Księżna łowicka - Wacław Gąsiorowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 508 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Księżna łowicka - Wacław Gąsiorowski

Zbeletryzowane losy Joanny Grudzińskiej, polskiej żony wielkiego księcia Konstantego.

Gąsiorowski wykorzystał historię młodej Polki, by pokazać relacje panujące w domu Konstantego, przez wiele lat rzeczywistego, choć niekoronowanego władcy Królestwa Polskiego, a w szczególności jego stosunki z bratem, Aleksandrem I, a potem z synem tegoż, Mikołajem, oraz z tymi, którzy realizowali bieżącą politykę w stosunku do Polaków: Nowosilcowem, Kołzakowem, Kurutą. Niezrównoważona osobowość rosyjskiego księcia miała ogromny wpływ na stosunki panujące na skrawku dawnej Polski, który miał być kolebką odrodzenia naszej ojczyzny. Fiksacja na punkcie wojska, skupiona wyłącznie na wyglądzie żołnierzy, a nie ich wartości bojowej w połączeniu z niezwykle podejrzliwym charakterem, zrozumiałym poniekąd u człowieka wychowanego na dworze, gdzie każdy kolejny car był mordowany przez swego następcę, zmieniły życie warszawiaków w piekło.

Żaneta Grudzińska, gorliwa katoliczka, starała się łagodzić niepohamowaną naturę męża, ale przede wszystkim starała się być dobrą żoną. Niestety, nie odznaczała się ani silnym charakterem, ani wyjątkowym umysłem. Tym bardziej jej postrzeganie męża różniło się dramatycznie od jego wizerunku zewnętrznego.

Opinie o ebooku Księżna łowicka - Wacław Gąsiorowski

Fragment ebooka Księżna łowicka - Wacław Gąsiorowski






Strony tytułowe


Strona redakcyjna



Copyright © 2011, Wydawnictwo MG

ISBN: 978-83-7779-020-5

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Opracowanie redakcyjne: Wydawnictwo MG

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Publikację elektroniczną przygotował


TOM PIERWSZY

TOM PIERWSZY

I

I

Wiosna roku 1818 dla ziem polskich zdawała się być wierną strażniczką postanowień kongresu wiedeńskiego. Bo choć po staremu, po dawnemu miała jeden i ten sam płaszcz zieleni na pokrycie całego chrobrowego władania, choć tymi samymi warkoczami słonecznych promieni grzała wszystkie złomy Rzeczypospolitej, przecież dla każdej poszczególnej części nowego rozbioru inne hołubiła nadzieje, inne budziła tęsknice, inne zawołania, inne troski serdeczne.

Gdy więc Warszawa rozbrzmiewała ochotą wskrzeszonego, a ledwie co ukończonego sejmu, gdy jako stolica Królestwa Kongresowego bramy triumfalne stawiała swemu monarsze, a kwiatami słała każdą piędź ziemi, stary gród Zygmuntowy stroił się równocześnie w kiry, żałobne przywdziewał szaty, a w grobach królewskich gotował spocznienie zwłokom Kościuszki.

Gdy więc Wilno roiło jedynie, aby „król-odnowiciel” ziścił co prędzej swe miłościwe napomknienia i Litwę obdarował statutami Kongresówki — Lwów marzył już tylko o takiej wspaniałomyślności Wiednia, która by nareszcie pozwoliła Galicji zakosztować pełni austriackiego obywatelstwa.

Każda poszczególna połać dawnej Rzeczypospolitej w inną ciążyła stronę, każda zabiegała o wytrzeźwienie się, o pojednanie z losem, o wyzbycie niedogodnych wspomnień. Każda na swój sposób zamyślała bytować, każda własną rozpoczynała politykę.

I może by wiosna roku 1818 przywiodła naród polski do uznania tego nowego rozbioru Rzeczypospolitej, może by raz na zawsze rozszczepiła dzieci jednej ziemi, gdyby nie poszmer idący sponad Warty, gdyby nie rozhowor lip osłaniających prastare siedziby rycerskich rodów wielkopolskich, gdyby nie zawziętość ludu poznańskiego, co nie tylko na świętym przymierzu nie umiał się poznać, ale nawet nie chciał się pokłonić takiemu „odnowicielowi” Polski, który dzieło odnowienia począł od przyznania królowi pruskiemu kolebki Piastów.

Boć tu jedynie na pograniczu Brandenburgii, tu jedynie na ziemi Mieczysława nie próbowano nowym życiem żyć, nie kwapiono się nowemu panu hołdować, nie przyznawano do obłąkania napoleońskiego, nie wypierano wczorajszych haseł. A jeżeli i tu przyjmowano niby uroczyste nadania królewskiej mości, to przecież snadź mając własne sprzed roku 1806 racje o pruskich przyrzeczeniach, niewiele obiecywano sobie nawet po uroczystych zaręczeniach wiedeńskich.

Ponoć i sam książę Radziwiłł, namiestnik poznański a królewski kuzyn, stracił po kongresie grunt dla swych rachub, a choć na czele nowego księstwa stał, ani wiedział, dokąd iść, kędy prowadzić. Bo nie tylko Radziwiłł, ale i nikt nie wiedział, dokąd sięga zagwarantowane przez króla pruskiego prawo rozwoju narodowego, bo nikt nie zdolen był pojąć onego swobodnego bytowania skrawka Rzeczypospolitej bez Rzeczypospolitej.

Stąd cisza i przygnębienie panowało na ziemi poznańskiej; stąd tyle bywało tu wesela, ile ochoty przedostało się spoza świeżo usypanych kopców granicznych, znaczących posiadłość Królestwa Kongresowego; stąd tyle bywało myśli jasnej, ile mocy w spojrzeniu marsem okrytych twarzy, i stąd tyle tu bywało wiary w przyszłość, ile tchnienia w piersi bohaterów spod Racławic, Dubienki, Novi, Możajska, Saragossy i Lipska.

Lecz była chwila w Poznańskiem, iż zdawało się, że chmurne oblicza napoleończyków rozpromieniały; była chwila, iż nie tylko spod Targowej Górki, siedziby imci pana Amilkara Kosińskiego, zwanego popularnie „pierwszym legionistą”, ale już z samej Winnogóry, kędy gospodarzył umiłowany wódz, Dąbrowski, wcale poważne iść zaczęły słuchy o zamysłach ministra Knesebeka, o sympatiach ku Polakom Hardenberga i śmiałych planach Boyena.

Nic by to jeszcze, żeby jeno słuchy chodziły. Lud poznański niewiele by się po nich spodziewał, ale kiedy raptem w styczniu roku siedemnastego ogłoszono nominację generała Kosińskiego na generała porucznika pruskiej armii, nad Wartą aż zakipiało.

Co złuda — to złuda, a co dokument — to dokument.

W tym zaś razie dokumentem było, iż „pierwszy legionista” nie Prusakom będzie komenderował, gdyż sam, Litwin szczery z drohickiej ziemi, po niemiecku nie umiał, a choćby nawet regimenty pruskie legiońskiej mowy się nauczyły, toć jeszcze pan Amilkar nie żadnym rzemieślnikiem żołnierskim był, aby się obcym na instruktora wynajął. Tedy nie bez racji spodziewano się, iż po tym pierwszym dokumencie nastąpi drugi, zgoła rzecz dokładnie wystawiający, bo powołujący pod sztandary narodowe wszystkich polskich oficerów i żołnierzy na ziemi poznańskiej osiadłych.

Dla wyjaśnienia tej wojskowej formacji powiadano, jako król pruski postanowił z cesarzem Aleksandrem pójść w zawody i takoż mieć swoje polskie wojsko, i to wojsko, które by mogło w potrzebie równie zagrozić Rosji, jak polskie wojsko cesarza Aleksandra groziło Prusom.

Ten wykład wiódł niby do tego, że w razie zawieruchy wojennej pułki polskie króla pruskiego pójdą na polskie pułki Kongresówki. Nikt atoli tak dalece w dociekaniach się nie zapędzał, rozumiejąc, że już by tam generałowie polscy wiedzieli, jak sobie poczynać, aby ławą iść, a jednemu i własnemu znakowi służyć.

W ślad za nominacją imci pana Amilkara gruchnęło, że książę namiestnik poznański już listę układa na brygadę piechoty i brygadę jazdy, a co z przedniejszymi oficerami deliberuje.

Młodzież hurmem sposobiła się do zaciągu; weterani butniej spoglądali na „fałdy”; krew zagrała w Poznańskiem.

Aż nagle, pod koniec roku siedemnastego, spadła nowina, iż pułkownik Dezydery Chłapowski, na uczynioną sobie przez księcia Radziwiłła propozycję objęcia dowództwa pułku ułanów, odrzekł, iż na polskim mundurze nie ma miejsca dla pruskiej kokardy.

Dumna odpowiedź Chłapowskiego jednych ucieszyła, drugich rozgniewała. Jedni chwalili pułkownika za odmowę, drudzy zarzucali niepolityczność i usuwanie się od powinności obywatelskiej. Ci dla tęższego argumentu jęli wykładać, jako nieprzystojnie jest, aby żołnierz tak zasłużony, jak pan Amilkar Kosiński, pruski mundur wdziewał lub choćby tylko pruskiemu sztabowi się poddawał; tamci zaś, broniąc Kosińskiego, tym zawzięciej nastawali na Chłapowskiego, tym gwałtowniej potępiali tych, co wygórowaną skrupulatnością psuli poczciwe usiłowania.

Tymczasem ci, pod których imieniem się ścierano, milczeli. Pułkownik Chłapowski nawet był wyjechał do Anglii na nauk rolniczych badanie, generał Kosiński zaś, choć siedział w Targowej Górce, tyle przecież dawał znaku życia, ile że od czasu do czasu jaki artykulik literacki w „Mrówce Poznańskiej” ogłaszał. Zresztą najbliżsi sąsiedzi „pierwszego legionisty” wiedzieli zaledwie, iż generał od dnia swej pruskiej nominacji czegoś spochmurniał, że prawie nie przyjmował, od ludzi stronił, a jeno coraz częściej do Winnogóry do Dąbrowskiego jeździł.

Jakoż istotnie, gwarny dotąd dom imci pana Amilkara ogłuchł, zawarł wrota swego dziedzińca, okiennicami połowę okien przysłonił i niechętnie ku gościńcowi spoglądał.

Nie brakło z początku ciekawych i natrętów, którzy mimo tych oznak łomotali do bramy, a z odwiedzinami się zapowiadali. Lecz że pani generałowa czegoś słabowała, generał zaś dnie całe spędzał w Winnogórze, gość nieproszony rad nierad zawracał sprzed dwora. A że ze swej strony ani generał, ani generałowa zaprosin nie przyjmowali, przeto po pewnym czasie dwór w Targowej Górce przybrał swój dawny, szczery wygląd, nie turbując się zbytnio o gości: nikt bowiem ani śmiał przedeń zajeżdżać.

Stąd łatwo sobie wystawić zdumienie starego Macieja, który za ogrodowego w Targowej Górce służył, gdy pewnego popołudnia czerwcowego ujrzał pędzącą wprost ku dworowi brykę.

Stary Maciej oczy przetarł, jakby własnym nie wierząc źrenicom, po czym z groźnym pomrukiem powlókł się o kiju do bramy wjazdowej. Odsunął podpierające rozwarte wrota kamienie i bramę z zewnątrz zatrzasnął. Aż uporawszy się z wrotami, plecami się o nie zaparł i nastroszywszy siwe, krzaczaste brwi, odwrócił się ku nadjeżdżającej bryce, gotując się do solennej odprawy natręta. Ba, i do tym solidniejszej, iż Maciej żywił od dawna rankor do samego siebie za to, że na Trzy Króle landrata do dworu wpuścił, mniemając, iż pan generał rozkazu do tak urzędowej osoby nie stosował, tym bardziej iż landrat wysumitował się uroczyście, jako panu generałowi wiezie generalską pensję. Z tego Madejowego rezonowania wynikło, że pan generał landrata w antykamerze sfukał i razem z asygnatami kazał mu się precz wynosić, a Macieja zekpał tak okrutnie, jak bez mała onego Latoura, co Mantuę poddał, a niemal całą drugą legię do niewoli austriackiej zaprzedał.

Bryka tymczasem ani myślała zważać na groźną postawę starego sługi i parła wyciągniętym kłusem na bramę wjazdową. Dopiero gdy zawarta brama już wprost zagrodziła drogę bryce, stangret palnął raz i drugi z bata, a wreszcie konie zdarł i zakrzyknął raźno:

— Hej tam, brama!

Maciej na to wezwanie ani drgnął, zaparł się mocniej o wrota i kijem poszturchiwał kamuszki, zda się ani postrzegając parskających tuż przed nim końskich łbów. Stangret wyczekał chwilę i zakrzyknął ponownie:

— Niechże ta wasan otworzy!

Maciej śmignął kijem po kamuszkach i bąknął opryskliwie:

— Czego? Ani dudu!

— Zejdź sam i otwórz! — rozległ się za plecami stangreta dźwięczny głos mężczyzny siedzącego w bryce.

Stangret zaczął gramolić się ze swego siedzenia. Maciej w okamgnieniu przeszedł z obronnej pozycji do zaczepnej.

— Co to? Czego to?

— Do pana generała Kosińskiego! — odparł z lekkim zniecierpliwieniem mężczyzna.

— Nie ma rozkazu! Pani generałowa niezdrowa, a pan generał — nie ma rozkazu. Komu wola popasać, to na folwark do ekonoma. Tu ani dudu!

— Więc pana generała nie ma w domu?

— Jest, nie jest, nie ma rozkazu i kwita.

— Lecz przecież zamelduj, do licha!

— Nie ma rozkazu! — oburknął Maciej i śmignął kijem po kamuszkach.

Mężczyzna w bryce żachnął się, odrzucił płaszcz z ramion i wyskoczywszy z bryki, szedł wprost na Macieja, zabierając się snadź do gorącej rozprawy. Lecz zanim stanął przed groźnie wyprostowaną postacią starego Macieja, wypogodził twarz i ozwał się jowialnie:

— A, mości Jędrzejowski, takiego przywitania się nie spodziewałem!

Maciej łypnął szklistymi oczyma.

— Bo... a jakże, nie ma rozkazu!

— Tam do diaska, nie poznajeszże mnie, a kto ci przy szturmie Sandomierza sierżantował?

Stary drgnął, fyrknął nosem i chude, żylaste ręce ku gościowi wyciągnął.

— Chryste, a toż pan Łukasiński! Ani dudu, pan Łukasiński! Gdzieżbym nie pamiętał!

Maciej do ramienia Łukasińskiego się pochylił, lecz ten go szybkim ruchem powstrzymał i za rękę uścisnął.

— Nie, nie, mój Jędrzejowski, dziadem moim moglibyście być! Dawaj rękę, w jednym plutonie chodziliśmy. Raduję się, że was widzę zdrowego! No, a teraz mi przystępu nie brońcie, skoro przekonaliście się, żem nie Filistyn.

Jędrzejowski się zafrasował.

— Kiedy bo, panie poruczniku...

— Cóż tedy, pani generałowa cierpiąca? Pana generała nie ma w domu?

— Nie, nie to, tylko że nie ma rozkazu, to jest na odwrót: jest rozkaz, nie przyjmujemy nikogo, chyba że pan Szczaniecki albo pan Prądzyński, albo ten... i ani dudu. „Bramę zawieraj i żywego ducha nie wpuszczaj”.

Łukasiński się zasępił.

— Hm! Gdybym był wiedział, pismo bym przodem wyprawił.

— Bramę kazali zawrzeć. Mnie samemu, panie poruczniku, nijako...

Jędrzejowski skrzywił się w tym miejscu z tak komiczną żałością, że aż Łukasińskiego rozweselił.

— Bramę, bramę, powiadasz. No, a furtką można?

— Fu-furtką? — zdziwił się serdecznie Maciej. — O furtce dalipan nie było mowy, więc chyba że furtka, tylko meldować, ani dudu!

— Wybornie! Tedy, mój Jędrzejowski, stawcie czoło bryce, a ja tymczasem opłotkami samotrzeć. W razie czego, nie widziałeś mnie.

Maciej chciał protestować, lecz spojrzawszy na Łukasińskiego, jakby mu serca zabrakło na dłuższe opieranie się.

— Zekpał mnie pan generał raz za landrata, a jak zekpie drugi raz za pana porucznika, to chociaż para, a będzie lżej. Niechże pan porucznik jeno zważa na psy. Pan generał musi w ogrodzie za pałacem.

Łukasiński skierował się ku furtce między opłotkami, a dostawszy się za kamionkę, skręcił w bok dziedzińca, wprost w głąb ogrodu za dwór, upatrując w krzyżujących się a wijących na wsze strony dróżkach i ścieżkach postaci pana generała. Aż dotarł tak do kamionki pod cieplarnią i nikogo nie napotkał. Zawrócił tedy w przeciwny kraniec, lecz i tym razem nie miał szczęścia. Była to dlań okoliczność wielce niepomyślna, Łukasiński bowiem, już wybierając się z Warszawy, słyszał o nagłym i nieubłaganym odludztwie generała, a nadto miał nie lada wątpliwość, czy samo nazwisko Łukasiński nie starczy generałowi, aby na tym mocniejsze wrzeciądze drzwi przed gościem zamknąć.

Ale nie pora było o odwrocie myśleć, Łukasiński bez wahania z krańca ogrodu jął iść wprost ku dworowi. Lecz gdy w perspektywie alei ukazał mu się spowity winem ganek, Łukasińskiemu raptem tchu zabrakło. Zastanowił się więc, a dostrzegłszy ławeczkę darniową, osunął się na nią ociężale i tak zastygł bez ruchu, bez drgnienia twarzy, bez mrugnięcia powiek, niby pochłonięty graniem słonecznych cieni padających z przesyconego światłem grabu, niby zasłuchany w pogwar pszczół rozhulanych nad krzakami jaśminów, bramujących rabaty alei, niby w zapatrzeniu szukający wytchnienia dla myśli.

Łukasiński tak bezwładnie poddał się osłupieniu, które go ogarnęło, że ani nie zwrócił uwagi na odgłos żwawych kroków w pobliżu, ani nie spostrzegł drobnej, ruchliwej postaci mężczyzny w białym kitlu, która zarysowała się za klombem i nadchodziła wprost ku ławce.

Mężczyzna w białym kitlu snadź był baczniejszy, gdyż raptem przystanął, zmierzył bystrym spojrzeniem Łukasińskiego i z wyrazem niepewności ruszył znów, aż zbliżywszy się do siedzącego, zatrzymał się i zagadnął niechętnie:

— Co tu aspan?

Łukasiński na dźwięk głosu mężczyzny w białym kitlu porwał się z ławki, wyprostował całą śmigłością swej młodej a męskiej postaci i uchylając kaszkietu, rzucił gorączkowo:

— Wszak mam honor z panem generałem?

— No tak, lecz co aspan, co tu aspan?

— Jestem Walery Łukasiński, niegdyś porucznik szóstego pułku wojsk Księstwa Warszawskiego.

Generał poczerwieniał z lekka.

— Łukasiński, tak, pamiętam. Więc dziś major czwartego pułku w wojsku kongresowym?

— Tak, panie generale.

Kosiński ściągnął brwi.

— Bardzo miło, ale daruj, że bez ogródki zapytam, co pana do mnie sprowadza?

— Pragnienie przypomnienia się jego łaskawości, chęć zasięgnięcia rady.

Generał się żachnął.

— Mości majorze, o ile mi wiadomo, radzić sobie potrafisz znakomicie, a co do pamięci mej, to ta aż nadto zaprowidowana została nowinami, na jakiego to personata u jego cesarzewiczowskiej mości wyszedłeś. Stąd wybacz, ale trudno mi zgodzić się na tak niespodziewany zaszczyt.

Łukasiński pobladł; drżenie przebiegło jego kształtnie wygięte wargi.

— Generale, mniemałem, że choć tu nie według mizernych obmów ludzi sądzą.

— Nie bierz mi za złe, mości majorze, żyję z dala od ludzi, nie przyjmuję nikogo. Gdybyś się był zapytał, uprzedzono by cię zawczasu. Wina służby mojej...

— Mego urojenia raczej — przerwał gorączkowo Łukasiński — Żegnam tymczasem.

— Bo dalipan pozwól, majorze — zaczął pojednawczo generał, którego wartka odpowiedź Łukasińskiego zakłopotała — nie rozumiesz mnie.

— Aż nadto, że generał raczył nabrać o mnie nowego wyobrażenia i to według potwarczych wieści, sam zaś ani dziwi się, iż stawiając się tu, na wieści o nim chodzące nie zważałem!

— Jak to bo, jak to?!

— Ano, takim ci ja podobno jestem personatem u jego cesarzewiczowskiej mości, jakim pan generał u królewskiej.

Kosińskiemu krew uderzyła do głowy.

— Słuchaj, mości Łukasiński — odrzekł urywanym głosem — mam cię za człowieka honoru. Tak rozstać się nie możemy. Tu, na tym miejscu, musimy rzecz rozstrzygnąć. Pozwól, w tej chwili przyniosę, co trzeba. Wracam natychmiast.

Generał, nie czekając na odpowiedź majora, rzucił się na przełaj ku dworowi. Zanim Łukasiński zdołał ochłonąć z pierwszego wzburzenia, Kosiński już stanął przed nim zadyszany, rozgorączkowany.

— A teraz wybieraj, panie majorze, tu masz pistolet, a tu moją nikczemną łapę: albo mi w łeb wypal, albo podaj rękę swemu dawnemu brygadierowi.

Łukasiński potrząsnął głową.

— Nie żywię urazy, mam honor pożegnać!

Kosiński chwycił majora w ramiona.

— Tak waszmości nie puszczę! Nie czyń mi tej krzywdy. Zawiniłem, lecz patrz, jakichże to sam doczekałem czasów, żółć mnie zalewa, sobie samemu obmierzłem. Panie Walery, no, już mi nie przymawiaj, korzę się przed waszecią, biję w piersi i całym sercem w dom proszę.

Major bronił się perswazjom generała i odjeżdżać chciał, lecz gdy mu Kosiński bitwę pod Żarnowcem wypomniał, a do czasów adiutanctwa Łukasińskiego sięgnął, major zmiękł i dał się powieść do dworu.

Tu ostatnie lody wnet prysły, bo generał tak zacnie do majora przemówił, że i ten roztajał i zrzucił z siebie przybraną skórę ugrzecznionej rezerwy. A dopieroż kiedy Kosiński, dając folgę poruszeniu, sfukał starego Jędrzejowskiego za to, że śmiał bryce Łukasińskiego wstręty czynić, to już taka zstąpiła pogoda a jasność, że cały dwór w Targowej Górce poweselał, a rozhowor poszedł aż ku pokojom pani generałowej.

Kosiński tymczasem gościa swego w kancelarii usadowił, do podwieczorku kazał nakryć, a ugaszczał.

Tu jeszcze półgębkiem odpowiadał Łukasiński, tu jeszcze generał rwanymi zdaniami ciskał, aż kiedy major, wspominając o swej podróży, bąknął coś o pruskiej granicy, Kosińskiemu potok słów zerwał się z ust:

— Patrzże, na co znów zeszliśmy! Patrzże na dobrodziejów z kongresu wiedeńskiego! Póty łzy nad nami ronili, aż nas po raz szósty pokawałkowali! No, boć szósty! Trzy były rozbiory stanisławowskie, czwarty Tylża, piąty po roku dziewiątym, szósty teraz, wiedeński! Wy tam, w tym świeżo upieczonym Królestwie, choć tyla macie, że was gromada ludu, a my tu ani jutra, ani spodziewania, ani złudy. Słyszałeś przecież, generałem porucznikiem pruskim mnie zrobili. Przyjąłem, bo mi się Radziwiłł zaklął, iż tu idzie o tworzenie polskiego wojska! I podobno Radziwiłł prawdę mówił, bo i minister Hardenberg toż samo w oczy mi powtórzył. Ale cóż, Peterburkowi się to nie spodobało i królewska mość zwinął chorągiewkę.

— Więc istotnie formacja pogrzebana została? A też uroczyste przyrzeczenia?!

— Pod ziemią już ich nie znajdziesz. Uważ tedy, co ze mną! Ani się do Prusaków napraszałem, ani myślałem komu innemu niż swoim służyć. A tu cóż? Kosiński się na pruskiego dygnitarza wypromował, a o polskich regimentach ani słychu. Z tego, po latach tułaczki, wojowania tylem się doczekał, że mnie lada chmyza szameruje, a prusackość zarzuca! Powiedz no, panie Walery, czyli możesz teraz dziwować się, iż na cudaka zeszedłem, iż mi wątroba do rozumu się dobiera, iż rad bym każdego żgał jęzorem a przymawiał? Do czarta, a tu na ostre nie ma z kim iść, bo za plecami gadają. A przecież nie wdziałem onego munduru, którym mnie obdarzono, a przecież landratowi, co mi żołd pruski przywiózł, drzwi pokazałem! Cóż więcej uczynić mogłem? Miałżem się sam zaprosić do lochu magdeburskiego na rehabilitację? Tfu! Lepiej nie mówić, bo jak ruszysz, to byś trzy dni pomstował i jeszcze żółci nie ulał. Rzecz w tym, iż u nas źle się dziać zaczyna. Książę Antoni niby wywodzi, kalkuluje, pomyślniejszego wiatru wyczekuje, aleć są to koszałki opałki. My tu z pruską mością nic nie mamy do zyskania, a wszystko do stracenia.

— I my nie w lepszym jesteśmy położeniu.

Generał spojrzał uważnie na Łukasińskiego i bąknął niepewnie:

— Hę? Bo jakże to? Wszak ci wy w Kongresówce?

— Mamy ten sam punkt wyjścia, a nim jest powstanie! — zakonkludował z mocą Łukasiński.

Generał odsapnął, sięgnął w milczeniu po lulkę, napchał ją tytoniem, skrzesał skier na hubkę, rozżarzył ją, przyłożył na tytoń i pyknął błękitnym dymem a niby zapomniawszy o definicji majora, zagadnął flegmatycznie:

— A teraz powiadaj mi, panie Walery, jakże ci na nowej służbie pod cesarzewiczem.

— Toć pewnie pan generał słyszał: „Łukasiński oczko w głowie, Łukasiński faworyt. Chluba dywizji, chwała brygady”.

— No, a naprawdę?

— Naprawdę: tyle racji, iż o żołnierza dbam, służby pilnuję, karności strzegę, unikam hałasów o lada sprzeczkę, no i zęby ściskam.

— Twój pułk jest pod Mycielskim, w brygadzie Grabowskiego?

— Był; w roku zeszłym mianowali nam Bogusławskiego na dowódcę, a na brygadiera awansował Blumer. Grabowski został trzecim dyrektorem generalnym w Komisji Wojny.

— A cóż myślisz o Konstantym?

Łukasiński zachmurzył się i odrzekł głucho:

— Panie generale, pozwól, że zamilczę. Nie chciałbym błahego słowa powiedzieć, a na sąd bezstronny o cesarzewiczu mnie nie stać.

— Pochwalam waszmościną powściągliwość, w twoim położeniu rzekomego ulubieńca jeno ci to zaszczyt przynosi.

Major oczy przysłonił powiekami, jakby dobywające się spod nich blaski chciał skryć. Kancelarię chwilowa zaległa cisza, aż Kosiński ozwał się, zmieniając przedmiot rozmowy.

— Bardzo się cieszę, że cię oglądam, majorze. Świat czasu nie widziałem waszmości. Zmężniałeś, anibym cię poznał. Ale, ani zgadniesz, kto mnie niedawno wypytywał o ciebie, wojewoda-generał.

— Dąbrowski?!

— Tak, zmówiło się o tobie. Generał nie mógł się dość nachwalić postawy czwartego pułku na paradzie cesarskiej.

Łukasińskiemu puls na skroniach napęczniał, chciał coś rzec, lecz się zmógł. Kosiński, jakby myśli majora przenikając, dodał:

— A że słyszał, iż jesteś duszą pułku, tedy wypomniał o waszmości. Nie prezentowałeśże się generałowi-wojewodzie?

— Nie miałem sposobności. Podczas sejmu dzień i noc trzymali nas w koszarach; a potem do generała-wojewody przystęp trudny, szpiegów jak nabił.

Kosiński pyknął z lulki, spojrzał spod oka na Łukasińskiego i nic nie odpowiedział.

Kancelarię po raz drugi cisza zaległa. Kosiński znów niby puścił mimo uszu uwagę Łukasińskiego, major zaś, nie doczekawszy się słowa, zasunął się znów w żółwią skorupę.

Milczenie obustronne ze zwykłego przestanku w rozmowie przeistoczyło się w nieznośnie niemiłą pauzę. Na chudej, pomarszczonej twarzy pana Amilkara zarysowała się wyczekująca, skupiona flegma. Wyniosłe czoło Łukasińskiego falowało bruzdami wewnętrznej walki.

Aż wreszcie major poruszył się i zapytał raptownie:

— Czy wojewoda-generał przebywa obecnie w Winnogórze?

— Powinien lada godzina wrócić, czekam nawet na wiadomość, wyjechał w Krakowskie.

— Myślałem, że zastanę. W Warszawie mówiono mi, że wojewoda-generał wprost z sejmu do Winnogóry powrócił.

— No tak, lecz wypadło mu w rodzinne strony.

— Wszak pan generał z wojewodą-generałem w bliskiej pozostaje zażyłości?

Kosiński zasunął szyją w wystające nad chustką patermordery.

— Pych... pan Dąbrowski rad dawnemu towarzyszowi broni a podkomendnemu. Juści człek garnie się do tego jedynego serca, które zawsze jednakowo grzeje; ale gdzie tu o zażyłości mówić!

— Powiadano mi.

— Bzdury ludziska prawią! — uniósł się raptem Kosiński. — Ja w zażyłości z panem Dąbrowskim! A organista ze świętym Józefem! Nie, nie, mości Łukasiński, nie na to osiwiałem przy Dąbrowskim, abym za pan brat był z tym, nad którego nie było jeszcze! Tak nie było i nie będzie, bo jak ziemia takiego jednego wyda, to już jej musi na całe bytowanie starczyć!

— Prawda, generale — przyznał cicho Łukasiński.

Lecz pana Amilkara to przyznanie racji nie uspokoiło, bo bęcnął lulką o stół i ciągnął tchem jednym:

— Dąbrowski! Nasze prawnuki zbutwieją, dwadzieścia pokoleń robactwo stoczy, a on jeden zostanie! Generał i generał! Generalskich bulionów narosło niby pleśni, a iluż generałów mamy?! On jeden był od Maciejowickiej bitewki i on jeden generałować będzie póty, póki ta rozerwana ziemia się nie zewrze, póki duch piastowy nie zmartwychwstanie. Wam kongresowiakom cesarskie przepychy zaćmiły bystrość, was oszołomiły wiedeńskie przysięgi a uroczyste deklamacje wilków, którzy rok cały wyli ze wspaniałomyślnej troski o dolę barana, aż ci go porwali na części! Widzisz waszmość tę pięść? To jest mój kongres!

— Złote słowa, panie generale!

Kosiński spojrzał na rozognioną twarz Łukasińskiego i ochłódł, lecz major nie zważał już na widoczną znów powściągliwość pana Amilkara, do kieszeni surduta sięgnął, dobył papier we czworo złożony i podał „pierwszemu legioniście”.

— Oto, z czym przybywam.

Generał z pewnym zdziwieniem wziął papier, rozłożył i do oczu podniósł. Ale zaledwie przebiegł kilka wierszy, drgnął, zaszeleścił nerwowo papierem i szepnął:

— Od Wierzbołowicza... więc waszmość... waszmość jesteś tym, na którego my tu czekamy od dwóch miesięcy?!

— Na rozkazy generała!

Kosiński raz i drugi papier do oczu podniósł, jakby jeszcze mu nie dowierzał, jeszcze sprawdzał.

— Więc Wierzbołowicz w imieniu waszmościnym?

— Nie tylko w moim, generale, boć gromada nas jest.

— Tak, tak, aleć duszą tej gromady waszmość jesteś... waszmość...

Kosińskiego kurcz chwycił za gardło, poruszył wargami, lecz nie mogąc głosu dobyć, porwał Łukasińskiego za ręce i ściskał je, a w dłoniach tulił.

— Generale, nie zasłużyłem sobie niczym.

— Stokroć, stokroć! Upatrywaliśmy w tajemniczym naczelniku wszystkich, krom ciebie! Nie umiem politykować. Owóż myśleliśmy, żeś jest jednym z tych, którzy dorwawszy się do pańskich względów, o sobie jeno myślą. A bolało nas to, dokuczało nam, boć zdolnościami się wyróżniasz, boć, co nam nie obcym, całego pułku cieszysz się miłością. Stąd dwakroć większa radość. Panie Walery, a toż dopiero siurpryzę panu Dąbrowskiemu zgotowałeś! A patrz oczajduszę Wierzbołowicza! Była o tobie mowa przy nim, słowa nie pisnął, nawet mrugnięciem się nie ujął. A przecież szwagrem ci jest.

— Obligowałem go. I trzeba, generale, żeby i dalej tak, a nie inaczej o mnie mówiono. To boli czasem, ale i to chroni, to rozwiązuje ręce.

— Masz słuszność, majorze. Za poczciwą ofiarę podwójna spotka cię nagroda! Czekajże, dziś na noc pachołka do Winnogóry pchnę dowiedzieć się, czy pan Dąbrowski wrócił; jeżeli tak, to jutro na południe dotrzemy do wojewody. I wiesz, dla większej siurpryzy, ani nie wspomnę o twej misji, jeno wprost zapowiem, że majora Łukasińskiego przywożę.

— Wolałbym, generale, żeby to najciszej urządzić. Dostałem urlop do Karlsbadu. Nikt ani nie przypuszcza, że od Krakowa skręciłem na Poznań. Bytność moja w Winnogórze mogłaby obudzić czujność szpiegów warszawskich.

— Hm, widzisz, panie Walery, bąka bym strzelił! Oczywiście, że trzeba spotkanie z panem Dąbrowskim inaczej ułożyć. Lecz polegaj na mnie, Kossobudzkiego wyprawię, żołnierzysko z kamienia, włodarzuje u mnie.

Generał się zakrzątnął, na kredensowego zakrzyknął, po ekonoma posłał i naradziwszy się z nim, do kancelarii powrócił.

Teraz dopiero rozmowa z Łukasińskim potoczyła się raźno, aż stopniowo przeszła w poszmer bratni dwóch jednakowo czujących dusz, jednakowo pragnących serc.

Zarówno generał, jak i Łukasiński nie próbowali rozbierać słów Aleksandra I wyrzeczonych na dopiero co odbytym sejmie warszawskim, ani wypominać ostatnich awantur cesarzewicza, ani zastanawiać się nad krętactwem Nowosilcowa czy też deliberować, ku czemu mość pruska zmierza. Starczyło im dwóch zdań, aby zaniechać kwestii jasnych, oczywistych i przesądzonych dla każdego, który nie swego, lecz ojczyzny dobra pragnął, który nie ochłapu z pańskiego stołu, ale przyszłości ludu polskiego szukał.

Jakoż generał bez wstępów jął napomykać o swoich i Szczanieckiego pułkownika planach ku skupieniu patriotów, utworzeniu gromady, która by nie dała zgnuśnieć ludowi, która by ducha w nim nieciła, a tężyzną zaprawiała, no i która podałaby ręce braciom z Galicji, Kongresówki, Litwy, Wołynia i Podola.

Łukasiński wysłuchał uważnie Kosińskiego, a gdy ten skończył, zwierzył się ze swoimi zamysłami.

— Jest nas kilkunastu do dzisiaj, przy najsilniejszych zabiegach, za lat kilka może być nas kilkuset — to za mało na Polskę, a za wiele na dochowanie tajemnicy, na ustrzeżenie się wykrycia. Werbunek jest niebezpieczny i trudny. Dlatego też inną drogę rad bym obrać. Królestwo i Litwa aż się roi od wolnomularstwa, wolnomularstwo jest dozwolone, toć nawet cesarzewicz w loży zasiada. Owóż zdało mi się, iż można by własne otworzyć loże, zmienić statuty i nie ku odbudowaniu świątyni Salomona dążyć, lecz ku odbudowaniu Rzeczypospolitej zmierzać. Do lóż takich można zgoła otwarcie namawiać upatrzonych i tam ich z wolna zaprawiać i wypróbowanych dźwigać do lóż drugiego stopnia i jeszcze trzeciego, a dopiero w stopniu czwartym pracować otwarcie.

Kosiński na ten wywód potarł zmarszczone czoło.

— Śmiały rzut, ale diablo trudny. Próbowałem tego chleba, ciężki do przełknięcia. Tłumowi nie wierzę nigdy, gromadce dzielnych zaufam zawsze.

— Niezawodnie, gromadka dzielnych znaczy więcej, ale wówczas gdy tłum jest urobiony, choć ociosany z grubego. Zresztą, generale, nie upieram się przy moim układzie, a raczej przy układzie naszej garstki. Przeciwnie, rad będę najsurowszemu poddać go sądowi, w tym celu przybyłem. Przywiozłem szczegółowy opis.

— Doskonale, dziś jeszcze na noc do przewertowania go zasiędę, żebym się przed generałem nie zbłaźnił. Ściągniemy Szczanieckiego, a bodaj i Mielżyńskiego. No, no, panie Walery, przekonasz się, że i tu ludzie nie śpią na laurach.

— Więc generał-wojewoda nie odmówi?

— Jak to? Co?

— Bo, generale, nie mam czego kryć, garstka nasza nie z potentatów się składa, sędzia, adwokat, szlachcic wołyński, a co Wierzbołowicz: jako podpułkownik, największa między nami persona.

— Do czego waszmość zmierzasz?

— Do tego, generale, że Dąbrowskiego pragnęlibyśmy mieć za przewodnika, za wodza, a wobec naszej ubogiej w zasługi czeredy obawiamy się, aby nam nie odmówił.

Kosiński położył rękę na ramieniu Łukasińskiego.

— Dąbrowski nie odmawia nigdy dobrej sprawie!

Major nie zdążył odpowiedzieć generałowi, gdy na progu ukazała się wyprężona postać starego kamerdynera.

— Co tam? — zagadnął niecierpliwie generał.

— Jaśnie pani marszałkowa Brońcowa!

Kosiński otworzył szeroko oczy.

— Kto? Kto?

— Jaśnie pani marszałkowa Brońcowa z panną.

— Powiedzieliście?

— Kazała się zameldować do pani generałowej i do pana generała.

Pan Amilkar strzepnął z determinacją rękoma.

— Ano cóż, leć, proś do salonu, zaraz przybędę, jeno surdut wdzieję.

Kamerdyner wyszedł, generał odwrócił się do Łukasińskiego.

— Masz ci bal z Brońcową! Trzy dni będzie plotkowała, zanim się ruszy. A w dodatku żona mi słabuje! No i nie lubię tej baby! W porę się wybrała. Ale bo, panie Walery, wam coś jest?

— Mnie? Nic zupełnie.

— Darujesz waszmość, muszę się ogarnąć i gościowi się ucieszyć.

— Niech pan generał mną się nie kłopocze. O jedno bym prosił, aby mnie pan generał gdzie na ustroniu zasadził i o bytności mej Brońcowej nie mówił. Lepiej, żeby mnie nie widziała.

— Więc znasz ją, znasz?

— Dobrze.

— Masz słuszność, majorze, tak będzie lepiej. Baba się znudzi i prędzej wyjedzie. Chodź tędy do sionki, w gościnnym pokoju cię ulokuję, wybacz jeno z góry samotność chwilową. Po wieczerzy czmychnę Brońcowej.

Kosiński zaprowadził majora bocznymi schodami na pięterko, naniósł mu kopersztychów do oglądania i przeprosiwszy solennie, na powitanie marszałkowej podążył.

Łukasiński, zostawszy sam, pochylił się nad kopersztychami, lecz te zmęczyły go czegoś, więc przeszedł się po izdebce, otworzył okno i sięgnąwszy do mantelzaków podróżnych, które generał kazał z bryki przynieść, dobył zwój papierów i próbował raz jeszcze ułożony plan wolnomularstwa patriotycznego. Ale nawet ta ukochana, najdroższa mu sprawa nie zdołała rozpędzić natrętnych myśli cisnących się do głowy majora.

Daremnie Łukasiński próbował rozbierać punkty organizacyjnego statutu, daremnie zastanawiać się chciał, który postulat może wydać się słabszy, a który generałowi zgoła dziwaczny może się przedstawić, jak ten, aby, dla upozorowania legalności, w każdej loży mieć biusty cesarskie na honorowym miejscu, z każdego wiersza czytanego skryptu wychylały się ku niemu wielkie, spłoszone, czarnogranatowe oczy, a w uszach brzmiały mu echa zgiełkliwego rozgwaru na ostatnim zebraniu u Brońców.

I Łukasiński odrzucił trzymany skrypt, głowę wsparł na framudze okiennej i poddał się natrętnym wspomnieniom.

Toć ledwie rok minął, jak Łukasiński stałym bywał gościem u marszałka Zamku Królewskiego, jak żył jeno myślą oglądania panny Żanety, jak ścigał ją każdym pulsu uderzeniem, jak śnił cudny sen, jak roił! I nie tylko roił przecież. Boć i pan Broniec mile przyjmował zabiegi Łukasińskiego skierowane ku swej najstarszej pasierbicy i pani Brońcowa nie szczędziła słów zachęty, ba, nawet hrabia Grudziński, ojciec, choć z dala, Wierzbołowiczowi się zwierzył, że rad by Łukasińskiego mieć za zięcia. Wszystko składało się ku dobremu, aż potem Gutakowski ministrowicz spadł jak kula, a nim jedną z trzech panien Grudzińskich sobie upodobał, dwom naraz się zalecał. Zjawienie się Gutakowskiego było pierwszą chmurą, i groźną. A potem dom Brońców zhardział, matka o większej karierze dla córek zaczęła myśleć, panna Żaneta posmutniała, ochłodła. Lecz to podobno były jeszcze dobre, jeszcze szczęśliwe chwile. Aż w saloniku Brońców ukazał się wielki książę Konstanty! Zanim ktokolwiek spostrzegł, zorientował się, odgadł intencje cesarzewicza, następcy tronu, Łukasiński już je w lot chwycił, już je zgłębił, już nie wątpił. Małe, świdrujące oczy księcia wpijały się w Żanetę, ruda głowa ku niej się chyliła, ku niej szeroka, ceglasta szczerzyła się twarz. I zaczęły się dla majora noce długie, dni męki, bezsilnego gniewu. Na nic się nie zdały napomknienia Łukasińskiego, na nic usiłowanie przekonania Brońców. Marszałkostwo ani myśleli zawiązywać losu Żanecie i zbywali majora półsłówkami. Łukasiński upatrzył sposobność i do Żanety wprost się odwołał, lecz cały jego impet osadziło jedno jej spojrzenie, cały żar wystudziło w nim jedno uprzejme słowo. Odtąd Łukasiński snuł się jak cień po komnatkach Brońców, już nie szukał oczu Żanety, już nie żądał uśmiechu, już nie napawał się czarem idącym z jej postaci, lecz trwał, aby do dna wychylić gorycz, aby nic z bólu nie uronić. Potem, potem, tuż przed księciem, wyrósł niby spod ziemi Rembieliński. I bez ubiegania się o względy, o rękę Żanety się deklarował, bo i ani myślał pannie się naprzykrzać lub mieszać się do jej rozmów z księciem. Łukasiński zrozumiał grę. Czemu opierała się dotąd Żaneta Grudzińska, do tego dałaby się skłonić cesarzewiczowi pani Rajmundowa Rembielińska. Majora na te sidła bezecne opanowała wściekłość. Do oczu Brońcowej prawdę wypowiedział, a gdy ta wcale do serca rzeczy nie brała, wszczął sprzeczkę z Rembielińskim, wyzwał go i naznaczył. Od tej pory przestał bywać u Brońców. Od tej pory raz jeden podczas parady na placu Saskim widział Żanetę, jak z okna mieszkania generała Tolińskiego wraz z kilku damami wiała chustką na powitanie pędzącej czwórki książęcego kabrioletu.

Major odetchnął ciężko i mocniej ku ogrodowi się wychylił, jakby przestworu szukając dla tłoczących go wspomnień, gdy naraz, tuż za sobą, usłyszał zafrasowany głos generała:

— Rób, co chcesz, panie Walery, musisz zejść na dół. Nie udało się incognito.

— Ależ, generale...

— Nie moja wina, z Brońcową to tak: zanim karczmę minęła, już zdołała języka zasięgnąć, a wyrekonesansować, że major czwartego pułku bawi w Targowej Górce.

Major nie wiedział, co odpowiedzieć. Kosiński wziął to za konfuzję.

— Co tam, przecież cię baba nie zje! Ażebyś stąd gawęd niepotrzebnych nie miał, zełgałem, żeś po sumkę lokowaną u mnie wstąpił w drodze do „badów”. Dalej, dalej, panie Walery. Wąsa nie każę ci podkręcać, bo go, biedaku, według arcystrategii cesarzewicza, jako piechur golić musisz, aleć chociaż faworyciny nastrosz, bo dalipan, córuś Brońcowej warta grzechu! I baba nie bez kozery naparła się ciebie, wodzi przecież ten swój towar macierzyński nie tylko na pokaz.

— Więc i panny Grudzińskie są z marszałkową?

— Tatarzynie, bisurmanie, zaraz mu się pluralisu zachciewa! Jedna jest, łania nie dziewczyna, starczy za mendel. Mnie samemu nie bardzo tacy goście, ale że mi z tobą tyle dziś ukontentowania spłynęło, to niech tam i Brońcową! Nie marudź, nie zmęczysz się dyskusją, Brońcowa za nas dwóch nagada.

Łukasiński chciał się wymawiać, lecz pan Amilkar pod ramię go ujął i pociągnął za sobą.

Major się zmógł. Opierać się było niepodobna. Spotkanie z Brońcową nie uśmiechało mu się, ale i nie miał racji kryć się, bo mógł jej nie tylko spojrzeć, ale i ostro spojrzeć w oczy. No, a z panną Grudzińską, jeżeli to była jedna z sióstr Żanety, łączyły go raczej miłe wspomnienia.

Tuż przed drzwiami do salonu, zdjęła Łukasińskiego wątpliwość: a gdyby Żaneta?

— Pozwól, panie generale — zapytał niepewnie Łukasiński — czy pani Brońcową jest z panną Józefiną?

— Nie umiem ci powiedzieć, ale masz, przekonaj się — odparł raźno Kosiński i drzwi przed majorem rozwarł.

Łukasiński przestąpił próg i zamarł w powitalnym ukłonie: o trzy kroki przed nim, wsparta na klawikordzie, stała Żaneta Grudzińska.

II



II

Łukasiński sam nie zdawał sobie sprawy, jak przebrnął pierwsze ognie przywitania, jak zdołał wyjąkać kilka zdawkowych frazesów i jak nareszcie krzykliwy głos Brońcowej wpadł w znane majorowi tempo bezładnego paplania.

Niegdyś ta paplanina pani marszałkowej dokuczała Łukasińskiemu. Dziś była mu miła, błogosławiona, bo dzięki niej mógł zasunąć się w róg fotelu i ochłonąć z wrażenia, a raczej oswoić się z myślą, że to, co mniemał być stygnące, żarem wionęło, że to, co przypuszczał być obolałą jeszcze blizną, było raną piekącą, raną krwawą.

I major podniósł czoło, niedostrzegalny uśmiech przemknął mu się po ustach, bólem je naznaczył i sczezł w męskim załamie warg.

Ha, toż winszować sobie mógł śmiało, ha, toż jeżeli przeznaczeniem jego było spłonąć w ogniu beznadziejnej miłości, gdzieżby znalazł piękniejszą, gdzież wdzięczniejszą zwodnicę, gdzież taka druga korona lśniących, jedwabistych ciemnoblond splotów zdołałaby się zbratać z takimi ostrołukami brwi, z taką przedziwnie rytą twarzyczką, z tak mieniącymi się głębiami wielkich, podługowatych oczu!

Głos Brońcowej przeraźliwiej zaskrzeczał:

— Słów nie mam dla obojga najjaśniejszych państwa. Powiadam ci, generale, popłakaliśmy się ze wzruszenia. Wierz mi, miewaliśmy zacnych królów, ale takiego jeszcze nie było.

— Prawda, że nie było — zauważył oschle pan Amilkar.

— A cesarzowa matka — sama dobroć. Wystaw sobie, moje panienki były jej prezentowane, a jakże, ucałowała jedną po drugiej, a już Żanetkę... Przecież chyba Beauperek do łez nie jest skory, a łzy, łzy miał w oczach!

— Beauperek? Cóż to za Beauperek?

— Mój mąż. Żanetka bardzo się całej rodzinie cesarskiej podobała. Pozwól, Żanetko, ale co prawda, to prawda.

Twarzyczka panny Grudzińskiej zapłoniła się z lekka.

— Jesteście panie pod urokiem.

— Nie, nie, generale, zapytaj, kogo chcesz; jeden głos uwielbienia, czci, zachwytu i radości. Pod berłem króla Aleksandra tylko dobre nas czeka, a że jacyś krzykacze, jak ten Niemojowski i Ledóchowski, usiłowali zakłócić skupienie wiernych najjaśniejszemu panu serc, nad tym jeno ubolewać, jeno się rumienić. Zresztą król jegomość bardzo godnie i pięknie im odpowiedział: „Nie kwapcie się do korzystania ze swobód”, co znaczy po prostu: „Zostawcież mi przywilej czynienia wam dobrze, niechże i ja mam jakieś zadowolenie”.

— Przepraszam, nie próbuję oponować, mościa marszałkowo, bo widzę, że lepiej ode mnie znasz się na arkanach.

— I prawdę powiedziawszy, drogi generale, to tak, sto razy tak. Przecież wszystko działo się tuż obok nas. Beauperek od rana do nocy na pokojach królewskich bawił, no a sosem angielskim wprost furorę zrobił. Cesarzowa matka naparła się przepisu i do Peterburka go zabrała. A nie mówiąc już, że hrabia Nesselrode ani jednej okazji nie opuści u nas. Któż może lepiej od nas znać intencje króla jegomości. Po prostu grzech, grzech śmiertelny upatrywać cienia w tym, co samo przez się jest słońcem!

— Szkoda jeno, że owo słońce nad takim skrawkiem Rzeczypospolitej wzeszło.

— Idzie ci, generale, o Litwę, Wołyń?

— Nie, pani marszałkowo, idzie mi o to, co w Polsce było i jest najszczerzej polskie; idzie mi o to, że siedzę tu na ziemi Chrobrego i że mnie za granicę wyrzucono i kazano zostać gapiem bez mała.

— Ależ, generale, czemuż nie przeprowadzisz się do Warszawy?

— Prawda, o tym radykalnym sposobie nie pomyślałem. Ale pozwolisz, mościa marszałkowo, że pójdę na chwilę do żony; musiała się obudzić, a nie darowałaby mi, gdybym ją w czas o przyjeździe pani marszałkowej nie uprzedził.

— Byleś jej nie trudził, generale.

— Cóż znowu, sprawi jej to prawdziwą dystrakcję.

Generał wysunął się z salonu. Brońcowa westchnęła i zauważyła z rezygnacją:

— Najlepszy w świecie człowiek, ale zawsze jakobin.

— Nie sądzę — bąknął Łukasiński.

— Wszyscy oni tacy; jak z legionów wyszedł, to aż parzy czerwonością. Zacne antyki, godne podziwu, ale gdzie do naszych czasów!

— Pewnie, myśmy już na przeciwległym brzegu przepaści.

— Mówisz tak, majorze, iż gdybym cię nie znała, gotowa bym cię także posądzić! Nawet bardzo łatwo, bo wiesz, jak cię nazywa Żaboklicki? No, powiedz, Żanetko, powiedz majorowi.

— Nie przypominam sobie.

— Katonem czwartego pułku! Cesarzewicz, jak usłyszał, śmiał się do rozpuku. Lecz nie dopuszczaj sobie niefortunnej myśli. Wielki książę wypomina cię z całym uznaniem, stawia zawsze za wzór oficera. Nieprawdaż, Żanetko?

Panna Grudzińska skłoniła głowę na znak potwierdzenia.

— Jego cesarzewiczowska mość bardzo łaskaw — ozwał się głucho major.

— Powiem ci więcej, majorze. Kilkakrotnie zapytywał Beauperka, dlaczego u nas nie bywasz. Spodziewam się, że za powrotem do Warszawy nie zapomnisz o nas. Zawsze mamy cię w miłym zachowaniu. Wszak ci to kuzynami prawie jesteśmy, rodzisz się z Łucji Grudzińskiej. Mój dawny małżonek, pan Antoni, skoro od pruskiej mości hrabstwo otrzymał, do paranteli jest nieskory. Jam zawsze wierna szlacheckiemu obyczajowi, więc nie zapominaj, majorze.

Łukasiński wyprostował się na fotelu i odparł z ukłonem:

— Pani marszałkowo!

Wejście do salonu generała i słaniającej się u jego ramienia pani generałowej uwolniło majora od dalszych wynurzeń Brońcowej.

Rozmowa potoczyła się teraz spokojniejszym torem, ile że pani Kosińska umiała zręcznie unikać aluzji do polityki i wymijać zachwyty Brońcowej nad parą cesarską i dworem petersburskim. A że nadto i generał nie zdradzał ochoty do prostowania światopoglądów marszałkowej, przeto ta ostatnia zawróciła na ulubiony temat warszawskich plotek.

Przejście do jadalni na wieczerzę było jedynie dalszym ciągiem popisu marszałkowej, przeplatanym ledwie monosylabami gospodarstwa.

Łukasiński nie brał udziału w sekundowaniu Brońcowej, bo i zresztą nie było miejsca po temu i poprzestawał na zwykłej uprzejmości współbiesiadnika, w czym harmonizował z Żanetą, która tak dalece nie zważała na opowiadania matki, że nie potrafiła ani razu w porę przyznać jej słuszności.

Lecz jeżeli milczenie Żanety i majora było zgoła usprawiedliwione gadatliwością Brońcowej, to zachowanie się ich względem siebie — dziwnie nienaturalne.

Siedzieli tuż obok siebie, służyli sobie wzajem, wymawiali towarzyskie komunały, pamiętali o sobie, a jednocześnie ani razu na się nie spojrzeli, ani razu nie zamienili najpospolitszego uśmiechu, najbanalniejszego grymasu porozumienia myślowego dwóch spotykających się przechodniów, dwojga ludzi dla się obojętnych, obcych.

Oczy Łukasińskiego i Grudzińskiej nawet w promieniu swym ku różnym padały punktom, nawet strzegły się zetknięcia na tym samym załamie adamaszkowego obrusa, na tym samym odblasku kryształowego pająka.

Po wieczerzy pani Kosińska wymówiła się strudzeniem i do komnat swoich odeszła. Generał zaś wysłuchał cierpliwie raz jeszcze powtórzonej historii amorów ministrowej Wielhorskiej do Witwickiego, oficera z kwatermistrzostwa, jej zazdrości o pannę Maisonville, guwernantkę córki, w której znów kochał się adiutant namiestnika, Miroszewski, no i wynikłej stąd gmatwaninie połączonej z wykradzeniem guwernantki, szukaniem zaginionej przez generała Różnieckiego i powstałych stąd arcykomicznych komplikacjach. Aż jął wypominać późną godzinę i do pokojów gościnnych ofiarował się prowadzić Brońcową.

Ale pani marszałkowa nie dała generałowi dokończyć.

— Musisz mi, drogi generale, co najmniej jeszcze godzinę poświęcić. Jutro trzeba nam ruszać dalej, mamy jeszcze być u Dąbrowskich, u podczaszego Chłapowskiego, u Działyńskich, no i w Popowie kilka dni zabawić. A mnie tu, krom przyjaźni, i sprawa ważna sprowadza. Idzie mi o Popowo! No, nie mogę sobie dać z nim rady, gospodarstwo nic nie przynosi, opieka licha, więc zamierzam się starać, aby Popowo do amtowych dóbr odkupili: nikt przecież lepiej nie może zapłacić.

Generał westchnął nieznacznie.

— Miałem już honor przed rokiem...

— No tak, no tak, ale cóż, zeszło mi na niczym. Teraz chcę niebo i ziemię poruszyć.

— Wątpię, czy się to zda na co, amty ziemi mają zadość.

— Mój drogi generale, tylko mi nie odmawiaj. Poradź co, jak — a choćby reskrypt królewski z Berlina wydostanę i Popowa się zbędę.

— Zbyć łatwo.

— Otóż, otóż właśnie, tajemnicy nie ma, hipoteka zapisana, więc byle czego wziąć nie mogę. Ale nie sądź, iż będę nadużywała twej uczynności. Chodźmy do ogrodu, przejdziemy się, a rozpowiem ci wszystko dokładnie.

Generał podał w milczeniu ramię Brońcowej. Żaneta podniosła się. Major wstał, nie wiedząc, co mu czynić wypada, lecz tu marszałkowa wybawiła go z kłopotu, bo odwróciwszy się ku Łukasińskiemu, zadecydowała z całą swobodą:

— Podaj, majorze, rękę Żanetce i ruszajcie przodem, was ta rozmowa nie zajmie.

Łukasiński zawahał się, ale tuż obok żwawiej zaszeleściały muśliny panny Grudzińskiej i ręka jej wsunęła się niepostrzeżenie pod nachylające się machinalnie ramię majora.

Szli długo w milczeniu śród mrokami spowitych alei, brnąc w falach jaśminowych tchnień, ani zważając na białe kiście akacjowych pąków, które zwieszały się co kroku nad ich głowami, a poić chciały swą słodyczą.

— Pan dawno w podróży?

— Czwarty dzień.

— W drodze do Karlsbadu?

— Tak, do Karlsbadu.

Równy, płynny chód panny Grudzińskiej splątał się raptownie.

— Może pani życzy sobie wracać?

— Dlaczego? Idźmy jeszcze, taki piękny wieczór, lecz może pana trudzę?

— Ależ skąd.

— Więc idźmy, tędy ku grabom.

Łukasiński odchrząknął z lekka i starając się nadać swemu głosowi ton wyszukanej galanterii, odezwał się:

— Nie miałem sposobności złożenia pani moich powinszowań.

— Powinszowań? Nie rozumiem.

— Względy okazywane pani przez cesarzową matkę upoważniają mnie do tego.

Panna Grudzińska drgnęła.

— Bardzo dziękuję, istotnie, cesarzowa była łaskawa wyróżnić mnie cyfrą frejliny.

— I tak dalece, że wróżą pani przyszłość, wielką przyszłość, wspaniałą!

— Wróżby zawodzą.

— I często, lecz w tym razie nie ma mowy o przepowiadaniu królewicza z bajki, boć królewicz jest żywy i wcielony. Królewicz, więc szczęście, więc sen ziszczony, więc panowanie krociom, więc tron! Alboż to wszystko, a wdzięczne zadanie poskromienia rozhukańca, a duma ugłaskania tego, który dolą milionów igra?

— Czemu tak do mnie mówisz, panie majorze...? — szepnęła urywanie panna Grudzińska. Łukasiński zaśmiał się spazmatycznie.

— Cha, cha, czemu? Mówię to, o czym mówią wszyscy i o czym mówić mi wolno.

— Jesteś niesprawiedliwy, majorze, nigdy nie starałam się budzić w panu sentymentów.

— Prawda, wyznaję, święta prawda. Ja sam własny ból wykołysałem i do własnej poczuwam się winy! Lecz usunąłem się, odszedłem, ustąpiłem z drogi. Powiem więcej, gdy zaczął Gutakowski w domu państwa bywać, mniemałem, iż ku pani się deklaruje, widziałem me nadzieje pogrzebane, alem się opanował i dość siły znalazł, aby milczeć. Boć i jakże z Gutakowskim iść mogłem w zawody, ja żołnierz-pospolitak z paniczem wytwornym, bogaczem, ministrowiczem skoligaconym i przyznam, nie tylko dorodnym, ale i zalet charakteru pełnym. Za Gutakowskim przemawiało wszystko. Żałość szarpała mnie, gdym widział was razem, obok siebie, zajętych rozmową, a tak zdawało mi się pogrążonych we wzajemnym zaciekawieniu, tak ku sobie się skłaniających...

Grudzińska nerwowym ruchem uwolniła rękę spod ramienia majora i osunęła się na stojącą w pobliżu ławkę.

— Tak, żałość wielka szarpała mną i nękała zawiść, żem nie tak, jak tamten jest możny, dorodny, że nie mogę krociami wynieść się nad tamtego, zgasić kawalerskość jego obejścia, zaćmić wysokością urodzenia, a zabłyszczeć świetniejszym mundurem niźli uniform fligeladiutanta jego królewskiej mości i ciebie, Żaneto, nawrócić ku sobie i ciebie wywalczyć!

Łukasiński wpił palce w oparcie ławki i pochylił się ku Grudzińskiej, jakoby odpowiedzi czekał. Żaneta siedziała bez ruchu, wpół ku poręczy przytulona.

— Powiem więcej, na co kryć? Nikczemne skradały się ku mnie porywy, ssały ze mnie żołnierską uczciwość, padalczymi oplątywały kręgi. Nienawidziłem go, szukałem zwady, lecz Gutakowski umiał mnie z godnością przetrzymać, umiał broń wytrącić, a zastawionych nań sideł unikać. Lecz ta jego rozwaga, ta jego oficerska stateczność, miast ostudzić mnie, podnieciła, miast ukorzyć, gwałtowniejszym, niecniejszym zatruła jadem, postanowiłem go zabić.

Grudzińska skuliła się, niby pod ciosem, fale muślinu szeleściły febrycznie pod dotknięciem jej drobnych, smukłych palców.

Major dyszał ciężko, zdawało się, że szukał dość potężnego tchnienia, aby z głębi piersi resztę ołowianych słów dobyć, aż wargi jego spłynęły cichym, smutnym poszmerem:

— Pewnego wieczora, gdym przyszedł, aby się napawać widokiem własnego bólu, aby zasunięty w kącie salonu poić krwawe mary, ty z nim siedzieliście pochyleni ku sobie, zaprzątnięci rozplątywaniem kolorowych włóczek. Nie zauważyliście mego przybycia. Żgnęło mnie, chciałem iść między was, spłoszyć, goryczą bluznąć, lecz zawahałem się. Byłaś, Żaneto, tego wieczora tak piękna, tak bardzo piękna, po raz pierwszy tak piękna, jakby śnionych linij posąg marmurowy życiem zakołatał, kolorami zagrał! Oczy twe mieniły się, od fioletowych błysków ku chabrom szły, na przemian — to piły, to dawały pić, to skrami rzucały, to ku skrom spragnione rozszerzały źrenice. I czoło twe ku jego skłoniło się czołu i niesforne promienie włosów twych wiły się ku niemu i ręce twe biegły po zwojach włóczki śladami jego rąk. Wiedliście rozmowę urywaną, obojętną, pustą, lecz równocześnie wiedliście inną. Słyszałem obie. I łamałem się, i chciałem zmiażdżyć was, zadławić, lecz widok twego szczęścia mnie ubezwładniał, pętał, skuwał. Odszedłem niepostrzeżony, aby nie wrócić więcej. Miesiąc potem wpada do mnie na kwaterę Skrobecki, adiutant Haukego, plotki prawić i nowych szukać, i naraz zapowiada mi nowinę, że Gutakowski o hrabiankę Józefinę się oświadczył. Myślałem, że imiona przekręcił. Dla pewności idę do Kubickiego, z którym pan marszałek w zażyłości, potwierdza wiadomość. Tego samego wieczora stawiłem się u państwa, jeszcze niepewny, jeszcze nieważący się wierzyć szczęściu. Byłaś, Żaneto, wówczas chora; gdym się przekonał, że to nic niebezpiecznego, byłem rad twej chorobie, bo sam potrzebowałem wytchnienia, uspokojenia. Ale nim się ocknąłem, nim ze wstydem moich niegodnych pokuszeń się rozprawiłem, zjawił się on! Książę cesarzewicz, Konstanty, satrapa, ciemiężca!

Grudzińska odrzuciła pochyloną głowę i rzekła bezbarwnym, przytłumionym głosem:

— Mości Łukasiński, już powiedziałam. Cenię wielce jego osobę i boleję, że stałam się mimowolną przyczyną... Drogi nasze są różne. Nie masz prawa tak do mnie przemawiać.

— Mylisz się, Żaneto, nie sądź, iż łudzę się jeszcze, iż marzę o przejednaniu cię, o zdobyciu twej wzajemności. Ale i nie dziw się, zapragnąłbym bodaj widokiem twego szczęścia się radować, że pragnąłbym cię oglądać daleką od małych rachub, nie skalaną żadnym posądzeniem.

— Do czego zmierzasz, majorze?

— Do tego, żebyś głosu serca własnego słuchała, za nim szła. Szukaj bodaj i znakomitego imienia, patrz na bogactwa, jeżeli tak uczy cię rozwaga, sięgaj na szczyty, jeżeli podpowiada ci ambicja, lecz odwróć się od tego, który jeno cię sponiewiera, jeno podepce, jeno splugawi w tobie godność Polki.

— Nie znasz go, mości Łukasiński.

— Znałaś żeś pani Wilczka?

— Zacny oficer, lecz nad wyraz egzaltowany w poczuciu honoru. Odebrał sobie życie w napadzie uniesienia. Książę bolał serdecznie. Wy, panowie wojskowi, służbowe swoje zatargi wystawiacie nade wszystko.

— Nie miałem ani razu zatargu służbowego z księciem.

— I stąd zdumiewam się, że za tyle zaznanych względów...

— Względów — podchwycił major — nazywasz to względami! Zdaje ci się, żem mu się zaprzedał, że już nie widzę, co się wokół mnie dzieje, że przymknę oczy i zatkam uszy, aby pańskie ochłapy pożywać w zaciszu, nie słyszeć jęków katowanych żołnierzy, poniewierki tych, co dziesiątki lat walczyli za wolność, dzikiej nienawiści do każdego wyzwolonego odzewu, do każdego szczerego drgnienia polskiego ducha?! Lecz tego nawet Konstanty nie ujmie w halsztuki, nie zdławi haftkami!

— I pomyśleć, że książę uważa waszmości za jednego z najbardziej oddanych!

— Więc go, mościa hrabianko, oświeć!

Grudzińska dźwignęła się gwałtownie z ławki.

— Pozwolisz, majorze, że odejdę.

— Jeszcze słowo, więc go pani kochasz?

— Najpierw, szanuję w nim to, czego tobie podobni nie są zdolni postrzec na musztrze; dalej, żywię dlań przyjaźń, a dalej... dalej, mości Łukasiński, wolę cię zostawić w mniemaniu, że jestem tylko pusta, tylko chciwa i tylko samolubna.

Grudzińska odwróciła się i szybkim krokiem podążyła ku dworowi.

Łukasiński patrzył za nią długo, patrzył, aż mu nie znikła biel muślinów, aż szelest za klombem nie umilkł, aż roztrącone krzewy nie stężały w bezruchu.

Noc zapadła. Księżyc parł ku mlecznej smudze podniebieskiej, coraz ostrzejszymi kontury cienie drzew rysował, coraz baczniej każdy zakamarek ogrodu przezierał, wreszcie zawisł pod stropem gwiaździstym i spoglądał natrętnie ku ławce w grabowej alei, kędy siedział Łukasiński.

Major ani drgnął, ani postrzegł wysrebrzonej tarczy księżyca, ani twarzy ukrytej w dłoniach nie odchylił. I księżyc muskał go swym trupim światłem, niby życia szukał, niby przenikać chciał, lecz snadź daremnymi zabiegami się zraził, a może zamarłe złomy ruin wykrył, bo zsunął się po wierzchołkach grabów i skrył za gąszczem koron.

— Hej, hej! Mości Łukasiński! — rozległ się w pobliżu ławki dźwięczny głos generała. — Co waszmość? Ani cię znaleźć! Jesteś, jesteś! Chodźże, chodź! Przejdziemy się, pogadamy trochę. Baba mi natarabaniła tak, że aż muszę wytchnąć.

Major wstał z ławki i ruszył z generałem.

— Nie bierz za złe, żem cię tak długo zostawił, ale z Brońcową ani weź krócej. Mało mnie nie ususzyła z tym swoim Popowem! Radź i radź! Kiedy tu nie ma nad czym radzić, bo jej tylko w głowie, jak by ziemi się wyzbyć i za to, co warte dukata, wziąć dwadzieścia. Skąd, jak? Ano, bo majątek zrujnowała, bo o gospodarstwo nie dba, bo niech sobie kongres drugi zwołają, a niech ją za obdłużone Popowo ozłocą. Racja fizyka, pan Broniec sosy królowi przyprawia, cesarzewicz łaskaw, Nowosilcow podwieczorku nie opuści, więc amt musi Popowo przepłacić! A już ten pobyt cesarza Aleksandra w Warszawie i uprzejmości cesarskie do reszty ją zbełtały. Miał rozum Grudziński, że się z nią rozwiódł. Owego Brońca nie znam, a żal mi go. No, młyn, wiatrak, pytel, nie kobieta. A zawsze wyczupurzona, napsztęczona, wyciuciana, niby podskok małolatek. Do pani Dąbrowskiej chce, żeby przez Radziwiłła do Berlina kołatać. Pan Dąbrowski musi, Radziwiłł musi, pruska mość musi, bo murgrabinie Zamku Warszawskiego nie dość, że ją przez grzeczność marszałkową tytułują, wszyscy jako równej muszą służyć. A juści! Co zasługa, to zasługa. Pan Broniec przecież już w szóstym roku sosy Napoleonowi smaczył, a potem smaczył księciu warszawskiemu, teraz smaczy Aleksandrowi, a jak jutro Napoleon z wyspy się urwie i do Warszawy zawróci, to pan Broniec znów smaczyć mu będzie. Pan Dąbrowski z Napoleonem szedł, pan Broniec także.

Generał szurgnął nogą po żwirze.

— A gdzież ci się panna zapodziała?

— Wróciła do dworu, była zmęczona drogą.

— Niebo do ziemi z matką. Grudziński zadłużył się na córki, na pensjonacie u pani Vauché je chował, a potem aż je do guwernantki do Paryża wyprawił. Edukacji nabrały wielkiej, ale jak tam z sercem, nie wiadomo. Jedna, słyszę, za Wacława Gutakowskiego wychodzi, niechby się wszystkim równie poszczęściło. Dzieciakami je znam. Grudziński nie wymyślnego lotu człek, ale ot, człek dobry. Jest tu u nas komisarzem granicznym, żeni się drugi raz z sędzianką Białobłocką i bieduje. Obszaru ziemi dużo, ładu i składu licho. Ale Brońcowa mi nowinę powiedziała! Zajączek księciem od razu został! Panu Dąbrowskiemu też chcieli tytuł księcia dać, ale odmówił: juści jemu nic po tym.

— Przed moim wyjazdem z Warszawy ogłosili właśnie dekret.

— Hm, hm, sam się nie spodziewał pewno, że mitra na głowę mu spadnie. I wart jej, dalipan wart, od dziewięćdziesiątego drugiego roku generał. Pomyśl, majorze! Grunt w nim zawsze poczciwy był, jeno charakter do namiestnikowania za słaby. Widzisz, poczuli to w nim i naprzód wysunęli.

— Namiestnik pilnie na każde skinienie Konstantego zważa.

— Wiem, wiem. Zajączek sam zgaduje swoją chwiejność, do pana Dąbrowskiego rad się zwraca cichaczem, ale rzadko w porę. Alboż dawno, jak mi pan Dąbrowski powiadał: „Zobaczysz, że Józef wszystkie swoje zasługi za życia pogrzebie. Bóg go strzeż. A Hauke? Gdybyś go był znał jak ja! A Blumer? Nie miałeś bodaj odważniejszego a zajadlejszego w legionach. Dziś to podobno nie ci sami ludzie, nie ci sami”.

— Jeden Chłopicki umiał cesarzewiczowi okoniem stanąć i do dymisji się podał.

— Nie ujmuję. Żebym wszakże był wodzem i gdybym jednym batalionem chciał dywizję nieprzyjacielską na bagnety wziąć, tobym Chłopickiego posłał; ten bo, alboby dał się w pień wyciąć, albo nieprzyjaciela by wykłuł co do nogi. I prędzej by wykłuł, niż legł, bo w hardości bitewnej nikt mu nie sprosta. Lecz gdybym z Chłopickiego miał mieć naczelnika sztabów, generała dywizji, tobym wolał się bez niego obejść. A wiesz, majorze, dlaczego? Bo on nie tylko na mnie o byle co by się uraził, lecz przedtem wszystkich swoich podkomendnych od ostatnich za lada sposobnością by zekpał. Zresztą mogę się mylić, powiadam, bo Chłopicki, gorączka, żołnierza w pasji umie pięścią zdzielić, a u nas, chwała Bogu, nie było pruskiej mody. Toć oni do dziś oficerom trzciny do okładania żołnierzy każą nosić. A Chłopicki na starość zsierdział. Sam jestem za karnością, ale i za uszanowaniem w żołnierzu brata i obywatela.

— Niezawodnie — mruknął Łukasiński.

Generał zadumał się. Szli wolnym, ociężałym krokiem.

— Wiele by o tym mówić — ozwał się po chwili Kosiński, kończąc w głos tok myśli. — Ale pora nam wracać. Pozwól, panie Walery, wejdźmy na ten pagórek, na nim zawsze kres mej wieczornej przechadzki. Tędy, tędy.

Kosiński wgramolił się szparko po wężykowatej ścieżce, aż stanął na ściętym szeroko wierzchołku i rozejrzał się z upodobaniem.

Z pagórka roztaczał się malowniczy krajobraz.

Krajobraz niewyszukany, nie zdumiewający skurczami natury, nie przerażający grozą żywiołowych śladów i nie odrzucający wyrafinowaniem południowych krain, lecz w zamian zharmonizowany, szczery, zbożnymi wystrojony garby, białymi zrębami chat przybrany, kępami lip, jaworów, brzóz i olch przetykany, wieżyczką dzwonnicy kościółka ozdobiony, a cały do ramion czarnych krzyża przydrożnego tulący się, a w niebo srebrem spoglądający — polski krajobraz.

— Patrz, patrz, majorze! Jak tu ziemi tej kochanej nie miłować! Siła świata zeszedłem, a nigdzie podobnej nie oglądałem. Ech, ech, kiedy tak sobie tu czasem stanę, a pomyślę o naszej doli, to dalipan, żałość nurtuje, żeśmy tak mało dla tej rodzonej uczynili i rwie człeka na koń, w pole, do obozu, na bitwę! A cóż! Targowa Górka, mniemasz sobie, folwark tęgi, gospodarski, ot, sadyba pierwsza lepsza, kłopotarstwem skibnym zapocona. Ho ho, panie Walery, a ja ci mówię, spróbuj jeno tu na tym pagórku pobudkę zagrać... A będzie komu się zebrać, nawet koniska są, co się z kantarów pozrywają. Kręcisz głową. Hę? A widzisz ten wiatrak, wiesz, kto w nim miele? Ogniomistrz Kulerski, pod Friedlandem nauczył się ci mleć. Tu, pod zagajnikiem, sierżant ósmego pułku tymczasem za polowego jest. Nad drogą kowal Wieczorek, w ułanach Konopki na majsterka się wypromował... Tam przy cmentarzysku od strony Mystek...

Generał urwał nagle i bystrym wzrokiem wpatrzył się w faliste, księżycowym światłem wybielone pasmo gościńca.

— Dalipan, rwie ktoś co koń wyskoczy! Zważ, majorze, na ten obłoczek pyłu. Co za licho po nocy! Chyba koń mu się zbiegał.

Major zwrócił oczy we wskazaną przez generała stronę.

— Ani chybi, jedzie ktoś.

— Hm, hm, a może posyłka z Winnogóry wraca? Nicpoń konia mi jak nic ochwaci!

Tymczasem hen, z oddali, tętent kopyt końskich iść zaczął; najpierw przytłumiony, niewyraźny, a potem coraz pełniejszy, coraz mocniejszy. A równocześnie ciemna sylwetka jeźdźca, pochylonego na łęku, silniej się odcięła.

Generał nie tracił z oczu jeźdźca i konia, a dogadywał:

— Kiej diabeł! I sadzi opętaniec, jakby ci rozkaz do szarży szwoleżerom wiózł. Szczaniecki Lutek tęgo w siodle się trzyma, ale by temu nie strzymał. Jak to konia prowadzi równo! Myślałbym, że Maciej Mielżyński z Miłosławia, bo tego nosi aż z amorów do Prokopówny, swej familiantki, ale i ten by nie potrafił...

Naraz jeździec w bok od gościńca skręcił i na drogę ku dworowi generała wpadł.

Kosiński się zaniepokoił i pociągnąwszy za sobą majora, ku bramie ruszył.

— Kto to może być? Kto to może być? Idźmy, idźmy!

Kilka chwil później generał z Łukasińskim dopadli bramy. Generał odsunął zaworę i wyszedł na drogę.

Jeździec rósł w oczach. Już widać było, jak koń rwał kopytami ziemię, jak płatami piany ślady swe znaczył, jak zatoczył się pod kamionką przydrożną i nogi do kłusa chciał zebrać i jak mu jeździec jednym uderzeniem ostróg nogi do galopu wyciągnął. Aż koń stęknął chrapliwie, obłokiem kurzu się okrył, zarył kopytami i stanął tuż przed bramą.

Kosiński, który w jakimś niepewnym skupieniu nadjeżdżającemu się przyglądał, rękami strzepnął i zakrzyknął raźno:

— Szczaniecki! A waszmość, co za harce wyprawiasz?!

Zagadnięty zsunął się z siodła, postąpił ku Kosińskiemu i naraz stężał, niby w ziemię wrósł.

Kosiński rzucił się ku Szczanieckiemu, za ramiona go ujął i targnął nim.

— Panie Ludwiku! Przez miły Bóg! Mówcie, mówcie, co wam. Co wam?

Szczaniecki zatoczył się jak pijany, powietrza chwycił i wyrzucił:

— Wódz kona!

Kosiński się zatrząsł. Kiście jego rąk wpiły się w ramiona Szczanieckiego, z gardła dobył mu się charkot zajadły, uporem niewiary przepojony, buntem wrzący.

— Wódz? Nasz wódz? Co tobie za wódz? Jeden jest, słyszysz? Jeden!

— Dąbrowski — szepnął Szczaniecki i pierś mu zadygotała spazmatycznie.


III



III

Pół godziny po przyjeździe Szczanieckiego do Targowej Górki kocz generała, czwórką gniadoszów oprzęgnięty, zajechał przed dwór.

Pan Amilkar jeszcze jakiś rozkaz ekonomowi Kosobudzkiemu wydał, za kaszkiet porwał i do pojazdu wskoczył; za nim pośpiesznie Szczaniecki. Major, który w pobliżu stał, rozumiał, że mu zostać wypada, i generała chciał żegnać, lecz Kosiński skinął nań i wskazał mu miejsce.

— Jedziesz także.

Łukasiński nie śmiał się wymawiać. Konie ruszyły z kopyta. Jechali długo w milczeniu, jakby wsłuchując się w przytłumiony turkot kół a kołatanie orczyków. Wreszcie generał dotknął ramienia Szczanieckiego.

— Panie Ludwiku, powiadajcie mi wszystko.

Szczaniecki pochylił głowę i zaczął cichym, nierównym głosem:

— Z sejmu warszawskiego wrócił smutny, zasępiony. Ani go rozerwać, ani czym ucieszyć. Zabiegamy z Prądzyńskim, aby „naszego starego” orzeźwić. Gdzie, z której strony zaczniesz, ku legionom wraca, Tremona i Liberadzkiego wypomina, o śmierci Rymkiewicza pod Adygą rozpowiada. A co i rusz, mówi: „Pora i mnie do swoich, do rodzonych”. Albo: „Dziw, dziw, że jeszcze po świecie chodzę”. Raz mnie dojęło i powiadam: „Generale, gdzie tu dziw, toć zaś szósty krzyżyk panu generałowi się skończył”. A on mi: „Bajesz, Lutek, patrz wokół, co się dzieje, i dopiero rachuj, a zobaczysz, że takim dawno czas!”. I tak ciągle. Na dobitek nastręczył się generałowi Gąsiorowski ze Zberek, który sługował w dziewięćdziesiątym czwartym roku, bydgoską wyprawę odbył, a pod Łabiszynem przez huzarów Szekelego był usieczon. Jużci końca nie miały wypominki. Mnie z Prądzyńskim pasja brała, bo z tego zawsze naszemu staremu na smętek, ale gdzie byś Gąsiorowskiemu gębę zamknął! Z tej jednej rany dwie rzeki krwi utoczył, a co Prusaków więcej musiał zatłuc, niż Szekeli miał. Aż tu niebo nam zsyła pismo rotmistrza Kępińskiego z zaprosinami na kuma. Nasz stary się otrząsł i z Prądzyńskim do Krakuszowic ruszył. Tam ci pono zdjęła go raptem ochota do Pierzchowic zajrzeć, a ojcowiźnie się napatrzeć. Ziąb był, kapuśniak, samotrzeć konno, w surduciku się wybrał. Nazajutrz na wyjezdnym już czegoś słabował. Po drodze, w Krakowie, Prądzyński chciał medyka wołać, lecz generał nie pozwolił. „Poddawać się nie myślę, mówił, jadę do dom”. Ledwie Prądzyński ubłagał go, żeby dwa dni wypoczął. Aleć wypoczynek na nic się nie zdał. Duszność napadła generała, ledwie co do ust wziął. Trzeciego dnia Prądzyński gwałtem medyka się napierał. Generał mu: „Nie ma kiedy, do dom mi pilno, do dom muszę, siła spraw muszę”. Prądzyński ustąpił, bo myślał: „Pani generałowa łacniej sobie z naszym starym poradzi”, więc jeno do pośpiechu nakłaniał. Ale generał sam jakby go paliło, na przeprzęgach się niecierpliwił, a pędzić konie przykazywał. Aż gdy nareszcie przed pałac winnogórski zajechali, generał, jakby go poderwało, niby młodzik skoczył ku gankowi, noga mu się powinęła i runął na ziemię. Było to wczoraj. Akurat nadjechałem dowiedzieć się, kiedy generał wraca. A tu gwałt, rejwach w Winnogórze. Chirurg z Wrześni, medyk ze Środy, cyrulików trzech, generał chory, żar odeń bije, płucami zarabia, noga od stłuczenia sczerniała na węgiel. Noc zeszła jako tako. Leżał na wznak, ani się użalił, ani słowa nie rzekł, ani się nie żachnął.

Rano przywlókł się labuś Radziwiłła, lekarz zawołany. Opatrzył generała, potem do mnie: „Płuca pół biedy, ale z nogą strach, bo może gangrena”. Na południe generał się niby ocknął i woła mnie z Prądzyńskim. „Na mnie czas — powiada — do roboty trza się wziąć, żeby nieładu nie było”. Mnie jakby kto pałką w ciemię. Mocuję się. „Generale — powiadam — nie dopuszczaj takich myśli”. A on uśmiechnął się dobrotliwie. „Znam ją, staruchę, nabiegała się za mną, napatrzyłem się jej w ślepia, już mi nie sfolguje, do jutra chyba wytrzymam”. I zaczęło się. Prądzyński musiał zasiąść do pisania. Generał ostatnią wolę zadyktował, potem panią generałową przyzwał i mówił z nią długo na osobności. A gdy ta łzami się zalewała, cieszył ją, a otuchy dodawał; potem dzieci pieścił a tulił, aż mówi Prądzyńskiemu: „Wołaj proboszcza, niech co należy uczyni!”. Prądzyński po klechę na plebanię, a generał do mnie znów: „Lutek, poadiutantuj mi raz jeszcze, Amilkara wezwij, niech go uścisnę przed śmiercią!”. Chciałem ruszać, a on: „Czekaj, czekaj, przyjacielu, a może nie zdążysz, rad bym po dniu odejść, ale kto wie, kto wie... daj mi rękę, czuwaj nad moimi sierotami”.

Szczaniecki odetchnął i zakończył:

— Tak było, a co teraz, w tej chwili...

Kosiński rzucił się na siedzeniu i zakrzyknął na stangreta:

— Hej tam, konie wypuszczaj!

Kocz zadudnił gwałtownie po kamienistej drodze. Generał tarł czoło, niby myśli szukał.

— Widzisz, pułkowniku, da Bóg, że się to ku dobremu wyklaruje; no, bo choć niepodobna, cóż byśmy bez niego? Gdzieżby tam gangrena? Taki labuś też potrafi siebie i drugich obełgać. Żebym medykom wierzył, tobym już od dwudziestu lat ziemię gryzł.

— Ja też nie wierzę — mruknął Szczaniecki.

— I dobrze! — podchwycił żywiej Kosiński. — Strachu napędzili i tyle.

— Nie w tym rzecz.

— Aa?

— Generał powiedział! — wybuchnął groźnie Szczaniecki.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.