Pozłacany róg t. 1 - Doda Około-Kułak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 608 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pozłacany róg t. 1 - Doda Około-Kułak

Jest maj 1833. Powstanie listopadowe upadło, ale na teren Galicji przenikają z Królestwa niedobitki rajdu płk. Zaliwskiego. Jeden z partyzantów trafia pod dach prowincjonalnego rejenta gdzieś pod Tarnowem...

 

Wraz z odsłoną kolejnych kart powieści, zostajemy przeniesieni do świata, którego nie znamy. Dodajmy, bo to ważne: do świata patriarchalnego. W tle dzieje się historia: rewolucja krakowska, rzeź galicyjska, proces moabicki, powstanie styczniowe... Nie one tu jednak będą grały główną rolę. Uwaga autorki skupia się bowiem na losach pojedynczych osób, a przede wszystkim kobiet. Z mistrzowskim zachowaniem proporcji, psychologiczną głębią, humorem, a czasem ironicznie kreślone są postaci bohaterek. Jak w świetle reflektora obserwujemy wyraźne, plastyczne, wykreowane z talentem kolejne sceny dramatu, słyszymy świetne dialogi. A bóg Eros ciągle jest obecny!

 

...

 

Doda Około-Kułak - autorka powieści „Księga motyli” i „Ptaszyna” (Świat Książki), a także sztuki „Siostrzyczki biorą wszystko” (w repertuarze teatru Bagatela w Krakowie) tym razem sięga po formę sagi, by opowiedzieć losy kilku pokoleń dwóch galicyjskich rodzin w okresie burzliwych przemian „wieku pary i elektryczności”. W dalszych planowanych tomach będziemy z wolna zbliżać się do współczesności.

Opinie o ebooku Pozłacany róg t. 1 - Doda Około-Kułak

Fragment ebooka Pozłacany róg t. 1 - Doda Około-Kułak







Strona redakcyjna


PROLOG
WYPISY Z DIARIUSZA PROWINCJONALNEGO REJENTA


ROZDZIAŁ I

Rejent Hieronim Śmiłowicz często przesiadywał w swoim gabinecie do późnej nocy przy sporządzaniu niecierpiących zwłoki kontraktów lub odcyfrowywaniu starych dokumentów. Były to dla niego godziny, gdy mógł swobodnie myśleć, wypalić cygaro lub dwa, sięgnąć po szklaneczkę nalewki – w pantoflach, szlafroku, bez halsztuka i wielu innych krępujących części garderoby, bez których nie pokazywał się nawet domownikom. Lubił nastrój ciszy i mrok czający się tuż za kręgiem światła olejnej lampy – był to rodzaj samotności lubianej przez osoby pogodnego usposobienia i towarzyskie, kiedy wiadomo, że bliscy są tuż obok, syci, ale szczęśliwie uśpieni. Choć rejent nie mógłby nazwać swego domu hałaśliwym i za dnia – prócz jego trzyletniej córeczki, będącej jedynym widomym śladem pobytu jego żony na tym świecie, i służącej Werci w domu tym zamieszkiwał jedynie stary Toma, stangret pełniący też wszelkie męskie posługi. Dwór płoszowski, niski, ciemny i obszerny, mógłby pomieścić trzykroć tyle domowników. Nadto miał dobudowaną oficynę z kancelarią i mieszkaniem dla oficjalistów – ta jednak świeciła pustką, gdyż rejent nie prowadził gospodarstwa. Mogąc zupełnie przyzwoicie żyć z notariatu i czynszów, swoje cztery folwarki puścił z dawna w dzierżawę, a chłopstwo uwłaszczył i skwitował z powinności. Nie wynikało to z jego demokratycznych przekonań, raczej z wygodnictwa. Będąc na co dzień świadkiem rozpaczliwej szarpaniny okolicznych obywateli ziemskich – już to na granicy klęski finansowej, już to poza tą granicą – utwierdzał się z biegiem lat w słuszności swego wyboru.

Pewnej majowej nocy roku 1833 rejent biedził się nad odtworzeniem starego aktu własności. Papier ów, nadpalony i noszący ślady licznych zamoknięć, był raczej świadectwem własnej burzliwej historii niż czyjejkolwiek własności. Dla odtworzenia go potrzeba było ciszy, skupienia i szkła powiększającego. Lekkie stukanie w okno nie zaskoczyło rejenta. Zdarzało się przecież, że wzywano go do umierającego o różnych porach, podobnie jak lekarza czy księdza. Uchylił okna. Włóczęga? Nie, raczej znużony wędrowiec. Był młody, wychudzony, kilkudniowy zarost pogłębiał jeszcze wrażenie zaniedbania i wyczerpania. Zabłocona kurtka miała wojskowy sznyt.

– Nazywam się Julian Myciński... Przybywam po pomoc dla pańskiego krewniaka, chorążego Piotra Uklei.

– Piotr Ukleja? – szepnął zaskoczony Hieronim. Nie przypominał sobie, by miał krewnych o tym nazwisku.

– Z Warszawy... jego matka była z domu Ditrych.

– Ach... oczywiście. Niechże pan wejdzie przez ganek.

Zaprowadził Mycińskiego do kuchni, postawił przed nim talerz z chlebem, kubek mleka, położył pęto kiełbasy.

– Mów pan.

Myciński patrzył na niego spięty. Nie znał go. Jego towarzysz chorąży Ukleja także nie znał swego dalekiego krewniaka. Jak się zachowa? Hieronim się uśmiechnął.

– Śmiało. Przecie nie jestem Niemcem.

– Rozprawę mieliśmy o miasto Józefów i dobrze nam szło, ale się pan Łubieński zwiedział, że partyzantka odwołana, każdy więc w swoją stronę ruszył. Mnie i jeszcze jednego, niejakiego Kierycza Adama, tu do pana chorąży zamierzał przyprowadzić... Kierycz postrzelony, padł jeszcze po tamtej stronie... w Bogu nadzieja, że nieżywy. Nas dwu zajadłe Moskale tak gonili, aż kordon przeszli. Chorąży trafiony z karabinu, iść nie może.

– Gdzie jest?

– W polu, w stodółce. Bardziej ku Tarnowu... od zmierzchu tu idę.

– Pytałeś pan drogi?

– Raz tylko, Żyda w miasteczku. Nad rzeką przyszedłem.

– Jedz pan. Zaraz co do przebrania przyniosę.

Młodzieniec przebrany w cywilne ubranie wyglądał śmiesznie, surdut Hieronima wisiał na nim, nogawki spodni trzeba było zawinąć. Mniejsza o to. Ruszyli koczem, Hieronim na wszelki wypadek wepchnął do teczki kilka papierów. Sam zasiadł na koźle. Błądzili dość długo. Kiedy Myciński spośród dziesiątek innych odnalazł właściwe pole i stodółkę, świtało już. Chorąży Ukleja był młody, Hieronim pomyślał, że nie ma jeszcze dwudziestu lat. Nie był nieprzytomny, ale patrzył błędnie – nie wiedział, gdzie jest ani kto przybywa z ratunkiem. Ułożyli go na siedzeniu kocza, naciągnęli budę. Myciński usiadł obok i wziął głowę chorążego na kolana.

– Jakby co, nakryj go pan derką, a sam udawaj, że śpisz.

Ruszył do Tarnowa. Znał tam pewnego młodego, zdolnego chirurga, którego cenił o wiele wyżej niż swego miejscowego lekarza. Zresztą stąd do Tarnowa nie więcej niż godzina jazdy, do Płoszowa ze trzy. Był już jasny dzień, kiedy wjechali w podwórze faktorii Abramka.

Abramek był przerażony.

– Uj, panie rejencie – skomlał – u mnie wojsko bywa na zabawę... Co ja im powiem?...

– Nic nie powiesz – sapnął Hieronim, dźwigając z Mycińskim chorążego. – Wódki daj i zaraz niech doktor Horn przyjdzie. Powiedz mu, że chory... Nic więcej.

Wnieśli Ukleję do izby na tyłach karczmy, skąd Abramek przepędził kilka bachorów i nogą wykopnął za nimi siennik. Przyniósł wódkę i znikł, mrucząc pod nosem robaczywe pacierze. Ułożyli Ukleję na wyrku i napoili wódką, ten nie wzbraniał się, pociągnął zdrowo kilka razy i zasnął. Nie czekali na Horna dłużej niż kwadrans.

Horn odsunął derkę, pochylił się i szybko naciągnął derkę z powrotem.

– Abramek mówił, że chory – rzekł z wyrzutem do Hieronima.

– A co, zdrów?

– Panie rejencie... to się nie godzi! Ja przy garnizonie posadę mam...

– Trzymaj pan język za zębami, to posady nie stracisz. No!... do stu tysięcy koszernych diabłów! – Postąpił groźnie ku niemu.

Horn obejrzał się na drzwi, ale zobaczył za sobą Mycińskiego, który ostentacyjnie sięgał za pazuchę, choć nic za nią nie miał.

– Ty widzisz, Abramek, że to terror – zaczął szybko wypakowywać walizeczkę. – Wody zagrzej, płótna trzeba, żeby tylko czyste... a, tam. Skąd by Abramek czyste płótno wziął? – gadał beztrosko, rozcinając zesztywniałe od krwi spodnie Uklei. – Aj, waj... gdzie to się pcha, taki młody... nie, nie! Proszę mnie nawet nie mówić! Mnie to nawet zupełnie nie obchodzi. Coś tędy weszło, jakby podobne do karabinowej kuli... ale nie wyszło, we środku siedzi. Nogę ująć trzeba, panie rejencie.

– Co?...

– Chryste... – szepnął Myciński.

– Jak dawno to... ta choroba się zdarzyła?

– Dzień... nie, dwa dni temu.

– Jeden kłopot, że on tego może nie wytrzymać, dużo krwi już poszło. Ale co ja mogę? – Wzruszył ramionami i powiódł wzrokiem po wystraszonych, pobladłych twarzach.

– Nie – powiedział nagle, zupełnie przytomnie Ukleja.

– Co: nie?

– Nie.

Zapadła cisza. Horn chwilę stał bez ruchu, potem zaczął pakować narzędzia z powrotem do kuferka. Hieronim schwycił go za przegub.

– Wyjmij pan kulę i idź do diabła – rzekł z rezygnacją.

Horn wzruszył ramionami.

– Pan rejent da mu wódki. Ile zdoła wypić. A pan, panie młody, pilnuj, żeby nie wrzeszczał. Gębę zatkaj, jakby co. – Znów był panem sytuacji. Spokojny, prawie wesoły, zrzucił surdut, zawinął rękawy koszuli i wziął się do roboty.

Kula tkwiła o trzy cale od kolana czerwono-fioletowego i napuchniętego do nieludzkich rozmiarów. Kto wie, może sam Wszechmocny ma jakie plany co do tego młodzieńca? Ukleja nie wrzeszczał. Zgrzytał tylko zębami tak głośno, aż Hieronim bał się, że je sobie wyłamie. Twardy jest, to dobrze. Po skończonym zabiegu Horn odciągnął Hieronima w kąt izby.

– Żeby tylko pan rejent nie myślał, że on przeżyje. Chyba cudem... – szepnął. – Jeszcze nie cuchnie, ale gorączka już jest... Ja uprzedzam.

– Dobrze, panie Horn. O cud będziemy prosić Matkę Boską, nie pana – odszepnął Hieronim, wciskając mu w lepkie od krwi palce kilka złotych monet.

– Już my z Matką Boską niedobrana para – zachichotał Horn.

*

Hieronim zabrał Mycińskiego do siebie, nakarmił, przebrał, przepytał o plany.

– Mam w Krakowie przyjaciół... właściwie znajomych. Tam pójdę.

Rejent żył na tym świecie nieco dłużej niż Myciński i nie miał zwyczaju pokładać ufności w przyjaźni, tym bardziej w znajomości. Namówił Mycińskiego do przyjęcia niewielkiej pożyczki – ot, tyle, żeby starczyło na kilkodniowy pobyt w Krakowie i pocztę do Prus, jeśli okaże się, że znajomi nie mogą mu pomóc.

– Oddasz pan, kiedy będziesz mógł, nie musisz pan się pieszyć.

Sam powrócił do Tarnowa i stanął w hotelu Krakowskim. Bywał tu często, gdy miał do załatwienia sprawy w sądzie lub starostwie, znano go. Wieczorem odwiedził Ukleję, który czuł się z godziny na godzinę lepiej. Może nie umrze? – myślał Hieronim z nadzieją, wciągając głęboko powietrze nachylony nad wyrkiem. Nie mógł jednak dojść, czy to już cuchnie chorąży, czy tylko abramkowe piernaty. Horn, który pojawił się następnego poranka, nie chciał nic mówić.

– Uj, panie rejencie. Tfu, żeby nie zapeszyć.

Pochrząkał, pospluwał, założył świeży opatrunek i poszedł. W Hieronima wstąpiła nadzieja.

Tej samej nocy do jego pokoju w hotelu zapukał posługacz i wręczył mu karteczkę. Był to list od dobrej znajomej Hieronima, pani Latto.

Dzielna ta niewiasta w przeszłości prowadziła elegancką pensję dla panienek w Warszawie, jednakże opadnięta przez wierzycieli, nie widząc ratunku z matni finansowej, po prostu dała drapaka. Kordon sforsowała, przebywając wpław Wisłę pod Sandomierzem, i o tym sportowym wyczynie lubiła opowiadać licznym wielbicielom i znajomym. Podnosiła wówczas do góry obie swe białe, pulchne ręce i mówiła:

– Tylem miała, kiedy wyszłam po tej stronie na brzeg.

Hieronim nie bardzo w to wierzył, raczej był przekonany, że uniosła co nieco sprzed łechczywych szponów wierzycieli – inaczej nie mogłaby tak prędko stanąć „po tej stronie” na nogi. Nie podawał jednak nigdy w wątpliwość jej słów. Przecież każda ludzka istota potrzebuje odrobiny uznania i podziwu, a te Hieronim żywił dla pani Latto niezależnie od prawdziwości jej słów. Pani Latto miała doświadczenie w prowadzeniu wzorowego zakładu dla panien, nic dziwnego, że i tu założyła go wprędce, natknąwszy się w swej wędrówce na austriacki garnizon. W tym kraju, który niejednego papieża mógłby pouczyć o moralności, nie mogła założyć burdelu. Wydzierżawiła więc spory barak na przedmieściu i urządziła w nim piękny zakład kąpielowy, który wprędce zyskał zasłużoną renomę.

Pani Latto prowadziła rozległe interesa, kupowała i sprzedawała grunta, pośredniczyła w transakcjach, udzielała pożyczek. Zachowywała jednakże rozsądny umiar, naliczając procenta, dlatego też była osobą powszechnie szanowaną. Nie miała wprawdzie dostępu do elit towarzyskich miasta, ale widać nie ceniła ich na tyle wysoko, by się tym przejmować.

Liścik pani Latto do Hieronima brzmiał:

„Szanowny Panie Rejencie,

kazałam zabrać pański bagaż od Abramka. Przybądź Pan niezwłocznie do mnie. Amelia Latto”.

Hieronimowi zrobiło się gorąco, potem zimno. Poszedł natychmiast.

– Jeden rotmistrz wygadał mojej Toleczce, że dziś w noc szykują pogonkę na Abramka... ktoś doniósł. To za małe miasto, panie rejencie, za małe... – szeptała z troską. – Trzeba radzić, co z nim robić.

– Umyśliłem zabrać go do siebie, jak tylko na nogi stanie. Ale czekać długo wypadnie...

– Póki co tu bezpiecznie, to ostatnie miejsce, gdzie by go szukali. Może jutro wieczór uda mi się dowiedzieć, czy aby wiedzą, kogo szukają.

– Jeśli Abramek wygada, to przepadłem – szepnął Hieronim zmieszany. – Jego nie zna, ale mnie zna i Horna... i Horn przepadnie! – Umilkł na chwilę, potem wziął się za głowę. – Przecież i na panią może wygadać, pani Amelio...

– Może nie wygada...

– Zabieram go.

– Daj pan spokój. Tego żaden nie przetrzyma, żeby nim jak piłką podrzucać. Ledwo żyw po transporcie. Czekaj pan, przepytajmy jeszcze Toleczkę.

Wyszła i po chwili wróciła z ładną, pulchną dziewczyną.

– Donos był, że Abramek w tylnej izbie kogoś ma. Mężczyznę.

– Nic więcej?

– Tyle mi rzekł.

– Przecie wypytywałaś?

– Pytam: kogo? Nie wiadomo, powiada, jutro ci powiem.

Pani Latto rzuciła okiem na duży stojący zegar – dochodziła północ.

– Chodźmy – rzekła stanowczo do Hieronima, sięgając po kapelusz i salopkę.

Dopiero w tylnej izbie u Abramka, kiedy pani Latto zaczęła się systematycznie rozbierać, Hieronim pojął, o co chodzi. I on rozebrał się do golasa i legł wraz z panią Latto w cuchnącym wyrku. Niech pozostanie ich tajemnicą, jak skracali sobie czas w oczekiwaniu na obławę.

*

Z rejenta śmiało się całe miasto.

Niech tam. Wielkie miasto: trzy tysiące Żydów, trzy tysiące gojów. Sam się z tego śmiał. Najważniejsze, że chorąży Ukleja ocalał. Póki co.

Jakkolwiek bezpośrednio po upadku powstania i przejściu pokonanych armii z Królestwa do Galicji nikt nie wstydził się i nie ukrywał swej powstańczej przeszłości, ba – powstańcy chodzili w glorii, to teraz sytuacja była zupełnie inna. Powszechnie sądzono, że kanclerz Metternich poszedł na żołd Moskwy, trudno zresztą było o inny sąd w świetle poczynań austriackiej policji i administracji. Obławy, pogonki i nocne rewizje w domach prywatnych stanęły na porządku dnia. Hieronim zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie zagraża jego młodziutkiemu krewniakowi, a będąc człowiekiem rozsądnym, podjął kroki zaradcze. Przede wszystkim udał się do głuchowskiego wikarego, młodego, patriotycznie nastawionego księdza Kraski, i poprosił go o radę. Ksiądz nie wahał się – osobiście sfałszował metrykę dla Uklei. Z przyczyn technicznych musiał odmłodzić i tak młodego Piotrusia jeszcze o rok – po prostu w roku czternastym nie było już miejsca w księdze parafialnej. Młodzieniec pochodził teraz z Tarnowa, ochrzczony został w parafii Głuchów. Hieronim miał nadzieję, że histeria austriacka z czasem przycichnie i wówczas powoli będzie mógł ujawnić Ukleję jako swego krewniaka, powiedzmy, ze Lwowa. Ułożył mu krótką, przekonywającą biografię, wręczył fałszywą metrykę. Co jeszcze mógł zrobić? Modlić się. No więc modlił się.

Dość długo dochodzili wspólnie stopnia łączącego ich pokrewieństwa. W końcu stwierdzili, że są z tego samego pokolenia – zatem są kuzynami i powinni mówić sobie po imieniu. Hieronimowi nie sprawiało to trudności, ale chorąży wolał tytułować starszego krewniaka kuzynem. Ukleja pochodził z Warszawy, był sierotą. Podobnie jak Hieronim utracił jedynego brata, z tym że Adam Śmiłowicz poległ w Morei, a Józef Ukleja zmarł w dzieciństwie z gorączki. Piotruś przeszedł kampanię trzydziestego pierwszego roku pod komendą awanturniczego jenerała Ramorino. Kiedy jego korpus przeszedł do Galicji, Ukleja emigrował. Nie podobało mu się jednak na emigracji – wrócił na pierwsze wezwanie wysłanników Zaliwskiego, by podjąć przerwane dzieło rewolucyjne. Co było dalej, wiadomo.

Piotruś był typowym żołnierzem, twardzielem i optymistą. Godzinami kusztykał nieustępliwie wokół płoszowskiego salonu, za radą Horna moczył okaleczoną nogę w cebrzyku z ciepłą wodą. Ale noga pozostawała sztywna. Różnicę światopoglądową pomiędzy kuzynami najlepiej ilustrował właśnie stosunek do owej nogi: Hieronim zamartwiał się, że Piotruś ma sztywną nogę, Piotruś cieszył się, że ją ma.

Dom rejenta pojaśniał. Trzyletnia córeczka Hieronima, Teodora, nie odstępowała nowego stryjka ani na krok. On zaś wcale nie okazywał niecierpliwości, przeciwnie: godzinami opowiadał jej niestworzone historie, w których świat bajek mieszał się z jego wojennymi przygodami, huśtał ją na kolanie zdrowej nogi:

Jedzie sobie pan, pan,

Na koniku sam, sam,

A za panem Żyd, Żyd,

Na osiołku hyc, hyc,

A za Żydem Żydóweczki

Pogubiły patyneczki.

Patataj!

Po tym „patataj” nieodmiennie następował radosny śmiech dziecka i stanowcze żądanie:

– Jesce!

Na surowe uwagi Hieronima, że nie wolno stryjka męczyć, ma przecież chorą nogę, Ukleja śmiał się.

– E, tam. Taka pchła. – I zaczynał od nowa.

Po kilku tygodniach pobytu Uklei w Płoszowie Hieronim już nie wyobrażał sobie swojego domu bez niego. Musi go zatrzymać... Zachowywał obecność Uklei w tajemnicy, nie pokazywał go sąsiadom, w dnie, kiedy odbierał czynsze, zamykał go w jego pokoju, a Wercię z Teodorą wysyłał do kościoła z surowym przykazaniem, by wróciły dopiero na obiad. Dzierżawców przyjmował teraz w oficynie. Żydzi szczęśliwie na ogół omijali jego dom: pieniędzy nie brał u nich nigdy, gorzelnię dzierżawił, żadnego gospodarstwa nie prowadził. Wiedzieli, że u rejenta interesu nie ma.

Ale Hieronim wiedział, że na dłuższą metę utrzymanie tajemnicy nie będzie możliwe.

*

Kancelarią notarialną w Głuchowie opiekował się młodziutki Aronek. Sypiał w parterze kamienicy, do dnia rozpalał w piecu, zamiatał, biegał na posyłki, czyścił do połysku mosiężną tabliczkę na bramie. Był jednym z bliżej nieokreślonej liczby bachorów krawca Josla, jednego z bliżej nieokreślonej liczby krawców w mieście. Aronek był dumny ze swojej posady i nic w tym dziwnego: chodził w butach i co miesiąc pobierał złotego pensji. Hieronim często dawał mu po parę krajcarów na bajgełe, lubił pogadać od czasu do czasu z bystrym, obrotnym chłopakiem. Niepomiernie zdziwił się, gdy któregoś ranka zastał w swej kancelarii Aronka czyszczącego piecowe ruszta – był to środek lata.

– Po co czyścisz piec, Aronku? – spytał.

Aronek wsunął ruszta do pieca, zamknął starannie drzwiczki i odwrócił się do Hieronima.

– Tate mi kazał. Właśnie po to, żeby się pan rejent zapytał – odrzekł odważnie.

– Aha – roześmiał się Hieronim – więc tata ma do mnie interes. Czemu sam nie przyjdzie?

Aronek zamachał gwałtownie rękoma.

– Nie, nie! Nie przyjdzie. Un tylko był na jarmarku we Mszanie i słyszał, jak się chłopy na pana rejenta namawiali. Że pan rejent gościa ma i co to za jeden. Bo pan starosta na obcych zajadły, swoje ludzie na jarmark posyła i kusi pieniądzem.

Boże miłosierny...

Postawił teczkę na biuro, wyjął z niej plik papierów i przerzucał bezmyślnie. Aronek cofnął się do drzwi.

– Zaczekaj. Listy odniesiesz.

Napisał pośpiesznie do dwóch klientów, z którymi był tego dnia umówiony.

– Zaniesiesz do pana Przełęckiego, do Stogów, i do pana Hebensztranca, tu, w Głuchowie. Potem tu wrócisz... muszę wyjechać na kilka dni. Będziesz mówił, że pan rejent przeprasza, ale musiał wyjechać. – Spojrzał Aronkowi w oczy, a ten skinął poważnie głową. – Ojcu powiedz, żem wdzięczny... że wdzięczność zachowam. Zrozumiałeś? Powtórz.

Aronek powtórzył bez błędu.

Śledząc z okna drobną, obszarpaną sylwetkę przecinającą biegiem rynek, Hieronim pomyślał, że dobry Pan Bóg czasem dziwną postać każe przybierać swoim wysłannikom.

Jeszcze tego wieczora dotarli z Ukleją do Strzyżowa, gdzie zatrzymali się na nocleg u rodziny dzierżawcy Hieronima, Piskacza. Hieronim wolał nie stawać w zajazdach ani nie korzystać z poczty. Na wszelki wypadek. Droga do Lwowa zabrała im następne cztery dni. We Lwowie zamieszkiwała liczna rodzina zmarłej żony rejenta Eleonory, tam też Hieronim miał zamiar szukać pomocy dla Uklei. Swojego teścia sędziego Boreckiego nie lubił, a właściwie należy powiedzieć: nie znosił. Ilekroć wypadło mu się z nim spotkać, nie potrafił myśleć o niczym innym, jak o niewypłaconym do dziś posagu Eleonory – sędzia w ogóle o tym posagu nie wspominał, jakby nie zobowiązał się był do jego wypłacenia, a Hieronimowi brakowało rozpędu, by się o posag upomnieć. Skutek był taki, że Hieronim nie słyszał nawet, co sędzia do niego mówi, gdyż jego umysł zatapiała cicha furia. Ale nie zamierzał teraz zwracać się do sędziego, miał go nie tylko za oszusta, ale też za tchórza i lojalistę. Poprosił o pomoc swego szwagra Stefana Boreckiego, a ten na szczęście nie odmówił. Dopomógł znaleźć kwaterę dla Uklei i wyrobił mu posadę gońca w drukarni na Janowie, gdzie drukowała się gazeta, w której Borecki pracował. Nie była to odpowiednia posada dla kogoś, komu nawet chodzenie sprawiało trudność, ale Ukleja nie narzekał – zacisnął zęby i biegał. Hieronim wymógł na szwagrze przyrzeczenie, że będzie szukał właściwszej posady, po czym pożegnał się z Piotrusiem – na jak długo? – i zawrócił do Gródka, gdzie zostawił starego Tomę i płoszowski kocz. Było mu ciężko, jakby przeczuwał, że nieprędko się znów zobaczą.

*

Wszyscy w domu rejenta tęsknili za Ukleją, najmocniej i najbardziej boleśnie mała Teodora. Chyba dlatego, że nagłe zniknięcie stryjka było dla niej niezrozumiałe i nie było możliwe wytłumaczenie dziecku, dlaczego musiało się tak stać. Hieronim z wolna powracał do dawnego trybu życia, choć wieczorami ciążyła mu samotność. Jeszcze we Lwowie nabył kilka sztuk pięknego linckiego sukna i natychmiast po powrocie obstalował u krawca Josla surdut, płaszcz i kilka par spodni. Nie przeszkadzało mu, że starannie uszyta i wykończona garderoba ma raczej głuchowski niż wiedeński sznyt, nie dbał o to i nie zamierzał zawracać sobie tym głowy.

Niebawem przyszedł list od Uklei – on także tęsknił. Szczególnie gorąco prosił o ucałowanie rączek Teodorze... Właściwie Hieronim mógłby zabrać Teodorę i spędzić z nią Boże Narodzenie we Lwowie. Stefek Borecki ma kilkoro dzieci, można je teraz zaprosić do Płoszowa, a później odwieźć do Lwowa... Tak, to dobry pomysł. Jego córka potrzebuje przecież jakiegoś towarzystwa, kontaktu z rówieśnikami. Zabrał się pisać do Boreckiego, ale zanim skończył list, przyszła ze Lwowa depesza. W tym czasie przyjście depeszy było na głuchowskiej poczcie nie lada wydarzeniem – sam naczelnik pofatygował się przez całą szerokość rynku, by doręczyć ją Hieronimowi w jego kancelarii. Tekst depeszy był krótki i miał dramatyczną wymowę: „Przyjeżdżaj natychmiast w sprawie Piotra stop Borecki”.

Pełen najgorszych przeczuć Hieronim wyruszył jeszcze tego samego dnia.

*

Borecki był roztrzęsiony ze strachu o własną skórę.

– Nie wiem, co się stało, nie wiem... najpewniej jaki donos... – powtarzał nerwowo, biegając po swym saloniku. – Zabrali go nocą, jak zbrodniarza. Była rewizja. Pisałeś co do niego?

– Nie, nie zdążyłem. Właśnie miałem zamiar pisać, kiedy przyszła twoja depesza.

– Bogu dzięki. Myślisz, że powie w śledztwie o mnie?

– O tobie? A cóż mógłby o tobie powiedzieć?

– Żem mu posadę wyrobił.

– Jeśli nawet, to co?

– Nie rozumiem, jak mogłeś mnie w to wciągać... przecież ja mam pracę, dzieci...

– Uspokójże się, Stefku. Zachowujesz się jak baba.

– Ty nie masz pojęcia, co tu się dzieje! Wszędzie węszą spisek, wszędzie roi się od szpiegów, aresztowania na porządku dziennym. Myślisz, że on spiskował?

– Daj spokój. Przecież miesiąca nawet tu nie był.

– Ty nie masz pojęcia... nie musisz wcale zbrodni popełnić, wystarczy cień podejrzenia, fałszywy donos. Po com ja się w to pchał?

Hieronim patrzył na szwagra z pogardą. Rozumiał jego strach. Sam także się bał, ale nie rozumiał, jak można aż tak nie panować nad sobą. Na pewno nie znajdzie tu ani rady, ani pomocy. Wstał.

– Pójdę do twego ojca – rzekł.

Borecki aż się zatchnął.

– Wybij to sobie z głowy! Tyle wskórasz, że na ciebie doniesie! Znam go lepiej niż ty, możesz mi wierzyć.

– Tu akurat ci wierzę... Co mam robić?

– Najlepiej nic. I... wybacz, ale tym razem nie mogę udzielić ci gościny. Znajdź sobie kwaterę albo weź hotel – mówiąc to, nie patrzył na Hieronima, oglądał swoje paznokcie.

Hieronim wziął swój kuferek i ruszył do wyjścia. Nie podał Boreckiemu ręki na pożegnanie, zamiast tego powiedział sucho:

– Niepotrzebnie to mówisz. I tak bym to zrobił.

Na ulicy pomyślał, że musi zobaczyć się z Ukleją. Jak? Trzeba starać się o widzenie. Żmudną, oficjalną drogą, bez pomocy, protekcji, bo tych nie ma i nie uzyska.

*

Ukleja tymczasem siedział u karmelitów. Wzorem swego dowódcy przyznał się do wszystkiego, przekonany, podobnie jak Zaliwski, że zbrodnia przeciw Moskwie nie może być poczytaną za zbrodnię przeciw Austrii. Było to rozumowanie logiczne i słuszne – tyle że logika i słuszność nie były w tym wypadku na rzeczy. Żądza wykrycia spisku przeciw cesarstwu Wschodniej Rzeszy w sposób obsesyjny opanowała zarówno Sachera, dyrektora lwowskiej policji, jak i prezesa sądu karnego Pressena. Wszelkimi sposobami usiłowali przerobić nieszczęsnych partyzantów na spiskowców. Nie tylko nie wypuszczono Uklei, czego się naiwnie spodziewał, ale coraz mocniej i okrutniej nękano przesłuchaniami, głodem, zimnem... Próbowano łudzić obietnicą wolności, jeśli się przyzna. Do czego? Do udziału w spisku. Jakim? Podsuwano mu statuty i roty tak idiotyczne, że był pewny, iż z niego kpią. Gdyby miał więcej wyobraźni, może złudzony obietnicą wolności, przyznałby się do czegoś, czego nie było... ale nie.

Gdy go aresztowano, poprzysiągł sobie, że nigdy nie wyda Hieronima, i rzeczywiście nie wydał. Modlił się cały czas, żeby na jego kwaterze nie znaleziono fałszywej metryki. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie ją ukrył. Ta metryka mogłaby doprowadzić psy Sachera do Głuchowa, Płoszowa i Hieronima. Jednak w miarę upływu czasu stało się dla niego jasne, że policja jej nie ma. Prędzej czy później zaczęto by go przecież o to wypytywać. (W istocie metryka znajdowała się w szufladzie nocnej szafki w pokoju Uklei w Płoszowie, gdzie przeleżała spokojnie cztery lata, zanim ją odkryto).

Uspokoiwszy się w tym względzie, Ukleja cierpiał niewygody, zimno, brud i wszy ku chwale ojczyzny. Po kilku miesiącach stracił nadzieję opuszczenia kryminału – chyba że w moskiewskie szpony albo do twierdzy. Niech będzie. Siedział przeważnie sam, czasem dosadzano kogoś do jego celi, ale nie był to nigdy żaden z jego dawnych towarzyszy. Gadał z nimi dużo, ale słusznie podejrzewając, że mogą to być szpiedzy, zachował te same zasady co w śledztwie: ani słowa o Hieronimie. Z biegiem czasu nauczył się sporo o więziennym życiu, o tym zdumiewającym kodeksie kryminału, obserwowanym ściślej niż prawa niejednego mocarstwa. Regułą było, że prócz więziennej straży trzymali tu warty prości żołnierze ze stacjonujących we Lwowie galicyjskich pułków. Oni zdawali się nie zauważać, że okna mimo zakazu są otwierane, że uwięzieni stukają między celami albo gadają ze sobą przez okna. I tak pewnego dnia, gdy wartę trzymali żołnierze, Ukleja usłyszał lekkie skrobanie od korytarza i spod drzwi jego celi wychynęła powoli złożona we czworo karteczka. Schwycił ją i podszedł pod wąskie zakratowane okienko, gdzie światła było akurat tyle, by mógł karteczkę przeczytać.

„Zacząłem starania o widzenie ciebie, Piotrusiu. Na razie widoków na uwolnienie nie ma, ale nie trać nadziei. Prześlij wiadomość o Twoim zdrowiu przez tegoż wartownika, który Tobie moją kartkę doręczy. Hieronim”.

Ukleja wrócił śpiesznie pod drzwi celi i lekko zastukał. Uchyliły się natychmiast i wąsaty żołnierz wsunął głowę.

– Masz pan jaki ołówek? – zapytał gorączkowo Ukleja.

Żołnierz potrząsnął głową.

– Magiar – szepnął.

– Ach... – Ukleja zrobił gest, jakby pisał.

Żołnierz pogrzebał w kieszeni spodni i podał Uklei ogryzek ołówka.

– Papier?

Ukleja potrząsnął głową. Na odwrocie kartki Hieronima napisał pośpiesznie:

„Bóg ci zapłać. Nie wymieniłem Ciebie w śledztwie, nikt nie wie o Tobie. Zaniechaj starań, bo mnie zaszkodzisz, a na siebie ściągniesz policję. Jestem zdrów i dobrej myśli. Ucałuj T. Niech Wam Bóg błogosławi”.

*

Zgodnie z życzeniem Uklei Hieronim siedział cicho. Było to wyjście najłatwiejsze, ale przecież usiedzieć nie mógł. Co parę miesięcy jeździł do Lwowa, by zapoznać się z postępem śledztwa, a właściwie z notorycznym brakiem postępu. Na swoją prośbę o widzenie Uklei nie otrzymał odpowiedzi – niepoparta łapówką ani protekcją musiała utknąć pod suknem jakiegoś urzędniczego biurka. Kilkakrotnie udało mu się natomiast korespondować z Ukleją za pośrednictwem węgierskich piechociarzy i za każdym razem otrzymywał krzepiące wiadomości: Piotruś jest zdrów i dobrej myśli. To, że był zdrów, zakrawało na cud – jedynym wytłumaczeniem mogłaby tu być żelazna siła organizmu zahartowanego trudami kampanii trzydziestego pierwszego roku, to zaś, że był dobrej myśli... mogło być nieprawdą. Tyle że zwykle załamanie psychiczne ciągnie za sobą załamanie fizyczne, poddanie się chorobie. Trzeba wierzyć w siłę charakteru młodzieńca, w tę szczególną szlachecko-zawadiacką odporność, którą miałkie umysły posiadają w stopniu ograniczonym. Stefan Borecki po paru miesiącach bezsenności uspokoił się i napisał do Hieronima z przeprosinami, odnowił też zaproszenie do zatrzymywania się w jego domu. Hieronim odpisał mu grzecznie, że nie chowa do niego urazy, jednakże z jego gościny nigdy już nie korzystał.

Kiedy w końcu zapadły surowe wyroki, Hieronim nie poddał się panice. W grypsie do Uklei napisał: „Te wyroki trafią naprzód do lwowskiego sądu apelacyjnego, a potem do sądu najwyższego w Wiedniu i trzeba liczyć, że Wiedeń je złagodzi”. Bo przecież patrząc z perspektywy dworu cesarskiego, spisków wykryto zbyt wiele, zbyt niewielu członków miały te sprzysiężenia, by brać je poważnie, zbyt dużo było w tym fantazji i kłamstw, zarówno śledczych, jak i podsądnych, by Wiedeń mógł czuć się zagrożony. Raczej rozśmieszony. A na pewno zniecierpliwiony ponad trzyletnim śledztwem, którego rezultat był tak marny. Nie zaskoczyły też Hieronima ogłoszone w lojalistycznej prasie pochwały, nagrody i awanse dla prowadzących śledztwo urzędników – i to mieściło się w logice oświeconego absolutyzmu. W końcu w październiku trzydziestego szóstego roku nadszedł ze stolicy werdykt: chorąży Ukleja, wychodźca, został wraz z innymi wychodźcami odesłany pod eskortą do Triestu, skąd udał się na emigrację do Anglii.

Hieronim wiedział, że to wyjście najlepsze z możliwych. Najgorszym byłoby wydanie Moskalom, bardzo złym – twierdza. Pocieszał się, jak mógł, mimo to perspektywa, że nie ujrzy więcej Piotrusia, była przygnębiająca. Chyba za bardzo się do niego przywiązał w czasie, gdy gościł go w Płoszowie... W istocie było to coś więcej niż przywiązanie – chłopiec wypełnił w jego sercu bez reszty to puste miejsce, które każdy mężczyzna chowa dla syna.

*

„Mowa straszna – pisał Piotruś zrozpaczony. – Jeszczem takiego gęgania, jak żyję, nie słyszał. Nie mam nadziei, że kiedykolwiek je pojmę. Niemieckiej ni francuskiej mowy nie znają. Nazwania Polska nie rozumieją, nie wiedzą, czyli to w Afryce, czy w Arabii, i wszystko im jedno. Ta mokra wyspa zdaje im się świata ośrodkiem. Nie masz chyba w Europie kraju, gdzie by cudzoziemiec w większej był pogardzie u prostaków już z tego tylko, że za morzem rodzony, jest im nieporównanie gorszym od nich samych. Czytać i pisać przecie się nauczyłem, a tu za ciemną masę, za tabakę w rogu jestem, żadnego zajęcia oprócz dźwigania cudzych tobołków albo śmierdzących ryb. Jedna mię tylko nadzieja trzyma w karbach – że Mikołaj w końcu amnestią ogłosi i tu mam prośbę do Kuzyna, by gdy to się stanie, niezwłocznie mię uwiadomił. Tu jeśliby nawet w gazetach o tym pisali, w co wątpię, to ja nie pojmę...”

Hieronim nie miał nadziei na amnestię. Z natury był sceptykiem, z wykształcenia prawnikiem, z przekonania legalistą. Postanowił dokonać próby legalnego sprowadzenia Uklei z emigracji. W końcu cesarz po to jest cesarzem, by móc okazać łaskę swoim poddanym, gdy przyjdzie mu na to ochota.

To jedna z nielicznych zalet systemu absolutyzmu. Jeśli jest choćby mała szansa, to trzeba spróbować ją wykorzystać. Zajął się układaniem prośby do cesarza. Zdawał sobie sprawę, że sam cesarz czytać jej nie będzie, a jedynie podpisze decyzję urzędników, pisał zatem zwięźle, logicznie, gładko – do łaski „dobrotliwego ojca ludów” odwołał się tylko dwukrotnie: w inwokacji i epilogu swej epistoły. W Wiedniu zamierzał odszukać swego dawnego kolegę z wydziału prawa, o którym wiedział, że zrobił karierę – Dobrowolskiego. Jeśli Dobrowolski nie będzie w stanie mu pomóc, ułatwi przynajmniej dotarcie do właściwych urzędników.

Felicjan Dobrowolski przyjął dawnego kolegę z otwartymi ramionami. Nie chciał nawet słyszeć, by Hieronim zamieszkał w hotelu. Hieronim nie bronił się zbytnio – zawsze to spora oszczędność na mieszkaniu i wikcie. Dobrowolski był adwokatem, jednak Hieronim zorientował się wprędce, że nie ma on wielu spraw w sądzie, raczej zajmuje się pisaniem dla prasy recenzyj z teatralnych przedstawień, które to zajęcie wymaga częstej bytności w teatrze, utrzymywania stosunków z aktorami, śpiewakami i żurnalistami. Dobrowolski mógł pozwolić sobie na ten beztroski tryb życia, gdyż ożenił się bogato.

– Nie mogłeś lepiej trafić niż do mnie – rzekł serdecznie, gdy Hieronim wyłuszczył mu swój interes. – Ja tu wszystkich znam i mogę ci ułatwić dotarcie do wszystkich, nawet do samego cesarza.

Rozmowa odbywała się nazajutrz po przybyciu Hieronima do Wiednia przy zastawionym do śniadania stole. Obecna była pani Dobrowolska, która, jak uprzedził Hieronima gospodarz, po polsku nie umie. Coś jednak umiała, gdyż na tę aklamację małżonka odezwała się znienacka:

– Tehe-fehe kuku – i mrugnęła znacząco do Hieronima.

Okazało się, że miała zupełną rację. Dobrowolski ciągał Hieronima po teatrach i kawiarniach, przedstawiał go niezliczonym osobom płci obojga. Każdy niby coś mógł, kogoś znał, obiecywał rozpytać się, pogadać z kim trzeba... Po paru dniach Hieronim złożył swoją prośbę w kancelarii Rady Stanu i poprosił o audiencję u dwóch wysokich cesarskich urzędników, o których wiedział, że z racji swego pochodzenia referują Radzie sprawy polskie: Ressiga i Stiebera. Ressiga w Wiedniu nie było, audiencję u Stiebera oznaczono mu za dziesięć dni. Za radą kancelisty Hieronim poprosił też o audiencję u hrabiego Taaffe, prezesa Sądu Najwyższego. Uprzedzono go, że obie audiencje będą krótkie, sprawę należy przedstawić po niemiecku i najzwięźlej, jak się da, ręki nie podaje się.

Hieronim był zadowolony, że to zrobił. Gościna u Dobrowolskich zaczęła mu bowiem ciążyć już po kilku dniach pobytu w ich domu. Zdawał sobie sprawę z niewątpliwej monotonii życia bezdzietnych małżonków, jego osoba była dla nich atrakcją, którą sobie nawzajem próbowali odebrać. I w tym pojedynku Dobrowolska zyskiwała przewagę. Była Żydówką, oczytaną, inteligentną i bardzo piękną, choć dobiegając pięćdziesiątki, nie mogła mieć już uroku świeżości. Przypominała Hieronimowi różę ściętą listopadowym przymrozkiem. Po raz pierwszy w życiu okoliczności zetknęły go z bliska z kobietą tego pokroju, o tyle odeń starszą, a mimo to pociągającą. Czuł z dnia na dzień silniejsze pomiędzy nią a sobą napięcie, narastające z obu stron pożądanie. Tylko taki zapatrzony w siebie pajac jak Dobrowolski, mógł tego nie dostrzegać... Trzeba uciekać, zanim stanie się to, czego nigdy by sobie nie wybaczył. Postanowił, że opuści dom Dobrowolskich natychmiast po audiencjach, jakikolwiek byłby ich rezultat.

Stieber wysłuchał go w milczeniu, z kamienną twarzą, bawiąc się bibularzem.

– Złożyłeś pan formalną prośbę? – spytał krótko, kiedy Hieronim skończył.

– Tak, ekscelencjo. Dziesięć dni temu.

– Jeszcze do mnie nie doszła.

– Oto kopia. – Wyjął z teczki swój elaborat, ale Stieber machnął niecierpliwie ręką.

– Dojdzie. A kiedy dojdzie, zostanie najstaranniej rozpatrzona.

Hieronim czekał, sądząc, że Stieber powie coś więcej, ale on milczał. Rejent zrozumiał, że posłuchanie skończone.

– Czy mogę mieć nadzieję na pańską przychylność wobec mojej prośby? – spytał niepewnie.

– Jestem tylko urzędnikiem. Może mi pan wierzyć, że każdą sprawę referuję najstaranniej, wedle ściśle określonych zasad. Ale może pan mieć nadzieję na łaskawość Najjaśniejszego Pana. Proszę mi wierzyć, jest on człowiekiem dobrotliwym i łaskawym. Tak, bezmiernie łaskawym.

No cóż, tyle Hieronim wiedział i bez Stiebera.

Wypadające następnego dnia posłuchanie u Taaffego wyglądało niemal identycznie, tyle że Taaffe był jeszcze bardziej milczący, powściągliwy i sztywny. Konkluzja jednak była ta sama: należy pokładać nadzieję w łaskawości cesarza.

Hieronim włóczył się parę godzin po mieście, zanim nadeszła pora, kiedy Dobrowolski bywał w domu. Chciał utrafić tak, by zdać relację koledze, podziękować mu i odjechać, pożegnawszy się z obojgiem. Nie było powodów, dla których miałby dłużej pozostawać w Wiedniu. Na znajomości Felicjana już nie liczył, to, czego sam mógł dokonać, już dokonał. Nie miał złudzeń co do odpowiedzi, jaką otrzyma na swoją prośbę – może miałby nadzieję, gdyby natrafił u któregoś z urzędników, z którymi rozmawiał, na jakiś ludzki odruch, okruszynę zainteresowania, współczucia, zwykłego ludzkiego zrozumienia. Ale nie natrafił. Tego popołudnia zdał Dobrowolskim przy obiedzie sprawę ze swoich poczynań. Nie umiał ukryć przygnębienia.

– Muszę już wracać, Felicjanie. I dom, i kancelaria nie mogą nazbyt długo być opuszczone. Z Głuchowa do notariatu w Tarnowie niedaleko...

– Ale żeś też się tak na prowincji zakopał... nie rozumiem. Zawsześ był pierwszy do wypitki i zabawy.

– No cóż, tak mi się złożyło. I wieś ma swoje zalety, których nie dostrzeżesz, póki sam nie zakosztujesz.

– A wierzę. Świeże powietrze. Brrr... chyba po tygodniu by mię udusiło.

Hieronim roześmiał się. Najwidoczniej Dobrowolski nie miał zamiaru nalegać na jego dłuższy pobyt w swym domu. I dobrze.

– Gdybyś miał jednak ochotę spróbować, mój dom zawsze dla ciebie otwarty. Dla ciebie i twoich bliskich. – Skłonił się Dobrowolskiej. – Wybacz, ale pożegnam się już dziś, chcę ranną pocztę do Brna jutro złapać.

– A to się żegnaj z Hanną. Ja ciebie jeszcze dziś do teatru zabieram, a potem żegnać się będziemy. Odeśpisz w drodze.

I to dobrze. Lepiej niżby miał cały wieczór przepędzić sam na sam z Dobrowolską.

Kiedy o drugiej nad ranem mocno podpity wszedł do swego pokoju, od razu zauważył na łóżku kopertę. Zdrętwiał. Pewnie naznaczyła mu schadzkę...

„Ani rozmowy ze Stieberem, ani z Taaffem, ani też znajomości Felicjana nie pomogły pańskiej sprawie, co bardzo mnie martwi – pisała Dobrowolska. – Idź pan jeszcze jutro w południe do niejakiego Gaucka, Ministerium Policji, i powołaj się na mnie. To mój znajomy, kazałam uprzedzić go o pańskiej wizycie. Nie jest on wysoko postawiony ani utytułowany, ale obrotny, i jeśli chce, wiele może. Felicjan niech już o tym nie wie...

*

Hieronim rzadko miewał do czynienia z urzędnikami policji, ale rozpoznawał nieźle ten gatunek wśród innych: niezachwiana pewność siebie, inkwizytorskie spojrzenie i jeszcze coś mało uchwytnego, coś, co sprawia, że od razu zaczynamy w myślach rachunek sumienia.

– Pani Dobrowolska – rzekł teraz Gauck, przeszywając Hieronima spojrzeniem. – Urocza kobieta.

– Tak. Nad wyraz uczynna.

– Dawno ją pan znasz?

Do licha... jeśli ona przedstawiła go jako towarzysza zabaw dziecięcych...

– Od mego przyjazdu do Wiednia – odrzekł wymijająco i nie dając Gauckowi czasu na zadanie następnego pytania, położył przed nim swój elaborat, zreferował krótko sprawę i dodał: – To mój jedyny żyjący krewny, prócz kilkuletniej córeczki. Przecie żadnej winy przeciw Najjaśniejszemu Panu mu nie udowodniono, bo jej nie było.

– Rozmawiałeś pan już ze Stieberem i z Taaffem, nieprawdaż?

– Tak jest, ekscelencjo.

– Proszę mnie tak nie tytułować. Cóż oni?

– Chyba nic. To jest... mam wrażenie, że gadałem do ściany... Kazali mieć ufność w łaskawości cesarza.

– Taaak... Dawno pan jesteś w Wiedniu?

Jednak...

– Kilka tygodni.

– Jesteś pan przyjacielem jej męża, tego... Felicjana?

– Nie roszczę sobie praw do jego przyjaźni. Znam go z czasów, gdyśmy razem odbywali studia.

– Ukończyłeś pan prawo?

– Tak jest.

– I zostałeś notariuszem... gdzieś tam. Na prowincji. Nie zrobiłeś pan kariery.

– Nie – odrzekł krótko Hieronim. Miał już dość przesłuchania. – Czy mogę mieć nadzieję, że poprze pan moją prośbę?

Gauck się uśmiechnął. Po raz pierwszy od początku rozmowy.

– Gdyby ktoś zasięgał mojej opinii, poparłbym ją. Ale proszę nie przeceniać mnie. Nie mam przystępu do cesarza, a ci, co mają, hm... oczekują silniejszych niż słowa argumentów.

– Aaach... tak. Proszę wybaczyć mi śmiałość, jestem nieobeznanym w stosunkach dworskich prowincjuszem... Gdyby był pan łaskaw oświecić mnie co do wysokości niezbędnych kosztów... byłbym wdzięczny.

Gauck podszedł do drzwi, odchylił kotarę i stwierdziwszy, że nikogo za nią nie ma, wrócił do Hieronima.

– Sądzę, że dysponując sumą... powiedzmy dziesięciu tysięcy, mógłbym zdobyć pewne poparcie u Sedlnitzkiego. A on – machnął ręką w górę – wyżej. Zwiększyłoby to szanse na przyjęcie pańskiej prośby.

– Dziesięciu tysięcy... czego? – wyjąkał Hieronim, czując zawrót głowy.

– Guldenów, oczywiście. Ale proszę mnie źle nie zrozumieć – mówię o zwiększeniu szansy, o niczym więcej.

Hieronim wyszedł złamany. Cesarscy urzędnicy, cesarskie łapówki. Jak by nie kombinował, nie będzie w stanie zdobyć takiej sumy. Musiałby się zapożyczyć. Żydowski procent dochodzi do dwudziestu pięciu... Zarżnąłby go. Żydzi zjedliby go razem z jego ziemią, do końca życia nie wyplątałby się z długów. Zbyt często oglądał to na własne oczy, by się łudzić. Gdyby się znalazł kupiec na któryś z jego folwarków... tyle że najbliższy termin dzierżawy upływa dopiero za trzy lata. Ziemia to jego jedyny majątek. Jedyny majątek jego dziecka. Nie ma prawa nim szastać. Bo na szastaniu mogłoby się skończyć – Gauck powiedział wyraźnie: tylko zwiększyć szanse.

Szedł jak lunatyk ruchliwą ulicą, nie zważając na kłębiący się wokół niego tłum, gdy raptem owiał go przyjemny zapach jedzenia i wtedy uświadomił sobie, że jest głodny. „Magiar Seged”... niech będzie. Wszedł do pustawej, dużej sali i zamówił obiad. Nie bardzo wiedział, co je, podświadomie odnotował tylko, że jest to coś bardzo piekącego.

Posag Eleonory. Zwykle, gdy bywał w kłopotach finansowych, a bywał często, myślał z tęsknotą o tym posagu. Sędzia obiecał mu dziesięć tysięcy. Czego? Wtedy nie określił waluty, teraz z pewnością uprze się, że polskich. Nawet gdyby wypłacił, to byłoby to niecałe trzy tysiące guldenów. Ale przecież nie wypłaci. Trzeba mimo to spróbować, zagrozić sądem. Tyle że nie ma kontraktu. Jakimże był głupcem, że w swoim czasie tego nie dopilnował! Miał wtedy ważniejsze sprawy na głowie... Ważniejsze? Czyż są na tym świecie sprawy ważniejsze niż pieniądze, skoro za pieniądze kupuje się i chleb, i wolność?

Hieronim czuł bezsilną nienawiść do austriackiej biurokracji i obezwładniające zniechęcenie. Co teraz? Może upić się. Albo wrócić do domu. Tak, trzeba wracać. Wyjął z kieszonki kamizelki zegarek. Jeżeli pośpieszy się, zdąży jeszcze na popołudniową pocztę. Zapłacił, wyszedł z restauracji i rozejrzał się za dorożką. Wiedeń w owym czasie słynął z szybkich dorożek, ale nawet najszybsza z nich nie jest w stanie unieść się w powietrze. Ta, którą jechał Hieronim, wlokła się w poczwórnym rzędzie pojazdów i chyba rozsądniej byłoby pójść na piechotę... W efekcie popołudniowa poczta odjechała bez niego, on sam zaś wściekły i zgrzany wrócił z powrotem na miasto, by poszukać noclegu. Nie miał zamiaru wydać ani guldena więcej, niż to absolutnie konieczne – najął więc pokój w najbardziej obskurnym hoteliku, jaki udało mu się znaleźć. W obawie, by nie przegapić rannej poczty, postanowił pójść wcześnie spać.

Niejednokrotnie później zastanawiał się, w jakim stopniu przypadek rządzi ludzkimi losami.

Ulica była głośna, ruchliwa, sam hotel zaś... no cóż. Ujrzawszy kwieciste tapety w swym pokoju, figlarne zazdrostki, zdobny amorkami urynał, Hieronim stwierdził, nie bez ponurej satysfakcji, że to miejsce specyficzne. Prawdopodobnie był jedynym gościem, który najął tu pokój na całą noc. Mniejsza o to. Trzeba spać. Niestety, zbliżała się już północ, a ruch w hotelu coraz się wzmagał. Pijane krzyki, tupot, przekleństwa... w dodatku „węgierski kociołek” palił nielitościwie. Powinien był wypić co najmniej butelkę czerwonego wina, żeby ugasić ten pożar w nienawykłym do węgierskich przysmaków żołądku. Przewracał się z boku na bok, próbował zasłaniać uszy poduszką – bez skutku. Jednakże prawdziwa tortura rozpoczęła się dopiero, gdy do sąsiedniego numeru, oddzielonego zapewne dyktą lub tekturą, wtoczyła się para przygodnych kochanków. Mężczyzny prawie nie było słychać, ale dziwka była głośna, rozchichotana, łóżko trzeszczało przeraźliwie w rytm miłosnych uniesień, a wszystko jakby wprost na głowie Hieronima. W bezsilnej złości cisnął poduszką na podłogę, wstał, ubrał się i właśnie sięgał po palto, gdy zza przepierzenia dobył się dziwny odgłos – jakby uderzenia i jęk. A potem przekleństwo. To były męskie głosy... Hieronim otworzył drzwi i wyjrzał na słabo oświetlony korytarz. W tym momencie drzwi sąsiedniego pokoju odskoczyły z trzaskiem i wybiegł z nich obszarpany opryszek z pięknym futrem pod pachą. Więc to tak...

Hieronim zastąpił mu drogę i schwycił w ramiona. Podniósł go w górę i postąpiwszy parę kroków, cisnął w otwarte drzwi numeru. Na podłodze nieszczęsny amator sprzedajnej miłości zupełnie goły próbował bronić się przed drugim opryszkiem, przygniatającym go kolanem. Dziwka stała na łóżku i piszczała histerycznie, przyciskając do piersi poduszkę. Hieronim jednym rzutem oka ogarnął rozgrywającą się w mroku scenę, po czym zatrzasnął nogą drzwi za sobą. Pochwycił napastnika garścią za ubranie na karku, podniósł go w górę i kopnął z rozmachem w tyłek. Obaj złodzieje skotłowali się na chwilę pomiędzy meblami, po czym rzucili do ucieczki. Hieronim nie ścigał ich, pochylił się nad pobitym.

– Jest pan ranny? – spytał, po czym odwrócił się do wciąż piszczącej dziewczyny. – Wynoś się!

Złapała swoje szmatki i uciekła. Pewnie była z nimi w zmowie – przemknęło Hieronimowi. Pomógł podnieść się mężczyźnie. Był on młody, niezbyt urodziwy, ze skłonnością do tycia. Na twarzy krew. Hieronim podał mu swoją chustkę.

– Pan krwawi – rzekł. – Wezwę lekarza.

– Nie, nie, nic mi nie jest, dziękuję. – Zawstydzony otarł twarz i sięgnął po gatki. – Dziękuję panu... zaskoczyli mnie. Dziękuję.

– Czy wezwać żandarmów?

– Nie! Na litość boską... błagam pana... to wszystko moja wina! Nic panu nie zrobili? Zdaje się, któryś miał nóż.

– Nie zauważyłem. Na pewno pan zdrów?

– Ależ tak, tak. Dziękuję.

– W takim razie dobranoc – rzekł Hieronim z westchnieniem na myśl o czekającej go nocy i ruszył do drzwi, ale młodzieniec, już niemal ubrany, podszedł do niego śpiesznie.

– Proszę zaczekać! Ocalił pan... co najmniej mój portfel i reputację, jeśli nie znacznie więcej. Nie mogę pana tak puścić. – Wyciągnął rękę. – Nazywam się Josef Essig...

– Hieronim Śmiłowicz.

– Polak?

– Tak. Z Galicji Zachodniej.

– Och, gdybym potrafił jakoś panu wyjaśnić, że... moja tu obecność, w takiej sytuacji – jąkał zawstydzony. – Okropnie mi wstyd, nie wiem, co powiedzieć.

Obejście nieznajomego ujęło Hieronima: pomyślał, że nie jest on pospolitym mieszczuchem szukającym niewybrednych uciech w sobotni wieczór. Nadzwyczaj poprawna niemczyzna i zawstydzenie młodzieńca świadczyły na jego korzyść.

– Gorąca krew. – Uśmiechnął się. – To zrozumiałe w pańskim wieku. Mogę pana poczęstować koniakiem, jeśli ma pan ochotę pokrzepić się po tej przygodzie.

– O, bardzo chętnie.

Przeszli do sąsiedniego pokoju. Spakowany kuferek, który Hieronim przed wyjściem postawił na stole, znikł. Hieronim rozejrzał się bez większej nadziei po numerze i zaklął.

– Do stu tysięcy fur diabłów!... Ukradli mój kufer... Chyba jednak wezwę żandarma.

– Błagam pana... Niech pan tego nie robi... Miał pan tam pewnie jakie precjoza, dokumenty...

– Miałem tam butelkę koniaku, mój panie. Ot, co – odrzekł zły.

– Jestem panu winien kufer, butelkę koniaku i porządny nocleg. Proszę mi nie odmawiać! Bardzo proszę!

Hieronim parsknął niewesoło.

– Obawiam się, że w tej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na odmowę.

Josef Essig mieszkał po kawalersku, ale z fasonem. Jego apartament był obszerny, pięciopokojowy, drzwi otworzył lokaj.

– Przygotuj kąpiel dla pana rejenta, Alex. Pościel w gościnnym pokoju, tym od strony parku – rzekł i zwrócił się do Hieronima: – Tu czasem od ulicy bywają hałasy.

*

Rankiem, choć była to niedziela, Hieronim znalazł w swoim pokoju kufer. Było to prawdziwe cacko: składany, leciutki, obity brunatnym safianem. Na podszewce pysznił się wyhaftowany inicjał HS. Coś podobnego... pewnie baron haftował go całą noc... Fakt, że gospodarz rejenta jest baronem, ujawnił się zaraz po ich przybyciu, po prostu tak zwracał się do niego jego służący.

– Mam wielkie wyrzuty sumienia, że powstrzymałem pana wczoraj od wezwania policji – rzekł Essig, gdy Hieronim podziękował mu przy śniadaniu. – W pańskim na pewno było coś więcej niż butelka koniaku.

– Trochę papierzysk, ale bez wartości. – Hieronim opowiedział pokrótce Essigowi sprawę, z którą przybył do Wiednia. – Wczoraj spóźniłem się na pocztę, stąd moja obecność... wie pan gdzie.

Essig się uśmiechnął.

– Jak widzę, obaj czujemy potrzebę usprawiedliwienia swej obecności w tamtym miejscu. Tylko że pańskie wyjaśnienie jest o wiele bardziej rozsądne. Jak nazywa się pański krewny?

Przegadali cały dzień, aż do odjazdu Hieronima. Essig okazał się niezwykle bystrym i zrównoważonym młodzieńcem. Bardzo starannie przepytał Hieronima o jego zabiegi poczynione w urzędach i wszelkie okoliczności związane ze sprawą Uklei. Mimo to rejent nie pozwolił sobie na nadzieję, że jego nowy znajomy będzie mógł i chciał tu cokolwiek pomóc. Zastanawiał się cały czas, dlaczego tak rozumny i dobrze wychowany człowiek poszukuje sprzedajnej miłości. Z pewnością stać by go było na kochankę. Z każdego kąta jego mieszkania, od jego osoby i osoby jego służącego bił dyskretny, matowy luksus. Już później, w karetce, przyszło mu do głowy, że dziwne to upodobanie może wynikać z nieśmiałości. Bo odkrył dość łatwo, że Josef Essig baron von Bruhn jest chorobliwie nieśmiały.

W cztery miesiące później Hieronim został oficjalnie wezwany przed oblicze starosty cyrkułu. Z łaski najjaśniejszego cesarza, miłościwie panującego cesarza Ferdynanda von Habsburg und Lothar, króla Węgier, Lombardii, Wenecji, Czech et caetera... – chorąży Piotr Ukleja otrzymuje zezwolenie na osiedlenie się w Cesarstwie... oczywiście pod warunkiem, że sprawować się będzie nienagannie... i tak dalej. Są takie rzadkie chwile, kiedy rozpiera nas nieopanowana radość i błędem byłoby pytać nas wtedy o sens życia. Bylibyśmy w takiej chwili gotowi uściskać każdego, nawet niemieckiego urzędnika. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, rejent był człowiekiem statecznym i opanowanym. Po prostu zagwizdał.

Nie miał żadnych wątpliwości, że to baron von Bruhn wydeptał pozwolenie. Tego samego wieczora napisał do niego krótki, serdeczny list: sprawa, z którą porał się jesienią w Wiedniu, została rozpatrzona pomyślnie, chyba tylko dzięki interwencji niebios, za co on pozostanie dozgonnie owym niebiosom wdzięczny.


ROZDZIAŁ II

Głuchów, liczący blisko dwa tysiące dusz i położony malowniczo na dwu brzegach Białej, z kilku ważnych powodów nie był zwykłym, zapyziałym galicyjskim miasteczkiem. Po pierwsze i najważniejsze był miastem – jego patent miejski liczył w owych czasach już czterysta dziewięćdziesiąt lat, nadany został przez Kazimierza Wielkiego. Po drugie oprócz kościoła parafialnego miał tu siedzibę piękny czternastowieczny klasztor, dawniej jezuicki, obecnie Sióstr Zgromadzenia Św. Ducha, gdzie raz do roku odbywały się odpusty uświetniane obecnością samego biskupa. Po trzecie mieściła się tu szkoła trywialna, w której młodzieńcy ubogich domów szlacheckich, małomieszczańskich, a także włościańskich mogli pobierać nauki, z tym że zainteresowanie włościan szkołą było żadne. Do sztuby trafiali niemal wyłącznie synowie dzierżawców, oficjalistów, karbowych, pisarzy dominialnych, rzemieślników. Przy głuchowskim rynku miał swą siedzibę urząd pocztowy ze stacją karetek, kantor poborcy podatkowego zwanego przez tubylców – nie wiedzieć czemu – adiunktem, elegancki zakład fryzjerski dla panów, apteka, a także kancelaria notarialna. Ponadto, co oczywiste, mnóstwo sklepów, sklepików i sklepiczków żydowskich oraz piękny handel Szulca, gdzie można było dostać wszystko. (Określenie „dostać” jest tu zupełnie na miejscu, gdyż żaden handel nie byłby w stanie utrzymać się wyłącznie z płacących gotówką klientów).

Terytorialnie Głuchów należał do dominium Kamienia, pozostającego od wieków w posiadaniu rodu Kózków. Był to ród senatorski, zasłużony w czasach Rzeczypospolitej, dawniej szeroko rozrodzony, obecnie podupadły. Po inkorporacji cesarzowa Maria Teresa nadała tytuł hrabiowski głowie rodu, co w połączeniu z ustanowionym jeszcze za Augusta III majoratem skomplikowało dodatkowo procedurę dziedziczenia. Burzliwa epoka wojen napoleońskich przetrzebiła ród i zubożyła. Obecny właściciel Kamienia był z tego rodu ostatnim. Twierdził on, nie bez słuszności, że w dzisiejszych czasach posiadanie dużego majątku ziemskiego jest raczej ciężarem niż źródłem przychodów. Niejednokrotnie w rozmowie z rejentem żalił się, że Kamień ma same wady, z których najbardziej dokuczliwą jest ta, iż go sprzedać nie można.

Wśród okolicznych majątków największy był Płoszów. Po oddzieleniu gruntów włościańskich liczył on dwa tysiące trzysta mórg uprawnych i osiemset mórg lasów. Rejent w swoim czasie zadbał, by grunty dworskie znalazły się w cale. Gdyby wielkość tego majątku przyłożyć do dóbr kresowych, a nawet wielkopolskich, zdałby się małym. Tu, w gęsto zaludnionej, biednej Galicji, liczył się do pierwszych w okolicy. Nic też dziwnego, że z wielu dworów i dworków spoglądano łakomie na rejenta, on jednak strzegł przebiegle swej wolności. Nie wiadomo, czy przyrzekł sobie dochować wierności zmarłej przedwcześnie żonie, czy też był zbyt leniwy, by komplikować sobie życie przez użeranie się z jejmością – panien na wydaniu unikał jak ognia. Gdy okoliczności zmusiły go do obcowania z jakąś przedstawicielką tego niebezpiecznego gatunku, traktował biedaczkę tak bardzo po ojcowsku, że aż budziło to śmiech, gdyż wcale nie był stary. Tak naprawdę kobiet nie unikał, wolał jednak starsze i, co tu dużo gadać, mądrzejsze. Jego dom, od lat pozbawiony kobiecej ręki i (wstyd powiedzieć) brudny, stanowił niecodzienną kombinację bałaganu i wojskowego porządku: palenie dozwolone było we wszystkich pokojach, książki, pisma i gazety zaścielały grubą warstwą meble i podłogi, a jednocześnie każda rzecz miała swe określone miejsce, pory posiłków zaś były ściśle przestrzegane. Gości rejent podejmował z rzadka i to po lojalnym uprzedzeniu, że specjalnością domu jest „kiełbasa w plajsterki”. Poza tym Wercia gotowała kaszę. Czasem był to żwirek, czasem klajster, w zależności od proporcji „sypniętych” produktów. Co dzień przed obiadem anonsowała krótko rejentowi, czego jej się więcej sypnęło: kaszy czy wody. Raz do roku, około Wielkiejnocy, rejent wyprawiał Werci awanturę. Lżył ją od flejtuchów, podtykał pod nos dziurawą bieliznę, kopał rozrzucone części garderoby, wywlekał z kredensu niedomyte talerze. Wercia dotknięta do żywego myła okna i podłogi, ale każda próba położenia rzeczy „na miejsce” kończyła się fiaskiem. Zostaw to, Werciu. Niech Wercia tego nie rusza. Na co, u licha, Werci był potrzebny mój kałamarz? Może Wercia swoje książki przestawiać (biedaczka była niepiśmienna), a moje niech zostawi w spokoju. I tak dalej. Po paru dniach burza cichła w groźnych pomrukach Hieronima, który z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku powracał do swoich książek, gazet i kontraktów.

Chorąży Ukleja wpisał się w ten dom idealnie. On także nie miał zwyczaju wycierać butów i nie zważał za bardzo na to, co je. Jako dobry żołnierz umiał sam dbać o swoją bieliznę, nie cierpiał też, by ktokolwiek grzebał w jego rzeczach. Zgodnie z zaleceniem kuzyna wypoczywał, czytywał Teodorze bajki, pomagał Tomie naprawiać płot. Teodora uwielbiała swojego nowego stryjka, wchodziła mu dosłownie na głowę. Co wieczór, kiedy już Wercia ułożyła ją do snu, wymykała się z łóżeczka, żeby powiedzieć raz jeszcze stryjkowi i tatce dobranoc – wpadała do pokoju, dudniąc bosymi piętami po podłodze, bez czepeczka, w koszuli do ziemi, i wskakiwała im kolejno na kolana, po czym równie gwałtownie pędziła z powrotem.

– Stój! – wołał za nią gromko Ukleja.

Zawracała posłusznie.

– Pokaż nóżki.

Podnosiła je kolejno do góry roześmiana, zawstydzona.

– Brudne. Jakże, taka duża panienka z brudnymi nogami... No, dzisiaj ci jeszcze daruję. Ostatni raz. Odmarsz.

Wprędce stało się to rytuałem. Pewnego wieczora po wyjściu Teodory Ukleja zapytał ostrożnie Hieronima:

– Wybacz, Ruciu... ale... co ona ma na głowie?

– Ma coś na głowie? – zaniepokoił się Hieronim.

– No nie... właśnie nie ma... tego... włosów.

– Ach, to...

Przez kilka miesięcy po urodzeniu Teodora była łysa, tak że kiedy pojawiły się na jej głowie pierwsze nieśmiałe, prawie przeźroczyste włosy, Hieronim nakazał Werci je ścinać w przekonaniu, że włosy krótko ścinane same gęstnieją. Nie należy się temu dziwić, gdyż pogląd ten przetrwał do dziś. Wercia wypełniała sumiennie ten nakaz, tnąc wszystko, co mogły pochwycić jej tępe nożyczki. Hieronim jakoś nie zwrócił uwagi, że w ciągu lat włosy jego córki zdążyły zgęstnieć. Cięte bezlitośnie przez Wercię sterczały krótkimi kępami w różnych kierunkach, przypominając... no nie, rzeczywiście, to nie przypominało niczego, co Hieronim znał. Moda damska w tych czasach nie dozwalała, by kobieta pokazywała się publicznie z gołą głową – z rana zakładano więc Teodorze falbaniasty czepek, który aż do wieczora okrywał dyskrecją to zdewastowane miejsce.

– Wercia już nie będzie obcinać włosów Teodorze – zarządził nazajutrz rejent.

Wkrótce na ciemieniu Teodory pojawił się strzępiasty pędzel, który Wercia obwiązywała kokardą, a po pewnym czasie można już było zapleść gruby, parocalowy warkoczyk.

*

Hieronima dręczyła troska o przyszłość Uklei. Jako starszy krewny i opiekun czuł się zobowiązany zapewnić chłopcu samodzielny byt. Gdyby Piotruś chciał pójść jego śladem i ukończyć studia prawnicze, gotów był sfinansować jego naukę, a potem wziąć na praktykę do swej kancelarii. Ba – przekazać mu ją, kiedy sam odejdzie na emeryturę. Uklei jednak prawo nie pociągało wcale, podobnie inne nauki. Swego czasu chciał zostać żołnierzem, ale późniejsze wypadki i kalectwo położyły kres tym marzeniom. Na życzenie kuzyna szukał teraz w sobie innych upodobań, bez skutku. Nie był nieukiem czy głupcem. Czytał dużo i chętnie, najbardziej pociągały go wojny napoleońskie. Zachłannie czytywał też wszelkie pisma i rozprawy o kampanii trzydziestego pierwszego roku, jednakże Hieronim widząc, jak emocjonalnie traktuje tę lekturę, starał się ją dyskretnie usuwać. Nic nie pomoże żal za utraconym wojskiem, bronią, zwycięskimi bitwami, skoro ta ostatnia zakończyła się klęską.

– A może byśmy ciebie, Piotrusiu, ożenili?

Hieronim miał z młodych lat mocno zakonotowaną naukę swego ojca: pamiętaj, synu, ty się bogato ożeń. Sam wprawdzie nie mógł w swoim czasie z tej rady skorzystać – okoliczności zadecydowały inaczej. Ale Piotruś? Przecie ma takie powodzenie u dam!

Piotruś zmarkotniał. Bywając często z Hieronimem w interesach, zdołał namotać sobie parę niezobowiązujących stosunków, co mu w zupełności wystarczało do szczęścia. Podobał się wszystkim kobietom – od młodziutkich panienek po niewiasty dojrzałe i bardzo dojrzałe. Jego żołnierska przeszłość i kalectwo (nie chwalił się, że postrzelono go z tyłu, w ucieczce) przydawały mu w ich oczach nimb bohatera. Wykorzystywał to bez skrupułów, dodając coraz to nowe listki bobkowe do swego wieńca. Teraz... musiałby dokonać wyboru, sprzedać to, co nauczył się cenić najwyżej: wolność.

– Ja myślę, Ruciu, że można by jeszcze z tym poczekać...

Niespodziewanie o przyszłości Uklei zadecydował przypadek. W kilka miesięcy po jego przybyciu do Płoszowa, w samym środku żniw trzydziestego ósmego roku zabił się jeden z dzierżawców Hieronima, niejaki Piskacz, nieszczęśliwie spadając z konia. Sytuacja była okropna: młoda, ciężarna wdowa z gromadką drobiazgu, na polach niezwieziony użątek. Najemnicy – wiadomo. Jak nie stoisz im z batem nad karkiem, niczego nie zrobią, z wyjęciem pobrania zapłaty. W dodatku Piskacz nie trzymał ekonoma, w pracy pomagała mu żona, teraz pogrążona w rozpaczy, bezradna, na kilka tygodni przed rozwiązaniem. A stary Toma, który dzięki reumatyzmowi trafnie przepowiadał pogodę, już od paru dni krakał na deszcz. Ukleja aż się zasmarkał, wysłuchawszy przy obiedzie ponurej relacji Hieronima.

– Jadę tam – rzekł, zrywając się od stołu.

Hieronim podniósł znad swej kaszy zaskoczone spojrzenie.

– Po co?

– Trza pomóc kobiecie.

– Ty, Piotrusiu? Przecież ty nie potrafisz odróżnić jęczmienia od kalarepy!...

– Ale potrafię dać w pysk. Zdaje się, że na ten raz to wystarczy – odrzekł stanowczo i pokusztykał osiodłać sobie konia.

Hieronim pogrzebał w zamyśleniu w swej kaszy.

– No, no – powiedział.

*

Zdarzyło się pierwszy raz w tej okolicy, a może i w całej Galicji, że o świętym zachodzie słońca robotnicy nie zeszli z pola. Jak Ukleja tego dokonał, jeden Pan Bóg wiedział, a może i sam diabeł. W każdym razie, gdy następnego dnia w południe niebo zaciągnęło się i zaczął padać deszcz, na polu Piskaczów nie było już ani jednego snopka.

Ukleja pocałował w rękę zapuchniętą Piskaczową i zapytał:

– Co dalej, pani dobrodziejko?

W ten sposób został hreczkosiejem. Mieszczuch z dziada pradziada odkrył raptem w sobie nieprzewidywalny talent i rozwijał go z pasją. Nikt nie śmiał drwić z jego braku kompetencji, nawet za plecami, pewnie dlatego, że Ukleja rzeczywiście umiał dać w pysk i nigdy nie zastanawiał się, czy ma to zrobić. Jedyna próba zadrwienia z niego zakończyła się marnie dla wesołka. Pewnej nocy, już po omłotach, Ukleję obudził parobek.

– Żyto się grzeje – oświadczył.

– Jak to się grzeje?... – zdumiał się nierozbudzony Ukleja.

– Ano grzeje się. Pan chorąży pójdzie pomacać.

Wygrzebał się z betów i poszedł za parobkiem do stodoły. Rzeczywiście, im głębiej wkładał rękę w ziarno, tym było gorętsze, w końcu parzyło. Podniósł na parobka zdumione błękitne spojrzenie.

– Czemu się grzeje? – spytał.

– Pewnie dziś diabli mocno w piekle hajcują – odrzekł, chichocąc.

Ukleja wyprostował się i zdzielił go między oczy tak mocno, aż ten usiadł na klepisku.

– Podłogę oczyścić i płachtami przykryć tu i w sąsieku. Potem rozsypcie szeroko. Ruszaj, zarazo francuska! – I znów się zamachnął, ale parobka już nie było.

Kiedy Piskaczowa z dziećmi wyniosła się do rodziny pod Krosno, Ukleja dalej gospodarzył na folwarku, a w miarę wygasania kontraktów zaczął przejmować kolejne dzierżawy. Hieronim nie musiał pytać, czy podoba mu się gospodarzenie. Wystarczyło patrzeć na niego, gdy robił to, co robił, i słuchać, gdy o tym mówił. Z początku brakowało mu podstawowej wiedzy. Hieronim sprowadził z Krakowa opasłe niemieckie dzieło Thaera, świeżo przetłumaczone Uwagi gospodarskie Blocka, zaabonował Agronomię. Pod ręką Uklei zboże wyrastało o łokieć wyżej niż u sąsiadów, żaden dach nie miał odwagi przeciekać, a najemnicy prędko nabywali moresu pruskich żołnierzy. Nieoczekiwanie Płoszów stawał się dobrze prosperującym kluczem ziemskim.

Tajemnica sukcesów Uklei była bardzo prosta: nie był on dziedzicznie obciążony syndromem „dobrego gospodarza”, który musi mieć wszystko: i drób, i świnki, i krowy, i kilka zagonów kapusty, i jeszcze na oknie doniczki. Uprawiał zboże, len, kartofle, siano – wszystko na sprzedaż. Gorzelnię po staremu dzierżawiono, produkty kupowano w Głuchowie lub od sąsiadów. Pracował ciężko, ale nigdy nie był zabiegany, nikt się w jego gospodarstwie nie krzątał, każdy pracował. Gdyby porównać Płoszów do starej, dychawicznej maszynerii, to Ukleja był tym, który pozbierał jej części, złożył w całość, naoliwił i puścił w ruch.

*

Teodora tymczasem rosła i Hieronim zdawał sobie sprawę, że potrzebna jej już bardziej fachowa niż wercina opieka. Powinna nauczyć się pisać, czytać i rachować, zanim będzie mógł oddać ją do szkoły. Trzeba zaangażować nauczycielkę... Myśl o wpuszczeniu do domu obcej kobiety była mu wstrętna. Z pewnością będzie to wymuskana damulka w wysokim kołnierzu spiętym ohydną broszką. Z pewnością będzie kręcić nosem na panujący w domu bałagan... a nawet może zechcieć zaprowadzić porządek! Będzie skłaniać jego i Ukleję do wycierania butów, zabroni im palić w salonie... Może się nawet okazać, że nie ma zwyczaju jadać codziennie kaszy... I co wtedy? O, jakże jej Hieronim nienawidził, chociaż jeszcze nie znał!

Napisał do Krakowa, do mecenasa Szczepińskiego, przyjaciela z dzieciństwa i młodości, z prośbą o wyszukanie odpowiedniej osoby. Przy tym wymagania, jakie „osobie” postawił, były tak szczegółowe, sprzeczne i śmieszne, że mecenas zgłupiał. Pokazał list Hieronima swojej żonie Helci, ta zaś przeczytawszy go, spojrzała na męża ze zdumieniem.

– Skąd on zna Dorocię?

Karetka pocztowa zajeżdżała do Głuchowa w dni parzyste – jak obwieszczało wywieszone w urzędzie pocztowym ogłoszenie. Trudno było ustalić, co to właściwie są owe dni parzyste – czasem wypadało ich w tygodniu trzy, czasem cztery, czasem jeden. Zawsze jednak jakiś „dzień parzysty” w tygodniu wypadał i w końcu nadszedł ten, w którym osoba nieodwołalnie przybyła. Hieronim miał wrażenie, że śni najczarniejszy ze swoich snów, kiedy ją zobaczył: wysoka, chuda, w ogromnym kapeluchu naćkanym bławatkami i oczywiście wysokim kołnierzu spiętym obrzydliwą broszką. Przenikliwym głosem uniwersyteckiego wykładowcy zbeształa stangreta, który nie dość ostrożnie ściągnął z dachu karetki jej kufer, po czym jej wargi rozciągnęły się w uśmiechu, a małe oczka zaczęły szperać wśród oczekujących na dyliżans. Hieronim zebrał resztki rozpierzchłej w panice odwagi i ruszył już w jej kierunku, gdy raptem gdzieś z dołu dobiegł go nieśmiały głos.

– Przepraszam... Czy pan rejent Śmiłowicz?

Odwrócił się zaskoczony i napotkał łagodne spojrzenie jasnobrązowych oczu. No tak, kapelusik, broszka... wybaczył jej to natychmiast.

– Pani jesteś...

– Jestem Dorota Święcka, przybywam z polecenia pana mecenasa Szczepińskiego...

– Bogu dzięki. – Sapnął, wypuszczając nagromadzone w płucach powietrze. Było to powitanie niezrozumiałe dla Doroty Święckiej, ale nie zdziwiła się, bo nie miała w ogóle zwyczaju dziwić się. Hieronim porwał jej kufer, ciężki jak diabli... niech tam. Obejrzał się jeszcze za siebie i zobaczył doktora Mleczkę w żelaznym uścisku tyczkowatej damy. Dobrze mu tak – pomyślał mściwie, podsadzając Dorotę Święcką do płoszowskiego kocza.

*

Dorota Święcka nie próbowała zaprowadzić porządków w domu rejenta. Nie skłaniała też ani jego, ani Uklei do wycierania butów – sama ich także nie wycierała. Prawdę mówiąc, do panującego w domu bałaganu wprędce dołożyła swój. Lekcje Teodory odbywały się w pokoju, który służył za salon i jadalnię. Kiedy nadchodziła pora obiadu, Dorota zamykała książki i kajety i spychała je po prostu na brzeg stołu, gdzie było trochę wolnego miejsca. Wercia początkowo nieufnie obserwowała Dorotę. A nuż zechce zaglądać jej w garnki, rządzić się jak szara gęś? Dorota nie zważała za bardzo na serwowane potrawy, tym mniej obchodziły ją panujące w kuchni porządki. Już po tygodniu jej pobytu w Płoszowie Wercia do kręconego dla Teodory kogla-mogla dokładała parę żółtek dla panny Doroci, wybiegała za nią z domu z zapomnianym szalem, bez pytania brała do prania jej bieliznę.

Dorota błądziła po polnych i leśnych ścieżkach wokół dworu, czasem z Teodorą, czasem sama. Zajęta swoimi myślami, nieobecna, miała zwyczaj nucić cichutko pod nosem. Był to nawyk bardzo denerwujący. Hieronim zauważył, że nawet w czasie rozmowy, gdy jej przedmiot przestawał interesować Dorotę, zapadała jakby w głąb siebie, a spod jej nosa dobywało się ciche nucenie. Czytywała książki, po kilka naraz, odpływając przy tym zajęciu w inne epoki i światy. Drobnym, nieczytelnym pismem zapisywała małe kajeciki, które gubiła w nieprawdopodobnych miejscach, a potem rozpaczliwie szukała. Hieronim odnajdował te kajeciki nawet w wychodku na podwórzu.

Przy tym wszystkim uczyła Teodorę i uczyła dobrze. Nie ćwierkała do niej, nie zdrabniała jej imienia. Zwracała się do niej tak samo jak do pozostałych domowników: poważnie i wtedy, gdy miała coś do powiedzenia.

Teodora zaakceptowała ją bez zastrzeżeń. Nie znała bliżej kobiet, prócz Werci. Wyfioczone paniusie, z którymi stykała się czasem w towarzystwie ojca, budziły w niej lęk, a w konsekwencji rezerwę. Rejent zdawał sobie sprawę, że Dorota Święcka nie mogłaby być guwernantką w żadnym „szanującym się” domu, gdzie jej sposób bycia wzbudziłby z pewnością zgorszenie. Jednakże w jego domu była od pierwszego dnia, od pierwszej chwili na swoim miejscu.

*

Obaj z Ukleją początkowo ze zdumieniem, później z coraz większym podziwem przysłuchiwali się wieczornym opowiadaniom Doroty. Było coś fascynującego w łatwości, z jaką posługiwała się mową – nie było myśli, zdarzenia, człowieka, których nie potrafiłaby wyrazić, opisać. Nigdy nie szukała słów – one jakby same zlatywały się do niej i układały w zdania skomplikowane i proste, w logiczną kompozycję jej opowiadania. Posługiwała się językiem jak wirtuoz instrumentem – po prostu brała go i wydobywała zeń to, co chciała wyrazić. Mimo wrodzonego roztargnienia niczego nie pomijała, nie wracała się, by coś dodać czy uzupełnić. Były to lekcje historii Teodory. Słuchali wszyscy, nawet przycupnięta w kącie Wercia – o walecznym królu Bolesławie, mądrym Kazimierzu, złej królowej Bonie, o miłości Zygmunta i Barbary. Kiedy Teodora usłyszała, że Barbara umarła, zaprotestowała gwałtownie.

– Nie! Ja nie chcę, żeby umarła!

– Ale ona naprawdę umarła – powiedziała poważnie Dorota. – Każdy musi umrzeć.

– Ja też?

– Tak, ty też.

Teodora podniosła załzawiony, pytający wzrok na ojca, potem na Ukleję. Ukleja schwycił ją wpół i i posadził sobie na zdrowym kolanie.

– Ale gdzie tam! Ty będziesz zawsze żywa i zdrowa jak rybka – i podrzucił ją kilka razy.

– Jedzie sobie pan, pan...

Hieronim i Dorota wymienili spojrzenia nad głową Teodory. Gniewne spojrzenie Hieronima mówiło: po co tak mówić do dziecka? Uparte spojrzenie Doroty odrzekło: bo to prawda.

Do każdej prawdy człowiek musi dojrzewać z wolna. Hieronim wiedział, że Dorota dojrzała już do prawdy o śmierci – była suchotnicą. Nieraz siedząc do późna w nocy w swym gabinecie, słyszał stłumione kaskady jej suchego, zabójczego kaszlu. Miewała długie okresy poprawy i długie okresy pogorszenia. Czasem słuchał zdrętwiały – czy to dalekie pianie i rzężenie nie urwie się nagle? Na szczęście nie pluła jeszcze krwią – o tym Hieronim wiedziałby, mieszkając z nią pod jednym dachem.

Czy Bóg każe mu patrzeć raz jeszcze na śmierć bezbronnej kobiety w jego domu? Nie, nie chciał tego, bał się. Ponad wszystko nienawidził bezradności. Od każdego wyroku można wnieść apelację, wyżej i wyżej, aż do sądu najwyższego. A w sprawie Doroty Święckiej Sąd Najwyższy już wydał wyrok śmierci. Hieronim, mimo że był człowiekiem rozsądnym, oddawał się podświadomie zabobonnym rachunkom: Bóg zabrał mu Eleonorę, ale ocalił Teodorę i ocalił Ukleję. Teraz z tych rachunków wychodziło mu niezbicie, że zabierze Dorotę. Bo Hieronim na swój sposób pokochał tę „kulawą owieczkę”, jak ją w myślach nazywał. Wiedział, że jego dom jest jedynym miejscem – może na całym świecie – gdzie Dorota może być szczęśliwa. A przynajmniej być sobą, jeżeli to nie jest równoznaczne. Nie zagrzałaby miejsca w żadnym porządnym domu, nawet w pracowni krawieckiej czy w sklepie – była zbyt różna od innych kobiet, zbyt zwrócona do swego bogatego, tajemniczego wnętrza, zupełnie nieprzydatna do osiągania praktycznych, przyziemnych celów.

Szczepiński przysyłając mu ją, dobrze wiedział, co robi. Czuł się zobowiązany pomóc Dorocie – była ona córką jego dobrego znajomego, historyka i pisarza. Można by zasięgnąć opinii historyków i pisarzy w sprawie przypuszczalnej wysokości spadku, jaki Święcki umierając, pozostawił swej córce. Zdaje się, że nie starczyło nawet na zaległy czynsz.

W parę tygodni po swym przybyciu do Płoszowa w czasie obiadu Dorota zajęta swymi myślami nagle jakby sobie coś przypomniała – zerwała się od stołu i wyszła. Usłyszeli, że otwiera z trzaskiem drzwi pokojów, i spojrzeli z Ukleją po sobie zdumieni. Hieronim wstał i poszedł za Dorotą. Zaglądała kolejno wszędzie: do jego gabinetu, sypialni, pokoju Uklei...

– Panna Dorota czegoś szuka? – spytał.

Odwróciła się do niego z wyrzutem.

– Przecież miał być fortepian.

Rzeczywiście... Przypomniał sobie, że wśród licznych wymagań, jakie w liście do Szczepińskiego postawił „osobie”, było i to, iż ma grać na fortepianie. Chyba się wtedy trochę zagalopował... Zawstydził się. Wziął Dorotę pod łokieć i zaprowadził z powrotem do jadalni.

– Miałem kupić fortepian, ale jakoś całkowicie wyszło mi to z głowy – wyjaśnił. – Dobrze, że panna Dorota przypomniała.

– W Krakowie kupiec Moryc Winfeld ma w składzie dobry fortepian – odrzekła. – Firmy Pleyel, krótki. Zmieściłby się tu...

– Świetnie. Napiszemy więc do kupca Winfelda – zgodził się Hieronim.

– Jeśli pan rejent pozwoli, ja napiszę.

– Skoro panna Dorota chce...

– Chodzi o to, by nie zażądał zbyt wygórowanej ceny, panie rejencie – objaśniła. – Kupił go ode mnie.

– Ach tak...

Wkrótce w płoszowskim salonie stanął piękny, lśniący fortepian. Niestety, już po pierwszych lekcjach Teodory Dorota zażądała poważnej rozmowy z Hieronimem.

– Nie sądzę, by Teodora kiedykolwiek nauczyła się dobrze grać – powiedziała, patrząc mu wprost w oczy. – Jest pozbawiona słuchu muzycznego... męczy się. Oczywiście mogę ją nauczyć podstaw...

– Ale sądzi pani, że to strata czasu, czy tak?

– Tak.

– No cóż... muszę się nad tym zastanowić.

Gra na fortepianie to bardzo ważny element wykształcenia panny w „dobrym domu”. Pomyślał, że musi zasięgnąć rady u znajomych wychowujących dzieci. Nie po raz pierwszy odczuł brak Eleonory i tęsknotę za nią.

– Przykro mi, że skłoniłam pana do nabycia fortepianu. Mogę znów napisać do Winfelda...

– Ale panna Dorota przecież gra.

– O tak. Przywiozłam mnóstwo nut.

– Niech więc gra póki co.

I Dorota grała. Hieronim wcale nie musiał śpieszyć się ze sprzedażą fortepianu – przecież nikomu nie wadzi, stoi w kącie, jeść nie woła. Będzie czas myśleć o tym, kiedy Teodora pójdzie do szkoły. Ustalił już ze swoimi teściami Boreckimi, że na czas pobytu w szkole Teodora zamieszka u nich we Lwowie. Dorotę trzeba będzie odprawić – nie było możliwości, by pozostała w jego domu po wyjeździe Teodory. Lękał się tej chwili i pragnął jej, ale przede wszystkim chciał, by Dorota opuściła jego dom żywa. Nie miał obowiązku myśleć, co dalej z nią będzie – ale myślał i gryzł się. Ta chwila zbliżała się nieuchronnie – Teodora ukończyła już dziesięć lat i we wrześniu pójdzie do szkoły.

Pewnego kwietniowego wieczora Dorota poprosiła Hieronima o chwilę rozmowy – poszli do jego gabinetu.

– Teodora umie już dostatecznie dużo, by rozpocząć naukę w szkole – rzekła Dorota, patrząc jak zawsze poważnie w oczy Hieronimowi. – Mogłabym ją nauczyć więcej, ale nie sądzę, aby jej to było potrzebne. Nudziłaby się w szkole.

– Tak... rzeczywiście – bąknął Hieronim. – A panna Dorota? Ma już jakie plany?

– Tak, panie rejencie. Pan mecenas Szczepiński, a właściwie jego znajomi wyrobili mi miejsce u szarytek. Mogę tam pójść już w maju, dlatego chcę pana prosić o wcześniejsze uwolnienie z posady.

Zostań – odezwał się jakiś rozpaczliwy głos wewnętrzny – zostań i umrzyj tu, gdzie jesteś u siebie... Hieronim przełknął ślinę i zażartował niepewnie:

– Panna Dorota chce zostać mniszką?

Roześmiała się.

– Nie, nie. Będę pomagać w kuchni, latem w ogrodzie.

Wyobraził ją sobie w ciemnej, kamiennej kuchni klasztornej szorującą piaskiem sagany... piszącą nocami w ciasnej, zimnej celce... jedzącą suchy chleb. Jak długo pociągnie? Miesiąc, dwa, pół roku? Tu miała powietrze, słońce, swobodę. Pożywienie nie było wykwintne, ale w domu nigdy nie brakowało wędlin, świeżego nabiału, owoców, miodu, a Hieronim i Ukleja zawsze przywozili z Głuchowa dla swoich panien pomarańcze, bajgełe, marcepany...

– Myślałem, że panna Dorota zostanie u nas do żniw... Po co się śpieszyć w klasztorne mury?

Popatrzyła posmutniałymi nagle oczyma.

– O takie miejsce bardzo trudno... Pewnie przyjmą kogo innego...

– Nie, nie! Mowy nie ma. Niechże panna Dorota jedzie, niech jedzie.

Przystał skwapliwie, tak skwapliwie, że sam sobą gardził. Postanowił, że da jej uczciwą odprawę. Sto złotych – tyle, ile zarobić może w roku nauczyciel na kontrakcie. To będzie zupełnie przyzwoita suma. Przyzwoita? Cóż może za to mieć? Gdyby ją szarytki wygoniły, nie miałaby nawet na półroczny czynsz. Ale to przecież nonsens dawać więcej! Nonsens? Natychmiast ukarał się za tę myśl i podwoił sumę. W ciągu pozostałych do wyjazdu Doroty tygodni Hieronim myślał o tym jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem jego myśli wykonywały tę samą woltę i za każdym razem podnosił sobie karnie sumę odprawy. Doszedłszy w ten sposób do sześciuset złotych, stanowczo zabronił sobie więcej o tym myśleć. W dniu wyjazdu Doroty wręczył jej sakiewkę. Poręczniej byłoby mu wystawić jej kwity dworskie, ale cóż by panna Święcka poczęła z nimi w Krakowie? Podziękowała i wyszła, ale po chwili wpadła z powrotem do gabinetu przerażona.

– Panie rejencie, pan się pomylił!...

– Nie – odrzekł sucho – nie pomyliłem się.

– Ależ to stanowczo za dużo! Ja nie mogę tego przyjąć...

Walnął pięścią w biurko naprawdę zły.

– Proszę mnie uwolnić od dyskusji na ten temat!

Stała zaczerwieniona, niepewna. W końcu zbliżyła się i chciała pocałować jego rękę, ale umknął pośpiesznie. Czuł się jak ostatni oszust.


ROZDZIAŁ III

Rok 1845 upływał pod znakiem spisku. Hieronim wielokrotnie zastanawiał się, czy powinien się do niego przyłączyć. Ale przecież nie wierzył w jego powodzenie, złościły go do białości naiwne enuncjacje spiskowców, a nade wszystko dziecinna jawność owej konspiracji. Tak jakby w ogóle nie było tu Austriaków! Spiskowano we dworach i na ulicach, w zajazdach i handlach, klienci zagadywali Hieronima w jego kancelarii. Przebywając w Tarnowie, usłyszał w sali restauracyjnej hotelu Krakowskiego głośną, otwartą rozmowę o spiskowych hasłach i planach – nic to, że na sali znajdowało się kilkunastu austriackich oficerów!

Już to, że planowano powstanie we wszystkich trzech zaborach naraz, było zdaniem Hieronima naiwnością: zupełnie ignorowano fakt, że potęgi zaborcze, choć skłócone i sobie niechętne, potrafią solidaryzować się przeciw sprawie polskiej – czyż nie doświadczył tego Ukleja na własnej skórze? Czy zapomniano o traktacie z Munchengratz, o roku trzydziestym szóstym? Wedle planu pana Mierosławskiego, weterana kampanii roku trzydziestego pierwszego, wyznaczonego przez Centralizację na naczelnego wodza spisku, główny trzon przyszłej armii powstańczej miał zostać utworzony tu, w Tarnowskiem, z chłopów i szlachty. Chłopi i szlachta razem, w jednym szeregu... Wszędzie, tylko nie tu! Chryste... Czy ten człowiek nie zdaje sobie sprawy, że nie można się bardziej pomylić? Czy jest na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej miejsce nędzniejsze i bardziej zacofane? Gdzie ziemia jest podła, wysiłki zarówno obywatelstwa, jak i chłopstwa niszczone są regularnie przez gwałtowne wylewy karpackich rzek, a procesy o pregrawacje, odmowy powinności i otwarte bunty stoją na porządku dnia? Hieronim podejrzewał, że cały ten plan został oparty na kłamstwie, kłamstwie tutejszych agitatorów przedstawiających Centralizacji swe pobożne życzenia jako fakty. A panowie z Centralizacji wierzą, bo chcą wierzyć, bo żądza wypełnienia misji dziejowej odbiera im zdolność trzeźwego sądu.

Hieronim znał osobiście administratora niedaleko od Głuchowa położonego majątku Zassów, Tyssowskiego, którego często wymieniano jako przyszłego przywódcę powstania w Galicji. Korzystając z tego, że interesy zawiodły go w pobliże Zassowa, spróbował rozmówić się z Tyssowskim i ta rozmowa przekonała go ostatecznie, że sprawa jest beznadziejna.

– Mamy taką ziemię, jaką mamy, taką wieś i taki dwór. Nikt nie twierdzi, że to będzie łatwe.

No tak. Hieronim pomyślał, że Tyssowski jest zbyt mały, by wpłynąć na plany Centralizacji, i zbyt przejęty wielkością swej misji, by choćby myśleć o tym.

– Ale, ale – zatrzymał go Tyssowski, kiedy Hieronim zbierał się już do odjazdu – książę Sanguszko chce widzieć pana. Zlecił mi to już dawno przekazać... Że też człowiek ma tyle spraw...

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.