Czterdziestka to nie grzech - Barbara Smal - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czterdziestka to nie grzech - Barbara Smal

Książka opisuje jeden rok z życia współczesnej kobiety (żony z dwudziestoletnim stażem i matki nastoletnich dzieci) od momentu ukończenia przez nią czterdziestu lat. Bohaterka czuje, że ten moment jest przełomowym w jej życiu, bo jak wszyscy mówią: „teraz to już z górki”. Ogarnia ją panika, nad którą stara się zapanować, pisząc maile do swojej siostry, rozmyślając o przyjemnościach, rozmawiając z przyjaciółką od serca (której życie zresztą też właśnie „fiknęło kozła”) i marząc o pewnych szarych oczach, nienależących bynajmniej do jej sympatycznego, ale wiecznie zapracowanego męża. Po drodze pomaga jeszcze zahukanej sąsiadce i będąc o krok od zagmatwania sobie życia, ostatecznie odzyskuje równowagę. Nareszcie widzi, co w jej życiu jest naprawdę ważne.

 

Opinie o ebooku Czterdziestka to nie grzech - Barbara Smal

Fragment ebooka Czterdziestka to nie grzech - Barbara Smal

BARBARA SMAL

CZTERDZIESTKA TO NIE GRZECH

Section0001

Julia przybliżyła twarz do lustra. Z uwagą centymetr po centymetrze badała wzrokiem swoją skórę: pionowa, lekko zarysowana zmarszczka pomiędzy brwiami, dwie cieniutkie, ledwo widoczne linie pod oczami, może trochę głębsza niż dawniej bruzda, biegnąca od nosa do ust. Odetchnęła. Niewiele.

„Mapa życia” – pomyślała.

Siwe włosy miała od dawna – genetyczne dziedzictwo po ojcu. Pamiętała, jak jeszcze w czasie studiów będąc kiedyś u fryzjera żartowała, że jeden egzamin to dwa siwe włosy, a fryzjerka z udawaną powagą stwierdziła, że w takim razie musi być już co najmniej podwójnym magistrem.

– Farby do włosów, a nie diamenty, to najlepsi przyjaciele dziewczyny, droga Marylin – mruknęła pod nosem i usiadła do komputera.

Do: anna@hotmail.com

Temat: O nas

Kochana, za oknem pada śnieg, chociaż nie powinien, bo jutro przecież pierwszy dzień wiosny. Obudziłam się dzisiaj i nie od razu sobie przypomniałam. Dopiero w drodze do łazienki do mnie dotarło. Czterdziestka! I wiesz co? I nic. Zupełnie nic. Wcale, ale to wcale nie czuję się inaczej. Nie wybuchła mi nagle żadna głęboka jak wąwóz zmarszczka na twarzy, tyłek gwałtem nie obwisł, a ponieważ siwe włosy miałam już od dawna, nie można powiedzieć, że nagle osiwiałam. Ciągle ta sama ja. Kiedyś myślałam, że gdy nadejdzie ten dzień usłyszę, jak jakieś drzwi z hukiem się zatrzasną, czy coś w tym stylu, a tu nic! Cisza, spokój i tak jak zawsze. Dzieci w szkole, M. w pracy, ja planuję pobiegać po sklepach, bo mam nową klientkę, więc jej czegoś poszukam. Jednym słowem: proza życia. Wieczorem idziemy z M. na kolację, ale i tak od czasu do czasu nam się to zdarza, więc... Słuchaj, a Ty coś czujesz? Jakąś zmianę? A w ogóle, jak świętujesz? Ja jakoś nie bardzo mam ochotę na wielką fetę. Nigdy tego nie lubiłam, a teraz chyba trochę się boję czcić z pompą taką okazję. No, bo teraz to już z górki, prawda? To jednak jakaś cezura życia, taki znaczący moment. Wszyscy tak mówią, a ja właśnie nic z tego nie czuję. Dlatego do Ciebie piszę. No, nie tylko dlatego, oczywiście.

Przede wszystkim chcę Ci złożyć serdeczne życzenia: dużo dobrych myśli, uśmiechów, samych cudownych chwil w życiu, miłości i szczęścia!

I całuję Cię, kochana, przez to pół Europy, które nas dzieli. Całuję z okazji naszej wspólnej czterdziestki, która w końcu nas dopadła. I życzę Ci jeszcze, żeby ten cały czas po czterdziestce był jak najdłuższy i najpiękniejszy. I to też są moje dla samej siebie życzenia z okazji naszych urodzin, kochana bliźniaczko.

J.

– Halo? – zdyszana Julia dopadła telefonu.

– Cześć, Julia!

– Mona! Witaj! – zawsze się cieszyła, gdy słyszała głos swojej przyjaciółki.

– Jak tam świętowanie?

– A dziękuję, dziękuję, było miłe.

– No wiesz co? Jestem rozczarowana! Tylko „miłe”?

– No tak, miłe. A jakie niby miało być?

– Wystrzałowe! Szalone! Dzikie!

– Mona, uspokój się! – śmiała się Julia.

– Ja jestem spokojna, ale czy nie tak właśnie powinno się świętować czterdziestkę?

– Nie wiem, jak się powinno. Wiem, jak ja lubię świętować, i tak właśnie spędziłam ten dzień.

– No dobrze, już dobrze. Nie fukaj. Myślałam tylko, że takie urodziny to się obchodzi z hukiem.

– Zobaczymy, czy ty będziesz je obchodzić z hukiem.

– A zobaczymy, zobaczymy. Adam już teraz się odgraża, że będę je pamiętać do końca życia, i trochę się boję, bo nie wiem, co to ma znaczyć – śmiała się Monika.

– Masz jeszcze całe dwa lata na dowiedzenie się. Jak odpowiednio go podejdziesz, to będziesz w końcu wiedziała i przestaniesz się bać – dogadywała jej Julia.

– Julia! Ty najwyraźniej migasz się od odpowiedzi!

– Jakiej odpowiedzi?

– Na pytanie, jak świętowałaś czterdziestkę!

– Ach, tak! – przewróciła oczami. – No więc byliśmy z M. na kolacji u Włochów...

– No, to przynajmniej jedzonko było super!

– Było! Właśnie dlatego tam poszliśmy. No i sobie jeszcze pośpiewaliśmy chórem z całą, no, prawie całą salą.

– A tak, tak. Oni tworzą tam typowo włoską atmosferę.

– Właśnie. I było miło. I tyle.

– A dzieci?

– Co „dzieci”? Dzieci dały prezenty, ucałowały, uściskały. Nastolatki nie czują, że to przełomowy moment w życiu. Dla nich to coś odległego o całe lata świetlne.

– No tak, gdy się ma „naście” lat, czterdziestka jest na drugim końcu życia.

– Dokładnie.

– Jeszcze trochę pamiętam.

– Ja też. Trochę! – zaśmiała się smutno Julia.

– No, proszę cię! Tylko bez takich! W końcu to tylko kolejne urodziny, nic więcej. Na czas nie masz wpływu. Będzie biegł, czy tego chcesz, czy nie.

– A wiesz, że teraz zabrzmiałaś jak moja mama?

– Biorę to za komplement! – śmiała się Monika.

– Bo tak jest.

– To dzięki! Spotkamy się?

– Na razie...

– ...jestem zalatana. Rozumiem.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Naprawdę rozumiem. To co? Zadzwonić w przyszłym tygodniu?

– Ja zadzwonię! Obiecuję! Myślę, że gdzieś koło wtorku, środy to się umówimy.

– Dobrze. To czekam na twój telefon i pa!

– Pa!

Julia odłożyła telefon i uśmiechnęła się do siebie. Jak dobrze mieć przyjaciółkę! Zwłaszcza taką jak Monika.

Jeszcze raz uśmiechnęła się do siebie.

Znały się od tak dawna, a ona ciągle nie mogła wyjść ze zdumienia, że taka cudowna, piękna i mądra osoba jak Mona jest jej najlepszą przyjaciółką. I w dodatku taką prawdziwą, najprawdziwszą. Nie jak z filmów, gdzie co druga znajoma to „friend”, i nie taką, jakich miała na pęczki jej siostra bliźniaczka. Anna, czy jak wolała, by ją nazywać, Ana, od dwudziestu lat mieszkała w Londynie i przesiąkła angielską kulturą, więc każda jej znajoma automatycznie, zgodnie z tamtejszym obyczajem, była zaliczana do grona przyjaciółek. Julia nie mogła się temu nadziwić.

A Monika była najprawdziwszą przyjaciółką. Taką od serca i od zwierzeń. I od ratowania w potrzebie. I od mówienia prawdy. Julia nie wyobrażała sobie życia bez jej zrozumienia, akceptacji i wsparcia. Miała cichą nadzieję, że Mona odwzajemnia te uczucia.

Z całego serca starała się nie zawieść Moniki i być dla niej wsparciem.

Westchnęła. Dość tych rozważań! Musi szykować się do wyjścia. Za godzinę była umówiona ze swoją stałą klientką. Nie chciała spóźnić się ani minuty!

Podśpiewując pod nosem, grzebała w szafie. Szukała ciucha odpowiedniego na to spotkanie. W końcu jest stylistką, a więc jej wygląd to wizytówka.

„Pośpiesz się” – poganiała się w myślach. – „Jak się spóźnię, to nie przyda mi się żadna wizytówka!”.

Prawie biegła do łazienki ze stosem ubrań przerzuconym przez ramię.

„Czterdzieści lat minęło...” – tłukła się jej po głowie fraza ze starego przeboju.

– Pani Julio, jestem taka zdenerwowana... – wyraźnie zmartwiona korpulentna kobieta przymierzała kolejną sukienkę. – Moja Dominiczka jest w Anglii!

– Dlaczego się pani tym martwi, pani Zosiu? Przecież jest dorosła. Poradzi sobie – Julia z uwagą patrzyła na odbicie klientki w lustrze. – Nie, jest za szeroka na dole – zawyrokowała. – Proszę przymierzyć następną – zasłoniła przymierzalnię.

– No wiem, że dorosła, wiem – dobiegł zza zasłony przytłumiony głos. – Ale wie pani, ona nigdy nie była za granicą.

– Pojechała sama? Zna język? – dopytywała się uprzejmie Julia.

– Nie, tam był już Paweł, jej chłopak. To taki rozsądny, spokojny chłopiec. A Dominiczka zna język. Chciała pracować w restauracji, żeby mieć kontakt z Anglikami, z żywym językiem.

Odsłoniła zasłonę i zaprezentowała się Julii w prostej ciemnoniebieskiej sukience, która ładnie leżała na jej bujnych kształtach.

Julia uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– To była moja faworytka! Co pani o niej sądzi?

Pani Zosia przyglądała się sobie z uwagą, obracając się na wszystkie strony. Julia przytrzymywała za nią spore lustro, żeby klientka mogła obejrzeć się z tyłu.

– Ładnie leży – stwierdziła pani Zosia. – Ale czy nie za duży dekolt?

– Ma pani piękny dekolt. Warto pokazać. Zresztą można go częściowo przysłonić biżuterią. Poszukamy czegoś odpowiedniego. Może w Promodzie? Mają tam piękne naszyjniki.

– Dobrze. A sukienkę wezmę – sprawdziła metkę. – Nie tak strasznie! – Westchnęła z ulgą.

Julia też odetchnęła. Nie było łatwo znaleźć odpowiednie ubranie dla kogoś „przy kości”. Tym razem na szczęście znów jej się udało.

– A wie pani? Oni są w Londynie. Nie chcieli gdzie indziej. Ja mówiłam, że to takie wielkie miasto, wszędzie daleko. I słyszałam, że okropna drożyzna – skarżyła się pani Zosia, idąc do kasy. – Ale się uparli i już. A teraz się dowiaduję, że dawno już się pokłócili i Dominiczka jest właściwie sama w tym okropnym mieście. No to się martwię.

Julia milczała. Pozwalała się wygadać swojej klientce.

Zawsze tak było. Wspólne zakupy okazywały się też dobrym czasem na długie rozmowy. I to nie tylko o modzie, wyglądzie i ciuchach. Julia dowiadywała się wiele o mężach, dzieciach, kłopotach w pracy, ze zdrowiem i z teściową, jednym słowem – o życiu swoich podopiecznych. Nie męczyło jej to. Rozumiała swoich klientów, a oni to czuli.

– Pani Julio, a buty? – zapytała pani Zosia, wychodząc ze sklepu.

– Zaraz pani pokażę. Znalazłam piękne beżowe czółenka ze skóry na słupku – zachwalała Julia.

– Beżowe? Do tej sukienki? – zdziwiona klientka potrząsnęła trzymaną w ręku torbą.

Julia cicho westchnęła. Zawsze tak było. Niby proszono ją o pomoc, a i tak każdy miał własną wizję swego wyglądu i wiedział lepiej.

– Zobaczy pani, będą pasować – cierpliwie wyjaśniła, uśmiechając się serdecznie.

Po kolejnej godzinie spędzonej w centrum handlowym mogła wreszcie stwierdzić, że to był udany pobyt. Pani Zosia, zaopatrzona w nową garderobę, była uszczęśliwiona kolejny raz zrobionymi z sensem zakupami. Nawet beżowe buty przypadły jej do gustu, gdy zobaczyła, jak ich kolor i fason wydłużają jej nogi. Całując na pożegnanie Julię, obiecywała być z nią w kontakcie, bo „...bez pani to ja nawet drobiazgu już nie kupię!”.

Julia po rozstaniu z klientką postanowiła nagrodzić się filiżanką herbaty i kawałkiem sernika z czekoladową polewą. Była zmęczona, ale i zadowolona. Lubiła swoją pracę. Cieszyło ją dobieranie ubrań i dodatków dla konkretnej osoby. Wymagało to kreatywności, dobrego oka, zdolności łączenia kolorów, dobierania kroju i dużych umiejętności psychologicznych. Wiedziała, że posiada wszystkie te cechy.

„Dobrze jest wiedzieć, kim się jest. Znać swoje słabe i mocne strony. Wtedy człowiekowi lepiej się w życiu układa” – myślała, popijając herbatę i zajadając sernik. Jednocześnie przyglądała się przechodzącym ludziom.

„Pan powinien krócej ostrzyc włosy. A pani... Mój Boże! Tylko nie takie spodnie! Nie widzi pani, że skracają i tak niezbyt długie nogi?” – irytowała się w myślach.

Nic nie mogła na to poradzić. Ciągle widziała u innych „modowe” wpadki, ale nigdy nie była złośliwa w swoich ocenach. Rozumiała ludzi, ich pragnienie dobrego wyglądu i brak umiejętności realizowania tego marzenia. Dlatego zajęła się tą pracą. Chciała pomagać. Monika twierdziła nawet, że zakupy z Julią są jak sesja terapeutyczna. Pewnie coś w tym było, bo prawie każdy klient, który raz spotkał się z Julią, był jej wierny.

Przeżuwając sernik, podniosła oczy. Napotkała wzrok wpatrzonego w nią młodego barmana, który za kontuarem wycierał szklankę. Odwróciła głowę.

„Znów to samo!” – pomyślała, ale tak naprawdę była zadowolona. Lubiła takie sytuacje, lubiła się podobać, przeglądać się w oczach mężczyzn. Była mężatką, ale... cóż, z tak długim stażem, że nawet nie oczekiwała od męża takich spojrzeń. A one dodawały jej pewności siebie. Dzięki nim czuła się młodo i seksownie.

Zresztą wiedziała, że może się podobać. Niewysoka zielonooka ciemna blondynka nie była klasyczną pięknością, ale potrafiła korzystnie się zaprezentować. Parę fałdek tłuszczu tu i tam umiała ukryć ubraniem, nogi wydłużała wysokimi obcasami, a reszty dopełniały naturalny wdzięk i uroczy uśmiech. Była atrakcyjna.

„No, pora na mnie” – pomyślała, wstając od stolika. – „Jeszcze trochę przejdę się po sklepach, żeby poszukać czegoś dla następnej klientki”. Energicznym krokiem ruszyła szerokim korytarzem. Zamyślona nie dostrzegała spojrzeń, jakimi obdarzali ją mijający ludzie. Zwracała uwagę pewnym siebie zachowaniem i dobrze skomponowanym strojem. Niby nic niezwykłego, prosta szara sukienka, botki do kolan, krótka skórzana kurteczka, duża torba na ramieniu, a jednak... Kobiety podziwiały ubranie i dodatki, a mężczyźni piękny łuk zaokrąglonych bioder, widocznych pod dzianinową sukienką.

Julia tym razem tego nie widziała. Myśli zajęte miała wizerunkiem kolejnej klientki. Tym razem drobnej rudowłosej pani, która pragnęła skomponować garderobę na kilkudniowy wyjazd do Włoch. Przechodząc obok kolejnego sklepu, kątem oka zauważyła na wieszaku ciemnozielony płaszcz. Nie zwlekając, weszła do środka.

„Pani Joli będzie pięknie w tym kolorze” – pomyślała, szukając odpowiedniego rozmiaru. Czekały ją kolejne długie godziny pracy.

Zamyślona Julia kroiła kurczaka na kawałki. Zamierzała obtoczyć je w bułce tartej zmieszanej z suszoną bazylią i obsmażyć na złoty kolor. Kurczak podduszony do miękkości nadawał się do różnych potraw. Mógł stanowić danie główne z ryżem czy upieczonymi ziemniakami, a kiedy wymieszało się go z zieleniną, pomidorami, ogórkami, ziarnami słonecznika i odrobiną wysokogatunkowego żółtego sera, powstawała przepyszna sałatka. Na razie nie wiedziała, co zrobi z usmażonym mięsem. Czekała na impuls, natchnienie. Zawsze tak gotowała obiady. Zdawała sobie sprawę, że to dość oryginalny sposób, ale tak właśnie postępowała, taka była. Oczywiście, nikomu o tym nie mówiła, bo pewnie uznaliby ją za dziwaczkę. Sama o sobie tak nie myślała. Lubiła modne ostatnio słowo „kreatywność”. Tak, była kreatywna – i to na długo, zanim to słowo zrobiło karierę. Zawsze miała ciągoty do robienia czegoś z niczego, do wymyślania niestworzonych historii, do chodzenia własnymi drogami, bo te utarte były dla niej zbyt nudne.

Uśmiechnęła się na wspomnienie zabaw, jakie razem z Anną urządzały w dzieciństwie. Zapałki różnej długości z ułamanymi łebkami stanowiły całe rodziny z mamami, tatusiami i dziećmi. Drewniane klocki, ustawione jedne na drugich po trzy, były ludźmi „ubieranymi” w ubrania z papieru. Pamiętała, z jakim zapałem i zaangażowaniem rysowały te „ubrania”, tworząc niepowtarzalne „kreacje”. Potem wpadły na to, że można tak „ubierać” figurki wycięte z papieru, ale i tu miały oryginalne pomysły. Wycinały „ubrania” dla swoich lalek z kolorowych czasopism, uzyskując dzięki temu niepowtarzalne wzory i niezwykłe kolory. Co to były za czasy! Dwie małe dziewczynki i ich wspólny świat.

„To chyba wtedy powstała między nami ta szczególna więź” – pomyślała Julia, panierując kurczaka. Kiedy już skwierczał na patelni, zajęła się przyrządzaniem reszty dania. Postanowiła połączyć go z ryżem na sypko, zielonym groszkiem, zeszkloną cebulką i stworzyć coś w rodzaju risotta. Potrawa jednogarnkowa sprawdzała się wyśmienicie, gdy każdy z członków rodziny wracał do domu o różnej porze. Wystarczyło wstawić naczynie do piekarnika i po chwili obiad był gotowy.

Wróciła myślami do czasów dzieciństwa. Biedne, socjalistyczne, ale dla nich cudowne, pełne zabaw i marzeń. Obie z siostrą były takie słabe, chorowite, że „nie nadawały się”, jak to określili lekarze, do przedszkola, więc mama zrezygnowała z pracy, by się nimi zająć. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile dzięki temu im dała – spokojny, bezpieczny i beztroski świat bez obowiązku wstawania o określonej porze, bez konieczności zabawy w wyznaczonych godzinach, a nie wtedy, kiedy chciały, bez obowiązku jedzenia tego, co im podano, a nie tego, co chciały.

Julia patrząc na to teraz, cieszyła się z tego „nienadawania się”, chociaż dawniej wraz z siostrą sądziły, że są gorsze od rówieśników. Czuły się mniej wartościowe od reszty, która mogła dumnie chodzić do przedszkola. Jednak czas spędzony w domu był cudowny.

Doświadczenia z dzieciństwa zaowocowały tym, że kiedy urodziła własne dzieci, nie wyobrażała sobie, by zajął się nimi ktoś poza nią. Została w domu przez kilka pierwszych lat życia Karoliny, a potem także Huberta. Chociaż razem złożyło się to na parę dobrych lat, nie żałowała ani minuty z tego czasu. Widziała i pierwszy ząbek każdego dziecka, i pierwszy samodzielny krok, usłyszała pierwsze słowo i pierwsze zdanie. Była świadkiem radosnych zabaw, małych dziecięcych dramatów i zwykłych dni swoich dzieci. Pamięć tych chwil była jednym z największych skarbów jej życia.

Gorąco współczuła wszystkim matkom, które los – a częściej, moda na robienie „kariery”, na pogodzenie bycia mamą i pracownikiem – pozbawił takiej możliwości. Julia sądziła, że wychowywania dzieci i wykonywania pracy nie da się pogodzić, bo można dobrze robić albo jedno, albo drugie, a kobiety, które twierdziły, że jest inaczej, zwyczajnie się oszukiwały, żeby stłumić wyrzuty sumienia. Westchnęła. Zawsze uważała, że okłamywanie siebie samego nie jest dobrym sposobem na życie. Przecież można sobie powiedzieć: „Ważna jest dla mnie praca, cieszy mnie, daje mi satysfakcję, a co do dziecka – mimo że je kocham, wolę, jeśli zajmie się nim ktoś inny”. Czy to zbrodnia myśleć w ten sposób? Przecież to zrozumiałe, bo bycie tylko mamą w dzisiejszych czasach nie było niczym nobilitującym, nadającym kobiecie znaczenie.

Julia ponownie westchnęła.

Skończyła przygotowywanie obiadu i usiadła do komputera. Dostała wczoraj e-mail od Anny i powinna odpisać. Była jednak zmęczona, więc odłożyła to na dzisiaj. Lubiła korespondować z siostrą. Były sobie bliskie, dużo o sobie wiedziały, dzieliły się faktami ze swojego życia i przemyśleniami na jego temat. Nie zawsze tak było, bo okres dojrzewania nie sprzyjał ich bliskiemu związkowi. Kłóciły się o byle co, słuchały różnej muzyki i miały innych przyjaciół, ale po wyjeździe Anny do Londynu zaczęły ze sobą korespondować. Tak było do dziś. Tyle że teraz robiły to za pomocą internetu.

Julia cieszyła się z tak bliskiego związku z siostrą. Doceniała to zwłaszcza teraz, gdy obie nie były już młode.

„Czterdziestka to już wiek średni” – pomyślała z przerażeniem. – „Jesteśmy paniami w średnim wieku!”.

Czuła, jak ogarnia ją panika.

Zdenerwowana wystukała adres Anny.

Do: anna@hotmail.com

Temat: O naszej czterdziestce

Kochana, dzięki za e-mail. To miło, że miałaś urodzinowe party. Masz wspaniałych przyjaciół. Zawsze uważałam, że ten polski zwyczaj wydawania przyjęcia przez jubilata jest jakimś koszmarnym nieporozumieniem. Zamiast cieszyć się z niespodzianek i prezentów i nic więcej nie robić oprócz tego, że się jest, męczymy się, organizując swoje święto, wydajemy na to pieniądze i poświęcamy swój czas. Bardzo dziwne, bardzo.

Ja byłam na kolacji z M. w naszej ulubionej włoskiej restauracji. Prowadzą ją autentyczni Włosi, więc klimat jest też prawdziwie włoski. Jeden z nich uwielbia grać na pianinie i śpiewać dla swoich gości. Z zapałem śpiewaliśmy razem z nim „Italiano vero”. Był zachwycony. My zresztą też. Było cudownie. Doskonale się bawiłam.

Masz rację z tą czterdziestką. Nie ma sensu panikować. To samo powiedziała mi moja przyjaciółka Monika. Zgadzam się z Tobą, że teraz jeszcze bardziej trzeba o siebie dbać. Nie jestem zwolennikiem poświęcania dużej ilości czasu na różne zabiegi kosmetyczne, ale dobrze od czasu do czasu coś sobie zafundować.

Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego tak wiele kobiet pogardza jakimikolwiek zabiegami, które poprawiają ich wygląd. Słyszałam już różne argumenty, ale wiem swoje. Myślę, że mówią tak kobiety niepewne siebie, które tak naprawdę nie myślą o sobie dobrze i uważają, że nic im nie pomoże, że były i są brzydkie, więc po co się starać, jeśli to i tak nic nie da. Nie wiem, czyja w tym zasługa, ale pokutuje pogląd o wrodzonej, danej przez naturę urodzie, a jeśli ktoś takowej nie ma, sądzi, że już nic się nie da zrobić. Pamiętasz takie powiedzonko, które zawsze sobie powtarzałyśmy? „Jeśli chcesz być uważana za piękną kobietę, to zachowuj się tak, jakbyś nią była”.

Przy tej okazji opowiem Ci, co mi się niedawno przydarzyło. Otóż stałam w kolejce w piekarni niedaleko mojego domu. Znam dobrze właściciela i jego żonę. Bardzo mili państwo. Przede mną stała jakaś kobieta; zadbana, pięknie ubrana starsza pani. Coś tam kupiła i wdała się w pogawędkę z właścicielem. Przysłuchiwałam się temu, a że mówili coś ogólnego, w końcu wtrąciłam słówko. Wszyscy się uśmiechnęliśmy i ta pani odwróciła się do mnie. Natychmiast uśmiech zniknął z jej twarzy i wykrzyknęła: „O Boże! Jaka pani jest piękna!”. Osłupiałam. No, mówię Ci – zaniemówiłam, co nie zdarza mi się zbyt często. Pan Wojtuś, kochany, uśmiechnął się tylko, a ta pani dalej swoje, że to prawda, że jestem zjawiskowa, że co za harmonia i szlachetność rysów i takie tam... A potem do mnie, że mnie przeprasza, ale tyle już lat żyje na tym świecie, to wolno jej takie opinie wygłaszać. Dalej pyta mnie, czy wiem, że uroda to nie wszystko, a jak jest, to wspaniale, i dalej w tym guście. Ucięliśmy sobie we trójkę pogawędkę w stylu „o pryncypiach i imponderabiliach” i jak zaczarowana wróciłam do domu. I ja właśnie skończyłam czterdziestkę!!!

Wiesz, że nie mam już kompleksów, ale też nie uważam się za jeden z cudów świata, a tu popatrz! I myślę sobie, że w oczach tej pani wyglądałam pięknie, bo jestem zadbana, żyję w zgodzie ze sobą, ze swoim wiekiem i osobowością. Bo uroda nie jest jedynie darem danym od natury, nieprawdaż?

Pozdrawiam Cię gorąco. Pisz!

J.

Julia szybkim krokiem szła przez osiedle. Było jeszcze chłodno, chociaż świeciło słońce. Nie wzięła ciemnych okularów i teraz, mrużąc oczy, patrzyła pod nogi, żeby nie wdepnąć przypadkiem w „pamiątkę” pozostawioną przez jakiegoś milusińskiego czworonoga. Niby na osiedlu panował zakaz wyprowadzania psów, ale większość ich właścicieli ignorowała to zarządzenie. Julia nie miała nic przeciwko zwierzętom trzymanym w domu, o ile te biedne stworzenia nie dawały głośnego wyrazu swej samotności, pozostawione przez wiele godzin przez „kochających” właścicieli. Tego nie była w stanie pojąć. Jak można twierdzić, że kocha się psa, jeśli jest się z nim tylko rano przez chwilę, kiedy się go wyprowadza, a potem dopiero późnym popołudniem lub nawet wieczorem? Przecież miłośnik psów powinien wiedzieć, że jest to zwierzę stadne i tylko w stadzie dobrze się czuje. Moda na trzymanie zwierząt w domu często obracała się przeciwko takiemu na siłę udomowionemu biedakowi, który zamiast biegać wolno po polach albo chociaż po podwórku, spędzał całe dnie zamknięty w czterech ścianach mieszkania swoich beztroskich, ale będących „na czasie” właścicieli.

– Dzień dobry – cichy głos przerwał jej rozważania.

Podniosła głowę. Stała przed nią nieśmiało uśmiechnięta kobieta. Julia znała ją z widzenia, ale nigdy ze sobą nie rozmawiały i nie mówiły sobie nawet „dzień dobry”.

– Przepraszam...- kontynuowała nieznajoma – ...ale ktoś mi powiedział, że... To znaczy... – urwała i zamilkła.

– Dzień dobry – uśmiechnęła się Julia, starając się dodać jej otuchy. – O co chodzi?

– Chciałam coś zrobić ze sobą... nie wiem... – dotknęła kosmyka burych włosów, przetykanych tu i ówdzie pasemkami siwizny.

– Ach, rozumiem. Dowiedziała się pani, że zajmuję się zmianą wizerunku, i chciałaby pani stać się moją klientką? – pomogła jej Julia.

– Tak, tak, właśnie... Jeśli można, oczywiście.

– Dam pani moją wizytówkę... – Julia zaczęła grzebać w torebce. – Proszę do mnie zadzwonić, to się umówimy. Nie mam przy sobie terminarza i nie wiem, kiedy dysponuję czasem.

– Dziękuję – kobieta wzięła wizytówkę i już miała się odwrócić, kiedy zawahała się, zagryzając wargę.

– Tak? O co chodzi? – Julia starała się ze wszystkich sił, by jej nie spłoszyć.

– Chodzi o to, że... że... Czy to dużo kosztuje? – zapytała w końcu.

– Nie tak bardzo, jak się wydaje – uśmiechnęła się Julia. – Poza tym mam zniżki dla znajomych – dodała.

– Och, dziękuję... To znaczy: jak miło. Dobrze, zadzwonię. Jutro? – zapytała niepewnie.

– Może pani jeszcze dzisiaj. Zaraz będę w domu i wszystko będę wiedziała. Zapraszam.

– Dziękuję. To do widzenia.

– Do zobaczenia – pożegnała się Julia.

Po powrocie do domu nie mogła zapomnieć tego spotkania. Ciągle widziała przed sobą tę niepozorną i nieśmiałą kobietę. Jasnoniebieskie oczy, chociaż dosyć głęboko osadzone, miały ładny kształt i niezwykły odcień błękitu. Twarz, choć o pospolitych rysach, nie była brzydka. Kobieta miała złą fryzurę, ale poza tym szczupłą talię, długie nogi i ładny biust. A mimo to wyglądała na zakompleksioną, zahukaną istotę.

„Wszystko jest w głowie” – pomyślała Julia. – „Nieważne, jak naprawdę wyglądasz, ważne, co myślisz o swoim wyglądzie”.

Położyła torbę z zakupami na stole w kuchni.

– Mamo, jest coś do jedzenia? – jej piętnastoletni syn był ostatnio wiecznie głodny.

– Zawsze jest coś do jedzenia – odpowiedziała. – Poszukaj w lodówce, kupiłam świeże pieczywo, zrób sobie kanapkę.

Zachęcony Hubert buszował po szafkach. Wyjął krakersy, porwał z lodówki kawałek kabanosa i słoik musztardy i już go nie było.

Julia pokręciła głową ze zdumieniem. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do tego, że jej dzieci są już nastolatkami, że mają swój świat, swoje życie – ona co prawda jeszcze stanowi element tego życia, ale już nie ten najistotniejszy. Karolinę rozumiała lepiej. Pamiętała siebie w tym wieku, ale Hub coraz bardziej się jej wymykał. Był ślicznym chłopakiem i chyba od jakiegoś czasu miał tego świadomość. Zaczął domagać się kupowania coraz to nowych ubrań – i to w określonych sklepach, zużywał duże ilości mydła, szamponu i wody toaletowej, markowej, rzecz jasna. Żel do włosów, dezodorant dobrej jakości, pilniki do paznokci przestały być dla niego tajemniczymi rzeczami.

Rozumiała to wszystko, ale to milczenie wobec niej... Niby nic, śmiał się, żartował jak dawniej, rozmawiał z nią o szkole, nauczycielach, ale... Było inaczej niż jeszcze do niedawna. Coraz mniej o nim wiedziała.

Westchnęła. Więc to też w końcu ją dopadło. Dzieci odchodzą. Od dawna wiedziała, że muszą, że ona przecież też kiedyś...

Podskoczyła na dźwięk telefonu.

– Halo?

– Dzień dobry – ledwo słyszała cichy głos. – Miałam zadzwonić. Tu Agnieszka Mamrot.

– Ach! – skojarzyła. – Tak, miałyśmy się umówić. Tydzień mam do końca mocno wypełniony, ale od poniedziałku jestem wolna – mówiła, przeglądając swój terminarz.

– To może w poniedziałek? Mam mało lekcji i od pierwszej jestem w domu. To może pani wpadnie? Mieszkam w czwórce pod dwunastką.

– U pani? – zdziwiła się Julia.

– Och, możemy gdziekolwiek, gdzie pani odpowiada...

– Nie, nie... Będzie dobrze. Wpadnę do pani o pierwszej – szybko powiedziała Julia.

– Ale naprawdę możemy gdzie indziej. Ja tylko tak...

– Pani Agnieszko, jesteśmy umówione. Do zobaczenia u pani – stanowczo postanowiła Julia.

– To do widzenia. I dziękuję.

– Do widzenia – odłożyła telefon.

Z westchnieniem zabrała się za pracę. Rozłożyła zakupy na miejsce, uporządkowała. Czekało ją jeszcze zrobienie obiadu, sprzątanie i prasowanie stosu ubrań. No i musi zrobić sobie paznokcie. Jutro spotkanie z klientką, chce wyglądać profesjonalnie, a nie jak zaharowana mamuśka. M. wracał dzisiaj późno. Dzwonił, żeby nie czekać z kolacją. Znów jakieś problemy i miał nasiadówkę z zarządem.

„Życie, życie” – pomyślała, planując w głowie popołudnie. – „Wieczorem zrobię sobie czas tylko dla siebie” – postanowiła. – „Długa kąpiel, peeling, manikiur, może maseczka na twarz. Porozpieszczam się”. Uzbrojona w to postanowienie, energicznie zabrała się za przygotowywanie obiadu.

Parę godzin później, leżąc w wannie wypełnionej pachnącą wodą, gratulowała sobie dobrego pomysłu na spędzenie wieczoru.

„Życie bywa przyjemne” – myślała rozleniwiona. – „Trzeba się tylko o to postarać”.

Przedpołudniowe słońce świeciło jaskrawo, bezlitośnie ukazując pozimowe brudy. Cały świat wyglądał jak niechlujna kobieta, która dopiero co wstała z łóżka i nie jest jeszcze gotowa pokazać się innym.

Julia siedziała w fotelu, porządkując notatki. Sporo tego było. Ostatnio dużo pracowała. Kilka minionych dni zlewało się w pasmo harówki. Spotkanie za spotkaniem, przymierzanie tego, co wcześniej wyszukała, sklep za sklepem, korowód kolorów, wzorów i marek. Była zmęczona. To nie była łatwa praca, wbrew temu, co sądzono. Zwłaszcza kobiety, które lubiły kupować ubrania, nie mogły zrozumieć, że dobranie odpowiednich fasonów i kolorów wymaga nieraz wielu godzin poszukiwań. Julia była fachowcem, nie mogła pozwolić sobie na błędy. Za to jej płacono. Poza tym zawsze musiała być na bieżąco z ofertą sklepów – i to nie tylko tych znanych większości, umieszczonych w dużych centrach handlowych.

Potarła w zamyśleniu czoło. Miała nadzieję, że w tym tygodniu trochę się uspokoi. Jest co prawda Agnieszka, ale w jej przypadku nie musiała się śpieszyć. To była klientka na dłużej. Właściwie określenie „klientka” jakoś do niej nie pasowało. Julia nie wiedziała dlaczego, ale zawiązała się między nimi dość szczególna więź. Agnieszka była tak zakompleksiona, zahukana, niepewna siebie, że nie można było potraktować jej jak zwykłej klientki. Julia chciała jej pomóc. Bardzo się starała dodać tej kobiecie chociaż trochę pewności siebie.

– Ma pani cudownie szczupłą talię, piękny biust, śliczne nogi. Trzeba to wyeksponować, pokazać – mówiła do patrzącej na nią niemal z przerażeniem kobiety.

– Ale to nieskromne tak wszystko pokazywać – wydusiła z siebie zarumieniona Agnieszka.

– Ja nie proponuję pani pokazywania wszystkiego, źle mnie pani zrozumiała – tłumaczyła Julia. – Chodzi o to, żeby ubraniem, jego krojem podkreślić atuty figury. W pani przypadku proponuję noszenie ubrań podkreślających talię, a także dopasowanych, krótszych, takich tuż za kolano, spódnic. Do tego zmiana kolorystyki i będzie pani zjawiskowa.

– Nie wiem, czy chcę być zjawiskowa, ale chcę coś zmienić... – uśmiechnęła się nieśmiało Agnieszka.

– Rozumiem. Po to tu jestem – powiedziała Julia, odwzajemniając uśmiech.

Przeglądały szafę Agnieszki pełną niemodnych, workowatych ubrań w „bezpiecznych”, nijakich kolorach.

– Beże nie są dla pani, szarości w takich ilościach – też nie. I proszę zrezygnować z brązu – tłumaczyła jej Julia, odsuwając na bok stertę ciuchów. – To jest do oddania albo wyrzucenia. To nie tak wiele. Dokupimy parę niebieskich, miętowych i lawendowych rzeczy. W połączeniu z tym, co pani ma, stworzą na początek całkiem przyjemną całość – pocieszała Julia, widząc zmartwioną minę Agnieszki. – No i fryzjer. Parę jasnych pasemek, dobre strzyżenie, lekki makijaż. Mąż pani nie pozna.

– Och, Marcinek zawsze mnie pozna, on jest taki kochany – z zapałem zaprzeczyła Agnieszka.

– Tak, no tak... Dam pani namiary na naprawdę dobrego fryzjera. Warto raz zainwestować. Potem ktoś inny, widząc efekty, może to powielić, ale pierwszy raz... – mówiła Julia, szukając wizytówki.

Makijażem klientki zajęła się sama. Agnieszka potem z niedowierzaniem długo patrzyła na siebie w lustrze.

Umówiły się na następne spotkanie i Julia wyszła zmęczona jak nigdy. Niezbyt często miała do czynienia z kimś tak zagubionym. Staranie się, by nie urazić Agnieszki, było ciężką pracą. W efekcie szła do domu, wlokąc nogę za nogą.

Teraz, wspominając to spotkanie, postanowiła, że zrobi wszystko, co w jej mocy, aby Agnieszka stała się pewną siebie, zadbaną kobietą.

Odłożyła notatki i wstała, aby zrobić sobie herbatę. Postanowiła, że później pójdzie na długi spacer. Należał się jej odpoczynek.

Kiedy wyszła, ruszyła od razu energicznym krokiem, aby pobudzić mięśnie do pracy. Przez zimę jak zwykle „złapała” kilka zbędnych kilogramów. Teraz należało się ich pozbyć.

„Zero słodkości” – postanowiła. Do tego doda trochę ruchu i w ciągu miesiąca wróci do normy.

– Witam, pani Julio! – usłyszała.

– A, dzień dobry panie Krzysztofie! – uśmiechnęła się do swojego stałego wielbiciela, właściciela niewielkiego sklepiku, w którym czasem robiła zakupy. Pan Krzyś, emerytowany żołnierz, nigdy nie krył zachwytu, gdy ją widział, i chociaż był szczęśliwym mężem, zawsze traktował Julię ze staroświecką galanterią. Tym razem także wyszedł ze sklepu i zbliżył się do niej z uśmiechem uwielbienia na ustach.

– Otworzyłem drzwi, żeby wpuścić trochę wiosny, a tu wiosna przechodzi przed nimi. Pani Julio, jest pani coraz piękniejsza! Moje serce z trudem to wytrzymuje!

– Panie Krzysiu, jak zawsze jest pan uroczy i poprawia mi humor – śmiała się Julia, podając mu rękę.

– Dokąd to się pani tak śpieszy? – pytał, całując ją w dłoń.

– Pędzę, żeby zgubić zbędne kilogramy. Może w biegu odpadną.

– No nie! Jest pani niemożliwa! Udam, że nie słyszałem. A oczy to ma pani coraz bardziej zielone! Czarowne oczy! – jeszcze raz pocałował ją w rękę.

– Niech pan w nie za długo nie patrzy. Ostrzegam: rzucam urok, czy tego chcę, czy nie – śmiała się Julia, odbierając dłoń.

– Mój Boże, co za kobieta! Pani Julio, ja zawsze będę panią platonicznie kochał. Do śmierci – położył dłoń na sercu.

– Mojej czy pana? – zapytała Julia, odchodząc.

– No, mówiłem, że jest pani niemożliwa! – śmiał się pan Krzysztof.

Julia pędziła dalej. Ten pan Krzyś, mimo swojej egzaltacji, działał na nią terapeutycznie. Było jej lekko na sercu. Już nie czuła zmęczenia. Szła przed siebie z wysoko uniesioną głową.

Telefon dzwonił i dzwonił. Natarczywy dźwięk dochodził gdzieś z pokoju. Julia biegała z kąta w kąt, usiłując zlokalizować swoją komórkę. Zanim to się stało, sygnał umilkł. Stała na środku pokoju, starając się przypomnieć sobie, gdzie położyła telefon. Całe szczęście dźwięk znów się rozległ, i to całkiem blisko. Dopadła fotela, na którym leżał niedbale rzucony pled, i podniosła go. Gorączkowo przeszukiwała znajdującą się pod nim torebkę. Nareszcie!

– Halo?

– Cześć, kochanie – usłyszała głos mamy.

– Dzień dobry! – ucieszyła się Julia.

– Co u was? Co słychać?

– Wszystko w porządku, dziękuję. A u was?

– Też w porządku, ale, kochanie, mam gorącą prośbę.

– Taak?

– Dzisiaj przylatuje z Paryża moja przyjaciółka. Właśnie dostałam wiadomość, że ktoś, kto miał odebrać ją z lotniska i pomóc jej dotrzeć do pociągu, nawalił. To znaczy rozchorował się czy coś. No i dlatego proszę cię o pomoc. Bądź tak dobra i odbierz Helenkę z lotniska, a potem zawieź ją na pociąg, dobrze? Oczywiście, jeśli to nie kłopot.

– Nie, nie kłopot, mamo. Mam dzisiaj luźniejszy dzień. Podaj mi tylko bliższe dane i odbiorę panią Helenę.

– Dziękuję, kochanie. Przepraszam, że robię zamieszanie, ale ten jej znajomy zadzwonił do mnie dosłownie chwilę temu z wiadomością, że nie może się nią zaopiekować, i...

– OK, mamo, ja się zaopiekuję tą panią, tylko powiedz mi, kiedy ląduje jej samolot i o której ma pociąg do Sopotu.

– Zaraz, zaraz, mam to gdzieś tu... O! Jest! Notuj.

Mama energicznym głosem przekazywała szczegóły, jak zawsze konkretna i rzeczowa. Julia bardzo to w niej lubiła. Zresztą nie tylko to. Także ogromną niezależność, życzliwość dla ludzi, przyjmowanie za oczywiste zmian, jakie niosły życie i upływający czas, i akceptowanie ich. Starsza pani nigdy nie marudziła, nie kwękała, że coś ją boli, nie oczekiwała, że ktoś coś dla niej zrobi. To był jej pomysł, żeby po przejściu na emeryturę przenieść się z Warszawy do Sopotu. Rodzice sprzedali mieszkanie w stolicy i kupili mniejsze, ale śliczne w swoim ukochanym mieście, do którego od lat jeździli w każdy wolny czas. Nie konsultowali przy tym swojej decyzji ani z nią, ani z Anną. Zawiadomili je tylko o tym, że będą mieszkać w Sopocie, a nie w Warszawie.

Julia pamiętała szok, jakiego wówczas doznała. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, ale z czasem pogodziła się z tym, że nie będzie miała rodziców w pobliżu. Nawet zaczęło jej się podobać ich podejście do życia. Byli w tym tacy inni niż większość Polaków, którzy bardzo szybko i na własne życzenie starzeli się mentalnie, często na długo przed fizyczną starością. Już po pięćdziesiątce rezygnowali z wielu dziedzin życia, po sześćdziesiątce uważali się za zbyt starych na cokolwiek, a po siedemdziesiątce oglądali się na cmentarz. Często to oglądanie się trwało i dwadzieścia lat przeżytych w całkiem dobrym zdrowiu, ale to nie miało znaczenia. Starość to starość – i już!

Jakże inaczej było we Francji czy Włoszech, gdzie ludzie do późnego wieku żyli pełnią życia. Julia strasznie im tego zazdrościła i obiecywała sobie, że ona też nieprędko zrezygnuje z aktywności i długo nie uzna się za staruszkę.

– No więc, kochanie, będziemy na nią czekać i odbierzemy ją z dworca – kontynuowała mama. – Niech się o to nie martwi. Przekaż jej to, proszę.

– Oczywiście. Wszystko będzie załatwione tak, jak chcesz.

– Dziękuję kochanie. To jesteśmy umówione. Na razie. Aha! Tato pozdrawia!

– Dziękuję. Zadzwonię, jak będę z panią Heleną.

– Dobrze. Dziękuję i pa!

– Pa! – Julia odłożyła telefon i spojrzała na zegarek. Miała dużo czasu, zdąży jeszcze trochę posprzątać.

Znała panią Helenę z dawnych lat, gdy obie z Anną były małymi dziewczynkami. To była najlepsza przyjaciółka mamy. Julia pamiętała ją jako młodą i piękną kobietę z jasnymi włosami i zawsze pomalowanymi na czerwono paznokciami. To właśnie te paznokcie były podstawą do uznania przez dziewczynki pani Heleny za ładną. No i włosy – długie, zawsze ułożone w jakąś fryzurę. Kiedy wpadała na pogawędkę z mamą, obie z Anną oglądały ją uważnie, aby potem próbować układać sobie nawzajem włosy tak jak ona.

Potem pani Helena zniknęła, przestała pokazywać się w ich domu i spotykać z nimi w parku. Mama wyjaśniła dziewczynkom, że wyjechała daleko i nie wiadomo, kiedy wróci. No i nie wróciła w ogóle. Zamieszkała na stałe we Francji, tam wyszła za mąż, rozwiodła się, wyszła za mąż ponownie, a teraz, o ile Julia dobrze się orientowała, została wdową.

Jadąc na lotnisko, Julia zastanawiała się, czy pozna niewidzianą od lat przyjaciółkę mamy. Na wszelki wypadek miała przygotowaną kartkę z nazwiskiem pani Heleny, chociaż zawsze trochę ją śmieszyło, gdy widziała ludzi oczekujących na hali przylotów z takimi „ozdobami”.

Zajechała przed terminal zaledwie dwadzieścia minut przed przewidywanym przylotem. Legendarne warszawskie korki dały o sobie znać.

Szybkim krokiem weszła z parkingu do budynku. Sprawdziła na tablicy godzinę lądowania samolotu z Paryża. Nie przewidywano spóźnienia, a więc miała jeszcze około dziesięciu minut. Wiedziała, że upłynie jeszcze dobre kilkanaście minut, nim pasażerowie pojawią się w hali, ale nie lubiła się spóźniać. Wolała być, tak jak teraz, przed czasem.

Usiadła wygodnie na jednym z foteli. Wokół kłębił się tłum oczekujących, bo samolot z Paryża nie był jedynym, który lądował o tej porze. Ludzie stali i siedzieli albo też nerwowo przechadzali się po hali przylotów.

Julia swoim zwyczajem przyglądała się ubiorowi ludzi. Bezbłędnie odróżniała cudzoziemców od Polaków. Ci pierwsi mieli szyk, którego jej rodakom zawsze brakowało. Może to kwestia odwagi bycia sobą, wyrażania siebie poprzez ubranie? Polacy byli tacy niewidoczni, szarzy, jakby bali się wyróżnić z tłumu. Mężczyźni, jak zaczęli nosić w dzieciństwie sportowe buty, tak nosili je przez kolejne kilkadziesiąt lat do nieśmiertelnych dżinsów i bawełnianych koszulek. W rezultacie ojcowie nie odróżniali się wyglądem od swoich kilkuletnich synów i nawet nie widzieli, że są przez to śmieszni. Kobiety z kolei, oprócz tych młodych, jeszcze „do wzięcia”, przedkładały wygodę nad dobry wygląd, a więc obcinały włosy na krótko, nosiły spodnie do butów na płaskim obcasie i workowate kurtki. Oczywiście, tłumaczyły taki styl brakiem pieniędzy, bo nadal pokutowało myślenie, że dobry wygląd równa się duże pieniądze.

Julia przerwała rozmyślania, bo przy szklanych drzwiach wiodących z głębi terminala zapanował ruch. Wychodzili z nich zmęczeni lotem podróżni i albo wpadali w objęcia oczekujących na nich krewnych czy znajomych, albo szybkim krokiem zmierzali do wyjścia. Julia wstała z fotela i podeszła bliżej. Patrzyła uważnie, nie chcąc przegapić pani Heleny.

W pewnym momencie w drzwiach pojawiła się starsza pani z wysoko upiętymi blond włosami. Ubrana w jasne pastele, spódnicę do kolan i buty na wysokim słupku, zaprzeczała wizerunkowi „babuni”. No i miała paznokcie pomalowane na czerwono!

Julia uśmiechnęła się radośnie.

– Dzień dobry, pani Heleno. Jestem Julia, córka Wandy. Mama prosiła, żebym gorąco panią powitała i pomogła dostać się na dworzec kolejowy.

– Julia? O mój Boże! Jesteś piękną kobietą! Jak Wanda w twoim wieku – pani Helena z radosnym uśmiechem przyglądała się Julii. – A wiesz, że z Anią mówiłyście na mnie „ciociu”? Czy może tak pozostać? – zapytała.

– Oczywiście. To dla mnie zaszczyt.

– A więc uściskaj swoją dawno niewidzianą cioteczkę!

Ze śmiechem padły sobie w ramiona.

Pani Helena była cudowna! Pełna radości życia, energiczna i taka... młoda. Całą drogę w samochodzie przegadały jak stare dobre znajome. Julia stwierdziła w duchu, że w ogóle nie czuje się między nimi różnicy wieku. Zastanawiała się nawet, czy to aby nie świadczy na jej niekorzyść, ale w końcu stwierdziła, że to nie ona jest stara, ale pani Helena pozostała młoda duchem. Miała co prawda zmarszczki na twarzy i pod oczami, ale też była zadbana, elegancka i dzięki temu ciągle piękna. Wypytywała Julię o jej życie, gratulowała męża, dzieci i pracy. Cieszyła się z sukcesów. Zupełnie jak druga matka. Opowiadała też trochę o sobie, o tym, że pół roku temu zmarł jej mąż, ale nie poddaje się smutkowi, bo on był tak pełen radości życia, że zupełnie by tego nie rozumiał i miał jej to nawet za złe. O tym, że nie ma dzieci, ale za to otacza ją mnóstwo przyjaciół, bo zawsze o nich dbała, więc teraz to procentuje. O domu w Paryżu i swojej pasji urządzania wnętrz. I o tym, że maluje. Najchętniej akwarelowe pejzaże, ale planuje zrobić też coś w „oleju”. No i o swoich podróżach po świecie, z których przywozi sobie szale. A ten, który ma dziś na sobie, jest z Maroka.

Zakorkowane ulice Warszawy sprzyjały tej długiej rozmowie. Pani Helena podziwiała miasto, które opuściła lata temu. Teraz jej się podobało, takie nowoczesne, z wieżowcami w centrum i kolorowymi wystawami sklepów.

Tak bardzo się zagadały, że zupełnie nie zauważyły, kiedy dotarły na peron, na którym stał już pociąg do Sopotu. Julia ulokowała starszą panią na jej miejscu w przedziale i pożegnała się z nią serdecznie.

Jadąc do domu, postanowiła opowiedzieć o spotkaniu Annie. Obie od dawna mówiły sobie, że tak właśnie będzie wyglądała ich starość. Teraz Julia zobaczyła, że nie są to puste mrzonki.

„Trzeba po prostu chcieć. Przecież życie zależy nie tylko od losu, ale także od nas” – pomyślała.

– Na co najpierw zwracasz uwagę u faceta? – zapytała Monika.

Julia patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc.

– No, wiesz, kiedy widzisz faceta po raz pierwszy, na co najpierw patrzysz? Oczy, ręce... – wyjaśniała niezrażona milczeniem Julii.

– Na pas „okołobiodrowy”. Czy nie ma brzucha – stanowczo powiedziała Julia, która w końcu załapała.

– Ja też – wyznała jej przyjaciółka. – A potem?

– Tyłek. I nogi. Nie mogą być proste i kołkowate – rozkręcała się Julia.

– Ja na oczy.

– Oczy są ważne – zgodziła się. – Ale fajne oczy bez płaskiego brzucha to... No, to nie to! – zakończyła stanowczo. – Chociaż, jak tego brzucha jest baaardzo niewiele to... kto wie – dodała po chwili.

– Jasne, jasne. A ręce? Patrzysz na ręce? – Monika mieszała energicznie w filiżance. – Bo ja tak, takie damskie, małe łapki mnie nie biorą.

– Taaak – zamyśliła się Julia. – M. ma fajne dłonie. Duże, męskie i tak, wiesz, prosto zakończone palce. Tak jak lubię.

– No jasne i lubisz, jak cię nimi dotyka.

– Mona, czy ty coś brałaś? – Julia przyjrzała się podejrzliwie przyjaciółce.

– Nic a nic – zarzekała się Monika. – Wiosna mnie uderza...

– Widzę, widzę i chyba zacznę się modlić, żeby cię nie powaliła – wyzłośliwiła się Julia.

Monika teatralnie przewróciła oczami.

Umówiły się na kawę w jednym z najładniejszych centrów handlowych w Warszawie. Zaprojektowane ze smakiem i wyczuciem wnętrze, duża przestrzeń, piękne dekoracje.

Przeszklony dach o nierównej falistej linii przepuszczał dużo światła i dawał ciekawe efekty w czasie deszczu. Ktoś, kto go projektował, wykazał się sporą fantazją. Skutki jego artystycznej wizji były naprawdę oszałamiające.

Położone w samym centrum stolicy miejsce przyciągało ogromną liczbę nie tylko klientów, ale i zwykłych ciekawskich.

Julia bardzo lubiła tam przebywać. Niewątpliwą zaletą był również podziemny parking. Był ogrzewany, co pozwalało przyjechać tam w wiosennej kreacji nawet zimą. Z racji wykonywanej pracy znała to miejsce jak własną kieszeń, jednak bardzo je lubiła. Była to jej ulubiona galeria handlowa.

Kawiarenka, w której obie teraz siedziały, też należała do ulubionych miejsc Julii. Mieściła się na drugim piętrze i miała niepowtarzalną atmosferę. Kawy z całego świata serwowano tu co prawda w prostych fajansowych filiżankach, ale obsługa była przemiła i kompetentna, a sącząca się z głośników muzyka – zawsze w dobrym stylu.

– Czy ty kochasz swojego męża? – pytanie Moniki wyrwało ją z zamyślenia.

– Co? Co takiego? – Julia popatrzyła na przyjaciółkę ze zdumieniem.

– No, chyba jasno pytam – nie poddawała się Monika.

– O matko, Mona, tobie rzeczywiście coś dzisiaj jest.

– O co chodzi, Julia, boisz się tego pytania, czy co? – spokojny głos Moniki sprawiał, że słowa nie były tak agresywne, jakby się mogły wydawać.

Julia zamyśliła się. Kiedy podniosła wzrok, jej oczy napotkały spojrzenie przyjaciółki.

– Nie, nie boję się, tylko mnie zaskoczyłaś. Jasne, że tak – odpowiedziała stanowczym głosem.

– Wybacz, że zapytałam. To takie osobiste, ale... – Monika zawiesiła głos, patrząc teraz trochę nieprzytomnym wzrokiem przed siebie – ...tak się zastanawiałam, bo jesteście już tak długo małżeństwem... Podziwiam to. W dzisiejszych czasach to rzadkość, ale... Chciałam zapytać...

Julia cierpliwie czekała, patrząc na jąkającą się Monikę.

– Chciałam zapytać, czy po tylu latach ciągle jest tak samo. No, może nie dokładnie tak samo, ale... prawie – w końcu zebrała się na odwagę.

– No jasne, że nie jest tak samo – Julia wzruszyła ramionami. – Lata robią swoje. Ale to nie znaczy, że nie może być... fajnie – dodała.

– Tak, tak, oczywiście. Oczywiście – zakłopotana Monika mieszała łyżeczką w pustej filiżance.

– Daj spokój, Mona – Julia lekko dotknęła dłoni przyjaciółki. – Nic się nie stało. Kiedyś sama byłam tego ciekawa i, o ile dobrze pamiętam, nie wyobrażałam sobie, żeby po wielu latach małżeństwa nie było cudownie. Wierzyłam, że zawsze jest tak samo jak tuż po ślubie. Naiwność młodości! My się zmieniamy, a nasze związki razem z nami – dodała po chwili.

– Tak, masz rację – uśmiechnęła się Monika. – Przepraszam za... a zresztą... Słuchaj, tak przy okazji to chciałam cię zapytać – zmieniła temat. – Mam taką imprezę w tę sobotę, ślub znajomej. Jesteśmy zaproszeni na wesele, ale idę tylko na ślub. Mimo to może powinnam włożyć tę moją sukienkę z jedwabiu, tę niebieską?

– Gdzie ten ślub, w kościele czy w urzędzie? – Julia była już w tej chwili w pełni profesjonalistką.

– W urzędzie. Na Mokotowie.

– Sukienka będzie OK, ale włóż na nią ten swój jasnoszary płaszcz. Wiem, że jest lekki, ale przecież będziecie samochodem.

– Adam nie idzie. Ma coś służbowego do zrobienia.

– W sobotę? – zdziwiła się Julia. – Nie może się zerwać na godzinę? Przecież śluby nie trwają długo.

– Nie może. Tu chodzi o instalowanie jakiegoś nowego systemu i tylko w sobotę da się to zrobić. No i nie można tego przerwać.

– No dobrze. A więc idziesz sama?

– Pojadę ze znajomymi. Już się umówiliśmy.

– Czyli lekki płaszcz może być? – upewniała się Julia.

– Tak, tak. I czółenka, tak?

– Oczywiście. Wyszkoliłam cię – z dumą uśmiechnęła się Julia.

Znały się już tak długo, że z trudem przypominały sobie początki tej znajomości. W dawnych biednych czasach wynajmowanych mieszkań były sąsiadkami i chociaż Monika była o parę lat młodsza od Julii, żadnej z nich to nie przeszkadzało. Nawiązały „bliską zażyłość wyższego stopnia”, jak same żartowały, która przetrwała próbę czasu i odległości. Wiedziały, że zawsze mogą na siebie liczyć. W czasach pogardy dla długoletnich, trwałych związków, ich ostał się i miał się dobrze.

– No dobra, zbieramy się – Monika poszukała wzrokiem kelnerki. – Rachunek proszę.

– To może wpadnij do mnie w tę sobotę po ślubie. Co masz sama siedzieć? Wyrzucę M. gdziekolwiek i sobie pogadamy swobodnie – zaproponowała Julia. – Och, czekaj! Co ja opowiadam! Przecież M. wyjeżdża z dzieciakami w ten weekend. Obiecał im jakieś łażenie po jaskiniach. Nienawidzę chodzić pod ziemią! Co to za atrakcja? No nic. W każdym razie w ten weekend mam wolną chatę. Wpadnij, kiedy chcesz.

– Fajnie, dzięki. Zdzwonimy się – Monika wstała od stolika.

– OK. I załóż na ten ślub ten srebrny naszyjnik z kwiatami. Jest dekoracyjny i piękny. Będzie pasował.

– Julia, jesteś niemożliwa!

– Ale o co chodzi? Przecież ja tylko...

Odchodziły zagadane, zrelaksowane spędzonym razem czasem.

Jasne promienie słońca rozświetliły wnętrze. Złote Tarasy w pełni zasługiwały na swoją nazwę.

– Oooch! Aaaaach! Ooooch! – krzyczała coraz głośniej. Dziko miotała głową na obie strony. Jęczała bez przerwy.

Klęcząc za nią, trzymał ją obiema dłońmi za biodra i mocno pompował od tyłu. Przez zaciśnięte zęby wciągał ze świstem powietrze. Spocony, z napiętymi do granic możliwości mięśniami, dyszał ciężko, usiłując za wszelką cenę osiągnąć orgazm.

– Aaaaach! Ach, ach, ach... aaaaaach! – prawie zawyła, zagłuszając wszystko wokół.

Zrozumiał, że skończyła, więc wyszedł z niej gwałtownie, ściągnął prezerwatywę i nie zmieniając pozycji, doszedł w swojej ręce.

– Było cudownie, kochanie – obejrzała się i popatrzyła na niego przez splątane włosy.

– Tak, cudownie – odparł, podnosząc się z trudem, bo zdrętwiały mu kolana.

Nie spojrzawszy na nią, poszedł do łazienki.

– Śmierdzę jak zwierzak – ze wstrętem zmarszczył nos, wchodząc pod prysznic.

Woda szumiała głośno. Nie usłyszał, kiedy weszła do łazienki.

– Zostaniesz na trochę? Zrobię kanapki – zaproponowała.

Udał, że nie słyszy, i po chwili z ulgą stwierdził, że nie doczekawszy się odpowiedzi, wyszła.

Kiedy bez słowa szybko ubierał się w pokoju, wiedział, że patrzy na niego.

– Zostaniesz? – zapytała, gdy wiązał krawat.

– Nie. Wiesz, jak jest – odparł, spoglądając na zegarek.

Wychodząc, rzucił jeszcze okiem na lustro w przedpokoju.

– OK, wszystko w porządku – odruchowo lekko przygładził włosy i cicho zamknął za sobą drzwi.

W sobotnie popołudnie Julia biegała po domu, gorączkowo usiłując doprowadzić go do jako takiego porządku. Zawsze tak było. W zabieganym tygodniu obiecywała sobie cudowny sobotnio-niedzielny odpoczynek, a potem okazywało się, że nie może zrealizować tych planów. Na wolne dni przesuwała mnóstwo niepozałatwianych w tygodniu spraw, więc na relaks pozostawało niewiele czasu.

Teraz też tak było. W ciągu paru godzin starała się nadrobić zaległości z kilku dni, ale mimo pośpiechu i dobrej organizacji wiedziała, że nie zdąży ze wszystkim.

„Wszystko przez to, że cały dom jest na mojej głowie” – myślała. Nie miała pojęcia, jak to się działo, ale mimo starań z jej strony, zabiegów i rozmów z domownikami, którzy okazywali zrozumienie i kiwali potakująco głowami na jej propozycje usprawnienia życia domu, i tak w końcu wszystko wracało do normy, czyli spoczywało na jej barkach.

M. tłumaczył się nawałem obowiązków w pracy, dzieci – tym samym w szkole, a przecież ona też pracowała poza domem. Co prawda sama ustalała godziny swojej pracy, ale to nie znaczy, że miała nadmiar wolnego czasu. Niekiedy nawet zastanawiała się, czy tylko jej zależy na czystości w domu, zdrowym jedzeniu i praniu zrobionym na czas.

Westchnęła. Tyle starań o to, by dzieci dostrzegały to, co ważne, tyle rozmów z prośbą o pomoc – i nic. No, może niezupełnie nic. Jednak musiała być sprawiedliwa. I Karolina, i Hubert regularnie sprzątali swoje pokoje, chętnie pomagali jej w kuchni i spełniali jej prośby o posortowanie upranej bielizny czy starcie kurzu w salonie. M. też, gdy tylko był w domu, włączał się w konieczne prace. Jednak nie o to jej chodziło.

Uświadomiła sobie, że to, co tak ją gnębi, to jednoosobowa odpowiedzialność za wygląd i funkcjonowanie domu. Reszta domowników spełniała jej prośby i polecenia, ale to ona je wydawała. Tylko ona wiedziała, co i kiedy należy zrobić. I właśnie to czasem jej ciążyło. Tak jak dzisiaj.

Znów westchnęła. Dosyć na razie. Usiądzie sobie spokojnie i wypije herbatę, może poczyta...

Zaszyła się w sypialni z filiżanką i kawałkiem ciasta. Umościła się wygodnie w fotelu i otworzyła książkę w miejscu, w którym przerwała czytanie. Jednak już pierwsze zdanie o ślubie, na który wybierała się główna bohaterka, nasunęło jej myśl o Monice. Zerknęła na zegarek. Może już po ceremonii?

Sięgnęła po telefon.

Cierpliwie czekała przez sześć sygnałów, a potem odłożyła słuchawkę. Pewnie uroczystość jeszcze trwa. Zadzwoni za parę minut.

Bardzo chciała spotkać się z Moniką i chociaż przez chwilę pogadać o wszystkim i o niczym. Miała nadzieję, że przyjaciółka zaraz po ceremonii przyjedzie do niej i spędzą razem czas. Lubiła takie kradzione życiu chwile, kiedy liczyła się tylko przyjemność bycia razem.

Może już? Minęło raptem parę minut, ale obiecała Monice zadzwonić, więc...

Ponownie sięgnęła po telefon.

– Słucham? – Monika odebrała już po drugim sygnale.

– Cześć.

– O! To ty! Cześć.

– No ja, ja. A kogo się spodziewałaś?

– Myślałam, że to Adam. Nie spojrzałam na wyświetlacz.

– Czekasz na telefon od niego? Rozłączę się...

– Nie, nie, nie trzeba. To nic takiego. Po prostu jeszcze nie ma go w domu. Dzwoniłam do niego, ale ma wyłączoną komórkę. W firmie też nikt nie odbiera, więc pewnie już skończyli, a on jedzie do domu, tylko nie włączył telefonu.

– Na pewno tak jest! Niepokoisz się?

– Nie, nie, skądże!

– Mhm. Czyli jesteś już w domu?

– Tak. Mówiłam ci, że wybrałam się ze znajomymi. Podrzuciłam ich do domu weselnego, a sama wróciłam do siebie.

– Mona? Czy wszystko w porządku?

– Tak, oczywiście! Czemu pytasz?

– Nie wiem... Masz dziwny głos...

– Jaki, pani detektyw? – śmiała się Monika.

– No, nie wiem...

– Oj, Julia, Julia! Kochana jesteś i dlatego wybaczam ci twoje marudzenie.

– Ja nie marudzę!

– Dobrze, dobrze. Dzięki za troskę, kochana. Jestem trochę niedospana i zmęczona całym tygodniem. Musiałam wcześnie wstać, bo chciałam nadrobić zaległości w sprzątaniu i praniu...

– Co? Ty też? – śmiała się Julia.

– Aaaa! Rozumiem! No tak, my, kobiety pracujące... i tak dalej...

– ...i tak dalej...

– Właśnie. No więc wstałam wcześnie, zrobiłam co się dało, a potem ten ślub... O! Adam wrócił – w głosie Moniki zabrzmiała wyraźna ulga. – Cześć, kochanie! Rozmawiam z Julią!

W tle dał się słyszeć niewyraźny głos.

– Adam cię pozdrawia.

– Dzięki. Wzajemnie.

– Wzajemnie, kochanie! Co mówisz...? Teraz...? OK! Przepraszam, Julia, że tak na dwa fronty...

– Nie przepraszaj. Kończymy, bo pewnie musisz się nim zająć.

– Wrócił wykończony. Poszedł wziąć kąpiel i mówi, że chyba się położy i coś poczyta.

– Dziwisz się? Co za pomysł pracować w sobotę!

– Co zrobić, tak czasem bywa. To co, Julia? Spotkamy się w tym tygodniu?

– Zobaczę, co da się zrobić, i zadzwonię. Ale powiedz choć słowo, jak tam ślub?

– Ślub jak ślub. Panna młoda w bieli...

– Beza?

– Nie, wyobraź sobie, że nie beza.

– Coś takiego?!

– Nawet ładna suknia, koronka z niedużym trenem, na głowie tiulowa szarfa zamiast welonu. Ładnie!

– No to już mi lepiej.

– Serce stylistki nie krwawi? – śmiała się Monika.

– Nie krwawi.

– To się cieszę. To co? Do zobaczenia?

– Do zobaczenia! I odpoczywaj!

– Mhm. Pa!

– Pa.

Julia przeciągnęła się i przez chwilę siedziała, nic nie robiąc. Ziewnęła przeciągle. No! Dość leniuchowania!

Energicznie wstała, zabrała filiżankę oraz talerzyk i poszła do kuchni. Jeszcze tylko przetrzeć blaty, powstawiać na miejsce umyte naczynia, wyrzucić śmieci – i kuchnia będzie zrobiona.

Salon jest posprzątany, łazienki też, a w sypialni sprzątała w tygodniu, więc teraz sobie odpuści. No i jeszcze pranie! Dobrze by było, gdyby choć trochę przyszykowała na jutrzejszy obiad, to będzie miała wolniejszą niedzielę i spokojnie sobie poleniuchuje.

Poprawiła niesforne kosmyki spadające jej na twarz i zabrała się do pracy.

Dzwoniący telefon poderwał Julię na równe nogi. W ciszy pustego domu ten dźwięk zabrzmiał jak wystrzał armatni. Serce Julii tłukło jak po szybkim biegu.

– Halo?

– Dzień dobry.

– Witaj! – ucieszyła się, usłyszawszy w słuchawce głos przyjaciółki. – Co słychać?

– Właśnie dzwonię, żeby ciebie o to spytać – zaśmiała się Monika.

– U mnie w porządku.

– Jak zawsze. Jeszcze nigdy nie odpowiedziałaś inaczej.

– No i powinnyśmy się obie z tego cieszyć, bo to znaczy, że mam dobre życie.

– Oj, Julia, Julia. Ty i to twoje wieczne filozofowanie! – Monika śmiała się już głośno.

– Mona, czego ty ode mnie chcesz? Dramatów? – Julia też się śmiała.

Uwielbiała takie rozmowy o wszystkim i o niczym ze swoją przyjaciółką. Przekomarzanie się, plecenie trzy po trzy, paplanie na każdy możliwy temat. Wszystko to służyło umacnianiu ich przyjaźni.

– Słuchaj, w czasie naszej ostatniej rozmowy, w sobotę...

– Taak?

– Tak jakoś wyszło, że nie wspomniałam o czymś, co niedawno przyszło mi do głowy.

– Taak?

– Może byśmy się gdzieś wybrały razem? Do jakiegoś SPA czy czegoś w tym rodzaju? Teraz, po zimie, chyba by się nam przydało? – pytała Monika.

– Mówisz serio?

– Dlaczego nie? No, Julia, rusz tyłek i jedźmy gdzieś!

– Zaskoczyłaś mnie. Niech pomyślę... Dzieci nakarmione, mąż zaspokojony... Mogę jechać choćby zaraz!

– No właśnie, to się zbieraj! – Monika nie dawała za wygraną.

– Monika, zlituj się! Ja mam masę roboty, zaplanowane najbliższe dwa tygodnie a ty...

– A weekend też? Ten pomiędzy dwoma tygodniami?

– No, nie...

– To jesteśmy umówione! Ja zarezerwuję miejsca i nie powiem ci gdzie. Będziesz miała niespodziankę – podekscytowana Monika nie dawała Julii dojść do głosu.

– Czekaj! Czekaj, okropna babo, przecież jeszcze się nie zgodziłam – głos Julii nie brzmiał już tak stanowczo.

– Ale nie masz wyjścia, kochany leniuchu. Ja wszystko załatwię, a ty będziesz mi potrzebna jedynie jako towarzystwo. Za to, nie ukrywam, naj... naj... najukochańsze – w głosie Moniki brzmiała nieskrywana radość.

– No dobrze. Co ja mam z tobą – narzekała Julia. – Powiadom mnie tylko, co mam ze sobą zabrać, kiedy wyjazd i powrót.

– Obowiązkowo dobry humor! O reszcie pogadamy. No, to pa! – pożegnała się Monika.

– Pa, szalona kobieto!

Uśmiechnięta Julia odłożyła telefon. Taka właśnie była Monika. Kipiała z niej energia i miała jakiś szósty zmysł. Wyczuwała zmęczenie Julii i wyskakiwała z taką propozycją. Nie pierwszy raz się to zdarzało. Julia nie miała pojęcia, skąd Monika wie, że ona na gwałt potrzebuje odpoczynku.

„Na tym polega przyjaźń” – pomyślała zadowolona.

Z nikim nie była aż tak blisko jak z Moniką. Rozumiały się doskonale. Czasem jedna kończyła zdanie rozpoczęte przez drugą i obie zaśmiewały się z tego do łez. Myślały tak samo, miały podobne podejście do życia, nawet odpoczywać lubiły w ten sam sposób: zawsze aktywnie, nigdy długo w jednym miejscu.

„Może właśnie dlatego Mona wie, kiedy dopada mnie zmęczenie, bo sama czuje to samo?” – uśmiechnęła się do siebie Julia.

– Mamo! Mam tego dosyć! – Karolina weszła do mieszkania mocno zdenerwowana.

– O co chodzi, kotku? – Julia ciągle miała dobry nastrój po rozmowie z Moniką.

– O fizyczkę. Baba zdurniała!