Byłam białą różą - Krystyna Falińska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Byłam białą różą - Krystyna Falińska

Róża od dziecka była wszechstronnie kształcona, ponieważ została włączona do

eksperymentalnej grupy utalentowanych dzieci, otrzymując wykształcenie muzyczne, baletowe i do nauk ścisłych. To zadecydowało, że żyła zawsze w dwóch światach: artystycznym i naukowym. Rodziło to wiele rozterek i trudności, gdyż nie mogła się w pełni odnaleźć w realnym życiu, zwłaszcza w stałym związku. Ucieczką od życiowych problemów były podróże, a swoje miejsce odnajdywała na lotnisku i w samolocie. Dla pracy naukowej zrezygnowała nawet z wielkiej, prawdziwej miłości, co niemal przypłaciła życiem…

 

Autorka jest profesorem akademickim, a swoje badania prowadziła w Puszczy Białowieskiej, na Syberii, na półwyspie Gargano i wyspach Tremiti Isola we Włoszech oraz Górach Czaktalskich w Uzbekistanie. Jest autorką kilku książek z ekologii, publikowanych w Polsce, Wielkiej Brytanii, Holandii i we Włoszech. Najbardziej znana jest z podręcznika Ekologia Roślin (PWN), który miał kilka wydań. Jej książki były wyróżniane nagrodami Ministra Nauki i Sekretarza PAN. Jest laureatką Medalu im. W. Szafera i Honorowym Członkiem Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

 

Wieloma doświadczeniami naukowymi oraz wrażeniami z licznych podróży i przyjaźni naukowo-artystycznych obdarzyła bohaterkę niniejszej powieści.

Opinie o ebooku Byłam białą różą - Krystyna Falińska

Fragment ebooka Byłam białą różą - Krystyna Falińska









Strona redakcyjna


Część pierwsza

Życie nie jest pętlą, lecz warkoczem światła.

Rozplataj go.

Nikos Chadzinikolau


Od baletu do nauki

Telefon wciąż dzwonił. Ostatnia strona korekty i koniec. Zawiązuję teczkę. Jutro książka pojedzie do wydawnictwa, a ja do Londynu. Od razu mija przemęczenie, skutki nieprzespanych nocy i stresów. Już płynę Tamizą, znowu będę z Oka Londynu podziwiać panoramę miasta z duszą. A potem opera...

Zawsze tak jest, od dwudziestu lat, jak za pierwszym razem, kiedy rozpoczęłam nowy rozdział w swoim życiu, który wciąż trwa.

O wszystkim zdecydowało pierwsze spotkanie z Mistrzem w ośrodku naukowym o światowej sławie. Byłam świeżo po doktoracie, pełna obaw, czy dam sobie radę. Po trzech miesiącach biegania po urzędach, niezbyt miłych rozmowach, bo ambasada niechętnie dawała wizy do Wielkiej Brytanii, wreszcie przybito pieczątkę w paszporcie. Profesor, który mnie zaprosił, przysłał glejt, że bierze całkowitą odpowiedzialność za mój pobyt w swoim kraju i powrót do Polski. Cały czas kurczowo trzymałam kopię tego bezcennego dokumentu – i dobrze, bo surowy urzędnik z biura imigracyjnego po przeczytaniu go miło się uśmiechnął i życzył mi owocnego pobytu. Nie zadawał pytań, którymi doprowadził do szału faceta stojącego przede mną.

Byłam umówiona w punkcie informacji. Miałam narysowany plan i trafiam bez problemu, choć wielkość lotniska jest przytłaczająca, nie tylko w porównaniu z Okęciem. Czekałam przynajmniej kwadrans. Zaczęłam się niecierpliwić, przestępować z nogi na nogę, a obok mnie równie zirytowany, choć po angielsku, pan o miłej powierzchowności, z muszką, patrzył na zegarek. Równocześnie podeszliśmy do siebie. Przedstawiłam się pierwsza. Towarzyszyły temu śmiech i upomnienie, że należało trzymać różę, bo byłaby to wizytówka. Bez wielkich wstępów i grzeczności zostałam Rose. Jeszcze nie wiedziałam, że to Mistrz, prawie noblista, więc byłam swobodna, a nawet rozbawiona.

Był upalny czerwcowy dzień, samo południe. Jechaliśmy przez Londyn samochodem z odkrytym dachem, a mój przewodnik wciąż objaśniał, że jest coś interesującego na lewo, a na prawo jeszcze bardziej. Oszołomiona po Warszawie wielkością i barwnością miasta, niewiele widziałam i słyszałam, ale było cudownie.

Wyczułam, że jestem obserwowana. Nie byłam zbyt zdziwiona pytaniem z nutką ironii, czy rozpoczęłam badania w przedszkolu. No cóż, moja drobna budowa i młodzieżowy sposób ubierania nieraz sprawiają, że mijam się z metryką.

Zaproszono mnie na podstawie znajomości artykułów z dziedziny, która w ostatnich latach znalazła się w centrum nauk przyrodniczych.

Jednocześnie dotarło do mnie, że to on jest twórcą neodarwinowskiego nurtu w nauce i że oczekiwał kogoś zupełnie innego, stąd jego obecność na lotnisku. Na pewno nie młodego doktora. Zaczęłam myśleć po kobiecemu, dlaczego nie założyłam jakiegoś szaroburego kostiumu. Na spotkanie z wielką nauką wyruszyłam w szyfonowej różowej sukience z frywolnymi falbankami i w kapeluszu z przynajmniej metrową szarfą, która radośnie powiewała, witając Londyn.

Pustka w głowie. Miałam ochotę zawrócić na lotnisku i odlecieć dokądkolwiek. Pan profesor dobrze się bawił tą sytuacją. Ja się irytowałam i o mało nie powiedziałam, że zdążyłam jeszcze być baletnicą, i żeby Mistrz odesłał mnie do diabła, ale kiedy spojrzałam w mądre niebieskie oczy, zawstydziłam się.

Zatrzymał samochód, otworzył przede mną drzwi i poważnie oznajmił:

– A teraz moja kolej na niespodzianki.

Musiałam się nauczyć angielskiego poczucia humoru.

I to był dzień cudów, prawdopodobnie podczas mojej pierwszej podróży do Londynu spotkałam złotą rybkę. Może była w drinku, bo wszystkie trzy życzenia zostały spełnione w jednym dniu: rejs statkiem po Tamizie – oboje stwierdziliśmy, że miasto z rzeki wygląda inaczej niż z ulicy. Niejednokrotnie to sprawdziłam, płynąc Wełtawą, Sekwaną, Dunajem, a także kanałami Amsterdamu. I wreszcie Wisłą, podziwiając Stare Miasto.

Wspaniały obiad – wbrew znanej opinii o fatalnej angielskiej kuchni – może dlatego, że w ogrodzie z widokiem na rzekę i dużą ilością wina oraz trzema kolegami, moimi rówieśnikami z British Museum, gdzie miałam zamieszkać w pokojach gościnnych. Krótki wypoczynek. Zmiana stroju i wyjście do opery, a w programie Romeo i Julia.

Mój nastrój zmienił się diametralnie. Chciałam uciec lub udać chorobę, ale już zajęliśmy miejsca.

– Czy jesteś zmęczona? – zapytał mój sąsiad.

– Ależ skąd – zaprzeczyłam. – To tylko nadmiar wrażeń.

A w środku niepokój, czy będę mogła patrzeć na balet, za którego wykonanie na Konkursie Młodych Talentów w Moskwie otrzymaliśmy z Jankiem nagrodę i bilet na występ Mai Plisieckiej. O zobaczeniu tej artystki marzył każdy adept sztuki baletowej.

Po dziesięciu latach życia studenckiego i studiów doktoranckich – intensywnej pracy, ale już nie przy drążku i muzyce – miałam się zmierzyć z fragmentem mojego życia, z którym jeszcze się nie uporałam. Maria i Aleksander – nasi choreografowie – wyjechali do Izraela wraz z innymi, ponieważ Gomułce przyśnił się syjonizm. Tina pracowała w dyplomacji, Wojtek malował, a mnie coraz bardziej wciągała nauka.

Naszego baletu dawno już nie ma, ponieważ był kierowany przez obcych naszej kulturze artystów. Absurd. Wówczas był to wyrok dla naszych choreografów, choć przed wojną byli sławnymi tancerzami. Zostali w kraju i byli znakomitymi choreografami, lecz nagle stali się obcy, z dnia na dzień, a my z nimi. Tylko mój partner z Romea i Julii – Janek, który nielegalnie w samą porę rozstał się z ojczyzną – robi światową karierę jako tancerz. Gruzin Gaga, który przygotowywał nas do konkursu w Moskwie, zniknął bez pożegnania. Podobno robi karierę w Tomsku lub Irkucku, a może gdzie indziej, lecz na pewno w miejscu dla nas niedostępnym.

Gdy wieczorem, a właściwie w nocy zadzwoniłam do Janka i Tiny, którzy byli w Paryżu, nie interesowały ich moje wrażenia po wizycie w operze. Zapytali tylko:

– Różyczko, jak się czujesz? Jeśli chcesz, to przyjedziemy do ciebie. Dlaczego poszłaś właśnie na ten balet?

– To była niespodzianka – odpowiedziałam. – No wiesz, nie każdy Anglik zna mój życiorys, a w moim środowisku właściwie nikt próbuje żartować.

Moi przyjaciele nie dali się tak łatwo zwieść. Obsypali mnie czułościami, a ja miałam pustkę w głowie i w sercu. Byłam obolała, jakbym sama tańczyła tego wieczora rolę Julii, więc poszłam spać. Oni przekrzykiwali się:

– Dzwoń o każdej porze. Na nasz rachunek.

No właśnie, bo skąd doktor „z realnego socjalizmu” mógłby mieć dewizy? Oni to wiedzieli, Anglicy – nie.

Nalałam pół szklanki dżinu, uzupełniłam tonikiem i postawiłam przy łóżku. Przecież Królowa Matka uważa, że to dobre lekarstwo na sen. Właściwe lekarstwo w odpowiednim kraju i w wyjątkowej dla mnie sytuacji.

Gospodarze wyposażyli lodówkę we wszystko, co było mi potrzebne, a nawet więcej.

Kąpiel, tonik i odpłynęłam.

Rano bez niespodzianek. Jajka na bekonie, płatki, mleko, sok pomarańczowy.

Kolega wyznaczony na mego opiekuna wprowadził mnie w nowy świat, towarzysząc mi przy śniadaniu. W drodze omawiał program mojego pobytu, choć wszystko miałam na piśmie. Chciał mnie oswoić. Na szczęście Anglicy mało pytali i nie pouczali. Informowali i już. Kiedy mówiłam, że jestem zmęczona, wystarczało. Nie musiałam tłumaczyć dlaczego. A poza tym zawsze było świetnie. Słyszałam to wielokrotnie każdego dnia. Szybko to przyswoiłam i próbowałam przenieść na polski grunt. Bez powodzenia. Jedynym skutkiem mojego optymizmu było to, że w opinii kolegów zawsze byłam osobą, która nie ma kłopotów, nic ją nie boli i wszystko się jej udaje, bo przecież nie narzeka. Przecież rozmowy o trudnościach życiowych są naszą specjalnością, a nawet przedmiotem licytacji. Oto przykład:

– To, co cię spotkało, to nic. Ja to miałam problem.

I tu następuje szczegółowy opis skomplikowanego kanałowego leczenia zęba, przekazywany osobie, która właśnie straciła bliską osobę. No cóż, każdy ma swoją hierarchię cierpień.

Kolega pokazał mi miejsce, w którym miałam pracować, oprowadził mnie po bibliotece. Dostałam kartę wstępu, która umożliwiała mi kserowanie prac naukowych itd. Potem wędrowaliśmy od drzwi do drzwi. „To jest nasz gość z Polski, a to znany doktor, a w następnym sławny, a jeszcze dalej taki, który zadebiutował znakomicie...”. A więc wszyscy wyjątkowi. Niektórzy nawet uprzejmie informowali, że znają moje prace.

Zastanawiam się, w ilu instytutach w Polsce kolega przedstawiałby w taki sposób swoich kolegów: „wybitny”, „znakomity”, „wyjątkowy”. Może po śmierci, lecz niekoniecznie. U nas zawsze jest jakieś „ale”: „Zdolny, ale leniwy”, „Odnosi sukcesy, ale jest nieznośny”. Nasz kolega w takiej sytuacji dopowiada: „Wybitny, ale w domu ma kosz brudnej bielizny”. Zamiast śmiechu jest irytacja „wiecznie oceniających”.

Wróciłam na swoje miejsce. Na stole leżały już prace, o które prosiłam. Do lunchu zostałam sama. Tego dnia miałam czas na aklimatyzację, nikt mnie na siłę nie uszczęśliwiał. Każdy robił swoje. Chyba słuchali Wojtka Młynarskiego. Miałam czas, żeby się skupić. Kolejnego dnia miało się odbyć seminarium doktorantów. Miałam się przysłuchiwać. Drugiego dnia wycieczka-niespodzianka, a trzeciego – prezentacja moich wyników.

Mistrz pojawił się w czasie lunchu i całą grupą pojechaliśmy do restauracji. Postawiono przede mną ciemne piwo. Inni dostali jasne. Mój opiekun wytłumaczył, że to piwo dla pań. Nie wiedziałam, czy to żart, czy obyczaj.

Wycieczka-niespodzianka to spełnienie marzeń studenckich, trwających aż do dzisiaj. Pojechaliśmy do domu Darwina. Znałam go z ilustracji w pięknie wydanych książkach, które promotor mojej pracy magisterskiej przynosił do pracowni. Potem godzinami opowiadał nie tylko o teorii ewolucji, lecz również o pracowitości jego twórcy, który zmienił pogląd na świat i człowieka, o jego kłopotach rodzinnych, słabym zdrowiu, licznym potomstwie. Jego listy czytało się jak sensacyjną powieść. Te „spotkania z Darwinem” niewątpliwe wpłynęły na mój wybór specjalizacji, na moje redukcjonistyczne spojrzenie w badaniach, tak inne od holistycznego, dominującego wówczas w naukach przyrodniczych.

Tak oto znalazłam się w neodarwinowskiej szkole w Anglii. Stałam wzruszona w gabinecie Darwina wśród jego książek, przy biurku z leżącą kartką, zapisaną do połowy. Obok pióro. Coś nie zostało skończone... Ale to, co pozostało, wstrząsnęło światem i wciąż powoduje powstawanie nowych hipotez i koncepcji. Potomkowie Darwina pieczołowicie konserwują skromny dom wielkiego uczonego, zachowując go niemal w pierwotnym stanie.

Upłynęło prawie dwadzieścia lat, wiele wyjazdów do Anglii i nie tylko, a ja wciąż wspominam tamten pierwszy, niepowtarzalny, choć następne były bardzo podobne, po prostu kalka: seminaria, referaty, opera i moje ukochane teatry. Mogłam oglądać sztuki Agathy Christie, Szekspira w oryginale i oczywiście – a właściwie przede wszystkim – chodzić do opery. Już nikt nie musiał kupować mi biletów. Miałam swoje funty, opublikowałam w Anglii książkę. Mogłam korzystać z bogatego repertuaru teatrów. Radość i ulga. W końcu byłam niezależna. Choć przez kilka lat angielscy koledzy wspomagali mnie niezwykle taktowanie, nie była to dla mnie sytuacja komfortowa.

Wracam do rzeczywistości, tej po dwudziestu latach.

Kończę pakowanie, sprawdzam teczkę z maszynopisami referatu, artykułu i tezami do dyskusji na seminarium. Choć miałam to wszystko w głowie i na płycie CD, wolałam zabezpieczyć się na wypadek niespodzianek techniki i tremy. Jeszcze tylko jutrzejszy dzień w Warszawie, kosmetyczka i fryzjer oraz odbiór z pracowni krawieckiej na Chmielnej pięknego spodniumu z błękitnego dżinsu z dodatkową spódniczką i pięknie skrojonym żakiecikiem, przyozdobionym aplikacją kwiatową powtórzoną na spódnicy. Cudo. Wiele lat temu jeden z moich angielskich kolegów w czasie spaceru po Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu zachwycał się pięknie ubranymi kobietami – choć wówczas w sklepach była tylko brzydota lub nic. Powiedział:

– A w Londynie odwrotnie.

Teraz w sklepach są już ładne ubrania, ale ja chciałam mieć coś oryginalnego i praktycznego na liczne podróże.

Telefon znowu przywołuje mnie do rzeczywistości melodią z Bolera. Niestety, odbieram. Tego telefonu nie powinno być, przynajmniej dzisiaj – i raczej nigdy.

– Różyczko... – słyszę ciepły głos z cudzoziemskim akcentem.

Odkładam słuchawkę.

To nie pora myśleć

O tym, czego ci brak.

Lepiej pomyśl, co możesz zrobić

Z tym, co masz.

Siadam przed swoim ulubionym obrazem. Ile razy pytano mnie: „Czy widziałaś niebiesko-granatowy las w czerwieni?”, niezmiennie opowiadałam: „Tak”. Ten las kryje tajemnice, a kiedy jestem przygnębiona, powierzam mu własne sekrety. Tak jest i dzisiaj. Jutro mam wyjechać, powinnam być skupiona i odpowiedzialna. Czy teraz potrafię? Wiem, że to był Gaga. Tak po prostu po dwudziestu latach powiedział: „Różyczko...”. Dlaczego? Czy jeszcze raz muszę rozpaść się na kawałki, a potem zbierać je przez lata?


Jak zostałam Białą Różą

Wszystko powraca. Znowu ani czas, ani sytuacja nie są właściwe. Z Gagą zawsze tak było – albo za wcześnie, albo za późno, ale cudownie.

Przed wyjazdem na konkurs młodych talentów do Moskwy Maria i Aleksander poinformowali nas, że tancerz i choreograf, Gruzin, będzie nam pomagać w przygotowywaniu do tego niezwykłego wydarzenia. Podobno jest bardzo utalentowany, pochodzi z rodziny muzycznej: matka – śpiewaczka operowa, ojciec – kompozytor. Gruzin szuka młodej tancerki do wykonania utworu skomponowanego przez ojca, a z jego choreografią. Nie słyszeliśmy jeszcze tej kompozycji ani nie widzieliśmy Gruzina.

Nasi choreografowie zajęli miejsca na widowni. My prezentowaliśmy swoje umiejętności, a oni wraz z Gruzinem mieli wybrać tych, którzy pojadą z naszej dwunastki. Był limit. Wszystkie republiki wystawiały swoich tancerzy, także wszystkie „demoludy”, a więc i tak był tłum, choć pierwsze miejsca jak zwykle były zarezerwowane dla gospodarzy. Trzeba przyznać, że to naprawdę znakomici tancerze, zajęcie za nimi drugiego czy trzeciego miejsca było nobilitacją i zapewniało miejsce w najlepszych teatrach.

Nasza prezentacja zakończyła się i odesłano nas do domu. Maria powiedziała:

– Do jutra, moi drodzy.

Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, ale co... Rano się wyjaśniło. Czekaliśmy na korytarzu. Byliśmy bardzo zdenerwowani. Czyżby nikt nie przeszedł wstępnych eliminacji?

Jako pierwszą poprosili Tinę. Po chwili wybiegła i rzuciła mi się na szyje. Płakała i śmiała się równocześnie.

– Będę tańczyć Bolero... Będę tańczyć Bolero... – nuciła, podskakując.

Była to bardzo oryginalna choreografia Marii i Aleksandra, a Tina wykonywała ją znakomicie.

Poproszono Janka i mnie. Mieliśmy zatańczyć Romea i Julię. Jankowi podziękowali, a ja zostałam. Wtedy wstał Gruzin i oznajmił:

– Zatańczysz Dogonić szczęście. To będzie coś nowego. Wierzę, że temu podołasz.

Nie mogłam złapać tchu – nie tylko wskutek niezwykłej propozycji. Stał przede mną egzotyczny młody tancerz. Spodziewaliśmy się kogoś starszego, doświadczonego. Tymczasem on był niewiele starszy od nas. Urokliwy uśmiech, ciepły głos. Mówił po polsku z osobliwym akcentem. Moje kolana zmiękły, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Maria przyszła mi z pomocą.

– Oczywiście, że Róża zatańczy.

Wyszłam, a właściwie wybiegłam. Nawet nie wiem, czy powiedziałam „Dziękuję”. Tina i Janek byli wyraźnie zdenerwowani.

– Różyczko, co się stało?

Poleciałam na ich ręce.

Pierwszy raz w życiu zemdlałam. Moja babcia Miriam, którą dziadek przywiózł z Odessy, powiedziała, że kiedy pierwszy raz go zobaczyła, zemdlała. Wiedziała, że to mężczyzna na całe życie. „To było w XIX wieku” – pomyślałam. – „A ja dużo ćwiczyłam... I jeszcze stres przed eliminacjami. Oto cała prawda”.

Tina ułożyła mnie na fotelu, podała wodę i patrzyła na mnie z obawą i zdumieniem. Bo tyle razy mówiłam, że marzę o tańcu, którego jeszcze nikt nie wykonywał.

– Czy Biała Róża zasłabła? – zapytał zaniepokojony Gruzin. Już do końca mojej przygody z baletem byłam Białą Różą. – Od jutra rozpoczynamy próby – oznajmił i wyszedł z naszymi choreografami.

Dlaczego płakałam? Nie wiem. Nie były to łzy szczęścia. Intuicyjnie czułam, że nie chodzi o to wyróżnienie. Lubiłam robić coś nowego, innego, nie bałam się intensywnej pracy. Tak jest do dzisiaj. Każdy z nas marzył o takim wyróżnieniu, więc powinnam skakać z radości, a ja beczałam. Tina powiedziała: „Będzie dobrze, rozumiem twój niepokój...”, a ja: „Nie, nie...”. Postanowiłam, że wieczorem pójdę do babci Miriam. Musiałam to z nią przegadać. Niby chciałam tańczyć, ale coś mi podpowiadało, że nie powinnam, bo nowa sytuacja wywołuje we mnie tyle sprzecznych emocji. W przyszłości będę bardziej wierzyć swojej intuicji.

Babcia Miriam przekonywała:

– Dziecko, nie uciekaj od tego, co i tak nieuchronnie nastąpi.

– Babciu, miłość od pierwszego wejrzenia to dobre na filmie, ale nie w życiu.

– I ty tańczysz Julię! – skarciła mnie. – Uważasz, że sztuka sobie, a życie sobie. Mądrala. Dla dziadka rzuciłam swój kraj, rodzinę, wiarę, absolutnie wszystko.

Piłam kakao, bo babcia uważała, że to najlepsze lekarstwo na wszystko, zwłaszcza smutki.

– Gdy otoczy cię ramionami, a ziemia rozstąpi się i będziesz pędziła w dół w nieskończoność, nie bojąc się niczego, to będzie właśnie on.

I po roku tak właśnie się stało – świat odpłynął, a ja już nigdy nie mogłam powiedzieć, gdziekolwiek byłam, że to moje miejsce, choć przewędrowałam cały świat. Mówiono: „Róża tutaj pracuje, a żyje gdzie indziej, tylko gdzie?”. Tina niezmiennie odpowiadała: „W samolocie”.

Dość wspomnień. Jadę na lotnisko.

W samolocie zajęłam miejsce przy oknie i patrzyłam, jak oddalam się od ziemi. Byłam coraz bardziej u siebie. Wypiłam dżin z tonikiem, odzyskałam spokój – na chwilę.

Dlaczego nie powiedziałam do słuchawki, że to ja? Dlaczego nie zapytałam, gdzie był przez tyle lat? Związek Radziecki już dawno zniknął z mapy, a nakaz pracy w Tomsku chyba już od lat był nieaktualny. Dlaczego nie wrócił do Gruzji, tylko do Warszawy? Czy Tina, Janek i ksiądz Maciej już wiedzą, że wrócił? Niemożliwie, zorganizowaliby „akcję wsparcia”. Jakże się myliłam...

Już lądowaliśmy. Teraz będzie tylko praca, praca i praca. Jak zawsze potrafiłam oddzielić prywatne życie od tego, co teraz jest dla mnie najważniejsze. Właściwie niczego nie musiałam oddzielać, bo praca to moje życie. Reszta to młodzieńcze sentymenty.


Elitarny Kolektyw

Po powrocie z Londynu od razu pojechałam na plebanię. Tam czekała grupa wsparcia. Jednak.

Tina, Janek i Wojtek siedzieli u księdza Macieja na werandzie wśród kolorowych kwiatów. Ogrodnictwo to hobby gospodarza i naszego przyjaciela niemal od zawsze. Człowiek renesansu: pięknie grał na pianinie, miał niemal operowy głos, do tego uprawiał nowe odmiany róż, a jego powołanie nigdy nie było przez nikogo podważane, nawet kiedy był młodym, atrakcyjnym mężczyzną i przyjaźnił się z Marią i Aleksandrem, a nas, „nastolatków baletowych”, otaczał opieką. Czasem dewotki narzekały, że ksiądz jest duszpasterzem tancerek, a wiadomo, że to samo zło, i przyjacielem żydowskich choreografów. Nikt – poza nimi – nie mówił tak o Marii i Aleksandrze. Wielbiciele baletu pamiętali, jak znakomitymi byli tancerzami i jak rozsławili polski balet. Aż przyszedł czas, że zaczęto im wypominać, że nie są nasi, wybitni i kochani.

Tina ubolewała, że właśnie dzisiaj ich nie ma:

– Przecież właśnie oni najlepiej znali historię twoją i Gagi.

Już mogliśmy się odwiedzać, ale to raczej my pojedziemy do nich. Wiek robił swoje, musieli się oszczędzać. Nasi przyjaciele dobiegali siedemdziesiątki. Choć wyglądali wspaniale i promienieli radością, każdy miał jakiś problem ze zdrowiem: ksiądz chorował na serce, Maria miała nadciśnienie, Aleksander narzekał na nogi.

– A my robimy karierę – westchnął Janek – i każdy z nas przebywa w innej części świata. Coraz rzadziej się spotykamy

– Ale teraz jesteśmy razem, bo was potrzebuję.

Zawsze tak było. Jeśli jakiś członek naszego Elitarnego Kolektywu – ktoś kiedyś złośliwie nas tak nazwał i już zostało – miał kłopoty, od razu wszyscy się mobilizowali i stawiali na apel.

Tymczasem nie pytałam, czy Gaga odwiedził księdza Macieja. Dawniej był częstym gościem na plebanii. Jakie piękne koncerty nam fundowali... Obaj obdarzeni pięknymi głosami, muzykalni, a przy tym mający świetne poczucie humoru.

Znowu nadziewana kaczka, wino produkcji księdza Macieja, rogaliki z różą. Na chwilę wróciła radość dawnych spotkań. Jednak niespodziewany powrót Gagi niepokoił nas, a przecież powinien cieszyć.

Ksiądz poszedł się pomodlić, bo nikt z nas nie wiedział, jak można mi pomóc... A może raczej Gadze...

– Biedaczek – żachnął się Wojtek. – Dawno mógł się odezwać albo zamilknąć na wieki. Amen.

– Skąd wiesz, że miał taką możliwość? – oponowała Tina. – Może tylko się nam zdaje, że w Rosji wszystko się zmieniło, a jego dopiero teraz odwołali z zesłania? I dali mu paszport...

– Nie mów bzdur – zirytował się Janek. – Jakie zesłanie?! Robił karierę w wielu teatrach Syberii. Dobrze o tym wiesz, przecież widzieliśmy znakomity spektakl z Nowosybirska w Budapeszcie, choć jego tam nie było. Mógł przesłać jakąś wiadomość, ale wolał, żeby Róża myślała, że nie żyje. A teraz wzdycha przez telefon: „Różyczko...”.

Janek zawsze był po mojej stronie. Przecież byliśmy zgranym duetem w balecie.

– Miałam przygotowywać artykuł wraz z Mistrzem. Nie muszę wam tłumaczyć, ile to dla mnie znaczy, to efekt dziesięciu lat dyskusji. Nic by mnie nie powstrzymało.

– A może już nie ma miejsca na Gagę? – zapytała Tina.

– Co wy mówicie. Przecież ona wciąż jest jego żoną. Władze Gruzji unieważniły ślub, ale tylko cywilny, nie kościelny – oburzył się ksiądz, wchodząc na werandę.

– Oboje są ateistami – roześmiał się Wojtek – a Róża jest bigamistką, czy tak? Wtedy w domu Gagi babcia i matka przygotowały piękne przedstawienie, ale nikt nie wierzył, że to jest prawdziwe.

– Ja wierzyłam – powiedziała Tina. – Przecież tam byliśmy. Czy wszystko mogło być fikcją, jeśli odbyło się w domu? W tamtym ustroju przecież władze musiały wyrazić zgodę... Jego rodzice byli faworyzowani przez system. Wtedy nikt z nas nie myślał o tym w taki sposób.

Ksiądz Maciej westchnął:

– Młodość to cudowna rzecz. Człowiek nie ma pojęcia, co może go spotkać.

Gdyby ksiądz zobaczył wówczas Gruzję – jak my -
nie uwierzyłby, że to Związek Radziecki. Po szarej, smutnej Moskwie – nagle piękni i roześmiani ludzie, kwiaty, owoce, czego ani u nas, ani w Moskwie nie było. Ukwiecone góry, spadające wprost do morza, zwłaszcza kiedy opuściliśmy Tbilisi i obok Soczi skręciliśmy w kierunku luksusowych pensjonatów i daczy, wiadomo czyich.

Tam na pewno był raj.

Nie w Taorminie, w której znacznie później kupiłam figurki Adama i Ewy, sprzedawane w każdym sklepie. Mnie z rajem zawsze kojarzyła się Gruzja.

Kiedy jechaliśmy w górach serpentynami, a Wojtek zapytał, patrząc w dół, w przepaść, czy dojedziemy żywi, Gruzin roześmiał się i powiedział, że tu spadają tylko Rosjanie, Gruzini – nigdy.

Zamieszkaliśmy w pięknym pensjonacie. W nagrodę odpoczywaliśmy w pobliżu daczy rodziców Gagi. I rozpoczęło się to, co najlepsze – piesze wycieczki w góry, picie wina ze spotkanymi Gruzinami, wyprawy statkiem po Morzu Czarnym, spacery wokół jeziora Rica i smakowanie kawy parzonej w tygielku w gorącym piasku przez siwowłosego Gruzina, spacery po Kaukaskiej Riwierze, z sanatoriami z początku XX wieku.

Zwiedzaliśmy także Gori, miejscowość Stalina, wciąż tam uwielbianego. W niemal każdym miejscu stały jego fotografie, w sklepach, u szewca, a nawet posągi w prywatnych ogrodach. Najokazalszy, pozłacany, widzieliśmy u znanego spikera radiowego. Pytałam Gagę, jak to możliwe. Dawno nie żył, o jego zbrodniach już wszystko powiedziano, ale tam nikt temu nie wierzył. Zresztą w Moskwie pod murami Kremla przy jego grobie również leżały świeże kwiaty, o które wciąż było trudno w tym wielomilionowym mieście. Jedno i drugie było dla mnie niepojęte. Gaga nie chciał o tym mówić. Przecież był Gruzinem.

W Soczi najbardziej podobała mi się aleja palm i magnolii. Jedną z nich – w Parku Przyjaźni – nazwano imieniem Gagarina.

Gaga zaprowadził mnie do pięknego teatru na tysiąc sto miejsc. Otwarto go w 1937 roku. „Tutaj będziemy tańczyć” – zapewniał.

I jeden raz zatańczyliśmy. Nawet po latach nie mogę ukryć wzruszenia, wspominając entuzjastyczne oklaski Gruzinów dla początkującej tancerki.

Przy fontannie w parku snuliśmy plany artystyczne i życiowe. Zapewniałam, że będę z radością tańczyć dla tych pięknych i muzykalnych ludzi, zawsze uśmiechniętych, co było w socjalizmie rzadkością, więc urzekało.

– Różo, czy pamiętasz swoje wesele albo coś w tym rodzaju? – zapytał ksiądz Maciej, wyrywając mnie na chwilę ze wspomnień.


Dwadzieścia lat wcześniej

Wspomnienia dodają smaku teraźniejszości.

Borys Russko

– Jakby to było wczoraj... W ogrodzie zgromadziło się wielu gruzińskich artystów, elita. Oni nie widzieli biedy wokół, a my grzaliśmy się w ciepełku komunistycznych przywilejów. Byliśmy za młodzi, żeby odrzucić tę radość. Usprawiedliwialiśmy się, że to nagroda za zajęcie wysokich miejsc w konkursie. Weranda ustrojona kwiatami i lampionami. Coś takiego widzieliśmy w filmach, ale tam, w komunizmie, to niepojęte. Może tam funkcjonowały dwa ustroje? Byłam za młoda, żeby to zrozumieć. Ojciec Gagi wyprowadził mnie, a matka – Gagę. Potem pojawił się ksiądz. Być może był w stroju regionalnym, jak wielu gości, a tego, co mówiono podczas ceremonii, nie rozumiałam, bo znałam zaledwie kilka słów po gruzińsku. Nikt mnie nie pytał, czy jestem wierząca, jaką wiarę wyznaję. A potem było dużo wina, śpiewu i tańca. Było barwnie, wesoło i trochę sentymentalnie. Nie zastanawiałam się, czy to działo się naprawdę, bo Gaga był najprawdziwszy na świecie.

– Jaką oni byli piękną parą... Ona – jasnowłosa, zielonooka, o bardzo jasnej karnacji, on – czarnowłosy, śniady, z pięknym uśmiechem... – malarsko opisywał nas Wojtek.

A potem utrwalił na obrazie, który zatrzymali rodzie Gagi. Oczywiście, zamiast walca nowożeńców zatańczyliśmy Dogonić szczęście, a kompozytor – ojciec – grał na pianinie. Wykonałam swój skok i na chwilę zatrzymałam przyciąganie ziemskie, aby płynąć w powietrzu i sfrunąć na ręce Gagi. Czułam, że wszyscy przestali oddychać, jedni z podziwu, a inni ze strachu, że spadnę i strzaskam kręgosłup. Tak było zawsze, gdy wykonywałam na scenie swój lot ku szczęściu.

To był ostatni raz.

Rano Gaga został wezwany do Tbilisi, a w południe odstawiono nas pod eskortą na lotnisko do Moskwy i pilnowano, aż samolot oderwał się od ziemi. Byliśmy zdezorientowani – przecież to się działo w kraju zaprzyjaźnionym z naszym.


Gaga – dwadzieścia lat później

Choć byłam zmęczona po podróży, uczestniczyłam we wspomnieniach, które wywołał nieoczekiwany powrót Gagi. Jeszcze chętniej słuchałam opowieści o tym, co się działo, kiedy jechałam do moich przyjaciół.

Oto ich opowieść:

„Gaga szedł w kierunku plebani przez pola, które pozostały po dawnej wsi na przedmieściach dużego miasta. Zobaczył nas wcześniej niż my jego. Na pewno przeczuwał, że go zignorujemy. Liczył na zrozumienie Macieja, jako jedyny mówił do niego po imieniu”.

Dziwne, teraz wszyscy jesteśmy w takim wieku, że to nie powinno mieć znaczenia. Ksiądz Maciej zbliża się do sześćdziesiątki, a my, piękni czterdziestoparoletni, ludzie sukcesu, jak mówili o nas Maria i Aleksander. Teraz na werandzie piję słynną nalewkę Macieja i słucham wersji Tiny:

„Zbliżył się do werandy, Maciej podał mu kieliszek swojej nalewki.

– Syberia ci służy, wyglądasz znakomicie.

– A Róża? – zapytał.

– Chodź, zobacz, mamy zdjęcia sprzed miesiąca. Róża w kwiatach i wygłaszająca referat na konferencji. Jest szczęśliwa.

Westchnął. Czuliśmy, że go zabolało.

– Ale czy naprawdę jest szczęśliwa?

Chyba w to wątpił. Chciał wątpić.

Ksiądz Maciej roześmiał się.

– Jej nie zadaje się takich pytań, już raz goniła szczęście. I wystarczy. Wciąż poszukuje swojego miejsca na ziemi. I ciągle mówi: »To nie tutaj«. Woli być w nieustannej podróży.

– Obaj wiemy, że jej największym marzeniem była podróż dookoła świata. Teraz to realizuje w trochę inny sposób, ale zalicza kolejne kontynenty. Gdyby została ze mną, mogłaby nawet nie zwiedzić wszystkich republik.

– Czy wiesz, że ona prowadziła badania w tajdze syberyjskiej, sto kilometrów od Nowosybirska? Była nawet tam w teatrze, a gdyby to był twój teatr...?

– Uciekłbym – jak ona teraz. To by niczego nie zmieniło. Tam znalazłem swoje miejsce.

– Szybko się pocieszyłeś. Dlaczego w takim razie chcesz się z nią zobaczyć? Żeby jej powiedzieć, że nie wierzyłeś, że kiedykolwiek stamtąd wyjedziesz, więc robiłeś karierę? Może warto było się odezwać, kiedy skończył się Związek Radziecki...?

– Marzyłem o Teatrze Bolszoj, więc byłem posłuszny. Nie wierzyłem, że nastąpią tak znaczące przemiany polityczne, a ja dostanę paszport.

– A wiesz, że Róża jeszcze dwa razy była w Moskwie? Widziała Maję Plisiecką w Damie z pieskiem i oklaskiwała ją do północy. Potem wracała przez miasto boso, trzymając w rękach szpilki, których nie mogła wcisnąć na nogi, opuchnięte po dwugodzinnych brawach na stojąco przy rampie. Artystka nie oszczędzała się, bisowała i bisowała na scenie pełnej kwiatów. Tłum pod sceną, a ona wciąż tańczyła i tańczyła z niepowtarzalnie pięknie wygiętą szyją i niezwykle ułożonymi dłońmi, co w czasie konkursu wszyscy podziwialiście w Umierającym łabędziu... »Opisywanie tańca jest sprawą beznadziejną. To są sekundy piękna, zawarte nie tylko w linii ciała, lecz i w duszy artystki, a odbierane przez nas wygięcia rąk, nóg, piruety i skoki pozwalają je chłonąć, przeżywać i zatrzymywać jak najdłużej. To obraz muzyki i wdzięku« -
tak po powrocie Róża przekazała nam swoje doznania artystyczne.

– Róża idąca boso przez Moskwę... To musiało być piękne – roześmiał się Gaga. – Chciałbym to zobaczyć, bo któż inny by się odważył...

– Rosjanie też radośnie reagowali na jej wyczyn. Szła boso w wieczorowej sukni. »Brawo, krasawica« – wołali. Była w Soczi, gdzie odpoczywała po doktoracie, czyli po dziesięciu latach od waszego występu w Tbilisi. Chodziła znanymi jej drogami, odwiedzała miejsca, które miały być jej miejscem życia, przynajmniej na jakiś czas. Dlaczego nie mogła kontaktować się z tobą przez twoją rodzinę? Podobno twoja matka kochała ją jak córkę, ale nie chciała się z nią spotkać...? – pytał ksiądz Maciej.

– To dla dobra Róży, ale na pewno w to nie uwierzysz, Macieju, bo nie znasz naszej mentalności, tej prawdziwej i tej narzuconej. Nawet teraz, gdy mamy coś w rodzaju wolności, niewiele się zmieniło. Moja rodzina chroniła Różę przez lata, nawet nie wiesz, co jej wówczas groziło. Mogliście więcej jej nie zobaczyć. To nie są sentymentalne banały. Dzisiaj to wszystko wydaje się irracjonalne, ale tylko tutaj – Gaga spojrzał na Macieja. – Oni ze mną nie porozmawiają, a Róża opóźni swój przyjazd z Londynu, żeby mnie tu nie spotkać. Czy tak to będzie wyglądać? Wierzę, że by mnie zrozumiała. Jestem tego pewny, choć odłożyła słuchawkę.

– Znasz inną Różę. Ta, którą byś zobaczył, zadziwiłaby cię, a może nawet rozczarowała. Nie chodzi o wygląd, bo pod tym względem niewiele się zmieniło. Ona wie, czego chce, świadomie zmierza do celu, bez względu na trudności. Osiąga to, co zaplanuje, zwłaszcza jeśli chodzi o pracę, o mężczyzn zresztą też. Zna swoją wartość. To już nie jest twoja Różyczka, tylko Róża – nowa odmiana, której już nie poznasz.

– Ale ty ją znasz, prawda? Zawsze ze wszystkim biegła do ciebie, bo tylko ty ją rozumiałeś, choć była ateistką. Wspierałeś ją nawet wtedy, gdy postępowała wbrew zasadom chrześcijańskim.

– Mylisz się. Ktoś, kto kocha i rozumie przyrodę oraz ludzi, sam nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kocha ich stwórcę.

– Nie, nie o to mi chodzi. Miałem na myśli tylko to, że z każdym, kłopotem, radością i wątpliwościami biegła do ciebie, a potem obwieszczała: »Ksiądz Maciej tego nie akceptuje«. I koniec dyskusji. Podejrzewałem, że to ciebie naprawdę kocha. A ja jestem egzotyczną przygodą.

– Wieloletnia przyjaźń także jest miłością – i to pełniejszą niż każda inna. Jak myślisz, dlaczego oni z różnych stron świata przyjechali właśnie dzisiaj tutaj i warują na werandzie, podsłuchując? – ksiądz Maciej podszedł do pianina i zanucił: – »Nie żałuj czasu na przyjaźń – to droga do szczęścia. Nie żałuj czasu na marzenia – to pojazd unoszący cię do gwiazd...«. Ale mogę cię pocieszyć, że Róża kiedyś zwątpiła również we mnie. Przyjechała do mnie zmartwiona i ucieszona, zmęczona i głodna. Otrzymała Nagrodę Ministra za pracę doktorską, co było rzadkie, bo takie wyróżnienie przyznawano za większe zasługi dla nauki. Opublikowała doktorat w liczącym się czasopiśmie naukowym i okazało się, że nie ma dla niej etatu. Tłumaczono, że to wakacje, bo Róża miała obronę w czerwcu. Byliśmy tam wtedy wszyscy. A potem przyszedł wrzesień i październik – i nic. A Róża pracowała, prowadziła badania, przygotowywała artykuł do druku. Nie użalała się nad sobą, nie narzekała na niesprawiedliwość, po prostu pracowała, mimo iż On z satysfakcją powtarzał jej, że inni też uważają, że jej miejsce jest gdzie indziej, nie w nauce.

– Ale dlaczego Róża z nim jest?

– Nikt tego nie wie i nie rozumie. Może to była odtrutka na ciebie. On jest twoim przeciwieństwem. Może miała dość romantyzmu i wybrała ekstremalny realizm. Na szczęście czekając na etat, wydała przewodnik turystyczny, za który dobrze jej zapłacono. Miała na badania i życie. Jednak oszczędności się kończyły i musiała coś ze sobą zrobić.

– Biedna Różyczka – Gaga się wzruszył, ale nie na długo, bo to, co usłyszał, nie było dla niego miłe.

– Na korytarzu spotkała rektora, nazywanego złośliwie Dygnitarzem, który zapamiętał ją z uroczystości, na której odbierała nagrodę. Potem pogawędzili przy lampce wina. Okazało się, że pochodzą z jednego miasta, mają stamtąd dużo miłych wspomnień. Powiedziała, że musi zmienić uczelnię, bo tu dla niej nie ma etatu. »To dla kogo jest, jeśli nie dla wyróżnionej pani doktor? Proszę jutro o jedenastej przyjść do mojego gabinetu, a ja porozmawiam z dziekanem i dowiem się, dlaczego nie zależy mu na rozwoju kadry naukowej«. »Bo pani dziekan uważa, że powinnam zostać spikerką w telewizji« – odpowiedziała. »Niezła myśl, mógłbym panią doktor oglądać codziennie, a nie liczyć na los szczęścia« – był rozbawiony. Na następnych spotkaniach Róża przekonała się, że jest obdarzony ogromnym poczuciem humoru i opowiada świetnie dowcipy żydowskie i góralskie. A wiesz, że ona lubi się śmiać jak mało kto. Kiedy mu wspomniała, że jej babcia jest z Odessy, od razu opowiedział dowcip: »W Odessie 50% to Żydówki, a druga połowa – Żydzi, oczywiście«. Nie obraziła się, tylko zaczęła śmiać. Była nim zauroczona – chyba ze wzajemnością. Czułem, że znowu pakuje się w kłopoty. A potem wszystko potoczyło się jak kula śniegowa. Róża dostała etat wstecz z poleceniem natychmiastowej wypłaty, a więc za kilka miesięcy. Pierwszy raz miała tyle pieniędzy, a w pani dziekan zyskała wroga na wieki. Równocześnie wydawnictwo wznowiło jej przewodnik, który cieszył się ogromną popularnością, a w telewizji miała promować przewodnik i film z własnym komentarzem. Jak na jeden dzień było tego sporo, więc wieczorem przyjechała do mnie, zamiast pójść do teatru. Pobyt w Warszawie przed wyjazdem do Osady zawsze kończyła wyjściem do opery, na koncert lub do teatru.

– Może z tobą? – Gaga znowu zareagował zazdrością.

– Czasem jej towarzyszyłem. Ale tego wieczoru wysłuchałem jej jak zwykle i dałem kieliszek wina. Usiadła w swoim ulubionym fotelu, a ja grałem na pianinie. Zasnęła. Gosposia od razu postawiła diagnozę: »Cały dzień nic nie jadła i miała za dużo wrażeń. Niech śpi, zaraz ugotuję kakao i zrobię ciepłe bułeczki. Postawimy ją na nogi« – zadecydowała. Siedziałem z gosposią w kuchni i coś mnie niepokoiło. To, że Róża dużo tego dnia przeżyła, nie było niczym nadzwyczajnym. Właściwie dla niej to normalne, że niczego nie jadła. To zawsze był Tadek Niejadek, przecież sam wiesz. Zastanawiałem się, co tak naprawdę zwaliło ją z nóg. Nie mogłem rozwikłać tej zagadki. I nagle pomyślałem o Dygnitarzu, bo od pierwszego spotkania z nim coś się z nią działo, ale nie chciała o tym mówić.

– Jeśli tobie nie powiedziała, to był naprawdę zły znak.

– Nakarmiona, ubrana przez gosposię we flanelową koszulę nocną – o trzy numery za dużą – i z filiżanką herbaty z melisą odzyskała spokój. Była północ. Byłem już w pidżamie. Zajrzałem do niej, bo się niepokoiłem. Gdy spojrzała na mnie, w jej oczach było przerażenie: »Boże, tylko nie to«. »Wszystko w porządku?« – zapytałem trochę speszony jej strachem. Kiwała głową, podciągając koc pod brodę. Wtedy zrozumiałem, że z tym zaufaniem to nie było tak, jak myślałem. Zwątpiła we mnie.

– Nie żałowałeś, że jej nie pocieszyłeś? No, nie patrz na mnie z politowaniem.

– Gdybym uległ jej urokowi, straciłbym na zawsze ją i naszych wspólnych przyjaciół, a to by było najgorsze, co mogłoby mnie spotkać. Oni są moją rodziną. Jej świat by się zawalił. Wystarczyło, że ty odebrałeś jej zaufanie do ludzi. Musiała na kimś polegać – i to byłem ja”.

– Wiesz, Różo, że słuchaliśmy o tym wielce zdumieni, nawet ja o tym nie wiedziałam – powiedziała Tina.

– Nigdy z nikim nie rozmawiałam o tym epizodzie. Zachowałam się tak głupio, beznadziejnie...

– „Czy jest to przyjaźń, czy to jest kochanie...” – zanucił Janek.

Kontynuowali opowieść:

„I wtedy zadzwoniłaś, przerywając wspomnienia w najciekawszym miejscu, bo Gaga chciał wiedzieć o tobie wszystko. Ksiądz Maciej pytał cię, jaka jest pogoda w Londynie, czy referat wzbudził zainteresowanie i dyskusje.

– Byłem pewny, że będziesz dobra i niepotrzebnie się denerwowałaś. Wracasz później, to znaczy kiedy? W piątek, ale prosto do mnie – mówił.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.