Pozłacany róg t. 2 - Doda Około-Kułak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pozłacany róg t. 2 - Doda Około-Kułak

Rok 1873 – początek La Belle Époque. Ład i pokój w Europie wydają się ustanowione na zawsze. Jak w tych spokojnych czasach żyją bohaterowie pierwszych części powieści? Jakie mają plany, marzenia, możliwości? Czy są szczęśliwi? A może zwyczajnie nudzą się, żyjąc z dnia na dzień? W końcu to osoby należące do uprzywilejowanej warstwy społecznej…

 

Bez obawy! Tu życie aż kipi! W mnogości przedstawionych z doskonałym wyczuciem dramatycznym scen odnajdujemy fascynujący klimat dawnych dni. Czyny szlachetne i podłe, niechęć i pożądanie, śmiech i łzy, stracone nadzieje i uśmiech fortuny, narodziny i śmierć, rozpacz i nadzieja – tworzą tu wielobarwną mozaikę, w której piękno szczegółów harmonijnie splata się z obrazem całości w szeroką epicką opowieść. Autorka nie ogranicza się do prostego opisu zdarzeń, ale od czasu do czasu skłania swoich bohaterów do filozoficznych refleksji. Szczególną przyjemność sprawia obserwowanie, jak zmieniają się w czasie postacie już znane – czeka tu nas niejedna niespodzianka!

 

Doda Około-Kułak, autorka powieści „Księga motyli” i „Ptaszyna” (Świat Książki), sztuki „Siostrzyczki biorą wszystko” (w repertuarze teatru Bagatela w Krakowie), debiutowała opowiadaniem „Mgła” w tygodniku „Przekrój”. W 2013 nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazał się I tom „Pozłacanego rogu”.

Opinie o ebooku Pozłacany róg t. 2 - Doda Około-Kułak

Fragment ebooka Pozłacany róg t. 2 - Doda Około-Kułak





Strona redakcyjna


CZĘŚĆ I
OKOLICA


ROZDZIAŁ I

Eliza otworzyła oczy ze świadomością, że ma za sobą daleką, męczącą drogę długiej choroby, w której miewała chwile przytomności i zapaści, słyszała zdyszane głosy pełne niepokoju, trwogi, nadziei. Nie musiała się zastanawiać, gdzie jest – świadomość, że znajduje się w rodzinnym domu swojej, matki trwała w niej cały czas i niosła otuchę. Pamiętała, jak dotarły tu z Martą pewnego marcowego wieczora, jak dawno temu? Nie wiedziała. I że nazajutrz była zbyt słaba, żeby wstać z łóżka. Teraz przebudziła się z pełnego koszmarów snu i była zdrowa, wiedziała o tym, czuła to. Leniwie rozglądała się po pokoju – staromodne biurko, szafa, wyściełane krzesło, prymitywna umywalnia z porcelanową miednicą i dzbanem, pod nią nachtop. Była sama. To dziwne – dotąd w jej pokoju zawsze ktoś był, i w dzień, i w nocy. Przez zaciągnięte portiery przebijał wyraźnie słoneczny blask. Okno nie było daleko. Uniosła się z wysiłkiem i sięgnęła do zasłony. Jej oczy poraziła biel za oknem. Puściła zasłonę i opadła z powrotem na poduszki. Śnieg? To chyba niemożliwe...

Do pokoju weszła służąca z naręczem bielizny. Podeszła do komody i wysunęła szufladę.

– Co to, Ludko, za oknem? Śnieg?

Dziewczyna odwróciła się zaskoczona. Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.

– Gdzie tam śnieg, panienko. – Podeszła do okna i odchyliła ostrożnie portierę. – To sady płoszowskie kwitną.

– Sady... Muszę to zobaczyć! Pomóż mi wstać.

Ludka była natychmiast przy niej, przestraszona.

– Nie wolno, panienko! Doktor nie pozwolił wstawać...

Ale Elza już siedziała, już opuściła stopy na podłogę. Ludka pochwyciła ją za ramiona i przytrzymała.

– Panienko! Ja proszę... Obiją mnie!

– Za cóż ciebie? Mnie najwyżej. – Była jednak zbyt słaba, by pokonać opór służącej. – No dobrze. Daj poduszek, stąd sobie popatrzę.

Podparta poduszkami chwilę trwała oślepiona nagłym blaskiem odsłoniętego okna, potem z wolna kontury obrazu zaczęły się wyostrzać. Zobaczyła gałęzie oblepione bielą jak śniegiem i złoto-błękitne niebo. Tylko tyle. Ludka, która stała przy oknie, widziała więcej.

– Jakby lawina między tymi wzgórzami ku rzece idzie – rzekła i opuściła zasłonę. – Już więcej nie wolno, panienko. Doktor kazał okno zakryte trzymać.

Elza zamknęła oczy. Świetlisty obraz pod powiekami trwał. Jasne, niebieskie krainy... Miałaś rację, Marto.

*

Elza była oczarowana urodą okolicy. Kiedy wyszła z Ukleją na pierwszy spacer, sady stały jeszcze w rozkwicie, choć ze śliw i wiśni wiatr zwiewał już białe tumany i ogarniał ich nimi jak śniegiem. Nad pagórkami i lasami trwała wielka, dzwoniąca cisza, mącona tylko delikatnym brzęczeniem pszczół, świergotem ptaków i daleką grą bystrej wody Białej na kamieniach. Powietrze miało zapach nasyconych słońcem sadów i łąk. Szli w poprzek łagodnego stoku, aż do miejsca, gdzie załamywał się, tworząc rozległą dolinę otoczoną od zachodu bukowym lasem. Rozciągał się stąd szeroki widok na dolinę Białej, pobliski Płoszów, a dalej na osnute mgiełką wieże kościoła i klasztoru w Głuchowie. Elza wdrapała się na skraj kamiennego fundamentu i patrzyła zachłannie. Niejednokrotnie później się zastanawiała, czy stryj umyślnie ją tu przyprowadził? Ukleja przysiadł obok.

– Te lasy nasze, stryju?

– Nasze, Elżuniu.

– A tamte?

– Dawniej płoszowskie, teraz do kamieńskiego ordynata się należą. Twój dziad sprzedał w czterdziestym piątym.

– Szkoda.

– I tak Płoszów największy w okolicy. Stamtąd granica za tymi lasami, potem do wsi się zawraca i idzie do rzeki. Dalej nad rzeką w górę, z wyjęciem upłazu, aż do traktu i tamtych lasów. To wszystko w jednym cale. Jest jeszcze ze czterysta mórg rozrzuconych we dwa folwarki, te puszczone w dzierżawę. Są u mnie w kancelarii plany, jak Elżunia ma życzenie, może obejrzeć.

– A tamta wioska?

– To Mierszówka Żaryńskich. Nędzna wioszczyna, ale dwór pański, cztery kolumny w ganku. Tam dalej poczyna się Łąkta, dawniej państwa Piszczatów, po rabacji przez Kamieńską zakupiona. Budynki ze szczętem spalone były, ona odbudowała i w dzierżawę puszcza.

– A tam?

– To Wierpsze. – Ukleja westchnął ciężko, jakby jakieś przykre wspomnienie wiązało się z tym miejscem. – Niejaki Błażewski tam gospodarzy od dwunastu lat. I kiepsko gospodarzy, bo długów ma więcej, niż mu włosów na głowie zostało.

Elza zeskoczyła z fundamentu i przysiadła obok Uklei.

– Muszę to wszystko obejrzeć w planach, a potem objechać. Ty, stryju, konia dosiadasz?

– A jakże. Bez tego nie mógłbym pracować. Tu bryczka często nieużyteczna, z powodu stromizny.

– Więc pojedziemy razem. W poniedziałek.

– Nie za wcześnie to? Jeszcześ nie ze wszystkim zdrowa.

– Zdrowa, zdrowa. – Elza podniosła się i przyjrzała fundamentowi. – A to co, stryju? Dom tu kiedyś stał, czy co?

Ukleja położył dłoń na kamieniach.

– Tu dwór dla ciebie miał stanąć.

– Dla mnie? – zdumiała się. – Jak to: dla mnie...

– Ano – dla ciebie. Pamiętasz, jak byłaś z matką w Płoszowie?

– Tak...

– Kiedyście tylko odjechały, Hieronim, znaczy się twój dziad, powiada: „Pytałem Elżuni, jak jej się dwór płoszowski podoba, a ona, że stary i ciemny. Trzeba, Piotrusiu, nowy dwór zbudować. Długośmy łazili, szukając miejsca, aż tu przyszliśmy. Widok szeroki, z tyłu góra osłania to miejsce od wiatrów, a na stoku ogród założyć można. Tu będzie dobrze”. Sprowadził budowniczych z Krakowa, oni sporządzili piękne plany budowli i położyli fundament.

Westchnął ciężko i umilkł.

– I co?

– Ano, nie zdążył. Wiosną szlag go z jasnego nieba trafił. Pojechałem do Wiednia twojemu ojcu sprawy majątkowe zdać, a on kazał mi dalej Płoszów trzymać i do doktora Bleiberga składać raporty. To i robię, jak kazał.

– A dwór?

– No cóż... Fräulein Elise ma już wiele domów, powiada, i jeszcze jeden jej niepotrzebny. Tak się to skończyło.

Elza miała ochotę zapłakać. Pamiętała dobrze swojego dziadka, jego potężną postać, szare, łagodne spojrzenie, głęboki głos... Kochał ją, kochał ją cały czas, chciał dla niej zbudować dom... I nie zdążył. A ona nic o tym nie wiedziała...

– Zbudujemy ten dwór, stryju – powiedziała przez ściśnięte gardło.

*

Plany były staranne, dokładne. Kartony, przez wiele lat zwinięte w rulon, nie chciały leżeć płasko, trzeba było przycisnąć brzegi książkami. Elza spędziła nad nimi cały dzień, oglądając je i popłakując na przemian. Ukazywał się na tych arkuszach obszerny dwór, z oficyną i ogrodem zimowym, parterowy, z łamanym polskim dachem, regularnie pociętym mansardami. Kreślarz precyzyjnie wyrysował dachówki, ościeżnice i szprosy w elewacjach, pochyłym ozdobnym pismem opisał każde pomieszczenie na rzutach. Była więc duża sień w samym środku, ze schodami na piętro, salon zajmujący cały południowy narożnik, jadalnia, biblioteka, a po drugiej stronie sieni palarnia, gabinet, kancelarie. Piętro pod dachem mieściło sześć pokojów sypialnych i dwa kąpielowe. Kuchnie i kredensy zajmowały parter oficyny, nad nimi zaś mieszkania służby i oficjalistów, z osobnym gankiem.

Budowla, stateczna i rozłożysta, miała w sobie ciężkawą urodę dobrze wyważonych proporcji. Elza uznała, że jest piękna, i niczego w planach zmieniać nie trzeba. Wezwany przez Ukleję pan Tomasz Weintraub przybył do Płoszowa bez zwłoki. Jego semicki nos podpowiedział mu, że to zlecenie będzie prawdziwą gratką. Nie był już nieśmiałym i przestraszonym uczniem swojego mistrza. W ciągu czternastu lat praktyki w zawodzie usamodzielnił się, założył własną firmę, przystąpił do intratnej spółki dzierżawiącej dużą cegielnię. Nabrał doświadczenia, pewności siebie, a nawet nie można mu było odmówić pewnej elegancji. Był teraz kimś i był tego świadomy – rozmawiając w kancelarii z Ukleją, założył swobodnie nogę na nogę. Ludka z szacunkiem umieściła jego szary cylinder na jelenich rogach służących od wieków w sieni za wieszadło.

– Bardzo podobają mi się plany dworu i akceptuję je do wykonania bez żadnych zmian – rzekła Elza, po przywitaniu się z obu panami. – Jedną mam tylko prośbę: żebyś mi pan uczynił w oknach szerokie parapety, bo mam zwyczaj na nich siadywać.

– Parapety... – powtórzył pan Tomasz, nieco zdezorientowany. – To bez żadnej trudności, panno baronówno... Kiedy życzy pani rozpocząć prace?

– Od razu. Masz pan teraz jakie zobowiązania?

– Nie... To jest tak, kilka prac, ale stąd je mogę prowadzić, bywając przy nich raz, dwa razy w miesiącu.

– Jak prędko dwór stanie?

– O... to zależy. Przede wszystkim od nakładów. Nie wiem, czy się pani orientujesz, że kosztorys uczyniony czternaście lat temu nie może być aktualny. Mam na myśli podrożenie materiałów i robocizny. Ja to wprędce poprawię, ale już przyjąć można, że się koszt zwiększy o piętnaście do dwudziestu procentów.

– O to się pan nie kłopocz. Wskażesz mi swój bank i kredyt się tam we dwa tygodnie otworzy. Mój radca finansowy prosi, żebyś pan dla niego kopie faktur po niemiecku sporządzał... czy to kłopot?

– Żaden. Ja zwykle z usług towarzystwa kredytowego pana Bochenka korzystam.

Weintraub wyszedł nieco oszołomiony. Zaproszono go wprawdzie na nocleg, ale podziękował. Chciał jeszcze obejrzeć fundament i wrócić do Krakowa, by zabrać się do dzieła, zanim się obudzi. Gdyby nie to, że otrzymawszy wezwanie od Uklei, zasięgnął pośpiesznie informacji o majątku baronówny, nie uwierzyłby. Ale wiedział, wiedział na pewno, że to prawda.

*

Przybycie obu pań wzbudziło w całej okolicy zrozumiałe zaciekawienie, ożywiło obywatelstwo nadzieją na nowe stosunki towarzyskie. Nikt nie znał dokładnie wielkości posagu Elizy von Bruhn, wiedziano tylko, że jest to liczba „bajeczna”. Jedynymi osobami znającymi ją w przybliżeniu byli mecenas Szczepiński i hrabina, ale Szczepiński, zagadywany w swej kancelarii, odpowiadał enigmatycznie: niemało, niemało... A hrabiny nikt nie śmiałby zapytać. Zresztą nie byłoby jak, bo nie opuszczała od dawna pałacu, a z bliska widywali ją tylko zarządca Madeyski i proboszcz. Równe zaciekawienie wzbudzała osoba Marty. Wiedziano powszechnie, że to ona ocaliła życie hrabiemu w styczniowej potrzebie, a później pozostawała z nim w grzesznym związku. Nie było pewne, czy nowe mieszkanki Płoszowa złożą pierwsze sąsiedzkie wizyty, a przynajmniej trudno byłoby się tego doczekać. Państwo Błażewscy, którzy prócz krociowych długów mieli trzydziestoletniego syna w stanie kawalerskim, za nic nie pozwoliliby uprzedzić się, i złożyli wizytę w Płoszowie na pierwszą wieść, że baronówna wstała po chorobie. Elza przyjęła ich gościnnie i serdecznie. Chciała utrzymywać dobre stosunki z wszystkimi sąsiadami. Ku jej rozczarowaniu Błażewscy nie znali jej dziadka, gdyż osiedli w okolicy już po jego śmierci. Uroczyście zapowiedzieli przyjazd swojego syna na letnie wakacje.

– Jerzyk przebywa stale we Lwowie, gdzie piastuje posadę przy Sejmie Krajowym. – Rozpływali się nad ogładą i wykształceniem jedynaka, a Ukleja mrugał chytrze do Elżuni.

– Czy co dobrego może się wziąć z Wierpszów? – rzekł zagadkowo, gdy Elza po odjeździe gości zapytała go o owego Jerzyka.

– Niech sobie Elżunia nim głowy nie zawraca, bo się rozczaruje.

Oboje Błażewscy byli zresztą dość ograniczeni, co Elza mogła zauważyć już przy powitaniu.

– Zapewne państwo Żaryńscy złożą wkrótce uszanowanie wybawicielce swego krewnego i dobrodzieja – rzekła, krygując się, Błażewska do Marty.

– Ależ duby smalone, moja duszko – sprostował Błażewski. – Oni by chętnie hrabiego na marach widzieli. Hrabia jedynak, a oni najbliżsi spadkobiercy – dodał wyjaśniająco.

Do Szczepińskich Elza wybrała się z Martą następnego dnia. Nie chciała stwarzać wrażenia, że czeka na ich wizytę, poza tym znała ich przecież osobiście. Szczepińscy już dawno przeprowadzili się z wynajętego mieszkania do własnego domu położonego na peryferiach Głuchowa, czyli pięć minut piechotą z rynku. Po stoczeniu krótkiej, ale bardzo głośnej batalii z kompletnie głuchą służącą, dostały się do środka.

– Panna Elżunia! Pani pułkownikowa! Co za radość! Proszę wybaczyć Anielci, ona głucha jak pień.

Szczepińska wprowadziła je do jadalni, gdzie rejent w obszernym fotelu drzemał nad gazetą. Na widok gości odłożył gazetę i wstał.

– Elżunia – ucieszył się. Poznał ją od razu, była żywym portretem swojej babki Eleonory.

– Nie wiem, czy dobrze, że pannę baronównę Elżunią tytułujesz, Władziu. To już nie ta dziewczynka w sukience do kolan.

– Taki już stary jestem, Helciu, że i to mnie wypada. – Szczepiński należał do gatunku tych chytrych staruszków, którzy chętnie robią użytek z przywilejów podeszłego wieku.

Wyszli wszyscy do małego ogródka, gdzie kwitło mnóstwo wiosennych kwiatów, a pośrodku okrągłego klombu królowała w drewnianej donicy kolczasta agawa.

– Dziwne i niewiarygodne plotki nas tu o tobie, Elżuniu, dochodziły. Czy to prawda, żeś wyższe studia odbywała?

– Tak. Trzy lata studiowałam europejską literaturę w Akademii w Lozannie.

– To znaczy tam się kobietom zezwala na studia?

– Oczywiście.

– Ale chyba nie tyczy się to prawa czy medycyny?

– Owszem, tak.

– Coś podobnego... – Szczepiński był poruszony. – To musi być nie lada dziwo – baba doktor czy baba rejent. Za nic nie chciałbym takiej spotkać!

– Już tobie to, Władziu, nie grozi. – Szczepińska uśmiechnęła się i wrzasnęła niespodziewanie głosem sierżanta artylerii: – Zaparz herbaty, Anielciu!

Elza i Marta omal nie spadły z krzeseł, Szczepińska zaś ciągnęła dalej cichym, kulturalnym głosem:

– Są przecie i dobre strony podeszłego wieku, ot choćby to, że się nie dożyje upowszechnienia tych wszystkich nowomodnych wynalazków.

Szczepiński był dla Elzy prawdziwą kopalnią informacji na temat jej dziadka Hieronima, dziejów okolicy, jej dawnych i obecnych mieszkańców. Nie tylko siedział tu od czterdziestego siódmego roku, ale również spędził dzieciństwo w domu stryjostwa. Miał wyborną pamięć, był inteligentny i uszczypliwy. Z racji pełnionego urzędu notariusza znał wszystkich i wiedział wszystko; obecność młodych dam dodała mu polotu i werwy.

Z wolna w umyśle Elzy kształtował się obraz tej ziemi, tak pięknej i tak niewdzięcznej. Szczepiński uświadomił jej, jaką tragedią dla okolicy były wypadki czterdziestego szóstego roku i jak haniebną rolę odegrali w nich Austriacy. Elza nie miała dotąd pojęcia o rabacji – podręczniki historii zbywały ten żenujący incydent krótko i stronniczo. Kiedy rejent opowiedział dowcip o głowie swojego stryja, Elza, zamiast śmiać się, zbladła, i Helcia Szczepińska szybko zmieniła temat. Ale Elza nie chciała już słuchać o niczym innym. Zdawała sobie sprawę, że z punktu widzenia polityki wielkiego mocarstwa ta sprawa była tylko incydentem, konsekwencją rebelii peryferyjnej prowincji. Słuchając Szczepińskiego, pomyślała dokładnie to samo, co jej dziadek Hieronim dwadzieścia siedem lat temu: czy Austria nie miała dość własnej siły i musiała uciekać się do demoralizowania plebsu? Wstyd...

– Piszczatowie z początku podnieśli się – mówił Szczepiński – bo primo, rodzina w tym czasie była we Lwowie, secundo, krestencję z dawna mieli wyprzedaną, tertio, hołota ich nie spaliła, kontentując się rabunkiem. Sąsiedzi dobrzy, a wśród nich twój dziadek pieniędzmi i inwentarzem ich wspomogli. Cóż z tego, skoro na jesieni własne chłopstwo puściło ich z dymem. Poszli na los do krewnych pod Jasło i do dziś po dzierżawach się tułają. Ale ostatnio bywa u mnie zięć Piszczatów, pan Straba, który o dzierżawę Łąkty się ubiega.

– Więc będzie naszym sąsiadem?

– Wątpię. Kaucja za Łąktę naznaczona wysoka, a hrabina twarda jak głaz, nic upuścić nie chce. Będzie się musiał za czymś mniejszym oglądać.

– Hrabina? Kamieńska? – spytała zaciekawiona Marta.

– Tak jest. Po rabacji kupiła Łąktę i w dzierżawę puszcza.

– Czy to jej własny majątek?

– Nie, do substancji hrabiego się należy. Ale ona Madeyskim, to jest plenipotentem hrabiego, jak chce, obraca i w terrorze go trzyma. Już on bez jej błogosławieństwa o niczym stanowić nie śmie. Zresztą Łąkta swoje warta, budynki w czterdziestym dziewiątym stawione od nowa.

Ciężki los dawnych sąsiadów Płoszowa poruszył obie panie. Ukleja, zagadnięty na ten temat, opisał im straszny pożar, którego był naocznym świadkiem.

– Nie było jak ratować, Elżuniu. Budynki drewniane gorzały jeden za drugim. Trochę sprzętów zaledwie zdołaliśmy wynieść, a hołota w tym czasie dzieliła się w sadzie jabłkami. Tak było – zakończył z westchnieniem.

Elza źle spała tej nocy, a rankiem stawiła się w kancelarii Szczepińskiego.

– Proszę pana Strabę zawiadomić, że ja mu pieniędzy na kaucję pożyczę – rzekła stanowczo.

Szczepiński się zdumiał.

– Ty, Elżuniu? Dlaczego?

– Bo wiem, że gdyby mój dziadek żył i miał pieniądze, toby mu pożyczył.

Nie wspomniała o dziwnym przekonaniu, że ona sama, jako wierna poddana cesarza, córka jego wysokiego urzędnika, czuje się współwinna nieszczęściu okolicy. To było śmieszne – przecież kiedy to się stało, jej jeszcze nie było na świecie, a ojciec zajmował mało znaczące stanowisko w służbie zagranicznej... Ale naprawdę tak to czuła.

– Jeszcze jedną mam sprawę, panie Władysławie, gdzie liczę na pańską pomoc. Jest w naszych gruntach taki plac... miejsce, stryj nazywa je upłazem. Są tam dwie włościańskie zagrody, które rzeka niemal rok w rok znosi. Chcę tym włościanom wymienić grunty.

– Jak to, wymienić?

– Dać im wyżej tyle, ile tu mają, a w zamian przyszyć upłaz do majątku. Jużeśmy ze stryjem miejsce wybrali, wysoko pod lasem, bardzo ładne.

– Hm... bardzo pięknie. Ale czy oni się zgodzą? Co pan Piotr o tym myśli?

– Stryj nic nie mówi... Ale czemu by się mieli nie zgodzić? Przecie to korzyść dla nich.

– O ile wiem, pomoc ze dworu mają przy powodzi.

– Tak. Mój dziadek dawał im zawsze pomoc i budulec, i tak zostało. Ale po co co rok byle jak klecić, skoro można to zrobić raz i dobrze?

– Niby racja. No cóż, spróbować można, czemu nie? – mruknął bez przekonania.

– Ja tu trudności żadnej nie widzę, panie Władysławie.

Szczepiński widział, ale zmilczał. Ho, ho – pomyślał – zanosi się na rewolucję w okolicy. Hrabinie zrzednie mina, kiedy się dowie, że są jeszcze dobrzy sąsiedzi, którzy Strabie pieniędzy na kaucję pożyczą. Nie było na razie innych chętnych na dzierżawę i Łąkta od jesieni stała pustką, mimo to stara była nieugięta. Szczepiński pertraktował z Madeyskim od listopada, ale bez skutku. Początkowo sądził, że im bliżej wiosennych zasiewów, tym łatwiej hrabina ustąpi, ale nic z tego. Zasiała sama i podwyższyła kaucję. Żydzi kusili pożyczką, Szczepiński odradzał, Straba, mimo nacisku swej żony, która chciała powrócić do rodzinnego majątku, odstąpił. Stanął w Tarnowie i rozglądał się za inną dzierżawą. Szczepiński napisał do niego natychmiast po wyjściu Elzy.

*

Marta bardzo opóźniła się w korespondencji. Początkowo zajęta była pielęgnowaniem chorej przyjaciółki, później pochłonęły ją całkowicie sprawy domowe. Kawalerskie gospodarstwo Uklei, zaniedbane od lat, stanowiło wymarzone pole dla jej długo uśpionej aktywności. Wieczorami była zmęczona, za to dom nabierał zupełnie nowego wyglądu. Najtrafniej byłoby go przyrównać do psa podwórzowego, którego raptem wykąpano i wyczesano – piękny, lśniący i trochę nieswój. Ale teraz już koniecznie trzeba napisać do Krzysztofa, prócz mnóstwa ciekawych spostrzeżeń musi przekazać mu pilną prośbę...

Od swego przyjazdu do Płoszowa Marta zaczęła podejrzewać, że historia opisana przez Kamieńskiego w jego powieści łączy się z domem Śmiłowiczów, ostatnio zaś nabrała co do tego pewności. Potwierdzały to dziesiątki szczegółów i dawnych zdarzeń, o których na żądanie Elzy szeroko opowiadali Szczepiński i Ukleja. Teraz dopiero Marta zdała sobie sprawę, jak bardzo ta historia była prawdziwa, jak dalece musi się odsłonić ten, który pisze... Gdyby ta powieść została wydana, wielu żyjących odnalazłoby w niej swoje portrety: Ukleja, hrabina, proboszcz, Szczepiński. Wielu rozpoznałoby portrety tych, którzy już odeszli: rejenta, barona, Teodory. Nawet Elza została tam sportretowana – jako mała, tłusta dziewczynka.

Marta nie znała zakończenia powieści. Kamieński o tym nie wspominał, a ona nie pytała. Wiedziała tylko, że próba jej wydania nie powiodła się. Ciekawe, co on zrobił z rękopisem? Zachował czy spalił? Wiedziała, że jest człowiekiem gwałtownym, więc bardziej prawdopodobne, że spalił go lub wyrzucił.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Proszę!

Do pokoju weszła Ludka.

– Tyle razy mówiłam ci, że pukać nie trzeba!

– Przepraszam, pani pułkownikowo. Przyjechał pan Madeyski do pani. W pokoju czeka.

– Dobrze, już idę.

Madeyski stał przy oknie. Był średniego wzrostu, przysadzisty, z jasnym, obfitym wąsem. Wymienili ukłony i nazwiska.

– Przybywam od pani hrabiny Kamieńskiej – wyjaśnił i podał Marcie kopertę.

– Proszę siadać. Może co do picia?

– Dziękuję, pani pułkownikowo. Śpieszno mi wracać do pracy.

Marta skinęła głową i otworzyła list. Hrabina pisała po swojemu, krótko, rozkazująco: „Czekam na panią. Proszę się zabrać z Madeyskim. Kamieńska”.

Jeżeli Marta była zaskoczona, to nie tym, że hrabina ją wzywa, ale formą zaproszenia. Od początku obawiała się, że hrabina ją zaprosi, a ponieważ nie chciała wcale jej poznać, zastanawiała się nad dopuszczalną formą odmowy. Ten świstek był wystarczająco niegrzeczny, by Marta mogła odmówić.

– Proszę powiedzieć hrabinie, że dziękuję za zaproszenie, ale do Kamienia się nie wybieram.

Madeyski nie zrozumiał.

– Jak to? Hrabina kazała mi panią do pałacu przywieźć...

– Odmawiam, panie Madeyski. To chyba jasne?

– Ależ pani pułkownikowo... Tak nie można! Jej się nie odmawia! – Był wyraźnie zakłopotany.

– Znasz pan lepiej ode mnie swoją dobrodziejkę – odrzekła rozdrażniona Marta. – Możesz się pan domyślić, że ten list nie prośbę zawiera, a rozkaz. A ja się pod jurysdykcję pani hrabiny nie liczę.

– Jezus Maria... Co ja jej powiem? – Madeyski, przestraszony, szarpał bezwiednie wąsa.

– Że odmówiłam. Co tu kombinować?

– Może pani pułkownikowa choć słowo przeproszenia napisze?

Marta patrzyła na niego ze współczuciem. Kiedy Krzysztof opowiadał jej o swojej matce, często nie wierzyła, była pewna, że urażony i rozżalony przesadza. Teraz uwierzyła we wszystko.

– Nie, panie. Musiałabym jej odpisać w podobnym tonie, a moje wychowanie nie pozwala mi być niegrzeczną wobec starszej osoby. Żegnam.

Wróciwszy do swego pokoju, Marta zasiadła z powrotem do listu. Spostrzegła, że jej ręka drży. Ze zbyt głęboko umoczonej stalówki spadła na papier kropla atramentu. Marta wysuszyła ją bibułą, odsunęła splamiony arkusz, sięgnęła po czysty i zaczęła starannie przepisywać list swym pięknym, okrągłym pismem pensjonarki.