Jezus Chrystus. Biografia - Peter Seewald - ebook
Wydawca: Dom Wydawniczy Rafael Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 889 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 25 godz. 48 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezus Chrystus. Biografia - Peter Seewald

Wydarzenie wydawnicze! Peter Seewald, autor między innymi bestsellerowego wywiadu książkowego z Benedyktem XVI, zaprasza do lektury chyba najbardziej oryginalnej, zaskakującej, odważnej, a jednocześnie autentycznej i rzetelnej biografii Jezusa Chrystusa. „Świetna książka o Jezusie Chrystusie”. /Benedykt XVI/ Co fascynuje ludzi do dziś w Jezusie Chrystusie? Czy dysponujemy prawdziwym obrazem Nazarejczyka? Co wiemy o Nim dzisiaj? Jak należy czytać teksty biblijne, aby odszyfrować ukryty w nich kod? Wyruszywszy w podróż śladami Męża z Nazaretu z tymi pytaniami w plecaku, autor nie cofa się przed poruszaniem tematów tabu, kreśląc dynamiczny i fascynujący obraz Jezusa Chrystusa, jakiego jeszcze nie było. Dziennikarski styl sprawia, że książkę czyta się znakomicie. Warto, by tę książkę przeczytał każdy wierny wyznawca Chrystusa!

Opinie o ebooku Jezus Chrystus. Biografia - Peter Seewald

Cytaty z ebooka Jezus Chrystus. Biografia - Peter Seewald

Wolfgang Amadeusz Mozart, a właściwie Johannes Chrysostomus Wolfgangus Teofilus, mógł powiedzieć: „Mam zawsze Boga przed oczyma, uznaję Jego wszechmoc, lękam się Jego gniewu. Uznaję także Jego miłość, współczucie i miłosierdzie względem stworzeń. On nigdy nie opuszcza swoich sług”.
Napoleon dodał: „Aleksander Wielki, Cezar i ja założyliśmy mocarstwa, korzystając z przemocy, i po śmierci nie będziemy mieli przyjaciół. Chrystus osadził swoje królestwo na fundamencie miłości i jeszcze dzisiaj miliony ludzi dobrowolnie poszłyby za Nim na śmierć”. Jezus zainspirował ludzkość do największych osiągnięć

Fragment ebooka Jezus Chrystus. Biografia - Peter Seewald











Karta tytułowa


Motto

SEDUXISTI ME DOMINE

ET SEDUCTUS SUM FORTIOR ME FUISTI

ET INVALUISTI.

O Lord,

You have enticed me, and I was enticed;

You have overpowered me, and you have prevailed.

Du hast mich betört, o Herr

und ich ließ mich betören;

du hast mich gepackt und überwältigt.

Uwiodłeś mnie,

Panie, a ja pozwoliłem się uwieść;

ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.

Księga Jeremiasza 20,7


Przedmowa

Początkowo było to jedynie przeczucie, lecz stopniowo przerodziło się ono w pewność: gdy przed dziewięcioma laty wydawnictwo zaproponowało mi napisanie życiorysu Jezusa, przeraziłem się zrazu wielkością tego zadania (nawet jeśli zafascynowała mnie możliwość powędrowania śladami Jezusa, a przy tym zarobienia paru groszy). W miarę upływu czasu, po pierwszych obawach nadeszło przekonanie, że chodzi w gruncie rzeczy o niemożliwe wręcz dokonanie skazane nieodmiennie na porażkę, gdyż Jezus Chrystus to nie byle kto. Biografia człowieka to jedno, natomiast biografia Osoby, którą ponad dwa miliardy ludzi czci jako Syna Bożego, to drugie. On wymyka się z wszelkich ram. Mamy do czynienia z kimś, kto nie pozwala się całkowicie objąć, kto zadziwia, fascynuje, a czasem nawet przeraża.

Przez całe dziesiątki lat zadowalaliśmy się wyszukiwaniem wszystkiego, co z Mężem z Nazaretu może być nie w porządku. Badano Go kawałek po kawałku. To, co pozostało, zmieści się dziś na spodeczku pod filiżankę. Natomiast zagubił nam się ten Jezus, który uformował i przemienił dziesiątki generacji, a także zainspirował największych geniuszy ludzkości. Przez całe dziesiątki lat pytaliśmy, co mogłoby przemawiać przeciwko Jezusowi. Czy to nie dziwne, że zapomnieliśmy zadać pytanie o to, co przemawiałoby za Nim? Za prawdą Jego historii? Za prawdą Jego przesłania, że jest posłańcem Boga, Jego Synem, jednym z Ojcem?

Wierni z jednej strony spoglądają na Jezusa jako alfę i omegę historii, a z drugiej strony ci sami chrześcijanie zamknęli Go w lochu własnej małowierności, traktując jak kogoś ze służby. Jeśli przyjrzymy się dziś wynikom badań naukowych na temat historycznej precyzji Ewangelii, to przerazimy się sami sobą, gdyż poznamy, jak bardzo zacieśnił się nasz horyzont i jak bezkrytycznie poszliśmy za uczonymi, którzy w mediach i salach wykładowych, w mieszance z prawdy, półprawdy i kłamstwa wypaczyli największą historię wszech czasów.

Przesłanie Jezusa odnosi się do wszystkich czasów i wszystkich pokoleń. Dziś, w tej dramatycznej godzinie, gdy zagrożone jest stworzenie i konieczna recywilizacja społeczności ludzkiej, palące jest bardziej niż kiedykolwiek. Tylko poprzez całościowy ogląd misterium Chrystusa, do którego należy włączyć Jego życie i starotestamentalne tło, można w pełni rozpoznać objawienie Pana: w Jego zbawczej sile, rewolucyjnym duchu protestu i sprzeciwu, nakazie miłości i pokoju, poznaniu istoty Boga i wreszcie jako klucz uzdalniający nas do wkroczenia do tych wymiarów czy też przestrzeni, które jeszcze pozostają dla nas zamknięte.

Dziękuję WIELU, którzy towarzyszyli mi radą i czynem, dobrym słowem, cierpliwością i modlitwą. Dziękuję niezliczonym naśladowcom Chrystusa, którzy swoimi pytaniami i badaniami, medytacją i życiowym zaangażowaniem przez całe stulecia stwarzali podstawy sprawiające, że jesteśmy zdolni lepiej poznać Jezusa niż którekolwiek pokolenie przed nami. Posłużyłem się swobodnie ich dorobkiem, zgodnie z zaleceniem Goethego: „Zebrałem i wykorzystałem wszystko, co ogarnąłem wzrokiem, słuchem oraz innymi zmysłami” i ponoszę odpowiedzialność za możliwe błędy.

Na koniec chylę czoło przed dokonaniem ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, których talent pozostaje niedościgniony, a duch unosi coś niepojętego, wyższego. Ich pracę można podsumować następująco: wszystko jest tajemnicą, wszystko jest prawdą.

Peter Seewald

Monachium, 15 sierpnia 2009 roku


Część I


Rozdział 1
Lot nr 354

W kulminacyjnym momencie życia ze stojącego na Golgocie krzyża Jezus spogląda na swoje miasto. Yerushalayim, pełne pokoju, święte. Miasto Boże od pięciu tysięcy lat.

Na prawo sadzawka Siloe, dzielnica rzemieślników z wytwórniami perfum. Obok hipodrom Heroda, teatr oraz synagoga wyzwoleńców. Można nawet rozpoznać grób Dawida, którego dach o kształcie piramidy wykonany z białego marmuru wystaje ponad Górnym Miastem. Na wprost osi krzyża, nieomal na wyciągnięcie ręki, wznosi się Święte Świętych świątyni. Budowla niemająca sobie równej co do wielkości i ogromu. Odbijając blask słońca, kamienne bloki tworzą gigantyczne zwierciadło zalewające miasto strumieniem oślepiającego blasku.

Według kalendarza świątynnego jest 14 nissan, piątek, 6 kwietnia 30 roku. W święto Paschy, będące pamiątką wyzwolenia z niewoli egipskiej, miasto pęka w szwach. W ciasnych uliczkach tłoczą się sprzedawcy pamiątek i krawcy, tkacze wełny i garncarze, a wszyscy mają pełne ręce roboty. Nie można zapomnieć także o handlarzach oferujących artykuły luksusowe, wonne maści, olejki z aloesu oraz wszelkiego rodzaju biżuterię. Na kwatery wynajęto nawet najciemniejsze piwnice, a do rytualnych obmyć przygotowano wszystkie mykwy.

Do trzydziestu tysięcy Greków, Rzymian i Żydów żyjących na co dzień w mieście dołączyło dwieście tysięcy pielgrzymów z wszystkich zakątków imperium, ze wspólnot diaspory – Aleksandrii i Rzymu – a do tego kilka tysięcy żołnierzy, którzy w dni takie jak ten okupują prewencyjnie stolicę. W święto Paschy bowiem partyzanci lubią zadać znienawidzonym okupantom celnie wymierzony cios. W piwnicach sklepionych pod placem świątynnym tłoczą się zwierzęta ofiarne. Hektolitrami wnosi się do świątyni krew, aby wylać ją przed ołtarzem.

Od wskrzeszenia Łazarza wszędzie wrze od plotek. Czyniący cuda rabbi wspomniał o zagładzie świata. Niektórzy uważają, że to hasło mające rozpocząć długo oczekiwane powstanie. Kiedy dowiedziano się, że zamierza wjechać do Jerozolimy, naprzeciw wyruszył Mu wiwatujący tłum powiewający gałązkami palmowymi: „Hosanna! Błogosławiony, który przybywa w Imię Pańskie! Król Izraela”. Nie zrozumiano Go. Potem znowu. „Czy Ty jesteś, który miał przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” – pytano. „Kiedy wywyższycie Syna Człowieczego, zobaczycie, że Ja jestem”.

Nikt dotąd nie wysuwał takich roszczeń. Nikt dotąd nie okazał się na tyle śmiały, można by nawet powiedzieć, tak zuchwały. „Ja jestem Światłością świata, która przyszła na świat, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemnościach”. A teraz Mąż Światłości zawisł na poranionych, rozciągniętych rękach na krzyżu, a wokół Niego zapadł mrok.

Mocny wstrząs. Boeing 737 wpadł w potężną dziurę powietrzną. Poderwałem się wystraszony, ale maszyna zaraz ustabilizowała swój lot. Większość pasażerów zasłoniła okienka roletami, aby się zdrzemnąć lub też obejrzeć film prezentowany w kinie pokładowym, obraz science fiction o burzliwych losach cyberczłowieka. Wezwałem stewardesę. Kawa serwowana przez El Al smakowała okropnie, herbata okazała się jeszcze gorsza.

Zostawiliśmy za sobą Alpy. W dole przesuwały się zębate szczyty gór i doliny Albanii, nad którymi z szybkością 900 kilometrów na godzinę zmierzaliśmy w kierunku Tel Awiwu-Jafy.

Była niedziela. Panował chłód. Zanim jeszcze przestąpiłem progi terminalu lotniska, złościłem się sam na siebie, że nie zabrałem cieplejszych rzeczy. Mój lot nosił numer 354; liczba ta, o czym przekonałem się później, miała się okazać godna uwagi.

W hali odpraw dla lotów do Izraela wysoko nad naszymi głowami patrolowali policjanci uzbrojeni w pistolety maszynowe i w towarzystwie psów; tak naprawdę ich obecność nikogo nie uspokajała. Przed bramką bezpieczeństwa podróżni ściągali obuwie, aby udowodnić, że nie są terrorystami. Rutynowa procedura: Dlaczego udaje się Pan do Izraela? Dlaczego sam? Jakie ma Pan plany? Jak często Pan tam bywa? Kto pakował walizkę?

Na pytanie, czy mam w bagażu jakieś upominki, zastraszony przytaknąłem skinieniem głowy.

– Co i dla kogo?

– Białe kiełbaski monachijskie dla znajomego franciszkanina w Jerozolimie.

– W puszkach czy vakuum?

– Vakuum.

Odkąd podpisałem umowę na projekt książki o Jezusie Chrystusie, terminy oddania mijały, przepadając niczym kartki w kalendarzu do zdzierania. Nocami prześladowały mnie demony, w dzień brak weny twórczej. Wieczorami udawałem się na długie spacery po dzikim, romantycznym cmentarzu, zazdroszcząc zmarłym, że mają już za sobą ciężar wszystkiego, co ziemskie. „Kochany i niezapomniany” – widniało na jednym z nagrobków. Podczas moich wizyt nauczyłem się na pamięć każdej sentencji.

Na moim biurku piętrzyły się stosy książek, a codziennie dochodziły nowe. Jezus, mąż uzdrawiający, Jezus psychoterapeuta, Jezus bhagwan. Choć różniły się od siebie okładkami, to w podtytule wszystkie jednogłośnie obiecywały, że odsłonią rąbka tajemnicy, kim Jezus był naprawdę. Autorzy z reguły asekurowali się, zajmując stanowisko po pewnej stronie, co w tym wypadku nie było stroną Jezusa czy też stroną wiary, lecz stroną sceptyków. „Sprawa Jezus” – kłębek samych problemów.

Według przekonania wielu profesorów i dziennikarzy Jezus funkcjonował najwidoczniej na wzór uzależnionej od ewangelistów marionetki. Cytują Jego wypowiedzi: „Marek każe Jezusowi powiedzieć...” lub „Łukasz każe Jezusowi powiedzieć...”. Czy rzeczywiście – jak to utrzymywali teologowie – nie było możliwe sporządzenie kroniki Jego życia zgodnie z przekazem Biblii? Odkąd Jezusem zajęli się eksperci, po ówczesnym ciele i życiu Chrystusa pozostało niewiele. Jedni zdecydowali się na demitologizację sprowadzającą się do obdarcia Jezusa z wszystkich cudów. Inni pozbawili Go większości słów poza żałosną resztą uważaną za rzeczywiście autentyczną, bez względu na to, dlaczego i z jakiego powodu. Gdy na końcu całej procedury na stole operacyjnym pozostała jedynie głowa, pojawiło się uzasadnione pytanie, czy ten człowiek mógł w ogóle tak żyć. Wielu oświadczyło publicznie, że może i tak, ale po tym panu zbyt wiele nie pozostało.

Wkrótce dzień i noc zacząłem się zajmować tym tematem, ale nie czułem się zdolny do napisania choćby jednej linijki. Z bojaźni przed innością, niepojętością? Z obawy stanięcia na koniec przed obrazem niedającym się spoić w całość? Pękającym przy najmniejszym dotknięciu niczym lustro spadające z haka? „Ten sam Syn, Pan nasz Jezus Chrystus, jest doskonały w Bóstwie i doskonały w człowieczeństwie – orzekł Sobór Chalcedoński – prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek”. Z drugiej strony: Mesjasz na oślęciu! Bóg niezstępujący z krzyża! Grób nie był pusty – jak twierdzą niektórzy badacze Biblii. Jezus z Nazaretu zmarł jak inni i nie ma żadnego śladu zmartwychwstania.

W roku 1972 Rudolf Augstein, wydawca magazynu „Der Spiegel”, opublikował obszerne dzieło mające raz na zawsze udzielić odpowiedzi na wszelkie pytania o osobę Chrystusa. Augstein lubował się zadawać z wielkimi postaciami z historii świata. Napoleon, Aleksander Wielki, Adenauer. Teraz zaś sięgnął po największą. Że zamierza ją pomniejszyć, zdradzał już sam tytuł książki: Jezus, Syn człowieczy.

Znałem Augsteina z czasów, gdy pracowałem w hamburskiej redakcji „Spiegla”. Lubiłem jego rubaszny sposób bycia i podziwiałem zuchwałość. Spacerował czasami późnym wieczorem po korytarzach dziewiątego lub dziesiątego piętra. Był lubianym powszechnie zawadiaką. Gdy w poniedziałki zjawiał się na plenarnym spotkaniu redakcyjnym, zawsze z odpowiednim spóźnieniem, w błękitnej koszuli z kołnierzykiem button-down, milkły wszystkie rozmowy. Dla wielu był figurą ojca, dla niektórych figurą Boga Ojca. I bez względu na to, jaki temat podejmowano, na końcu dyskusji sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt par oczu kierowało się ku końcowi ogromnego stołu zajmującego środek pomieszczenia. A kiedy generalissimus choćby jednym zdaniem zaznaczył, że coś mu się podoba lub nie, większość redakcji wiedziała już, jaka jest jej własna opinia.

Augstein zaangażował cały sztab współpracowników przekopujących dzień i noc w archiwum „Spiegla” góry książek, czasopism i dokumentów w poszukiwaniu „materiału dowodowego” dla jego pionierskiego projektu mającego wstrząsnąć fundamentami chrześcijaństwa. Jakieś cytaty, daty, wzmianki o możliwych sprzecznościach, których miał zamiar użyć w łańcuchu konstruowanej argumentacji. Gdy przedstawił swoje dzieło, mieszanka prawd, półprawd i nieprawd zaciążyła na żołądku nawet przekonanym antychrześcijanom.

Zaprezentował w nim pełny repertuar, jaki od czasów racjonalistów oświecenia zebrano w książkach. Fałszerstwa, sprzeczności, błędy, to, co według objawienia Augsteina Kościół zrobił z biednym Jezusem, mogło wzruszać do łez. Kwerenda – czego należało się spodziewać – zaowocowała rewelacyjnym odkryciem, choć należałoby raczej powiedzieć płomiennym oskarżeniem: wierzący – brzmiał tryumfalny plaidoyer autora – powołują się od dwóch tysięcy lat na kogoś, „kto nie istniał, nauki, których nie głosił, plenipotencję, której nie udzielił, i Boże synostwo, którego sam nie uważał za możliwe i do którego nie rościł sobie pretensji”. Nieomal widziało się wojowniczego publicystę, jak zrywa się z krzesła, wymachując w powietrzu rękoma niczym floretem. „W rzeczywistości – zakończył oskarżyciel – Jezus jako zmartwychwstały jest wymysłem wspólnoty”. Z jednym zastrzeżeniem: „Jeśli w ogóle kiedyś żył”.

Ta spektakularna teza nie stanowiła ekskluzywnej własności redaktora „Spiegla”. Dzielił ją z autorami Wielkiej encyklopedii radzieckiej, którzy jeszcze w ostatnim wydaniu, opublikowanym na krótko przed upadkiem komunistycznego imperium, do znudzenia powtarzali oficjalną doktrynę, że Jezus nigdy nie istniał. Historycznej egzystencji Chrystusa przeczył już francuski racjonalista Louis Couchoud, choć dziwnym sposobem nawet sami „demaskatorzy chrześcijaństwa” przypisywali „fantomowi” Jezusa niedającą się przewyższyć skuteczność. „Jego proporcje są niezrównane, Jego wielkość nie do pojęcia – pisał Couchoud – wszystko, co przez wiele stuleci działo się na Zachodzie, wydarzyło się w gigantycznym cieniu krzyża”. „Wyeliminować imię Jezusa ze świata – zakończył krytyk – oznaczałoby wstrząśnięcie jego fundamentami”.

Couchoud nie pozwolił wyprowadzić się z błędu, podobnie jak i Augstein. Wszelkie rozważania, że w podeszłym wieku „otwarły mu się oczy” – jak napisał szef „Spiegla” w przedmowie wydanego w 1999 roku dzieła o Jezusie – okażą się zbędne po lekturze jego książki. Trzy lata później, 19 listopada 2002 roku, byłego katolika, apostatę, który w 1968 roku wystąpił z Kościoła, po odprawieniu nabożeństwa żałobnego w wiejskim kościele w Keitum poniesiono na miejscowy cmentarz. Tydzień później zmarłego uczczono uroczystością państwową, która odbyła się w hamburskiej świątyni St. Michaelis – honi soit qui mal y pense.

Niecałe trzy lata później, mianowicie początkiem kwietnia 2005 roku, „Spiegel” uhonorował śmierć Jana Pawła II, zwalczanego przez Augsteina do ostatniej kropli krwi, nekrologiem, który postawił w cieniu wszelkie inne, zarówno te świeckie, jak i kościelne.

Nagle „niedający się dotąd ująć” przywódca Kościoła był odtąd tylko jednym: papieżem tysiąclecia.

Stewardesy zaczęły roznosić na wózkach kurczaka i koszerny gulasz. Kiedy przelatywaliśmy nad wyspami błyszczącymi na wodzie niczym złote runa, zacząłem rozmyślać o potrzebnych mi prezentach na Gwiazdkę. Samoloty przenoszą nas w przeciągu jednego dnia z zimy ku wiośnie, z dwudziestego pierwszego stulecia do świata, w którym nie zaczęło się jeszcze nawet dziewiętnaste. Kto mógł właśnie nabyć na lotnisku telewizor plazmowy, ten w krótkim czasie znajduje się pośrodku innego kontynentu, gdzie kobiety z wiadrami na głowie maszerują całymi kilometrami za wodą, której spożycie raczej szkodzi niż gasi pragnienie.

Świat Jezusa Chrystusa nie jest wcale taki odległy, niecałe trzydzieści wieków, to mrugnięcie oka historii. A skoro czas jest relatywny i nie istnieje dla Boga, to, co się wówczas wydarzyło, jest w tej chwili podobnie obecne jak cała przeszłość i przyszłość, która już się zakończyła, nawet jeśli leży jeszcze przed nami. Nie bez przyczyny Jan Chrzciciel zapowiedział Mesjasza paradoksalnym stwierdzeniem: „Za mną idzie Ten, który był wcześniej ode mnie”.

Oczyma wyobraźni widziałem, jak Jezus przechodzi wiosną przez łąki i pola, zbierając wokół siebie ludzi, aby ich pouczać, modlić się z nimi czy też po prostu wspólnie podziwiać piękno stworzenia. Galilea to uroczy zakątek, mały raj. Jezus niczym reżyser pewną ręką wykorzystywał pagórki i wybrzeża jako scenę swojego nauczania. Rozumiał grę pór roku, wplatał charakterystykę regionu do swoich przypowieści i wykorzystywał liturgiczny kalendarz Izraela niczym dramaturgiczny plan, krok po kroku rozkładając na jego zarysie swoje objawienie.

Był niczym zjawisko przyrody.

Był nawałnicą. „Mamy tylko jedno miejsce w świecie, gdzie nie panuje ciemność. To osoba Jezusa Chrystusa” – napisał Albert Einstein. „Ja jestem wszechświatem. Wszechświat wyszedł ze mnie i rozciąga się ku mnie” – cytuje Go apokryficzna Ewangelia Tomasza. „Rozszczepcie bierwiono drewna: Jestem! Unieście kamień, i znajdziecie mnie”.

Ewangelia ukazuje młodą, raczej ascetyczną postać, delikatną, choć krzepką, o rysach poetyckiej, wrażliwej natury. „A widząc rzesze ludzi, litował się nad nimi” – odnotował Marek („gdyż byli jak owce niemające pasterza”). Widzi się Go mającego łzy w oczach, a także pełnego emocji i gniewu. „Jakże jesteście nierozumni – ruga swoich słuchaczy – i jak ociężałe są wasze serca”.

Uczniowie byli pod wrażeniem wypowiadanych przez Niego słów, lecz Go nie pojmowali. „Bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz niebieski” – usłyszeli żądanie. Mieli miłować jak Bóg, być dobrzy, łagodni, a nawet przebaczać doznaną niesprawiedliwość. „Trudna jest ta mowa – szeptali – kto może się więc zbawić”.

A Jezus? Czy cierpiał z tego powodu, że Jego misja może się nie powieść? Jego życie było walką z ciemnym przeciwnikiem zdającym się mieć tę samą moc, co i On. Co Jezus miał na myśli, mówiąc: „Teraz zapada sąd nad światem; teraz władca tego świata zostanie precz odrzucony”? Dlaczego w przeciwieństwie do odpowiedzialnego przywódcy posyłał swoich uczniów niczym owce między wilki? Dlaczego zabraniał mówić o sobie uzdrowionym i demonom? Jak to możliwe, że tak haniebnie został porzucony? Czy nie należałoby nawet mówić o swoistym wypaleniu się Jezusa? Może miał niewłaściwą strategię? Czy to z Jego powodu nie zrealizowało się od razu i całkowicie odkupienie ludzkości doznającej cierpień od chwili upadku w grzech?

„Poświadczamy – podpisali apostołowie swoje sprawozdanie – gdyż sami widzieliśmy”. A dwa tysiące lat później zrodziło się przekonanie, że nie da się zebrać prawdziwych faktów na temat osoby Jezusa. Postrzępioną, pokreśloną, ledwie czytelną Ewangelię zaczęto uważać za zbieraninę kłamstw, trików i oszustw. Nawet sami wierzący zakładają obecnie, że przedstawienie przepowiadania Jezusa, Jego śmierci, a szczególnie zmartwychwstania jest wynikiem późniejszego procesu.

Który obraz Chrystusa oddaje rzeczywistość, który jest prawdziwy? Co na pewno wiemy na Jego temat?

Przez okienko przyglądałem się białym chmurkom zdającym się w zwolnionym tempie płynąć ku mknącej w przestworzach maszynie. W jakiejś mierze wszystko stało się inne. Codzienność. Kultura. Myślenie. Nawet pogoda. Świadomość religijna oraz podstawowa wiedza na temat religii uległy tak daleko idącej degradacji, że nawet ateistów wprawiła w zdumienie. Na liście bestsellerów pojawiają się tytuły dowodzące, że to człowiek stworzył Boga, a nie odwrotnie. Coraz więcej osób zdaje się chętnie wierzyć w tę wersję i „odpowiednio” postępować.

Podobnie do tego w krótkim czasie dramatycznie pogorszyły się warunki życia na ziemi. Każdy rok przynosi nowe rekordy katastrof naturalnych. Jedna fala tsunami spustoszyła wybrzeża połowy Azji. Roztapiają się bieguny. Na nieboskłonie zieją dziury ozonowe. W listopadzie 2007 roku sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon, przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym, określił sytuację naszej planety jako ekstremalnie zagrożoną. Jedna z komisji wydała natomiast oświadczenie, że ludzkości pozostało zaledwie kilka lat do osiągnięcia point of no return. Cały szereg ekspertów uważa zaś ten punkt, w którym za późno będzie na poradzenie sobie własnymi siłami z problemami i niebezpieczeństwami stechnicyzowanego świata, za dawno już osiągnięty.

Poprawiłem się na fotelu, biorąc gorący kubek z tacy podawanej mi przez stewardesę. „Czy można wyobrazić sobie świat, w którym Chrystus nie żył?” – zapytywał odważnie laureat literackiej Nagrody Nobla Jak mógłby on wyglądać? Innymi słowy: czym się różnią regiony, gdzie nie ma chrześcijaństwa? Czy jak Europa XX wieku, podejmująca eksperymenty zastąpienia Go przez panowanie „nowego człowieka”?

Przesłanie Jezusa zostało zakwestionowane, odrzucone i ponownie zakwestionowane. Udręczone do krwi przez „swoich”, którzy w imię Boga wykorzystali je do własnych celów i zdyskredytowali. I przeciwnie, w kontrowersjach z przeciwnikami chrześcijanie zmuszani byli do wciąż nowego i coraz dokładniejszego oglądu. Żadnego innego dzieła nie poddano tak szczegółowej analizie, jak relacji Ewangelii. Setki tysięcy, być może nawet miliony teologów, uczonych najróżniejszych dyscyplin, kapłanów, mnichów i świeckich łamało sobie nad nimi głowy. Sam Kościół włączył w graniczącą z samozniszczeniem debatę na temat „sprawy Jezusa” całe tysiące swoich najlepszych ludzi, mężczyzn i kobiet. Z kolei wszystkie systemy ateistyczne, czy to w hitlerowskich Niemczech, Związku Sowieckim, czy też Republice Chin, zaprzęgły całe armie specjalistów mających zadać „legendzie” śmiertelny cios.

A przecież czy to, Jezus nauczał, jak tego nauczał i jak tym żył, nie okazało się przesłaniem pozwalającym nam postąpić krok dalej? Czy ten obraz Boga nie okazał się jedynym, jaki można zaakceptować, nie będąc przy tym zepchniętym do narożnika przez postępowy rozum, ten rozum, który nieomal żąda krytycznej rewizji oraz braku historycznych i faktycznych wątpliwości? Czy z drugiej strony nie dopasowaliśmy też zbytnio Jezusa do naszych mieszczańskich wyobrażeń, blokując sobie tym samym dojście do Jego źródeł? Wydaje się, że nasze ciasne pojęcie realności oraz poznania zamknęło nas w przestrzeni nieosiągalnej dla światła. Bo czy cały kosmos nie jest bardziej fantastyczny niż mogłoby się nam wydawać? Czy my sami nie jesteśmy bardziej fantastyczni niż sądzilibyśmy i dużo bardziej życiowo zróżnicowani niż żyjemy?

Skoro jest prawdą, że ten Jezus to naprawdę nikt inny, jak wysławiany, wychwalany, z tęsknotą wyczekiwany Mesjasz, Zbawca świata, Syn Najwyższego, który wszystko stworzył, niebo i ziemię, rzeczy widzialne i niewidzialne, jak wyznajemy w Credo, Jednorodzony, „Bóg z Boga, Światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu” – to o czym wobec tego mówimy? Czy nie poruszamy tego, co najbardziej tajemnicze i największe na świecie? Czy nie rozmawiamy wówczas z Jezusem o tym, dokąd idziemy?

Dziś na temat Chrystusa możemy się dowiedzieć znacznie więcej niż wszystkie pokolenia przed nami. Refleksje teologiczne, rezultaty badań historyczno-krytycznych, a szczególnie odkrycia archeologiczne z ostatnich lat dostarczają nam bogactwa źródeł, do których wcześniejsi analitycy nie mogli sięgać. Podczas mojej kwerendy uwidoczniło się także, jak bardzo odeszliśmy od pojmowania Ewangelii jako misterium. Czy za słowami (i pomiędzy linijkami) tego najbardziej znaczącego, najczcigodniejszego, jak również najbardziej tajemniczego pisma na świecie nie kryje się także określony kod, który trzeba by odszyfrować? Czy nie należy najpierw złożyć części, aby w efekcie otrzymać całościowy obraz prawdziwej postaci Jezusa, i to uwzględniający również wewnętrzną stronę? Czy nie jest szansą dla naszego czasu, aby ponownie móc zapytać o całość misterium i odzyskać tę część kosmosu, którą utraciliśmy?

Trzeźwo rzecz biorąc, tabuizacja biografii Jezusa Chrystusa była największym zwycięstwem, jaki mogli odnieść przeciwnicy Jezusa. Misterium przemieniło się w historię profanum, blask boskości stał się prochem przemijalności. „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” – deklarował Chrystus. Tylko czy nie należałoby pójść tą drogą i w ślad za życiem, aby u kresu dotrzeć rzeczywiście do Jego prawdy?

„Słowa Jezusa mają z pewnością niezbywalne znaczenie – podkreślił ówczesny kardynał Joseph Ratzinger podczas jednej z naszych rozmów – lecz nie wolno nam Go zredukować wyłącznie do nich. Ciało, jak mówi Jan, przynależy do tego. Jest ono żywym Słowem”. Po krótkiej chwili milczenia dodał jeszcze: „Dopiero gdy przyjrzymy się całemu witalnemu kontekstowi postaci Jezusa, przemówią również słowa tą wielkością, która się w nich kryje. Tym samym ogląd życia i męki Jezusa Chrystusa stanowi podstawę do rozumienia Jego nauczania”.

Niewłaściwe procesy, jakie zaszły w historii powszechnej oraz Kościoła, niekoniecznie ułatwiły postrzeganie Chrystusa. Narody chrześcijańskie, mające przecież być braćmi, niejednokrotnie prowadziły z sobą krwawe wojny. Dwudziesty wiek doświadczył inferna złych mocy wraz z próbą wyniszczenia narodu wybranego i to na gruncie zachodnioeuropejskiej kultury chrześcijańskiej. Biorąc to pod uwagę, zastanawiałem się, czy nie byłoby czymś złym ponowne zdobycie się na dystans. Być może poniekąd musiało najpierw dojść do utraty tego, co oczywiste, do czego przywykliśmy, aby udało się ponownie odkryć na nowo Chrystusa w całej Jego wielkości.

„Rzeczy można postrzegać tak albo tak, jako fakt i jako tajemnicę” – orzekł swego czasu Hans Urs von Balthasar. Pragnąłem obojga. Faktu . tajemnicy. Chcąc tego dokonać, należało poznać piątą Ewangelię, sam kraj Jezusa, gdzie nawet – jak się twierdzi – kamienie potrafią mówić.


Rozdział 2
Mit

Lot liniami El Al okazał się przyjemny. Dzięki niepełnemu kompletowi pasażerów każdy miał dość miejsca i korzystał z wygody, nawet jeśli we wnętrzu było chłodno i głośno, a zardzewiałe śruby na płatach skrzydeł spinające arkusze blachy nie nastrajały zbyt optymistycznie.

Czekały nas cztery godziny lotu, temperatura w Izraelu miała wynosić przyjemne dziewiętnaście stopni, a po większości gości na pokładzie widać było radość z wizyty w ziemi przodków, w ich kraju. Zdawało się, że znają się wzajemnie, choć większość nigdy dotąd się nie spotkała. Gdy rozlegający się z głośnika głos poprosił, aby zapiąć pasy, gdyż kapitan wkrótce rozpocznie manewr lądowania, jedni odsłonili rolety przy bulajach, zaś inni sięgnęli do podręcznego bagażu, aby przed przybyciem do Ziemi Świętej założyć sobie kipę.

Gdy stewardesy roznosiły gorące i wilgotne ręczniczki oraz świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy z Jaffy, wziąłem do ręki stare wydanie Biblii. Nie wszyscy Żydzi mogli się stać chrześcijanami. Sam Jezus dał w tym względzie wskazówkę („Nikt, kto skosztował starego wina, nie chce nowego, gdyż powie: stare wino jest lepsze”). Tylko czy wszyscy chrześcijanie nie pozostali w jakimś sensie także Żydami?

Przypadkowo otworzyłem List do Efezjan. „Pamiętajcie, że niegdyś byliście poganami” – poddaje Paweł Grekom pod rozwagę – wcześniej bez udziału „w przymierzach obietnicy, niemający nadziei ani Boga na tym świecie”. Teraz natomiast „wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa”.

Apostoł Narodów dostrzegał to, czego pragnął Jezus: „On bowiem obie części ludzkości uczynił jednością – żydów i pogan – bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość. W swoim ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego nowego człowieka”. Z tego punktu widzenia antysemityzm jest także antyjezuizmem i tym samym sam z siebie obcy dla chrześcijan. Poganie jako chrześcijanie przybrali wkrótce żydowskie imiona – Józef i Jan, Jakub i Bartłomiej – przyjęli żydowską naukę, żydowski kult i żydowskiego Mesjasza. Z kolei Żydzi jako chrześcijanie otwarli pochodzącą z ich korzeni religię na uniwersalność, słowem Chrystusa zanosząc wiarę ojców aż po krańce ziemi. W osobie Żyda, „Apostoła Narodów”, Pawła, ruch ten miał swojego największego misjonarza w osobie innego Żyda, Piotra, pierwszego papieża, jak również w osobie Żyda – obecnego Pana.

W czasach Jezusa cywilizacja przeżywała rozkwit. Rzym od dawna był dominującą i dzięki swemu bogactwu wyróżniającą się metropolią w całym ówczesnym świecie. W stolicy zamieszkiwało więcej niewolników niż ludzi wolnych. Obywatele cieszyli się wolnością podatkową, a powracający z wojen legioniści korzystali z prawa do renty. W roku 52 cesarstwo rzymskie pozyskało nowy atrakcyjny cel turystyczny – Paryż, zaś od roku pierwszego przed Chrystusem w germańskim Wiesbaden zaczęto wznosić nowy rzymski kurort, wyposażony nawet w ogrzewanie podłogowe. Regularne funkcjonowanie poczty urzędowej na terenie całego państwa przynależało do ułatwień w odbywaniu podróży, podobnie jak i zaletą było korzystanie z kieszonkowych zegarków słonecznych, jakie wówczas pojawiły się na rynku. Cesarz August, którego wizerunek obligatoryjnie musiał się znajdować obok rzymskich bóstw domowych, był już nie tylko władcą, lecz także arcykapłanem i bogiem.

W porównaniu z metropoliami takimi jak milionowe miasto Aleksandria, gdzie właśnie otwarto pierwszą szkołę dla mechaników, miejsce działalności Jezusa nad jeziorem Genezaret to głęboka prowincja. Mimo to jednak ten skrawek ziemi stanowił skrzyżowanie największych i najważniejszych szlaków komunikacyjnych z północy na południe, ze wschodu na zachód, a nawet być może centralny punkt ówcześnie znanego świata.

Galilejczycy nie cieszyli się najlepszą opinią. Używany przez nich dialekt stanowił przedmiot drwin. W sprawach religii traktowano ich jako ignorantów, w kwestii ortodoksji jako element niepewny. Uważano za niemożliwe, aby „z pogańskiej Galilei” wyszedł jakiś prorok. Niemniej Izajasz przepowiedział „ludowi żyjącemu w ciemnościach”, że pewnego dnia „ujrzy światłość wielką”.

W bezpośrednim sąsiedztwie Galilei znajdowała się kolebka wszystkich miast, najstarsza metropolia ludzkości, Jerycho. I tam, gdzie przed wieloma tysiącami lat wzięła swój początek cywilizacja, miał także nastąpić jej kres: na Armagedonie, szerokiej równinie u stóp nazaretańskiego wzniesienia, na polu bitwy Boga, na którym według tradycji przodków dojdzie do najważniejszej z walk, ostatniego paroksyzmu sił zła, a po nim Pan Zastępów zaprowadzi swój wieczny niebiański pokój.

Jezusa z Nazaretu trudno pojąć: żyje dobrowolnie w ubóstwie, ale nie jest ascetą. To sztandarowy przykład pokory i dobroci – a jednocześnie domaga się od uczniów, aby w razie konieczności poszli za Nim na śmierć. To nie moralista – ale obstaje przy nienaruszalności małżeństwa. Głosi miłość, pokój i przebaczenie jako jedyne środki przeciwko spirali nienawiści i przemocy – a przecież jednocześnie mówi, że ci, którzy „zwiedli innych i przekraczają Boże przykazania”, zostaną wrzuceni w „ognisty piec”. Gromadzi ludzkie masy – a upodobał sobie samotność. Wszedł w konflikt z władzą – ale nie zabiega o sławę, urząd czy też koronę. Zna wszystkie prawa i starotestamentalne teksty – lecz nie należy do grona uczniów żadnego z wielkich rabbich. Robi wrażenie posiadaną mądrością – ale nie chwali uczonych, a ubogich w duchu. Dysponuje niezwykłym darem uzdrawiania – a na końcu wydaje się być niezdolnym do uniknięcia męki.

Wszystko jest w Nim paradoksalne, można nawet powiedzieć: niemożliwe. Paradoksalny jest sam początek: dziewica poczyna dziecko. Więcej: człowiek staje się Matką Boga. Paradoksalne Jego nauki: wiara góry przenosi; niemoc zwycięża moc; miłość jest silniejsza od nienawiści. Paradoksalny kres Jego życia: przez śmierć do zmartwychwstania.

Wszystko jest w Nim skoncentrowane, zbiega się w jednym, jedynym punkcie: inkarnacja w najmniejszym spośród narodów. Ukazanie się w małym kraju. Poczęcie przez zupełnie nieznaną, niewiele znaczącą kobietę, Immaculata, Niepokalaną, jedyną bez grzechu pierworodnego. Narodziny z dala od wszelkiego zgiełku, w ciasnej stajni. Koncentracja „lat nauki” na możliwie najkrótszy czas. Pierwsze objawienie wobec pojedynczej osoby (kobieta przy studni). Przemienienie na jedną chwilę (na górze). Finał w przeciągu jednego tygodnia. Ukazanie centralnej tajemnicy podczas jednej uczty („To czyńcie na moją pamiątkę”). I na koniec: niewielki szczyt wzniesienia Golgoty jako kres ludzkiego i początek duchowego bycia.

W trakcie dwóch tysięcy lat chrześcijańskiej historii każda epoka odkryła inną stronę Męża z Nazaretu. Wczesne średniowiecze, związane z religijnym życiem klasztorów oraz działalnością wielkich mistyków, ukazywało Chrystusa zmysłowego i emocjonalnego. Zmierzch wieków średnich podkreślał Jego wdzięk, romanizm natomiast ukazywał Króla Niebios i Sędziego Świata o surowych i zdecydowanych w wyrazie gestach. Barok, cechujący się skłonnością do przepychu i zewnętrzności, pokazuje niebiańskiego księcia nauczającego szumnie, władczo i ze swadą, wywierającego wrażenie męką i radośnie zmartwychwstającego. Renesans z kolei daje Mu oprawę wielkiego człowieka, pełnego siły, spokoju i świadomości, lecz również uczuć i pokory. To, że pozostało zastrzeżone dla naszych czasów, aby już dłużej nie kontemplować i zgłębiać Jezusa, lecz przybiwszy do drzewa poznania stopniowo przeprowadzać sekcję, tnąc Go mniejszymi i większymi skalpelami, wydaje się stanowić raczej wątpliwy przywilej.

Na podróż przygotowałem sobie całą listę pytań, postanawiając, że gruntownie się nimi zajmę. Jak doszło do powstania Ewangelii? Kiedy dokładnie zostały spisane? Czy posiadamy oryginały czy tylko odpisy, które w przeciągu historii zostały świadomie skrócone lub sfałszowane? Co należy sądzić o kronikarzach: Mateuszu, Marku, Łukaszu i Janie, którym przypisuje się autorstwo tekstów? Jak teksty te należy czytać i rozumieć, aby odkryć ich głębsze znaczenie?

Co ze starotestamentalnymi proroctwami zapowiadającymi Mesjasza? Wydają się one być tak precyzyjne, jak gdyby ktoś za pomocą Google Earth z innej galaktyki przybliżył określony punkt Ziemi, aby dojrzeć na niej postać, która już u początku czasu została wyprawiona w drogę. Dlaczego Jezus nie objawił się dwieście lat wcześniej albo dwieście lat później? I dlaczego akurat 7 lat przed Chrystusem, jak dzisiaj wiemy?

Jedną z najbardziej frapujących kwestii wydało mi się pytanie, czy Jezus miał możliwość uniknięcia krzyża. „Pozbądźmy się starego nawyku twierdzącego, że tak jak się stało, musiało się stać – zaapelował Romano Guardini – i wyobraźmy sobie Jezusa, który osiągnąłby wiek pięćdziesięciu, osiemdziesięciu, stu lat, wciąż wzrastając w latach, mądrości i łasce u Boga i ludzi!”. Dlaczego nie miałoby to być możliwe? Jaki byłby? Jak jednak rozumieć potem straszliwy paradoks – odkupienie przez mękę; przez krzyż ku zbawieniu? Czy też może jest to jedynie pobożna bajka, jak twierdzą krytycy, mająca zamaskować klęskę Jezusa i Jego zwolenników i nadać jej blask świętości?

Mit Jezusa. Narodził się z Maryi Panny. Ukrzyżowany pod Poncjuszem Piłatem, umęczony i pogrzebany. Zstąpił do piekieł. Trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa. Marcin Luter podał kiedyś następujące cechy Jezusa: humanitas, infirmitas, stultia, ignomia, inopia, mors, humilitas – „humanitarność, słabość, głupota, niewiedza, niedoskonałość, śmiertelność, uniżenie, które niekoniecznie można pojmować jako wyraz boskości”. „Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich. Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się”. Tymi słowami po śmierci Jezusa bronił apostołów Gamaliel, członek Wysokiej Rady. Potem dodał: „A jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć”.

Zgodnie z wszelkimi prawidłami polityki i logiki śmierć przywódcy oznaczała kres ruchu z Galilei. Mesjasz o powszechnie występującym imieniu, jakie w Izraelu nosił co trzeci chłopiec. Grupa uczniów o słabej wierze. Tak zwane zmartwychwstanie, którego świadkowie, kobiety, nie zostałyby przesłuchane przed sądem nawet w sprawie zwykłej kradzieży. Ich (uczniów) historia powstała jako subiektywne świadectwo wczesnokomunistycznej, dogmatycznej wspólnoty wierzących („Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby” – Dz 2,45), spisana w wulgarnej, potocznej grece ludzi niewykształconych, rybaków i celników, którzy nie uchodzili w swoich środowiskach za autorytety. Nie wspominając nawet o ewidentnych sprzecznościach w niej zawartych. I wreszcie protagonista, który nie dysponował armią ani nie założył gałęzi wiedzy, nie napisał książki i którego projekt, jak się wydawało, poniósł sromotną klęskę.

Trzysta lat wcześniej Aleksander Wielki dysponował mocarstwem większym od jakiegokolwiek innego przed nim. Chrystus zrezygnował z wszelkich wyobrażeń o władzy. Nie wspominał nic o wojnie ani też nie marzył o podbojach czy podporządkowaniu. Pomimo tego kilka stuleci po ukrzyżowaniu Jego „królestwo” jest większe od tego, co było przed Nim i miało przyjść po Nim.

W czterotysięcznej historii judaizmu Chrystus nie tylko jest jedynym, który stale odbiera cześć jako Mesjasz, jest On po prostu osobą w znaczniejszej mierze przemieniającą oblicze świata niż ktokolwiek inny, włącznie z wszystkimi rewolucjonistami, królami czy wynalazcami. Mamy czas przed NIM i czas po NIM, kiedy to dodajemy do liczby roku sformułowanie Anno Domini, „Roku Pańskiego”. Stał się On w dosłownym znaczeniu słowa przeznaczeniem świata. „Gdyby się nie narodził – stwierdza teolog i poeta Otfried von Weissenburg – świat uległby zagładzie, gdyż porwałby go szatan”.

Nie wypada tryumfować, bo wiele jest ciemnych stron chrześcijańskiej przeszłości. Nie było wieku, któremu nie towarzyszyłyby błędy, zdrada i nadużycia nauki Jezusa. Jednakże w chłodno zbilansowanym oglądzie wystąpienie Jezusa oraz dzieło tych, którzy poszli za Nim, to z pewnością największa historia sukcesu wszech czasów. Żaden inny człowiek nie miał większej od Niego siły przyciągania i większej rzeszy zwolenników. W gruncie rzeczy nie ma nikogo takiego, kim cała ludzkość zajmowałaby się intensywniej od dwóch tysięcy lat, niż Mąż z Nazaretu.

Jezus Chrystus uformował państwa i przemienił narody. Jego imieniem nazwano miasta i kraje, od San Salvador po Dominikanę. Flagi noszą Jego znak, od Union Jack po Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Cykl świąt: Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Wniebowzięcia, na całym globie, to koordynaty Jego działalności. Początek każdego nowego tygodnia, niedziela, „dzień Pański”, dies dominicus, to formuła nowego stworzenia świata przez Jezusa Chrystusa, „słońce sprawiedliwości”.

Sztuka pt. Jezus pozostaje ciągle na scenie, bez przerwy. Jego narodziny i dzieciństwo, cudowne rozmnożenie chleba, przejście po wodzie, śmierć i zmartwychwstanie – te punkty z Jego życia stały się pożywką dla kultury całych stuleci; nikt nie jest w stanie ich pominąć, bez względu na to, czy sceny je przedstawiające znalazły się w podręczniku szkolnym, w galeriach malarstwa, w przydrożnej kapliczce czy też po prostu je opowiedziano. Na temat niektórych Jego wypowiedzi, o niektórych przypowieściach, jak tej o synu marnotrawnym czy też miłosiernym Samarytaninie, spisano całe księgi, całe biblioteki.

Egzystencja Jezusa wywarła swój wpływ na nasz sposób mówienia. Zwroty jak „być poruszonym w sercu”, „zalać oliwą rany” czy też „budować dom na piasku” są zapożyczeniami z Nowego Testamentu. A gdy ktoś prosi, aby minął go kielich, odwołuje się tak samo do Chrystusa, jak wtedy, gdy narzeka na „krzyż”, i to może nie przeczuwając nawet, iż kryje się za nim ciężar złożony na barki Jezusa. Bez Niego (Jezusa) nie da się nawet wyobrazić sobie sloganów rewolucji francuskiej – wolność, równość, braterstwo. Z chrześcijaństwa oraz jego judaistycznych korzeni ruch marksistowski zaczerpnął wyobrażenie sprawiedliwości, ideę społeczeństwa jako miejsca walki oraz historii jako progresywnego procesu.

„Postać Jezusa Chrystusa dominuje w historii kultury zachodniej od dwudziestu stuleci – orzeka Jaroslav Pelikan, historyk uniwersytetu Yale. Amerykański tygodnik „Newsweek” podkreśla natomiast: „Jego wpływ na historię nie ma sobie równych”. Nawet tak krytyczny duch, jak upośledzony kapłan Ernest Renan, w XIX stuleciu doyen Chrystusowych krytyków, musiał przyznać, że Jezus nie tylko przepowiadał „niezwykłe przemiany”, lecz także stworzył fundamenty, „na których społeczność ludzka bazuje od osiemnastu wieków”.

Napoleon dodał: „Aleksander Wielki, Cezar i ja założyliśmy mocarstwa, korzystając z przemocy, i po śmierci nie będziemy mieli przyjaciół. Chrystus osadził swoje królestwo na fundamencie miłości i jeszcze dzisiaj miliony ludzi dobrowolnie poszłyby za Nim na śmierć”.

Jezus zainspirował ludzkość do największych osiągnięć i najbardziej ludzkich czynów, wyzwolił najlepsze cechy oraz dał impuls ku powstaniu najwspanialszych dzieł. Bez Niego nie byłoby jedynej w swoim rodzaju muzyki Haendla (Mesjasz), Mozarta (Ave verum) i Haydna (Stworzenie świata), nie zapominając o Palestrinie (Missa brevis), Orlando di Lasso (Magnificat), Monteverdim (Vespro della Beata Vergine), Vivaldim (Gloria), Bachu (Matthaeus-Passion), Beethovenie (Missa solemnis), Liszcie (Christus), Verdim (Messa da Requiem), Brucknerze (Te Deum) i Schubercie (Ave Maria). Bez Niego nie powstałyby dzieła Michała Anioła, Rafaela, Rembrandta, Leonarda da Vinci i Dürera, Tycjana i El Greca, Gruenewalda i Van Gogha. Nie byłoby takiego dziedzictwa kulturowego, jak Wies-Kirche w Górnej Bawarii, szlaku pielgrzymkowego do Santiago de Compostela. Więcej, nawet takich form miejskich jak Paryż oraz tych powstałych w średniowieczu, wzniesionych ku Wschodowi – Orient (stąd pojęcie orientacja) – początkowi „zbawienia”.

Nie ulega wątpliwości, że kolebkę kultury europejskiej współtworzy dziedzictwo Grecji. Lecz bez chrześcijaństwa, które zintegrowało i dalej rozwijało tę kulturę, nie byłaby ona w stanie przetrwać. Jezus jest pierwszym, który nie przeprowadza podziałów na cywilizowanych i barbarzyńców, wierzących i pogan, czystych i nieczystych, w przeciwieństwie choćby do hinduizmu z systemem kastowym, islamu z wykluczeniem „wrogów boga” czy też politycznych totalitaryzmów uciskających myślących inaczej. Naśladując Go, wspólnoty zakonne stworzyły powszechną opiekę zdrowotną oraz szkolnictwo. Zaczyn chrześcijaństwa dał impuls ku wyzwoleniu pracy, aby jako współpracownik stworzenia w ramach boskiego porządku przez kulturę, technikę, badania i wiedzę coraz lepiej je poznawać i móc coraz lepiej wykorzystywać dane przez nie możliwości.

Chrześcijańscy badacze nie odczuwali przy tym nigdy sprzeczności pomiędzy wiarą i wiedzą. Francuski matematyk Augustin Louis Chauchry stwierdził: „Jestem chrześcijaninem, to znaczy wierzę w bóstwo Chrystusa podobnie jak Tycho de Brahe, Kopernik, Kartezjusz, Newton, Leibnitz, Pascal... jak wszyscy wielcy astronomowie i matematycy przeszłości”. Włoski laureat Nagrody Nobla Guglielmo Marconi, wynalazca telefonu bezprzewodowego, proklamował: „Deklaruję z dumą, że jestem wierzący. Wierzę w siłę modlitwy. Wierzę nie tylko jako praktykujący katolik, lecz także jako naukowiec”. „Religia i nauki przyrodnicze nie wykluczają się nawzajem, jak to niektórzy twierdzą i obawiają się obecnie, lecz uzupełniają i warunkują wzajemnie. Dla wierzącego Bóg znajduje się u początku, dla fizyka u kresu procesu myślowego” – podsumował noblista w dziedzinie fizyki, Max Planck.

Jezusowy ruch podbił wszystkie warstwy społeczne, tworząc duchowo i gospodarczo najbardziej skuteczną kulturę wszech czasów, i to pojęciem Boga, którego symbolem nie jest korona, lecz niewolnik, ostatni spośród sług, obmywający innym nogi. Dziś do Jego nauczania i osoby przyznaje się ponad dwa miliardy wyznawców. Miliony organizacji tworzy swoje programy, odwołując się do chrześcijańskiego światopoglądu. Prominenci i politycy powołują się na Niego jako na drogowskaz. „Poświęciłam się Jezusowemu Sercu” – wyznała franko-kolumbijska kandydatka na prezydenta Ingrid Betancourt, która sześć lat była więziona przez terrorystów. Wkrótce potem, 2 lipca 2008 roku, została uwolniona.

To po prostu paradoks: coś, czego według wszelkich reguł rozumu nie powinno być, powstałe z drobnego, prawie niedostrzegalnego punktu; niepozorne ziarno gorczycy, ledwo dające się dojrzeć w krótkim jak błyskawica bycie, wprowadziło świat w zupełnie nową fazę rozwoju, jak gdyby został on na nowo stworzony.

Popijając kawę i przyglądając się białym obłokom, wróciłem myślą do mojej ostatniej wizyty w Watykanie. Umówiłem się z doktorem Georgiem Gaensweinem, sekretarzem papieskim o młodzieńczym wyglądzie, wykreowanym przez media jako „najbardziej urodziwy mężczyzna w Watykanie”, niekoniecznie ku jego zadowoleniu.

Podobnie jak innych gości prałat polecił odebrać mnie przy Porta St. Anna oficerowi Gwardii Szwajcarskiej, porucznikowi Jeanowi Danielowi Pitteloudowi, dowodzącemu francuskojęzyczną kompanią służb zabezpieczających, krępemu, pogodnemu mężczyźnie, któremu wykonywana praca sprawiała widoczną przyjemność. Z trudem podążałem za nim, choć stwierdził, że pod nowym papieżem nastał inny rytm i wszystko nieco zwolniło.

Początkowo niejaką trudność sprawia zorientowanie się w labiryncie podwórek i korytarzy, lecz przy kolejnej wizycie widzi się, że Palazzo Apostolico nie jest prawdziwą rezydencją. Za dużo stoi w jego obrębie tanich samochodów, a winda wygląda niczym w jakimś Grand Hotelu mającym już za sobą najlepsze dni. Podstarzały liftboy wywiózł nas na seconda loggia, mieszczące biura papieskie z salami audiencyjnymi, gabinetami oraz biura poszczególnych referatów watykańskiej dyplomacji. Benedykt XVI opuszcza je dopiero po osiemnastej, udając się do położonego piętro wyżej apartamentu, aby tam przez kolejną godzinę, podczas tak zwanych audienza di tabella, przyjmować najważniejszych współpracowników, w szczególności kardynała Sekretarza Stanu. Od 20.45 wycofuje się, mając czas dla siebie. Nie otrzymuje także żadnej poczty, chociaż o tej właśnie godzinie dostarcza się ostatnie przesyłki.

W poczekalni wielkości sali koncertowej zasiadłem na sofie dla olbrzymów, z której spokojnie można było machać nogami. Raz po raz otwierały się skrzydła drzwi i z pomieszczeń papieskich wylewały się gromady poselstw wysokich dygnitarzy czy też premierów w towarzystwie zwykłego orszaku sekretarzy, urzędników, ludzi mediów oraz osób, względem których miało się dług wdzięczności i teraz niczym w koniu trojańskim zostali oni przemyceni na spotkanie z Ojcem Świętym.

Jako kardynał papież Benedykt XVI często mówił o konieczności gruntownego oczyszczenia, również co do Kościoła. Musi on „zrezygnować ze swoich dóbr – powiedział – aby zachować dobro”. Natychmiast po inauguracji pontyfikatu wspomniał w wystąpieniu do młodzieży o „rewolucji Bożej”, a przed braćmi ortodoksyjnymi o palącej potrzebie ponownego zjednoczenia. Jego inicjatywa z trudem torowała sobie drogę. Inercja aparatu kościelnego może stanowić skuteczny hamulec. W tych latach porozumiano się co do wygodnej współegzystencji państwa i społeczeństwa. „Nie przeszkadzajcie sobie – brzmiało motto tej polityki – i róbcie tak, jak gdyby nas nie było”.

Słysząc od nowego papieża o „stworzeniu zniewolonym w ciemności Boga”, nadstawiłem uszu. Co miał na myśli? „Istnieje pustynia ciemności Boga, wypalenia duszy, gdzie zanika świadomość godności i drogi człowieka”. To nie było zdanie z marginesu. Ta analiza stanowiła część jego homilii na inaugurację pontyfikatu, coś na podobieństwo mowy programowej. W miarę upływu lat wyrazistość upomnień nie straciła na ostrości. Swój szczyt osiągnęły one w przesłaniu na 2008 rok: „Ciemności spowijają narody...”.

Założyłem ręce za głową, usiadłem wygodniej na apostolskiej sofie i przymknąłem oczy. Co takiego musiałoby się wydarzyć, co za jednym pociągnięciem ze wzmożoną szybkością przywróciłoby kuli ziemskiej utraconą równowagę, i to zanim implozja czy eksplozja rozniosłyby ją na tysiące kawałków? Nie przeżywałem wizji, lecz w duszy widziałem stronę tytułową niemieckiej gazety z ogromnym nagłówkiem w czerwonym kolorze: „Watykan przygotowuje się na ponowne przyjście Chrystusa”. I podtytuł: „Papież Benedykt XVI zwołuje sztab kryzysowy. Przesłanie do rządów państw oraz ludzi dobrej woli”.

W artykule napisano: „Watykan przygotowuje się na ponowne przyjście Chrystusa w widzialnej postaci oczekiwane w najbliższym czasie. Według niepotwierdzonych jeszcze doniesień agencyjnych papież Benedykt XVI powołał sztab kryzysowy mający przedsięwziąć niezbędne kroki. Nie udało się uzyskać oficjalnego stanowiska ze strony rzecznika prasowego Stolicy Apostolskiej Frederico Lombardiego. Zgodnie z informacjami uzyskanymi z dobrze poinformowanych kręgów do Rzymu wezwano kardynałów z wszystkich kontynentów świata. W kongregacjach utworzono komisje robocze, a jednocześnie wprowadzono embargo prasowe. Więcej szczegółów dotyczących podjętych kroków należy oczekiwać w najbliższych dniach”.

Sam Jezus przed męką wspomniał o swoim powrocie, a także o okolicznościach towarzyszącym Jego „paruzji”, jak teologowie nazywają powtórne zjawienie się Chrystusa. W tych dniach – cytuje Go Ewangelia Marka – nastanie ucisk, „jakiego jeszcze nie było od stworzenia świata”. „Jednakże ze względu na wybranych” skróci On ten czas. Pośle swoich aniołów, „aby ich zebrali z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba”. U Mateusza czytamy dosłownie: „Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów... I pójdą ci na mękę wieczną, a sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25,31nn).

Przyjście Chrystusa nigdy nie było na rękę Kościołowi. Miał ważniejsze sprawy do załatwienia niż zaprzątanie sobie głowy tym tematem. Ostatnio kwestia ta nabrała rozgłosu za sprawą polskiej zakonnicy Marii Faustyny Kowalskiej. W opublikowanym posthum Dzienniczku odnotowała następujące słowa Jezusa: „Zapisz: zanim zjawię się jako sprawiedliwy sędzia, przyjdę jako Król Sprawiedliwości”.

Podczas jednego z objawień Faustyna otrzymała dosłowne polecenie: „Przygotujesz świat na moje ostateczne przyjście”. Można o tym myśleć, co się chce, niemniej to zasługą zmarłej w 1938 siostry zakonnej jest wprowadzenie do kalendarza liturgicznego Niedzieli Miłosierdzia. Reprodukcje namalowanego zgodnie z jej wskazówkami obrazu Jezusa Miłosiernego rozeszły się w milionach egzemplarzy po całym świecie. W roku 2000 Jan Paweł II kanonizował ją, wynosząc do chwały ołtarzy.

Te dywagacje zaczęły mnie coraz bardziej fascynować. W myślach ponownie sięgnąłem do mojej gazety: „W ostatnich miesiącach umocniło się przekonanie, że w najbliższym czasie należy spodziewać się przyjścia Chrystusa. Papież zlecił szczegółowe przebadanie stosownych przesłań. Uznał ich sugestie za autentyczne i z wielką uwagą przyjął składane mu sprawozdania. Zagrożenie wobec duchowych oraz ekologicznych zasobów (ressourcen) naszej planety stało się zbyt wielkie, aby ludzkość mogła się uratować o własnych siłach. Z tą informacją zostali już zapoznani zwierzchnicy wszystkich Kościołów chrześcijańskich. Osobną notę przesłano na ręce osób odpowiadających za przewodzenie niechrześcijańskim wspólnotom wyznaniowym oraz rządom w Waszyngtonie, Moskwie, Paryżu, Londynie, Tokio, Pekinie, Delhi, Sydney, Brasilii i Jerozolimie.

Specjalni emisariusze udali się na obrady Światowego Kongresu Żydów, jak również do pozostałych przedstawicieli bratniego narodu żydowskiego, którzy w atmosferze mesjańskiego oczekiwania skupiają na sobie szczególną uwagę. Niedaleki zdaje się być dzień, a być może właśnie nadszedł, kiedy w nieprzyjaznym religijnie środowisku żydzi stają w obronie chrześcijan, gdyż wyznają tego samego Boga, któremu chcą służyć. Wydaje się, że nadeszła pora, kiedy to żydzi oraz chrześcijanie faktycznie wspólnie wyczekują objawienia się tego samego Mesjasza”.

Papieski sekretarz dalej kazał na siebie czekać. Wsłuchując się w monotonne tykanie zegara zakłócające panującą ciszę, podziwiałem wspaniałe gobeliny zdobiące ściany.

Skoro sprawdziło się to, o czym Jezus powiedział i co przepowiedział na czas swojego życia, to podobnie może być i z tym, co objawił na czasy ostateczne. Na słynnym malowidle znajdującym się w Kaplicy Sykstyńskiej Michał Anioł przedstawił już to scenario, i nawet kardynałom przelatują po plecach ciarki, gdy podczas konklawe spoglądają na inferno własnej przyszłości. Nad wszystkim, obok Matki Bożej, unosi się poważny, dynamiczny Jezus w pełni swojej chwały. Michał Anioł przeczuwał, że ponowne przyjście odegra większą rolę niż nawet same narodziny Chrystusa, gdyż swoją rangą przewyższy ono wszystko, co mogłoby się wydarzyć na naszej planecie.

Dalej znalazło się w tekście: „Jak dowiadujemy się z kręgów kurialnych, w Watykanie prowadzi się intensywne prace nad programem mającym przygotować ludzkość na ostateczne objawienie się Boga. Niemiecka Agencja Prasowa (DPA) otrzymała jego projekt. Zawiera on między innymi następujące środki zaradcze mające obowiązywać od zaraz:

  • Wzywa się wszystkie rządy oraz strony konfliktów do natychmiastowego zawieszenia prowadzonych na ich terenach działań militarnych oraz zawarcia pokoju z przeciwnikiem. Niestosujący się zostaną surowo ukarani przed Sądem Bożym.
  • Kościół katolicki od zaraz zbędzie wszelkie zbyteczne dobra. Uzyskane środki zostaną rozdane potrzebującym – zgodnie z zaleceniem Ewangelii: «Dajcie, a będzie wam dane» (Łk 6,38).
  • W przemówieniu transmitowanym przez telewizję papież Benedykt XVI zwróci się z apelem do ludności świata, aby od zaraz powstrzymano się od czynienia zła. Wystarczy wsłuchać się w głos sumienia. W nim od zawsze osoba ludzka znajdowała nieomylny probierz swojego postępowania.
  • W wydanej przez siebie deklaracji papież Benedykt XVI uzna wszelkie wyznania odwołujące się do fundamentu Ewangelii. Watykański Sekretariat Stanu otrzymał polecenie rozpoczęcia działań zmierzających do zwołania obrad eschatologiczno-ekumenicznego soboru zjednoczeniowego. Chrystus nie powinien zastać chrześcijaństwa podzielonego.
  • Względem świata muzułmańskiego oraz religii azjatyckich Watykan zamierza podjąć ofensywę miłości. Aktywność Kościoła katolickiego skoncentruje się na jego głównym zadaniu, celebracji Eucharystii zgodnie z zaleceniem Chrystusa («To czyńcie na moją pamiątkę») odnoszącym się do obietnicy: «Kto spożywa moje ciało i krew moją pije, ten ma życie wieczne i ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym». Komunii świętej będzie się udzielało nie tylko pod postacią chleba, lecz także wina (Krew Chrystusa).
  • Na polecenie Ojca Świętego wzywa się wszystkich biskupów, kapłanów, profesorów teologii oraz diakonów do organizowania szkół wiary, dla zapoznania laikatu z przesłaniem Chrystusa.
  • Mistyczne formy pobożności mają pomóc wiernym w umocnieniu ich świadomości duchowej. W klasztorach oraz miejscach pielgrzymkowych przeprowadzone zostaną specjalne kursy rekolekcyjne. We wszystkich większych miastach na terenie każdej diecezji stworzona będzie możliwość całodobowego korzystania z sakramentu pokuty. W każdej parafii wystawi się Najświętszy Sakrament do nieustającej adoracji. Nabożeństwo do Serca Jezusowego wiąże się ze szczególnymi łaskami.
  • Przedsiębiorstwa oraz związki zawodowe są proszone, aby ze względu na korzyści z modlitwy o przyjście Jezusa od zaraz skrócić czas pracy do 35 godzin tygodniowo. Musi stać się jasne, że Chrystus przybywa nie po to, aby ograniczyć wolność, lecz ją dać. Ponieważ w gruncie rzeczy każdy człowiek osądza sam siebie przez czyny i myśli, należy mu ponownie uświadomić odpowiedzialność za własne działania. W szczególności chodzi o to, aby przygotowując się na powrót Jezusa, zintensyfikować opór względem negatywnych sił oraz odebrać podstawy mocom zła. Do kodeksu postępowania przynależą między innymi: pozytywne myślenie, praktykowanie modlitwy, unikanie agresji i rozgorączkowania, poszukiwanie ciszy i spokoju, zdrowy sposób odżywiania się, prostota życia, odnalezienie szczęścia i radości.
  • Uprasza się wszystkie stacje telewizyjne oraz prasę o skontrolowanie głoszonych treści co do kultury dobra, radości i wiarygodności. Do milionerów apeluje się o rozdanie dóbr ubogim, szczególnie potrzebującym i chorym z Trzeciego Świata. Do nieba nie można zabrać niczego.
  • Komitet Powitania Chrystusa otrzymał zadanie przeanalizowania objawień Maryjnych za okres ostatnich stu lat, aby zapoznać się z informacjami dotyczącymi znaków przyjścia Jezusa. Stosowną przesłankę stanowi przepowiednia świętego Ludwika Marii Grigniona de Montfort (1673–1716), że w szczególności przez Maryję «objawi Bóg arcydzieło swoich rąk w czasach ostatecznych». Ponieważ jest Ona drogą, «po której Jezus przybył do nas za pierwszym razem, Maryja będzie nią i przy Jego powtórnym przyjściu, lecz w inny sposób... U kresu czasu Matka Boża odznaczy się w szczególności miłosierdziem, władzą i łaską».
  • Na koniec apeluje się do wszystkich chórów kościelnych, aby od zaraz rozpoczęły intensywne przygotowania do przyjścia Pana, by w stosownym czasie zająwszy miejsce na głównych placach miast, włączyć się w śpiew chórów niebiańskich towarzyszących Jezusowi”.

Odrzucając etykę oraz roztropność religii, cytuje się dalej słowa papieża z doniesienia prasowego, że „współczesne społeczeństwo pogrążyło się w ostatnich dziesiątkach lat w kryzysie bez wyjścia”. Mocą swojego urzędu, jako namiestnik Chrystusa na ziemi, Ojciec Święty wzywa więc wszystkie narody, aby nie postrzegały dłużej Boga i wiary jako spraw podrzędnych, niemających znaczenia dla realnego życia. Jezus to nie zjawisko przeszłe. To doświadczenie może odnowić wszystkich, bez względu na miejsce pobytu – i to w takiej mierze, że nie będzie co do tego najmniejszych wątpliwości.

Na koniec artykułu zacytowano dosłownie przemówienie Benedykta XVI z pierwszej niedzieli adwentu 2007 roku, kiedy to przedstawił swoją encyklikę Spe salvi facti sumus (W nadziei już jesteśmy zbawieni), której temat oraz ton wydał się swego czasu obserwatorom watykańskim nieco zagadkowy: „Chrystus jest całkowitym spełnieniem historii, świetlaną przyszłością człowieka i świata. Jezus to Pan, któremu Bóg rzuci pod stopy wszelkich nieprzyjaciół, wraz ze śmiercią. Syn Boży przyszedł przed ponad dwudziestoma wiekami do Betlejem, a w każdej chwili gości w duszach gotowych na Jego przybycie. On też przybędzie powtórnie, aby u końca czasów odbyć sąd na żywymi i umarłymi”.

Turbulencja wstrząsnęła silnie maszyną linii El Al. Niczym schwycony potężną dłonią samolot zdawał się ulegać żywiołowi powietrza. Zadrżały oparcia foteli, z trzaskiem odskoczyła pokrywa jednego ze schowków na bagaż. Nie było to łagodne lądowanie, ale dotarliśmy szczęśliwie do celu. Przebudziłem się, wracając myślami do rzeczywistości. Oczy miałem sklejone od snu i przez chwilę nie bardzo wiedziałem, gdzie i kim jestem. Z okienka samolotu nie zobaczyłem ani skrawka wybrzeża, ani też niebotycznych drapaczy chmur w Tel Awiwie, które niczym zwiastuny nowego czasu przyjmują przybywających. „Witamy w Izraelu – rozbrzmiał głos w głośnikach. „Dziękujemy za skorzystanie z usług El Al. Będziemy się cieszyć, jeśli...”. Moi współpasażerowie zerwali się z miejsc, wykonując karkołomne ruchy, założyli wierzchnią odzież i odepchnęli innych, aby jak najszybciej poczuć pod stopami świętą ziemię.

Potrzebowałem czterech godzin i piętnastu minut na przedostanie się z Europy Środkowej do ojczyzny Jezusa. A kiedy przy okienku Hertz Rent-a-car przywitała mnie młoda dama o oliwkowej cerze, uświadomiłem sobie kolejny raz, że przybywa się tutaj z wielu powodów.

Nie pamiętam, jak długo oczekiwałem w Watykanie, i najwidoczniej musiałem się zdrzemnąć, kiedy wreszcie jeden z kamerdynerów podszedł do mojej sofy i poprowadził mnie przez ciasny korytarz, w którym odruchowo pochyla się głowę, do prywatnego sekretarza papieża. Pomieszczenie było ciasne, ale wysokie niczym wieża. Środek zajmował stół z dwoma krzesłami, a na stojących pod ścianami serwantkach złożono sterty egzemplarzy najnowszej encykliki oraz pobłogosławione przez Ojca Świętego różańce w futeralikach z brązowego i zielonego plastiku.

Prałat energicznym ruchem otworzył drzwi. Długa, czarna sutanna z fioletowym pasem, kręcone włosy, szeroki, przyjazny uśmiech na twarzy. Po uścisku dłoni czuło się, że jego ojciec był z zawodu kowalem. Buon giorno. Usiedliśmy naprzeciw siebie i miałem dość czasu na zadanie nurtujących mnie pytań. Oczywiście, najchętniej zapytałbym o plany związane z ponownym przyjściem Chrystusa, ale z pewnością stanowiły one jeszcze ścisłą tajemnicę.


Rozdział 3
Jerozolima

Na lotnisku Ben-Guriona przechodzili, cisnęli się i biegali niczym wystraszone kury ludzie z wszystkich zakątków świata, w najróżniejszych strojach i najwidoczniej z wszystkich epok. Podróżni w kaftanach, spod których ogromnych kapeluszy wysuwały się zwoje ciemnych lub rudych loków, rzucili się ku ruchomym schodom. Kobiety w perukach przesuwających się im na wygolonych głowach taszczyły ciężkie siatki. Biznesmeni w ciemnobłękitnych płaszczach wykrzykiwali do mikrofonów telefonów komórkowych, głaszcząc jednocześnie długie na łokieć brody. Kto natomiast nie chciał dostać się pod stopy rozbieganego tłumu ani też zginąć w czyimś uścisku, ten najlepiej zrobił, chroniąc się w jednym z butików wabiących korzystnym cenowo zakupem.

Być może świat nigdy nie był realny – przemknęło mi przez głowę – a jedynie iluzją. Decydująca jest ta sztuka, którą się właśnie gra. Przybysze pochodzili z żydowskich dzielnic Nowego Jorku lub Amsterdamu, inni z Wiednia, Moskwy lub Addis Abeby. Ich wygląd mógł równie dobrze być rodem z musicalu Anatewka, szczególnie gdy z walizek, które ciągnęli za sobą, wyglądały rękawy koszul lub części bielizny wbite z powrotem do środka eleganckich samsonites po kontroli celnej.

Gdy tylko osiągnęli wyjście, czekały na nich szeroko rozłożone ręce przyjaciół i krewnych witających przybyszów z twarzami rozpromienionymi radością i mocnym przytuleniem do szerokich piersi. Krótkie i pełne obaw spojrzenie na ilość bagażu. Lekkie zmarszczenie czoła. Tak jest, teraz gospodarze wiedzieli, że Izrael jest zbyt piękny, aby już po trzech lub czterech tygodniach udawać się w drogę powrotną.

Droga z lotniska do Jerozolimy – Yerushalayim, jak czytałem na drogowskazach – prowadzi przez gęsto zabudowaną okolicę, lecz powietrze jest czyste, a światło przenikające. Czerwień ziemi i lekkość lasów tworzą atmosferę przytulności, a skacząc leniwie po wzniesieniach autostrady, zaczyna się rozważać myśli, które rzadko przychodzą do głowy: czy jesteśmy sami na ziemi? A może rzeczywiście istnieją anioły, duchy, a nawet demony, o jakich czytuje się w żydowskich opowiadaniach? Czy poza Ja i Ponad-Ja są jeszcze inne stany bytu – jak pisze Isaac B. Singer – których nie znamy ani którymi nie możemy kierować, lecz które w gruncie rzeczy sterują nami? A co z tak zwanymi przypadkami mogącymi decydować o losie? Albo ze snami wiodącymi najwidoczniej własne życie? Czy nie pojawiają się w nich nawet osoby, których nigdy nie widziało się w życiu? I skoro jednak wszystko ma sens, to co z bezsensem?

Izrael to kraj jak żaden inny, jeśli chodzi o jego burzliwą i poruszającą historię czy też o położenie i skupienie na minimalnej przestrzeni wszelkich klimatycznych i geograficznych osobliwości naszego globu niczym kopuła biosferyczna stworzona na potrzeby eksperymentów naukowych. A ponad tym wszystkim odwieczna walka o skrawek ziemi pomiędzy Gazą i Zachodnim Brzegiem koncentrująca każdego dnia uwagę agencji prasowych na świecie. Cały świat czeka w napięciu, czy w Jerozolimie będącej dla milionów ludzi centrum uniwersum, pępkiem świata, metropolią wieczności, miejscem, gdzie został pochowany i ponownie ma zostać wskrzeszony Adam, miejscem zetknięcia trzech kontynentów, przecięcia trzech religii, areną historii, czy w tym miejscu zapanuje wreszcie wieczny pokój, czy też wyjdzie zeń iskra wzniecająca pożar na całej ziemi.

Na widok pierwszych drogowskazów kierujących do Nazaretu i Betlejem, ku Hebronowi i jeziorze Genezaret, na pamięć powracają mgliste obrazy wiary dzieciństwa. Mury Jerycha, zagłada Sodomy i Gomory, Góra Kuszenia – wydaje się, jak gdyby człowiek budził się ze snu, lecz marzenia senne, jakie się przeżyło, pozostały w głowie. Więcej, wyszły z niej niczym ze skorupy orzecha, aby ustawić się na poboczu drogi, właśnie dokładnie tam, gdzie od zawsze były.

Mój wypożyczony samochód nie okazywał się bardziej zrywny na drugim biegu niż na trzecim. Przypominał raczej gąsienicę jedwabnika przesuwającą dostojnie swe obłe ciało to w górę, to w dół, wzdłuż wstęgi autostrady. Z radia sączył się song Noraha Jonesa Come away with me, a ja wlokłem się powoli przed siebie. Początkowo lekko siąpiący deszcz przemienił się stopniowo w ulewę i wkrótce obojętne się stało, czy wycieraczki pracowały, czy też nie.

Minęło wiele lat, lecz ciągle jeszcze żywe pozostały mi w pamięci obrazy z mojego pierwszego pobytu w Izraelu. Czeladnicy w Nazarecie wynoszący ogromne blachy wyrobów z piekarni noszącej miano „Manna”. Cały szereg zwariowanych nazw firm. „Glory” – salon kosmetyczny. „Holy bazar” – shop z pamiątkami. „Christmas-Hotel” – schronisko młodzieżowe. Poza tym obchodzono cały szereg „niedziel”. W piątek muzułmanie, w sobotę żydzi, w niedzielę chrześcijanie. Ci ostatni z kolei, obok wielu dni Pańskich, świętowali również trzykrotnie Boże Narodzenie: 25 grudnia Kościół zachodni, łaciński; 7 stycznia ortodoksyjny, syryjski i koptyjski. Kiedy po raz trzeci, 19 stycznia, przypadało święto Narodzin Chrystusa dla wspólnoty armeńskiej, to pozostałe okazywały się tak znużone, że wcale nie rejestrowały tego faktu.

Wszystko okazało się inne niż to sobie wyobrażałem. W Nazarecie obok bazyliki Zwiastowania, największej katedry na Bliskim Wschodzie, pięć razy dziennie rozbrzmiewało wezwanie muezina – zaś handlarz zaraz obok oferujący w swoim składziku Zbawcę na krzyżu i figurki Madonny en masse rozkładał z równą oczywistością swój dywanik, jak gdyby zanoszone modły miały się odnosić do jego Świętej Rodziny z gipsu. Nasz hotel „Palace” miał niewiele wspólnego z pałacem, lecz żydowski właściciel gościł katolickich pielgrzymów z Prowansji, Bolonii, Niemiec czy skądkolwiek przybyli, jak gdyby zjawił się sam Mesjasz.

Kiedy w południe napotkałem palestyńskiego listonosza, zaskoczył mnie jego niewzruszony spokój.

– Wierzy Pan, że Jezus tu żył? – zapytałem, podczas gdy on wkładał listy do skrzynek.

– Owszem, wierzę.

– A z jakiego powodu?

– Tak napisano w Biblii.

Na zlecenie „Sueddeutsche Zeitung” przygotowującej bożonarodzeniowy dodatek mieliśmy przemierzyć trasę z Nazaretu do Betlejem. Kiedy wraz z towarzyszącą mi fotoreporterką wsiedliśmy do samochodu, doradzono nam, abyśmy dla ochrony przed rzucającymi kamieniami dziećmi założyli palestyńskie chusty. Inni stwierdzili, że powinniśmy skorzystać z taksówki z arabską rejestracją. Jeszcze lepiej byłoby, orzekła trzecia doradzająca strona, aby trzymać się z dala od wszystkiego.

Wiatr kołysał drzewami i przygniatał do ziemi łodygi traw. Niektóre drogi biegły niczym w Arizonie prosto aż na skraj horyzontu. W oddali Arabowie paśli swoją trzodę – osiemdziesiąt owiec o długich, zwisających uszach. Całe bogactwo mieszkańców stanowiły wraki samochodów wokół wiosek. I love my car – napisał ktoś na swoim chevy drzemiącym na pustkowiu bez szyb i opon.

Nie widziało się życia w takich miastach jak Nablus, zamieszkiwanych jedynie przez okupantów i okupowanych. Ruch na bazarze prawie zamarł. Wozy strażackie nie mogły się poruszać bez ochrony policji. Izraelscy żołnierze, niczym nowocześni samurajowie wyposażeni w kuloodporne kamizelki i uzbrojeni po zęby, przechodzący ciągle w czterech lub pięciu z jednej strony ulicy na drugą, byli żołnierzami na wojnie, często nękanymi lękiem przed ciosem noża z ukrycia lub też zamachem fanatyka-samobójcy. Schron policyjny otoczono zasiekami z drutu kolczastego oraz zabezpieczono workami z piaskiem. Rankiem napastnicy palestyńscy zastrzelili żydowskiego osadnika. Niedaleko powiewał kir zawieszony na domostwie arabskiej rodziny. Straciła dwóch synów, którzy padli ofiarą kul przy źle oświetlonej blokadzie policyjnej. Nastały trudne czasy, jak wyjaśnił nam jeden z palestyńskich wieśniaków, „bo nikt już nie wie, kto jest dobry, a kto zły”.

Podczas mojego ostatniego pobytu w Izraelu ojciec Gregor zaprowadził mnie na taras mieszczący się na dachu domu zakonnego. Franciszkanie bardzo wcześnie stali się kimś na podobieństwo bodyguards Jezusa. W roku 1342 papież Klemens VI ogłosił ich oficjalnie „kustoszami miejsc świętych”. Troszczyli się o ruiny, opiekowali pielgrzymami, a także zajmowali badaniami archeologicznymi. Ta międzynarodowa organizacja ma swoje przedstawicielstwa na całym świecie, a jej biura noszą wdzięczną nazwę „Komisariatów Ziemi Świętej”.

Zadanie strzeżenia należało rozumieć całkiem dosłownie. „Tę świątynię – skarżył się w Nazarecie już w 723 roku święty Willibald – chrześcijanie musieli często wykupywać z rąk Saracenów, gdy ci chcieli ją zniszczyć”. Po bitwie pod Hattin (1187) zwycięzcy muzułmanie urządzili mieszkańcom rodzinnego miasta Jezusa krwawą rzeźnię. Kilka lat później, w 1263 roku, to święte miejsce padło ofiarą wandalizmu sułtana Bajbara. Gdy w 1620 roku franciszkanie wznieśli swój konwent, to mogli ufundować tablicę z listą dat, kiedy muzułmanie splądrowali go lub zniszczyli: 1623, 1633, 1647, 1688, 1708, 1743, 1752. W następnych latach tureccy władcy zaoszczędzili sobie trudu. Wystarczyła pogróżka, że klasztor zostanie zrównany z ziemią, aby zakon zebrał okup zapewniający mu spokój aż do następnego razu.

Z naszego punktu widokowego mogliśmy dostrzec Via Dolorosa, drogę krzyżową przemierzoną przez Jezusa. Wielokrotne zniszczenia nagromadziły tak wiele gruzu i skorup, że rzeczywisty jej poziom leży około trzech metrów poniżej dzisiejszego, co nie przeszkadza nikomu, aby po pobożnej medytacji tego pasyjnego nabożeństwa starym zwyczajem określać się mianem prawdziwego „pielgrzyma jerozolimskiego”.

Palestyńscy chłopcy ciągnęli przez tłum ciężkie dwukołowe wozy, uzbrojeni Izraelczycy strzegli skrzyżowań bądź kontrolowali przechodniów lub pojazdy przedostające się przez ciasną bramę Szczepana lub Lwią na teren Starego Miasta. Chrystusowe stacje leżały przed nami niczym na jednej z ponadwymiarowych historycznych panoram, jakie okazyjnie można podziwiać w teatrach. Góra Oliwna z Ogrodem Oliwnym; kościół Zwiastowania, gdzie muzułmanie czczą grób Maryi; wieże chrześcijańskiego sanktuarium nazywanego przez łacinników kościołem Grobu Pańskiego, a przez greków kościołem Zmartwychwstania. Nigdzie nie spotyka się tak wielkiej kultycznej, nieomal pogańskiej pobożności, nigdzie też tak głębokiej wiary.

W kościele Grobu czy też Zmartwychwstania można zobaczyć, jak wychudzeni i poważni rosyjscy mnisi dźwigają ciężkie krzyże przez skąpo oświetlone korytarze podobnej do labiryntu świątyni, w której zdają się mieścić niezliczone schronienia. Pobożne Rumunki dają się tu zamknąć na noc, aby przebywać w pobliżu Jezusa możliwie jak najdłużej. Młodzi Niemcy w skórzanych sandałach z książeczkami w ręku pogrążają się w długich rozmyślaniach. Pewnego razu zobaczyłem natomiast, jak barczysty Amerykanin, wypełniając swój ślub, podszedł na kolanach ku skale Golgoty, gdzie pod grubą szklaną taflą znajduje się liczące dwa tysiące lat zakotwiczenie wyznaczające punkt ustawienia Chrystusowego krzyża. Kamienny krąg wykruszył się, podobnie jak i nowe przymierze przypieczętowane tu ongiś krwią.

Jednakże najwspanialszy akcent fascynującej panoramy Starego Miasta stanowią złote kopuły meczetu Al-Aksa, wzniesionego na potężnej platformie skalnej katedry, miejscu, gdzie wcześniej stała żydowska świątynia, najbardziej znaczący zabytek starożytności. Nazwa Al-Aksa odwołuje się do sury 17,1 Koranu, w której o tym miejscu napisano, że jest el mesdschid al-aksa – „najbardziej oddaloną (od Mekki) świątynią”. Poświęcono ją pamięci proroka Mahometa, który stąd właśnie miał pocwałować na koniu prosto ku wyżynom nieba. W meczecie przechowuje się zamknięte w wysokim relikwiarzu włosy z jego brody. Łuk krużganka wzniesionego z kolumn pochodzących ze świątyń pogańskich lub chrześcijańskich bazylik zdobi wers Koranu zwracający się do chrześcijan: „O ludy księgi, wyznajcie prawdę o Allachu! Mesjasz Jezus, Syn Maryi, jest prorokiem Allacha! Wierzcie więc w Allacha i jego proroka, a nie mówcie «trzech», gdyż tylko Allach jest jedynym Bogiem!”.

Miejsca święte mogą być urokliwe, ale czasem wręcz niebezpieczne. Jerozolimę oblegano trzydzieści sześć razy, z tego siedemnaście razy uległa zniszczeniu. Nikt jednak, kto raz zobaczył to miasto, nie potrafił go zapomnieć: ani rzymski cesarz Konstantyn, który w IV wieku zrobił z niego centrum chrześcijaństwa, a z Judei krainę pielgrzymek, ani też Persowie, którzy w VII wieku islamizowali Palestynę na rzecz Mahometa i nazywając odtąd Al Quds, „Święte”. Dawne wzgórze świątynne, teraz Haram al-Sharif, uznawane jest po Mekce za najświętsze miejsce islamu. Chrześcijańscy krzyżowcy, chcący odmienić ten stan rzeczy, przegrali ostatecznie w roku 1291. Na dwa wieki osiedli tu Mamelucy, aż w 1516 tereny podbili osmańscy Turcy, nie wypuszczając z ręki aż do końca pierwszej wojny światowej. Ich z kolei wyparli Anglicy, ogłaszając Palestynę strefą swoich wpływów.

A przy tym Jerozolima zasłużyła na swoje miano. Jebu, Urusalim, Yerushalayim, Syjon, Środek Świata – jakkolwiek ją nie nazywano, była miastem bez początku, starszym od wszelkich wspomnień. „Dziesięć miar piękna przyszło na świat; Jerozolima wzięła dziewięć, a reszta świata jedną” – brzmi werset z Talmudu babilońskiego. Założyli ją Kanaanici przed pięcioma tysiącami lat, lecz jej powstanie przypisuje się inicjatywie samego Boga, który wzniósł ją wokół wzgórza Moria. To tutaj Abraham miał złożyć w ofierze swojego syna, z pewnością po to, aby na długo przed czasem pokazać, że Bóg, który nie zażądał dopełnienia ofiary, sam kiedyś będzie gotów ją złożyć.

Melchizedek, jej pierwszy król, „kapłan Boga Najwyższego” (Rdz 14,18), władał nią jako sprawiedliwy. W roku 1000 przed Chrystusem Dawid wyniósł ją do godności stolicy politycznej i religijnej. Jego syn Salomon wzniósł w niej pierwszą żydowską świątynię z drewna cedrów, cyprysów i oliwek. Za czasów Heroda, któremu nadano przydomek Wielki, gdyż wzbogacił kraj o potężne budowle swoim wykonaniem i pięknem użytych materiałów współzawodniczące z architektonicznymi cudami starożytności, Jerozolima osiągnęła rangę jednej z najwspanialszych metropolii Orientu. Nowa świątynia z marmuru i złota miała przyćmić budowlę Salomona zniszczoną przez babilońskiego króla Nabuchodonozora w VI wieku przed Chrystusem.

Z krużgankami i dziedzińcami, forum, dziedzińcem sądów oraz szkołami stanowiła centrum całego życia świeckiego i kultycznego ludu Izraela. Tabliczki z ostrzeżeniami w języku greckim i łacińskim wyznaczały punkt, od którego dostęp mieli do niej jedynie Żydzi. Wykroczenia mogły być karane śmiercią. Straż świątynna troszczyła się o to, by nikt nie wchodził na jej teren z laską, w zakurzonym obuwiu lub w stanie rytualnej nieczystości. Nigdzie, ani w Asyrii, ani w Babilonie, ani też w Egipcie, uroczystości nie gromadziły liczniejszych tłumów, gdy w blasku płomieni ognia oraz lamp, przy dźwiękach cymbałów, harf, trąb i bębnów radosne świętowanie jednoczyło serce Jerozolimy oraz serce Najwyższego. Zanim zamknięto bramy i kapłani-strażnicy zajęli swoje miejsca, należało usunąć wszelkie ślady składanych ofiar. Żadne pozostałości po ludziach, najmniejszy nieporządek nie mógł zakłócać czystości świątyni mającej przyjąć swojego Pana. Święte Świętych stanowiło miejsce ciszy, mieszkanie Niewidzialnego niepojętej wielkości i wieczności, którego nie dane było jeszcze zobaczyć żadnemu człowiekowi, nawet Mojżeszowi. Lekki wiatr rozwiewał nam włosy, nadając powietrzu swoistej aksamitności.

– Przyjemnie, nieprawdaż? – stwierdził ojciec Gregory.

W dali, na południowym stoku Góry Oliwnej, jaśniały kamienne płyty ogromnego cmentarzyska, gdzie od stuleci dają się pogrzebać pobożni Żydzi z wszystkich zakątków świata, gdyż wierzą, że Mesjasz przyjdzie na świat, krocząc właśnie po niej. Kiedy wskrzesi zmarłych w Dolinie Jozafata i rozpocznie sąd, będą pierwszymi, którzy rozpoczną nowe życie.

Wyciągniętą ręką ojciec wskazał ku Złotej Bramie.

– Przez nią właśnie Jezus przybył do miasta w Niedzielę Palmową, jadąc na osiołku. Turcy zapieczętowali ją później, najwidoczniej mając na uwadze starotestamentalną tradycję, iż na końcu czasów Mesjasz wkroczy do Jerozolimy przez „Bramę Miłosierdzia”, jak nazywają ją stare pisma. Nieco dalej, po prawej, za górą Syjon, są wieże klasztoru Zaśnięcia. Tam na końcu świata udadzą się wszystkie narody, aby w należyty sposób uczcić Mesjasza.

Podczas gdy wszystkie religie świata antycznego praktykowały politeizm związany z oddawaniem czci najróżniejszym lokalnym bóstwom dzielącym z ludźmi nie tylko cnoty, lecz także przywary, Bóg Izraela był nie tylko jeden, lecz również jako jedyny uniwersalny, święty i sprawiedliwy. „Przestańcie czynić zło! – nawołuje jeden z proroków – zaprawiajcie się dobrem. Wspomagajcie uciśnionego” (Iz 1,16). Zgodnie z pismami Starego Testamentu to nie naród wybrał sobie tak radykalnie odmiennego Boga, lecz Bóg naród. „Poznaj i rozważ w swym sercu, że Pan jest Bogiem – objawia Księga Powtórzonego Prawa – a na niebie wysoko i na ziemi nisko nie ma innego”.

Dopiero pod koniec XIX wieku, po prawie dwóch tysiącach lat spędzonych na wygnaniu, pierwsze grupy Żydów powróciły do kraju. Pod wrażeniem holokaustu dokonanego przez hitlerowskie Niemcy w 1948 alianci wyrazili zgodę na proklamację niezależnego Izraela. Nowo powstały organizm państwowy nie przyniósł pokoju. Od końca wojny izraelsko-arabskiej w 1949 roku betonowe mury oraz drut kolczasty oddzieliły arabski wschód wraz ze starym miastem od żydowskiej części na zachodzie. W trakcie wojny sześciodniowej (1967) Izrael odbił je wraz ze wzgórzem świątynnym oraz Ścianą Płaczu. W tym czasie islamskie państwa arabskie jak Iran zadeklarowały otwarcie zamiar zniszczenia państwa żydowskiego, gdyż ich fundamentaliści pojmują swoją religię jako wezwanie do walki przeciwko ludowi Biblii, natomiast żydowscy apokaliptycy nie oczekują niczego z większym wytęsknieniem, jak tego, aby na miejscu, gdzie dzisiaj stoi meczet Al-Aksa, po budowlach Salomona i Heroda, móc wznieść trzecią świątynię.

Już wtedy z ojcem Gregorem mogliśmy z blanków klasztoru dojrzeć początki budowy potężnej ośmiometrowej ściany z szarego betonu otaczającej obecnie metr po metrze całe miasto. Przyglądaliśmy się w milczeniu temu straszliwemu świadkowi nowego ograniczenia i odgraniczenia i machinalnie przypomniał się cytat z Biblii mówiący o tym, jak Jezus zapłakał.

– Jezus był tutaj. Tak samo jak pan teraz – stwierdził nagle mój towarzysz, jak gdyby czytając w moich myślach. – Dotykał tych kamieni i modlił się w świątyni. To Jego miasto. To Jego kraj.

I nagle Chrystus przestaje być wyobrażeniem, figurą literacką czy też czymś na podobieństwo legendy, w którą się wierzy albo też i nie, lecz staje się historyczny i konkretny. Nie można Go uchwycić, za to można poruszyć dotykane przez Niego kamienie, a także kroczyć drogami, które i On przemierzył.

Nastała noc. Zmierzch zapadł niczym ciemna zasłona spływająca z niebios. Pozostała mi jedynie chwila na włączenie świateł, żeby nie wylądować w rowie albo nie spowodować kolizji z jadącym przede mną pojazdem. Zjechałem z drogi szybkiego ruchu. Come away with me, szlagier wykonywany miękkim głosem przez Noraha Jonesa, już dawno się skończył. Siedemset pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza wznosiła się trójkątna wyżyna starej Jerozolimy z górami: Moria (świątynną), Ofelem i Syjonem, o którym poeta Franz Werfel wspomniał tajemniczo: „Jego prawdziwe trwanie nie zależy od rzeczywistego. Kto zliczyłby jego czas, ten policzyłby także czas Boga, który jest bez czasu”.

Gdy zamykałem drzwiczki samochodu i podnosiłem kołnierz płaszcza, rozbrzmiały dzwony klasztoru Zaśnięcia nazywanego też Hagia Maria Sion. Jego wieże odcinały się na tle ciemnogranatowego nieba niczym zbiorniki paliwa rakiety kosmicznej odliczającej właśnie countdown przed startem. Odpowiedzialny za gości ojciec Eliasz wyszedł mi naprzeciw, wyjmując mi walizkę z ręki, a kiedy zaciągałem się jeszcze papierosem, już biegliśmy zewnętrznymi schodami ku konwentowi. Ktoś wpadł na pomysł, aby wszystkim celom nadać imiona, a przynajmniej tym przewidzianym dla gości. Eliasz wręczył mi klucz z napisem „Juda”.

– Mam nadzieję, że będzie się pan czuł dobrze.

– Dziękuję. Na pewno. Stół, łóżko, szafa, a nawet ogrzewanie – znakomicie.

Ucieszył mnie widok dwóch małych okienek. Rzuciłem też zaraz mój bagaż na łóżko, aby nie kazać dłużej czekać ojcu Eliaszowi, gdyż rozpoczęły się nieszpory i mnisi stali już pod półkolistą, strzelistą absydą prezbiterium wpatrzeni w swoje brewiarze. Wnętrze świątyni spowijał mrok, ale dźwięczne brzmienie wielu męskich głosów napełniało go swoistym blaskiem.

Mieliśmy pierwszą niedzielę adwentu. Wziąłem do ręki tekst modlitwy i skupiłem się na nowym wersecie: „W owym dniu Pan nadejdzie z wielką mocą z obłoków niebios. Alleluja”.

Był to tekst z Księgi Izajasza. Lekko drżącym głosem czytałem dalej: „Gdy Pan obmyje brud Córy Syjońskiej i krew rozlaną oczyści wewnątrz Jeruzalem tchnieniem sądu i tchnieniem pożogi, wtedy Pan przyjdzie spocząć na całej przestrzeni góry Syjon i na tych, którzy się tam zgromadzą, we dnie jako obłok dymu, w nocy jako olśniewający płomień ognia”.

Po wejściu do pokoju odkręciłem zawór kaloryfera, a na szafce nocnej położyłem łańcuszek z krzyżem, spadek po ojcu Bargilu, jednym z mnichów opactwa Dormitio, podarowany mi przez jednego z przyjaciół. Ten benedyktyn przez dwadzieścia pięć lat badał ścieżki Jezusa, często wraz ze swoim żydowskim przyjacielem Mendelem Nun”em z kibucu Ein Gev, będącym najznamienitszym izraelskim ekspertem co do okolic jeziora Genezaret. Kto potrafi czytać w tej księdze krajobrazów, napisał zakonnik, temu przesłanie Jezusa otworzy się z nową jasnością i w kontekstach, których często się nie dostrzega. Sceptykom życzył, aby „opuścili krzesła przy biurkach i pozwolili przemówić do siebie «piątej Ewangelii» biblijnej krainy, a przez to stanęli wreszcie na pewnym gruncie”.

Swoje imię zawdzięczał zupełnemu przypadkowi. Izraelski urzędnik paszportowy z Virgila, pochodzącego z Południowego Tyrolu chłopskiego potomka, zrobił niechcący aramejskiego Bargila, „syna radości”.

Zgasiłem światło i zamknąłem oczy zupełnie wyczerpany podróżą i pierwszymi wrażeniami. Przemknęło mi jeszcze przez głowę, że przez czterysta lat przed przyjściem Chrystusa nie wystąpił w Izraelu ani jeden prorok. Królewski ród Hasmonejczyków został wyniszczony. Tylko czy Bóg nie obiecał, że utworzy Izraelowi królestwo? Herod Agryppa I (+ 44 po Chrystusie), wnuk Heroda, nie był już prawdziwym władcą, lecz tanią marionetką wyniesioną na tron przez Rzymian. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że po pasji Chrystusa na długich dwa tysiące lat, aż do 14 maja 1948 roku, końca brytyjskiego mandatu nad Palestyną, Żydzi nie będą przebywali w ziemi swoich ojców.

Tym sposobem korona królewska nadana w kwietniu 30 roku stała się faktycznie ostatnią w historii Izraela. Była to bolesna korona z cierni i świeciła swym blaskiem tylko przez jeden dzień. Lecz połączona z nią godność zachowała swą ważność do dziś. Widnieje na milionach krzyży i dosięgła najdalszych krańców ziemi – jako titulus jedynego Bożego Syna na Golgocie:

INRI – IESUS NAZARENUS REX JUDAEORUM

Jezus z Nazaretu, król żydowski.


Rozdział 4
Tajemnica

Gdzieś w pobliżu przez całą noc krople deszczu dudniły miarowym werblem o blaszany dach, ale kiedy rankiem otwarłem skrzydła okna, promienie słoneczne osuszyły fasady domów i zlizały kałuże w uliczkach niczym spragniony kot. Za pierwszy cel moich poszukiwań obrałem Ain Karem, miejsce narodzin Jana Chrzciciela. Nazywany przez tradycję „wołającym na pustyni”. Na nim kończył się Stary Testament, a rozpoczynał Nowy. Przedtem jednak nogi poniosły mnie do Betty, uroczej praktykantki pracującej w przyklasztornej kafejce.

Po Mszy porannej oraz śniadaniu w refektorium opat Benedykt Lindemann pokazał mi pomieszczenia klasztoru. Był dumny z dokonań ostatnich lat. We Mszach uczestniczyło sporo wiernych, a zaangażowanie mnichów na rzecz pokoju cieszyło się znacznym uznaniem zarówno w świecie żydowskim, jak i muzułmańskim. Według wykopalisk archeologicznych na terenie założonego w 1906 roku niemieckiego opactwa znajdowało się centrum pierwszej chrześcijańskiej wspólnoty, w którym działali Piotr, Maryja oraz Jan. Przybył tu również Paweł, aby zasięgnąć rady.

Nieco dalej badacze zlokalizowali pomieszczenie Ostatniej Wieczerzy. W roku 48 tak zwany Sobór Jerozolimski postanowił, że nie może być żadnych różnic pomiędzy żydami a pozostałymi wyznawcami Jezusa. Nie wolno poganom narzucać żydowskich rytuałów, z jednym wyjątkiem: mają powstrzymać się od tego, co uduszone, oraz krwi. Kierowano się przy tym słowem proroków, zgodnie z którym Pan zapowiedział, że „podniesie znowu upadłą część Dawida… aby wszyscy ludzie poszukiwali Pana”. Stanowiło to pierwszą proklamację jedności wszystkich narodów oraz ras. Wkrótce w pierwszych chrześcijańskich wspólnotach przy jednym stole mieli się rzeczywiście zgromadzić żydzi i poganie, niewolnicy i wolni, mężczyźni i kobiety.

Nazwa opactwa, Dormitio, odnosi się do godziny śmierci Matki Jezusa, która według starej legendy w tym właśnie miejscu przeszła do chwały nieba. Nie było to umieranie w klasycznym sensie, lecz zaśnięcie – metafora oddania się we śnie siostrze śmierci, tajemniczym siłom, jakie dosłownie odnawiają wówczas człowieka – w świadomości, której ani on sam nie może stworzyć, ani nią kierować.

Betty zakręciła się wokół ekspresu do kawy, nacisnęła powoli dźwignię i do filiżanki popłynął ciemny, gęsty napar. Liczyła sobie dwadzieścia cztery lata, pochodziła z kantonu Zug w Szwajcarii, miała jasną cerę i krótko ścięte jasne włosy sterczące naokoło głowy niczym pałeczki do gry w mikado. Nosiła szarą sukienkę, lecz o takim kroju, który nie do końca maskował kształtną figurę. To, że miała dobry humor, widziało się po jej uśmiechu oraz dosłownie nieokiełzanym temperamencie.

Powoli zagaiłem rozmowę. Jak się jej wiedzie i jakie ma plany. Betty nie zastanawiała się długo. Wypaliła, że miała trzynaście lat, gdy ktoś jej opowiedział, iż można z Bogiem rozmawiać, normalnie rozmawiać, jak z każdym innym człowiekiem, a nawet lepiej. W miarę upływu czasu coraz częściej szukała schronienia w górskiej chacie, tylko po to, żeby słuchać, modlić się i medytować. „I nagle dotarło do mnie, że muszę do Jerozolimy. Zrezygnowałam z posady nauczycielki, wymówiłam mieszkanie. Nie żeby mi czegoś brakowało. Miałam wszystko, czego tylko można sobie życzyć. Ale tego właśnie zażądał ode mnie Bóg”.

Słuchając Betty, przypomniałem sobie o syndromie Jerozolimy. Psychologowie traktują go jako chorobę. Określa się nim osoby, które w Świętym Mieście ulegają iluzji bycia inkarnacją Mojżesza, króla Dawida, jednego z apostołów, a nawet samego Jezusa.

– Dlaczego Jerozolima?

– Wyobrażałam sobie, że tu zderzają się wszystkie sprawy świata.

Wszystkie przeciwieństwa i wszelkie ewolucje. Proszę nie zapominać, że nie miałam pojęcia, gdzie ostatecznie wyląduję. Nie miałam wizy ani pieniędzy. Udałam się po prostu do jednego z klasztorów żeńskich i zaraz pierwszego dnia dostałam wszystko: wizę, mieszkanie, jedzenie, również tę pracę w kawiarence, po prostu wszystko.

– Co dalej?

– Idę krok po kroku. Jezus utorował mi ścieżkę, abym znalazła drogę do Ojca. Dużo dowiedziałam się dzięki modlitwie. Wiele spraw staje się wtedy jasnych, zwłaszcza gdy jest się zagubionym duchowo i intelektualnie. Ale czy tak pozostanie, dowiem się tylko wtedy, kiedy wypróbuję.

Ani śladu syndromu Jerozolimy, a i espresso okazało się znakomite i niezwykle mocne. Na uliczki wokół opactwa zaczęło stopniowo powracać życie i ranne ptaszki spośród turystów zaczęły przyklejać nosy do szyby wystawowej przyklasztornego kramu. Jeden z nowicjuszy zaproponował mi towarzyszenie do Ain Karem, co przyjąłem z wdzięcznością. Młody zakonnik, nazwijmy go po prostu Bertram, rozbawił mnie, gdy wczoraj wieczór, mając sprawować funkcję lektora, poprosił opata o błogosławieństwo. Chciał to zrobić szczególnie uroczyście, ale jego głos brzmiał nie jak benedyktyńskiego mnicha, lecz starej górskiej kozy: „Pooobłogosłaaaaw mnieee, oooojczeee”.

Bertram nosił z dumą czarny habit, przepasywał biodra szerokim skórzanym pasem i cieszył się możliwością zapoznania się z życiem zakonnym daną mu przez Dormitio. Z pochodzenia Niemiec, studiował historię i miał dobrą pracę, gdy nagle odczuł pragnienie stania się członkiem Kościoła katolickiego. Wielu proboszczów na wieść o tym wzruszyło tylko ramionami, wymawiając się brakiem wolnego czasu. Z kolei teolog uniwersytecki, do którego go skierowano, nie czuł się na siłach pouczyć go o katolickiej doktrynie wiary. Krótko mówiąc, musiał przezwyciężyć wiele przeszkód, żeby wreszcie nabrał pewności, iż nie tylko chce zostać katolikiem, lecz jeszcze do tego mnichem.

Znalezienie się w Jerozolimie nie jest wcale trudne, lecz wydostanie się z miasta jest niemal niemożliwe. W górę, w dół, i nagle jest się tam, dokąd nigdy nie miało się zamiaru udawać. Stare Miasto zostało za nami, przemierzyliśmy Me’a Sze’arim, dzielnicę żydowskich tradycjonalistów, i na jednym ze wzgórz dostrzegliśmy „King Dawid”, najbardziej brzemienny przeszłością Grand Hotel na świecie, zajazd dla królów, dygnitarzy i terrorystów.

W czasach Dawida Jerozolima liczyła dwa tysiące mieszkańców, za panowania Salomona – pięć tysięcy dwieście, w roku narodzin Chrystusa – pomiędzy trzydzieści a czterdzieści tysięcy. Król Herod zabierał się właśnie do przyozdobienia miasta budowlami reprezentacyjnymi, co miało uczynić z niego najwspanialszą metropolię Bliskiego Wschodu. Gwałtowność jego charakteru, mściwość i chorobliwa podejrzliwość względem otoczenia dorównywała jego pragnieniu reprezentacyjności i świetności, iluzji wznoszenia trwałych pomników na wieczność.

Króla opanowała gorączka budowania. W stolicy, na północ od świątyni, w najwyższym punkcie miasta nakazał wznieść twierdzę „Antonia” oraz rezydencję, której obronę zapewniały trzy strzeliste wieże. W Jerychu rzymscy architekci i budowniczowie zbudowali dla niego bajeczny zamek letni. Nad Jordanem oraz Morzem Martwym wraz z twierdzami Macheront i Masada powstały budowle pałacowe o niezrównanym przepychu, wyposażone w grecko-rzymskie termy.

W całym kraju zorganizowano przemyślną sieć fortyfikacji mogących służyć za wzorcowe. Każda z nich mogła porozumieć się sygnałami dymnymi z jedną lub kilkoma sąsiednimi. Przede wszystkim jednak wzniesienie nowej świątyni miało na całą wieczność utrwalić jego imię. Wyżej, szerzej, piękniej od wszystkiego, co dotychczas. Miało to być zwieńczenie jego manii wielkości, dzieło stawiające w cień projekt Salomona, bo licząc sto czterdzieści cztery tysiące metrów kwadratowych powierzchni, było dwukrotnie większe od dokonań poprzedników. Tysiąc kapłanów wykształcono jako kamieniarzy, cieśli i dekoratorów tylko w tym celu, aby wykluczyć profanację sanktuarium przez „nieczyste” dłonie. Król ufundował dla nich nawet specjalne odzienie robocze wraz z sandałami, bo przecież nie wolno było stąpać w zwykłym obuwiu po świętej ziemi.

Herod liczył sobie trzydzieści sześć lat, gdy latem 37 roku przed Chrystusem zaczął sprawować władzę. Trzydzieści dwa lata wcześniej kampania wojenna Pompejusza podporządkowała kraj cesarstwu rzymskiemu. Jako nie-Żyd, „bohaterski”, bo to oznacza jego imię, był dla nowych władców idealnym kandydatem do objęcia tronu. Po energicznym Idumejczyku spodziewano się, że żelazną ręką poskromi niesforny naród żydowski, bez względu na to, czy będą to saduceusze kontrolujący przez arcykapłanów świątynię, faryzeusze, których uczeni w Piśmie pojmowali jako strażników prawa Mojżeszowego, czy też esseńczycy, najsurowsza z trzech szkół wiary Izraela. Nie należało też zapominać o zelotach, fanatycznych bojownikach o niepodległość marzących o zbrojnym wystąpieniu przeciwko okupantowi. Wkrótce jednak poczynania rzymskiego wasala stały się tak uciążliwe, że egipska władczyni Kleopatra poprosiła swojego amanta Marka Antoniusza, aby wreszcie postawił tyrana przed sądem. I tak rzeczywiście się stało. Herod został wezwany do Rzymu. I zjawił się tam z kieszeniami pełnymi złota. Uniewinniono go.

To była druga porażka pięknej Egipcjanki na rzecz nadętego sąsiada. Rzym odebrał jej już straż przyboczną składającą się z czterystu wybranych Galów i przydzielił ich Herodowi, do tego oazę Jerycho, dotąd prywatną własność Kleopatry, a także miasta: Gadara, Hippos, Samarię, Gazę, Anthedon oraz Jafo. Ponadto otrzymał poddanego o imieniu Mikołaj, będącego dotąd guwernerem jej dzieci. Grek służył Herodowi jako doradca oraz kronikarz dworski. Z siedzenia pasażera Bertram od czasu do czasu zwracał moją uwagę na czerwone światła na drodze oraz na kierunkowskazy, których nie rozumiał podobnie jak i ja. Nie dawał mu spokoju projekt mojej książki, więc bez zwłoki zaczął mi wiercić dziurę w brzuchu. Osiągnęliśmy właśnie granicę miasta i po szybkim turnaround pojawiła się szansa, że osiągniemy odległe o siedem kilometrów Ain Karem jeszcze przed zapadnięciem zmroku.

Nie chciałem robić wykładu, ale Bertram upierał się przynajmniej przy kluczowych hasłach, przy czym założył nogę na nogę i wyglądał za okno. – Punktem odniesienia oraz zawieszenia historii Jezusa – rozpocząłem – są oczywiście te pisma, które informują nas o Jego życiu oraz mocach, które w Nim działały. Nie ma lepszych źródeł. Nie ma w ogóle niczego lepszego co do Jezusa od samych Ewangelii. „Wystarczy samo Pismo” – twierdziła święta Teresa z Lisieux. Wciąż na nowo pojawiają się nieznane dotąd aspekty. Buldożer odkopuje kawałek muru i nagle potwierdzają się szczegóły uważane dotychczas za legendę. Ktoś poddaje pod rozwagę mądrą myśl i nagle otwierają się nowe fascynujące konteksty. Wydaje mi się nawet, że dopiero w naszych czasach jesteśmy w stanie odszyfrować niektóre z decydujących wypowiedzi tych pism.

Bertram nie przynależał do tego rodzaju towarzyszy drogi, którzy uzbrojeni są w anielską cierpliwość. Zaczął pochrząkiwać.

– Powstaje oczywiście pytanie, czy znajdziemy właściwy punkt zaczepienia oraz postawimy odpowiednie pytania – kontynuowałem. – Co to znaczy na przykład, że Jezus dał wszystkim ludziom moc stania się dziećmi Bożymi, przynajmniej tym, którzy „nie z krwi…, lecz z Boga się narodzili”. Nie wiemy tego, a przynajmniej nic bliższego. Albo: co oznacza krew Chrystusa? Nikt tego dokładnie nie przebadał. Krew na odpuszczenie grzechów. „Krew nowego przymierza, która za wielu będzie przelana”. Krew, którą dosłownie się poci, oraz krew, którą ponad śmiercią uczynił centralną tajemnicą swojej obecności. Chodzi przy tym w przeważającej mierze o ofiarę krwi czy też raczej o krew dawcy (ofiary)? Należało to pojmować niczym sentymentalny gest przyjaznej pamięci czy też poniekąd jak bezwzględne lekarskie zalecenie?

– Czy to oznacza, że ludzie innych epok mogli inaczej odczytywać i pojmować teksty biblijne?

– Chrześcijanie Kościoła pierwszych wieków rozumieli przynajmniej, że pisma te mają różnorodne płaszczyzny. Nie tylko, że każdy tekst ma swój subtekst, lecz także tajemne wskazówki i metafory odnoszące się z kolei do istoty przesłania. To właśnie są perły skrywające się we wnętrzu, poniekąd po wewnętrznej stronie rzeczywistości, w jądrze słowa.

– Jedną z nich jest płaszczyzna faktów historycznych…

– Inną płaszczyzna tajemnic wiary, które niosą one ze sobą. Jezus to przecież nie ktokolwiek.

– Czyżby istniały dwie prawdy? Jedna faktów, druga wiary?

– Oczywiście, że nie. W każdym razie nie jako przeciwieństwa. Weźmy jakiś przykład: może brat wymierzyć stół, wyliczyć jego powierzchnię, opisać go. Ale czy tym samym udało się ująć jego istotę? Choćby jako środek komunikacji: biurko, stół kuchenny albo stolik w lokalu. Ale powróćmy do Biblii. Dopiero całość poszczególnych momentów ukazuje nam istotę, ducha tego, o czym jest mowa. To tak jak w wypadku muzyki – należy najpierw utrafić w ton, żeby móc zaintonować; trzeba też słyszeć ton, żeby uchwycić melodię.

Aby sprawdzić, czy zgadza się to, w co wierzą chrześcijanie, musimy najpierw poważnie potraktować Biblię. „Kto nie zna Pisma, ten nie zna mocy i mądrości Bożej” – uczy papież. Dzisiaj wiemy ponadto, że księgi Nowego Testamentu powstały znacznie wcześniej niż to dotychczas zakładano. Zbiory słów Jezusa zostały najprawdopodobniej utworzone jeszcze wtedy, gdy żył. Tym samym autorzy oraz ich informatorzy byli naocznymi świadkami wydarzeń. Co natomiast znajduje się pomiędzy linijkami ich relacji? Gdzie kryje się ich tajemnica? I co właściwie jest tajemnicą Chrystusa? Właściwe wyzwanie to przecież spojrzenie na Jezusa jako Syna Bożego, jako samego Boga, który przychodzi w widzialnej postaci, aby zbawić świat, i który pojawi się ponownie, by świat osądzić. To właśnie nie daje nam spokoju. Romano Guardini napisał w tym kontekście, że należy o wiele bardziej odważnie być przygotowanym na to, „iż to, co nas spotka, rozsądzi o naszych możliwościach pojmowania i oglądu”. Nie powinno się ograniczać do znalezienia jednej szlachetnej lub wielkiej czy też religijnogenialnej osobowości, lecz czegoś, co przekroczy naszą ludzką miarę.

Można wiele zadań rozwiązać i zrozumieć, lecz pojmowanie to nie wszystko. Rzeczywiście poruszające, rzeczywiście powalające jest to, co wykracza poza możliwości racjonalnego ujęcia. Dokładnie w tym punkcie nie tylko zaczyna być to prawdziwie fascynujące, tu dochodzimy do sedna sprawy. Paweł wyraził to szczególnie wyraźnie. Został posłany, aby głosić Ewangelię, a nie błyszczeć słowem i mądrością czy też teoretyzować. Jego mowa i nauka nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości. Chce zrobić wszystko, „aby wiara opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej”.

– Czy to znaczy, że aby zrozumieć Pisma, musimy w pierwszym rzędzie przejąć sposób widzenia ich autorów?

– Wydaje mi się, że skoro ktoś myśli w kategoriach wiary, to zawsze spogląda na historię ziemi, historię ludzkości w kontekście działania siły wyższej. Postrzega ją, jak to się mówi, nie tylko jako historię świecką, lecz także jako historię zbawienia. Kryje się za tym fascynująca myśl. Historia zbawienia nie oznacza ot tak, po prostu, że Bóg jest. I nie tylko przygląda się, lecz współdziała. Ma swój plan. Proszę zauważyć, ateistyczny punkt widzenia wychodzi od czysto materialnych przyczyn wpływających na bieg historii. Karol Marks mówił o materializmie historycznym. Natomiast myślenie biblijne uwzględnia także ideowe oraz duchowe siły oddziaływania. Stary Testament wyraża to na każdej stronie z trzydziestu dziewięciu ksiąg. Ten obraz zamkniętości, całości, że absolutnie wszystko, co się wydarza, ogarnięte jest przez nadrzędną wszechmoc, odbija się nawet w symetrycznym układzie, a przede wszystkim w języku liczb Pisma Świętego.

– Co takiego?

– Weźmy przykład: Stary Testament liczy 1188 rozdziałów. W tych 1188 rozdziałach znajduje się 1188 wersetów. Dokładnym środkiem Pisma jest Psalm 118. Czy jest więc dziełem przypadku, że centralne miejsce znajduje się w wersie 118,8? Brzmi on: „Lepiej się uciec do Pana, niż pokładać ufność w człowieku”. Innymi słowy: skoro Bóg istnieje, to nie tylko pisze On historię, lecz w efekcie jest jej Panem.

Bertram pogrążył się w zadumie, jak gdyby w myślach przewracał 1454 strony swojej Biblii wydrukowanej na cienkim papierze.

– Protestancki teolog Walter Dirks zwrócił kiedyś uwagę na dziwny sposób – kontynuowałem – w jaki obchodzimy się z tym, co niewidzialne. Wkrótce przestaniemy poważnie traktować myśli, idee, niewidzialne siły i zaczniemy uważać je za fantazje, odbicia. Z drugiej strony przeceniamy również sferę idei, aż do ideologicznej przesady. W tej dwuznacznej sferze, jak mówi Dirks, „w której zwykliśmy się poruszać bardzo niepewnie, nieprecyzyjnie i dwuznacznie, zasiedlamy też chętnie żywego Boga, który przecież jest bardziej rzeczywisty i prawdziwy niż najbardziej rzeczywista i prawdziwa widzialna rzecz, a także najbardziej rzeczywista i prawdziwa idea”. Tylko dlatego, że jest niewidzialny, zaliczamy Go do barwnego szeregu myśli, wyobrażeń, idei i ideologii. „A kiedy Bóg już się tam znajdzie, a my w religii znajdziemy dla Niego własne miejsce, wówczas w zwykłej rzeczywistości da się znów żyć bez skrępowania”. Dirks doszedł do przekonania: „Tak nadużywamy skrytości, którą osłonił się Bóg”.

– Co to ma wspólnego z Jezusem?

– Jeśli wyjdziemy od Ewangelii, to zobaczymy, że Bóg jako Wszechmocny Stwórca, jako jedyna duchowa realność nie pozostawia niczego przypadkowi. To znaczy, że wszystko, co stało się przed i po Jezusie, zostało precyzyjnie przemyślane, zakładając oczywiście, że jest On rzeczywiście tym, za kogo uważa Go chrześcijaństwo. Ten rozwój wypadków został przemyślany przede wszystkim od strony swoich skutków, od strony wyniku, w przeciwieństwie do historii tworzonej przez ludzi, którzy nie znają skutków swoich działań, co więcej, najczęściej nie zważają na nie. Myślę, że skoro Jezus jest Bogiem, to jest również niezwykle potężny, niezwykle kreatywny. Jego życie oraz performance dowodzą: tu działa największy reżyser wszech czasów, gdyż kto jako wszechmocny rządzi przypływami i odpływami morza, kreuje funkcjonujący ekosystem, pozwala kwitnąć kwiatom i krążyć krwi, ten dzierży w dłoni także całą historię. „Nie przyszedłem, aby sądzić – wciąż powtarza Jezus – lecz aby zbawić”. Zapomina się jednak o tym, że ta oferta zachowuje aktualność jedynie na określony czas, mianowicie do tego dnia, kiedy odbędzie się sąd. Te dwa tysiące lat w relacji do czasu stworzenia oraz wszechświata są w gruncie rzeczy niezwykle krótkie.

– Jaki to ma związek z pańską kwerendą?

– Interesuje mnie, jak już powiedziałem, nie tylko zewnętrzna strona Ewangelii, lecz jej tajemnica. Nasi praprzodkowie jeszcze to wiedzieli, my zagubiliśmy. Weźmy Maryję. Tego, że oto zostaje wybrany pojedynczy, wyjątkowy człowiek, aby zrodzić Syna Bożego, nie da się ot tak, przełknąć. Jak to możliwe? Jakie okoliczności, jakie założenia towarzyszyły temu Genesis? Co czyni Maryję nieomal nieporównywalnym stworzeniem? Albo co to właściwie za walka, którą prowadzi Jezus? Przeciwko komu jest skierowana? Jak należy w ogóle pojmować zbawienie świata, zbawienie indywidualnego człowieka?

W spojrzeniu Bertrama nie dało się nie dostrzec sceptycyzmu.

– Uważam, że historia Jezusa została zamknięta i odłożona do akt. Przestaliśmy właściwie stawiać naprawdę fascynujące pytania. A przecież chodzi tu o coś tak wartościowego jak „tajemnica ukrytej mądrości Bożej” – jak zapisał apostoł Paweł (1 Kor 2,7), mądrości, „którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej”. Tajemnica ukrytej mądrości Bożej. W tym należy się najpierw rozsmakować. Czy ktoś wierzy, że można ją zgłębić tak ad hoc? Przepowiadamy, jak mówił Paweł, „czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, co Bóg przygotował dla tych, którzy Go miłują”.

– I to pana interesuje?

– Mniej więcej.

– Aha.

– Chwileczkę, nie relacjonowałem niczego innego, jak podstawowe kwestie wiary chrześcijańskiej. Inny przykład: Jezus wspomniał kiedyś, że ktoś z grona Jego apostołów nie ujrzy śmierci, dopóki On nie przyjdzie w chwale. Co to oznacza? Ot tak, rzucone zdanie? Blef ? Przechwałka? W wypadku Jezusa trudno to sobie wyobrazić. O kim jest mowa? Czy to Maryja? Jak uczy dogmat o Niepokalanym Poczęciu, została Ona zachowana od grzechu. Tym samym, jak ludzie przed upadkiem, jest Ona nieśmiertelna. Podobnie jak Jezus. Oboje mają przecież tę samą krew.

Bertram z grzeczności nie zaprotestował. Ale jeśli dałoby się wewnętrznie potrząsnąć głową, to pewnie tak właśnie zrobił. Gestykulowałem rękoma. Z troską spojrzał na kierownicę, po czym wydał z siebie nieśmiałe:

– Czy nie jest to skręt w ślepą uliczkę?

– Jak już mówiłem, próbuję myśleć w kategoriach wiary; wiary, którą – jakby nie było – wyznają dwa miliardy mieszkańców ziemi: prezydenci, poeci, filozofowie, naukowcy i prości ludzie, tacy jak my. Weźmy pojęcie „wniebowstąpienie”. Skłania ono do wyobrażenia sobie, że Jezus poniekąd odleciał gdzieś na orbitę. Ale to właśnie, jeśli dokładniej przyjrzeć się Pismu, jest błędne. Zapewnił przecież jednoznacznie: „Zostanę z wami przez wszystkie dni”. Powiedział też, że udzieli swoim ducha i mocy. Wszystko możliwe. Bo czy miliony ludzi, być może nie codziennie, ale często, nie uświadamiają sobie, że Go czują? Gdy modlą się do Niego. Gdy uczestniczą w liturgii. Gdy spożywają Jego Ciało i Krew.

– Okay.

– Tym samym nieco mylący jest także obraz Jego powtórnego przyjścia. Chrystus nie przybędzie skądś tam, z bezkresu wszechświata. Jest wszechmocny, bez przestrzeni, bez czasu i w każdej chwili może się zmaterializować na nowo. Tak na marginesie, ta zapowiedź nie pochodzi z czasopisma dla ezoteryków, tylko od Mateusza. Wszystko ma swój czas, jak napisano w Piśmie Świętym.

– Co ma pan na myśli?

– Jezus przepowiedział wiele spraw, swoją mękę, śmierć, zmartwychwstanie i wiele więcej. Wszystkie Jego proroctwa się spełniły. Prawie wszystkie.

– A które nie? – Bertram nie tracił czasu.

– Koniec obecnego eonu, paruzja, wielkie wydarzenie Jego powrotu, powtórne i tym samym ostatnie przyjście. Pytanie brzmi: skoro wszystko się dopełniło, to dlaczego to nie?

– Myśli pan, że Biblia przepowiada przyszłość?

– Najprawdopodobniej nawet w detalach.

– Faktem jest, że świat jeszcze się nie skończył – orzekł sucho Bertram.

– Faktem jest, że to nastąpi.

– Może się pomylił.

– Kto to wie? Gdyby się pomylił, to równie dobrze błędem mogłoby być całe Jego przesłanie. A wtedy Jezus nie byłby Synem Bożym, a Bóg nie byłby Bogiem. I należałoby przestać Go szukać, zaś wszystkie religie złożyć do lamusa.

– Nie mówi pan tego poważnie, prawda?

– Dlaczego nie?

Skręciliśmy gdzieś w lewo. Administracja miejska zawiesiła na skrzyżowaniu zagmatwaną mozaikę kierunkowskazów. Wyglądało to jak twór nowoczesnej plastyki, ale niestety, nie pomagało w orientacji. Zabłądziliśmy beznadziejnie i przez jakiś czas panowało milczenie.

Ktoś napisał, że chrześcijaństwo to jedyne religijne przesłanie nieopierające się na nauce mądrości ani na idei, zgoła jedyna historycznie uzasadniona wiara ludzkości. Innymi słowy, to wiara w określone fakty, jakie zaszły określonego dnia i w określonym miejscu. Fakty te muszą być weryfikowalne.

Z drugiej strony faktem jest również, że wiara w Jezusa przekracza granice ludzkiego pojmowania. Sprzeciwia się ona rozsądkowi per se, tak jak Go znamy. I to nie tylko rozsądkowi praw natury, na przykład zdarzenia cudów, lecz także temu czysto ludzkiemu. Przykładowo nikt z nas nie mówiłby, że miłuje nie tylko swoich przyjaciół, lecz także wrogów. Albo zwyciężał zło dobrem. To wymiar zdający się wykraczać poza czysty rozum. Nawet jeśli nie jest przy tym skierowany przeciwko niemu, lecz go obejmuje. To własna kategoria, inna, lecz równa.

Informatyk, Joseph Weizenbaum, profesor na Massachusetts Institute of Technology, wyraził to w ten sposób: „Nauki przyrodnicze nie są już jedynym źródłem prawdy”. Również i ich fundamentem nie jest w gruncie rzeczy nic innego jak wiara, ta wiara, „że prawa natury rządzą w totalnej przestrzeni, od samego początku i po wieczną przyszłość”. Ostatecznie jednak „żaden eksperyment nie potrafił jej zweryfikować”. A nawet gdyby się to udało i na temat istoty żyjącej zebrałoby się kompletną wiedzę o jej fizykalnych, genetycznych i neurologicznych strukturach, to nie wystarczyłoby to, „aby pojąć żywy organizm”.

Weizenbaum podał przykład: „Jeśli ktoś posiada wszelką wiedzę o mrówce, ale nie wie, że żyje ona w ogromnej społeczności, ten jej nie rozumie”. To samo odnosi się także do pojmowania człowieka: „Okazuje się w zasadzie niemożliwe pojmowanie człowieka czysto naukowo”.

Bertram już czuwał.

– To znaczy, że mamy się wystrzegać rozumu jako jedynego źródła poznania?

– Albo, jak mówi Pascal: „Ostatnim wnioskiem rozumu jest to, że pojmuje, iż istnieje cały bezlik spraw przekraczających jego możliwość pojmowania”. W nim też jest wszystko, co wyraża się w duchu, a także w materii, informacja. Notabene, informacja, którą nie my stworzyliśmy, lecz którą dla nas stworzono. Ale informacja to nie materia lub energia, to właśnie informacja. Jest ona czymś, co gruntownie może przemienić człowieka. W Ain Karem zostaniemy skonfrontowani z tym, co się tyczy „informacji” dla Maryi. Jak powiedział profesor Weizenbaum: „Wiele udaje się przedstawić naukom przyrodniczym, ale nie żywą prawdę”.

Bertram podniósł rękę, unosząc w górę palec wskazujący:

– I jak powiedział poeta Ionescu: „Wszystko jest wyrażalne w słowach, tylko nie żywa prawda”.

– Stąd też powinniśmy być może spróbować przestać odczytywać święte pisma przeciwko ich duchowi, a zacząć czytać . ich duchu, aby, kiedy już znajdzie się poniekąd właściwą falę, pozwolić się porwać na właściwe wybrzeże.

– Brzmi nieco romantycznie.

– Tym sposobem żółwie morskie bez mapy i kompasu, przemierzając dziesiątki tysięcy kilometrów, odnajdują miejsce swego pochodzenia, by tam, gdzie się urodziły, wydać na świat następne pokolenie.

Najwidoczniej ten obraz nie trafił Bertramowi do przekonania. Wyglądał przez okno, nad czymś się zastanawiając.

– Gdy teraz udajemy się do miejsca narodzin Jana – mówiłem dalej – to trzeba pamiętać, że w tamtych dniach panował w Izraelu klimat bliskiego przyjścia Mesjasza. Oczekiwanie to odpowiadało szerokiemu, powszechnemu odczuciu w ludzie. Nie chodzi więc o świadomość przyniesioną przez Jezusa, lecz już Go poprzedzającą. Używamy wyrażenia, że „coś wisi w powietrzu”, na oddanie nastroju oczekiwania, które niczym fale sejsmograficzne zwiastują nadejście wielkiego, erupcyjnego wydarzenia. W przypadku Jezusa mielibyśmy do czynienia z sejsmografią końca świata.

– Lęki eschatologiczne pojawiają się i znikają...

– Co do Jezusa, to łatwo przeoczamy, że oczekiwanie mesjańskie wypełniło się. Wszystko się zdarzyło. Jest obiektywnym faktem, od tego momentu świat się przemienił.

– Niemniej Jezus nie był jedynym uważającym się za Bożego posłańca.

– Spomiędzy Jego „konkurentów” największy sukces odniósł Bar Kochba, żydowski rebeliant, który w roku 132 przed Chrystusem zorganizował powstanie w celu zrzucenia zwierzchnictwa Rzymu. Niejaki Akiba Wielki, najznaczniejszy spośród rabinów oraz uczonych w Piśmie, ogłosił go oficjalnie Mesjaszem. Fascynacja odnoszonymi przez niego pierwszymi zwycięstwami sprawiła, że bito nawet monety z napisem: „W pierwszym roku wybawienia Izraela”. Bar Kochba oznacza „Syn Gwiazdy”. Kiedy zaś powstanie upadło, kończąc się drugim, a tym samym ostatecznym zniszczeniem Izraela, nazwano go zaraz Bar Koseba, „Synem kłamstwa”.

W każdym razie zarówno przed, jak i po Chrystusie, poza i wewnątrz judaizmu nie pojawiła się ani jedna postać mesjańska choć w przybliżeniu mająca podobne znaczenie. W Jego wypadku chodzi o kogoś więcej niż Bożego posłańca. W długiej historii judaizmu Jezus był absolutnie jedynym człowiekiem, którego udziałem stało się ubóstwienie. Nikt, poza Mężem z Nazaretu, nie został ani na chwilę zrównany z Jahwe. A to coś znaczy w religii, której pierwsze przykazanie brzmi: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

– I tymi śladami chce pan powędrować?

– Zrobiliśmy się wygodni co do Jezusa. Jego obraz, osoba, upomnienia, wszystko to zostało tak oszlifowane, że utraciło swoją głębię i ostrość. Dlatego też musi się nie tylko napisać na nowo historię Jezusa, lecz przypuszczam, że trzeba ją na nowo poruszyć i ująć.

– Patrząc historiozbawczo – Bertram uśmiechnął się, mrugając przy tym okiem niczym swawolny sztubak.


Rozdział 5
Ślady na piasku

Rozmawiając, osiągnęliśmy granicę Jerozolimy. W szeroko rozciągających się nowych osiedlach wznosiły się ku niebu potężne wielopiętrowe wieżowce. Typowe tarasy w dolinach i na zboczach pagórków pozwalały domyślać się poletek pod uprawy oraz pastwisk, z których korzystali wcześniejsi mieszkańcy.

– A co z nowymi znaleziskami – podjął Bertram naszą rozmowę.

– Zna brat Qumran nad Morzem Martwym, gdzie znaleziono zwoje esseńczyków?

– Nie byłem tam jeszcze, ale dużo na ten temat pisano. Gazety twierdziły, że Watykan wziął te pisma pod klucz i próbuje zataić wyniki badań albo nimi manipulować.

– No cóż, Watykan nigdy nie posiadał tych rękopisów ani też nie próbował nimi „kręcić”.

Drobny mnich wcisnął się głębiej w siedzenie. Robił wrażenie zmęczonego i wyczerpanego. Pewnie nie przywykł jeszcze do surowej dyscypliny, kiedy w klasztorze budzik dzwoni o piątej rano. Jechaliśmy za autobusami pełnymi zagranicznych turystów oraz grup rozgestykulowanych ortodoksyjnych żydów, którzy po nawiedzeniu świętych miejsc zmierzali do Tel Avivu lub na lotnisko Ben Guriona.

Czy pomimo wzrostu wiedzy nasze spojrzenie na Jezusa nie ograniczało się, w efekcie czego spoglądamy na Niego niczym przez dziurkę od klucza? Z podmiotu Bóg stał się przedmiotem, jaki można samemu ukształtować. Wielu praktykujących katolików zakłada, że do przekazywanej przez Kościół tradycji należy podchodzić sceptycznie. Tylko czy całe pokolenia teologów, profesorów i nauczycieli religii nie relatywizowały postaci Jezusa? Czy również hierarchia nie popełniała błędu przez całe dziesiątki lat, ignorując ten proces?

Nie bez przyczyny papież Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, wspomniał podczas nabożeństwa drogi krzyżowej o Kościele powiększającym jeszcze cierpienia Chrystusa. „Jakże często świętujemy samych siebie, zapominając o Nim?” – żalił się. „Jakże wiele nędzy jest w Kościele i to zwłaszcza pomiędzy tymi, którzy w kapłaństwie powinni całkowicie do Niego należeć? Jakże wiele pychy i samouwielbienia?”.

Jak to możliwe, że rewolucyjny w gruncie rzeczy ruch stał się statycznym aparatem, nie postępowym, lecz reakcyjnym? Romano Guardini krytykował swego czasu: „Wydaje się, że religijny punkt ciężkości przesunął się w stronę organizacji; poprawność, lojalność i posłuszeństwo coraz bardziej zdają się stawać konstytutywnymi cechami postawy chrześcijańsko-katolickiej”.

Ale zadanie stanowi nie tylko odnalezienie na nowo właściwej perspektywy. W minionych dziesięcioleciach eksperci z tak różnych dziedzin jak archeologia, historia, paleografia i papirologia dokonali całego szeregu odkryć, które pozwoliły na wysnucie niebranych dotąd pod uwagę wniosków oraz odkrycie nowych oblicz osoby Jezusa.

Był letni dzień roku 1947, kiedy to Beduin Mohammed ad Dib, młody człowiek ze szczepu Ta”amireh, z przydomkiem „Wilk”, poszukiwał zagubionej kozy ze swojego stada. Na pustkowiu, pośród skalnych zboczy, w odległości około dwunastu kilometrów od Jerycha „Wilk” wraz z towarzyszącym mu przyjacielem natknęli się na pomijaną dotąd przez wszystkich grotę. Gdy w jej wnętrzu, pod grubą warstwą pyłu, odkryli kilka zapieczętowanych, glinianych dzbanów, ucieszyli się, gdyż mieli nadzieję, że znaleźli ukryty skarb.

Lecz, niestety, dzbany okazały się puste. Poza jednym, zawierającym coś podobnego do złota. Z niego to pasterze wyciągnęli zawinięte w nasączone woskiem chusty skórzane zwoje. Jak się później okazało, były to pisma Starego Testamentu z I stulecia przed Chrystusem. Po 1900 latach z pustynnego piasku wyłonił się obraz środowiska tworzącego czasowe i geograficzne tło wydarzeń z życia Jezusa. „Co za niewiarygodne znalezisko – depeszował amerykański archeolog William F. Albright. „Gratulacje z powodu odkrycia najczcigodniejszych rękopisów naszych czasów”.

Zachowane dotąd pisma Starego Testamentu pochodziły z VIII wieku po Chrystusie, teraz natomiast dysponowano wersją z Jego czasów. Prawdziwą sensacją okazało się odkrycie w 1951 roku przez dominikanów z Ecole Biblique et Archeologique z Jerozolimy w pobliżu grot w Qumran pozostałości klasztoru. Tamtejsze artefakty pokrywały się ze znalezionymi w grotach, pozwalając ustalić, kto sporządził zwoje i je ukrył. Coraz pewniejsze okazywało się, że w wypadku przypominającego twierdzę osiedla chodzi o centralną osadę tajemniczej wspólnoty esseńczyków.

Pomieszczenia mieszkalne, cysterny, sala zebrań o długości 22 i szerokości 4 metrów, nie brakowało niczego. Do tego nawet skryptorium ze stołami, kałamarzami oraz glinianymi skorupami, na których młodzi bakałarze wprawiali się w stawianiu liter. Pisano z reguły na pergaminie lub papirusie, czasem grawerując miedzianą blachę.

Esseńczycy nie byli grupą nieliczących się samotników i odszczepieńców, jak to wynikałoby z Dawnych dziejów Izraela historyka Józefa Flawiusza, zapisków Filona z Aleksandrii czy też rzymskiego pisarza Pliniusza. Powstała w II stuleciu przed Chrystusem surowa żydowska wspólnota wiernych zdominowała całe kwartały w mieście, między innymi okolice bramy Esseńskiej na Syjonie, jak również liczne wsie w okolicy. Podzieleni na cztery stany – kapłani, lewici, nowicjusze oraz laicy – żyli zarówno w celibacie, jak i w związkach małżeńskich, traktując wspólnotę dóbr jak własność prywatną, przy czym na pierwszym planie stały równość członków oraz ich jedność. Życie koncentrowało się wokół przestrzegania przykazań Tory oraz zachowywania rytualnej czystości. Cały system cystern umożliwiał intensywne korzystanie z niezbędnych obmyć poprzez zanurzenie. Esseńczycy byli bezkompromisowymi pacyfistami, wyznawali określoną wiarę w aniołów, wierzyli w nieśmiertelność duszy oraz zmartwychwstanie po śmierci.

Esseńscy mnisi osiedlili się Qumran dwa lata przed narodzinami Jezusa. Tamtejsze zabudowania opuszczono w roku 31 przed Chrystusem po trzęsieniu ziemi. Teraz jednak pustelnicy głosili, że oczekując i przygotowując się na nadchodzący święty czas końca eonu, należy pójść za wezwaniem proroka Izajasza: „Prostujcie na pustyni drogę dla Pana”. Esseńczycy ubierali się na biało, uważając się za wybrańców, którzy w poświęconym Bogu „przymierzu wiecznej miłości” jako synowie światła mieli przygotować się do eschatologicznej rozprawy z synami ciemności. Wszelkie wysiłki z ich strony – jak dowiadujemy się ze współczesnych im pism – zmierzały do zachowania ubóstwa, uświęcenia oraz lewickiej czystości. Wyznaczony cel: zanurzenie w „misteriach świętego życia”. Żydowski filozof Filon z Aleksandrii określił ich mianem „atletów cnoty”. Jego zdaniem, esseńczycy byliby kimś na podobieństwo „bezcielesnych dusz poszukujących prawdy dla siebie samych”.

W znalezionym również w Qumran Podręczniku nauczania zawierającym regułę, warunki przyjęcia oraz kary za wykroczenia przeciwko regulaminowi wspólnoty, esseńczycy rozróżniali „dwa rodzaje ducha ludzkiego”. Z jednej strony jest to duch światła i prawdy, z drugiej błędu i ciemności. „Gardzą bogactwem – odnotował żydowski historyk Józef Flawiusz – a podziwiać należy u nich wspólnotę dóbr, tak że nie znajdzie się pośród nich ktoś, kto posiadałby więcej niż inni”. Kto chce zostać przyjętym, musi nie tylko przejść próbę wstrzemięźliwości oraz wytrwałości, lecz także „złożyć przysięgę, że pragnie czcić bóstwo oraz wypełniać swoje obowiązki wobec ludzi”. „Ponadto zobowiązuje się do umiłowania prawdy (…), niezatajania niczego braciom, zaś względem obcych do strzeżenia powierzonych tajemnic, choćby przyszło mu za to ponieść męczeństwo”.

Mnisią wspólnotę, do której przynależała również światowa gałąź żonatych bądź też żyjących w celibacie członków, założył nieznany bliżej „Nauczyciel sprawiedliwości”. Nie dało się w żaden sposób ustalić jego tożsamości, w przeciwieństwie do jego przeciwnika, określanego w pismach mianem „kapłana bezprawia”. Badacze utożsamili go z Jonatanem pełniącym wówczas funkcję arcykapłana. „Nauczyciela” uważano w każdym razie za proroka i herolda zapowiadającego Bożego posłańca, Mesjasza. W przeciwieństwie do pozostałych wiernych esseńczycy wyczekiwali zbawiciela jako swego rodzaju duetu w postaci dwojga jednocześnie występujących posłańców: jednego mającego godność kapłańską oraz drugiego z władzą królewską. Zakończenie reguły z Qumran podejmuje natomiast istotny temat dokładnego porządku miejsc podczas uroczystej, eschatologicznej uczty, kiedy to wreszcie zjawi się tak długo wyczekiwany Mesjasz, Zbawiciel.

Słuchając moich wywodów, towarzyszący mi nowicjusz ożywił się wreszcie.

– Interesujące – mruknął pod nosem.

– Nie mniej interesujący jest czas opublikowania tych tekstów. Dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej oraz piekle holokaustu, po prawie dwóch tysiącach lat wędrówki i prześladowań Izrael powrócił jako naród do Ziemi Świętej. Stąd też założenie państwa Izrael w roku 1948, jak żadna inna data, stanowi nie tylko z perspektywy politycznej, lecz także z punktu widzenia wiary swego rodzaju historiozbawczy zwrot.

– Ale przecież rękopisy odkryto już w 1947 roku.

– Zgadza się. Tylko minęło nieco czasu, zanim je jednoznacznie zidentyfikowano. Pasterze przekazali je najpierw prawosławnemu klasztorowi św. Marka w Jerozolimie. Potem rękopisy trafiły do Ameryki, odkupiono je, i tak dalej. Dopiero w 1948 gazety doniosły o sensacyjnym odkryciu na Pustyni Judzkiej. Znalezisko młodych nomadów składało się dokładnie z siedmiu zwojów. Siódmemu rękopisowi badacze nadali nazwę Apokalipsy Lamecha, zgodnie z zamieszczonym na zachowanym fragmencie imieniem Lamech. Tylko jeden z nich przetrwał nienaruszony. Liczył siedem metrów długości. Była to Księga Izajasza, właśnie tego proroka, którego dzieło jak żaden inny tekst zawiera zapowiedź oraz charakterystykę Mesjasza.

– Niesamowite – Bertram był pod wrażeniem.

– A sam Jezus odwoływał się wciąż na nowo do Izajasza, na potwierdzenie tego, że w Nim spełnia się to, co od dawna zapowiadano. Takie w każdym razie są fakty. Te siedem rękopisów znajduje się dzisiaj w „świątyni rękopisów” w muzeum Izraela w Jerozolimie. Najstarszy rękopis Biblii, jaki posiadamy, nie tylko zajmuje się przyjściem Mesjasza. Dzięki niemu możemy wreszcie jednoznacznie dowieść, że Pismo Święte aż do dzisiaj zachowało się w nienaruszonej formie. To, co czytamy we współczesnych wydaniach Starego Testamentu, jest dokładnie tym tekstem, który zapisano przed tysiącami lat.

– A jakie znaczenie ma Qumran dla pańskiej kwerendy? – chciał się dowiedzieć nowicjusz.

– W pierwszym rzędzie lista pytań. Na przykład: dlaczego Jezus napiętnował imiennie faryzeuszy i saduceuszy, zarzucając im niewierność Bożemu słowu oraz posłannictwu jako pasterzy, a nie zrobił tego z esseńczykami? Dlaczego nie wspomina się o nich w Ewangeliach? Albo dlaczego dziwnym zbiegiem okoliczności zasiedlają oni klasztor w Qumran tuż przed narodzinami Chrystusa, a po Jego śmierci znikają znowu jakby pochłonęła ich ziemia?

– Ma pan jakiś pomysł?

– Nie. Tylko czy tym samym nie powstaje pytanie, czy esseńczycy, cieszący się przecież w społeczeństwie żydowskim znacznym autorytetem, nie zintegrowali się dość wcześnie i prawie całkowicie z ruchem Jezusowym? Nikt w starym Izraelu nie pielęgnował tak intensywnie świadomości o bliskim przyjściu Mesjasza jak oni. Poprzez studiowanie pism, własne obliczenia, a także dzięki uzdolnionym wieszczom musieli być najlepiej poinformowaną grupą w Izraelu. Ponadto zakon dysponował potężną man power: znakomicie wykształconymi kapłanami jako zaprzysiężoną kadrą, będącymi jednocześnie siłami specjalnymi, warownym, samowystarczalnym obozem położonym z dala od politycznych i religijnych centrów władzy w kraju, jak również własną manufakturą produkującą pisma, idealną dla szerzenia nowej Ewangelii, którą należało dopiero rozpropagować.

Bertram zakręcił się niespokojnie.

– Kiedy Mędrcy ze Wschodu dowiadywali się u Heroda o Zbawcę, jak relacjonuje Łukasz, król być może też zasięgnął rady esseńczyków. Qumran leży dwadzieścia cztery kilometry od Betlejem. Członkami wspólnoty byli najprawdopodobniej także Anna i Symeon, którzy po obrzezaniu zidentyfikowali w świątyni jerozolimskiej Jezusa jako oczekiwane Dzieciątko. Według Łukasza przynależeli oni do „pobożnych Izraela”, którzy z utęsknieniem wyczekiwali nadejścia czasów mesjańskich. Greckie wyrażenie eulabes – „pobożny” – użyte przez ewangelistę dla Symeona, a także postawa oraz środowisko Anny – Łukasz określa ich jako „czekających na wybawienie Izraela” – wskazują na wspólnotę z Qumran. Symeonowi zostało objawione, że nie ujrzy śmierci, „aż zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Na Jego widok zawołał: „Moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. Również i Anna rozpoznała Dziecię. „Sławiła Boga –pisze Łukasz – i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy”.

– A co to dokładnie znaczy?

– To znaczy, że esseńczycy zdradziliby swoje własne zapowiedzi, w gruncie rzeczy ich właściwy cel, gdyby nie wykorzystali tej wiedzy. Wszystko się spełniło. Wszystko się zgadzało. „Nauczyciel sprawiedliwości” okazał się poprzedzającym prorokiem. Jan Chrzciciel, biorąc pod uwagę okoliczności jego narodzin – zobaczymy to w Ain Karem – został zapowiedziany jako szczególne dziecko. Wieszcze Symeon i Anna zidentyfikowali dziecię Jezus jako wyczekiwane zbawienie. Trzech Mędrców ze Wschodu potwierdziło to jeszcze swoimi poszukiwaniami. Ponadto: Jan pochodził z rodu kapłańskiego, Jezus z Dawidowego, królewskiego; dokładnie tak, jak spodziewali się mnisi. Najpóźniej, gdy Chrzciciel i Jezus stanęli razem w brodzie na Jordanie, wielu musiały opaść łuski z oczu.

– Wciąż jeszcze nie bardzo rozumiem.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com