Carver - Marek Ślusarczyk - ebook
Wydawca: Psychoskok Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Carver - Marek Ślusarczyk


"Carver" opowiada o losach Proximy, nastoletniego chłopca, który pochodzi z ginącej planety. Białowłosy młodzieniec ląduje na Ziemi w spokojnym miasteczku Grave Grande. Chłopak będzie musiał stanąć do walki zarówno ze swoimi prześladowcami, jak i z własnym umysłem.

Grave Grande jest nawiedzane przez burze śnieżne od kilku tygodni. Jednak śnieg okaże się najmniejszym z problemów. Wkrótce do miasta zawita białowłosy młodzieniec. Proxima pochodzi z planety bliźniaczo podobnej do Ziemi, niszczonej przez Flamisów, wrogą rasę kosmitów potrafiących władać ogniem. Chłopak chce uniknąć zagłady, szuka schronienia na Ziemi. Nie może tego jednak zrobić, dopóki nie stawi czoła samemu sobie.

Marek Ślusarczyk - licealista, miłośnik filmowych ciekawostek, początkujący scenarzysta. Swój czas wolny stara się rozdzielać pomiędzy dwie pasje: czytanie i pisanie książek. Swoją pierwszą powieść pt. ""Carver"" rozpoczął jeszcze w gimnazjum. Gazeta Muranowska publikowała ją w odcinkach, a całość została skończona i wydana jeszcze w liceum.

Opinie o ebooku Carver - Marek Ślusarczyk

Fragment ebooka Carver - Marek Ślusarczyk





Prolog

O pogromcy wilków

 

Chłopak o śnieżnobiałych włosach pojawił się na klifie. Zjawił się znikąd, jego nagłe pojawienie można porównać do teleportacji. Miał na sobie ciemną bluzę z długimi rękawami. Nie wiadomo, czy jego spodnie były kiedyś czarne, teraz od wielkiej ilości popiołów ich kolor wskazywał prawie nieskazitelną szarość.

Chłopak, który pojawił się znikąd, musiał aż kucnąć, żeby pozbierać się po długiej podróży. Kiedy schował twarz w bluzę, myślami wracał do tego, przed czym uciekł. Inwazja. Pojmanie rodziny. Ogień. Ogień, gdzie tylko okiem sięgnąć. Sam chłopak podzieliłby los swoich współbratymców, gdyby nie był krok przed nimi. Od wszystkich myśli oderwał go przyjemny powiew chłodu, który poczuł na głowie. Podniósł się wsparty o długi drewniany kostur, któremu zawdzięczał życie. Rozejrzał się dookoła. Znajdował się na końcu dużego odłamka skały, krok do przodu, a wpadłby do zamarzniętej wody, której tafla sięgała aż po horyzont. Wszystko wokół niego było w śniegu, jego też powoli pokrywały małe płatki.

Chłopak zaczął wpatrywać się w bezkresny ocean. Ten widok dodał mu otuchy, która była potrzebna. W końcu udało mu się uciec od ognia. Zamach była szalonym pomysłem. Co też oni sobie wyobrażali?

Z tymi myślami chłopak zaciska rękę na kosturze z całej siły. Próbuje opanować swoje emocje za wszelką cenę, jednak i jego wytrzymałość ma swoje granice. Chłopak podnosi kostur i spogląda na jego czubek, jakby to była żywa istota i mówi, cedząc każde słowo:

- Nie powinieneś mnie ratować.

Potem bierze kostur w obie ręce i opiera na nim kolano, pragnąc za wszelką cenę go złamać na pół. Jednak daremnie, kostur nie daje za wygraną. Chłopak wrzeszczy na całe gardło z bezsilności, bierze kostur do jednej ręki i w złości rzuca go z całej siły przed siebie, za klif, wprost w przepaść, gdzie wbija się w połacie lodu.

Po tym rzucie chłopak pada na ziemię niezmiernie wycieńczony, lecz za to z pewną ulgą. Jednak niebo ze strony oceanu jakby zareagowało na rzut chłopaka i puściło w oddali donośny grzmot. Słysząc to, chłopak podnosi się z ziemi i zwraca uwagę na to, co nadchodzi z naprzeciwka. Leciutki śnieg, padający teraz na jego odkrytą głowę, był jedynie zapowiedzią ogromnej śnieżycy zbliżającej się od oceanu. Chłopak wolał na razie unikać wszelkich anomalii pogodowych.

Odwrócił się na pięcie i był gotów zmierzać w stronę lasu, czyli w głąb lądu, gdzie na pewno znajdzie schronienie przed śnieżycą. Zaciągnął kaptur na głowę i już miał ruszać, gdy zobaczył błyszczące ślepia wpatrujące się w niego ze strony, w którą zmierzał. Coś przyglądało mu się z zaciekawieniem. Chłopak stanął w miejscu i czekał na ruch drugiej strony. Kiedy lepiej się rozejrzał, ujrzał jeszcze więcej par oczu, wszystkie wpatrzone w niego. Nie trwało to długo. Szybko jeden z wilków wyskoczył z kryjówki, aby rzucić się na chłopca. W jego ślady poszły inne wilki. Pierwszy wilk, alfa, już był gotów zatopić kły w szyi chłopca, który stał nieruchomo, gdy poczuł, że wszystko w jego ciele staje, zamiera. Przed swoją śmiercią wilk zdążył ujrzeć jarzące się na błękitno oczy jego niepozornej ofiary, chłopca.

Kiedy ostatni z wilków padł po zamrożeniu organów, chłopak rozejrzał się, czy wilków nie było jeszcze więcej. Nawet jeżeli, reszta wilków musiała uznać chłopaka za zbyt wielkie zagrożenie, aby się do niego zbliżać. Oczy chłopaka zaczynały przestawać świecić, gdy mijał zwłoki drapieżników. Przy ostatnim nachylił się, aby przyjrzeć się mu bliżej. Martwy wilk leżał na boku z otwartą szczęką gotową do ataku. ''Ciekawe czy to jedyni mieszkańcy tego miejsca'' - pomyślał chłopak - ''Jeżeli tylko to miało mnie powstrzymać, ta planeta jest zgubiona.''

Mocny grzmot z niedaleka wytrącił chłopaka z zamyślenia. Wstał i ruszył przed siebie. Najważniejsze teraz to znaleźć schronienie.

 


1

O sklepie z pamiątkami

 

''Meteorolodzy przewidują na dziś potężną burzę z możliwymi opadami śniegu. Wiatr może osiągnąć prędkość do stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Zaleca się ograniczenie wyjść na dwór do niezbędnej ilości'' - zdążyło powiedzieć radio, nim Anet przekręciła gałkę wyłączającą.

''Tak, zostać w domu'' – pomyślała Anet - ''Gdybym tylko mogła...'' Rozejrzała się po sklepie.

Znajdowała się teraz za ladą sklepu z pamiątkami, w którym pracowała dorywczo. Sklep posiadał zbyt dużo towaru, biorąc pod uwagę rynek zbytu. Figurki yeti, drzewka szczęścia, zęby rekina, powykręcane termometry, to tylko nieliczne artykuły, które miał do zaoferowania sklep ''U Marvina'' w zapomnianym przez świat mieście o nazwie Grave Grande. Pomimo to, że Anet wychowywała się w tym miejscu od dziecka, nic jej tu nie trzyma, jedynie grawitacja. Gdy tylko będzie miała wystarczająco dużo środków na koncie, kupi sobie mieszkanie w innym, większym mieście. Tam, gdzie nikt nie będzie jej znał i w końcu będzie mogła poczuć się anonimowo. Tego właśnie chce.

Póki co, Anet, dziewczyna o długich blond włosach, może jedynie pomarzyć o ucieczce z tego miejsca.

Anet buja się na krześle i obserwuje chłopca o brunatnych, krótkich włosach, wymieniającego żarówkę w wyszukanym żyrandolu umieszczonym w głębi sklepu. To Terry, między innymi to on sprawia, że jej bezwartościowa praca nie jest aż tak bezwartościowa. Oboje pracują u Marvina, razem z Gannie. Anet jest kasjerką, Terry złotą rączką, a Gannie zajmuje się sprzątaniem. Anet, jako kasjerka, cały czas musi przebywać w sklepie. Terry i Gannie za to przychodzą do sklepu okazjonalnie, kiedy jest potrzeba coś naprawić bądź sprzątnąć. Ich szef, Marvin, rzadko odwiedza sklep, więc właściwie los całego ''U Marvina'' spoczywa na barkach Anet. Relacje Gannie i Anet nie należą do najlepszych, w przeciwieństwie do jej stosunku z Terrym, dlatego Anet bardziej woli alarmować o przepalonej żarówce lub zniszczonej półce, niż o potrzebie umycia podłogi. Raz Anet tak bardzo się nudziło, że celowo rozkręciła dzwonek przy wejściu, aby mieć powód do wezwania Terry'ego. Jednak teraz uczciwie można powiedzieć, że żywotność żarówki dobiegła końca bez żadnej pomocy z zewnątrz.

Kiedy Anet patrzyła jak Terry wkręca nową żarówkę, trzymając starą w ręku, coś sobie uświadomiła :

- Hej, jak to możliwe, że nie musisz nosić żadnego uniformu? - rzuciła oskarżycielskim tonem, nie przestając huśtać się na krześle.

Sama Anet musiała nosić czerwoną, kraciastą koszulę z wyszytym logo sklepu, przedstawiającym świerk w małej ramce na złotym tle.

- Nie wiem - odpalił Terry, schodząc z drabiny, na którą musiał wejść, aby dosięgnąć żyrandolu, dodał, przesadzając: - widać mojego stylu nie sposób kwestionować. Towar z górnej półki - przyłożył palec do spodni, robiąc charakterystyczny syk.

Na widok Terry'ego zamrożonego w tej pozie nie sposób było nie wybuchnąć śmiechem. Anet w końcu opanowała chichot.

- No tak, ty to masz dobrze. Masz szczęście, że Marvin za często nie odwiedza nas tutaj - powiedziała, pocierając oczy.

- Jak to możliwe? Marvin nie odwiedza swojego kochanego biznesu?

Terry oczywiście żartował. Marvin odziedziczył ten biznes od swojego ojca, Marvina seniora, to od niego pochodzi nazwa sklepu. Rok temu zmarł Marvin senior, a natychmiast na jego miejsce wskoczył nieznany nikomu syn. Marvin junior wystawił sklep na sprzedaż, jednak póki co nie znalazł się jeszcze żaden frajer gotowy zainwestować w tę górę śmieci.

- Co nie? Jak można nadążyć za tym gościem? - odparła Anet.

Terry podszedł do lady i oparł się o półkę z książkami, która jak głosił rozwieszony napis ''zawierała rzeczy nie z tego świata''.

- Do której musisz tu siedzieć? - spytał Terry, przekładając przepaloną żarówkę z jednej ręki do drugiej.

Anet spojrzała z wytęsknieniem w stronę drzwi frontowych ze szklanym oknem. Na dworze było już prawie ciemno, musiała zbliżać się szósta. Przez okno ledwo można było cokolwiek zobaczyć, wszystko przez ten przeklęty śnieg.

''Nienawidzę zimy'' – pomyślała w głębi ducha Anet. Przy czym użycie słowa ''nienawidzę'' było eufemizmem.

- Jeszcze całą godzinę - westchnęła Anet.

Terry spojrzał na zegar zawieszony nad stanowiskiem Anet. Po chwili powiedział:

- Niech to, naprawdę musisz tu siedzieć?

- To moja praca Terry, trzeba się z tym pogodzić - Anet nawet nie miała już ochoty wzruszyć ramionami.

- Nie przesadzaj, nie musisz tu być do punkt siódma. Klienci nie będą mieli do ciebie pretensji, jeśli wyjdziesz przed czasem... mam rację, klienci? - Terry odwrócił się do środka sklepu, tylko po to, aby powitać pusty korytarz.

- Oni nigdy mi tego nie wybaczą - powiedziała Anet teatralnym szeptem do Terry'ego. - Na serio, nie mogę wyjść - ostatnie słowa wymówiła swoim normalnym głosem.

Terry skrzywił usta w grymasie, położył przepaloną żarówkę przy kasie Anet i podszedł do wieszaka.

- No cóż, ja w każdym razie już idę, Bill i Clara czekają – powiedział, zakładając kurtkę.

Anet na dźwięk tych imion zareagowała natychmiast.

- Myślałam, że wyjechali - wyrwała się.

- Bo wyjechali, ale wrócili wczoraj - odparł Terry i dodał, widząc zainteresowanie w oczach Anet. - Idę ich odwiedzić, może jednak ze mną pójdziesz?

Anet nie odpowiedziała od razu. Wpatrując się w przepaloną żarówkę, która leżała tuż przed nią, myślała o konsekwencjach wyjścia z pracy. Faktycznie, dzisiaj w sklepie były tylko dwie osoby, prawie nie ma szans, aby pojawił się ktoś w ciągu tej ostatniej godziny, a Bill i Clara wyjechali do Toronto dwa miesiące temu, bardzo chciałaby ich znowu zobaczyć. Podejmując w końcu decyzję, Anet wstała i podeszła do wieszaka, aby założyć na siebie swoją czarną jesionkę. Zapinając trzy duże guziki, zwróciła się do Terry'ego:

- Jeśli coś z tego wyniknie, powiem, że mnie porwałeś.

- Czemu nie - powiedział Terry, otwierając frontowe drzwi.

Anet pogasiła wszystkie światła w sklepie. Kiedy przechodziła przez próg frontowych drzwi, zatrzymała się na chwilę, aby przejrzeć na oczy przez grube warstwy śniegu w powietrzu. Nagle krzyknęła, czując, że coś łapie ją z tyłu, podnosi i przekłada przez ramię.

- Terry, puszczaj! - powiedziała Anet, jednak jej śmiech sprawił, że nie była wystarczająco stanowcza.

- Co za porywacz słucha, co jego ofiara ma do powiedzenia - mówi Terry, znosząc Anet po kilku małych schodkach.

- Ten, który nie chce mieć śliny w uchu - mruknęła wesoło Anet, po czym szybko obśliniła palec i wsadziła go Terry'emu do ucha, nim ten zdążył zareagować.

- Cios poniżej pasa! - śmiał się Terry, potrząsając trochę Anet, nim odstawił ją na ziemię - Powinienem dostać za ciebie niezły okup.

- Co mogę poradzić... towar z górnej półki - odparła Anet, przybierając tę samą idiotyczną pozę, co Terry chwilę temu w sklepie.

Śmiali się jeszcze długo, kiedy przedzierali się przez wielkie zaspy śniegu w kierunku domu Billa.

Chłopak o śnieżnobiałych włosach w końcu na horyzoncie ujrzał koniec drzew, koniec dotychczasowej scenerii. Po kilkugodzinnej marszrucie chłopak odczuwał, nie dający mu spokoju, głód. Burczenie w brzuchu dało mu do myślenia, może trzeba było wykorzystać mięso wilków, które się na niego wcześniej rzuciły? Jednak nie miał niczego do obdzierania skóry, ogólnie nie miał niczego. Jedyną rzecz, poza ubraniem, jaką posiadał, wyrzucił w zamarznięte odstępy wody. Ani w głowie było mu teraz wracać tę całą przebytą drogę do tego klifu. Chłopak nadal trzymał się myśli, że przed sobą znajdzie coś poza stadem wilków. Co prawda, w połowie pokonanej drogi miał momenty słabości, chciał położyć się na ziemi i już nigdy z niej nie wstawać. Przecież nie ma już niczego na tym świecie, na czym by mu zależało. Lecz chłopak nie mógł umrzeć z powodu zimna, biorąc pod uwagę jego genetykę, a długa śmierć głodowa nie wyglądała dla niego interesująco.

Chłopak już zbliżał się do skraju lasu i z prawdziwą ulgą zobaczył pojedynczy, drewniany domek, idealne schronienie przed burzą śnieżną. Już zaczął podchodzić w stronę domu, kiedy usłyszał krzyk. Zamarł. Krzyk należał do dziewczyny, która znajdowała się teraz po drugiej stronie domu, tak, że chłopak nie miał szansy jej zobaczyć. Szybko otrząsnął się z zaskoczenia i, przeskakując od jednego drzewa do drugiego, aby pozostać w ukryciu, zaczął okrążać dom, aby zobaczyć źródło tego krótkiego krzyku. W końcu ujrzał wysoką postać niosącą drugą, mniejszą na ramieniu. Owa dwójka trochę się posprzeczała, ale w końcu jedna postać odstawiła drugą i poszły razem przeciwną do chłopaka o śnieżnobiałych włosach ścieżką.

Chłopak nie wiedział czy to koniec awantur, dlatego wolał jeszcze trochę poczekać w ukryciu. Gdy minęło wystarczająco dużo czasu, na tyle, że śnieg zasypał ślady, jakie zostawiła po sobie para awanturników, chłopak wyszedł zza drzewa i zbliżył się do domku. Wszystko wskazywało na to, że dom jest pusty. Przez okna nie można było dostrzec ani jednej zapalonej lampy. Gdy chłopak podszedł do okna i ostrożnie spojrzał przez nie, nie zobaczył w środku nikogo, jedynie mnóstwo półek.

Chłopak postanowił zaryzykować i włamać się do domku. Podszedł powoli do ganku i wchodząc po schodkach zauważył napis nad wejściem.

 

U Marvina

Przygodę czas zacząć!

 

Chłopak, wpatrując się w deskę, na której było to napisane, zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie każdy dom na tej planecie ma przed wejściem wyryte motto. Gdyby miał w swoim domu zamontować coś takiego, na pewno napis by mówił:

 

Witam i żegnam

Wstęp wzbroniony Rozal!

 

''Rozal...'' - pomyślał chłopak. Ogarnęła go fala smutku, gdy pomyślał o swojej siostrzyczce. Nagły przypływ uczuć był na tyle mocny, że musiał złapać się za głowę. Że też musiał uciec. Gdyby nie wziął do ręki tego przeklętego kostura, nie byłoby go tu. Nadal byłby na Tymplozjonie, może wciąż miałby szansę wszystkich uratować: mamę, tatę, Elieu, Carvera, Moucha, Rozal... małą Rozal...

- Weź się w garść! - krzyknął sam do siebie chłopak, uderzając pięścią w drewnianą ścianę domku, tuż obok drzwi wejściowych.

Po chwili zorientował się, jaki hałas wywołał. Jeżeli ktoś był w pobliżu, nie było szans, by go nie usłyszał. Ugiął ręce w gotowości, i obrócił się na nodze, aby sprawdzić, czy ktoś się zbliża. Na tyle, na ile pozwolił mu zobaczyć ciągle prószący śnieg, nikogo nie było.

Chłopak spróbował delikatnie pociągnąć za klamkę drzwi frontowych i ku swojemu zdumieniu odkrył, że drzwi nie być zamknięte. To znacznie ułatwiło chłopakowi wejście do środka, jednak bardziej pogłębiło jego podejrzenia o zasadzkę. To wrażenie jednak znikło, gdy chłopak przeszukał całe pierwsze i drugie piętro domku. Okazało się, że dom jest pusty.

Chłopak zamknął za sobą drzwi frontowe, które były cały czas otwarte, przez co wpuściły do środka trochę śniegu. Chłopak znalazł najbliższy włącznik światła i go wypróbował. Szybko go wyłączył, gdy okazało się, że odpowiada on za ozdobny żyrandol, który mocno oświetla cały sklep. Chłopak nie chciał przyciągać uwagi nikogo z zewnątrz, dlatego po dłuższych poszukiwaniach zapalił jedynie małą lampkę dającą czerwoną poświatę. Rozejrzał się po domu. Zobaczył teraz z bliska te wszystkie półki, które ledwo co dostrzegał, patrząc przez zaszronione okno. Było na nich mnóstwo różnych dziwactw. W większości były to figurki, statuetki i małe budowle. Chłopak doszedł do wniosku, że ten cały Marvin prowadzi sklep z...

Chłopak wziął do ręki figurkę uśmiechniętego żeglarza i zaczął ją badać. Ku swemu rozczarowaniu zauważył, że jedyną możliwą funkcją żeglarza było poruszanie lewą ręką tak, jakby do kogoś machał.

Chłopak odrzucił żeglarza na jego miejsce. Gardził zabawkami. Zabawki niczego nie robią, niczego nie wnoszą w nasze życie, tylko zabierają nam nasz cenny czas, którego mamy tak mało.

Chłopak zauważył, że sklep nie jest zadbany. Co prawda, wszystkie produkty są poustawiane w równych szeregach na półkach, aczkolwiek każda rzecz tonie tu w kurzu. Chłopakowi zostało go mnóstwo na ręce, w której trzymał żeglarza. ''Ten, kto tu sprząta, nie popisuje się'' - stwierdził w myślach.

 


2

O tłuczeniu szklanek

 

- Niech to! - powiedziała do siebie pod nosem Anet. Była już przed domem Billa, kiedy to sobie przypomniała - Terry!

Chłopak, który już wchodził na ganek domu, obrócił się w jej stronę i posłał jej pytające spojrzenie.

- Muszę wracać, zapomniałam zamknąć drzwi sklepu – westchnęła. - Innym razem przyjdę ich odwiedzić.

Terry podszedł do Anet. przedzierając się przez warstwy śniegu. jednocześnie kręcąc głową.

- Anet, to zbyt długa droga, już ledwo tutaj dotarliśmy - oznajmił.

- W takim razie co. według ciebie. mam zrobić? - spytała ironicznie Anet. - Zostawić sklep na pastwę losu? Nie przepadam za nim, to fakt, ale Marvin mnie zabije, jeśli się dowie.

Terry przyłożył rękę do brody, starając się znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji. Zaczął wodzić wzrokiem po ziemi, która była teraz w pełni przykryta białym puchem. Kiedy Anet już miała wracać, Terry powiedział:

- Wiem! Niech Gannie pójdzie zamknąć drzwi.

- Mam ją o to poprosić? - zdziwiła się Anet.

Anet nie mogła sobie wyobrazić Gannie wypełniającej dla niej jakąkolwiek prośbę. Prośby rzucane w stronę Gannie, to jak rzucanie grochem o ścianę.

- W życiu się na to nie zgodzi. Nigdy się mnie nie słucha.

- A co, jeśli ja ją o to poproszę? - Terry wyraził swoją propozycję. Jego naciskanie, aby nie poszła z powrotem do sklepu było zaskakujące dla Anet. Przyjemnie zaskakujące. - Po prostu nie chcę, abyś wracała tam w tę śnieżycę.

''Bardzo przyjemnie zaskakujące'' – pomyślała Anet. - ''Nie chce, abym zmarzła na dworze, jest gotów wyrzucić Gannie na tę paskudną pogodę, tylko bym z nim została. Nieźle Terry, nieźle.''

- To może się udać... masz jej numer? - spytała Anet.

Terry pokiwał głową i sięgnął do kieszeni spodni, aby wyciągnąć wielką komórkę. Wystukał numer Gannie, poczekał parę sygnałów i odszedł kilka kroków od Anet. Rozmawiał z Gannie długo, jak na zwykłą prośbę, ale w tamtej chwili dla Anet najważniejszy był skutek, dlatego bardzo się ucieszyła, kiedy Terry powiedział jej, że Gannie zgodziła się pójść zamknąć drzwi sklepu ''U Marvina''.

- Pamięta, że klucze są na framudze nad drzwiami? - od razu spytała Anet.

- Tak sądzę - odparł Terry. - Skoro nie pytała, musi wiedzieć. Mieliśmy szczęście, Gannie wraca teraz z zajęć, powiedziała, że o s t a t e c z n i e może zahaczyć w drodze powrotnej o sklep.

- Dzięki Terry - powiedziała Anet.

- Nie mnie dziękuj, to nie ja idę zamknąć te drzwi - odpowiedział Terry i oboje weszli do domu Billa, czując ogromną ulgę po wyjściu z tego zimna.

Chłopak o śnieżnobiałych włosach siedział na podłodze w sklepie ''U Marvina'', trzymając w obu dłoniach małe figurki żeglarzy.

- Och Walto, on jest jeszcze za młody, aby wstąpić do wojska - powiedział chłopak piskliwym głosem, poruszając jedną figurką.

- Osiągnął stosowny wiek, jest gotowy podjąć służbę - teraz zniżył głos, poruszając drugim żeglarzem. - Wiem, że jego ojciec by tego chciał.

W następnej chwili chłopak podniósł z ziemi trzecią figurkę i powiedział trochę zachrypniętym głosem.

- To może poczekamy, aż tata wróci, żeby sam to powiedział? - spytała trzecia figurka.

- Kolio, możesz nie mieszać w to dzieci? - spytała druga figurka, Walto.

- Mój syn sam jest dzieckiem! - powiedziała stanowczo pierwsza figurka, Kolia. - A ty chcesz go wrzucić do armii!

- Kolio, mam nakaz, zabiorę go, choćbyś nie wiem, co zrobiła - odpowiedział Walto.

Teraz chłopak wziął do ręki pierwszą oraz trzecią figurkę i przysunął je do pluszowego misia, który był w pozycji siedzącej niedaleko dziejącego się przedstawienia.

- Synku, przykro mi, ale na razie musisz iść z nim - powiedziała pierwsza figurka, Kolia, wciskając się w miękki brzuch pluszaka. - Nie martw się, kiedy tata wróci wyciągnie cię z tego nieporozumienia.

- Trzymaj się, braciszku - mruknęła zachrypniętym głosem trzecia figurka. - Wracaj szybko.

Pluszowy miś pod wywieranym naciskiem przez figurki przewrócił się na plecy i w tej pozycji pozostał.

- Ostatnie słowa dla bliskich? - spytała druga figurka, Walto.

- Tak, mam ostatnie słowa.. - powiedział już swoim normalnym głosem chłopak o śnieżnobiałych włosach. Wziął do ręki drugą figurkę, czyli Walto, i wypowiedział z nienawiścią - …tyle, że dla ciebie. Gnij żmijo! - po czym złamał figurkę na pół i rzucił w głąb sklepu.

Chłopak przyglądał się, jak części zabawki suną po ziemi, póki nie zatrzymują się dokładnie pod szafą z napisem na górze ''Przecena''. Spojrzał jeszcze raz na figurki, którymi odegrał resztę przedstawienia i przytulił je mocno do siebie. Jednak uścisk nie trwał długo i chłopak odłożył zabawki na ziemię. Był zawiedziony. Odstawienie tego małego przedstawienia miało mu pomóc w opanowaniu tych wszystkich myśli, które krążyły mu po głowie. Jego matka, Kolia, zawsze radziła mu głośno mówić o swoich uczuciach w celu zapanowania nad nimi. Jednak i tego nie zdołał się od niej nauczyć. Istnieje tak wiele rzeczy, których nie będzie już mógł usłyszeć z ust swojej matki. Flamisi już na pewno otrząsnęło się po nieudanym zamachu na rodzinę monarchy i wysłało swoje wojska na wszystkie miasta Dour. Nie ma szans, aby jego matka i siostra się ostały. Ojciec nie żyje już od dawna. Tylko nielicznym udało się uciec. Chłopak i Walto byli w tej grupie.

Chłopak wzdrygnął się. Aż strach było pomyśleć, że okropny morderca, jakim był Walto, jest na wolności. Chłopak nie mógł też zaakceptować siebie. Po dwuletnim treningu odbytym pod czujnym okiem tej żmii, stał się osobą równie podłą co on. Jednak w newralgicznym momencie nie był w stanie wykonać zadania, co w późniejszych wypadkach doprowadziło do fiasku zamach. Chłopak zaczął się zastanawiać, czy podjął właściwą decyzję. W końcu doszło to do niego. Gdyby nie wykonał zadania w pojedynkę, jego matka i siostra wciąż mogłyby żyć. Wciąż mogłyby żyć...

- Powinien był was ZABIĆ! - ryknął chłopak, rzucając pluszowym misiem o ścianę.

Nagle chłopak usłyszał zduszony krzyk i odgłos upadającej rzeczy. Spojrzał w stronę drzwi, skąd wydobył się dźwięk.

Chłopak musiał nie usłyszeć otwieranych drzwi, jako że był zajęty rozmyślaniem nad swoim życiem. Dziewczyna o kruczoczarnych włosach, których kosmyki wystawały zza czapki w kształcie ślimaka naciągniętej na głowę, szybko zasłoniła dłońmi usta, aby powstrzymać okrzyk, jednak było już za późno. Zauważył ją.

Wpatrywali się w siebie przez kilka sekund, które równie dobrze mogłyby trwać godziny, aż chłopak w końcu powiedział, powoli wstając:

- Pozwól mi wyjaśnić.. - zaczął spokojnie, starając się utrzymać sytuację pod kontrolą, jednak Gannie nie zamierzała słuchać jego wyjaśnienia. Szybko odwróciła się od chłopaka i wybiegła przez próg sklepu, prosto na dwór.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.