Rok 2012. Antologia - Antologia - ebook
Wydawca: RW2010 Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Rok 2012. Antologia darmowy ebook

Antologia

3.83333333333333 (30)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00 zł
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 919 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 26 godz. 44 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rok 2012. Antologia - Antologia

Drodzy Czytelnicy!

Oficyna Wydawnicza RW2010 chciałaby ofiarować Wam najlepszy prezent, na jaki nas stać. Przedstawiamy zatem antologię opowiadań „Rok 2012”. Zawarliśmy w niej dwadzieścia dziewięć utworów, których autorami są współpracujący z nami przez ostatni rok pisarze. W ich zacnym gronie znajdują się twórcy już uznani oraz zupełni debiutanci, nestorzy pisarstwa oraz literacka młodzież. Wszystkim dziękujemy za ten wspólny czas i ze wszystkich jesteśmy szczerze dumni.

Kilka słów o kluczu, na podstawie którego dokonaliśmy wyboru prezentowanych tutaj tekstów. Po pierwsze – w antologii znalazły się opowiadania tych autorów, którzy w ciągu minionego roku opublikowali w naszej oficynie przynajmniej jedną książkę. Po drugie – wybraliśmy te teksty, które cieszyły się największą popularnością wśród naszych Czytelników, czyli miały najwięcej „pobrań” z naszego serwisu. A jeżeli się wahaliśmy między kilkoma pozycjami, decyzję pozostawialiśmy autorowi. Po trzecie – aby uniknąć nieporozumień i nie wartościować zebranych tekstów – ułożyliśmy je w porządku alfabetycznym według tytułów.

Opowiadania w oczywisty sposób reprezentują wydawaną przez nas tematykę. Dlatego najwięcej jest w zbiorze opowiadań fantastycznych; pod względem treści, ale też wykonania. Niemniej wielbiciele obyczaju, romansu, horroru, groteski i satyry też znajdą w naszej antologii coś dla siebie.

Zapraszamy do lektury i życzymy wszystkim… Zaczytania!

Pozdrowienia

Zespół RW2010

Opinie o ebooku Rok 2012. Antologia - Antologia

Cytaty z ebooka Rok 2012. Antologia - Antologia

– Nie miałaś mężczyzny? – Nie przez ostatni rok – odparła kobieta. Władca spojrzał znacząco na jej brzuch. – Więc… – Stało się tak z woli bogów. – Z woli bogów, powiadasz? Tak, to wszystko wyjaśnia. Możesz odejść
uśmiechnęła się ze smutkiem, wreszcie sięgnęła po futrzany płaszcz, dar od księcia Dymitra. – Błądzi w ciemnych korytarzach, a potrzebuje choć promyka światła, który naprowadzi go na właściwą drogę… Tiabros podszedł i chwycił ją za ramię. Ścisnął gniewnie, z całej siły, jak opierającą się kozę. – Nie ty będziesz światłem naszego cara! Ciesz się, że nie kazał cię zabić. Wracaj do swego pana i raduj się pobytem w Ochrydzie, póki możesz. Kobieta prychnęła cicho. Po raz ostatni rozejrzała się po komnacie. Nigdy nie
1. Wino „Arizona” nie ma teściowej. 2. Wino „Arizona” razem z tobą ogląda mecz piłkarski. 3. Nie narzeka, że pijesz. 4. Jedyną rzeczą, o jakiej mówi ci „Arizona”, jest to, że musisz iść do WC. 5. Winem możesz się rozkoszować przez cały dzień i całą noc. 6. Wino nigdy się nie maluje ani nie spóźnia. 7. Wino nigdy nie narzeka na ból głowy. 8. Wino nie zrobi ci awantury, gdy przyjdziesz do domu po piwie. 9. Wino zawsze wchodzi gładko. 10. Wino jest zawsze wilgotne. 11. Wino zawsze cię zadowoli. 12. Wino nie mówi dla żartów, że jest w ciąży. 13. Wina nie obchodzi, ile zarabiasz. 14. Wino nie będzie ci miało za złe, jeśli zaśniesz zaraz po jego wypiciu. 15. Wino rano wygląda tak samo jak wieczorem. 16. Wino nie wariuje raz w miesiącu. 17. Wino nie domaga się legalizacji waszego związku. 18. Wino nigdy nie chce zmieniać kanału telewizyjnego. 19. Wino nigdy nie mówi: „Nie, dziś nie mam ochoty”. 20. Wina nie obchodzi to, że nie masz kultury lub manier. 21. Wino „Arizona” nigdy nie płacze.
dwadzieścia jeden powodów, dla których wino jest lepsze od kobiety. 1. Wino „Arizona” nie ma teściowej. 2. Wino „Arizona” razem z tobą ogląda mecz piłkarski. 3. Nie narzeka, że pijesz. 4. Jedyną rzeczą, o jakiej mówi ci „Arizona”, jest to, że musisz iść do WC. 5. Winem możesz się rozkoszować przez cały dzień i całą noc. 6. Wino nigdy się nie maluje ani nie spóźnia. 7. Wino nigdy nie narzeka na ból głowy. 8. Wino nie zrobi ci awantury, gdy przyjdziesz do domu po piwie. 9. Wino zawsze wchodzi gładko. 10. Wino jest zawsze wilgotne. 11. Wino zawsze cię zadowoli. 12. Wino nie mówi dla żartów, że jest w ciąży. 13. Wina nie obchodzi, ile zarabiasz. 14. Wino nie będzie ci miało za złe, jeśli zaśniesz zaraz po jego wypiciu. 15. Wino rano wygląda tak samo jak wieczorem. 16. Wino nie wariuje raz w miesiącu. 17. Wino nie domaga się legalizacji waszego związku. 18. Wino nigdy nie chce zmieniać kanału telewizyjnego. 19. Wino nigdy nie mówi: „Nie, dziś nie mam ochoty”. 20. Wina nie obchodzi to, że nie masz kultury lub manier. 21. Wino „Arizona” nigdy nie płacze.
Czerwonopióry usiadł na kamieniu. Takim zwykłym, polnym, ostro zakończonym z każdej strony. Nagle poderwał się z przenikliwym piskiem, załopotał maleńkimi skrzydłami i zaczął kołować nad głowami matki i dziecka. Coraz szybciej i szybciej. A pod nim, coraz szybciej i szybciej leciały krople krwi, wąską strużką, strumyczkiem, później całą rzeką. Aż utworzyła się wielka, czerwona plama. Nie powstrzymało to ręki Adaśka. Młócił kamieniem w głowę swej matki, dopóki nie upadł zmęczony. Zobaczył lądującego przed nim ptaka.
Oficyna Wydawnicza RW2010 chciałaby z okazji nadchodzących Świąt ofiarować Wam najlepszy prezent, na jaki nas stać. Przedstawiamy zatem antologię opowiadań „Rok 2012”. Zawarliśmy w niej dwadzieścia dziewięć utworów, których autorami są współpracujący z nami przez ostatni rok pisarze. W ich zacnym gronie znajdują się twórcy już uznani oraz zupełni debiutanci, nestorzy pisarstwa oraz literacka młodzież.
isza w prywatnej komnacie cara Samuela była tak wielka, tak nieznośna, trwała tak długo, że komuś mniej cierpliwemu niż jego doradca Tiabros mogła się wydawać czymś strasznym. Mnich był jednak przyzwyczajony do tych chwil, kiedy władca zapadał w głębokie zamyślenie. Usiadł przy kominku, na którym płonęły sosnowe drwa, i obserwował swego pana ze spokojem. Samuel wciąż milczał i milczał. Tylko drobne mięśnie grające na twarzy cara świadczyły o targającym nim napięciu. Wreszcie mruknął z niechęcią:
postanowił sprawdzić, co dzieje się na Ziemi. Wziął z sobą anioła. Dochodzą do wsi, gdzie rolnik orze pole, a w domu obok rodzi kobieta i krzyczy. – Czemu ci ludzie tak się męczą? – pyta Bóg. – Czyż nie powiedziałeś: „I w pocie czoła pracować będziesz. I w bólu swe potomstwo na świat wydawać będziesz”? – No tak, ale ja żartowałem! Dochodzą pod kościół, gdzie stoją luksusowe mercedesy, maybachy, i kręci się paru mężczyzn w czarnych strojach do kostek. – Tu mi się podoba! – mówi Bóg.– Kim są ci mężczyźni w czarnych sukienkach? – To ci, co wiedzą, że żartowałeś.
Ponoć wieczorami po Mrokach spaceruje duch nieszczęsnego reportera, pytając tubylców: „Którędy na dworzec?”. Kilka razy próbowano go obrobić, ale puszczono go wolno, gdy okazało się, że nie ma przy sobie nic materialnego.
twarzy Podkomorzego odmalowały się sprzeczne emocyje: złość, że mu przerwano, ale i radość, że powiodło się werbalne rozruszanie zgromadzonych. Wprawdzie na razie w powietrzu krążyły tylko apele o to, by zaczęły krążyć i gawędy, ale lepsze takie apele, niźli martwa cisza. Wobec braku własnej inicjatywy, wszystkie oczy tymczasem jęły zwracać się ku postaci siedzącej w rogu stołu, pośród samych opasłych
obaw o przyszłość. – Naprawdę powinien mnie wysłuchać… – podjęła. Mnich z rozmachem uderzył ją w twarz. Zdziwił się własnej reakcji, może nawet trochę przestraszył, uniósł rękę, jakby chciał coś zrobić, może przeprosić zaskoczoną wieszczkę. Skończyło

Fragment ebooka Rok 2012. Antologia - Antologia







Oficyna wydawnicza RW2010

przedstawia:

ANTOLOGIA ROK 2012

 

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2012

Redakcja i korekta zespół RW2010

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Oficyna wydawnicza RW2010

Okładka Copyright © Mateo 2012

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2012

e-wydanie I

 

ISBN 978-83-63598-35-8

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

 

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

 

RW2010, os. Orła Białego 4 lok. 75, 61-251 Poznań

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl


SŁOWO OD WYDAWCY

Drodzy Czytelnicy!

Oficyna Wydawnicza RW2010 chciałaby z okazji nadchodzących Świąt ofiarować Wam najlepszy prezent, na jaki nas stać. Przedstawiamy zatem antologię opowiadań „Rok 2012”. Zawarliśmy w niej dwadzieścia dziewięć utworów, których autorami są współpracujący z nami przez ostatni rok pisarze. W ich zacnym gronie znajdują się twórcy już uznani oraz zupełni debiutanci, nestorzy pisarstwa oraz literacka młodzież. Wszystkim dziękujemy za ten wspólny czas i ze wszystkich jesteśmy szczerze dumni.

Jako wydawnictwo zadebiutowaliśmy równo rok temu, 6 grudnia 2011 roku. Dlatego wydaje nam się, że nadszedł czas na małe podsumowanie mijającego roku. Podsumowanie takie znajdziecie na końcu niniejszego zbioru; tu pragniemy tylko podziękować autorom, że zechcieli podzielić się z nami i z Wami częścią swojej twórczości.

Jeszcze tylko słów kilka o kluczu, na podstawie którego dokonaliśmy wyboru prezentowanych w tutaj tekstów. Po pierwsze – w antologii znalazły się opowiadania tych autorów, którzy w ciągu minionego roku opublikowali w naszej oficynie przynajmniej jedną książkę. Po drugie – wybraliśmy te teksty, które cieszyły się największą popularnością wśród naszych Czytelników, czyli miały najwięcej „pobrań” z naszego serwisu. A jeżeli się wahaliśmy między kilkoma pozycjami, decyzję pozostawialiśmy autorowi. Po trzecie – aby uniknąć nieporozumień i nie wartościować zebranych tekstów – ułożyliśmy je w porządku alfabetycznym według tytułów.

Opowiadania w oczywisty sposób reprezentują wydawaną przez nas tematykę. Dlatego najwięcej jest w zbiorze opowiadań fantastycznych; pod względem treści, ale też wykonania. Niemniej wielbiciele obyczaju, romansu, horroru, groteski i satyry też znajdą w naszej antologii coś dla siebie.

Zapraszamy do lektury i życzymy wszystkim… Zaczytanych Świąt!

 

Pozdrowienia

Zespół RW2010


Romuald Pawlak
ARMIA ŚLEPCÓW

Cisza w prywatnej komnacie cara Samuela była tak wielka, tak nieznośna, trwała tak długo, że komuś mniej cierpliwemu niż jego doradca Tiabros mogła się wydawać czymś strasznym. Mnich był jednak przyzwyczajony do tych chwil, kiedy władca zapadał w głębokie zamyślenie. Usiadł przy kominku, na którym płonęły sosnowe drwa, i obserwował swego pana ze spokojem.

Samuel wciąż milczał i milczał. Tylko drobne mięśnie grające na twarzy cara świadczyły o targającym nim napięciu.

Wreszcie mruknął z niechęcią:

– Odpraw ją. Nie muszę się uciekać do czarów, żeby rządzić państwem.

Mnich wstał. Górował teraz nad władcą – i byłaby to niebywała wprost obraza, karana gardłem, gdyby obaj nie znali się tak długo, niemal od dziecka. Samuel nigdy nie traktował swego doradcy jak innych.

– Ale ona… – zaczął Tiabros.

Władca spojrzał na niego zimnym, spokojnym wzrokiem. Lecz gdzieś tam, na dnie tego spojrzenia, wprawne oko mnicha dostrzegło rozpacz.

– I nikt nie może się dowiedzieć o tej propozycji, rozumiesz? – stwierdził Samuel tonem, jakim raczej należałoby wydawać rozkazy śmierci niż poufne dyspozycje. Choć często bywa to to samo.

Doradca zgiął się w niskim pokłonie. Żałował teraz, że nie odmówił księciu Dymitrowi, kiedy ów nakłaniał go do podsunięcia tej kobiety carowi.

– Tak, panie mój. Czym prędzej się jej pozbędę.

 

***

Wieszczka nie potrzebowała słów Tiabrosa. Chociaż wyglądała bardzo młodo, jakby zaledwie kilka lat temu zamieniła dziecięce szaty na strój młodej kobiety, sama domyśliła się wyniku rozmowy. Siłę swych rad i przepowiedni po równi czerpała ze świata nadnaturalnego, jak też rozumienia gestów oraz odczytywania wyrazu twarzy ludzi, którzy szukali u niej pomocy.

– Popełnił błąd – westchnęła, poprawiając czarną, prostą suknię bez ozdób. Spojrzała mnichowi prosto w oczy, uśmiechnęła się ze smutkiem, wreszcie sięgnęła po futrzany płaszcz, dar od księcia Dymitra. – Błądzi w ciemnych korytarzach, a potrzebuje choć promyka światła, który naprowadzi go na właściwą drogę…

Tiabros podszedł i chwycił ją za ramię. Ścisnął gniewnie, z całej siły, jak opierającą się kozę.

– Nie ty będziesz światłem naszego cara! Ciesz się, że nie kazał cię zabić. Wracaj do swego pana i raduj się pobytem w Ochrydzie, póki możesz.

Kobieta prychnęła cicho. Po raz ostatni rozejrzała się po komnacie. Nigdy nie była tak blisko cara. Nawet stąd czuła jego rozdzierającą samotność, smutek i potrzebę rozwiania krążących nad jego głową mgieł. Także obaw o przyszłość.

– Naprawdę powinien mnie wysłuchać… – podjęła.

Mnich z rozmachem uderzył ją w twarz. Zdziwił się własnej reakcji, może nawet trochę przestraszył, uniósł rękę, jakby chciał coś zrobić, może przeprosić zaskoczoną wieszczkę. Skończyło się na tym, że po chwili wahania wskazał jej drzwi. Pocierając dłonią bolący policzek, podążyła ku wyjściu.

„Wracaj sobie do księcia” – pomyślał Tiabros z nagłą złością.

 

***

Zostawszy sam, car wreszcie mógł przestać udawać. Był zmęczony, czuł się stary niby biblijny prorok, którego imię nosił. I jak on, spoglądając w przeszłość, mógł rzec: „Moją zasługą jest ich zjednoczenie. Jak Samuel biblijny zjednoczył Izraelitów przeciw Filistynom, tak ja zebrałem plemiona i ziemie przeciw ciemiężcy, dałem swym ludziom własne państwo”.

Teraz jednak to wszystko wymykało mu się z rąk. A winien temu był ów przeklęty władca Konstantynopola, Bazyli II.

Obaj młodo wstąpili na swe trony. Wojnę toczyli od kilku dekad, niby w imieniu państw, ale było w tym coś osobistego, jakaś gra sił i charakterów, mocowanie się niby w zapasach. Zacięci wrogowie, którzy nigdy nie spojrzeli sobie w twarz…

Pośród osobistych rzeczy w jednej ze skrzyń Samuel trzymał medalion z obliczem Bazylego. Był to portret władcy, który porzucił już hulaszczy i lubieżny tryb życia, z jakiego ongiś słynął. Portret mężczyzny surowego, podejrzliwego i drażliwego. Skupionego na jednym celu: rozszerzeniu granic Cesarstwa tak bardzo, jak to tylko możliwe za życia jednego człowieka.

Czasem Samuel przeklinał go, jak podczas tej greckiej wyprawy, kiedy został ranny w bitwie z bizantyńskim wodzem Niketasem Uranosem na ziemiach Peloponezu. Częściej jednak patrzył w oblicze władcy Bizancjum z triumfem, pytając: „No i co, stary głupcze? Co teraz powiesz?”.

Ich drogi po raz pierwszy skrzyżowały się, kiedy młody bazileus poprowadził swą inauguracyjną wyprawę prosto na bułgarskie ziemie przeciw młodemu, ledwie obdarzonego insygniami władzy carowi. Wtedy najeźdźca dotarł aż do Serdyki, sięgnął serca słowiańskiego państwa. Jednak miasta, mimo oblężenia, nie udało mu się zdobyć. I to Samuel był wtedy górą, bo we Wrotach Trajana zastawił pułapkę na powracającą bizantyńską armię, dokonał istnej rzezi. Do dziś na wspomnienie tamtego triumfu staremu carowi lśniły oczy. Och, ależ ci Grecy uciekali! Wytoczoną z nich krwią można by wykreślić szlak aż do Konstantynopola, ha!, nawet dalej, aż ku Doryleum…

Była to zapłata za wcześniejsze upokorzenie, kiedy to władca bułgarskiego państwa, Borys II, spętany więzami niewoli uświetnił triumf Jana Tzymiskesa w stolicy. Samuel zmazał tę hańbę.

Pragnął jednak osiągnąć więcej. Chciał być niby Symeon, którego z honorami przyjęto w Konstantynopolu, który z rąk tamtejszego patriarchy przyjął koronę bazileusa Bułgarii, a wreszcie niemal został uznany za współcesarza, co drogą sukcesji otworzyłoby mu drogę do tronu Bizancjum.

Niemal. Dworskie intrygi zniweczyły plany Symeona. Młody Samuel, połykając kolejne ziemie słabego Cesarstwa, zamierzał naprawić ten błąd.

Stary car gorzko śmiał się z tych planów żądnego greckiej krwi młokosa, jakim był niegdyś. Być może gdyby trafił na kogoś innego po drugiej stronie, jakiegoś malowanego paniczyka bojącego się doradców, skupionego na czytaniu ksiąg i dworskich zabawach…

Czemu los skrzyżował jego drogi z tym człowiekiem, który jak on nie znosił cudzej potęgi u własnego boku? Przyszło mu walczyć z wilkiem, cesarzem-żołnierzem, nie zaś, jak to zwykle tam u nich bywało, cesarzem-erudytą oderwanym od spraw ziemskich, błąkającym się pośród oparów teologicznych czy prawnych dogmatów.

Bazyli na początku z trudem wytrzymywał napór bułgarskich armii. Te docierały nawet pod mury Adrianopola. Lecz z czasem przezwyciężył własne słabości, przebudził się w nim prawdziwy wojownik. Ostatnich dziesięć lat to były triumfy Bizantyjczyka. Cesarz już zdołał oderwać Macedonię i Tesalię, odbierał miasto po mieście, twierdzę za twierdzą, a teraz zamierzał wydać Bułgarom walną bitwę pośrodku ich ziem. Car nie miał złudzeń: w lecie wszystko się rozstrzygnie.

Tak… wszystko wymykało mu się z rąk. A co gorsza, jego jedyny syn, Gabriel Radomir, nie nadawał się na następcę. Brakowało mu charakteru, umiejętności rozmawiania z ludźmi, a wreszcie najzwyklejszego rozumu, aby mieć w trudnych sprawach własne zdanie. Szkoły, do których Samuel posyłał syna, nauczyły go ogłady, lecz ani męstwa, ani przenikliwości władcy. Car z obawą spoglądał w przyszłość i nie pocieszał go fakt, że Bazyli ma podobne problemy ze schedą.

Obaj byli teraz starzy i schorowani. Jeden pragnął zachować to, co z takim trudem stworzył, drugi pragnął to odebrać, aby ze swej potęgi stworzyć pomnik na wieczność.

I to Samuel wciąż się cofał w tej grze, tracił siły. Bazyli triumfował.

Car podszedł do skrzyni, wygrzebał medalion. Otworzył go i popatrzył z nienawiścią na posępne, podobne do wrony oblicze swego wroga.

– Jak cię pokonać? – mruknął.

Naraz ogarnęła go fala gorąca, atak niepohamowanej wściekłości. Rzucił medalionem o podłogę. Podniósł, rzucił jeszcze raz… i jeszcze… dopiero wtedy się uspokoił. Kopnął go pod sofę. „Tam jest twoje miejsce – pomyślał mściwie. – W proch i kurz, w niepamięć!”

Brzęk zwabił Tiabrosa. W jego spojrzeniu widać było niepokój.

– Nic się nie dzieje! – uspokoił go Samuel, uśmiechając się gorzko.

Mnich odpowiedział równie kwaśną miną.

– Bardzo głośno myślisz, panie.

Car tylko niecierpliwie machnął ręką.

– Lepiej mi powiedz, co sądzisz w takiej sprawie: twoim zdaniem, ze złej matki może się zrodzić dobry syn?

Doradca dobrze znał swego pana, bez trudu podchwycił tok jego myśli.

– Myślisz, panie, o Teofano, jego matce? Może i zaczynała jako prosta kobieta, może i była morderczynią, jak wieść niesie, ale dla swych dzieci chciała dobrze. I on też może dla Bizancjum jest dobry, choć nam niesie klęskę za klęską.

Samuel skrzywił się. Nic jednak nie rzekł, bo w słowach Tiabrosa kryło się sporo racji, a cenił go za prawdę, nie za głupstwa wypowiadane ze strachu lub umysłowej nędzy.

– Jak do niego dotrzeć? – spytał z rozpaczą. – Próbowałem go szpiegować, otruć, a nawet zawiązać tajny sojusz przeciw niemu z serbskimi góralami. I wszystko na nic. A teraz nęka nas, wiosną znów spróbuje zaleźć za skórę, wygnieść z gniazda, w którym siedzimy.

Mnich westchnął.

– Prawdziwy dziedzic Teofano z niego, panie mój. Trzyma władzę i nie puści, gotów posunąć się do wszystkiego. Nie wiem, czy ktokolwiek ma na niego wpływ. Przecież wiesz, że z nikim niemal się nie spotyka, a decyzje podejmuje sam. Może się boi, a może nie ufa. Trzeba go będzie pobić w polu, nie ma innej drogi.

– To wiem i bez ciebie – wzruszył ramionami zawiedziony Samuel. – Szukałem łatwiejszego sposobu.

Tiabros zawahał się.

– Panie, mogę ją przy…

Uniesiony w niemym ostrzeżeniu palec cara sprawił, że doradca zamilkł w pół słowa. Bezradnie rozglądał się po komnacie. Była niemal pusta. Wystawniej wyglądały pokoje choćby księcia Dymitra, a nawet – co mnich konstatował z pewnym wstydem – jego własna izba. Samuel nie lubił przepychu. „To też łączy go z tym ascetycznym starcem rezydującym w Konstantynopolu” – pomyślał z nagłym zaskoczeniem Tiabros.

– Odejdź – nadspodziewanie łagodnie poprosił jego pan. – Chcę się pomodlić w samotności.

 

***

Rankiem, ledwie wstał, posłaniec od Dymitra przyniósł list. Książę prosił o spotkanie w cztery oczy.

Samuelowi również to odpowiadało. Chciał bez świadków porozmawiać o zbliżającej się kampanii. Wczoraj, w środku ciemnej nocy, przebudził się z krzykiem, a później wstał i wypił kilka łyków wody. Nie mogąc spać, przemyślał sprawę. Bitwa w otwartym polu była ryzykowna, ale można spróbować zwabić starego lisa w pułapkę.

Dymitr wkroczył do komnaty niczym do zbrojowni. Krok miał sprężysty, postawę wojowniczą. Przyklęknął na kolano, chyląc głowę, ale gdy car dał znak, żeby porzucili ceregiele, w spojrzeniu dowódcy bułgarskich wojsk natychmiast pojawił się twardy błysk.

– Odprawiłeś ją, panie? – zaczął.

W pierwszej chwili car nie bardzo wiedział, o co chodzi księciu. Dopiero po chwili domyślił się, kogo Dymitr ma na myśli.

– Odprawiłem – potwierdził. – Przecież wiesz, że nieraz korzystałem z wieszczek i nie uchroniło nas to od klęsk…

Książę spochmurniał.

– Ona jest inna. Sprawdzona.

Samuel zrobił kilka szybkich kroków po komnacie. Roześmiał się ochryple.

– Sprawdzona jak ta, która kazała nam iść na Adrianopol, w drugą stronę świata, podczas kiedy Bazyli oblegał nasz Widyń? Musi to odciągnąć Bazylego, twierdziła zapatrzona w żywą wodę. Cesarz na pewno ruszy ratować swe miasto… A tymczasem osiem miesięcy oblegał naszą twierdzę, aż padła, i cóż nam dało splądrowanie Adrianopola? Od dziesięciu lat próbujemy odzyskać Widyń, bezskutecznie. Tyle nas kosztowała porada owej kobiety.

Przerwał, by po chwili dodać jeszcze:

– Tak, pamiętam, że nie ty wtedy dowodziłeś wojskami. Ba, nie ty proponowałeś mi tamtą wieszczkę…

– Ona już parę razy przepowiedziała prawdę – mruknął zaczepnie czerwony na twarzy książę. – Można by jednak z tego skorzystać… co szkodzi?

Car podszedł do okna. Na dziedzińcu wymiecionym ze śniegu, którego w nocy napadało po kolana, grupka wyrostków ćwiczyła się w walce na drewniane miecze. Samuel gestem zaprosił Dymitra, wskazał mu dzieciaki.

– Nam są potrzebne męstwo i rozum. Może szpiedzy. Wszystko rozstrzygnie się latem, jak znam życie, za sprawą miecza i łuku.

Westchnął, podszedł do stolika przy jednej ze ścian. Nalał wina do dwóch srebrnych pucharów, jeden podał księciu, drugi zbliżył do ust i upił łyk trunku.

– Dymitrze, chłopcze, ty naprawdę wierzysz w jej brednie? – spytał wreszcie. – Jesteśmy tu sami, nikt nie słucha, to ci powiem wprost: kiepski byłby z ciebie dowódca, gdyby zamiast żołnierzy musiała walczyć za ciebie baba! A przecież cenię cię, bo żeś waleczny i wygrałeś dla mnie niejedną bitwę bez pomocy wróżek czy demonów, samym tylko solidnym żołnierskim rzemiosłem!

Książę jeszcze mocniej poczerwieniał na twarzy, zagryzł wargę tak bardzo, że zdało się – jeszcze chwila i tryśnie krwią. Nic jednak nie odrzekł.

 

***

Tej nocy w komnacie księcia Dymitra świece płonęły długo, a wokół unosił się zapach ziół.

– Musi się strzec Radomira – jęczała wieszczka. – Powiedzcie mu… kiedy na niego spojrzy… jego zimny oddech przyniesie carowi śmierć…

Książę wzruszył ramionami. Nie było w otoczeniu cara nikogo, kto by się tak zwał, poza odesłanym z dworu jego synem. Trzeba będzie o tym pamiętać… w stosownej chwili. Dymitr uśmiechnął się okrutnie, samymi wargami, nie odsłaniając zębów.

Sięgnął po przyszykowany powróz.

Być może powinien obawiać się skutków tego, co zamierzał uczynić. Był jednak jeszcze niestary, miał dopiero trzydzieści dwa lata. I łaknął władzy, którą nie będzie musiał się z nikim dzielić.

 

***

Dwa dni później psy na przedmieściach wygrzebały ze śniegu ciało wieszczki. Obok leżał okuty kij podróżny i tobołek z rzeczami.

Byli tacy, co się zdziwili, czemu kobieta opuściła stolicę i samotnie powędrowała zimowym szlakiem.

Znaleźli się jednak i tacy jak Tiabros, których modlitwa tego dnia była gorliwsza niż zwykle, jakby ich winy były większe.

 

***

To było coś znacznie gorszego niż porażka z ręki Niketasa Uranosa na Peloponezie! Tamta była przypadkowa, zadana w czasie łupieżczego rajdu, na obcej ziemi. Tu wpadli w sidła szczwanego lisa, który pozwolił im wleźć na przełęcze Biełasicy, niby to uciekając… i naraz okazało się, że jego wojska są wszędzie, po prostu wszędzie, zaciskają pierścień okrążenia wokół armii Samuela! Jakim cudem bazileus przeprawił swe oddziały przez rwący, wezbrany Strymon?! Jakim cudem, zamiast wpaść w pułapkę, sam zdołał ją założyć?!

Gdyby nie poświęcenie Dymitra, stary car już by nie żył, nie uszedłby z zasadzki. Wykpił się poważną raną uda. Leżał teraz bezsilnie na wozie skaczącym na wertepach niby kozica, jęczał, gdy koło trafiało na większą nierówność i wóz podskakiwał, wyrzucając w powietrze miękkie koce wraz z Samuelem.

Ucieczkę prowadził jeden z tutejszych, znający te góry jak własną kieszeń. Wysforował się naprzód, dając grupce towarzyszącej władcy sposobność zamienienia kilku poufnych słów.

– Książę Dymitr walczy jak nigdy dotąd, jak sam diabeł wcielony! – Tiabros, jadący konno obok wozu, próbował pocieszyć cara. – Jeszcze nie wszystko stracone! Jakoś wycofa się z ludźmi. Bazyli nie zdoła przecież całej armii przerzucić byle jakimi przeprawami, a mosty pozrywane!

Samuel pokręcił głową. Był coraz bardziej blady. Z rany wciąż sączyła się krew.

– To nie wystarczy – stęknął. – Ocali ćwierć armii, jak Bóg da.

Naraz zakręciło mu się w głowie. Zamknął oczy i zapadł w niespokojną drzemkę.

Spoglądając na rannego cara, doradca zastanawiał się, czy dowiozą go żywego do Prilepu oddalonego o dwa dni ostrej jazdy.

Zbliżył się do przewodnika i zagadnął go o to.

– Te góry niejednego zmogły – ten chwilę się wahał, nim odpowiedział. – I myśma też się cudem wyrwali. Ale skoro już, damy radę dotrzeć do miasta, moja w tym głowa. Czy cara żywego dowieziem, to inna rzecz, Bóg jeden wie.

Tiabros wzruszył ramionami. Każda góra, u stóp której się przegrywa, jest zła dla pokonanego. I dobra dla zwycięzcy. Mnich miał nadzieję, że nigdy, przenigdy już tu nie wróci.

W dali ponad masywem wznosił się wysoki szczyt nakryty śniegową czapą, gdzieniegdzie tylko odsłaniający granitowe żebra sterczące niczym szkielet kościotrupa. Mijali go z lewej, schodząc do długiej doliny, w której leżał Prilep.

Przewodnik uśmiechnął się do własnych myśli. Widząc strach mnicha, nie podzielił się wiedzą, że tutejsi, mimo iż dobrze znali straszliwe lawiny schodzące z owej góry, nadali jej miano Radomir.

W tutejszym dialekcie pogadać z Radomirem oznaczało śmierć w górach.

 

***

Samuela obudziło słońce. Przez zasłony ożywczy, przesiany przez materię blask docierał do łoża cara, rozgrzewając jego słabe ciało.

Dłuższą chwilę stary władca leżał bez ruchu, przypominając sobie, kim jest, gdzie jest i co tu robi. Potem pamięć podsunęła pogrom w biełasickim paśmie, ranę, paniczną ucieczkę…

Skrzywił się z niesmakiem i zdecydowanym ruchem odrzucił skórę nakrywającą go po brodę.

Udo obwiązane było grubym opatrunkiem, spod którego wyciekała lecznicza maść. Nie bolało, nie wyczuwał również zapachu gangreny. „Będzie dobrze” – pomyślał. Gdzieś zza ściany dobiegał szmer rozmów, jednak Samuel był jeszcze senny i słaby, nie paliło mu się do towarzystwa.

Po chwili usłyszał szmer zawiasów i ktoś przestąpił próg komnaty. Car odwrócił się w tamtą stronę, ale opończa zawieszona nad wejściem skrywała postać wchodzącego.

– Kto? – rzucił półgłosem, odruchowo rozglądając się za jakąkolwiek bronią.

– Ja, panie – uspokoił go Tiabros. Mnich wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Przysiadł na prostym, drewnianym zydlu przy łożu swego władcy, spoglądając na niego badawczo.

– Jak długo leżę? – spytał Samuel.

– Trzy dni – z wahaniem odparł doradca. – Rana dosyć ciężka, sporo krwi straciłeś, panie…

Car pomilczał chwilę. Trzy dni… a więc jak nic sześć od bitwy.

– A Dymitr? Co z armią?

Tiabros poruszył się niespokojnie. Zydel zatrzeszczał, jakby miał się rozpaść pod jego ciężarem, choć mnich był szczupły, by nie rzec – chudy. „Cóż, meble tu takie, jak i miasto: biedne – pomyślał Samuel. – Nie to, co w Ochrydzie”. Prilepski zamek, gdzie się teraz znajdowali, w niczym nie przypominał fortecy w stolicy.

– Nie wiem. Wróciły jakieś luźne grupki, reszta pono pod wodzą Dymitra wciąż się bije…

– Nie chcę żadnego „pono”! – przerwał mu zniecierpliwiony władca, podrywając się z łoża. Wysiłek był zbyt wielki, znów opadł na poduszki. – Na co czekasz? Aż tu umrę?! Jak nie wiesz, gońców pchnij, uczyć cię mam?! Do diabła, czemu wcześniej tego nie zrobiłeś?!

Doradca prawie wybiegł z komnaty.

Zaraz potem, jakby przywołany przez Tiabrosa, wkroczył do niej medyk, starszy brodaty mężczyzna o spojrzeniu pijawkarza, który odruchowo szuka u chorego miejsca na ciele, gdzie mógłby ulokować swe oślizgłe stworzenia. Obejrzał ranę, pokiwał głową, wreszcie orzekł, że za tydzień Samuel będzie mógł wstawać.

Później służba przyniosła posiłek. Car wypił trochę rosołu, poskubał pieczystego, wmusił w siebie jabłko, wreszcie gniewnym ruchem ręki odprawił całą tę hałastrę.

– Precz! Muszę pomyśleć!

Poczuł się na siłach, aby podumać nad kolejnym ruchem. Bazyli wygrał bitwę. Ale czy wygrał wojnę – oto pytanie!

Nie potrafił się jednak skupić. Ciągle wracało do niego to samo pytanie, które niby robak drążyło jego umysł od lat.

„Przecież nie jestem tak okrutny jak Krum, nie pijam z czaszki żadnego bizantyjskiego cesarza – pomyślał z rozpaczą Samuel, bezsilnie mnąc pościel. – Chcę tylko dobra swego państwa. Chcę, żeby trwało. Boże mój, czy to naprawdę zbyt wiele?”

Gdzieś tam Bazyli zapewne triumfował. A w sercu cara nienawiść mieszała się z goryczą.

„On byłby gotów zmienić swe obyczaje. Skorzystałby z mojego czerepu zamiast ze stołowego srebra, gdyby zaszła taka potrzeba – ciągnął swe ponure rozważania władca Bułgarów. – Przecież już zmienił zwyczaje wojenne. Zamiast rozpoczynać kampanię w pełni wiosny i powracać na swe ziemie w końcu lata, jak przystało cesarzowi, ten wściekły wilk gotów zimować tutaj, walczyć, póki nie osiągnie celu!”

I chwytał się każdego sposobu, nawet podłej zdrady. Dracz przecież nie padł po strasznym oblężeniu, mury nie zostały zrujnowane. Bizantyjczyk przekupił ludzi, miasto bez choćby dnia walki przeszło na jego stronę.

„Czy teraz taki los czeka Prilep? Ja tu leżę, czekając na Dymitra, a może już kupczą mną jak kurą na targu? Może gwarancje dla miasta są warte dla Bazylego widoku starego cara prowadzonego na postronku niby rzeźne cielę, jak inny bazileus prowadził ongiś Borysa II?”

Wreszcie, nie wymyśliwszy niczego poza kolejną próbą skrytobójczego zgładzenia bazileusa, usnął.

 

***

Kiedy znów wyrwał się z otchłani bólu promieniującego z rany i mroków niespokojnego snu, dzień zmierzał ku końcowi. Słońce zniknęło już z okna.

Uderzyła go cisza.

I to właśnie ona naprawdę zaniepokoiła władcę. Życie w zamku nigdy nie cichnie, a teraz było tak, jakby przez Prilep przeszła zaraza i tylko starego cara Bóg oszczędził.

– Tiabros! – krzyknął.

Głucho… Gdy tylko umilkł jego głos, w komnacie zaległo przykre milczenie. Władca nie słyszał ani szczura czy myszy, jakby wszelka żywina poukrywała się w dziurach.

Dopiero po dłuższej chwili niepewnie skrzypnęły drzwi. Samuel uniósł się ciężko na łokciu, jęknął, bo udo znów ogarnął płomień bólu.

– Leż, panie – poprosił mnich, podchodząc. – Nic… nic się nie dzieje, naprawdę – zapewnił.

Ale jego mina świadczyła o czymś wręcz przeciwnym. Nie umiał kłamać. Może dlatego car zaufał mu kiedyś i nigdy się na nim nie zawiódł.

– Klęska? – stęknął teraz boleśnie, próbując podnieść się z łoża. – Nie kłam mi! Miasto wzięte? Pomór? No mów, przebrzydły klecho, mów, nie oszczędzaj mi prawdy! – Jego ręka mocno zacisnęła się na ramieniu Tiabrosa.

Doradca w milczeniu pomógł Samuelowi stanąć na nogi, widząc, że nie zdoła utrzymać go w łożu niby chorego dziecięcia. Chwiejąc się lekko na nogach, sycząc z bólu, jakim promieniowała rana na udzie, stary władca zrobił kilka kroków, sięgnął po leżący na niskiej ławie pod ścianą płaszcz z rysich skór.

– Mów, co się dzieje! – podniósł głos. – Natychmiast!

Tiabros z trudem przeciskał słowa przez gardło:

– Nasza armia wraca… pobita…

Na Samuelu nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Uciekając z biełasickich przełęczy, wiedział przecież, że bitwa przegrana. Skoro część armii wraca, trzeba czym prędzej organizować obronę, bo za uciekinierami może już ciągnie Bazyli ze swym wojskiem.

– Wyjdźmy… trzeba im pokazać, że car żyje… natchnąć nową nadzieją… – rzucał rwane przez ból słowa.

Tiabros próbował coś powiedzieć, ale Samuel nie dał mu dojść do słowa. Pierwszy wyszedł z komnaty.

Wszędzie było pusto, jakby wszyscy pouciekali z zamku. Tiabros pamiętał, do której z bram miało dotrzeć wojsko i tam poprowadził cara.

Zdążył się tu już zebrać spory tłum ciekawskich. Wierzeje były otwarte, krata podniesiona. Do środka wkraczała właśnie pierwsza grupa żołnierzy, a droga prowadząca do warowni była czarna od głów postępujących za nimi towarzyszy.

Szli jeden za drugim, niepewnie wystawiając przed siebie ręce jak ślepcy. Car z początku nie rozumiał dlaczego, ale tylko z początku… Niemal wszyscy naprawdę byli ślepcami. Im więcej wkraczało ich na wielki plac zaraz za bramą, tym straszniej to wyglądało. Tylko gdzieniegdzie któryś z żołnierzy błyskał jedynym ocalałym okiem i prowadził innych dalej w głąb twierdzy, tak jak wcześniej prowadził ich do Prilepu.

W świetle zmierzchu ta karawana ociemniałych oraz ich jednookich przewodników wyglądała gorzej niż senny koszmar. Bo w tym pojawia się zwykle kilka, kilkanaście mrocznych postaci i groźny opar strachu. A tu… przed oczyma Samuela przechodziła niemająca końca armia ślepców, tłocząc się na dziedzińcu, powoli wsiąkając w prilepskie uliczki i bramy. Stary car nie mógł się przebudzić i otrząsnąć z narastającej w nim grozy, wciąż stał na schodach wiodących od zamku ku dziedzińcowi, podtrzymywany przez Tiabrosa.

Gapie milczeli. Tłum wojaków wlewał się wciąż w bramy miasta, powłócząc nogami, z wyciszonym, zrezygnowanym jękiem. Stało się jasne, że Bazyli odesłał wszystkich pochwyconych na przełęczy Biełasicy, wcześniej trwale ich okaleczywszy. Setki, tysiące ślepców.

Samuel do bólu zaciskał zęby. Posłał tę armię na ryzyko wojenne, sam też się przed nim nie uchylił, rwąca rana w udzie świadczyła o tym najdobitniej. Gdyby ci ludzie po prostu zginęli, jak to zwykle ma miejsce – cóż, zniósłby to tak, jak władcy znosili to od początku świata i jak będą to znosić zawsze.

Lecz człowiek, którego tak nienawidził, odesłał mu ich niby żywych, a jednak niezdatnych do niczego, w pewnym sensie już martwych. Wróciły do Samuela słowa pomyślane jakiś czas temu, „No i co, stary głupcze? Co teraz powiesz?”. Wróciły ciężkie jak kamień.

„Teraz trzeba będzie zaopiekować się tymi ludźmi – myślał z rozpaczą, gniewem i bezsilną wściekłością car. – Tyloma tysiącami ludzi! Jakie to koszty! Już by lepiej było im zginąć w jakimś wąwozie!”

Co gorsza, przecież gdziekolwiek pójdą, będą tam obniżać morale, podrywać wiarę w sens walki. Także morale obecnych żołnierzy, bo który z nich chciałby zostać tak okrutnie potraktowany zamiast zginąć z honorem, jeśli już trzeba?

I wtedy w stronę Samuela skręciło dwóch ludzi. Jednym był jednooki przewodnik. Drugim… całkiem ślepy Dymitr.

Wspierający się na Tiabrosie władca zrobił kilka kroków w kierunku księcia. Współorganizatora wyprawy. A teraz ofiary tej wojny.

Kilka niezwykle ciężkich kroków. Jakby pokonywał wściekły nurt rzeki.

Przewodnik szepnął coś Dymitrowi, a gdy car i jego doradca byli już na wyciągnięcie ręki, zgiął się w kornym pokłonie. Mnich pomyślał, że zaraz oszaleje, zacznie krzyczeć. Zaczął bezgłośnie modlić się do Boga – nie, wcale nie o cud dla tych nieszczęśników, żeby mogli wrócić do zdrowia. Prosił o łaskę szybkiego zapomnienia tej przerażającej sceny.

Dymitr stał sztywno jakby w obawie, że kiedy zrobi jakiś ruch, przewróci się i ośmieszy. Krwawymi oczodołami spoglądał na Samuela, który nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Czas zdawał się zastygnąć – przynajmniej dla tych kilku osób.

Wreszcie książę spróbował coś powiedzieć. Poruszył bezgłośnie ustami raz i drugi, jednak zamiast słów wydobył się z nich cichy, prawie niesłyszalny szloch. Opuścił głowę i zrobił dwa niepewne kroki w bok. Jego przewodnik poderwał się z kolan, podtrzymał swego wodza…

Władca także nie był w stanie wyrzec ani słowa. Dyszał tylko ciężko, coraz głośniej. Na czoło wystąpiły mu grube żyły.

Naraz krzyknął niezrozumiale, ochryple, bardziej gniewnie niż z bólu – i bez czucia padł na śnieg.

 

***

Tiabros czuwał przy łożu umierającego dzień i noc. Odchodził tylko na mszę do cerkwi. Raz poszedł też do Dymitra, który zamknięty w swej komnacie z nikim nie chciał rozmawiać. Doradcę cara jednak wpuścił. I, może powodowany okrucieństwem i złośliwością – ponurymi towarzyszami rozpaczy – a może chęcią powierzenia komuś swego straszliwego sekretu, wyznał, co kiedyś uczynił i za co do końca swego nędznego życia będzie pokutować. Po tym spotkaniu mnich wyszedł wstrząśnięty. Myślał dotąd, że wieszczkę zabił jakiś rabuś, choćby dla cennego futra, które podarował jej książę.

Modląc się, doradca umierającego cara zwykle płakał. A ludzkie współczucie, spojrzenia pełne podziwu i szepty, jak bardzo kocha swego władcę, sprawiały mu ból tak nieznośny, że chciał krzyczeć pośród tej boskiej ciszy, rozerwać ją na strzępy, zbezcześcić.

Któregoś dnia wieczorem po mszy zaczepiła go jakaś babina zakutana w szmaty, odstręczająca, śmierdząca biedną starością. Chciał ją odpędzić, by szybciej wrócić do swego władcy, ale ona uczepiła się szaty jak rzep. Przystanął w końcu, pojmując, że prędzej się jej pozbędzie, jeśli wysłucha, co ma do powiedzenia.

Dyszała chwilę zmęczona walką z Tiabrosem, wreszcie spod sukni wyjęła zawiniątko. Ze środka błysnęło kolorowe szkło.

– Straciłam na tej przełęczy syna – wychrypiała. – Ale nasz car dobry był, nie ma we mnie gniewu… Niech tu weźmie tę żywą wodę z cudownego źródła, namaści mu skronie – wetknęła mnichowi buteleczkę w dłoń, zacisnęła troskliwie jego palce, żeby nie upuścił. – Pomagało na straszne choroby, niech spróbuje, nie zaszkodzi… – zamilkła, bo cóż prosta baba może więcej zrobić, jak dać to, co chowała najcenniejszego. Trzymała dla syna, ale temu już co innego przecież pisane.

Patrząc na tę starą, pomarszczoną kobietę o oczach ongiś niebieskich, teraz wypłowiałych jak niebo w bezchmurny letni dzień, doradca przypomniał sobie naraz twarz tamtej wieszczki w Ochrydzie. I jej słowa.

Teraz dopiero pojął, że brzmiały jak prośba.

Tymczasem nagle w mieście zaczęły bić dzwony.

Mógł nadciągać Bazyli ze swymi wojskami. Albo gdzieś wybuchł pożar, chociaż doradca nigdzie nie dostrzegał warkoczy dymu.

Nie potrafił jednak okłamywać sam sobie. Wiedział dobrze, co naprawdę zwiastuje to bicie dzwonów: to car umarł.

Ukrył twarz w dłoniach. Szklane naczyńko wypadło mu z ręki.

Zabłysło światłem gasnącego dnia, nim utonęło w śniegu.

 

***

W dwa tygodnie po pogrzebie Samuela mnich Tiabros postanowił poszukać sobie jakiejś pieczary w niedostępnych górach, tam pościć, medytować, a wreszcie umrzeć.

Zrazu próbowano go zatrzymać, tłumaczyć, że zły los się odwróci, a wojnę z bizantyjskim cesarstwem wciąż można wygrać. Radomir, nowy car, chciał go nawet więzić, trzymać w zamkniętej komnacie, póki duchowny nie wyjdzie z najgłębszej rozpaczy. Następcą Samuela powodowało nie tyle współczucie, co świadomość, że stary mnich był doradcą ojca, więc ma wiedzę, jakiej Radomir długo nie posiądzie.

Tiabros jednak uparcie wszystkim tłumaczył to samo: że nie chce oglądać upadku swego państwa. Nie wyjaśniał, że miał w swym ręku nić lepszego losu wszystkich Bułgarów i pozwolił jej się wymknąć z bezwładnych palców. We własnych oczach ponosił winę. Powinien był bardziej nalegać. Zrozumiał to wreszcie, choć zbyt późno.

W końcu uznano, że bezpowrotnie oszalał z rozpaczy, a jego słowa sieją tylko ferment pośród ludzi. Pozwolono mu więc wyjechać. Pobłogosławił mieszkańców Prilepu i ruszył w swą ostatnią drogę.

Kto wie, może sam Bóg miłosierny wysłuchał jego próśb o łaskę szybkiego zapomnienia? Nie dotarł daleko. Zaraz w drodze dopadły go wilki i rozszarpały na ćwierci, pożywiły się, a część kości rozwłóczyły nieopodal.

Twarz jednak pozostawiły nietkniętą. I ci, co znaleźli mnicha, zdziwili się, bo zamiast grymasu przerażenia na obliczu starego ujrzeli… ulgę.


Maciej Ślużyński
BOŻY KOMANDOS

Taksówka trzęsła niemiłosiernie, bo też cóż to była za droga! Więcej dziur niż gładkiego asfaltu, a i asfalt już całkiem zszarzał i pewnikiem kruszył się na potęgę. Ale posuwali się mimo wszystko naprzód, choć o wygodach nikt nie myślał.

– Czy daleko jeszcze? – zapytał niecierpliwie jeden z pasażerów, niewidomy czterdziestoletni ksiądz w sutannie i z koloratką poluźnioną pod szyją.

– Kilometrów kilka zaledwie, dobrodzieju – odrzekł ze śpiewnym kresowym akcentem kierowca, zerkając ciekawie w tylne lusterko.

W odpowiedzi ksiądz tylko jęknął i o nic już nie pytał, pogrążając się w swoich myślach. Siedząca obok niego młoda dziewczyna z ciekawością wyglądała przez okno, tak jakby ją akurat ta podróż co najmniej bawiła. Od samych Suwałk nie odezwała się ani słowem.

Po jakichś paru minutach kierowca dostrzegł zabudowania.

– Ot i Kaletnik już przed nami – oznajmił zadowolony.

– Kaletnik – powiedziała dziewczyna, patrząc przez przednią szybę – to duża wieś o cechach miasteczka, położona w południowej części gminy Szypliszki. Istniała jeszcze przed rokiem 1780, jako dożywotnia dzierżawa jednego z urzędników królewskich. W pobliżu był folwark, przy którym dziedzic Strzyżewski wzniósł drewniany kościółek. Król Stanisław August stworzył w Kaletniku parafię i kościółek Strzyżewskiego został właśnie tu przeniesiony. Niestety spłonął w 1915 roku, podczas działań wojennych. Na jego miejscu wzniesiono nowy, w stylu neoklasycznym; jest murowany, otynkowany na biało, posiada dwie wieże.

– A plebanię posiada? – wtrącił ksiądz.

– Tak – odparła dziewczyna.

– No to, panie kierowco, my właśnie tam poprosimy.

Mimo tej prośby taksówkarz jakby zwolnił nieco i obejrzał się za siebie.

– A panienka to uczona jakaś? – zapytał z nieskrywaną ciekawością.

– Nie – odrzekła zapytana. – Jestem tylko przewodnikiem.

– Znaczy… turystycznym przewodnikiem? – indagował dalej, coraz mocniej zaintrygowany.

– Niezupełnie – odburknęła i zamilkła.

Taksówka zatrzymała się na podjeździe przed niskim parterowym domem, stojącym w samym środku wsi, nieopodal wspomnianego przez dziewczynę kościoła. Budynek był nowy, ale zaprojektowany na kształt miniaturowego szlacheckiego dworku. Na progu stał już proboszcz z szeroko rozpostartymi ramionami.

– Witamy, witamy! – zawołał jowialnie, gdy pasażerowie po zapłaceniu uzgodnionej kwoty wysiedli z auta. – Ksiądz Marek, jak przypuszczam, wraz z przewodnikiem, czy raczej przewodniczką! Prosimy! Prosimy gości w nasze niskie progi!

– Uwaga, trzy stopnie – ostrzegła dziewczyna.

– No, to nie takie niskie te progi – zaśmiał się niewidomy ksiądz, przez proboszcza nazwany Markiem, ostrożnie zbliżając się do schodów. – Pewnie zabytkowe?

– Do zabytków należą brama i kaplica cmentarna zbudowana na początku XX stulecia – śmiertelnie poważnie odpowiedziała dziewczyna, podając mu ramię. Po pokonaniu stopni weszli do środka.

Prezentacja, która odbyła się w sieni, była krótka – ksiądz Marek z Kurii Metropolitalnej i Ania, jego przewodniczka, przywitali się z proboszczem Stępniewskim, wymieniając uściski dłoni. Z gośćmi przywitał się również starszy mężczyzna, przedstawiony im jako wójt Kaletnika. On zachował nieco więcej rezerwy w obejściu.

– Dziwny z was ksiądz – wypalił znienacka.

– Dlaczego dziwny?

Proboszcz poruszył się niespokojnie, ale wójt brnął dalej, jakby w ogóle nie słyszał pytania.

– I z dziewczyną podróżujecie. Młodą… – Pokręcił głową z dezaprobatą.

– Czy bardziej do zaakceptowania byłaby dla was sytuacja, gdybym podróżował z chłopcem? Młodym? – w głosie księdza Marka zabrzmiała wyraźna drwina. Wójt zamilkł natychmiast.

– Ania jest moim przewodnikiem, moimi oczami. Nikim więcej – zapewnił ksiądz Marek. Dyskusję na ten temat można było uznać za zakończoną.

Gościom pokazano ich pokoje, gdzie mogli się rozpakować i przygotować do uroczystego, wydanego na ich cześć obiadu. Gospodyni proboszcza stanęła na wysokości zadania, co czuło się w całym domu. Ksiądz Marek z dużą niefrasobliwością cisnął swoją torbę na podłogę tam, gdzie stał. Wyciągnął jedną dłoń i powoli ruszył przed siebie, szurając nogami po podłodze. Kiedy dotarł do ściany i dotknął jej, obrócił się w lewo i powoli obszedł cały pokój dookoła, szczególną uwagę poświęcając oknu. Starannie zbadał sposób jego zamknięcia, otworzył je, wychylił się, a potem cofnął z powrotem do pokoju. Z kieszeni wyciągnął mały kamyczek, wychylił się znowu i upuścił go tuż pod oknem. Kamyk bezgłośnie upadł w trawę, a on uśmiechnął się pod nosem i dokładnie zamknął okno.

Ania powoli i z namysłem rozpakowywała swoje rzeczy, pieczołowicie układając je w szafie i w komodzie. Pokojowi nie poświęciła ani odrobiny uwagi, ale zanim wyszła, żeby pomóc się rozpakować swojemu towarzyszowi, obejrzała bardzo dokładnie drzwi. W zamku brakowało klucza, a odkrycie tego faktu sprawiło, że zmarszczyła z niezadowoleniem brwi. Widać nikt tu niczego przed nikim nie musiał zamykać. Westchnęła ciężko i przeszła ze swojego pokoju do sąsiedniej sypialni.

– Pomóc ci się rozpakować? – zapytała.

– Jasne. Ciekawe, co dzisiaj będzie na obiad?

Pociągnęła nosem.

– Kurczak – mruknęła bez specjalnego entuzjazmu.

– Mylisz się, moja droga – odparł ksiądz Marek i również głęboko wciągnął powietrze przez nos. – Zaufaj ślepemu: to drób, ale bardziej szlachetny. Stawiam na bażanta…

 

Podczas obiadu, którego rzeczywiście główną atrakcją był faszerowany pasztetem pieczony bażant, proboszcz nadal zachowywał się uprzejmie, ale od czasu do czasu zerkał ciekawie na swoich gości. Również drugi z gospodarzy, wójt Kaletnika, nie krył swojego zainteresowania, choć pomny reprymendy podczas powitania nie kwapił się z ujawnianiem jakichkolwiek swoich przemyśleń. Rozmowa aż do deseru toczyła się wokół spraw dość ogólnych; kiepskiego urodzaju w tym roku z powodu suszy, fatalnego stanu drogi do Kaletnika, zwłaszcza na jej ostatnim odcinku, i połowów ryb w miejscowym jeziorze. Ale przy deserze lodowym własnej roboty, przygotowanym – a jakże – przez gospodynię proboszcza, neutralne tematy skończyły się i na chwilę zapadła cisza.

– A może zapytam wprost? – zagaił niewidomy ksiądz. – Czemu zawdzięczam wasze zaproszenie, przekazane mi przez Jego Eminencję biskupa?

Proboszcz i wójt spojrzeli po sobie, jakby dopiero teraz ustalali, który z nich udzieli niezbędnych wyjaśnień. Wreszcie, jako rzeczywisty gospodarz, głos zabrał proboszcz:

– To w sumie trochę dziwna historia, a w skrócie można by ją zamknąć w jednym zdaniu. Otóż w pobliskiej wsi, Bobrowisku, straszy… Wiem, że to brzmi dość idiotycznie – dodał szybko, nie zważając na nieśmiałe protesty gościa – zwłaszcza gdy jedna osoba duchowna mówi o tym innej osobie duchownej.

– A czyż osoby duchowne nie powinny się zajmować właśnie duchami? – zapytał znienacka ksiądz Marek, czym wprawił proboszcza w wesoły nastrój, który nijak nie przystawał do opowiadanej historii.

– Osoby duchowne raczej zajmują się duszą, a nie duchami – wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.

– A czymże jest duch, jeśli nie duszą potępioną, która błąka się po ziemi w poszukiwaniu wiecznego spoczynku? – nie ustępował przybysz, a proboszczowi nieco zrzedła mina.

– Chyba ksiądz… ksiądz nie wierzy w duchy?

– O! Ja nie tylko w nie wierzę. Ja je wiele razy widziałem.

– Ale… – zająknął się wójt, a gość zwrócił ku niemu swoją twarz.

– Tak. Widziałem je. Przecież nie jestem ślepy, tylko niewidomy. A to jednak różnica.

– Niby jaka? – dopytywał się wójt.

– Istotna, ale pomijając szczegóły, niewidomy nie widzi rzeczy fizycznych, a ślepy… jest ślepy na wszystko. Więc – zwrócił się z powrotem do proboszcza – we wsi straszy. Jak straszy?

– To może różnie straszyć?! – przesadnie zdziwił się wójt, który za nic nie chciał zrezygnować ze swojego aktywnego udziału w dyskusji.

– Może bardzo różnie, ale zbyt długo byłoby o tym opowiadać. Jak straszy w tym konkretnym przypadku?

– No, chciałoby się rzec, że jakoś tak dziwnie – proboszcz podrapał się z zafrasowaniem po łysej głowie – ale co ja wiem o straszeniu. W każdym bądź razie młyn jest opuszczony, a wokół niego dzieją się rzeczy dość niezwykłe…

– Od dawna młyn jest opuszczony? – zainteresował się ksiądz.

– Jakby to powiedzieć… Mieszkańcy wynieśli się z młyna po tym, jak zaczęło w nim straszyć. Wygląda to tak, jakby coś ich stamtąd przegoniło.

– Robi się coraz ciekawiej… A kiedy to się zaczęło?

– Jakoś tak na wiosnę – wtrącił się wójt. – Synowie młynarza najęli się na przednówku do prac przy pogłębianiu jeziora, bo tu u nas ma powstać stanica wędkarska, a jezioro zarosło i zabagniło się, torfowcem zarastając. Powiadają… – tu zniżył głos – powiadają, że synowie młynarza skarb w jeziorze znaleźli i do domu ponieśli nocą, nic nikomu nie mówiąc i nikomu go nie pokazując. A nocy następnej przyszła zjawa, która tego skarbu z jeziora pilnowała, w okiennice zaczęła walić, wyć jak dusza potępiona, w obejściu przewracać wszystko… I tak było co noc, aż młynarz z żoną nie wytrzymali i wynieśli się do mnie do chałupy. Od tej pory niby jest spokój, ale do młyna za dnia wejść nie można, jakby jakaś niewidzialna siła odgrodziła budynek od świata. A znowu w nocy tam podejść – strach, bo ciągle się coś dzieje niedobrego. Zupełnie jakby… – tu się zawahał, ale ksiądz Marek go wyręczył:

– Jakby ta zjawa pilnowała młyna – podpowiedział.

– Tak. Jakby pilnowała i nikogo do środka wpuścić nie chciała.

Wójt chciał nerwowo zastukać palcami w stół, ale ubiegł go letni deszcz, który niespodziewanie zabębnił w okna i dach plebanii.

– Czy macie panowie jakieś podejrzenia? – zapytał ksiądz Marek.

– Podejrzenia względem czego?

– No z czyim duchem możemy tu mieć do czynienia.

Przy stole zapanowało niezręczne milczenie. Wreszcie odezwał się proboszcz:

– To ja opowiem, bo chyba rzeczywiście może chodzić o konkretną osobę. Otóż na długo przed drugą wojną żyła we wsi stara kobieta, zdaje się Cyganka albo Żydówka. Zajmowała się trochę ziołami, trochę leczeniem i pewnie trochę też wioskowymi czarami. Ludzie się jej bali, ale po rady i zioła przychodzili, choć w wielkiej tajemnicy. Za to wszyscy z Bobrowiska i okolicznych wsi obwiniali ją zawsze o to, co najgorsze; jak się kury nie niosły – to winna była cyganicha, jak ktoś zaniemógł – żydówica urok rzuciła, i tak dalej przez wiele, wiele lat. Potem doszło do samosądu, bo oskarżono tę biedną kobietę, że kogoś otruła, ale żadnych bliższych szczegółów nie znam, bo jestem tu zaledwie od ośmiu lat i jeszcze nie wszystko mi mówią.

– Czy ja dobrze zrozumiałem? – dopytywał się ksiądz Marek. – Obwiniano ją o czary i o wszelkie złe rzeczy, a potem zabito?

Proboszcz niechętnie przytaknął.

– A to ciekawe… Kozioł ofiarny, który stał się demonem.

– Kozioł ofiarny – zaczęła Ania – to jeden z kluczowych mechanizmów antropologicznych, który prawdopodobnie występuje we wszystkich kulturach. Grupa społeczna w momencie kryzysu, dezintegracji czy zagrożenia, by powrócić do stanu utraconej równowagi, obiera sobie ofiarę, która staje się najpierw obiektem drwin, a potem obiektem zbiorowej agresji ze strony całej grupy.

– Zrozumcie, panowie – wtrącił ksiądz Marek – że zawsze kozłem ofiarnym zostaje osoba zupełnie niewinna, co nie przeszkadza członkom społeczności obarczać ją odpowiedzialnością za urojone przewiny. U takiej osoby, wyklętej, wykluczonej z grupy, może to doprowadzić do zmian w świadomości. Jeśli taki proces trwa odpowiednio długo, ona sama zaczyna czuć się winna.

– A kto się może stać takim… takim kozłem?

– Cechy, które powodują, że wybór społeczności pada na daną osobę, mogą być rozmaite – tłumaczyła Ania – ale zawsze posiadają jeden wspólny mianownik: inność. Obce pochodzenie i nierzadko związana z tym odmienność fizyczna, czyli na przykład inny kolor czy odcień skóry, w dodatku połączony z odmiennością psychiczną – to wystarczy.

– Jedna rzecz mnie tylko zastanawia – zauważył ksiądz Marek – zwykle mamy do czynienia z sakralizacją ofiary, zwłaszcza jeśli jej złożenie przyczynia się w oczach społeczności do poprawienia ogólnej sytuacji. A tutaj nastąpiło zjawisko odwrotne – demonizacja. O takim przypadku jeszcze nie słyszałem…

– Tak, to faktycznie może i jest ciekawe, ale ja się pytam, co ksiądz zamierza z tym zrobić? – Wójt zdradzał pierwsze oznaki zniecierpliwienia.

– Najpierw zamierzam pozwiedzać. – Pytany uśmiechnął się tajemniczo, podziękował i wstał od stołu.

 

Proboszcz miał starego rozklekotanego Wartburga, więc podróż do oddalonego o dwa i pół kilometra Bobrowiska nie była może komfortowa, ale dość krótka. Dojechali tylko na skraj wsi, gdzie auto się zatrzymało i cała czwórka wysiadła.

– O, to tutaj – rzekł wójt, wskazując na ruinę małej chałupki ze ścianami z dobrze wypalonej gliny. Po chwili zmieszał się nieco, bo przypomniała mu się ułomność księdza Marka, ale Ania natychmiast zaczęła beznamiętnie opisywać:

– To musiała stać kiedyś jakaś stara chałupa. Teraz tylko dwie ściany z gliny zostały i puste otwory po oknach, jak oczodoły w czaszce… Chwasty wokół i jaszczurek mnóstwo. Dzika malina też tu rośnie, ale chyba wody ma mało, bo jagód żadnych nie widzę, a to już pora najwyższa…

– Wody mało, bo rzeka innym korytem teraz idzie – wtrącił wójt. – Przedtem szła o tu, przed górką.

– A czemu teraz nie idzie? – zapytał ksiądz Marek.

– Bo koryto nowe wykopane, aby do młyna był większy spad.

– To i malina nie rodzi…

– Ano – nie rodzi.

– Co ciekawe – wtrąciła Ania – żadnych ptaków ani owadów tutaj w powietrzu nie ma i nie słychać ćwierkania czy brzęczenia. Nic nie słychać. Cisza taka, że…

– …że nawet i ja ją widzę i słyszę – mruknął ponuro ksiądz Marek. – Ale wydaje mi się, że ta historia miała bardzo, bardzo ponure zakończenie. Ja to po prostu czuję. A tutaj, w tym miejscu, rozegrała się pierwsza część dramatu… Czy możemy podjechać teraz do młyna?

– Za jasnego można, choć też strach – mruknął przyzwalająco wójt, więc wsiedli z powrotem do Wartburga i powoli przejechali przez całą, liczącą zaledwie dwanaście chałup, wieś.

 

Rzeka zaraz za zrujnowaną chałupką ginęła gdzieś wśród pól, aby po ominięciu wioski szerokim łukiem powrócić przy samym jej końcu, gdzie na małej stromiźnie, schodzącej w dół do stawu, stał młyn – potężny budynek z widocznym już z daleka nadsiębiernym kołem, które furkotało jak oszalałe, przewalając hektolitry bezużytecznej teraz wody. Koło obracało się wartko, bo spadek rzeczki rzeczywiście był spory, ale nie napędzało żadnych urządzeń. Panującą wokół ciszę mącił tylko turkot jałowo obracającej się osi i bulgot wody w stawie poniżej. Sam zaś budynek młyna wyglądał na nieruszony, cichy, spokojny i opuszczony. Ale w żadnym z okien nie ostała się ani jedna cała szyba.

Powoli szli w jego stronę, aż nagle wójt stanął jak posąg.

– Ja… kroku dalej nie zrobię… – wysapał.

– Boicie się, kumie? – zażartował dobrotliwie proboszcz.

– Pewnie, że się boję, choć ze świętymi osobami nie strach iść nawet przeciw siłom nieczystym. Ale ja… ja dalej iść nie mogę. Coś mnie trzyma i nie pozwala kroku naprzód zrobić.

– Atak paniki może objawiać się czasowym, częściowym lub całkowitym paraliżem… – zaczęła Ania, ale wójt przerwał jej gwałtownie:

– Nijakiej paniki nie mam! – wrzasnął. – Iść po prostu nie mogę! Próbuję, ale… o! Jakbym przed ścianą stał.

– To i stójcie tutaj sobie dalej – proboszcz wzruszył ramionami – a my wejdziemy do środka.

Młyn podzielony był na parterową część mieszkalną, do której wchodziło się z wysokiego ganku, i na położoną poniżej podbudówkę, z wejściem prawdopodobnie od drugiej strony, w której znajdowały się maszyny i urządzenia. W części mieszkalnej panował nieopisany wprost bałagan. Sprzęty były powywracane, krzesła połamane, podarte zasłony walały się na podłodze. Wszystko wyglądało jak po przejściu wichury, co beznamiętnym głosem Ania opisywała księdzu Markowi. Ten stał nieruchomo w korytarzu, a dziewczyna podchodziła kolejno do drzwi poszczególnych pomieszczeń.

– O, a kuchnia jaka… Wszystkie naczynia pobite… W pokoju krzesło połamane i drugie też… Telewizor rozbity…

– A lustra? Lustra całe? – dopytywał się ksiądz Marek.

– Pobite wszystkie co do jednego, tak jak szyby w oknach. Ale oprócz tego bałaganu to nic dziwnego tutaj nie widzę…

Proboszcz stanął w samych drzwiach, tak na wszelki wypadek. Wyglądał, jakby był gotów do natychmiastowej ewakuacji, choć dokonałby jej z godnością i bez wielkiego pośpiechu, tak żeby nikt nie mógł jej nazwać ucieczką. Ksiądz Marek wciąż trwał nieruchomo na środku korytarza i z uwagą słuchał relacji dziewczyny.

– Czy są tu jakieś schody na strych? – zapytał.

– Tak, są – Ania przerwała rekonesans i podprowadziła niewidomego do poręczy schodów, które zaczynały się w połowie korytarza, a których koniec pogrążony był w ciemnościach.

– To… – powiedział – …to jest na górze.

Zaczął wchodzić po drewnianych, skrzypiących stopniach. Powoli, tak powoli, że gdyby zwolnił jeszcze odrobinę, stanąłby w miejscu. Pozostali widzieli jego zgarbione plecy i niemal czuli opór powietrza, jakby sama natura broniła wstępu na strych. Ale ducha tu nie było, a w każdym razie – oni go nie dostrzegali. Kiedy ksiądz dotarł na szczyt schodów, z wysiłkiem pokonując każdy kolejny stopień, zamiast na zagraconym – wiejskim zwyczajem – strychu stanął w obszernym i zupełnie pustym pomieszczeniu. Podłoga była starannie zamieciona, bo kiedy przesuwał się, szurając nogami, wyraźnie pod podeszwami lekkich półbutów czuł strukturę drewna równo przyciętych desek leżących na podłodze.

Niespiesznie obszedł całe pomieszczenie, dotykając cały czas lewą dłonią ściany, a prawą wyciągając przed siebie w badawczym geście. Nie natknął się jednak na żadną przeszkodę, choć wyraźnie odbierał, że coś tu jest; jakaś przeszkoda właśnie, ale nie w sensie fizycznym. W każdym razie – nie tylko.

– Macie jakąś wodę? – zawołał w dół schodów. – Coś do picia?

– Ja mam butelkę wody mineralnej w samochodzie! – odkrzyknęła Ania.

– To przynieś ją tutaj na górę i sama też wejdź. Księdza proboszcza również zapraszam – będę potrzebował pomocy.

Dziewczyna bez wahania wybiegła na dwór. W drodze do Wartburga minęła wójta, który stał koło auta i nerwowo palił papierosa. Nie zaszczyciła go nawet jednym spojrzeniem, tylko porwała butelkę z wodą i pędem wróciła do młyna. Z rozpędu dotarła do podnóża schodów i stanęła jak wryta, jakby trafiła na niewidzialną barierę.

– Nie mogę wejść! – zawołała z rozpaczą.

– Spróbuj teraz! – usłyszała głos z góry i niewidzialna bariera zaczęła przed nią ustępować.

Nie bez wysiłku, pokonując opór gęstego powietrza, wdrapała się na sam szczyt. Ksiądz Marek klęczał tuż przy schodach i modlił się żarliwie. Duszne i ciężkie powietrze wokół poczynało jakby rzednąć, unosiło się w górę wraz z niewidzialną zasłoną. Obejrzała się za siebie i usłyszała sapanie; to proboszcz człapał jej śladem i wkrótce dołączył do nich, ocierając pot z czoła wielką, kraciastą chustką.

– Gorąco tutaj – poskarżył się. – To pewnie przez ten blaszany dach.

– To nie dachu wina – wyjaśnił ksiądz Marek. – Daj mi tę wodę, Aniu. – Kiedy dziewczyna podała mu butelkę, odkręcił ją, wylał nieco na rękę i powiedział: – Niech ksiądz proboszcz pobłogosławi tę wodę.

Duchowny zdumiał się, unosząc brwi w niemym pytaniu, ale przypomniawszy sobie, że ksiądz Marek nie może zobaczyć wyrazu jego twarzy, westchnął ciężko i uczynił nad jego dłonią znak krzyża.

– Już – powiedział.

Marek wziął mały zamach i chlusnął całą garść wody tuż pod swoje nogi. Potem nalał na dłoń nową porcję.

– Jeszcze raz – zażądał, przesuwając się dwa kroki do przodu. Proboszcz, chcąc nie chcąc, postąpił za nim i powtórzył znak krzyża.

Marek znowu chlusnął wodą święconą pod swoje nogi. Znowu nic się nie stało.

– Jeszcze.

Trzeci zamach, trzecie chlapnięcie.

Posuwająca się za nim krok w krok Ania wstrzymała oddech. Woda opadła na podłogę, ale już nie tak zwyczajnie. W miejscu najbardziej oddalonym od nich zaczęła syczeć i parować, tak jakby trafiła na rozgrzaną blachę. Niewidomy ksiądz usłyszał ten dźwięk i stanął w miejscu.

– Jeszcze! – rozkazał zduszonym głosem.

Tym razem podstawił do wyświęcenia całą butelkę. Kiedy proboszcz po raz kolejny wykonał znak krzyża i powiedział „już”, zaczął nią wymachiwać w górę i w dół, w prawo i lewo, skrapiając całą przestrzeń przed sobą; już nie podłogę, ale powietrze. Wytworzyły się w tym miejscu kłęby pary, a pośród nich…

– Widzicie coś? – zapytał ksiądz Marek chrapliwym głosem.

– Tak – powiedziała Ania. – Zarys prostokątnej skrzyni, która jakby trochę świeciła swoim własnym światłem, a trochę pochłaniała światło z otoczenia. Dziwnie wygląda…

– Czy ona jest, czy jej nie ma? – zapytał z trwogą proboszcz Stępniewski.

– Jest, ale wy jej tak naprawdę nie widzicie – odpowiedział tajemniczo ksiądz. – Albo raczej jej nie ma, ale wy ją widzicie.

Para przestała się unosić, a kształty, i tak dość niewyraźne, zaczęły jeszcze bardziej się rozmazywać, aż wreszcie, z ostatnią smużką pary wodnej, zniknęły. Jakby ich nigdy nie było. Albo inaczej – jakby dziwna skrzynia istniała, ale poza zasięgiem ich zmysłów. Poza ich światem.

 

W gospodzie panowała trudna do opisania atmosfera. Niby wszyscy byli serdeczni, ale wyczuwało się niemal namacalne napięcie. Wejście obcego, w dodatku księdza, na dokładkę niewidomego i pod rękę z młodą dziewczyną, sprawiło, że wszyscy zamilkli, gwar ustał jak nożem uciął, a trzydzieści par oczu skierowało się na nich. Ania poprowadziła księdza Marka do wolnego stolika, ale on pociągnął ją za rękę i wybrał inny, stojący bardziej na uboczu i też wolny. Usiadł, a ona podeszła do bufetu, zamawiając herbatę dla swojego podopiecznego i butelkę Pepsi dla siebie.

– Wyście goście księdza proboszcza? – zapytała domyślnie bufetowa, podając napoje do stolika.

Oboje potakująco skinęli głowami.

– A co to, na plebanii zabrakło napojów? – zdziwiła się kobieta.

– My tu czego innego szukamy – powiedział ksiądz tak głośno, żeby wszyscy słyszeli.

– Czego mianowicie?

– Końca pewnej historii… i najstarszego mieszkańca w okolicy.

– Czy jakiś koniec tu znajdziecie, tego nie wiem. – Bufetowa wzruszyła ramionami. – A najstarszy z naszych, to chyba będzie Maksym Kimszal. Ale go jeszcze tu nie widzę.

– Czy jak przyjdzie, poprosi pani, żeby się do nas dosiadł?

W odpowiedzi zaśmiała się serdecznie.

– Prosić go nie będzie trzeba – odparła. – Siedzicie przypadkiem przy jego stoliku.

– W życiu nie ma czegoś takiego jak przypadek – stwierdził filozoficznie ksiądz. – Jest za to szczęście, a ja mam wyjątkowe szczęście. Ależ pyszna ta herbata!

Po pół godzinie do ich stołu podszedł staruszek z kufelkiem piwa. Uprzedzony przez bufetową nie okazał cienia zdziwienia, zastając przy swoim stoliku nieproszonych gości.

– Wyście od księdza proboszcza… – zapytał, siadając.

– Tak.

– I końca historii szukacie? Tej historii?

– Właśnie.

– A co z początkiem?

– Początek już chyba znamy. Teraz chcemy poznać zakończenie.

Staruszek pociągnął tęgi łyk, tak że w kuflu zostało na dnie nieco tylko piany, otarł wierzchem dłoni sumiaste wąsy i zaczął:

– Jeden z gospodarzy…

– Młynarz? – przerwał mu ksiądz z ciekawością.

– Ano, młynarz, dobrodzieju. Skąd żeście wiedzieli o tym? – zdziwił się dziadek.

– Czemu to zawsze musi być młynarz? – ksiądz mruknął pod nosem sam do siebie, a ręką machnął do Maksyma, żeby mówił dalej.

– …i ten młynarz kiedyś poszczuł cyganichę psami. Ona zaś w zemście rzuciła urok na jego dobytek; kury przestały się nieść, krowy straciły mleko i tak dalej. Kiedy zaniemógł sam gospodarz, ludzie z wioski poszli pod jej chałupę – zamilkł na chwilę i pociągnął łyk piany z prawie pustego już kufla. – No i masz ci los, piwo się skończyło, a jeszcze tyle do opowiedzenia…

Ksiądz dotknął ramienia dziewczyny; ta bez wahania wstała i poszła po nowy kufel. Zanim dziadek się wysapał, postawiła przed nim pełne naczynie. Upił z wdzięcznością, tym razem mały łyczek, i sięgnął po papierosa.

– Przyszli po nią pewnej ciemnej nocy majowej – ciągnął staruszek z przejęciem, puszczając nosem siwy dym. – Zebrali się na drugim końcu wsi i szli w milczeniu przez całe Bobrowisko. I nawet ani jeden pies nie zaszczekał. Pochowały się pewnie ze strachu, że po nie też przyjdą, gdyby szczekały. Stanęli wokół jej chałupki, ze trzydziestu dorosłych chłopów, i tak stali przez chwilę. Gdyby wtedy księżyc wyszedł choć na chwilkę zza chmur, może by się opamiętali jakoś, ale tak stali w ciemnościach. I – ciężko powiedzieć dlaczego – nagle strach w nich taki się pojawił, że aż pobledli. A potem zamiast strachu przyszło coś takiego na nich, że już się bać przestali. Drzwi wyważyli, może też i okna wyłamali, wleźli do środka, pojmali wiedźmę, ręce wykręcili, za włosy przytrzymali i powlekli na zewnątrz.

– Mówicie tak, jakbyście na własne oczy widzieli – ni to zapytał, ni to stwierdził ksiądz.

Staruszek właśnie zwilżał gardło i aż się zakrztusił.

– Ale tam! – zaprotestował, odstawiając z hukiem kufel. – W życiu nigdy! Toż ja dopiero osiemdziesiąt lat mam, a to było we dwudziestym jakoś tak roku… A wiem dokładnie stąd, bo to wszystkie tu wiedzą. – Potoczył wzrokiem po sali. Miejscowi w milczeniu jęli potakiwać głowami. – U nas to się opowiada każdemu, kto posłuchać zechce. Ja od ojca słyszałem nieraz tę historię, stąd wiem.

– Czyli ojciec pana tam był?

– Ojciec nieboszczyk, Panie świeć nad jego duszą, to może i był. Mnie tam się nie spowiadał…

– No i co było dalej? – ponaglił ksiądz.

– Doprowadzili ją aż do młyna i tam się odbył sąd. Za wszystko złe, co się działo we wsi po wojnie, obwinili ją i skazali na śmierć. A potem… potem wsadzili ją żywcem do drewnianej trumny ze srebrnymi okuciami i obitej ołowianymi blachami. Trumnę załadowali na łódź i popłynęli rzeką aż do jeziora. Tam ją utopili. Ot i wszystko…

Staruszek dokończył swoją opowieść równo z piwem, westchnął, otarł usta i z uprzejmym podziękowaniem wstał od stolika. Oni zaś po chwili, potrzebnej bez wątpienia na wstępne choćby przetrawienie uzyskanych informacji, także wstali i skierowali się ku wyjściu.

Ogarnęła ich ciepła sierpniowa noc. Ania ujęła księdza Marka pod ramię i skierowała w stronę plebanii, ale nagle za ich plecami drzwi od gospody otworzyły się i usłyszeli trwożliwy szept:

– Proszę księdza… halo… proszę księdza…

Z jasnego wnętrza wychynął ku nim człowiek, którego Ania oceniła na jakieś dwadzieścia lat.

– Czy ja mogę coś dopowiedzieć do tej historii, którą usłyszeliście od starego Maksyma? – zapytał z jakąś taką błagalną nutą w głosie, że ksiądz Marek natychmiast skinął potakująco głową.

– Bo ja, proszę księdza… i proszę panienki, rzecz jasna… bo ja jestem synem młynarza – wyznał z początku trochę nieśmiało, ale po przyzwalającym i pełnym zrozumienia ponownym skinieniu głową w wykonaniu księdza nabrał głębiej powietrza w płuca i wypalił: – I ja wiem, czemu ta zmora ze młyna nas wygnała i czemu tam nikogo nie dopuszcza!

– Wobec tego – zaproponował Marek – przejdź się z nami. Odprowadzisz nas do plebanii i wszystko opowiesz.

– E, tam… – Młodzieniec lekceważąco wzruszył ramionami. – Ta opowieść na drogę do plebanii za krótka. Bo my z braćmi, proszę księdza, jak z jeziora wyciągaliśmy na wiosnę zielsko, żeby potem można było z dna muł wybrać, natrafiliśmy na coś i żeśmy to na hakach do łodzi wciągli.

– A cóż to było takiego?

– Trumna.

Marek przystanął i uważniej nadstawił ucha.

– Trumna? Taka zwykła?

– Nie, nie taka zwykła, tylko wielka ciężka dębowa skrzynia, ze srebrnymi okuciami i cała jeszcze blachą ołowianą obita. Jakeśmy trałem ciągli po dnie, to jeden z haków musiał o nią zaczepić, bo nagle kołowrót stanął i liny nie szło już wybierać. Więc my ciągli, aż mało łódź nie poszła pod wodę, ale nagle na linie zrobił się luz, a pod wodą… pod wodą coś jakby się zagotowało. I taki wizg usłyszeliśmy, ale taki straszny, że wszyscyśmy się przelękli. Potem z jeziora wystrzelił słup wody takiej spienionej i coś błysło, i z tej wody poleciało do góry… A że lina całkiem się nie poluzowała, to wyciąglimy trał z wody i się pokazało, że jeden z haków zaczepił o wieko tej właśnie trumny i ją jakoś tak rozwarł przy wyciąganiu z mułu, że się szpara zrobiła, a zawiasy puściły. I myśmy tę trumnę wyciągli z wody, jeno otwartą i pustą w środku.

Zamilkł, spodziewając się jakiejś reakcji ze strony słuchaczy, ale nic takiego nie nastąpiło. Zdziwił się nieco, ale opowiadał dalej:

– No i myśmy tę trumnę do dom przywlekli i na stryszku schowali, żeby ją sprzedać albo komuś pokazać. Bo tu wszyscy znają legendę o złej żydówicy, a teraz się pokazało, że to nie legenda, tylko prawda. A może i nieprawda – zasępił się. – Bo jakby prawda była, to by w tej trumnie jakieś kości chociaż leżały…

– O, święta naiwności! – Ksiądz Marek westchnął. – Idź, synu, z Panem Bogiem, ale wiedz, że ta historia rzeczywiście jest prawdziwa. I że ty też do niej dopisałeś swój rozdział.

Zostawili oniemiałego chłopaka na drodze przed gospodą i wrócili na plebanię.

 

No i teraz już wiemy, czemu zjawa tak pilnuje młyna – powiedział poważnym tonem ksiądz Marek po przekazaniu całej historii proboszczowi. – Bo strzeże swojej trumny i nie chce do niej dopuścić żadnego człowieka ze wsi. Boi się, żeby jej znowu w niej nie zamknęli… Dlatego mnie, wam i Ani udało się wejść na strych, a wójt nie dał rady. Bo on jest tutejszy…

– Jezusie Nazareński… – westchnął proboszcz i przeżegnał się z trwogą. – Co za straszna historia…

– I co za straszni ludzie – dodał ksiądz Marek.

– Ludzi trudno czasami zrozumieć, ale łatwo ich potępiać – zganił go surowo proboszcz.

– Przykro mi, księże proboszczu, ale w tej konkretnej sytuacji ja stoję po stronie… ducha – powiedział twardo. – No bo proszę sobie wyobrazić – dodał po chwili nieco łagodniejszym tonem – co musiała czuć ta biedna kobieta, uwięziona w trumnie, wieziona łodzią i wreszcie utopiona żywcem w jeziorze. Żywcem! Jak długo żyła jeszcze, jak długo wołała o pomoc, jak długo, oszalała ze strachu, cierpiała niewymowne katusze? Cierpiała nie za swoje winy! I może być ksiądz dobrodziej… – to słowo zabrzmiało niezwykle ironicznie – może być ksiądz proboszcz święcie pewien, że dopóki żyła, dopóty przysięgała zemstę swoim oprawcom. W każdym razie ja na jej miejscu tak właśnie bym robił.

– Ludziom należy się miłosierdzie, należy się litość i wyrozumiałość… – zaczął proboszcz, ale ksiądz Marek przerwał mu natychmiast.

– Wiem. Ja to wszystko wiem. Ale wy widzieliście tę trumnę – albo raczej jej kształt – tylko z zewnątrz. Ja… – dodał cicho – ja ją widziałem od środka. Widziałem ślady paznokci na twardym dębowym drewnie. Widziałem ślady zębów tej biednej kobiety, która za wszelką cenę próbowała się z niej wydostać. Wtedy jej się to nie udało, a teraz… teraz pomógł jej przypadek.

– Ale przecież to nie może być ona?! To tylko duch…

– Tylko duch? – Ksiądz Marek zaśmiał się bez cienia wesołości. – No to gratuluję dobrego samopoczucia…

 

Była już głęboka noc, gdy proboszcza obudziło walenie w drzwi. Rozespany zwlókł się z łóżka i otworzył drzwi. Na progu stała Ania, więc proboszcz nerwowo począł rozglądać się za jakimś szlafrokiem.

– Ksiądz Marek zniknął! – wysapała.

– A któraż to godzina, panienko?

– Trzecia w nocy.

– Od dawna go nie ma?

– Nie wiem. Spałam. Nagle coś mnie obudziło. Wyszłam z pokoju, zajrzałam do sąsiedniej sypialni, a tam łóżko puste i nikogo w pokoju.

– Gdzież on mógł pójść po nocy?

– Do młyna.

Proboszcz spojrzał na nią podejrzliwie.

– Czy wy naprawdę ciągle myślicie, że to jakiś tam ślepy ksiądz, który tylko łazi po wsi i słucha opowieści? – wykrzyknęła dziewczyna.

– A tak nie jest?

– To nie jest zwykły ksiądz. To taki… boży komandos…

– Żołnierz Jezusa? – zapytał ironicznie proboszcz.

– Jezus nie miał żołnierzy, tylko apostołów. A oni, idąc – dosłownie i w przenośni – za swoim mistrzem i nauczycielem, głosili miłość. Jezus walczył miłością. Bóg ma do walki inne narzędzia. Jednym z tych narzędzi jest ksiądz Marek. Najlepszym z tych narzędzi – poprawiła się po chwili.

– A mnie biskup powiedział, że przysyła do nas swojego najlepszego egzorcystę, żeby wyjaśnił sprawę…

– A przy mnie ksiądz biskup powiedział, że wysyła go, żeby sprawę rozwiązał!

– I co mamy teraz robić?

– Jedziemy do młyna. Może potrzebować naszej pomocy.

 

Droga w nocy dłużyła się im niemiłosiernie, zwłaszcza że proboszcz kierował swoim Wartburgiem bardzo ostrożnie. Dziewczyna na początku próbowała go popędzać, ale gdy przy pierwszym, dość ostro wziętym zakręcie, zakopali się w piach na polnej drodze i stracili cenne minuty na skomplikowane manewry – dała spokój. Siedziała nieruchomo, wbijając wzrok w ciemność za przednią szybą, i tylko nerwowo zaciskała dłonie. Wreszcie dotarli do Bobrowiska. Wieś wyglądała na zupełnie opuszczoną, w żadnym z okien nie paliło się najmniejsze choćby światełko, nie zaszczekał ani jeden pies podwórzowy, a o tym, by ktoś wyszedł im na spotkanie, nie było nawet mowy. Jechali między stojącymi tuż przy drodze zabudowaniami bardzo powoli, aż wreszcie dotarli do celu.

Przed młynem, w świetle reflektorów, ujrzeli klęczącego księdza Marka. W wysoko uniesionych w górę dłoniach trzymał krucyfiks. Wyskoczyli z samochodu i wtedy do ich uszu dotarł wściekły jazgot, przerywany pojedynczymi zdaniami wypowiadanymi przez egzorcystę. Otaczała go jasna poświata. Podobna, ale nieco bledsza i o innym, bardziej zimnym odcieniu bieli, otaczała cały młyn. Ksiądz klęczał nieruchomo, ale powietrze wokół niego drgało i wirowało na zmianę.

W pewnym momencie do ich uszu dotarł rozdzierający krzyk:

– Daj mi ich!!! Wydaj!!! Oni zabili!!! Wydaj ich!!!

Nie dosłyszeli odpowiedzi Marka. Zamiast tego ujrzeli, jak z poświaty wokół młyna odrywa się świetlisty kształt i sunie z zadziwiającą ociężałością w jego kierunku.

– Wydaj ich!!! Do mnie należą!!! Wydaj!!! Nagrodę dostaniesz!!!

Znowu nie dosłyszeli odpowiedzi. Ale zjawa widać dosłyszała, bo zaczęła rechotać.

– Targujesz się, klecho? Co ja ci mogę dać, pytasz? Mogę ci dać… oczy! Dostaniesz swoje oczy z powrotem, chcesz? Ale przyprowadź ich do mnie! Jesteś nam coś winien!!! Jesteś to winien nam wszystkim!!!

Gdy zjawa zaczęła mówić o sobie w licznie mnogiej, Marek zerwał się z kolan. Przez długą chwilę wyraźnie widzieli, że ramiona mu drgają, jakby się wahał, jaką podjąć decyzję. A od poświaty wokół młyna odrywały się kolejno pojedyncze plamy światła i podpływały bliżej, niejako stawiając się przed jego oblicze. Otoczyły go kręgiem, ciągle ich przybywało, krąg stawał się coraz ciaśniejszy. Wszystko to odbywało się w absolutnej ciszy, co potęgowało grozę sytuacji.

Krąg świetlistych postaci – bo teraz wyraźnie widzieli, że to są postacie – zaczął wirować, zrazu powoli, a potem tak szybko, że stały się jedną białą ścianą, która skryła księdza Marka przed ich wzrokiem. Nagle – wirujący krąg uniósł się pomału w górę, na wysokość prawie dwóch metrów, tak że ujrzeli od dołu nogi wiszące w powietrzu, a potem runął w dół, tak jakby chciał się zapaść pod ziemię razem ze swoją ofiarą. Krąg rzeczywiście zniknął pod powierzchnią, ale ciało księdza zostało na powierzchni. Znieruchomiałe.

Ania skoczyła ku niemu na pomoc, ale proboszcz był szybszy. Złapał ją za ramiona i mocno przytrzymał w miejscu.

– Nie przeszkadzać! – warknął. – Przeszkadzać nie wolno! Ty tu nic nie zdziałasz!

– Ale ja muszę!

– Nie – odparł twardo proboszcz. – Ty nie musisz. Ja muszę…

Popchnął ją, wcale nie lekko, w tył, w kierunku samochodu. A sam postąpił dwa kroki w kierunku leżącej postaci. Potem jeszcze trzy kroki, dwa kroki, potem jeden – i już klęczał przy księdzu Marku, unosząc mu głowę.

– Synu – zapytał cicho. – Poradzisz sobie?

Marek z wysiłkiem uniósł powieki.

– Hostia… – wychrypiał. – Daj mi hostię…

– A skądże ja ci hostię wezmę? Myślisz, że noszę przy sobie?

– Ja… ja noszę… ale rękę mam złamaną – odrzekł Marek już nieco pewniejszym głosem. – Mam ją tu, na piersi, w srebrnej papierośnicy. Wyjmij jedną.

Proboszcz sięgnął pod jego sutannę i wyjął metalowe pudełko. Wewnątrz zamiast papierosów leżały równiutko w rzędzie hostie. Wyjął jedną i chciał mu ją wsadzić w usta.

– To nie dla mnie – zaprotestował ksiądz Marek.

– To co mam zrobić?

– Daj mi ją do ręki. Do lewej, prawą nie dam rady.

– Proszę, synu. I co teraz? Lepiej?

– Teraz… lepiej niech ksiądz odejdzie kawałek. One… one wracają…

Proboszcz jak oparzony poderwał się, dając kilka potężnych susów w tył. Wtedy usłyszał, czy raczej wyczuł pod stopami powrót na powierzchnię wirującej świetlistej karuzeli…

Wystrzeliła spod ziemi i wzniosła się na pięć metrów ponad leżącego księdza Marka, a po chwili zaczęła obniżać się ku niemu. Mężczyzna wyglądał z daleka na bezbronnego i pokonanego. Przynajmniej na pozór… Kiedy świetlisty krąg zrównał się z leżącym i jakby w parodii zatroskania zaczął się nad nim pochylać, zamykając od góry, ksiądz zerwał się na równe nogi i wyciągnął przed siebie lewą dłoń, w której jak miecz i tarczę trzymał hostię.

– Ciało Chrystusa! – zawołał mocnym, dźwięcznym głosem, a wirujący tuż nad jego głową krąg zafalował i stracił nagle cały swój impet. Pojedyncze odblaski-zjawy odrywały się od niego, ale zamiast wracać w kierunku młyna zapadały się pod ziemię. Znikały jedna po drugiej, aż wreszcie zniknęły wszystkie.

No, prawie wszystkie. Jedna została.

Ksiądz Marek opadł na kolana, tak jakby siły z niego uszły już bezpowrotnie. A zjawa, będąca do tej pory jednym ze świetlistych odblasków, zaczęła się nagle materializować, przybierając coraz bardziej realny, kobiecy kształt. Wreszcie stała przed nim niemłoda, lekko przygarbiona kobieta. Wyglądała tak niewinnie i tak bezradnie…

– Dlaczego? – zapytała szeptem. – Dlaczego zrezygnowałeś z tego, co mogły ci dać?

Podniósł głowę.

– Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie? – zacytował z pamięci. – Łukasz, rozdział dziewiąty, werset dwudziesty piąty – dodał. – Żebyś nie trwała dalej w błogim przeświadczeniu, że to ja jestem najmądrzejszy na świecie. – Uśmiechnął się beztrosko.

– Nie przyprowadzisz ich do mnie? – zapytała, choć wiedziała, jaką usłyszy odpowiedź.

– Nie. Nie mogę tego zrobić. Oni wszyscy już dawno nie żyją.

– A ja?

– A ty… też już nie żyjesz od dawna.

– Więc co ja tutaj robię? Na co czekam?

Uśmiechnął się znowu.

– Na mnie. I na to, co mam dla ciebie. – Wyciągnął przed siebie lewą rękę. Na jego dłoni spoczywała nieco sfatygowana hostia.

A potem udzielił jej komunii i… zjawa zniknęła. Ale nie zapadła się, tak jak poprzednie, pod ziemię. Uleciała do góry. Zaraz potem zniknęła migotliwa poświata wokół młyna.

 

Serdeczność pożegnania w wykonaniu proboszcza Stępniewskiego w dwójnasób wynagradzała pełen szacunku dystans, jaki w tej ostatniej wspólnej chwili zachowywał wójt Kaletnika. Mimo gipsu na prawym nadgarstku, założonego niezbyt fachowo, ale bardzo solidnie, przez weterynarza z nieodległych Szypliszek, uśmiechnięty ksiądz Marek długo ściskał się z proboszczem, i wymienił męski uścisk lewej dłoni z pochylonym w niskim ukłonie wójtem. Ania ochoczo nadstawiała do całowania oba policzki.

Do Suwałk wracali tą samą taksówką, która ich tu przywiozła. Do kierowcy najprawdopodobniej jeszcze nie dotarły nowiny, bo zamiast zacząć ich wypytywać o szczegóły przeprawy z duchem, co w tej sytuacji byłoby rzeczą zupełnie naturalną, prowadził pojazd w całkowitym milczeniu i tylko raz po raz ciekawie zerkał w tylne lusterko. Ale nawet gips, widoczny na prawym nadgarstku niewidomego księdza, nie skłonił go do zadania żadnego pytania. Cóż, wypadki się zdarzają, zwłaszcza gdy się jest ślepym.

– Czy nigdy nie miałeś pokusy, aby przestać walczyć z siłami, które kiedyś mogą się okazać potężniejsze od ciebie? – zapytała w pewnym momencie dziewczyna. – Nie myślałeś, aby się do nich przyłączyć, skoro oferują ci tak wiele? Ja chyba nie potrafiłabym się oprzeć…

Przez chwilę jechali w ciszy. Nagle ksiądz odwrócił się w stronę dziewczyny, a ta odniosła wrażenie, jakby na nią spojrzał.

– Pamiętaj – powiedział, kładąc jej w przyjaznym geście dłoń na głowie – nie sprzedawaj duszy diabłu. Nigdy…

– Dlaczego? – zapytała.

– Bo Bóg da ci za nią więcej…


Andrzej W. Sawicki
BUNT SAMCÓW

Podróż do klasztoru okazała się drogą przez mękę. Matka Inez odbyła ją z pokorą, niedogodności traktując jako początek pokuty mającej trwać być może do końca życia. Musiała zapłacić za popełnione błędy, pełniąc funkcję przeoryszy w małym klasztorze, o którym mało kto pamiętał. Musiała zniknąć, a oddelegowanie do mnisiego zgromadzenia o surowej regule, z definicji odciętego od świata, było najlepszym rozwiązaniem.

Ostatni etap podróży odbyła koleją. Pociąg wlókł się niemiłosiernie i trzy razy odstał kilka godzin w polu, przez kłopoty z elektrycznością. Stan sieci trakcyjnej pozostawiał wiele do życzenia, nie mówiąc o awariach w elektrowniach i stacjach przesyłowych, które ostatnio zdarzały się coraz częściej i miały znaczący wpływ na funkcjonowanie archaicznej komunikacji. Awarii nie spowodowały bandy buntowników z dogasającego powstania. Samcze oddziały zostały rozbite i trwało już tylko wyłapywanie niedobitków, przerwy w dopływie prądu nie miały więc związku z uśmierzonym zrywem. Z pewnością władze winę za wszystko i tak zwalą na głupich mężczyzn, ale to nie oni winni byli postępującemu upadkowi cywilizacji technologicznej.

Inez wysiadła na dworcu w jakimś hałaśliwym polskim mieście, którego nazwy nie potrafiła wymówić. Bała się, że na końcu świata, na którym się znalazła, nikt nie będzie znał cywilizowanej mowy, ale się myliła. Miejscowi posługiwali się angielskim jako podstawowym językiem. Rodzimą mowę traktowali już tylko jako etniczną ciekawostkę.

Po krótkich targach Inez wynajęła rikszę zaprzężoną w rowery napędzane siłą mięśni dwóch chudzielców o twarzach ukrytych za błazeńskimi maskami. Powożąca trzasnęła lejcami po plecach samców i pojazd pomknął żwawo, podskakując na dziurach w asfalcie. Zakonnica z uwagą oglądała miasto, czyste i bardzo zadbane, z górującymi nad dachami kamienic z poprzedniej epoki drzewobitami o rozłożystych koronach pełnych kwiatów. Wśród modyfikowanych bioinżynieryjnie żywych konstrukcji, porośniętych symbiotycznymi grzybami i kłębowiskami lian, ciągnęły się archaiczne kable sieci elektrycznych i telefonicznych. Rośliny wrastały w stare budynki, ich konary pełzały po murach, rozsadzając je i pochłaniając, w wielu miejscach jednak współistniały z betonowymi, przeszklonymi biurowcami i budynkami użyteczności publicznej, otaczając je opiekuńczo kłębowiskami liści. Metropolia była zatem typowa dla dzisiejszych czasów. Stara architektura i pozostałości dawnej technologii, pamiętającej samcze czasy, mieszały się w niej z cudami współczesnej bioinżynierii.

Inez po raz kolejny sięgnęła do swojej podróżnej torby i wyciągnęła wiekowego notebooka. Otworzyła go, wstrzymując oddech, i kliknęła w przycisk uruchamiający urządzenie. Nadal pozostawało martwe. Wysiadło cztery dni wcześniej, niemal na początku podróży i nie dawało znaku życia mimo ładowania baterii i gorących modlitw. Możliwe, że spalił się jakiś przeklęty układ scalony i było już po wszystkim. Do cyfrowego nieba odeszły gigabajty danych, łącznie z dokumentami tyczącymi klasztoru, który miała przejąć. Nie było szans, by reanimować urządzenie. Odkąd trzydzieści lat temu zamknęła się ostatnia chińska fabryka, zasoby elektroniki kurczyły się w zastraszającym tempie i co za tym idzie, kosztowały fortunę. Inez nie stać na drugie takie cacko, a na świecie prawdopodobnie i tak nie było części zamiennych, by dało się naprawić ten egzemplarz. Następny artefakt odchodzącej do historii cywilizacji mężczyzn dołączył do swoich braci.

Zakonnica wyszeptała krótką modlitwę, tłumiąc bezsilną złość. Powinna była pobrać dokumenty jako papierowe wydruki, a nie upierać się przy gadżetach z przeszłości. Spotkała ją kara za pychę. Nie tylko straciła masę ważnych dla siebie prywatnych danych, ale nie miała wglądu w historię klasztoru. Nie wie teraz nawet tego, kim są jej podopieczne i jaki jest stan zgromadzenia. Wie tylko, że ma zająć miejsce matki przełożonej, która zmarła dwa miesiące temu. Od dziś będzie przeoryszą niewielkiego klasztoru kamedułek. Jednego z najsurowszych zgromadzeń, o charakterze ściśle pokutniczo-pustelniczym. Zamknie się za wysokimi murami razem z garstką mniszek spędzających czas na pracy w milczeniu i nieustannej modlitwie. Od dziś jej głównym zadaniem i zmartwieniem będzie Lectio Divina – kontemplacyjna lektura Biblii. To coś zupełnie innego niż życie i problemy, do których przywykła.

Riksza wyjechała na przedmieścia z lekką, rozproszoną zabudową i wielkimi, rozległymi parkami. Kilka kilometrów dalej natknęli się na patrol. Grupa amazonek siedziała na trawie pod starą jabłonią i jadła owoce. Ich konie łaziły samopas po łące. Młode dziewczyny poderwały się na widok rikszy i zastąpiły jej drogę. Prócz lanc, opartych o drzewo, uzbrojone były w pejcze zakończone stalowymi zadziorami błyszczącymi lepką neurotoksyną i w budzące respekt staroświeckie karabinki. Dowodząca podjazdem rotmistrz zajrzała do rikszy i bez ogródek zażądała od Inez dokumentów. Zakonnica zauważyła przypiętą do pasa kobiety makabryczną ozdobę. Nanizane na stalową obręcz, pomarszczone tulejki z ludzkiej skóry – odcięte prącia zabitych samców.

Kiedy rotmistrz przeglądała dokumenty, jej amazonki oglądały sobie siedzących na rowerach chudzielców, napędzających rikszę. Dziewczyny śmiejąc się i pohukując niczym goryle, szturchały i podszczypywały przerażonych mężczyzn, którym widoczność ograniczały skórzane maski. Jeden z samców zaczął łkać i bełkotać coś nieskładnie. Zwinął się na siedzeniu, wciskając głowę w ramiona. Szarpał się, próbował uwolnić ręce przykute do ramy. Woźnica krzyknęła na niego ostrzegawczo i trzasnęła batem przez plecy. Samiec zawył. Biedny idiota.

Inez syknęła na rotmistrz władczym tonem, każąc jej się pośpieszyć. Zakonnica nie nosiła habitu, a w dokumentach figurowała jako starszy inspektor etyczny Rady Wyznaniowej Zgromadzenia Europy. Nie byle jaka persona. Amazonka zasalutowała niedbale i kazała woźnicy jechać. Nie interesowała się, co na tym pustkowiu robi europejska urzędniczka. Riksza nie wydawała się podejrzana i zdecydowanie nie miała nic wspólnego z powstańcami.

Inez pokręciła głową, patrząc na pedałujących samców. Nadal dygotali z przerażenia. Nie znosiła, kiedy ktoś pastwił się nad takimi żałosnymi istotami. Oczywiście nic nie rozumieli, obaj cierpieli na upośledzenie umysłowe, co natychmiast rzucało się w oczy. Jeden i drugi byli nienaturalnie wysocy o nieharmonijnie długich nogach i rękach, do tego sylwetki mieli gynoidalne. Wyglądali jak groteskowo zniekształcone kobiety, a nie prawdziwi samcy. Twarze zasłaniały im maski, ale Inez domyślała się, że ich gęby również są charakterystycznie zniekształcone. Zespół Klinefeltera, bez wątpienia w wersji nie podstawowej, ale tej gorszej, powiązanej z innymi mutacjami. W komórkach kolarzy znajdowała się większa liczba chromosomów płciowych, żeńskich chromosomów rzecz jasna. Męski chromosom – Y zdarzał się coraz rzadziej i od trzech pokoleń nigdy w klasycznej sekwencji: XY. Wszystkie przychodzący na świat samcy byli zdeformowani na poziomie genetycznym. Od stulecia zamiast mężczyzn rodziły się mutanty, kobietopodobni hermafrodyci, zdegenerowane obojnaki i zniekształcone potwory. Przepowiadany przez naukowców stopniowy zanik chromosomu Y nadszedł z dnia na dzień, i to z iście apokaliptycznym rozmachem. Czynniki odpowiedzialne za katastrofę do dziś nie zostały rozpoznane. Podejrzewano wpływ wszechobecnych chemikaliów, transgenicznej żywności i zanieczyszczenia środowiska, ale właściwie niczego nie udowodniono. Po prostu płeć męska zaczęła ulegać lawinowej degeneracji. Gdyby nie dostatecznie rozwinięty poziom medycyny i genetyki ludzkość dawno spotkałaby zagłada. Na szczęście kobiety sobie poradziły, uciekając się do dzieworództwa. Nie ustawały jednak w wysiłkach i nadal część z nich próbowała się rozmnażać bardziej tradycyjnie, korzystając z zasobów banków z naturalną spermą lub w partenogenezie świadomie decydując się na chłopców. Samcy nadal więc przychodzili na świat. A właściwie ich zdeformowane odpowiedniki. Rodzaju męskiego w jego pierwotnej postaci jak dotąd nie udało się reanimować.

Nie spędzało to Inez snu z powiek. Urodziła się wiele lat po upadku dawnego porządku, po ostatecznym zniknięciu patriarchatu, nie znała go i wcale za nim nie tęskniła. Osobiście martwiło ją tylko to, jak kobiety traktują nieszczęsnych samców. Początkowo rodzącymi się mutantami opiekowano się z niebywałą troską, jak wszystkimi kalekami. Z czasem jednak, kiedy cywilizacja zaczęła się zmieniać przez brak mężczyzn, okazało się, że darmowa siła robocza, jaką przecież stanowili, jest zbyt kusząca, by z niej nie korzystać. Wielu z nich było silnie umięśnionych i mimo defektów psychicznych nadawało się do ciężkiej pracy. Z biegiem lat nowi mężczyźni znaleźli swoje miejsce w społeczeństwie jako niewolnicy wykorzystywani do prac fizycznych. Doszło do tego, że w stacjach położniczo-rozpłodowych „produkowano” ich z pełną premedytacją, starając się poddawać dodatkowym mutacjom i uczynić jeszcze bardziej przydatnymi. Kościół walczył z tym barbarzyństwem od lat, ale jak na razie bez większego powodzenia. Lobby przemysłowo-gospodarcze potrzebowało samców i stanowiło na tyle silną frakcję, by zepchnąć etykę i wpływy grup wyznaniowych na margines, tłumacząc swoje postępowanie potrzebą ocalenia ludzkości.

Rozmyślania nad żałosnym stanem cywilizacji zajęły Inez dalszą drogę do klasztoru. Otrząsnęła się dopiero, kiedy riksza stanęła przed budowlą otoczoną wysokim murem i zabezpieczoną solidną bramą. Była u celu.

Siostry zebrały się na obszernym dziedzińcu wybrukowanym archaicznymi kocimi łbami. W białych habitach z czarnymi czepcami wyglądały nadzwyczaj czysto i schludnie, jak stado białych gołębi, do których od stuleci najczęściej były porównywane. Wszystkie trzymały głowy pokornie pochylone, a wzrok skromnie spuszczony. Stały w absolutnej ciszy, ustawione w nierówny szereg. Inez przywitała się z nimi i wygłosiła krótką mowę o radości, którą czuje od chwili, gdy się dowiedziała, że pokieruje klasztorem. O tym, jak bardzo się cieszy, że resztę życia poświęci dawaniu świadectwa o Bogu nieustanną modlitwą i medytacją. Potem poprosiła, by siostra pełniąca funkcję asystentki i sekretarki poprzedniej przeoryszy zaprowadziła ją do celi.

Anna służyła pomocą Matce Jolancie przez osiem lat. Była niewysoką, krępą kobietą w okolicach czterdziestki, nosiła absurdalnie wielkie, mocne okulary nadające jej aparycję sowy. Sama zaproponowała, że oprowadzi Inez po klasztorze, pozwoliła jej tylko zostawić torbę i niemal siłą wyciągnęła na rekonesans. Siostra Anna okazała się osobą niezwykle energiczną, przysłowiowym żywym srebrem.

– Zwykle o tej porze siostry mają poobiednią godzinę czasu wolnego, większość wykorzystuje ją na samodzielną modlitwę i rozmyślania, potem spotykamy się przy wspólnej pracy na polu za klasztorem. Ja najbardziej lubię zajmować się warzywnikiem, szczególnie naszą szklarnią. Uprawiamy tam transgeniczne pomidory, ogórki i paprykę, te ostatnie niemal w całości sprzedajemy na targu, zyski ze sprzedaży upraw są właściwie naszym jedynym dochodem. Złożyłam propozycję, by zbudować tak modne ostatnio platformy do plantacji hydroponicznych i wprowadzić inne gatunki. Najlepiej przyprawy, algi i grzyby, które mają zastosowanie w koszmarnie drogiej kuchni molekularnej. Niestety brakuje nam funduszy na inwestycje… – Anna trajkotała jak nakręcona, zdawałoby się bez przerw na złapanie oddechu.

Było to nieco zaskakujące, bo w tym surowym zgromadzeniu milczenie uważano za największą cnotę, a gadulstwo za grzech. Kamedułki ze sobą właściwie nie rozmawiały, koncentrując się na modlitwie. Inez szła obok korpulentnej, rozgadanej siostry i z uwagą wszystko oglądała. Nie próbowała przerywać kobiecie słowotoku, miała nadzieję, że ta sama wyjawi wszystkie konieczne informacje, a może nawet zdradzi coś ponad to, jakieś tajemnice zakonnic, grzeszki czy coś w tym rodzaju. W końcu jednak zaczęła dyskretnie pociągać Annę za język.

– Tak, mieliśmy problem z dwiema dziewczętami będącymi na postulacie… – Pulchne policzki zakonnicy pokryły się rumieńcem. – Zbłądziły, biedne owieczki, a my zbyt późno to spostrzegłyśmy. Zamiast skoncentrować się na miłości do Boga i modlitwie, poczuły się samotne i zbytnio się zbliżyły do siebie. Siostra Gertruda przyłapała je razem w celi. W jednym łóżku. Trzeba je było wydalić z klasztoru. A jedna nasza nowicjuszka… Ehem! – Anna kaszlnęła teatralnie, zawieszając głos. – Okazało się, że przez kilka miesięcy chodziła nocami do miasta i oddawała się cielesnym przyjemnościom z samcami pracującymi w przetwórni. Kopulowała z tymi biednymi, okaleczonymi istotami.

– Też ją wydalono?

– Sama się przyznała do grzechu i okazała skruchę. Matka Jolanta wybaczyła jej i pozwoliła złożyć śluby. W chwili obecnej siostra Samoa oddaje się pokucie poprzez medytacje i modlitwę w całkowitej izolacji. Od roku przebywa w rekluzji.

Inez pokiwała głową ze zrozumieniem. Uleganie słabościom przez młode zakonnice nie było niczym nadzwyczajnym i zdarzało się wszędzie.

– Czy to jedyne problemy, z którymi się borykacie? – spytała, schylając się przy przejściu przez portyk prowadzący z budynku klasztornego do ogródka.

– Nie, to nic w porównaniu z problemami finansowymi. – Anna lekceważąco machnęła ręką. – O, niech matka przełożona spojrzy! Tu wiosną topniejący śnieg zerwał rynnę na całej długości. Nie mamy grosza, by kupić nową, od dwóch miesięcy woda leje się po ścianach. Tynk odpadł tam i tam, a tu zaczyna już rosnąć grzyb. Dach wymaga wymiany właściwie na całej powierzchni, hydraulika na górnych piętrach jest dziurawa jak sito, musieliśmy odciąć część instalacji, ale to nie koniec. Wprowadzenie we wszystkie szczegóły zajmie mi trochę czasu, może przełożymy to na kiedy indziej… – Anna poprawiła zsuwające się na nos okulary. – Jest jeszcze kwestia opodatkowania, w tym dodatku wojennego. Do klasztoru prócz zabudowań należą pola na zachód od miasta, za które zalegamy z podatkiem gruntowym od trzech lat. Nie zapłaciłyśmy też należnego dodatku wojennego, liczonego od mieszkańca. Jest nas w sumie trzydzieści pięć sióstr, powinnyśmy więc przekazać do kasy naczelniczki regionu trzydzieści pięć tysięcy!

– Jaki jest stan kasy? – Inez poczuła dziwny niepokój.

– Tragiczny. Obecnie mamy jakieś dwie setki w gotówce, a do tego niespłacone w tym miesiącu raty dwóch kredytów, po dwa tysiące każda.

– Matka Jolanta brała pożyczki, nie mogąc ich spłacić?

– Nie było wyjścia. – Anna wzruszyła ramionami. – Potrzebowałyśmy pieniędzy na bieżące utrzymanie klasztoru i na budowę domu rekolekcyjnego oraz kaplicy. W mieście nie ma ani jednego kościoła…

– Ile jest tego długu?

– Jeden na czterysta sześćdziesiąt tysięcy pod hipotekę zabudowań klasztornych i drugi na trzysta pięćdziesiąt pod zastaw pól.

Inez zakręciło się w głowie. Za taką kwotę Jolanta mogła zbudować cały kompleks edukacyjny i jeszcze by zostało na kościół. Ciekawe, co tak naprawdę się stało z pożyczonymi pieniędzmi? Po co skromnej zakonnicy taka fortuna?

– Waszym jedynym źródłem dochodów pozostają zyski ze sprzedaży własnych upraw? – Inez spojrzała uważnie na Annę.

– Także skromne datki wiernych, ale w dzisiejszych czasach mało kto jest dla nas hojny. Bunt samców boleśnie doświadczył mieszkańców regionu. Dlatego tak mocno nalegałam na powiększenie upraw i wprowadzenie mniej wymagających roślin transgenicznych.

– Chce siostra spłacić niemal milion długu, sprzedając paprykę i ogórki na targowisku?

– Również ciastka i tarty siostry Anieli oraz kwiaty siostry Katsumi – odparła niezrażona Anna. – Pokładamy wiarę w Bogu, że wszystko będzie dobrze. Modlimy się o to gorąco.

– Modlicie się… – Inez pokiwała głową. – To świetnie.

Wyglądało na to, że zesłanie do pokutniczego klasztoru wcale nie ograniczy się do umartwiania i rozmyślań. Inez nie zamknie się w pustelniczej celi, nie zniknie dla świata. Będzie miała za to masę roboty, choć pewnie i tak niezbyt długo. Uśmiechnęła się nieświadomie do swoich myśli. Zanosiło się na to, że nie zagrzeje tu miejsca. Zgromadzenie stało na skraju bankructwa i lada dzień mogło zostać zlicytowane, a siostry wygnane.

Następnego ranka Matka Inez po raz pierwszy poprowadziła Godzinę Czytań i Jutrznię, modlitwy o świcie. Potem mszę odprawiła przybyła z miasta kanoniczka Krystyna. Kobiety w całkowitej ciszy zjadły wspólnie skromne śniadanie i wyruszyły do pracy. Inez usiadła w swoim gabinecie nad dokumentami. Matka Jolanta nie używała cyfrowych nośników danych i wszystko notowała na papierze. Sterty dokumentów wypełniały cały regał zajmujący jedną ze ścian gabinetu. Poustawiane w skoroszytach, opisanych datami i krótkimi hasłami po łacinie, wyglądały dość oryginalnie. Trochę czasu Inez poświęciła, by zorientować się według jakiego klucza przeorysza segregowała papiery. Nie prosiła jednak o pomoc Anny, chciała sama dojść do wszystkiego.

Do gabinetu zapukała siostra Gertruda, wyprężona jak struna kobieta po pięćdziesiątce o surowym obliczu i wiecznie zachmurzonej minie. Przyniosła do przymiarki habit dla nowej przeoryszy. Inez nie miała chęci na przebieranki i odprawiła zakonnicę. Nigdy nie nosiła habitu i źle by się w nim czuła. Poza tym nie chciała przywiązywać się do zgromadzenia, które i tak pewnie wkrótce opuści.

Wróciła do pracy. Przetrząsała segregatory podpisane lapidarnie – Oeconomia. Najbardziej interesowały ją finanse. Na co Matka Jolanta wydała grubo ponad pół miliona? Niestety przejrzenie kilkudziesięciu ksiąg nie było takie proste. W skrupulatnie rozrysowanych tabelach wynotowano wszystkie wydatki na przestrzeni ostatnich stu lat, łącznie z takimi drobiazgami, jak zakup papieru toaletowego czy biletów komunikacji miejskiej. Znajdowało się tu morze faktur, paragonów, weksli i świadectw sprzedaży. Wreszcie przed południem Inez dokopała się do sprawozdań i rozliczeń z kolejnych remontów i przebudów budynków klasztornych.

Musiała przerwać na wspólną Modlitwę w Ciągu Dnia i Modlitwę do Miłosierdzia Bożego. Do gabinetu wróciła po obiedzie i znów zanurkowała w papierach. Przed Nieszporami odnalazła plany mającej powstać kaplicy i domu rekolekcyjnego. Odkładała na bok wszystkie faktury i rachunki ich się tyczące, a potem cierpliwie je zliczyła. Budowa odbyła się w ubiegłym roku i wydano na nią sto dwanaście tysięcy. Wertowała papiery do późnej nocy, ale o tym, co się stało z resztą pożyczki, w segregatorach poświęconych gospodarce klasztoru nie było ani słowa.

 

Nikol Badowska piastowała funkcję naczelniczki regionu czwartą kadencję. Góra ufała jej już na tyle, że od trzech miesięcy – odkąd trwał stan wojny – Nikki pełniła także cywilne zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi działającymi w całej południowej Polsce, zachodniej Ukrainie i większej części Słowacji. Dodatkowa władza dawała naczelniczce niezwykłe możliwości, między innymi korzystania z wywiadu wojskowego, a przede wszystkim swobodnego operowania siłami, które jej powierzono. Od trzech miesięcy trzęsła swoim dominium, pełniąc w nim despotyczną władzę. I to w majestacie prawa.

Zdawała sobie jednak sprawę, że tyrania nie potrwa wiecznie i prędzej czy później wszystko wróci do normy. Jako osoba zapobiegliwa nie zaniedbywała więc pracy u podstaw, jak zawsze dbała o najmniejsze drobiazgi. Nie umknął więc jej uwadze fakt przybycia do miasta nowej przeoryszy. Pewnie inna naczelniczka, zadufana w sobie i dumna jak wielu oficjeli, zlekceważyłaby tak nieistotne wydarzenie. Niewart uwagi, biedny klasztor nie pełnił istotnej społecznie ani gospodarczo roli. Wegetował sobie gdzieś na marginesie życia w mieście, a jego przeorysza była równie nieważną osobą, jak szefowa kuchni w bufecie ratusza.

Nikki jednak nie lekceważyła nikogo. Właśnie dzięki temu podejściu zaszła tak wysoko i tak pewnie trzymała się na stanowisku. Zakonnice też trzeba było mieć na oku, jak wszystkich w tym mieście. Naczelniczka znalazła więc czas, by przyjrzeć się nowej przeoryszy, a nawet wezwać ją na krótką rozmowę.

Inez stawiła się punktualnie o wyznaczonej porze. Ku zaskoczeniu Nikki nie była ubrana w habit, lecz w prostą, szarą garsonkę. Ciemne włosy nosiła krótko ścięte, wyglądała też młodziej, niż wynikało to z jej metryki. Naczelniczka patrzyła w milczeniu na wysoką, smukłą kobietę po czterdziestce, która wyglądała na trzydziestolatkę. Mierzyła ją surowym spojrzeniem, nie proponując, by usiadła. Zresztą, specjalnie z myślą o mniej ważnych interesantach, z gabinetu naczelniczki usunięto krzesła. Odrobina poniżenia miała z miejsca określić relacje i dać przewagę Nikki.

Cisza się przedłużała. Zakonnica nie wyglądała na speszoną, stała nieruchomo, odpowiadając śmiałym spojrzeniem. Naczelniczka przyglądała się jej wygodnie rozparta za biurkiem. Asystentka podeszła do Nikki bezszelestnie niczym cień i rozłożyła przed szefową sprawozdanie z wywiadu. Ta spojrzała w podane dokumenty dopiero po dłuższej chwili siłowania się wzrokiem z zakonnicą.

– Witam panią w moim dominium, Inez Tárrega – powiedziała, podnosząc wzrok znad papierów. – Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze układała współpraca. Panuje tu taki zwyczaj, że przełożeni wszystkich formalnych i nieformalnych organizacji muszą sprawozdawać mi o swojej działalności. To dla bezpieczeństwa nas wszystkich i po to, by utrzymać wysoki stopień komunikatywności na linii władza – lud.

Inez nie odpowiadała, milczała grzecznie, jak przystało na zakonnicę.

– Ciągle cały rejon objęty jest stanem wojny – kontynuowała naczelniczka. – Oczekujemy po wszystkich obywatelkach pełnej współpracy i zaangażowania w zwalczanie bandytów. Tylko wspólnymi siłami szybko zakończymy konflikt i przywrócimy porządek. Ciągle tropimy niedobitki buntowniczych band, nie udało się też jak dotychczas ująć ich przywódców. Szczególnie myślę o tym mutancie, generale Spartakusie.

– Mój klasztor działa w ramach klauzury – po raz pierwszy odezwała się przeorysza. – Jesteśmy zakonem zamkniętym i właściwie nie kontaktujemy się ze światem. Jedyne co możemy zrobić, to modlić się, by rozruchy skończyły się jak najszybciej i w jak najmniej krwawy sposób.

– Nie jesteście zamknięte szczelnie, siostrzyczki, proszę mnie nie mamić bzdurami o murach oddzielających was od świata! – Naczelniczka zmarszczyła groźnie brwi. – Kilka sióstr udziela nauk w domu rekolekcyjnym, ma tam kontakt z obywatelkami z nizin społecznych, z biedotą. Z pewnością spotykacie się z szacunkiem prostych ludzi, budzicie ich zaufanie. Dam sobie rękę uciąć, że przychodzą do was po rady i pociechę. Może któraś z odwiedzających was obywatelek ukrywa poszukiwanego samczyka, może pomaga jakiejś bandzie i gryzie ją sumienie? Może jej brat lub syn poszli do powstania, a ona ciągle ma z nim kontakt? Wie, gdzie bandyci się ukrywają, gdzie mają swoje bazy?

– Jeśli któraś z moich podopiecznych znajdzie się w posiadaniu informacji ważnych dla bezpieczeństwa publicznego, natychmiast poinformuję o tym władze. – Inez nawet nie mrugnęła.

– Właśnie tego oczekuję, Matko Inez – naczelniczka pokiwała głową – ale to nie wszystko. Musicie bardziej się starać, siostry. Musicie pokazać, że wasza obecność w mieście ma jakiś sens.

– Nie rozumiem.

– Nie możecie spoczywać na laurach. Chcę wiedzieć, że mogę na was polegać. Dobrze wyglądałyby cotygodniowe sprawozdania z działań ze szczegółowym spisem uzyskanych informacji o mieszkańcach. Postarajcie się. Interesuje mnie, co trapi prosty lud, a wy jesteście mu najbliższe. Nie patrzcie na mnie jak cielę, wykażcie jakąś inicjatywę. Może wypada zamontować podsłuch w konfesjonale kaplicy? I dostarczać mi co ciekawsze nagrania? No! To byłby dobrze widziany gest.

Inez patrzyła na naczelniczkę nieruchomym wzrokiem. Ciągle nie okazywała najmniejszych emocji niczym doświadczony pokerzysta.

– Odpowiadam jedynie przed generał swojego zakonu – powiedziała spokojnie. – Zgodnie z konkordatem władze świeckie nie mają prawa ingerować ani zmuszać…

– Trwa wojna. – Nikki groźnie zmarszczyła brwi. – Wymagam od was absolutnego posłuszeństwa, tak jak od wszystkich organizacji działających na podległych mi terenach. Nie potrzebuję tu darmozjadów, nic niewartych, rozmodlonych dewotek. Nasze społeczeństwo ma działać jak szwajcarski zegarek. Każdy trybik ma idealnie pasować do reszty i być przydatny. Jeśli się nie przyłożycie i nie udowodnicie mi, że możecie być pomocne… – Naczelniczka zawiesiła głos. – Hm. Spójrzmy w dokumenty. Zalegacie z podatkiem gruntowym i wojennym, a wasze nieruchomości obciążone są hipoteką. Jak zamierzacie spłacić dług? Mogę w każdej chwili wysłać do was komornika. Może to też zrobić bank, w którym macie kredyt.

– Liczę na dobrą wolę władz, a do banku lada dzień wystosuję pismo z prośbą o zawieszenie spłat do chwili, kiedy przedstawię nasze tragiczne położenie władzom kościelnym. – Inez wreszcie spuściła wzrok.

– Nie liczyłabym, że problem sam się rozwiąże. – Nikki uśmiechnęła się w myślach. Miała przeoryszę w garści. – Musicie się wykazać. Nie pożałujecie. Za pomoc w ujęciu zbuntowanego samczyka wyznaczona jest nagroda wysokości pięćdziesięciu tysięcy. Od łebka! Za głowę Spartakusa okrągły milion. Jeśli dostarczycie informacje, które pozwolą namierzyć powstańców, wasza sytuacja może ulec zmianie z dnia na dzień. Potrafię się odwdzięczyć za współpracę. Weźcie się do roboty, a nie pożałujecie. A teraz idźcie już, Matko, pewnie musicie się pomodlić. Ale pamiętajcie: albo się zaprzyjaźnimy, albo w ciągu miesiąca wasz monastyr przestanie istnieć.

Zakonnica dygnęła i wyszła bez słowa. Nikki westchnęła i wstała od biurka. Skinęła swojej asystentce, która natychmiast stanęła z tyłu i zaczęła masować jej ramiona.

– Widziałaś, jakie to proste? – mruknęła naczelniczka. – Od dawna ostrzyłam sobie zęby na ten klasztor i przejmę go prędzej czy później. Spory, tradycyjny kompleks z zapleczem gospodarczym, idealnie położony na wylocie z miasta. W sam raz na stylowy hotel z obsługą przebraną za męskich kamerdynerów. Można go ewentualnie przebudować na kurort SPA, otoczyć pierścieniem drzewobitów, zamienić ogrody w nowoczesne, ekskluzywne habitaty roślinne. Nasze miasto potrzebuje czegoś takiego. Ale do tego zabierzemy się, gdy się rozprawimy z samczykami, na razie można tylko wykorzystać pingwinice do szpiegowania.

– Świetne posunięcie, Nikki. – Asystentka przytuliła się do pleców szefowej, musnęła ustami jej szyję i pocałowała za uchem. – Wydaje mi się jednak, że jesteś zbyt pewna siebie i lekceważysz przeciwniczkę. Nawet nie przeczytałaś całego sprawozdania z wywiadu, a tyle się nad nim napracowałam.

– Co przegapiłam, kurczaczku? – Nikki wygięła się i pogładziła dziewczynę po włosach, pozwalając jej przytulić się jeszcze mocniej.

– Inez Tárrega nie jest cichą i skromną kamedułą. To jezuitka przysłana tu na zesłanie za jakieś nieustalone jeszcze przewinienie. Nad tym, co takiego zbroiła, dopiero pracuję.

– Jakie ma znaczenie, z jakiego zgromadzenia pochodzi? Tu i tak jest nikim.

– Jezuitki rekrutują swoje członkinie spośród najinteligentniejszych kandydatek o mocnych osobowościach. Do tego główny nacisk kładą na ich wszechstronne kształcenie i umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji. Szkoli się je, by mogły być jak najbliżej rządzących i choćby pośrednio uczestniczyć w sprawowaniu władzy świeckiej. To polityczne i intelektualne ramię Kościoła, mające umacniać i zwiększać jego pozycję. Najlepsze z najlepszych. Agentki do zadań specjalnych.

– Ciekawe… – Nikki nie sprawiała wrażenie przejętej. – Sądząc po pozycji Kościoła w dzisiejszym świecie, niezbyt dobrze wychodzi im to umacnianie wpływów. Zdecydowanie nie obawiałabym się jakiejś wyklętej przez swoich zakonnicy. Choćby nawet była super zakonnicą.

 

Wściekłość ogarnęła Inez dopiero po opuszczeniu budynku ratusza. Wredna jędza przyparła ją do muru i zmusiła do całkowitego posłuszeństwa. To było niczym gwałt! Naczelniczka zastosowała dość prymitywną socjotechnikę, na przemian prośby i groźby, poniżenie i obietnice. Tylko że to zadziałało. Stłamsiła ofiarę i powaliła ją na kolana. A najgorsze, że Inez nie miała możliwości się obronić! Atak był zupełnie niespodziewany i nie pozostawiał szans na kontrę.

Inez udało się zapanować nad gniewem i stłamsić go w sobie. Miała ochotę wrzasnąć na całe gardło, ale wokół rynku kręciła się masa ludzi. Przystanęła więc tylko i wyciągnęła z kieszeni różaniec. Zaczęła szeptać modlitwę, obracając w palcach koraliki koronki. Uspokoiła się niemal natychmiast.

Wracając pieszo do klasztoru, rozmyślała intensywnie. Zanim weszła do gabinetu naczelniczki, w nosie miała dalsze losy monastyru. Właściwie nawet się cieszyła, że nie zagrzeje tu długo miejsca. Likwidacja zakonu była jej na rękę, bo gdziekolwiek zostałaby przeniesiona, nie mogła trafić gorzej. Zesłanie na koniec świata zapowiadało się na krótkie i właściwie bezbolesne. Upadek monastyru nie był przecież jej winą, zastała na miejscu sytuację beznadziejną i mogła tylko czekać, aż wierzyciele rozpoczną windykację długów i przejmą klasztor.

Rozmowa z naczelniczką wiele jednak zmieniła. Dawno nikt tak nie nadepnął Inez na odcisk. Nikol Badowska nie miała pojęcia, jak wielki błąd popełniła, pomiatając nią i zmuszając do tak obrzydliwej i nieetycznej współpracy. Nie pozwoli sobie założyć kagańca i nie będzie szpiegować wiernych. Nie ulegnie tej cwanej despotce!

Po drodze zaszła na pocztę, by skorzystać z telefonu. Sieci komórkowe padły kilkanaście lat temu przez problemy techniczne. Pozostała jednak klasyczna telefonia przewodowa oparta w znacznej części na archaicznych liniach, pamiętających jeszcze erę samców. Dostęp do niej był jednak coraz trudniejszy, wszystko przecież się psuło, a serwis z trudem dawał sobie radę z coraz częstszymi naprawami.

Dodzwonienie się do Wiednia zajęło jej niemal pół godziny. Głos w słuchawce był stłumiony i dodatkowo zagłuszany przez szumy i trzaski, ale odebrała ta osoba co trzeba – Edyta Wiechert, specjalistka w dziale informacji Europejskiej Izby Kontroli. Inez natychmiast przeszła na niemiecki, mając nadzieję, że w ten sposób utrudni trochę życie podsłuchującym rozmowę szpiegom naczelniczki. Nie podlegało bowiem wątpliwości, że pracowniczki poczty śledziły wszystkie rozmowy.

– Kochanie, masz kogoś w Warszawie? Potrzebuję danych o lokalnym banku. CBL Cash Bank. Praktyki tyczące kredytowania, historia działalności. Może robili jakieś świństwa. Tak. I wszystkie nieoficjalne dane też. Wyślij na mój nowy adres. Nie słyszę, powtórz! Tak, to wszystko. Też całuję!

Zapłaciła krocie za połączenie i szybkim krokiem pomaszerowała do klasztoru. Zdążyła akurat na Kompletę, modlitwę kończącą dzień, po której obowiązuje całkowite milczenie. Siostry znikły w swoich celach, zaledwie jedna została w kaplicy na adorację Przenajświętszego Sakramentu. Po korytarzu niósł się tylko trzask chodaków siostry Gertrudy, niestrudzenie patrolującej klasztor. Surowa zakonnica czuła się odpowiedzialna za bezpieczeństwo i porządek w monastyrze.

Inez znów zamknęła się w gabinecie i po raz kolejny zanurkowała w papierach. Odnalazła i skrupulatnie przeczytała umowy kredytowe, które Matka Jolanta podpisała z Cash Bankiem. Wysokość hipoteki wzbudziła jej podejrzliwość – wartość klasztornych posiadłości była w rzeczywistości o jakieś pięćdziesiąt procent wyższa, niż wycenił je bankowy rzeczoznawca. Kredyt został też za wysoko oprocentowany, jednym słowem wyglądał na fatalnie niekorzystny dla zakonnic. Jolanta musiała bardzo potrzebować pieniędzy, skoro zgodziła się na taki układ. Pożyczki wzięła w odstępie dwóch dni. Prawdopodobnie początkowo myślała, że pierwsza suma okaże się wystarczająca. Potem w desperacji poprosiła o kolejną.

Na co tak bardzo potrzebowała gotówki? Co skłoniło ją do tak niefrasobliwych kroków?

Wskazówki powinny znajdować się w tych papierach. Jakiś rachunek, notatka, cokolwiek, co skierowałoby poszukiwania w odpowiednim kierunku. Jakiś punkt zaczepienia. Inez próbowała wczoraj wyciągnąć coś z Anny, ale asystentka uparcie twierdziła, że nic nie wie. Matka Jolanta trzymała ją na dystans i nie zdradzała swoich tajemnic. Anna mogła kłamać, choć sprawiała wrażenie osoby nadzwyczaj prostolinijnej, a jej gadatliwość nie pozwoliłaby utrzymać długo języka za zębami. Pozostałe siostry były tak skoncentrowane na pracy i modlitwie, że pojęcia nie miały o problemach klasztoru. Jolanta nigdy z nimi nie rozmawiała o podobnych sprawach. Cokolwiek zatem zrobiła z pieniędzmi, zrobiła to sama, w tajemnicy przed siostrami.

Nie wiedzieć kiedy nadeszła północ. Inez zaczynała głowa boleć ze zmęczenia, a od kurzu dostała kataru. Stwierdziła, że ma stanowczo dość na dzisiaj: pora zakończyć śledztwo. Pociągając nosem, zabrała się do odstawiania segregatorów na regał. Weszła na krzesełko i wciskała jeden po drugim na górną półkę. Chmura kurzu dmuchnęła jej prosto w twarz, wywołując łzawienie i gwałtowne kichnięcie. Przeorysza straciła równowagę. Zachwiała się, balansując na krzesełku. Odruchowo cisnęła trzymane segregatory, które z łomotem grzmotnęły o podłogę tuż obok biurka. Jeden z nich uderzył kantem w drewnianą klepkę parkietu i wcisnął ją w głąb. Sąsiednie klepki uniosły się z kliknięciem i odsłoniły prostokątną skrytkę.

Inez zeskoczyła na ziemię i opadła na klęczki. Skrytka była płytka i niezbyt pojemna. Przeorysza bez wahania sięgnęła do środka. Wewnątrz nie było żadnych dokumentów, tylko kilka przedmiotów: dziecięce ubranko pajacyk, grzechotka, smoczek, wyleniały ze starości miś, kastet, elektryczny paralizator i jakaś dziwna część garderoby, którą Inez musiała oglądać dłuższy czas, zanim wpadła, co to takiego. Przedmiot był wykonany ze wzmacnianej czarnej skóry, nabity srebrnymi ćwiekami i zaopatrzony w pasek z klamrą.

Suspensorium! Ochraniacz na męskie genitalia. Skąd to u zakonnicy? Szczególnie tak dziwacznie wyuzdany? Inez widziała takie gadżety zakładane najbardziej zwyrodniałym samcom lub najbardziej jurnym, trzymanym przez próżne, bogate obywatelki jako ozdoba lub erotyczna zabawka.

– Kim byłaś, Matko Jolanto? – mruknęła głośno przeorysza, obracając w ręku suspensorium.

Podeszła do biurka i otworzyła szufladę z kartoteką personalną. Teczki ułożono według alfabetu, w dodatku w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w klasztorze mieszkała tylko jedna osoba o tym imieniu, odnalezienie papierów Jolanty nie okazało się więc trudne. Zmarła przeorysza była Polką pochodzącą z Gdańska. Uzyskała doktorat z historii i zanim została zakonnicą, pracowała na uniwersytecie. Wstąpiła do zakonu dwadzieścia trzy lata temu, miała wtedy trzydziestkę. Nie odbywała postulatu, za to przepisowo spędziła rok w nowicjacie, a potem od razu złożyła śluby wieczyste. Wyglądało na to, że uciekła do klasztoru i od początku była nastawiona, by zamknąć się w nim na zawsze. Sądząc po pokutniczym charakterze zgromadzenia, pewnie chciała odbyć w nim karę, którą sama sobie wyznaczyła.

Znajdowały się tu jeszcze zapiski poprzedniej przeoryszy, oceniające Jolantę jako cenny narybek. Wykształcona i bardzo religijna, do tego zdyscyplinowana i bez reszty oddana służbie Bogu. Po jakimś czasie zaangażowała się w prowadzenie klasztornej biblioteki, potem została asystentką przeoryszy i pomagała jej prowadzić klasztor. Dziesięć lat temu przejęła obowiązki matki przełożonej klasztoru. Na tym jej kartoteka się kończyła.

Tknięta jakimś przeczuciem Inez sięgnęła po teczkę siostry Anny. Po chwili wahania wyciągnęła teczki pozostałych zakonnic, które zdążyła już poznać i zapamiętać. Dwanaście kobiet – osiem Polek, dwie Ukrainki, Niemka i Japonka. W różnym wieku, z różnym wykształceniem, przybyłe do zakonu na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Żadnych cech wspólnych, żadnego punktu zaczepienia.

Inez westchnęła i pomasowała czoło. Ból głowy dokuczał coraz bardziej, zegar wskazywał już trzecią w nocy. Przeorysza wstała od biurka i ruszyła do wyjścia. Pora spać.

 

Celę miała na tym samym piętrze co gabinet, na drugim końcu korytarza. Brak żarówek i problemy z elektrycznością powodowały, że już dawno całkiem zrezygnowano z oświetlania przejść i holi, zadowalając się blaskiem wpadającym przez okna. Inez nie wzięła roślinnej lampy bioluminescencyjnej, szła zatem po omacku w całkowitej ciemności. Udało się jakoś dotrzeć do celu; właśnie kładła rękę na klamce, gdy wydało się jej, że słyszy stłumione głosy. Zastygła w bezruchu. Odruchowo wstrzymała oddech. Panowała cisza, tylko wiatr szumiał w gałęziach drzew. Inez zauważyła, że najbliższe okno jest otwarte. Podeszła, by je zamknąć, wyglądając przy tym na zewnątrz.

Na pogrążonym w mroku dziedzińcu poruszały się dwa białe kształty. Habity zakonnic. Czyli głosy nie były złudzeniem, mimo zakazu dwie siostry rozmawiały, idąc dokądś w środku nocy. Inez bez chwili zastanowienia doskoczyła do schodów i starając się stąpać jak najciszej, pomknęła nimi w dół. Po paru chwilach dotarła do wyjścia. Drzwi były uchylone. Ostrożnie wyjrzała na zewnątrz.

Ciemno. Po zakonnicach ani śladu. Za to w oddali rozległo się głuche dudnienie, jakby upadło coś ciężkiego. To gdzieś w ogródku, na tyłach klasztoru. Inez przemknęła wzdłuż ściany, ostatni odcinek do portyku prowadzącego poza kompleks przebyła, stąpając ostrożnie niczym kotka. Szkolenie wojskowe i częste fizyczne ćwiczenia czasami się przydawały. Prześliznęła się przez portyk i dała susa w krzaki porzeczek.

Intruzów było kilkunastu. Stali wokół trzech zakonnic: Anny, Gertrudy i pulchnej kucharki – siostry Anieli. Jeden z nich musiał upuścić drewnianą skrzynię pełną owoców. Pojemnik pękł, jabłka, gruszki i morele rozsypały się po trawie. Kilku samców klęczało, zbierając owoce, jeden stał z pochyloną głową i płakał, pociągając nosem. Bełkotał przy tym niewyraźnie.

– Pszszeplaszam, pszeplaszam. Nie chciaaałem, nie chciałem – mamrotał.

Anna pogłaskała go po głowie.

– Nic się nie stało. Pomóż chłopcom pozbierać owoce, no już, szkoda czasu.

Mężczyźni wyglądali jak typowi zdeformowani samcy. Kaleki umysłowe, co widać było po tępych gębach. Kilku miało charakterystyczne, kobiece sylwetki i nienaturalnie długie odnóża, stało tam też dwóch karłów, inna odmiana zdefektowanego zestawu chromosomów. Pakowali do plecaków owoce i warzywa pochodzące z klasztornej spiżarni, o czym świadczyły znajome, drewniane skrzynie. Większość z nich żuła pokarm, jeden z idiotów obślinił się przy tym, inny chrupał marchew upiornie głośno, mlaskając jak zwierzę. Nosili wojskowe kombinezony z kamuflażem, kilku na głowach miało hełmy z koślawym symbolem Marsa – kółeczkiem ze strzałką. Uzbrojeni był po zęby w osadzone na sztorc kosy, szable, a także broń palną, pistolety maszynowe i lśniące nowością karabinki.

– Nieźle wyposażeni ci buntownicy – szepnęła do siebie Inez.

Żałowała, że nie wzięła choć paralizatora świętej pamięci Matki Jolanty. Przeliczyła samców. Dwunastu. Po pięćdziesiąt tysięcy za sztukę. Do tego trzy zdrajczynie kobiecego rodzaju. Jeden donos i jutro sprawa klasztornych długów zostanie rozwiązana, a naczelniczka Nikol będzie wdzięczna i da spokój wiernej przeoryszy.

– Zaciął się. Robiłem, jak kazałaś, ale i tak się zaciął… – Karzeł wyciągnął do siostry Gertrudy swój pistolet.

Zakonnica westchnęła i wzięła broń. Jej ręce poruszały się płynnie, wyuczonymi odruchami. Błyskawicznie odpięła magazynek, przeładowała pistolet i przestrzeliła go. Wreszcie wyciągnęła zamek i obejrzała go przy świetle trzymanej latarni.

– Zabiorę to – powiedziała. – Trzeba naprawić. Weźmiesz pistolet po Krzysiu, niech spoczywa w pokoju.

Anna poklepała kolejno kilku mężczyzn po policzkach.

– Zbierajcie się, dzieci – powiedziała. – Do zobaczenia w następny poniedziałek. O tej samej porze. Uważajcie na siebie. Jeszcze dwa, trzy tygodnie i wyjedziecie daleko w góry. Tam będziecie bezpieczni.

– I wolni? – spytał karzeł.

– Jasne – na twarzy Gertrudy, po raz pierwszy odkąd Inez ją poznała, pojawił się uśmiech. Smutny i przelotny.

Samcy zaczęli gasić swoje lampy luminescencyjne i kolejno znikać w ciemności. Przeorysza wycofała się bezszelestnie i przemknęła przez dziedziniec. Życie w klasztorze znów ją zaskoczyło. Nie było wcale takie monotonne.

 

Po porannej mszy, a jeszcze przed śniadaniem Inez wzięła siostrę Annę pod ramię i zatrzymała ją w kaplicy. Obie przyklęknęły przed katafalkiem, pod którym chowano prochy zmarłych zakonnic.

– Matka Jolanta miała nieco ponad pięćdziesiątkę, mogła jeszcze długo służyć Bogu jako przeorysza – powiedziała Inez. – Na co zmarła?

– Od wielu lat cierpiała na nerki. W ciągu ostatniego roku choroba bardzo się posunęła, Matka Jolanta ostatni miesiąc życia spędziła przykuta do łóżka. Hospitalizacja i tak nic by nie dała, poza tym przeorysza nie chciała iść do szpitala. Czuła, że odchodzi, i chciała zrobić to wśród swoich.

– W tym samym miesiącu opuściły nas jeszcze trzy siostry – zauważyła Inez.

– Maria odeszła ze starości, miała niemal dziewięćdziesiątkę, Korin i Hanna zginęły w nieszczęśliwym wypadku. – Anna tkwiła z pochyloną głową i złożonymi do modlitwy rękoma. – Katastrofa komunikacyjna. Ich riksza zderzyła się z ciężarówką. Niech Bóg ma je w swojej opiece.

Inez pokiwała głową, przeżegnała się i wstała. Anna otarła załzawione oczy i dołączyła do przeoryszy.

 

Na poczcie czekała na Inez depesza. Edyta zaszyfrowała ją przytomnie według znanego tylko im dwom klucza. Zakonnica przeleciała wzrokiem pismo, wyłapując zbitki liter układające się w sensowny tekst. Nie zaskoczył jej wynik wywiadu dokonanego przez przyjaciółkę. Cash Bank był prywatnym, lokalnym i niewielkim interesem. W jego zarządzie zasiadała Nikol Badowska, mająca jedną trzecią udziałów. Pozostałymi właścicielkami okazały się jej dwie dawne kochanki: burmistrz miasta i miejscowa agentka nieruchomości.

– A to wstrętne larwy – mruknęła Inez. – Udzielają kredytów pod hipoteki, a potem niszczą dłużników, by ci nie byli w stanie spłacać zobowiązania. Następnie po prostu przejmują nieruchomości. Agentka je upłynnia, zwykle sprzedaje miastu. I tak kasa krąży między trzema wiedźmami. A niech mnie! Chcą zrobić sobie z regionu prywatne państwo?

Mamrocząc pod nosem, Inez nadała swoją depeszę. Zaszyfrowała ją w identyczny sposób. Pozostawała nadzieja, że szpiedzy naczelniczki nie rozgryzą kodu zbyt łatwo. Treść odpowiedzi składała się z kilku nazwisk: Jolanta Babinicz, Anna Poruta, Gertruda Hertel, Aniela Różycka. Po chwili zastanowienia dopisała jeszcze Korin Jones i Hannę Tuszyńską. Na koniec jedno zdanie: Sprawdź je w Centralnym Rejestrze Rodzicielek.

Zapłaciła kolejną astronomiczną kwotę i pomknęła do lokalnego Biura Informacji. Jedno z niewielu miejsc, gdzie z pewnością znajdował się działający komputer podłączony do Sieci. W dodatku za opłatą dostępny zwykłym obywatelkom. Inez stanęła na końcu monstrualnej kolejki i wodząc z nudów spojrzeniem, ku własnemu zaskoczeniu zauważyła, że w instytucji znajdują się także staroświeckie przeglądarki do mikrofilmów i klasyczne archiwum.

Zrezygnowała z komputera. Pobrała losowo garść kopii papierowych gazet z kilku ostatnich lat i zasiadła do lektury. Przeglądała kroniki kryminalne i lokalne wiadomości. Szukała trochę na oślep, nie wiedząc, czego dokładnie powinna wypatrywać. Chyba chciała dotrzeć do faktycznych przyczyn buntu samców, bo te oficjalne właściwie niczego nie tłumaczyły.

Według lokalnych władz samiec nieco bardziej inteligentny niż przeciętna, powodowany wrodzoną nadagresją związaną ze zbyt wysokim poziomem testosteronu we krwi, popełnił jakąś zbrodnię, prawdopodobnie zgwałcił swoją opiekunkę, i uciekł. Przyjął pseudonim Spartakus, nawiązał kontakt z robotnikami z przetwórni żywności i przekabacił tych najbardziej samczych, organizując z nich bandę. Przeprowadził kilka napadów na posterunki policji, ograbił jakieś magazyny, kogoś zastrzelił, kogoś znów zgwałcił. Wyłapywał przy tym kolejnych samców i głosił wśród nich powrót starych czasów, nadchodzące odrodzenie rodzaju męskiego. Banda szybko się powiększyła. Złupiła kilka wiosek, spaliła jakieś miasteczko z wojskowym garnizonem. Stoczyła nawet jedną większą bitwę i odniosła w niej sukces. Krok po kroku została jednak osaczona i rozbita. Ogólnie nic nadzwyczajnego, takie bunty zdarzały się raz na jakiś czas. Inicjowali je ponadprzeciętnie męscy samcy, którzy potrafili łatwo zapanować nad swoimi pobratymcami, dotkniętymi upośledzeniem umysłowym. Tworzone przez nich bandy degeneratów nie należały do specjalnie trudnych do zniszczenia. Bunty wybuchały coraz rzadziej i były coraz słabsze, atrofia rodzaju męskiego postępowała bowiem nieustannie.

Ostatnie powstanie okazało się jednak zaskakująco duże i krwawe. Odbiło się szerokim echem w świecie i pobudziło do wystąpień kilka organizacji humanitarnych. Żądano objęcia samców szczególną ochroną, zaprzestania używania ich jako darmowej siły roboczej i zniesienia nieformalnego niewolnictwa. Rząd Europy powołał komisję do zbadania przypadków dręczenia samców, ale ta skończyła obrady, zanim jeszcze powstanie upadło, nie znajdując żadnych dowodów, by mężczyźni byli na kontynencie źle traktowani.

Inez przewijała fotokopie cierpliwie, nie zwracając uwagi na upływ czasu. Wreszcie zatrzymała się przy niewielkim artykule sprzed dwóch lat. Aresztowano kobietę ukrywającą swego syna przed komisją kwalifikującą męskie osobniki według stopnia degeneracji do różnych zastosowań. Chłopca odebrano i przekazano do zakładu wychowawczego, przygotowującego samców do życia w społeczeństwie. Matka stawiała czynny opór, histeryzowała, że zabierają jej dziecko, by zamienić je w niewolnika. Oskarżała władze o handel samcami i nieludzkie ich traktowanie. Nazwała zakład wychowawczy obozem koncentracyjnym. Aresztowano ją za pobicie policjantki i publiczne oczernianie legalnej władzy.

Potem rzucił się Inez w oczy artykuł o zbiorowej ucieczce samców z zakładu wychowawczego. Trzech z nich zginęło nieszczęśliwie w czasie pościgu, sześciu zostało ciężko rannych w niewyjaśnionych okolicznościach. Zdementowano pogłoski, jakoby wychowawczynie użyły broni palnej. Kolejny tekst tyczył zaginięcia samców pracujących w przetwórni. Następny traktował o ataku mężczyzny, ubranego w wyuzdany strój z odsłoniętymi genitaliami, w centrum handlowym. Jego opiekunki nie znaleziono, samiec został przypadkowo zastrzelony przez ochronę sklepu. Tuż przed zamknięciem archiwum Inez zatrzymała się jeszcze przy reportażu o nocnym życiu miasta, w którym wspomniano o plotce, że istnieją nielegalne kluby, z walkami samców i handlem żywym towarem.

Te informacje w pełni zadowoliły Inez. Wracała do klasztoru, uśmiechając się do swoich myśli. Zagadki powoli zaczynały się wyjaśniać.

 

Następny tydzień spędziła, poznając bliżej swoje podopieczne. Próbowała z każdą porozmawiać, choć panująca w klasztorze reguła milczenia nie ułatwiała jej zadania. Wzywała siostry do swego gabinetu pod pozorem robienia porządków w archiwum osobowym i przesłuchiwała je po kolei. To były dobre, ciche kobiety, rozczarowane świeckim życiem lub od dzieciństwa niezwykle religijne. Powołanie spotykało je w trudnych momentach życiowych, a klasztor dawał upragnione schronienie. Spotkała się z trzydziestoma zakonnicami, w różnym wieku, pochodzącymi z różnych środowisk. Większość osiągnęła już wiek średni, choć były też dwie młodziutkie dziewczyny w postulacie.

Nie udało jej porozmawiać tylko z Samoą. Ta nadal siedziała w rekluzji, odcięta od świata. Podawano jej jedzenie przez specjalny otwór w drzwiach. Inez nie próbowała przeszkadzać jej w pokucie. Nie niepokoiła też czterech osiemdziesięciolatek nieopuszczających już swoich cel.

Tymczasem co dzień chodziła na pocztę i korespondowała z Edytą. Przynosiła coraz dłuższe depesze do klasztoru, bo ich rozszyfrowywanie na miejscu było nieco kłopotliwe.

Dostała też dwa wezwania od naczelniczki, oba ręcznie kaligrafowane na czerpanym papierze. Pierwsze zignorowała. Drugie pismo okazało się ostre w tonie i znajdowała się w nim zapowiedź przysłania do klasztoru komornika, jeśli natychmiast nie zostaną zapłacone zaległe podatki. Inez odpisała, że przygotowuje dla naczelniczki specjalne sprawozdanie i poprosiła o cierpliwość. Grała na zwłokę. Spokojnie zbierała dane, które wyszukiwała dla niej Edyta. Nie chciała iść do Nikol z byle jakimi plotkami, zebranymi przez siostry wśród wiernych. Szykowała dla niej prawdziwą niespodziankę.

 

Inez ubierała się akurat w swoją ulubioną, szarą garsonkę, by wyjść do kaplicy na wspólne odmówienie Jutrzni, kiedy dobiegło ją głuche dudnienie i podniesione głosy. Ktoś dobijał się do bramy klasztoru. Na korytarzu załomotały chodaki siostry Gertrudy. Inez odruchowo spojrzała na zegar – piąta trzydzieści. Doskoczyła do drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Na korytarzu stało kilka przestraszonych i oszołomionych zakonnic, niektóre jeszcze bez habitów lub bez czepców. Inez pomknęła po schodach w dół i po chwili wybiegła na dziedziniec. Przy furcie stała Gertruda z Anielą, kobiety dyskutowały ze sobą zawzięcie. W drzwi ciągle ktoś łomotał wściekle, domagając się wpuszczenia do środka. Zanim przeorysza dotarła na miejsce, ktoś złapał ją za ramię.

– To suki z antysamczych bojówek. – Siostra Anna była blada jak ściana. – Pewnie jakaś prowokacja. Pod żadnym pozorem nie wpuszczajmy ich do środka, bo splądrują klasztor.

– Same wejdą – mruknęła Inez, marszcząc brwi.

– Matko Przenajświętsza, miej nas w swojej opiece… – Anna wzniosła oczy ku niebu.

Łomotanie zmieniło się w równomierne dudnienie. Taran? Okuta metalem furta zadygotała.

– Gdzie nie mogą zajrzeć? – spokojnie spytała Inez.

Anna odpowiedziała zdumionym spojrzeniem.

– Gdzie trzymacie broń? – sprecyzowała przeorysza. – Gdzie ukrywacie towar przeznaczony dla buntowników? No już! Nie rób takiej miny! Mów, do diabła!

– Cele rekluzyjne w północnym skrzydle – wydukała wreszcie zakonnica.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.