i poszedł szu­kać kapi­tana Car­ru­thersa.

Oka­zało się to dość łatwe. Karcz­marz w jed­nej z tawern, do któ­rej udał się Grey, wska­zał mu miej­sce zamiesz­ka­nia le capi­ta­ine. Dom nale­żał do wdowy o nazwi­sku Lam­bert i znaj­do­wał się nie­da­leko misyj­nego kościoła. Pod­puł­kow­nik zasta­na­wiał się, czy otrzy­małby tę infor­ma­cję od jakie­go­kol­wiek karcz­ma­rza w wio­sce. Za sta­rych cza­sów Char­lie lubił sobie popić i sądząc po rado­snej reak­cji wła­ści­ciela gospody, nic się w tym wzglę­dzie nie zmie­niło. Bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, John wcale go nie winił.

Wdowa – młoda, z kasz­ta­no­wymi wło­sami, cał­kiem atrak­cyjna – przy­glą­dała się podejrz­li­wie angiel­skiemu ofi­ce­rowi przez okno, ale kiedy wytłu­ma­czył jej, że poszu­kuje sta­rego przy­ja­ciela, kapi­tana Car­ru­thersa, jej twarz się roz­po­go­dziła.

– Bon – rze­kła, otwie­ra­jąc gwał­tow­nym ruchem drzwi. – Kapi­tan potrze­buje przy­ja­ciół.

Grey poko­nał dwie kon­dy­gna­cje wąskich scho­dów w dro­dze na pod­da­sze, gdzie urzę­do­wał Car­ru­thers, i czuł, że powie­trze robi się coraz cie­plej­sze. O tej porze dnia było to cał­kiem przy­jemne, ale już po połu­dniu musiało sta­wać się uciąż­liwe. Zapu­kał do drzwi i na dźwięk zna­jo­mego głosu kapi­tana, każą­cego mu wejść do środka, prze­szedł go przy­jemny dreszcz.

Car­ru­thers sie­dział w koszuli i spodniach przy roz­kle­ko­ta­nym stole i coś pisał. Przy jed­nym jego łok­ciu stał tykwowy kała­marz, a przy dru­gim dzban z piwem. Kapi­tan przez chwilę przy­glą­dał się w osłu­pie­niu Grey­owi, po czym wstał i z rado­ści pra­wie prze­wró­cił oba przed­mioty.

– John!

Zanim Grey zdą­żył wycią­gnąć dłoń na powi­ta­nie, tonął w uści­sku daw­nego przy­ja­ciela. Ser­decz­nie odwza­jem­nił gest, a zapach wło­sów i dotyk nie­ogo­lo­nego policzka kapi­tana przy­wró­cił stare wspo­mnie­nia, ale nawet mimo tych doznań poczuł wysta­jące kości wychu­dzo­nego ciała.

– Nie sądzi­łem, że przy­bę­dziesz – powtó­rzył Car­ru­thers po raz czwarty. W końcu puścił Greya, uśmiech­nął się i wytarł załza­wione oczy.

– Cóż, musisz za to podzię­ko­wać pew­nemu węgo­rzowi elek­trycz­nemu – stwier­dził Grey i odwza­jem­nił uśmiech.

– Co? – Car­ru­thers spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

– To długa histo­ria, póź­niej ci opo­wiem. Na razie jed­nak… co ty, do cho­lery, wypra­wiasz, Char­lie?

Radość pra­wie cał­ko­wi­cie znik­nęła ze szczu­płej twa­rzy Car­ru­thersa.

– Ach, tak. Cóż. To też długa histo­ria. Wyślę Mar­tine po wię­cej piwa.

Wska­zał jedyny tabo­ret w pokoju i wyszedł, zanim Grey zdą­żył zapro­te­sto­wać. Pod­puł­kow­nik usiadł ostroż­nie, nie­pewny czy tabo­ret się pod nim nie zała­mie, jed­nak ten oka­zał się solidny. Pod­da­sze było skrom­nie ume­blo­wane; oprócz stołu i tabo­retu znaj­do­wała się w nim wąska pry­cza, noc­nik i wie­kowa toa­letka z cera­miczną umy­walką, a cało­ści dopeł­niał dzba­nek. Pomiesz­cze­nie było czy­ste, lecz w powie­trzu uno­sił się słodki i mdły zapach, praw­do­po­dob­nie wydo­by­wa­jący się z zakor­ko­wa­nej butelki sto­ją­cej na toa­letce.

Grey nie potrze­bo­wał lau­da­num, lecz wystar­czyło spoj­rzeć na twarz Car­ru­thersa i wszystko sta­wało się jasne. Zer­k­nął na papiery, nad któ­rymi wcze­śniej ślę­czał kapi­tan. Wyglą­dało na to, że przy­go­to­wy­wał notatki przed roz­prawą sądu wojen­nego. Na wierz­chu leżało spra­woz­da­nie z eks­pe­dy­cji, którą dowo­dził na roz­kaz majora Geralda Siverly’ego.

Kazano nam iść do wio­ski o nazwie Beau­lieu, aby splą­dro­wać i spa­lić domy, przy oka­zji prze­pę­dza­jąc napo­tkane zwie­rzęta. Tak uczy­ni­li­śmy. Grupa męż­czyzn uzbro­jona w kosy i inne narzę­dzia sta­wiła nam opór. Dwóch z nich zostało zastrze­lo­nych, reszta ucie­kła. Wró­ci­li­śmy z dwoma wozami zapeł­nio­nymi mąką, serami i róż­nymi dobrami z gospo­darstw domo­wych oraz z trzema kro­wami i dwoma mułami.

Grey zdo­łał prze­czy­tać tylko tyle, zanim drzwi ponow­nie się otwo­rzyły. Car­ru­thers wszedł do pokoju, usiadł na łóżku i kiw­nął głową w stronę papie­rów.

– Pomy­śla­łem, że naj­le­piej będzie wszystko spi­sać, gdy­bym nie dożył do sądu wojen­nego – rzu­cił. Widząc minę Greya, lekko się uśmiech­nął. – Nie przej­muj się, John. Zawsze wie­dzia­łem, że nie dożyję sta­ro­ści. To – uniósł prawą rękę, pozwa­la­jąc, by rękaw koszuli opadł – jesz­cze nie wszystko. – Pokle­pał się deli­kat­nie lewą dło­nią w klatkę pier­siową. – Nie­je­den lekarz mówił, że mam jakąś okropną wadę serca. Nie wiem, może mam dwa – na jego twa­rzy poja­wił się cza­ru­jący uśmiech, który Grey dosko­nale pamię­tał – a może tylko połowę. Kie­dyś mdla­łem od czasu do czasu, ale teraz zda­rza mi się to coraz czę­ściej. Cza­sem czuję, że prze­staje bić i jedy­nie trze­po­cze w mojej piersi, a wszystko robi się czarne i nie mogę zła­pać odde­chu. Do tej pory za każ­dym razem zaczy­nało bić na nowo, ale pew­nego dnia tak się nie sta­nie.

Grey przy­pa­try­wał się skar­ło­wa­cia­łej dłoni zwi­nię­tej obok nor­mal­nej, jakby Char­lie trzy­mała jakiś oso­bliwy kwiat. W pew­nym momen­cie palce obu rąk roz­warły się w dziw­nie pięk­nej har­mo­nii.

– Dobra – powie­dział cicho John. – Mów.

Nie­moż­ność stłu­mie­nia buntu to rzadki zarzut – trudny do udo­wod­nie­nia i raczej nie­sta­wiany, chyba że w grę wcho­dzą inne czyn­niki. W tym przy­padku na pewno tak było.

– Znasz Siverly’ego, prawda? – zapy­tał Car­ru­thers, kła­dąc notatki na kola­nach.

– Nie. Wnio­skuję, że jest sukin­sy­nem. – Grey wska­zał na papiery. – Ale jakiego rodzaju sukin­sy­nem?

– Sko­rum­po­wa­nym. – Car­ru­thers postu­kał w notatki i wyrów­nał kra­wę­dzie, cały czas się w nie wpa­tru­jąc. – To, co prze­czy­ta­łeś, nie odnosi się do Siverly’ego. To wytyczne gene­rała Wolfe’a. Nie wiem, czy cho­dzi o zablo­ko­wa­nie dostaw do for­tecy i zagło­dze­nie załogi, czy przy­ci­śnię­cie Mont­calma, żeby wysłał żoł­nie­rzy do obrony wsi, gdzie Wolfe mógłby się do nich dobrać. Moż­liwe, że w grę wcho­dzą obie opcje. Pewien jestem tylko tego, że chce ster­ro­ry­zo­wać osady na obu brze­gach rzeki. Robi­li­śmy to na wyraźne życze­nie gene­rała. – Char­lie skrzy­wił się i spoj­rzał na Greya. – Pamię­tasz High­lands, John?

– Prze­cież wiesz, że tak. – Każdy, kto brał udział w wysie­dle­niach miesz­kań­ców High­lands, ni­gdy o tym nie zapo­mniał. Grey widział wiele wio­sek, które skoń­czyły jak Beau­lieu.

Car­ru­thers wziął głę­boki oddech.

– Tak. Cóż. Pro­blem polega na tym, że Siverly przy­własz­czył sobie łupy z gra­bieży pod pre­tek­stem spra­wie­dli­wego podziału zysków z ich sprze­daży mię­dzy żoł­nie­rzy.

– Słu­cham? – To nie zga­dzało się ze zwy­cza­jami armii. Każdy żoł­nierz powi­nien mieć prawo zatrzy­mać to, co zabrał. – Co on sobie wyobraża, że jest jakimś admi­ra­łem? – W mary­narce wojen­nej rze­czy­wi­ście pie­nią­dze szły do podziału mię­dzy załogę, ale mary­narka rzą­dziła się wła­snymi pra­wami. Załogi stat­ków funk­cjo­no­wały jak poje­dyn­cze jed­nostki, w prze­ci­wień­stwie do kom­pa­nii lądo­wych, a poza tym sprze­daż łupów kon­tro­lo­wały sądy Admi­ra­li­cji.

Car­ru­thers się roze­śmiał.

– Jego brat jest koman­do­rem, pew­nie od niego czer­pał inspi­ra­cję. W każ­dym razie – Char­lie spo­waż­niał – ni­gdy nie docze­ka­li­śmy się podziału łupów. Co gor­sza, wstrzy­my­wał wypła­ca­nie żoł­nie­rzom żołdu. Na coraz dłu­żej i dłu­żej. Póź­niej prze­stał pła­cić w ramach kary za jakieś drobne wykro­cze­nia i twier­dził, że skrzy­nie z żoł­dem nie dotarły, mimo że kilku ludzi widziało na wła­sne oczy, jak wyła­do­wuje się je z powo­zów. Nie­do­sta­tecz­nie, ale żoł­nie­rze wciąż byli naje­dzeni i odpo­wied­nio ubrani. Nato­miast póź­niej posu­nął się za daleko.

Siverly okra­dał kan­tyny, oszu­ku­jąc na wiel­ko­ściach zapa­sów i sprze­da­jąc je na boku.

– Mia­łem pewne podej­rze­nia – wyja­śnił Car­ru­thers – ale bra­ko­wało mi dowo­dów. Zaczą­łem go obser­wo­wać, a on dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę, więc przez jakiś czas był ostroż­niej­szy. Jed­nak dosta­wie kara­bi­nów nie mógł się oprzeć.

Dosta­wie dwu­na­stu nowych kara­bi­nów, znacz­nie lep­szych od powszech­nego musz­kietu Brown Bess i rzadko spo­ty­ka­nych w regu­lar­nej armii.

– Już samo to, że tra­fiły wła­śnie do nas, musiało być jakimś nie­do­pa­trze­niem. Nie mie­li­śmy w oddziale żad­nego kara­bi­niera, bo nie ist­niała taka potrzeba. Pew­nie dla­tego Siverly stwier­dził, że ujdzie mu to na sucho.

Nie uszło. Dwóch sze­re­go­wych, któ­rzy wyła­do­wy­wali skrzy­nię, zacie­ka­wiła jej waga i otwo­rzyli wieko. Plotka się roze­szła, a pod­eks­cy­to­wa­nie prze­szło w nie­miłe zasko­cze­nie, kiedy zamiast nowych kara­bi­nów roz­dano cięż­kie musz­kiety. Już i tak wście­kła nar­ra­cja przy­brała tylko na sile.

– Żoł­nie­rze opróż­nili beczkę rumu, którą skon­fi­sko­wa­li­śmy w tawer­nie w Levi – powie­dział Car­ru­thers i wes­tchnął. – Pili całą noc, a stycz­niowe noce w tym miej­scu okrop­nie się dłużą. W końcu zde­cy­do­wali się poszu­kać kara­bi­nów na wła­sną rękę. Zna­leźli je ukryte pod pod­łogą w kwa­te­rze Siverly’ego.

– A gdzie był wtedy Siverly?

– W kwa­te­rze. Oba­wiam się, że nie potrak­to­wali go zbyt deli­kat­nie. – Car­ru­ther­sowi drgnęła warga. – Uciekł przez okno i prze­szedł dwa­dzie­ścia mil w śniegu do następ­nego gar­ni­zonu. Stra­cił dwa palce z powodu odmro­że­nia, ale prze­żył.

– Szkoda.

– Tak, szkoda. – Warga drgnęła ponow­nie.

– Co się stało z bun­tow­ni­kami?

Char­lie nadął policzki i pokrę­cił głową.