Zwierzenia Arsène'a Lupina - Leblanc Maurice - ebook

Zwierzenia Arsène'a Lupina ebook

Leblanc Maurice

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Lupin – bohater, którego pokochały miliony czytelników i widzów

Arsène Lupin – dżentelmen-włamywacz i mistrz intrygi – wprowadza czytelnika w świat sprytu, tajemnic i zaskakujących zwrotów akcji. To zuchwały złodziej balansujący na granicy prawa, a zarazem człowiek o szlachetnym sercu, gotowy karać nadużycia władzy. Każda opowieść to osobna, trzymająca w napięciu przygoda.

Pełne ironii i subtelnego humoru historie pozwalają zajrzeć w umysł Lupina i towarzyszyć mu w planowaniu kolejnych sprytnych wyczynów. Zbiór łączy literacką finezję z dynamiczną akcją, ukazując bohatera moralnie niejednoznacznego, lecz niezwykle fascynującego.

Lektura obowiązkowa dla miłośników inteligentnych kryminałów i wyrazistych postaci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 233

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Wydawnictwo Replika poleca

książki z Lupinem:

 

Dżentelmen włamywacz

Wydrążona iglica

Hrabina Cagliostro

Zwierzenia Arsène’a Lupina

 

 

 

Tytuł oryginału:

Les Confidences d’Arsène Lupin

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026

Copyright © for the Polish translation of stories L’homme ŕ la peau de bique, La mort qui rôde, Le fétu de paille by Izabela Durasiewicz

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Magdalena Paluch

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN: 978-83-68742-88-6

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

Sygnały słoneczne

 

 

 

 

– Lupin, opowiedz mi coś o sobie!

– I cóż ci mogę opowiedzieć? Historię mego życia znają już wszyscy – odparł Lupin, który drzemał, leżąc na otomanie w moim gabinecie.

– Nieprawda, nikt jej nie zna! – zaprotestowałem. – Ludzie dowiadują się czasem z twoich listów, publikowanych w dziennikach, że byłeś wmieszany w taką a taką aferę, że dzięki twej interwencji na światło dzienne wyszła jakaś tajemnicza historia. Ale jaką ty w tym wszystkim grałeś rolę, jakie było tło całej sprawy i jej rozwiązanie, tego nikt nie wie.

– Och, wszystko to głupstwa, niewzbudzające żadnego zainteresowania.

– Żadnego zainteresowania, powiadasz? A ten twój prezent – czterdzieści tysięcy franków dla żony Mikołaja Dugrivala? A odkrycie tej zawiłej tajemnicy trzech obrazów?

– Rzeczywiście oryginalna tajemnica – odrzekł Lupin. – Mógłbyś zatytułować tę historię: Znak cienia.

– A twoje intrygi miłosne i zdobycze na tym polu? A tajemnica tych wszystkich dobrych uczynków? Wszystkie te historie, o których mi nieraz dyskretnie wspominałeś, dając im interesujące tytuły: Obrączka ślubna, Śmierć czyha… itp. Tyle ciekawych, a zupełnie nieznanych rzeczy! No, dalej, śmiało!

Było to w czasie, gdy Lupin, już znany, ograniczał się jeszcze do drobniejszych „kawałów” i stosunkowo skromnych zysków, popełniając tak po prostu z dnia na dzień dobre i złe uczynki, po części z dyletantyzmu, po części zaś już z przyzwyczajenia, znajdując w tym pewnego rodzaju przyjemność i zadowolenie.

Widząc, że uparcie milczy, próbowałem jeszcze raz go namówić:

– No, Lupin, bardzo cię proszę!

Ku memu zdumieniu odezwał się niespodziewanie:

– Mój drogi, weź ołówek i kawałek papieru.

Z chęcią go posłuchałem, przekonany, że zacznie mi dyktować swe wspomnienia, które umiał tak barwnie i żywo opowiadać, a które niestety sporo tracą na wartości, gdy je następnie spisuję, obciążając je balastem obszernych, nudnych objaśnień i uzupełnień.

– Jesteś gotowy? – spytał.

– Tak.

– Pisz zatem: Dwa, siedem. Jeden. Dwa, trzy. Sześć. Jeden, sześć.

– Co? Jak to?

– Pisz, powtarzam.

Siedział na otomanie ze wzrokiem zwróconym ku otwartemu oknu, skręcając papierosa. Dyktował mi dalej:

– Jeden, siedem. Jeden, jeden.

I znów po chwili:

– Dwa, siedem. Trzy. Dwa, sześć. Dwa, trzy. Jeden, siedem. Jeden, jeden. Jeden, osiem.

Czyżby dostał bzika? Przyjrzałem mu się uważnie i zauważyłem, że jego spojrzenie, dotychczas zupełnie obojętne, nagle się zmieniło. Oczy ożywiły się – zdawały się obserwować uważnie gdzieś w oddali coś niesłychanie interesującego.

Dyktował mi dalej, z krótkimi przerwami po każdej cyfrze:

– Dwa, jeden. Dwa, sześć. Dwa, siedem. Dwa, sześć. Jeden, trzy. Jeden, osiem. Dwa, pięć. Jeden. Cztery.

Przezokno widać było tylko szmat jasnego nieba i fasadę starego domu po przeciwległej stronie ulicy. Okiennice były tam pozamykane, jak zwykle, wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak co dnia, od długich lat…

– Dwa, cztery. Jeden, siedem. Jeden, jeden. Jeden, dwa, jeden. Cztery.

I nagle zrozumiałem… A przynajmniej zdawało mi się, że rozumiem. Bo jak można przypuszczać, że Lupin, człowiek tak rozsądny, chciał tracić czas na podobną dziecinadę? A jednak – tak – nie było wątpliwości: to, co liczył Lupin, były to przelotne, przerywane refleksy światła słonecznego, odbijające się na fasadzie starego domu, na wysokości drugiego piętra!

– Jeden. Dwa, trzy. Dwa, trzy… – dyktował mi Lupin. Światełko zgasło, po chwili znów raz zabłysło – i znów zniknęło.

Instynktownie obserwowałem je i rzekłem głośno:

– Jeden…

– Aha, zrozumiałeś nareszcie? – uśmiechnął się drwiąco Lupin. Podszedł do okna i wychylił się, jakby chciał dokładnie sprawdzić, z którego punktu owe refleksy świetlne wychodziły. Potem wrócił na otomanę i kładąc się na niej wygodnie, odezwał się:

– No, teraz kolej na ciebie. Licz dalej.

Usłuchałem bez wahania, czując, że Lupin musi to robić nie bez powodu. Zresztą wyznam szczerze, że zainteresowały mnie te pojawiające się w regularnych odstępach czasu i znów znikające refleksy słoneczne, niby tajemnicze sygnały jakiejś latarni morskiej.

Musiały one wychodzić z któregoś domu po tej samej stronie ulicy, gdzie mieszkałem, gdyż słońce wówczas padało ukośnie do okien mego mieszkania. Wyglądało to tak, jakby ktoś z pomocą małego lusterka rzucał umyślnie odbicie słońca na ścianę starego domu naprzeciwko.

– Jakiś dzieciak bawi się lusterkiem – zauważyłem po chwili, nieco poirytowany, że tracę czas na takie głupstwa.

– Nic nie szkodzi… Notuj dalej!

Notowałem więc… liczyłem te przelotne odbłyski słońca, zjawiające się z prawdziwie matematyczną regularnością.

– No i co dalej? – spytał Lupin po paru minutach zupełnej ciszy.

– Zdaje mi się, że to już koniec… Już od kilku minut nie widać nic więcej.

Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale na próżno. Próbowałem zażartować:

– Coś mi się zdaje, że straciliśmy czas. Te kilkanaście cyfr na papierze to chyba niezbyt obfita zdobycz!

Lupin nie ruszając się z otomany, odparł:

– Mój drogi, bądź tak dobry i spróbuj te wszystkie cyfry zastąpić odpowiednimi literami alfabetu, licząc w porządku: A to jeden, B to dwa, C to trzy itd.

– Przecież to głupie!

– Zupełnie głupie, przyznaję. Ale człowiek robi tyle rozmaitych głupich rzeczy w życiu… Jedna mniej, jedna więcej…

Zabrałem się więc do tej głupiej roboty i począłem wynotowywać odpowiednie litery: Z-A-T-E-M… Przerwałem, szczerze zdziwiony:

– Spójrz, powstało całe słowo!

– Idźmy zatem dalej – odparł spokojnie. Wziąłem się więc ponownie do roboty i kolejno odcyfrowywałem całe słowa, jedno po drugim. Ku memu zdziwieniu powstało w ten sposób całe zdanie.

– Gotowe? – zagadnął mnie Lupin po chwili.

– Gotowe… Choć jest tam parę błędów.

– Nie zwracaj na to uwagi, to drobnostka… Może mi przeczytasz?

Odczytałem mu całe niedokończone zdanie, które tu powtarzam dokładnie w tej formie, w jakiej je odtworzyłem:

Zatem ni trzeba zbytnio ryzykować, unikać attaku, bezpłodej walka, bo…

Roześmiałem się głośno.

– A co to? Prawdziwie sensacyjne rewelacje, nieprawdaż? Przyznasz chyba sam, kochany, że te światłe, głębokie wskazówki i rady niewiele nas mogą nauczyć!

Lupin milczał, zerwał się z otomany i ujął w ręce ową kartkę papieru.

Pamiętam, że w tej chwili przypadkowo rzuciłem okiem na zegar – była godzina piąta osiemnaście.

Lupin stał, trzymając papier w ręku, na jego twarzy malowało się tysiące sprzecznych uczuć. Ale po dwóch głębokich bruzdach na czole poznałem niechybnie, że jego intelekt pracuje bardzo intensywnie. Upłynęła długa chwila w kompletnej ciszy. Wreszcie Lupin położył na stole ów papier…

– Dziecinada! – szepnął lekceważąco.

Wybiło właśnie wpół do szóstej.

– Jak to? Znalazłeś już rozwiązanie? – krzyknąłem zdziwiony. – W ciągu dwunastu minut?

Przeszedł się parę razy po pokoju, zapalił papierosa.

– Mój kochany – zwrócił się do mnie – bądź tak dobry połączyć się telefonicznie z baronem Repsteinem i uprzedzić go, że zjawię się u niego dziś o dziesiątej wieczór.

– Baronem Repsteinem? – powtórzyłem nie dowierzając. – Mężem słynnej baronowej?

– Tak jest.

– I mówisz na serio?

– Zupełnie na serio.

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Mimo wszystko jednak wyszukałem w spisie abonentów potrzebny numer telefonu i podniosłem słuchawkę. Ale Lupin chwycił mnie za ramię.

– Nie, daj lepiej spokój! Lepiej go nie uprzedzać… Jest tu coś ciekawszego i dziwnego… co mnie intryguje… Czemu to zdanie jest niedokończone? Czemu niedokończone, do licha?

Stał z oczyma utkwionymi w ową kartkę papieru. Nagle chwycił kapelusz i laskę:

– Chodźmy! Zdaje mi się, że tu potrzebna jest natychmiastowa interwencja i rozwiązanie… a jestem przekonany, że się nie mylę.

– Czyżbyś wiedział już coś ważnego?

– Dotychczas nic.

Kiedy już schodziliśmy po schodach, ujął mnie pod ramię i zaczął mówić:

– Wiem tylko to, co wszystkim wiadomo. Baron Repstein, wybitny sportowiec, człowiek bogaty, właściciel słynnej klaczy wyścigowej Etna, która tego roku zdobyła pierwszą nagrodę na wyścigach w Epsom i Longchamp… Małżonek słynnej pani baronowej o złotych włosach, znanej w całym Paryżu ze swych toalet i swej ekstrawagancji, która uciekła przed dwoma tygodniami, zabierając z kasy swego małżonka ładną sumkę trzech milionów franków i cały magazyn diamentów, pereł i biżuterii, które księżniczka de Berny powierzyła baronowej i których kupno z księżniczką pertraktowała. Od dwóch tygodni policja całej Europy tropi panią baronową, która po drodze rozrzuca garściami klejnoty i pieniądze. Co chwila już, już mają ją aresztować. Dopiero przedwczoraj w Belgii nasz nieoceniony inspektor Ganimard wytropił w jednym z wielkich hoteli pewną obcą damę, przeciw której zebrał niesłychanie obciążające dowody. Ale cóż, po bliższym zbadaniu całej sprawy okazało się, że nie była to baronowa, tylko niejaka Nelly Darbel, znana kokota. A baronowa przepadła jak kamień w wodę. Baron Repstein wyznaczył sto tysięcy franków nagrody za odnalezienie jego żony, pieniądze zdeponował u notariusza. Aby zaś wynagrodzić księżniczce de Berny poniesioną szkodę, baron sprzedaje całą swą stajnię wyścigową, swój pałacyk przy bulwarze Hausmana i swoją posiadłość w Roguencourt.

– Z tego, co słyszałem i czytałem w dziennikach, księżniczka de Berny już jutro ma otrzymać pełneodszkodowanie w gotówce za utracone klejnoty. Ale prawdę mówiąc, nie rozumiem, jaki może być związek między całą tą historią, a owym zagadkowym zdaniem…

Lupin nie raczył odpowiedzieć.

Wyszliśmy tymczasem na ulicę, uszliśmy już jakieś sto pięćdziesiąt do dwustu metrów, kiedy Lupin zszedł z chodnika na środek ulicy i począł uważnie obserwować pewien stary, duży dom czynszowy, w którym musiało mieszkać dużo lokatorów.

– Wedle moich obliczeń – zauważył – sygnały świetlne wysyłane były z tego właśnie domu… Zapewne z tamtego okna, jest jeszcze otwarte.

– Na trzecim piętrze?

– Właśnie.

Weszliśmy do bramy, w sieni Lupin od razu zagadnął żonę portiera:

– Proszę pani, czy któryś z lokatorów tego domu jest w jakiś sposób powiązany z baronem Repsteinem?

– Ależ owszem, proszę pana – odparła skwapliwie kobiecina. – Mieszka tu przecież pan Lavernoux, sekretarz i intendent pana barona. Ja go właśnie obsługuję.

– A można się z nim widzieć?

– Widzieć się z nim? On, biedaczysko, bardzo chory.

– Chory?

– A jakże… już od dwóch tygodni… od tej historii z panią baronową. Na drugi dzień dostał gorączki i położył się do łóżka.

– Ale chyba wstaje?

– Tego to ja już nie wiem, proszę pana.

– Jak to pani nie wie?

– A no nie, doktor nie pozwala wchodzić do jego pokoju. Zabrał mi nawet klucz.

– Kto zabrał?

– Doktor. On sam przychodzi do niego parę razy dziennie, opiekuje się nim. O, może z kwadrans będzie, jak wyszedł… Taki stary zgarbiony staruszek w okularach, z siwą brodą… A gdzie pan idzie, proszę pana?

– Idę do niego, proszę mnie zaprowadzić – odparł Lupin już na schodach. – Prawda, że to na trzecim piętrze z lewej strony?

– Ale proszę pana – lamentowała dozorcowa – przecież tam nie wolno wchodzić. I nawet nie mam klucza, bo pan doktor…

Znaleźliśmy się wkrótce na trzecim piętrze, razem z dozorcową. Lupin wydobył z kieszeni pewien mały instrument i mimo protestów dozorcowej wsunął go do zamka. Drzwi otworzyły się od razu, weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w ciemnym przedpokoju, w głębi przez uchylone trochę drzwi przeciskała się smuga światła. Lupin podszedł gwałtownie do tych drzwi, otworzył je szeroko i już na progu wykrzyknął:

– Ach, za późno! Do pioruna!

Dozorcowa upadła na klęczki, bliska omdlenia.

Wszedłem do pokoju i spostrzegłem leżącego tam na dywanie jakiegoś mężczyznę, prawie zupełnie rozebranego, z podkurczonymi nogami. Twarz miał bladą, chudą, kościstą, w oczach malowała się zgroza, usta wykrzywione były jakimś strasznym skurczem.

– Nie żyje już – oświadczył Lupin po obejrzeniu leżącego.

– Przecież nie widać żadnej rany ani śladów krwi – zauważyłem.

– Owszem, są – odpowiedział Lupin, odchylając mu na piersiach koszulę i wskazując kilka kropel krwi. – Ktoś musiał go ścisnąć gwałtownie za gardło jedną ręką, a drugą ukłuć w samo serce. Mówię „ukłuć”, bo naprawdę ranka jest ledwo widoczna, jakby od ukłucia długą ostrą igłą.

Rozejrzał się uważnie po podłodze w pokoju, nie znalazł jednak nic ciekawego, tylko małe kieszonkowelusterko, za pomocą którego Lavernoux nadawał niedawno sygnały świetlne.

Dozorcowa zaczęła lamentować i wołać ratunku. Lupin rzucił się ku niej gwałtownie:

– Cicho! Ani słowa! Na to będzie czas później! Niech mnie pani posłucha i odpowiada na pytania, to obecnie najważniejsze. Pan Lavernoux miał jakiegoś dobrego przyjaciela na tej samej ulicy, prawda? Mieszkał po tej samej stronie, tak?

– Tak.

– Spotykali się wieczorami w kawiarni, pożyczali sobie wzajemnie dzienniki i czasopisma?

– Tak.

– Jak się nazywa ten przyjaciel?

– Dulatre.

– Gdzie mieszka.

– Przy tej ulicy, pod numerem dziewięćdziesiąt dwa.

– Jeszcze jedno: czy ten stary siwy doktor w okularach, o którym mi pani mówiła, przychodził tu od dawna?

– Nie, nie znałam go przedtem zupełnie. Pierwszy raz przyszedł tego wieczora, kiedy pan Lavernoux zachorował.

Lupin nie pytał o nic więcej, zbiegł po schodach na ulicę, skręciliśmy w prawo, tak że znów przechodziliśmy koło mojego mieszkania. Zatrzymał się o cztery domy dalej, przed numerem dziewięćdziesiąt dwa. Był to niski domek, którego parter zajęty był przez duży skład wina. Właściciel tegoż stał właśnie przed wejściem, paląc fajeczkę. Lupin zaczepił go, pytając, czy pan Dulatre jest w domu.

– Nie, proszę pana – odparł kupiec – wyjechał jakieś pół godziny temu… Wydawał się jakiś zdenerwowany… pojechał automobilem, co mu się rzadko zdarza.

– A nie wie pan przypadkiem…

– Dokąd pojechał? Mój Boże, nie ma w tym żadnej tajemnicy. Tak głośno rzucił adres szoferowi! „Do Prefektury Policji!”, powiedział…

Lupin już miał zamiar skinąć na przejeżdżającą taksówkę, ale zamyślił się.

– To nic – szepnął – i tak go już nie dogonię!

Spytał jeszcze kupca, czy po odjeździe pana Dulatre nikt tu nie przychodził.

– Owszem – jakiś stary jegomość z siwą brodą, w okularach. Dzwonił do mieszkania pana Dulatre i odszedł z niczym.

– Bardzo panu dziękuję za informację – odrzekł Lupin na odchodnym. Szedł pomału, zamyślony, nie odzywając się do mnie ani słowem. Widać było, że całe zagadnienie jest dla niego trudne do odcyfrowania i że jeszcze niezbyt pewnie orientował się w sytuacji.

Sam mi to zresztą wyznał po chwili:

– Tego rodzaju sprawy wymagają raczej dużo więcej intuicji niż rozwagi. Ale to sprawa diabelnie ciężka, warto się nią naprawdę zająć.

Doszliśmy do bulwarów. Lupin wszedł do napotkanej po drodze czytelni i przeglądał bardzo uważnie i skrupulatnie dzienniki z ostatnich dwóch tygodni. Od czasu do czasu mówił półgłosem:

– Tak… Tak… jest to wprawdzie tylko hipoteza, ale hipoteza dająca wyjaśnienie na wszystko… A skoro znajduję w niej wyjaśnienie na każde pytanie, to moja hipoteza nie musi być daleka od prawdy.

Tymczasem nadszedł wieczór. Zjedliśmy kolację w małej restauracji i zauważyłem, że Lupin stopniowo ożywiał się coraz bardziej, miał coraz lepszy humor. Kiedy wyszliśmy na bulwary, kierując się w stronę pałacyku barona Repsteina, miałem już przed sobą Lupina zdecydowanego na wszystko, gotowego do czynu i walki.

Zwolniliśmy kroku, nie dochodząc do ulicy de Courcelles. Pałacyk barona, ładny trzypiętrowy budynek o fasadzie zdobionej kariatydami i zgrabnymi kolumnami, leżał z lewej strony, między ulicą de Courcelles a przedmieściem Saint-Honoré.

– Stój! – krzyknął nagle Lupin.

– Co takiego?

– Jeszcze jeden dowód na potwierdzenie mojej hipotezy!

– Jaki dowód? Nic nie widzę.

– Ale ja widzę… To wystarczy… – Podniósł do góry kołnierz marynarki, zagiął ku dołowi rondo kapelusza i mówił: – Psiakrew, ciężka to będzie walka! Idź do domu spać, mój drogi… Jutro opowiem ci o całej mojej wyprawie… o ile ujdę z niej z życiem.

– Co ty mówisz?

– Tak, tak, kochasiu, ryzykuję bardzo dużo. Przede wszystkim, że mnie zaaresztują, ale to bagatela. Następnie własną głowę, to już znaczy coś więcej. Ale… – Chwycił mnie gwałtownie za ramię. – Ale… ryzykuję jeszcze coś innego: oto mogę zarobić dwa miliony! A niech tylko pierwsze dwa miliony mam w garści, zobaczycie, co ja potrafię z nimi zrobić! No, dobranoc, kochasiu! A gdybyś mnie już więcej nie zobaczył… – Zadeklamował z udanym patosem:

– Zasadź mi brzozę na mym grobie

Lubię jej liści szept rozwianych…

Odszedłem spiesznie. W trzy minuty później – opowiadam to wszystko tak, jak mi to Lupin nazajutrz sam opowiedział – w trzy minuty później Lupin dzwonił do bramy pałacyku barona Repsteina.

– Czy pan baron jest w domu?

– Jest – odparł lokaj, obserwując podejrzliwie niezwykłego przybysza – ale pan baron o tej godzinie nie przyjmuje nikogo.

– Czy pan baron wie już o zamordowaniu jego intendenta, pana Lavernoux?

– Pewnie!

– Zatem proszę powiedzieć panu baronowi, że przychodzę właśnie w tej sprawie – i że nie ma czasu do stracenia.

– Antoni, proszę wprowadzić tego pana – odezwał się głos z góry.

Lokaj wprowadził Lupina na pierwsze piętro. W uchylonych drzwiach stał jakiś pan, którego Lupin poznał od razu, widział bowiem już kilkakrotnie jego fotografię w czasopismach. Był to baron Repstein, małżonek głośnej pani baronowej i właściciel słynnej klaczy wyścigowej Etna.

Był to barczysty, wysoki mężczyzna o miłym i sympatycznym wyrazie twarzy. Ubrany był w elegancki brązowy garnitur, w krawatce miał wpiętą śliczną perłę, zdaniem Lupina, bardzo cenną.

Wprowadził Lupina do swego gabinetu – elegancko umeblowanego, obszernego pokoju o trzech oknach. Stało tam biurko amerykańskie, szafy biblioteczne i duża kasa ogniotrwała. Skoro tylko się tam znaleźli, zwrócił się gorączkowo do Lupina:

– Ma pan jakie informacje?

– Tak, panie baronie.

– Odnośnie do zamordowania tego biedaka Lavernoux?

– Tak… i odnośnie do pani baronowej.

– Niepodobna! Mówże pan prędko, błagam pana…

Podsunął mu krzesło. Lupin usiadł i zaczął mówić:

– Panie baronie, sprawa jest nader poważna. Będę się streszczał.

– Do rzeczy, panie, do rzeczy!

– Zatem powiem krótko, bez żadnych wstępów, o co idzie. Lavernoux, który od dwóch tygodni trzymany był przez swego lekarza w pewnego rodzaju areszcie, że się tak wyrażę, zatelegrafował za pomocą sygnałów pewne rewelacje, które sobie częściowo zdołałem wynotować, a które naprowadziły mnie na trop tej całej sprawy. Właśnie w trakcie telegrafowania został znienacka zaskoczony i zamordowany.

– Przez kogo? Na Boga, przez kogo?

– Przez swego lekarza.

– Jak się nazywa?

– Nie wiem. Ale jeden z przyjaciół zamordowanego, niejaki pan Dulatre, ten właśnie, z którym Lavernoux porozumiewał się za pomocą sygnałów, musi to wiedzieć. Musi też znać dokładnie i w całości owe rewelacje, bo nie czekając, co dalej będzie, wskoczył do automobilu i pojechał prosto do Prefektury Policji.

– Dlaczego? Po co? I co z tego ostatecznie wynikło?

– Co wynikło? To, że pański pałacyk, panie baronie, jest pilnie strzeżony przez policję. Dwunastu agentów spaceruje pod oknami. A skoro słońce wzejdzie, wkroczą do pańskiego pałacyku w imię prawa i zaaresztują zbrodniarza.

– Zatem morderca pana Lavernoux ukrywa się w moim domu? Czyżby ktoś z mojej służby? Choć nie, mówił pan o jakimś lekarzu…

– Pozwolę sobie zwrócić pańską uwagę, panie baronie, na to, że pan Dulatre jadąc na policję, nie wiedział jeszcze o zamordowaniu jego przyjaciela, pana Lavernoux. Jechał tam w innej sprawie…

– W jakiejż to sprawie?

– W sprawie zniknięcia pani baronowej. Dzięki rewelacjom pana Lavernoux znalazł wyjaśnienie tej sprawy.

– Co pan mówi? Zatem odnaleziono baronową? Gdzież ona jest? A co się stało z pieniędzmi, które mi zabrała? – Baron Repstein był widocznie bardzo podekscytowany. Zerwał się z krzesła i podszedł do Lupina: – No, mówże pan, chcę wiedzieć wszystko! Nie mogę dłużej czekać!

Lupin odparł powoli, z wahaniem:

– Widzi pan… panie baronie… trudno mi to będzie wyjaśnić, bo nasze punkty widzenia są diametralnie sprzeczne…

– Nic nie rozumiem!

– A jednak trzeba, by pan zrozumiał, panie baronie! Mówi się (powtarzam to, co wyczytałem w dziennikach), że pani baronowa wtajemniczona była we wszystkie pańskie interesy, że mogła swobodnie otworzyć nie tylko tę oto kasę, ale również i pańską skrytkę w Crédit Lyonnais, gdzie umieszczał pan wszystkie kosztowności.

– Tak jest.

– Otóż przed dwoma tygodniami, pewnego wieczora, gdy był pan w klubie, baronowa, po zrealizowaniu po kryjomu wszystkich pańskich papierów wartościowych, miała wyjść z tego pałacyku, unosząc ze sobą w torebce podróżnej pańskie pieniądze i wszystkie kosztowności księżniczki de Berny.

– Tak jest.

– I od tego czasu zniknęła?

– Tak jest.

– Otóż – jest bardzo prosty, a ważny powód tego zniknięcia.

– Jakiż to?

– Ten, że baronowa Repstein została zamordowana.

– Zamordowana? Baronowa? Czy pan oszalał?

– Tak jest, zamordowana powtarzam! I to prawdopodobnie tego właśnie wieczora.

– Oszalał pan chyba?! Jak baronowa mogła zostać zamordowana, skoro policja jest na jej tropie, depcze jej niemal po piętach?

– Policja idzie fałszywym tropem… zupełnie innej kobiety.

– Jakiejż to?

– Wspólniczki mordercy.

– A któż jest tym mordercą?

– Ten sam człowiek, który wiedząc o tym, że Lavernoux odkrył całą tajemnicę tej zbrodni, trzymając go przez dwa tygodnie w zamknięciu, terroryzował go i groźbami zmuszał do milczenia. Ten sam, który nie zawahał się zamordować go bez litości z chwilą, gdy odkrył, że Lavernoux próbuje porozumieć się ze swym przyjacielem!

– W takim razie to ów lekarz?

– Tak.

– Jak on się nazywa? Kto to jest, ten szatański zbrodniarz, tajemniczy, nieuchwytny, którego nikt nawet nie podejrzewa?

– Nie domyśla się pan?

– Nie.

– A chciałby pan to wiedzieć?

– Czy bym chciał? I pan się jeszcze pyta? Mówże pan nareszcie! Kto to, gdzie się ukrywa? Wie pan, gdzie on jest?

– Wiem.

– Tu, w tym pałacu?

– Właśnie!

– I to jego policja poszukuje?

– Tak jest.

– Któż to zatem?

– Pan!

– Ja?

Nie upłynęło nawet dziesięć minut od chwili wejścia Lupina do pałacu, a pojedynek już się rozpoczął. Oskarżenie zostało rzucone baronowi prosto w twarz, jasno, brutalnie, niedwuznacznie.

Lupin mówił dalej:

– Tak jest, pan sam, przyprawiwszy sobie fałszywą brodę i nałożywszy dla niepoznaki okulary, udając poważnego staruszka. Pan sam, baronie Repstein. Bo gdyby przyjąć, że to nie pan sam ułożył cały ten piekielny plan, sprawa przedstawiałaby się po prostu jako nierozwiązywalna zagadka. Natomiast jeżeli wyjdziemy z założenia, że to pan jest tym zbrodniarzem, że pan zamordował swoją żonę, by się jej pozbyć i trwonić majątek z inną kobietą, że pan zabił pana Lavernoux, aby pozbyć się jedynego groźnego świadka, wtedy od razu wszystko się wyjaśnia.

Baron, który stał pochylony ku Lupinowi, słuchając uważnie każdego jego słowa, wyprostował się i patrzył na Lupina jak na wariata. Gdy Lupin skończył mówić, baron cofnął się o parę kroków, otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale rozmyślił się… podszedł do kominka i nacisnął dzwonek. Lupin ani drgnął, stał spokojnie, lekko uśmiechnięty. Kiedy lokaj stanął w drzwiach, baron zwrócił się do niego:

– Możesz iść spać, Antoni. Ja sam wyprowadzę pana.

– Czy mam pogasić światła?

– Tak, tylko w przedpokoju zostaw.

Po wyjściu lokaja baron podszedł szybko do biurka, wyjął stamtąd rewolwer, wsadził go sobie do kieszeni i wrócił do Lupina, mówiąc zupełnie spokojnie:

– Niech pan się nie gniewa, że zmuszony jestem przedsięwziąć pewne środki ostrożności, to na wypadek, gdybym miał do czynienia z wariatem… Ale nie, pan nie jest wariatem. Ale nie pojmuję zupełnie celu pańskiej wizyty… A przy tym rzucił mi pan w twarz tak potworne oskarżenie, że naprawdę pragnąłbym usłyszeć powody, które pana do tego skłoniły.

Mówił to głosem wzruszonym, w oczach zalśniły mu łzy. Lupin zadrżał. Czyżby się pomylił? Czyżby hipoteza, do której doszedł drogą intuicji, hipoteza oparta na kruchej podstawie kilku drobnych faktów, miała się okazać błędną? Jeden drobny szczegół przyciągnął jego uwagę: poprzez wycięcie w kamizelce barona spostrzegł koniec szpilki wpiętej w krawatce i skonstatował, że szpilka ta była niezwykłej długości. Co więcej, była trójkątna, tworząc rodzaj maleńkiego, delikatnego sztyleciku, strasznej broni w rękach fachowca.

I Lupin nie wątpił już, że od ukłucia właśnie tej szpilki, ozdobionej wspaniałą perłą, zginął biedny Lavernoux.

– Szczwany z pana lis, panie baronie – szepnął.

Baron stał niewzruszony, spokojny, jakby niczego nie rozumiał i czekał na wyjaśnienie, które mu się należało. I mimo wszystko ta sztywna obojętność barona zmieszała nieco Lupina.

– Szczwany lis – powtórzył, – bo przecież to zupełnie jasne, że baronowa spieniężając wszystkie pańskie papiery wartościowe i pożyczając klejnoty od księżniczki pod pretekstem kupna, działała w myśl pańskich wskazówek. I również jasne jest, że ową damą, która wyszła wtedy z pałacyku z torebką podróżną w ręku, nie była pańska żona, lecz jakaś inna kobieta, zapewne pańska wspólniczka. Ona to właśnie tłucze się teraz po całej Europie, uciekając przed pościgiem poczciwego Ganimarda. Wspaniała kombinacja, nie ma co! Przecież tamta kobieta nic zgoła nie ryzykuje, policja szuka baronowej, a nie jej, nieprawdaż? A jakże mogłaby szukać kogoś innego, skoro pan sam wyznaczyłeś nagrodę stu tysięcy franków za odnalezienie baronowej?! Złożenie tych stu tysięcy w depozycie u notariusza było naprawdę paradne. Zamydlił pan tym oczy policji i wszystkim! Skoro taki jegomość deponuje u notariusza sto tysięcy, to chyba można mu wierzyć!? Zatem szuka się baronowej, a pana zostawia się w spokoju, ma pan dość czasu na uporządkowanie swych interesów, wysprzedanie mebli, urządzeń, stajni wyścigowej, by potem móc spokojnie uciec! To naprawdę paradne!

Baron nie reagował na to wszystko. Podszedł pomału do Lupina i zagadnął go flegmatycznie:

– Kto pan właściwie jesteś?

Lupin parsknął śmiechem.

– A cóż to dla pana za różnica? Przyjmijmy, że jestem wysłannikiem Losu i że zjawiam się niespodzianie, by pana zgubić! – Zerwał się z krzesła, a chwytając barona za ramię, mówił dalej, gorączkowo, szybko: – Albo, by cię ocalić, baronie. Słuchaj! Owe trzy miliony, wszystkie kosztowności księżniczki, cała gotówka, jaką dostałeś dziś za sprzedaż mebli, nieruchomości i stajni wyścigowej, wszystko to jest tu – w twojej kieszeni, albo w tej tu kasie. Jesteś już przygotowany do ucieczki. Widzisz, tam w kącie, za tą zasłoną, widzę róg twojej skórzanej walizy. Wszystkie papiery uporządkowane. Dziś w nocy zamierzasz się po cichutku ulotnić, aby w przebraniu, pod innym nazwiskiem połączyć się z Nelly Darbel, twoją kochanką, dla której popełniłeś te wszystkie zbrodnie. Aż tu nagle wszystko się zepsuło: policja cię pilnuje, pod oknami stoi dwunastu agentów wysłanych tu przez Prefekturę – na skutek rewelacji Dulatre’a! Ja jeden mogę cię jeszcze uratować. Zatelefonuję, a koło trzeciej rano przybędzie tu ze dwudziestu moich ludzi, obezwładnią policjantów i będziesz się mógł po cichutku wymknąć z matni. W zamian za to tylko jeden drobiazg: podzielimy się zgodnie pieniędzmi i klejnotami. No, zgoda? – Pochylił się nad baronem, starając się całą siłą woli wymusić na nim zgodę.

Baron szepnął pomału:

– Zaczynam rozumieć… to pospolity szantaż…

– Nazywaj to, jak ci się żywnie podoba, ale nie masz innego wyjścia. I nie myśl sobie, że ja się cofnę może w ostatniej chwili, że się może zlęknę policji, aresztowania, więzienia. Nie, nie, mój kochasiu! Ja sobie zawsze dam radę! Idzie tu tylko o ciebie… Pieniądze albo życie, jaśnie panie! Albo podzielimy się ładnie… albo szafot! No, zgoda?

Gwałtowne szarpnięcie. Baron oswobodził sobie ręce, wydobył rewolwer i wystrzelił.

Ale Lupin przewidział ten atak, zwłaszcza że na dotychczas pogodnym i spokojnym obliczu barona przed chwilą malować się zaczęły długo tłumione wściekłość, złość, strach i nienawiść.

Padły dwa strzały. Lupin najpierw uskoczył w bok, potem rzucił się na ziemię i chwycił gwałtownie barona za nogi, tak że ten prawie upadł. Wyrwał się – chwycili się obaj za bary i zaczęło się śmiertelne, dzikie zmaganie.

Nagle Lupin poczuł piekący ból w piersiach.

– Ach, ty łotrze – zasyczał gniewnie. – Znowu tą szpilką, tak samo jak tamtego!

Ostatkiem sił wyprostował się – uchwycił barona mocno pod gardło i zaczął dusić. Szala zwycięstwa przechyliła się na jego stronę.

– Ach, ty idioto! Gdybyś sam się nie zdradził, kto wie, może bym się cofnął. Masz taką poczciwą twarz rozsądnego człowieka. A co za bajeczne mięśnie! Myślałem, że już po mnie, naprawdę… No, nie udało ci się… Tak, dawaj teraz, kochaniutki, tę szpilkę i uśmiechnij się ładnie, grzecznie… Nie tak, nie wykrzywiaj się… może trochę za mocno ściskam? Może pan dobrodziej się dusi? No, więc trzeba się grzecznie sprawować! Tak, teraz ładnie zwiążemy rączki sznurkiem… Pozwalasz, nieprawdaż? Mój Boże, jak my się doskonale obaj zgadzamy! Wzruszające doprawdy! Wiesz, w gruncie rzeczymam do ciebie dużo sympatii… Tak, a teraz baczność, kochaniutki! I nie bierz mi tego za złe, bardzo cię przepraszam…

Podniósł się i z całej siły uderzył pięścią w brzuch leżącego barona, który jęknął głucho, tracąc przytomność.

– Widzisz, bracie, jak to nieładnie nie słuchać dobrych rad – mówił Lupin. – Chciałem się z tobą zgodnie podzielić. Teraz nie dam ci nic… o ile sam coś znajdę. Bo w tym sęk: gdzie ten łajdak ukrył swoje skarby? Może w kasie ogniotrwałej? To będzie trudna robota! Na szczęście mam przed sobą całą noc…

Przeszukał kieszenie w ubraniu barona, zabrał mu znalezione klucze, skontrolował ukrytą w kącie walizę, w której jednak pieniędzy nie było, i skierował się do kasy ogniotrwałej.

Ale nagle stanął jak wryty: usłyszał jakieś niezwykłe szmery. Czyżby ktoś ze służby? Nie, to wykluczone: pokoje służby znajdowały się na trzecim piętrze, a ów szmer dochodził z dołu. Zaraz zrozumiał: widocznie agenci policyjni, usłyszawszy dwa strzały, dobijają się do bramy wejściowej, nie chcąc czekać aż do świtu.

„Psiakrew – rzekł do siebie – a tom się ładnie wmanewrował! Mili goście, nie ma co, i to właśnie w momencie, kiedy człowiek ma zebrać owoce swojej ciężkiej pracy! No, no, Lupinie, tylko spokojnie, nie denerwuj się! O cóż właściwie chodzi? Mam w ciągu minuty otworzyć kasę ogniotrwałą? Trzeba zatem odkryć sekret… na jakie słowo jest ustawiony zamek? Zobaczmy, z ilu liter się składa? Z czterech?”.

Zamknął drzwi do przedpokoju na klucz, nasłuchując bacznie. Potem wrócił do kasy.

– Cztery litery… tylko cztery litery… któżby mi tu mógł udzielić jakiejś wskazówki? Kto? Ależ chyba Lavernoux, do licha, poczciwy Lavernoux, co dawał sygnały świetlne i przypłacił to życiem… Oczywiście! Jakiż ja głupi. I po co się tak denerwować? No, Lupinie, musisz się natychmiast uspokoić, opanować zdenerwowanie. Inaczej będzie z tobą źle!

Odczekał jakieś dziesięć minut, po czym przykląkł przy kasie, manewrując uważnie koło czterech metalowych guzików. Następnie wyciągnął pęk kluczy, wybrał jeden, potem drugi, próbując wetknąć je do zamka, ale bezskutecznie.

– Do trzech razy sztuka – mruknął, próbując trzeciego klucza. – Zwycięstwo! Sezamie, otwórz się!

Drzwi ustąpiły. Lupin powoli pociągnął ku sobie ciężkie, żelazne skrzydło kasy.

– Miliony są już moje! – zakrzyknął z triumfem.

Ale w tym samym momencie odskoczył gwałtownie w tył, wzdrygając się ze wstrętu i zgrozy. Ręce drżały mu nerwowo, nogi się pod nim uginały. Przez kilkadziesiąt sekund, nie bacząc na rosnący hałas na dole i głośne dzwonienie dzwonków elektrycznych w całym pałacu, stał jak zahipnotyzowany tym straszliwym widokiem: w głębi kasy ogniotrwałej leżały zwłoki młodej kobiety, na pół rozebranej. Leżała zgięta w pół, wciśnięta do środka niby gruby pakunek… jasne włosy spływały falą, ubrudzone krwią…

– Baronowa – wyjąkał – baronowa! Ach, ty potworze! – Ocknął się ze zdumienia, zwrócił się ku leżącemu baronowi, splunął mu w twarz i począł kopać nogami. – Masz, masz, jeszcze ty łotrze, ty łajdaku! Czekaj, szafot cię nie minie!

Z górnych pięter dochodził gwar zmieszanych głosów, na schodach rozległy się spieszne kroki. Trzeba było myśleć o ucieczce.

Był pewny, że mu się uda. Już w czasie rozmowy z baronem doszedł do wniosku, że musi tu być jakieś sekretne wyjście. Świadczyło o tym najwymowniej zachowanie barona, który zupełnie nie stracił głowy i zdecydował się nawet na walkę z Lupinem. Widocznie był pewny, że potem uda mu się niepostrzeżenie uciec.

Lupin przeszedł do sąsiedniego pokoju, którego okno wychodziło na ogród. W chwili gdy agenci policyjni weszli do pałacu, Lupin wyszedł na okno i po rynnie zjechał na ziemię. Obszedł ostrożnie cały budynek i wkrótce dostrzegł gęste krzewy rosnące pod murem, wszedł między nie i od razu odkrył małą furtkę, którą bez trudu otworzył. Znalazł się na podwórzu, przebiegł je szybko, jeszcze kilkanaście kroków i już był na ulicy. Oczywiście policja, jak to Lupin przewidywał, nie wiedziała nic o tym tajemnym przejściu.

– No i co ty na to? – spytał mnie Lupin po opowiedzeniu mi wszystkich szczegółów tej tragicznej nocy. – Ten baron Repstein, cóż to za łotr rafinowany! Jak to jednak pozory mylą! Naprawdę wyglądał na uczciwego człowieka!

– No… a owe miliony? A klejnoty księżniczki? – zagadnąłem.

– Były schowane w kasie. Pamiętam dobrze, leżała tam duża paczka.

– A zatem?

– Leżą tam dalej.

– Niemożliwe!

– Zaręczam ci, że tak. Mógłbym ci nakłamać, że zląkłem się policji albo w ostatniej chwili dopadły mnie jakieś skrupuły… Powiem ci jednak szczerą prawdę, choć to bardziej prozaiczne: za bardzo śmierdziało!

– Co takiego?

– Tak, mój drogi… z tej kasy cuchnęło tak obrzydliwie, że nie mogłem wytrzymać. Czułem, że robi mi się słabo, że lada chwila zemdleję. Pomyśl, jakie to jednak głupie! Moja cała i jedyna zdobycz z tej wyprawy to ta oto szpilka do krawatki. Perła warta na ślepo trzydzieści tysięcy! Ale przyznam ci się, że jestem bardzo zły. Nie udało się!

– Jeszcze jedno pytanie: jakim sposobem odgadłeś słowo otwierające zamek od kasy?

– To przecież takie proste! Można się było od razu domyśleć!

– Mianowicie?

– Słowo to ukryte było w telegraficznych sygnałach, podawanych przez biedaka Lavernoux.

– Nie rozumiem…

– No błędy pisarskie.

– Błędy pisarskie, powiadasz?

– Oczywiście, przecież to było zrobione umyślnie. Nie przypuszczasz chyba, aby sekretarz, intendant barona, nie znał ortografii na tyle, by pisać ni zamiast nie, attaku przez dwa t, bezpłodej walka zamiast bezpłodnej walki. Od razu rzuciło mi się to w oczy. Zestawiłem te cztery litery razem i doszedłem w ten sposób do słowa ETNA, nazwy słynnej klaczy.

– I to jedno słowo ci wystarczyło?

– Naturalnie. Najpierw naprowadziło mnie ono na trop afery Repsteina, o której rozpisywały się szeroko dzienniki. Potem przyszło mi na myśl, że właśnie to słowo otwiera też i kasę, zważywszy, że Lavernoux znał straszną zawartość tej kasy i chciał zadenuncjować barona. Tą drogą doszedłem też do wniosku, że Lavernoux musiał mieć przyjaciela gdzieś w pobliżu, z którym schodził się zapewne w kawiarni, że obydwaj lubili rozwiązywać łamigłówki i kryptogramy, jakie zamieszczają rozmaite wydawnictwa ilustrowane i że wreszcie obydwaj bawili się w korespondencję za pomocą sygnałów świetlnych.

– Jakież to wszystko wydaje się teraz logiczne i proste.

– Niesłychanie proste. A cała ta przygoda to jeden dowód więcej, że do odkrycia zbrodni nie zawsze wystarczy samo ustalenie faktów, śledztwo, rozumowanie i wyciąganie choćby najlogiczniejszych wniosków. Tu trzeba czegoś więcej: intuicji i dużej inteligencji! A pochlebiam sobie, że ani jednego, ani drugiego mi nie brakuje!

 

Przekład Kazimierz Rychłowski

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej