Potęga magii - Krzysztof Lip - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Potęga magii - Krzysztof Lip

Kontynuacja losów walecznych chłopów z powieści „Siła ludu”.



Wojna nabiera tempa. Sąsiedzi zajmują kolejne miasta na północy i coraz bardziej zbliżają się do stolicy w Terk, której broni król Dawid.

Marin wraz z przyjaciółmi i żołnierzami księcia Alberta zostaje wysłany na wschód, by bronić ostatniej twierdzy stojącej Kersyjczykom na drodze do króla.

Jednak gdy przeciwnik pojawia się za ich plecami, wszystko zaczyna się sypać. Oddział chłopów znów musi wyruszyć samotnie do walki, a na dodatek traci jedną z największych broni jaką miała w swych szeregach – czarodziejkę Wiktorię.

Jakby tego było jeszcze mało – muszą przejść na ziemie wroga i stawić czoła dwóm potężnym magom, o przerażającej mocy

Opinie o ebooku Potęga magii - Krzysztof Lip

Fragment ebooka Potęga magii - Krzysztof Lip



1. Na zapleczu

Dzień tak bardzo wyczekiwany przez wszystkich walczących w obronie królestwa w końcu nadszedł. Statki, na których płynęli żołnierze Andulijscy w końcu bezpiecznie dobijały do brzegów. Pięć okrętów wysłanych przez sojuszników cumowało na oczach zebranych im na powitanie żołnierzy. Książę Albert mimo ran i cierpienia dumnie siedział na krześle specjalnie postawionym dla niego przy samym brzegu. Za nim w równym szeregu stali w pełnym uzbrojeniu żołnierze. Obok nich stali też chłopi. Dumni i pewni siebie po odniesionym zwycięstwom dołączyli do grona żołnierzy królewskich. Wszyscy chcieli godnie przywitać swoich sprzymierzeńców. Jedynie Marin siedząc wraz z Wiktorią na wzgórzu nie kwapili się na ich spotkanie. Cieszyli się na widok przybywających posiłków zza morza, ale wiedzieli że to nie zmienia ich sytuacji.

Co teraz z nami będzie? – zapytała go czule przytulając się do niego.

Pewnie wszyscy podążymy na północ.

– Myślisz, że przybędą następne statki?

Miejmy nadzieję.

Żołnierze wysiadający ze statków byli gromadzeni w kilku grupach, którym przewodzili oficerowie odpowiedzialni za ich przygotowanie bojowe. Jeden z nich zebrał swoich żołnierzy i zaczął głośno krzyczeć do nich w zupełnie nieznanym dla nich języku. Żołnierze szybko stanęli w idealnie równym dwuszeregu i na jego komendy reagowali błyskawicznie. To wstawali na baczność, to prezentowali broń, aż w końcu każdy z nich odliczał sprawdzając obecność wszystkich żołnierzy w oddziale. Widać było, że byli zdyscyplinowani i głodni walki. Zarówno żołnierze królewscy, jak i chłopi nie mogli się nadziwić ich wyszkoleniu. Podziwiali ich i cieszyli się, że mieli przy sobie tak mocnego sprzymierzeńca.

Nie minęło wiele czasu, ale wszyscy sprzymierzeńcy stali na brzegu w równym, długim na prawie całe wybrzeże dwuszeregu. Grupy połączyły się w jedno i zdawało się, jakby stało ich dwa razy więcej niż wyszło ze statków.

Marin wraz z Wiktorią obserwowali jak ich dowódca dumnie podchodzi do księcia i kłania mu się w pas. Jego kolorowy, idealnie dobrany ubiór, jak i lśniący miecz uwieszony u pasa wyraźnie podkreślały jego oficjalny ton spotkania. Królowie jak i księcia muszą znać języki swoich sprzymierzeńców, tak więc nie mieli problemów z komunikacją. Rozmawiali ze sobą w obecności swoich żołnierzy, którzy tylko przyglądali się sobie wzajemnie. Z jednej strony młodzi, prężni żołnierze w lśniących zbrojach, głodni walki i zwycięstw. Z drugiej natomiast ranni, zmęczeni ale i bojowo nastawieni żołnierze królewscy wraz z chłopami w tle.

Tutaj jesteście – usłyszeli głos Adam zza pleców. – Ciężko was znaleźć ostatnio.

– Może im przeszkadzamy – dodał Styk idący tuż obok niego.

– Oglądamy paradę – odparła im Wiktoria. – Siadajcie.

Wspaniale wyglądają, co nie? – zachwycał się Andulijczykami Adam.

– Trochę rażą – odparła mu Wiktoria lekko się uśmiechając.

Wiadomo coś o kolejnych statkach? – zapytał Marin Styka.

– Nic, może wieczorem się dowiemy czegoś więcej.

* * *

Późną nocą, przy zapalonych ogniskach i wielu płonących pochodniach kilkuset mężczyzn żegnało swoich przyjaciół i kompanów poległych w walce. Zebrani na polach na wschód od Enos oddawali hołd tym, którzy poświęcili życie by ratować królestwo. Pogrzeb prowadził Dorian, któremu pomagali Piotr i Jakub. Dołączył także książę Albert mimo poważnych ran oraz kilku oficerów z Andulii. Marin stojąc wśród swoich przyjaciół żegnał szczególnie kilku młodych Selsów, z którymi dorastał i wspólnie przeżywał każdy dzień swojego życia. Pamiętał wspólne zabawy za młodu, dokuczanie młynarzowi, czy zabawy w polowanie na wielkiego zwierza. Nikt z nich nie wiedział jak ich życie się potoczy. Nikt nie był w stanie przewidzieć takiego końca ich wspólnego życia.

Kto? – usłyszał nagle szept jednego z zebranych. – Tutaj?

Co się dzieje?

Wojska królewskie.

Co się dzieje Marin? – zapytał go Adam stojący tuż obok.

– Przybył Krekus na czele armii królewskiej – powiedział ktoś głośno.

Krekus? – zapytał Adam chcąc się upewnić, że dobrze usłyszał.

Wy tutaj zostańcie lepiej – odpowiedział mu Styk.

Chyba żartujesz sobie, nie przepuszczę takiej okazji.

Adamie, on nie przybył sam – odparł stanowczo. – Nie dzisiaj.

To kiedy? Tak okazja może się już nam nie trafić. Chodź Marin, załatwimy to raz na zawsze.

Czekaj – odpowiedział mu Marin.

– Co?

Nie może nas widzieć.

Co z tobą, Marin? Nie pamiętasz co on nam uczynił?!

Nie możemy zabić go na oczach całej armii. Musimy poczekać.

Ale on jest tak blisko – powiedział, zaciskając wściekle ręce.

Jeszcze nie teraz. Styk, dowiedz się wszystkiego, a my tu zostaniemy.

Spojrzał na rozchodzących się żołnierzy, podążających za księciem na spotkanie Krekusa. Nikt już nie myślał o poległych. Przerwali pogrzeb i tłumnie ruszyli z powrotem do Enos.

Tyle znaczymy po śmierci – odezwała się Wiktoria podchodząc do nich i z niepokojem patrząca na odchodzących mężczyzn.

Zakopmy ich – odpowiedział Adam i ruszył pierwszy po łopatę.

Dołączyło do nich jeszcze kilku chłopów i nieliczni żołnierze, którym bitwa odebrała najbliższych. Nie chcieli pozwolić, by ich ciała były odsłonięte i zdane na zwierzęta leśne. Wspólnie zakopywali poległych płacząc nad ich grobami.

* * *

– Marin, zbudź się.

Otworzył zaspane oczy i ujrzał Styka stojącego nad nim.

– Chodź ze mną.

Co się dzieję? – zapytał rozglądając się po panujących jeszcze wszędzie ciemnościach.

Styk nie chciał odpowiadać, by nie budzić innych. Ruszył do przodu, a Marin przecierając oczy podążył za nim uważając, by nikogo nie nadepnąć śpiącego pod jego nogami.

Weszli w głąb wioski i wtedy Styk dopiero odpowiedział mu na pytanie:

– Książę na ciebie czeka.

Stanęli przed drzwiami chaty, w której był opatrywany książę i Styk zdecydowanym ruchem ręki zachęcił go do wejścia do środka. Żołnierze stojący przy drzwiach rozeszli się na boki i Marin wszedł do wnętrza.

Siadaj – usłyszał głos księcia, stojącego przy rozpalonym ogniu w kominie.

Na stole była rozłożona mapa całego królestwa, przy niej siedzieli już Brago i Krekus, który patrzył na niego z nie ukrywaną pogardą. Marin usiadł naprzeciwko nich i od razu sługa postawił przed nim kielich wina.

Marin, Krekusa pewnie znasz – powiedział siadając do stołu książę. – Pozwól, że przedstawię ci Brago, dowódcę wojsk Andulijskich.

To jest Marin, dowódca sił z południa – przedstawił go książę.

Mężczyzna skinął głową, na co Marin uczynił to samo. Nie zdradził po sobie zaskoczenia jakim mianował go książę. Nie czuł się godzien tego miana, ale chodź przez tą chwilę starał się dorównać im powagą i godnością stanowiska.

Krekusie, powiedz nam jak wygląda nasza sytuacja.

Nasze północne ziemie są zajęte. Linia obrony słabnie z dnia na dzień. Król broni zamku w Terk, ale jeśli Morwini zdobędą Sori, to będą mieli otwartą drogę do ataku na króla od południowo–zachodniej strony. Do tego Kesyjczycy nękają Ridan, który stanowi już ostatnią zaporę przed wdarciem się ich wojsk do Terku od wschodu.

Czy twoje królestwo może przysłać jeszcze kilka statków, Brago?

Nasi sąsiedzi też się zbroją i grożą atakiem. Nie możemy się całkowicie odsłaniać.

Rozumiem – odparł mu książę. – Nie możemy dopuścić, by wrogie wojska wdarły się w głąb naszego królestwa, przez co musimy rozdzielić nasze armie. Wy zajmiecie się obroną Sori – powiedział po czym spojrzał na Marina i dodał. – My zajmiemy się Kesyjczykami. Pójdziemy do Ridan.

Dowódcy skinęli głowami zgadzając się z jego słowami.

A co jeśli zaatakują od południa? – wtrącił Marin. – Już dwa razy próbowali zająć wybrzeże.

Teraz nie mają ku temu powodu – odpowiedział mu książę. – Posiłki już do nas przybyły.

– Każdy mój żołnierz jest wart trzech wrogich żołnierzy – wtrącił Brago. – Nie ma potrzeby oczekiwania na kolejne statki.

Po za tym moi zwiadowcy informują mnie o gromadzeniu się ich armii tuż przy naszych zamkach – dodał Krekus. – Szykują się do ataku na Terk i już tylko Sori i Ridan stoją im na drodze. Jeśli one upadną, to przegramy wojnę.

Ale ich wojska przedostawały się na nasze ziemię przez Smocze Góry – nie dawał za wygraną Marin. – Jeśli wykorzystają tamtą drogę, to stracimy całe południe.

Smocze Góry? – powtórzył zaciekawiony książę.

– Tak, widzieliśmy ścieżkę, którą podążali.

Wszyscy umilkli słysząc jego słowa. Krekus wściekły nie mógł pozwolić, by jakiś chłop stawiał mu warunki, więc od razu dodał:

Moi zwiadowcy widzieli ich wielotysięczne armie. Zarówno Morwini jak i Kesyjczycy chcą szybko zakończyć tą wojnę i przypuszczą atak na Terk. Król wydał rozkaz obrony zamków i musimy go wykonać. Jeśli masz z tym problem, to nie powinieneś zasiadać przy tym stole.

– Jeśli zajdą nas od tyłu, to wojna skończy się jeszcze wcześniej – odpowiedział mu Marin równie ostrym tonem.

Sprzeciwiasz się rozkazowi króla?! – zapytał wstając z miejsca Krekus.

– Spokój! – przerwał ich sprzeczkę książę. – Moi zwiadowcy sprawdzą tę ścieżkę. Wy budźcie swoich ludzi. Wyruszamy o świcie. Koniec narady.

Krekus z Marinem od razu ruszyli do wyjścia i wtedy Brago się odezwał:

Nazywasz się Marin, tak?

Obaj dowódcy jednocześnie zwrócili na niego swoją uwagę zdziwieni jego pytaniem.

Tak – odpowiedział mu młody wojownik.

– Myślę, że twoje imię będzie zapamiętane na długo. Pójdź ze mną na jeden z naszych okrętów. Myślę, że mam coś odpowiedniego dla ciebie.

Marin ruszył za nim nie bardzo wiedząc czego się spodziewać, a Krekus aż pękał z wściekłości widząc ich razem.

– Słyszałem o twoich zwycięstwach i muszę przyznać, że bardzo mnie to intryguje. Jak ktoś w twoim wieku i bez doświadczenia może dokonać czegoś tak wielkiego.

Marin nie wiedział co ma odpowiedzieć. Pochlebiały mu jego słowa.

– Obroniłeś wioskę, zwyciężyłeś na otwartym polu. Jaki jest twój sekret? – kontynuował Brago.

Ale to nie były moje zwycięstwa. Na Czerwonych Polach dowodził nami książę. Obroną wioski zajęliśmy się wszyscy. Każdemu zależało na jej przetrwaniu i to głównie dzięki temu zwyciężyliśmy – odparł nieśmiało. – Gdyby nie tacy ludzie jak: Rom, Adam czy Wiktoria nie dokonalibyśmy tego wszystkiego.

Ale nikt was nie uczył walczyć, zabijać. Skąd ta odwaga w waszych sercach?

Marin uśmiechnął się dumny ze swojego pochodzenia i odpowiedział:

Tacy już jesteśmy. Zawsze są między nami konflikty, jeden drugiemu wilkiem, ale w sytuacjach kryzysowych, gdy już jest naprawdę źle, to potrafimy się złączyć. A wtedy to niech się boi, ten który stoi nam na drodze.

To nie może tak być zawsze? Bylibyście militarną potęgą na świecie.

Marin tylko pokręcił głową i zaśmiał się nieśmiało.

Taka już nasza natura. Gdy wojna się skończy, znów powrócą te same problemy. Wszystko wróci do normy. Tak widocznie już musi być.

Wybacz, ale dziwni jesteście. Co do tej waszej czarodziejki, to możesz mi ją przedstawić?

– Oczywiście.

Doszli do statku stojącego na wybrzeżu i Brago wezwał jednego ze swoich ludzi. Wydał mu rozkaz w ich języku i po chwili dwóch marynarzy przyniosło ciężką skrzynię, którą postawiono tuż przed nimi.

Ludzie są bezcenni i to dzięki nim wygrywa się bitwy – rzekł powoli otwierając skrzynię. – Ale ludzie uzbrojeni w dobrą stal są o wiele bardziej niebezpieczni.

Oczom Marina ukazało się mnóstwo mieczy i mniejszych tarcz solidnie wykonanych i przywiezionych z Andulii.

– Miałem to przekazać waszym żołnierzom – powiedział patrząc mu prosto w oczy.

I trafi to do najlepszych żołnierzy naszego królestwa – odpowiedział mu Marin szybko zamykając skrzynię.

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

Oby było nam to dane – odpowiedział mu Marin ściskając jego dłoń na pożegnanie.

Brago wydał kolejny rozkaz marynarzom, którzy zostawili skrzynię na lądzie i zaczęli przygotowania do wypłynięcia. Sam ruszył do swoich ludzi gotowych do wymarszu za wojskiem Krekusa. Wtedy do Marina podszedł Adam wraz z Piotrem i przyglądali się szykującym się do wymarszu wojskom w oddali.

I tyle z pomocy Andulii – skomentował to Adam.

Przynajmniej zajmą się obroną zachodniej granicy – wtrącił Piotr. – Nasze rodziny będą bezpieczniejsze.

I co robimy dalej? – zapytał Adam.

Idziemy na wschód – odpowiedział mu Marin. – Ale najpierw...

Przerwał i otworzył skrzynię ukazując jej zawartość przyjaciołom.

– Uzbrójcie naszych ludzi.

* * *

Długi, wojenny orszak podążał na wschód przez lasy i pola. Nie zatrzymywał się za dnia, by nie tracić czasu. Chłopi nie przyzwyczajeni do tak wielkiego wysiłku spowalniali wszystkich, ale książę nie godził się na jakiekolwiek przerwy. Ranny jechał na swym koniu i także odczuwał trudy podróży, ale nie dawał po sobie tego poznać. W nocy lekarze opatrywali jego wciąż otwierające się rany, z trudem doprowadzali do stanu używalności, ale za dnia bóle znów wracały. Zwiadowcy wysłani na przód codziennie przynosili wieści o braku jakichkolwiek wrogów w okolicy i tym bardziej potęgowali jego chęć szybkiego przedostania się do zamku.

Jednak w połowie drogi, na postoju nocnym w obozie zapanował chaos. Żołnierze biegali to w jedną, to w drugą stronę przestraszeni i zaskoczeni. Marin z Wiktorią przyglądał się im zdziwiony i próbował dowiedzieć się, co jest powodem ich zachowania, ale jedyne co zdołał usłyszeć to słowo „wiedźma”.

Co się dzieję? – zapytał ich Adam podchodząc do nich bliżej.

– Sprawdźmy – odpowiedziała mu Wiktoria i ruszyli za ostatnim żołnierz przebiegającym przed nimi.

Po drodze dołączyli do nich inni chłopi i razem szli w kierunku lasu, u skraju którego był rozbity obóz.

Nie zbliżać się! – usłyszeli od jednego z oficerów. – Nie wiemy czego ona chce.

Gdzie książę? – zapytał Mirko oficera.

– Już wysłano po niego.

– Książę musi odpocząć i nie przyjdzie – odpowiedziała im Karina zbliżająca się od strony namiotu księcia. – Co się dzieje?

– Pojawiła się z nikąd i stoi przed naszym obozem – odpowiedział jej oficer. – To może być pułapka.

Łucznicy zaczęli ustawiać się przed nimi i napinać swoje łuki w stronę nieznanej kobiety. Za nimi stawali żołnierze w pełnym uzbrojeniu i przygotowywali się do obrony. Marin próbował dostrzec kobietę, ale stała ona w ciemności i tylko jej smukłą sylwetkę był w stanie dostrzec.

Zaczekajcie chwilę – powiedziała do nich Wiktoria i ruszyła do przodu.

Co robisz? Stój – rzekł zaskoczony Mirko, ale czarodziejka nie posłuchała. – Zatrzymajcie ją.

Ona wie co robi – odpowiedział jej Marin, choć w głosie dało wyczuć się lekkie zaniepokojenie jej zachowaniem.

– Bądźcie gotowi – powiedział oficer do swoich żołnierzy.

Wszyscy w ciszy i skupieniu obserwowali Wiktorię i całą okolicę wypatrując wroga, który wypadnie z ciemności i zaatakuje ich niespodziewanie. Marin przerażony patrzył jak Wiktoria zbliżała się do zjawy. Podchodziła do niej powoli, a kobieta ani nie drgnęła. Stała wciąż w miejscu i przyglądała się jej uważnie. Nagle ku zaskoczeniu wszystkich Wiktoria stanęła tuż przed kobietą i po chwili zaczęła ją obejmować .

Co jest? – zapytał sam siebie Mirko.

Wiktoria chwyciła za rękę kobietę i razem ruszyli w ich stronę. Żołnierze wciąż przygotowaniu do ataku nie spuszczali z nich wzroku. Nie wiedzieli bowiem co się dzieje i z niepokojem czekali na dalsze rozkazy. Nagle Marin z wyraźnym zadowoleniem w głosie powiedział:

To jej matka.

– Opuścić broń – wydał rozkaz oficer i wszyscy odetchnęli z ulgą.

Ich wzrok był skierowany w starszą kobietę, która im bardziej zbliżała się do nich, tym bardziej dziwili się sobie jak mogli się jej wystraszyć. Jej powolne, ociężałe ruchy, przygarbiona sylwetka oraz zniszczona twarz pełna zmarszczek wzbudzała bardziej litość niż strach. Marin próbował przypomnieć sobie ją, kiedy ostatni raz się widzieli i był pewny że jej stan zdrowia był zupełnie inny. Z niepokojem obserwował Wiktorię, która trzymając ją za rękę, pomagała jej poruszać się. Początkowo myślał, że to skutek jej daru o którym Wiktoria mu opowiadała, ale z każdym ich krokiem ujawniały się jej rany na cały ciele ociekające krwią.

Co jej się stało? – zapytała Karina pojawiając się tuż obok nich.

Nagle kobieta upadła bezwładnie.

– Medyka! – zawołał Marin i ruszył jej z pomocą.

Ułożyli ją na środku obozu, gdzie osobisty medyk księcia zaczął oglądać jej rany. Wszyscy skupili się wokół nich chcąc zobaczyć kobietę, którą jeszcze przed chwilą uważali za zagrożenie.

– Rozejście się – rozkazał swoim żołnierzom książę stając pośród nich przewinięty w połowie bandażem. – Co z nią?

– Straciła mnóstwo krwi – odpowiedział medyk. – Może nie przeżyć tej nocy.

Mamo – zdołał tylko wypowiedzieć Wiktoria.

Obawiam się, że już za późno na pomoc – stwierdził medyk.

– Nie! – krzyknęła Wiktoria. – Nie jest za późno. Mój dom jest niedaleko, tam jest lekarstwo, które ją uleczy.

Po tych słowach ruszyła w kierunku lasu.

Opatrzcie ją, ja za nią pójdę – wtrącił Marin.

Ale to nie ma sensu – odparł mu medyk. – Nie ma leku na takie rany. Ona umrze.

Ma sens! – podniósł głos Marin podenerwowany. – Rób co ci powiedziałem!

Medyk spojrzał na Karinę, a ta widząc determinację młodego dowódcy, tylko skinęła głową zgadzając się z jego słowami. Lecz zaraz dodała:

Do rana będzie pod naszą opieką, później ruszamy dalej.

Marin nie zareagował na te słowa. Pobiegł za Wiktorią czym prędzej chcąc ją jak najszybciej dogonić.

Nocą ciężko było się poruszać między drzewami i licznymi zaroślami, ale Wiktoria dobrze znała okolicę i z niebywałą lekkością przemykała przez ciemności oświetlane niezdarnie przez księżyc patrzący na nich z wysoka.

Wiesz dokąd iść? – zapytał ją Marin ledwo nadążając za nią.

To niedaleko – odpowiedziała nie zatrzymując się ani na chwilę.

Jednak czas nieubłaganie mijał, a jej domu wciąż nie było widać. Marinowi zdawało się, że końca ich drogi nie widać. W ciemności i ciszy jaka panowała w lesie czuł się nieswojo. Biegł wciąż za Wiktorią, która ani myślała o obserwowaniu okolicy i uważaniu na czyhające na nich dzikie zwierzęta. Próbował się rozglądać po okolicy, ale jego wzrok musiał się koncentrować na towarzyszce biegnącej przed nim.

W końcu las zaczął się przerzedzać, a Wiktoria ku jego zdziwieniu zwalniać swoje tempo.

Co się dzieje? – zapytał ją stając tuż przy niej.

– Coś jest nie tak.

Marin sięgnął po swoje dwa miecze i wyszli z lasu. Idąc bardzo ostrożnie prawie weszli w leżący na ziemi hełm. Sels podniósł go, by przyjrzeć się mu dokładniej i wtedy zauważyli, krew w jego wnętrzu. Ruszyli więc do przodu i w tym momencie światło księżyca ukazało im rzeź, która miała tu miejsce. Okoliczne drzewa były połamane, a pod ich stopami leżały rozszarpane na części zwłoki wielu uzbrojonych mężczyzn. Były one porozrzucane po całej okolicy.

Co tu się stało? – zapytał sam siebie Marin.

W domu, który ostał się w nienaruszonym stanie wciąż palił się ogień. Marin ruszył jako pierwszy do jego wnętrza. Ostrożnie uchylając drzwi zajrzał do środka i oczom nie wierzył.

Takiego widoku się nie spodziewali. Ściany były całe we krwi, na podłodze stały czerwone kałuże, a na łóżku i stole leżały rozszarpane zwłoki dwóch mężczyzn. Wiktoria musiała wybiec na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie mogła na to patrzeć. Widząc takie okrucieństwo nie potrafiła sobie wyobrazić, jak jej matka uszła z tego z życiem. Marin przytulił ją mocno wciąż patrząc, na liczne ślady walki widoczne po całej okolicy.

Co ona musiała tutaj przeżyć – wypowiedziała przez łzy Wiktoria. – Dlaczego mnie przy niej nie było.

Nie mogłaś tego przewidzieć.

Wiktoria zapłakała mu w ramionach, a Marin wciąż nie umiał sobie wyobrazić co mogło zajść w tym miejscu. Nigdy nie widział czegoś takiego.

Musimy ratować twoją matkę.

Wiktoria tylko skinęła głową i oboje weszli z powrotem do środka. Starając się omijać kałuże krwi oraz kawałki ludzkiego ciała przedzierali się do skrzyni, w której jej matka trzymała zioła i lecznicze mikstury. Z obrzydzeniem zepchnęła ze skrzyni czyjąś rękę i wyjęła z jej wnętrza dwie najmniejsze mikstury.

– Resztę zostawiasz? – zapytał ją Marin widząc, że jeszcze kilka mikstur zostało w środku.

Nie potrzebujemy ich. Wracajmy.

Wyszli pospiesznie na zewnątrz i wtedy Marin potknął się o kopiec z ziemi znajdujący się na podłodze drewnianej tuż obok domu. Nie zwrócił na to większej uwagi, tylko ruszył czym prędzej za Wiktorią.

Przed wschodem słońca dotarli z powrotem do obozu. Przy jej matce całą noc czuwała Karina, która od razu zbudziła się gdy tylko usłyszała ich kroki. Jej niewyspane oczy i uśmiech na ich widok oddawał w pełni jej zaangażowanie w opiekę nad starszą kobietą.

– Byłaś przy niej cały czas? – zapytała wzruszona jej postawą Wiktoria.

Macie lek? – zapytała niecierpliwie przyglądając się miksturze trzymanej przez Wiktorię.

Czarodziejka nie zwlekając ani chwili uklęknęła przy swojej matce i podniosła głowę swojej matki:

Pij, matko, nie możesz tutaj umrzeć.

Kobieta słysząc jej głos próbowała otworzyć oczy, ale nie było to łatwe zadanie. Zdołała wypić uzdrawiającą miksturę i położyła się z powrotem na ziemi.

To ją uleczy? – zapytała Karina.

Zobaczymy – odparła jej Wiktoria. – Teraz wszystko zależy od niej samej.

Podszedł Adam szczęśliwy na ich widok i z niepokojem zaczął przyglądać się rannej kobiecie. Zaraz za nim pojawił się i książę:

– Dobrze, że zdążyliście, wyruszamy.

Ale ona nie może w takim stanie się poruszać – sprzeciwiła się Wiktoria. – Musimy dać jej odpocząć.

Naszym celem jest Ridan i nic się tutaj nie zmienia.

Nie zostawię jej tutaj.

– Książę – wtrącił Marin. – W domu tej kobiety widzieliśmy ciała wielu zbrojnych. Myślę, że to mogli być Kesyjczycy.

– Jeśli są martwi to już nie stanowią żadnego problemu.

Nie, ale to może oznaczać, że przedostają się na nasze ziemie przez Smocze Góry.

Za niedługo wrócą moi zwiadowcy...

– Jeśli wrócą – przerwał mu Marin.

– Wrócą – powiedział zdecydowanym tonem książę. – Zaraz wyruszamy.

Tymi słowami uciął rozmowę i oddalił się do swojego namiotu, pozostawiając ich samych ze swoimi myślami.

Zaczekajcie tutaj – powiedział do zebranych Marin i pobiegł za księciem.

Wszedł za nim do jego namiotu, co wzburzyło go bardzo.

– Wynoś się z mojego namiotu, bo każę cię wynieść.

Ta kobieta sama pokonała cały oddział Kesyjczyków – powiedział licząc na zainteresowanie tym faktem księcia.

Książę uciszył się i z niecierpliwością oczekiwał kolejnych jego słów.

Sam widziałeś ile twoja armia zyskała dzięki obecności Wiktorii. A ile zyska jeśli będzie miała w szeregach dwie potężne czarodziejki?

– Cały oddział?

– Widziałem na własne oczy ich martwe ciała. Żaden nawet najlepszy rycerz nie dokonałby tego co ona.

– Widziałeś w jakim jest stanie. Niewiadomo czy ona przeżyje kolejny dzień.

– Myślę, że warto dać jej chociaż ten jeden dzień.

Książę wziął głęboki oddech i odwrócił się do niego plecami chcąc namyślić się w spokoju.

Nie możemy pozwolić sobie na stratę chociażby jednego dnia. Wojska muszą dotrzeć do Ridan jak najszybciej. Jeśli pozwolę czarodziejce zostać z jej umierającą matką to stracę jedyną czarodziejkę, jaką mam. Nie mogę do tego dopuścić.

– Ale...

Nie zapominaj, że jest wojna. Wróg nie będzie czekał na nas. Wytypuj dwóch swoich ludzi, by pozostali przy niej, reszta musi iść dalej – przerwał odwracając się w stronę młodego dowódcy. – Czarodziejka musi iść z nami.

Marin wiedział, że więcej już zyskać nie może. Skinął tylko głową i wyszedł z namiotu księcia.

I co? – zapytał go Adam stojąc obok Wiktorii i pozostałych chłopów gotowych do wymarszu.

Nagle usłyszeli wołanie jednego z żołnierzy: „zwiadowcy wrócili!”. Z zarośli po chwili wyszedł koń, na którym z ledwością utrzymywał się mężczyzna z wbitą strzałą w plecach.

To zwiadowca ze Smoczych Gór – rzekł Piotr z przerażeniem w głosie.

Żołnierze pochwycili konia i ostrożnie zdjęli jeźdźca z jego grzbietu. Książę powiadomiony o jego przybyciu wyszedł ze swojego namiotu i widząc rannego zwiadowcę od razu spojrzał na Marina. Młody dowódca wpatrywał się w niego oczekując odpowiedniego rozkazu.

Gdzie pozostali? – zapytała Karina.

Nie żyją – odpowiedział mu z trudem zwiadowca. – Musicie ich powstrzymać.

– Odsuńcie się – zawołał do nich medyk podbiegając do rannego. – Trzeba go opatrzyć.

Poprowadzisz swoich ludzi do Smoczych Gór – wydał w końcu rozkaz tak długo oczekiwany przez Marina. – Oni nie mogą dostać się na nasze ziemie.

Tak jest.

A moja matka? – zapytała go Wiktoria.

Książę spojrzał na Marina i po chwili odpowiedział:

Masz jeden dzień. Później z nią lub bez niej podążysz za nami do Ridan.

* * *

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.