Opis

Megan Pierce wiedzie życie będące ucieleśnieniem American Dream: u boku męża. w domu z ogrodem i basenem, realizując się jako matka nastoletnich dzieci i żona. W jej przypadku stabilizacja nie jest jednak równoznaczna z osobistym szczęściem. Megan tęskni za swoją bujną przeszłością striptizerki w Vegas i Atlantic City, za pełnymi pożądania spojrzeniami mężczyzn, za pulsującą muzyką i migoczącymi światłami sceny. Ray Levine stał kiedyś u progu wielkiej kariery w dziedzinie fotoreportażu, niestety życie dało mu wycisk i zawodowo spadł na samo dno: pracuje jako paparazzi do wynajęcia w agencji świadczącej usługi niedoszłym celebrytom. Swoje frustracje topi w alkoholu. Broome jest detektywem, któremu nie daje spokoju sprawa zagadkowego zniknięcia przykładnego ojca rodziny, Stewarta Greena. Sprawa sprzed lat, której nie udało mu się rozwiązać. Choć niedługo przechodzi na emeryturę, wciąż prowadzi śledztwo i regularnie raz w roku odwiedza rodzinę zaginionego.

Megan, Ray i Broome. Troje ludzi połączonych skrywanymi za fasadą codzienności sekretami, których istnienia nie podejrzewają nawet ich najbliżsi. Wiele lat temu w ich życiu wydarzyło się coś, co teraz może je ostatecznie zrujnować. Kolejne tajemnicze zaginięcie mężczyzny w święto Mardi Gras, dokładnie w siedemnastą rocznicę zniknięcia Greena, doprowadzi do ujawnienia łańcucha zbrodni, których nikt dotąd ze sobą nie powiązał...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 41 min

Lektor: Krzysztof Globisz


Wydanie elektroniczne

HARLAN COBEN

Współczesny pisarz amerykański, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 od thrillera Nie mów nikomu, bestsellera w USA i Europie (zekranizowanego w 2006 przez Guillaume’a Caneta; obecnie w USA powstaje remake). Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki od wydawców, m.in. Bez pożegnania, Niewinny, W głębi lasu, Zaginiona, Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Schronienie, Zostań przy mnie i Seconds Away uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. W marcu 2013 ukazał się jego nowy thriller Six Years.

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU

BEZ POŻEGNANIA

JEDYNA SZANSA

TYLKO JEDNO SPOJRZENIE

NIEWINNY

W GŁĘBI LASU

ZACHOWAJ SPOKÓJ

MISTYFIKACJA

NA GORĄCYM UCZYNKU

KLINIKA ŚMIERCI

ZOSTAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

Jako współautor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZY

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

z Myronem Bolitarem

BEZ SKRUPUŁÓW

KRÓTKA PIŁKA

BEZ ŚLADU

BŁĘKITNA KREW

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

OSTATNI SZCZEGÓŁ

NAJCZARNIEJSZY STRACH

OBIECAJ MI

ZAGINIONA

WSZYSCY MAMY TAJEMNICE

SCHRONIENIE

KILKA SEKUND OD ŚMIERCI

www.HarlanCoben.com

Tytuł oryginału:

STAY CLOSE

Copyright © Harlan Coben 2012

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2013

Redakcja: Dorota Jakubowska

Ilustracja na okładce: Anna Subbotina/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-045-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla cioci Diane i wuja Normana Reiterów

oraz

cioci Ilene i wuja Marty’ego Kronbergów

z miłością i wdzięcznością

Well now everything dies, baby that’s a fact.

But maybe everything that dies, someday comes back.

Bruce Springsteen, Atlantic City

1

Czasem, w chwili gdy Ray Levine robił zdjęcie i błyskał flesz jego aparatu, widział krew. Wiedział oczywiście, że widzi ją tylko oczami wyobraźni, ale czasem, tak jak teraz, obraz był tak realny, że musiał odjąć aparat od oka i uważnie obejrzeć ziemię przed sobą. Wspomnienie tamtej okropnej chwili – momentu, który całkowicie zmienił życie Raya, przeobrażając go z człowieka z przyszłością i aspiracjami w przegranego faceta, którego tu widzicie – nigdy nie nawiedzało go w snach ani wtedy, gdy siedział sam w ciemnościach. Przygnębiające wizje czekały, aż będzie zupełnie przytomny, wśród ludzi, zajęty tym, co niektórzy mogli sarkastycznie nazywać dokumentowaniem.

Na szczęście te obrazy znikły teraz, gdy Ray metodycznie robił zdjęcia chłopcu po bar micwie.

– Spójrz tu, Ira! – zawołał zza obiektywu. – U kogo się ubierasz? Czy to prawda, że Jen i Angelina wciąż o ciebie walczą?

Ktoś kopnął Raya w łydkę. Ktoś inny go popchnął. Ray nadal robił zdjęcia Irze.

– Gdzie odbędzie się przyjęcie, Ira? Której szczęściarze przypadnie pierwszy taniec?

Ira Edelstein zmarszczył brwi i zasłonił twarz przed obiektywem aparatu. Ray niezrażony rzucił się naprzód, pstrykając zdjęcia pod różnymi kątami.

– Zejdź z drogi! – zawołał ktoś.

Znów ktoś go popchnął. Ray usiłował złapać równowagę.

Pstryk, pstryk, pstryk.

– Przeklęci paparazzi! – krzyknął Ira. – Czy nie dacie mi chwili spokoju?

Ray przewrócił oczami. Nie cofnął się. Przez obiektyw aparatu znów zobaczył ten krwawy obraz. Próbował odepchnąć go od siebie, ale nie zdołał. Przyciskał palcem spust migawki. Ira – Chłopak po Bar Micwie – poruszał się teraz jak w świetle stroboskopu.

– Pasożyty! – wrzasnął.

Ray zadał sobie pytanie, czy można upaść niżej.

Kolejny kopniak w łydkę przyniósł mu odpowiedź: nie.

„Ochroniarz” Iry – ogromny facet z ogoloną głową, niejaki Fester – odepchnął Raya przedramieniem grubości dębowego pniaka. Zrobił to z nadmiernym entuzjazmem, niemal zwalając go z nóg. Ray posłał Festerowi zdziwione spojrzenie, a ten poruszył wargami w bezgłośnych przeprosinach.

Fester był szefem i przyjacielem Raya oraz właścicielem firmy Celeb Experience: Paparazzi do Wynajęcia, zajmującej się organizowaniem tak zwanych ustawek z celebrytami. Ray nie tropił ich w nadziei zdobycia kompromitujących ujęć, które mógłby sprzedać tabloidom jak prawdziwy paparazzo. Nie, Ray upadł jeszcze niżej – świadczył usługi niedoszłym celebrytom, gotowym za to zapłacić. Krótko mówiąc, klienci, w większości mający skrajnie obniżone poczucie własnej wartości i zapewne problemy z erekcją, zatrudniali paparazzich, żeby podążali za nimi i robili zdjęcia, dostarczając im, zgodnie z tekstem ulotki reklamowej: „poczucie bycia celebrytą mającym własnego paparazzo”.

Ray podejrzewał, że mógłby upaść niżej, ale nie bez nadzwyczajnej boskiej interwencji.

Edelsteinowie wykupili megapakiet klasy A: dwie godziny z trzema paparazzimi, jednym ochroniarzem, jednym dziennikarzem i jednym dźwiękowcem z mikrofonem. Wszyscy oni mieli podążać za „celebrytą” i robić mu zdjęcia, jakby był Charliem Sheenem zakradającym się do klasztoru. Megapakiet klasy A obejmował także pamiątkową płytę DVD bez dodatkowej opłaty oraz umieszczenie zdjęcia klienta na okładce jednego ze szmatławych plotkarskich tabloidów pod krzykliwym nagłówkiem.

Koszt takiego megapakietu klasy A?

Cztery tysiące.

Odpowiedź na nasuwające się pytanie: tak, Ray nienawidził siebie.

Ira przepchnął się przez tłumek i znikł w sali balowej. Ray odjął aparat od oka i spojrzał na dwóch pozostałych paparazzich. Żaden z nich nie miał wytatuowanej na czole litery P jak w słowie „palant” – byłoby to zbyteczne.

Ray spojrzał na zegarek.

– Niech to szlag – powiedział.

Jego koledzy – obaj zaledwie na tyle bystrzy, żeby podpisać się nazwiskiem, a nie krzyżykiem – jęknęli. Jeszcze piętnaście minut. Będą musieli uwiecznić początek imprezy. Coś, czego Ray nienawidził.

Bar micwę świętowano w Wingfield Manor, zaprojektowanej z przepychem sali bankietowej, która – gdyby była odrobinę skromniejsza – mogłaby robić za jeden z pałaców Saddama Husajna. Były tam kandelabry, lustra, okładziny z imitacji kości słoniowej, ozdobna snycerka oraz całe tony błyszczącej złocistej farby.

Obraz krwi powrócił. Ray zamrugał.

Na przyjęciu obowiązywały stroje wieczorowe. Mężczyźni wyglądali na zmęczonych i bogatych. Kobiety były zadbane, ich ciała chirurgicznie poprawione. Ray przecisnął się przez tłum w swoich dżinsach, pomiętym szarym blezerze i czarnych sportowych butach Chuck Taylor Hi-Tops. Kilka osób spojrzało na niego tak, jakby właśnie narobił im na widelec do nakładania sałatki.

Była tam osiemnastoosobowa orkiestra oraz wodzirej, który miał zachęcać gości do wszelkiego rodzaju zabaw. Ktoś taki jak gospodarz kiepskiego telewizyjnego show albo jak mapet Guy Smiley z Ulicy Sezamkowej. Wodzirej złapał mikrofon.

– Panie i panowie – powiedział głosem sędziego na ringu bokserskim – przywitajcie, proszę, owacjami, po raz pierwszy, od kiedy otrzymał Torę i stał się mężczyzną, tego jednego, jedynego… Irę Edelsteina!

Ira pojawił się z dwiema… Ray nie był pewny, jak nazwać towarzyszki chłopaka, ale chyba najlepszym określeniem byłoby „ekskluzywne striptizerki”. Dwie superlaski wprowadziły małego Irę do sali, epatując dekoltami. Ray miał przygotowany aparat; przecisnął się do przodu, kręcąc głową. Ten dzieciak miał trzynaście lat. Gdyby kobiety o takim wyglądzie tuliły się tak do Raya, kiedy był trzynastolatkiem, miałby erekcję przez tydzień.

Ach, młodość.

Aplauz był burzliwy. Ira monarszym gestem pomachał tłumowi.

– Ira! – zawołał Ray. – Czy to twoje nowe boginie? Czy to prawda, że może dodasz trzecią do swojego haremu?

– Proszę – jęknął Ira, wygłaszając wyćwiczony tekst – mam prawo do prywatności!

Rayowi zbierało się na wymioty.

– Ludzie chcą to wiedzieć.

Fester Ochroniarz położył wielkie łapsko na ramieniu Raya, pozwalając Irze przecisnąć się obok niego. Ray pstryknął zdjęcie, flesz aparatu rozświetlił twarz chłopaka. Orkiestra zagrała utwór Club Can’t Handle Me, będący nowym hymnem takich uroczystości. Od kiedy sale na wesele i bar micwy zaczęto nagłaśniać jak stadiony, na których odbywają się koncerty rockowe? Ray „zmylił” Festera, pstryknął kilka zdjęć, spojrzał na zegarek.

Została jeszcze minuta.

– Paparazzi, ty śmieciu!

Kolejny kopniak w goleń od jakiegoś małego kretyna.

– Auu, niech to szlag, to boli!

Kretyn czmychnął. Ray zanotował w myślach, żeby zacząć nosić nagolenniki. Spojrzał na Festera, wzrokiem błagając o litość. Fester ruchem głowy nakazał Rayowi, żeby poszedł za nim w kąt sali, wybawiając go tym samym z opresji. Tam też było za głośno, więc wymknęli się na korytarz.

Fester ogromnym kciukiem wskazał na salę bankietową za plecami.

– Dzieciak nieźle sobie poradził z czytaniem Tory, nie uważasz?

Ray tylko na niego popatrzył.

– Jutro mam dla ciebie robotę – rzekł Fester.

– Super. Jaką?

Fester odwrócił wzrok.

To nie spodobało się Rayowi.

– Oho.

– Chodzi o George’a Quellera.

– Dobry Boże.

– Tak. I chce tego co zwykle.

Ray westchnął. George Queller próbował robić wrażenie na podrywanych dziewczynach, przytłaczając je i przerażając. Wynajmował Celeb Experience, żeby paparazzi nękali go wraz z towarzyszką – na przykład w zeszłym miesiącu była to niejaka Nancy – gdy wchodzi do małej romantycznej kafejki. Kiedy jego towarzyszka była już bezpieczna w środku, otrzymywała – to nie żart – sporządzone na zamówienie menu z nadrukiem „George i Nancy, pierwsza randka z wielu” oraz adresem, miesiącem, dniem i rokiem podanymi poniżej. Kiedy opuszczali restaurację, wynajęci paparazzi pstrykali zdjęcia i pokrzykiwali, że George zrezygnował z weekendu na Karaibach z Jessicą Albą dla uroczej i przerażonej Nancy.

George uważał te romantyczne manewry za preludium do szczęśliwego pożycia. Nancy i jej podobne uważały te romantyczne manewry za preludium do kneblowania i uwięzienia w przechowalni mebli na przedmieściach.

Żadna nigdy nie umówiła się z George’em na drugą randkę.

Fester w końcu zdjął okulary przeciwsłoneczne.

– Chcę, żebyś pokierował tą robotą.

– Kierownik paparazzich – powiedział Ray. – Chyba zadzwonię do matki, żeby mogła pochwalić się przed koleżankami od madżonga.

Fester zachichotał.

– Kocham cię, wiesz?

– To wszystko?

– Tak.

Ray starannie zapakował aparat, oddzielnie korpus i obiektyw, po czym zarzucił torbę na ramię. Poszedł do drzwi, utykając – nie od kopniaków, ale kawałka szrapnela w biodrze, tego szrapnela, który zapoczątkował jego upadek. Nie, to zbyt proste. Szrapnel był tylko wymówką. W pewnym momencie swego nędznego życia Ray miał niemal nieograniczone perspektywy. Ukończył wydział dziennikarstwa Uniwersytetu Columbia, mając coś, co jeden z profesorów nazwał „niemal nadprzyrodzonym talentem” – obecnie marnowanym – w dziedzinie fotoreportażu. Jednak życie mu się nie ułożyło. Niektórzy ludzie przyciągają kłopoty. Niektórzy ludzie, niezależnie od tego, jak łatwa otworzy się przed nimi droga życia, znajdą sposób, żeby wszystko zepsuć.

Ray Levine należał do takich ludzi.

Było ciemno. Ray zastanawiał się, czy udać się prosto do domu i do łóżka, czy wpaść do baru tak podłego, że nazywano go Tężcem. Trudny wybór, kiedy ma się tyle możliwości.

Znów pomyślał o zwłokach.

Obrazy pojawiały się teraz nagle i były bardzo wyraźne. Wydawało mu się to zupełnie zrozumiałe. Dziś przypadała rocznica dnia, kiedy wszystko się zmieniło, kiedy wszelkie nadzieje na szczęśliwe zakończenie umarły jak… No cóż, oczywista metafora wiązałaby się z tymi obrazami w jego głowie, prawda?

Zmarszczył brwi. Hej, Ray, może dość tego melodramatyzowania? – upomniał się w duchu.

Miał nadzieję, że to idiotyczne dzisiejsze zlecenie pozwoli mu się oderwać od tych myśli. Tak się nie stało. Wspominał swoją bar micwę, moment za pulpitem, kiedy ojciec nachylił się i szeptał mu do ucha. Pamiętał, jak ojciec pachniał wodą toaletową Old Spice, jak delikatnie ujął w dłonie głowę Raya i ze łzami w oczach powiedział tylko: „Tak bardzo cię kocham”.

Ray odepchnął od siebie tę myśl. Mniej bolesne były myśli o zwłokach.

Nie zamierzał płacić za parking, dlatego musiał zostawić samochód trzy przecznice dalej, w bocznej uliczce. Skręcił w nią i wóz tam był – jego zdezelowana dwunastoletnia honda civic bez zderzaka i z boczną szybą sklejoną taśmą naprawczą. Ray potarł brodę. Nieogolona. Zarośnięty, czterdziestoletni, z rzęchowatym samochodem i mieszkaniem w suterenie, które po kapitalnym remoncie nadawałoby się na sracz, bez perspektyw, za często zaglądający do kieliszka. Poużalałby się nad sobą, ale szczerze mówiąc, niewiele go to wszystko obchodziło.

Właśnie wyjmował kluczyki od samochodu, kiedy otrzymał silny cios w tył głowy.

Co jest, do…?

Osunął się na kolana. Pociemniało mu w oczach. Poczuł mrowienie całej skóry na czaszce. Był zdezorientowany. Spróbował potrząsnąć głową, odzyskać jasność widzenia.

Następny cios trafił w skroń.

Coś eksplodowało w jego głowie w rozbłysku jasnego światła. Ray upadł na ziemię, rozciągając się jak długi. Może stracił przytomność – nie był tego pewien – ale nagle poczuł, że ktoś szarpie go za prawe ramię. Przez moment leżał bezwładnie, nie mogąc i nie chcąc stawiać oporu. W głowie wirowało mu z bólu. Ta część jego mózgu, która odpowiadała za instynktowne, zwierzęce odruchy, podpowiadała mu, co ma robić, by przetrwać. Unikaj kolejnych ciosów, mówiła. Zwiń się w kłębek i osłaniaj wrażliwe części ciała.

Następne szarpnięcie prawie wyrwało mu rękę ze stawu. Zaraz potem poczuł, jak coś zsuwa mu się wzdłuż ramienia. Uświadomiwszy sobie to, Ray gwałtownie otworzył oczy.

Ktoś chciał ukraść mu aparat.

Była to klasyczna leica z niedawno dodaną możliwością wysyłania danych. Poczuł, że jego ręka unosi się bezwładnie w powietrze. Za sekundę straci aparat.

Ray nie miał wiele. Ten aparat był jedyną rzeczą, na której mu zależało. Był jego narzędziem pracy, oczywiście, ale także jedynym ogniwem łączącym go z dawnym Rayem, z życiem, jakie wiódł, zanim zaczęły go nawiedzać krwawe obrazy, i niech go licho, jeśli odda go bez walki.

Za późno.

Pasek już zsunął się z jego ręki. Ray zadał sobie pytanie, czy będzie miał jeszcze okazję odzyskać aparat, jeśli rabuś zamierza zabrać mu portfel z czternastoma dolarami. Nie mógł na to czekać.

– Nie! – Poderwał się, chociaż wciąż kręciło mu się w głowie, a nogi miał jak z waty.

Spróbował rzucić się na napastnika. Natrafił na coś – zapewne nogi – i złapał. Nie miał sił, żeby je ścisnąć, ale wystarczył impet zderzenia.

Napastnik upadł. Ray również, lądując na brzuchu. Usłyszał brzęk jakiegoś upadającego przedmiotu i miał cholerną nadzieję, że nie rozbił właśnie aparatu. Zamrugał, usiłując otworzyć oczy, zdołał nieco unieść powieki i parę metrów dalej zobaczył swoją leicę. Spróbował powlec się do niej, lecz zauważył dwie rzeczy, które zmroziły mu krew w żyłach.

Pierwszą był kij bejsbolowy leżący na bruku.

Drugą – znacznie ważniejszą – podnosząca go dłoń w rękawiczce.

Ray próbował spojrzeć w górę, ale na próżno. Myślami wrócił do letniego obozu, który prowadził jego ojciec, kiedy Ray był dzieckiem. Ojciec – wszyscy obozowicze nazywali go wujem Barrym – zwykł urządzać zawody polegające na tym, żeby najpierw kręcić się w kółko, trzymając nad głową piłkę do koszykówki i wpatrując się w nią, a potem, kozłując, przebiec przez całe boisko i umieścić ją w koszu. Problem w tym, że od kręcenia się w kółko tak wirowało ci w głowie, iż mogłeś upaść w jedną stronę, a piłka leciała w drugą. Ray czuł się teraz tak, jakby miał runąć w lewo, a cała reszta świata na prawo.

Złodziej podniósł kij bejsbolowy i ruszył do ataku.

– Pomocy! – zawołał Ray.

Nikt się nie zjawił.

Wpadł w panikę, w ułamku sekundy obudził się w nim instynkt samozachowawczy. Niemal usłyszał głos w swojej głowie: uciekaj. Próbował wstać, ale nie mógł się poruszyć. Był bardzo osłabiony. Jeszcze jeden cios, jeszcze jedno silne uderzenie kijem bejsbolowym…

– Pomocy!

Napastnik zrobił dwa kroki w jego kierunku. Ray nie miał innego wyjścia. Wciąż na brzuchu, odczołgał się jak zraniony krab. No tak, to na pewno zadziała, pomyślał. W ten sposób szybko znajdzie się poza zasięgiem tego przeklętego kija. Dupek z bejsbolem był już praktycznie nad nim. Ray nie miał szans.

Uderzył o coś ramieniem i zdał sobie sprawę z tego, że to jego samochód.

Nad sobą zobaczył unoszący się w powietrze kij bejsbolowy. Za sekundę, może dwie, rozwali mu czaszkę. Ray miał tylko jedną szansę i wykorzystał ją.

Obrócił głowę tak, że prawy policzek był przyciśnięty do bruku, przywarł do ziemi, najmocniej jak mógł, i wsunął się pod samochód.

– Pomocy! – zawołał znowu. A do napastnika krzyknął: – Weź sobie aparat i odejdź!

Napastnik tak właśnie zrobił. Ray usłyszał jego kroki cichnące w głębi uliczki. Cholernie przerażające. Spróbował wysunąć się spod samochodu. Zdołał tego dokonać mimo dojmującego bólu głowy. Usiadł na bruku, plecami oparty o drzwiczki po stronie pasażera. Siedział tak przez jakiś czas. Nie potrafił powiedzieć, jak długo. Może nawet zemdlał na chwilę.

W końcu odzyskał siły na tyle, by wpełznąć do samochodu i uruchomić silnik. Przeklął cały świat.

Dziwne, pomyślał. Dziś przypadała rocznica tamtej tragicznej nocy, a on ledwo uniknął kolejnego rozlewu krwi. Niemal uśmiechnął się na myśl o takim zbiegu okoliczności. Ruszył, gdy uśmiech zaczął znikać z jego twarzy.

Przypadek. Tak, tylko przypadek. Nawet niespecjalnie dziwny, jeśli się nad tym głębiej zastanowić. Od tamtej nocy, kiedy doszło do rozlewu krwi, minęło siedemnaście lat – więc raczej nie były to srebrne gody ani nic podobnego. Ray został już kiedyś obrabowany. W zeszłym roku obrobiono go, kiedy pijany wychodził z klubu ze striptizem o drugiej nad ranem. Dureń ukradł mu portfel i uciekł z siedmioma dolarami i kartą kredytową CVS.

A jednak.

Znalazł wolne miejsce na ulicy przed szeregówką, którą nazywał domem. Wynajmował mieszkanie w suterenie. Właścicielem domu był Amir Baloch, emigrant z Pakistanu, który mieszkał tu z żoną i czterema dość krzykliwymi dzieciakami.

Załóżmy przez sekundę, tylko przez ułamek sekundy, że to nie był przypadek.

Ray wygramolił się z samochodu. Wciąż łupało go w głowie. Jutro będzie jeszcze gorzej. Pokonał dwa stopnie, schodząc obok kubłów na śmieci do drzwi sutereny, i wepchnął klucz do zamka. Przetrząsnął swój obolały umysł, usiłując wyobrazić sobie jakieś powiązanie – najmniejszy, najmarniejszy, najsłabszy, najmniej uchwytny związek pomiędzy tamtą tragiczną nocą sprzed siedemnastu lat i dzisiejszym napadem.

Nic.

Dziś wieczorem był to napad rabunkowy, bez dwóch zdań. Walisz faceta po głowie kijem bejsbolowym, zabierasz mu aparat i uciekasz. Tylko dlaczego napastnik nie zabrał również portfela? A może był to ten sam gość, który w zeszłym roku obrobił Raya przed klubem striptizowym i wiedział, że może się spodziewać zaledwie kilku dolarów? Do licha, może to jednak był zbieg okoliczności. Zapomnij o dacie i rocznicy, pomyślał Ray. Może napastnik był tym samym facetem, który obrabował go rok temu.

O rany, to bez sensu. Gdzie, do cholery, jest vicodin? – przemknęło mu przez głowę.

Włączył telewizor i ruszył do łazienki. Kiedy otworzył drzwi szafki, do umywalki wpadło kilkanaście buteleczek i różnych drobiazgów. Poszperał w tym stosie i znalazł buteleczkę z vicodinem. A przynajmniej miał nadzieję, że to jest vicodin. Kupił go na czarnym rynku od faceta, który twierdził, że przemycił tabletki z Kanady. Z tego, co Ray wiedział, równie dobrze mogła to być witamina C.

Nadawano lokalne wiadomości, w których pokazywano pożar gdzieś w okolicy i wypytywano sąsiadów, co o tym sądzą, ponieważ – jak wiadomo – od nich zawsze można uzyskać naprawdę wnikliwą ocenę sytuacji. Zadzwonił telefon komórkowy Raya. Na wyświetlaczu pojawił się numer Festera.

– Co jest? – zapytał Ray, opadając na kanapę.

– Masz okropnie zmieniony głos.

– Zostałem napadnięty zaraz po wyjściu z bar micwy Iry.

– Naprawdę?

– Mhm. Dostałem w głowę kijem bejsbolowym.

– Ukradli coś?

– Mój aparat.

– Czekaj, więc straciłeś dzisiejsze zdjęcia?

– Nie, nie martw się – powiedział Ray. – Nic mi nie jest, naprawdę.

– W głębi serca umieram z niepokoju. Pytam o zdjęcia, żeby ukryć mój ból.

– Mam je – rzekł Ray.

– Jak to?

Za bardzo bolała go głowa, żeby to wyjaśniać, a ponadto zaczynał odpływać w sen po zażyciu vicodinu.

– Nie martw się o nie. Są bezpieczne.

Kilka lat temu, kiedy Ray pracował jako „prawdziwy” paparazzo, wykonał kilka kompromitujących zdjęć pewnego bardzo popularnego aktora geja, zdradzającego swojego chłopca z… kobietą. Ochroniarz aktora przemocą zabrał Rayowi aparat i zniszczył kartę pamięci. Ray wyposażył swój aparat w możliwość wysyłki danych – opcję podobną do tej, jaką można znaleźć w telefonach komórkowych – automatyczne przesyłanie co dziesięć minut zdjęć z karty pamięci na jego skrzynkę pocztową.

– Właśnie dlatego dzwonię – powiedział Fester. – Są mi potrzebne, i to szybko. Wybierz pięć z nich i prześlij mi jeszcze dziś wieczór e-mailem. Tato Iry chce natychmiast mieć przycisk do papierów z naszymi zdjęciami z bar micwy.

W wiadomościach telewizyjnych kamera skierowała swój obiektyw na „meteorologa” – dziewczynę o bujnych kształtach i w obcisłym czerwonym sweterku. Zwiększanie oglądalności. Rayowi zaczęły opadać powieki, gdy pogodynka zakończyła prognozę i pokazano zdjęcie satelitarne, a na ekranie pojawił się zbyt kunsztownie uczesany prezenter.

– Ray?

– Pięć fotek do przycisku do papieru w kształcie sześcianu.

– Właśnie.

– Sześcian ma sześć boków – przypomniał Ray.

– O, chylę czoło przed matematycznym geniuszem. Szósty bok jest na nazwisko, datę oraz gwiazdę Dawida.

– Rozumiem.

– Potrzebuję ich, najszybciej jak się da.

– Dobrze.

– Zatem wszystko w porządku – rzekł Fester. – Tylko że bez aparatu nie możesz jutro zająć się George’em Quellerem. Nie martw się. Znajdę kogoś innego.

– Teraz będę spał spokojniej.

– Zabawny z ciebie gość, Ray. Przyślij mi te fotki. A potem trochę odpocznij.

– Rozczula mnie twoja troska, Fester.

Rozłączyli się. Ray opadł z powrotem na kanapę. Lek miał cudowne działanie. Ray niemal się uśmiechnął. W telewizji prezenter grobowym głosem rzekł:

„Zaginął Carlton Flynn. Jego samochód z otwartymi drzwiami znaleziono na nabrzeżu…”.

Ray otworzył jedno oko i zerknął. Na ekranie pokazywano wiecznego chłoptasia z jasnymi pasemkami w nastroszonych czarnych włosach i z kolczykiem w uchu. Przesyłał kamerze całusa, a podpis pod zdjęciem głosił: „Zaginiony”, podczas gdy zapewne powinien brzmieć: „Lamer”. Ray zmarszczył brwi, gdy przez głowę przemknęła mu jakaś niejasna, niepokojąca myśl, której nie potrafił teraz uchwycić. Całe jego ciało domagało się snu, ale gdyby nie wysłał tych pięciu zdjęć, Fester zadzwoniłby ponownie, a kto by tego chciał? Ray z trudem podniósł się z kanapy. Powlókł się do kuchennego stołu, uruchomił laptopa i upewnił się, że zdjęcia istotnie znalazły się w jego komputerze.

Były tam.

Dręczył go jakiś podświadomy niepokój, lecz Ray nie mógł określić jego powodu. Może męczyło go coś nieistotnego. A może próbował sobie przypomnieć coś naprawdę ważnego. A może, co najbardziej prawdopodobne, uderzenie kijem bejsbolowym w głowę sprawiło, że maleńkie odpryski kości czaszki dosłownie szatkowały mu mózg.

Zdjęcia z bar micwy pojawiły się w odwrotnej kolejności – zrobione jako ostatnie było teraz pierwsze. Ray pospiesznie przejrzał indeks, wybierając jedno ujęcie tańczących, jedno zdjęcie rodzinne, jedno przy czytaniu Tory, jedno z rabinem oraz to, na którym babcia całowała Irę w policzek.

Miał pięć. Wpisał adres internetowy Festera i przesłał je jako załącznik. Zrobione.

Był tak zmęczony, że nie wiedział, czy zdoła wstać z krzesła i dotrzeć do łóżka. Zastanawiał się, czy położyć głowę na kuchennym stole i zasnąć tutaj, kiedy przypomniał sobie o innych zdjęciach, tych, które zrobił wcześniej tego dnia, przed bar micwą.

Przytłaczający smutek zapierał mu dech.

Ray pojechał do tego przeklętego parku i pstrykał zdjęcia. To głupie, ale robił to co rok. Nie potrafił wyjaśnić dlaczego. A może potrafił – i to było jeszcze gorsze. Obiektyw aparatu pozwalał mu spojrzeć na wszystko z dystansem, z perspektywy, poczuć się bezpiecznie. Może właśnie o to chodziło. Oglądanie tego okropnego miejsca w pewien sposób uspokajało; miał nadzieję, że dzięki temu zmieni to, czego – oczywiście – nie można zmienić.

Ray obejrzał na ekranie monitora komputerowego zdjęcia, które zrobił wcześniej tego dnia – i teraz przypomniał sobie jeszcze coś.

Faceta z jasnymi pasemkami i kolczykiem.

Dwie minuty później znalazł to, czego szukał. Wtedy coś zrozumiał i nagle zrobiło mu się zimno.

Napastnikowi nie chodziło o aparat. Chciał zdobyć zdjęcie.

To zdjęcie.

2

Megan Pierce pełniła funkcję dyżurnej matki odwożącej dzieci na liczne zajęcia pozalekcyjne i nienawidziła tego.

Zamknęła lodówkę i spojrzała na dwójkę swoich dzieci przez wykuszowe okna kącika śniadaniowego. Te okna zapewniały „niezbędne poranne światło”. Tak ujął to architekt. W ich niedawno odnowionej kuchni była także kuchenka gazowo-elektryczna, sprzęt firmy Miele, na środku wyspa z marmurowym blatem oraz szerokie przejście do salonu zmienionego w salę kinową z wielkoekranowym telewizorem, fotelami z uchwytami na kubki oraz kolumnami w liczbie wystarczającej do nagłośnienia koncertu The Who.

Na podwórku za domem Kaylie, jej piętnastoletnia córka, dokuczała młodszemu bratu, Jordanowi. Megan westchnęła i otworzyła okno.

– Przestań, Kaylie.

– Ja nic nie zrobiłam.

– Stałam tutaj i obserwowałam cię.

Kaylie wzięła się pod boki. Piętnastolatka – w tym niespokojnym okresie dorastania, przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość, kiedy ciało i hormony zaczynają szaleć. Megan dobrze pamiętała ten stan.

– I co widziałaś? – wyzywająco spytała Kaylie.

– Widziałam, jak dokuczasz bratu.

– Byłaś w środku. Nie mogłaś nic słyszeć. Równie dobrze mogłam powiedzieć: „Tak bardzo cię kocham, Jordan”.

– Wcale tak nie mówiła! – krzyknął Jordan.

– Wiem, że nie – rzekła Megan.

– Nazwała mnie lamerem i powiedziała, że nie mam przyjaciół!

Megan westchnęła.

– Kaylie…

– Wcale tak nie mówiłam!

Megan tylko zmarszczyła brwi.

– To jego słowo przeciwko mojemu – upierała się Kaylie. – Dlaczego zawsze bierzesz jego stronę?

Każdy dzieciak, pomyślała Megan, jest sfrustrowanym adwokatem, szukającym luk prawnych, domagającym się nierealnie niepodważalnych dowodów, atakującym nawet najdrobniejsze szczegóły.

– Masz dziś trening – powiedziała Megan do Kaylie.

Kaylie przechyliła głowę na ramię i cała oklapła.

– Czy muszę iść?

– Zapisałaś się do tej drużyny, młoda damo.

Kiedy Megan to powiedziała – chociaż mówiła to już milion razy – sama nie mogła uwierzyć, że te słowa padły z jej ust.

– Nie chcę iść – jęknęła Kaylie. – Jestem taka zmęczona. A później mam pójść z Ginger, pamiętasz, na…

Kaylie może powiedziałaby więcej, ale Megan już się odwróciła, niezainteresowana. W pokoju telewizyjnym jej mąż, Dave, wylegiwał się w szarym dresie. Oglądał wywiad z kolejnym podupadłym aktorem filmowym, który w niesmaczny sposób chwalił się swymi miłosnymi podbojami i wyczynami w klubach ze striptizem. Aktor sprawiał wrażenie nawiedzonego, miał rozbiegany wzrok i najwyraźniej był na jakichś prochach przepisanych przez bardzo liberalnego lekarza. Siedzący na kanapie Dave z niesmakiem pokręcił głową.

– Dokąd zmierza ten świat? – powiedział, wskazując na ekran. – Czy ty słyszysz, co opowiada ten kutas? Co za palant.

Megan kiwnęła głową, powstrzymując uśmiech. Przed laty dobrze znała tego palanta. Nawet bardzo dobrze. Pan Palant był właściwie całkiem miłym facetem, który dawał hojne napiwki, lubił zabawy we troje i płakał jak dziecko, kiedy za dużo wypił.

Dawno temu.

Dave odwrócił się i uśmiechnął do niej szeroko.

– Hej, dziecino.

– Hej.

Dave wciąż to robił: uśmiechał się do niej, jakby zobaczył ją po raz pierwszy, i znów uświadamiała sobie, że ma szczęście, że powinna być wdzięczna. Takie teraz było jej życie. Dawne życie – o którym nie wiedział nikt w tej szczęśliwej podmiejskiej krainie cichych zaułków, dobrych szkół i okazałych rezydencji – zostało zabite i pogrzebane w płytkim dole.

– Chcesz, żebym odwiózł Kaylie na trening? – zapytał Dave.

– Ja to zrobię.

– Jesteś pewna?

Megan skinęła głową. Nawet Dave nie znał prawdy o kobiecie, która dzieliła z nim łoże przez szesnaście ostatnich lat. Nie wiedział, że Megan tak naprawdę ma na imię Maygin. Oba wymawia się tak samo, lecz dla komputerów i dokumentów tożsamości ważna jest tylko pisownia. Zapytałaby matkę, skąd to niezwykłe imię, ale jej matka umarła, zanim Megan zaczęła mówić. Nigdy nie znała ojca ani nie wiedziała, kto nim był. Wcześnie została sierotą, dorastała w biedzie i pracowała jako striptizerka w Vegas, a potem w Atlantic City, ale uwielbiała tę pracę. Tak, uwielbiała. To było zabawne, ekscytujące i elektryzujące. Zawsze coś się działo, zawsze miało się poczucie zagrożenia, nieograniczonych możliwości i namiętności.

– Mamo?

To Jordan.

– Tak, kochanie?

– Pani Freedman mówi, że nie podpisałaś formularza zezwolenia na mój udział w wycieczce klasowej.

– Poślę jej e-mailem.

– Powiedziała, że miała go otrzymać do piątku.

– Nie przejmuj się tym, kochanie, dobrze?

Zajęło to Jordanowi chwilę czy dwie, ale w końcu się rozchmurzył.

Megan wiedziała, że powinna dziękować za to, co ma. W życiu, jakie dawniej wiodła, dziewczyny umierają młodo.

Każda emocja, każda sekunda jest przeżywana zbyt intensywnie – wzmocniona do dziesiątej potęgi – co nie sprzyja długowieczności. Wypalasz się. Żyjesz w stałym napięciu. Coś takiego uderza do głowy. Jest też nierozerwalnie związane z pewnym ryzykiem. Kiedy jednak wszystko wymknęło się spod kontroli, gdy Megan nagle zaczęło grozić niebezpieczeństwo, znalazła sposób, żeby nie tylko uciec, ale także zacząć życie od nowa, można by powiedzieć – odrodzić się, z kochającym mężem, pięknymi dziećmi, czteropokojowym domkiem i basenem w ogrodzie.

W jakiś sposób, niemal zupełnie przypadkowo, Megan Pierce wyrwała się z głębi tego, co niektórzy mogliby nazwać cuchnącym bagnem, w sam środek amerykańskiego snu. Aby się uratować, musiała stosować się do reguł gry i niemal wmówić sobie, że to najlepszy ze światów. A dlaczego nie? Jak daleko sięgała pamięcią, w filmach i programach telewizyjnych pokazywano jej obrazy dowodzące, że jej dawne życie było złe, niemoralne i nietrwałe, podczas gdy to obecne, rodzinne, w domku z ogrodzeniem ze sztachet, było godne pozazdroszczenia, właściwe i boskie.

Megan tęskniła jednak za swoim dawnym życiem. Nie powinna. Powinna być wdzięczna i zadowolona, że ze wszystkich ludzi ona, która kroczyła drogą autodestrukcji, osiągnęła to, o czym marzy każda dziewczynka. Prawda jednakże – ta prawda, której zaakceptowanie zajęło jej lata – wyglądała tak, że Megan wciąż tęskniła za tamtymi ciemnymi salami, za pożądliwymi, wygłodniałymi spojrzeniami obcych, za dudniącą i pulsującą muzyką, migoczącymi światłami i skokami adrenaliny.

A teraz?

Dave skaczący po kanałach:

– Zatem nie masz nic przeciwko odwiezieniu jej? Bo wiesz… grają Jetsi.

Kaylie zaglądająca do sportowej torby:

– Mamo, gdzie mój strój? Uprałaś go, jak prosiłam?

Jordan otwierający lodówkę:

– Czy możesz zrobić mi smażony ser w opiekaczu? Tylko nie z tym pełnoziarnistym chlebem.

Kochała ich. Naprawdę. Były jednak chwile, tak jak dzisiaj, kiedy uświadamiała sobie, że po młodości spędzonej na stąpaniu po niepewnym gruncie teraz wpadła w otępiająco monotonną domową rutynę, zmuszona każdego dnia wykonywać ten sam pokaz z tymi samymi widzami co poprzedniego dnia, tylko o jeden dzień starszymi. Megan zastanawiała się, dlaczego tak musi być, dlaczego jesteśmy zmuszeni wybrać jedno życie. Dlaczego upieramy się, że możemy być tylko jedną osobą, mieć jedno życie, które całkowicie nas określa? Dlaczego nie możemy mieć więcej osobowości? I dlaczego musimy zniszczyć którąś z nich, żeby stworzyć drugą? Twierdzimy, że w każdym z nas jest człowiek renesansu tęskniący za „pełną symetrią”, a jednak różnice między nami są tak naprawdę niewielkie. W rzeczywistości potrafimy przepędzić tego niesfornego ducha, żeby się dostosować, zdefiniować jako jedna i tylko jedna osoba.

Dave znów włączył kanał z podupadłym gwiazdorem.

– Co za facet – powiedział, kręcąc głową.

Jednak wystarczył afektowany głos aktora, by Megan wróciła myślami do jego dłoni tkwiącej w jej stringach, twarzy przyciśniętej do jej pleców, szorstkiej i mokrej od łez.

Tylko ty jedna mnie rozumiesz, Cassie… – pomyślała.

Tak, brakowało jej tego. Czy to naprawdę było takie okropne?

Nie sądziła, aby tak było, ale ta myśl ją męczyła. Czy popełniła błąd? Te wspomnienia z życia Cassie – w tamtym świecie nikt nie posługuje się swoim prawdziwym imieniem – przez lata były trzymane pod kluczem w niewielkiej komórce jej pamięci. Aż nagle, przed kilkoma dniami, otworzyła te drzwi i uchyliła je odrobinę. Pospiesznie zatrzasnęła i ponownie zamknęła na klucz. Jednak wystarczyła mała szpara, która pozwoliła Cassie zerknąć na świat pomiędzy Maygin i Megan… Czuła, że będzie musiała ponieść konsekwencje tego czynu.

Dave zwlókł się z kanapy i ruszył do łazienki ze zwiniętą w rulon gazetą tkwiącą pod pachą. Megan rozgrzała opiekacz i zaczęła szukać białego chleba. Kiedy otworzyła szufladę, zadzwonił telefon, wydając elektroniczny świergot. Stojąca obok telefonu Kaylie zignorowała go, pisząc SMS-a.

– Możesz odebrać? – spytała Megan.

– To nie do mnie.

Swoją dzwoniącą komórkę Kaylie potrafiła wyjąć z szybkością, która zawstydziłaby Wyatta Earpa, lecz stacjonarny telefon o numerze nieznanym dla nastoletniej społeczności Kasselton kompletnie jej nie interesował.

– Podnieś słuchawkę, proszę.

– Po co? Musiałabym tylko ci ją przekazać.

Jordan, który jako wrażliwy jedenastolatek zawsze był pokojowo nastawiony, złapał telefon.

– Halo? – Posłuchał chwilę, a potem powiedział: – Pomyłka.

A potem dodał coś, co zmroziło Megan.

– Nie ma tu nikogo o imieniu Cassie.

Rzuciwszy jakąś wymówkę o dostawcach, którzy zawsze mylą jej imię – i wiedząc, iż jej dzieci są tak zajęte sobą, że nie będą tego kwestionować – Megan wzięła telefon od syna i przeszła do sąsiedniego pokoju.

Przycisnęła słuchawkę do ucha i głos, którego nie słyszała od siedemnastu lat, powiedział:

– Przepraszam, że dzwonię, ale myślę, że powinnyśmy się spotkać.

♦ ♦ ♦

Megan zawiozła Kaylie na trening piłki nożnej.

Zważywszy na ten nagły i niespodziewany telefon, była dość spokojna i pogodna. Zaparkowała samochód i z lekko zamglonymi oczami obróciła się do córki.

– No co? – powiedziała Kaylie.

– Nic. O której kończy się trening?

– Nie wiem. Może potem pójdę gdzieś z Gabi i Chuckie.

„Może” oznaczało „na pewno”.

– Dokąd?

Wzruszenie ramion.

– Do miasta.

Typowa odpowiedź nastolatki.

– A konkretnie?

– Nie wiem, mamo – odpowiedziała z lekką irytacją.

Kaylie chciała zakończyć tę rozmowę, ale też nie chciała wkurzyć matki, żeby ta nie zabroniła jej iść. – Po prostu pokręcimy się trochę, dobrze?

– Odrobiłaś wszystkie lekcje?

Megan natychmiast pożałowała, że zadała to pytanie. Typowa reakcja matki. Uniosła dłoń i powiedziała do córki:

– Zapomnij. Idź już. Baw się dobrze.

Kaylie spojrzała na matkę, jakby tej nagle wyrosły rogi na czole. Potem wzruszyła ramionami, wysiadła z samochodu i pobiegła. Megan obserwowała córkę. Zawsze. Nieważne, że Kaylie była już na tyle duża, iż mogła sama wejść na boisko. Megan musiała się upewnić, że córka jest bezpieczna.

Dziesięć minut później Megan znalazła miejsce parkingowe za kawiarnią Starbucks. Spojrzała na zegarek. Piętnaście minut do spotkania.

Wzięła latte i znalazła stolik na końcu sali. Przy stole po jej lewej siedziała grupka młodych matek – niewyspanych, w poplamionych ciuchach, nieprzytomnie szczęśliwych, wszystkie ze swoimi dzieciakami – i paplała z ożywieniem. Rozmawiały o najlepszych spacerówkach, o tym, które z łóżeczek Pack ’n Play składa się najlepiej, i jak długo karmić piersią, o cedrowych placach zabaw z osłonami z opon, o tym, w jakim wieku odstawić smoczek, jakie są najbezpieczniejsze foteliki samochodowe, a także o zaletach nosidełek na plecy, na piersiach i na biodrze. Jedna chwaliła się, że jej syn, Toddy, jest „bardzo wrażliwy na potrzeby innych dzieci, chociaż ma dopiero osiemnaście miesięcy”.

Megan uśmiechnęła się i zapragnęła znów być jedną z nich. Przypomniała sobie czas, kiedy sama była młodą matką.

Uwielbiała to. Teraz jednak, spoglądając z perspektywy czasu, zastanawiała się, w którym momencie mija ten etap niczym niezmąconego szczęścia. Wiedziała, co następuje potem – wybieranie właściwego przedszkola, jakby to była kwestia życia i śmierci, oczekiwanie w kolejce po odbiór dziecka, dobieranie dzieciom odpowiednich towarzyszy zabaw, zajęcia wychowania fizycznego, kursy karate, treningi lacrosse, lekcje francuskiego, nieustanne podwożenie swoich i cudzych pociech. Niegdyś wyrozumiały mąż powoli staje się zgryźliwy, ponieważ nie uprawiacie już seksu tak często jak przed urodzeniem dziecka. Wy, którzy ukradkiem baraszkowaliście w każdym możliwym miejscu, teraz już ledwie patrzycie na siebie, kiedy jesteście nadzy. Myślicie, że to nieistotne – naturalne i nieuniknione – ale oddalacie się. Kochacie się, pod pewnymi względami bardziej niż kiedykolwiek, ale oddalacie się od siebie i albo nie walczycie z tym, albo po prostu tego nie dostrzegacie. Zostajecie opiekunami dzieci, wasz świat kurczy się do wielkości i granic wytyczanych przez wasze potomstwo, a wszystko to staje się tak miłe, dopracowane i ciepłe – a także ogłupiające, irytujące i otępiające.

– No, no, no.

Znajomy głos sprawił, że Megan odruchowo się uśmiechnęła. Ten głos wciąż był seksownie zachrypnięty od whisky, papierosów i długich nocy, podczas których każda wypowiedź była zabarwiona śmiechem i szczyptą aluzji.

– Cześć, Lorraine.

Lorraine obdarzyła ją krzywym uśmiechem. Włosy miała kiepsko utlenione i za długie. Była wysoka, pulchna, o obfitych kształtach, które chętnie eksponowała. Jej ubranie wyglądało na dwa numery za małe, lecz prezentowała się w nim świetnie. Pomimo upływu lat Lorraine nadal robiła wrażenie. Nawet młode matki przestały na moment paplać, żeby popatrzeć na nią z odpowiednią dozą niesmaku. Lorraine posłała im spojrzenie mówiące, że wie, co one myślą, i że mogą sobie wsadzić te myśli – już one wiedzą gdzie. Matki odwróciły głowy.

– Dobrze wyglądasz, dziecino – powiedziała Lorraine.

Usiadła, robiąc z tego spektakl. Od ich ostatniego spotkania minęło siedemnaście lat. Lorraine była hostessą, menedżerem, kelnerką i barmanką. Żyła tym życiem, tkwiła w nim i nikogo nie zamierzała za to przepraszać.

– Brakowało mi ciebie – odezwała się Megan.

– Taak, domyślałam się po tych wszystkich przysyłanych pocztówkach.

– Przepraszam.

Lorraine zbyła to machnięciem ręki, jakby zirytowana sentymentalizmem. Poszperała w torebce i wyjęła papierosa. Siedzące w pobliżu mamusie jęknęły, jakby wyciągnęła broń.

– O rany, powinnam zapalić tylko po to, żeby zobaczyć, jak uciekają.

Megan nachyliła się do niej.

– Jak mnie znalazłaś?

Krzywy uśmiech znów zagościł na ustach Lorraine.

– Daj spokój, złotko. Zawsze wiedziałam, gdzie jesteś. Mam oczy wszędzie, jak wiesz.

Megan chciała pytać dalej, ale coś w tonie głosu Lorraine kazało jej milczeć.

– Spójrz na siebie – powiedziała Lorraine. – Zamężna, dzieciata, z wielkim domem. Na parkingu stoi mnóstwo białych cadillaców escalade. Jeden z nich jest twój?

– Nie. Przyjechałam czarnym gmc acadia.

Lorraine skinęła głową, jakby ta odpowiedź coś oznaczała.

– Cieszę się, że ułożyłaś sobie życie, chociaż wiesz co? Szczerze mówiąc, zawsze sądziłam, że zostaniesz w Atlantic City na zawsze… Tak jak ja.

Lorraine zachichotała i potrząsnęła głową.

– Wiem – powiedziała Megan. – Sama byłam trochę zaskoczona.

– Oczywiście, nie wszystkie dziewczyny, które wychodzą na prostą, same to wybierają – oznajmiła Lorraine z taką miną, jakby rzuciła niewinną uwagę. Obie wiedziały, że tak nie jest. – Miałyśmy trochę zabawy, no nie?

– Owszem.

– Ja wciąż mam – dodała Lorraine. – To… – Wzrokiem wskazała młode matki. – Chcę powiedzieć, że je podziwiam. Naprawdę. Jednak… sama nie wiem. To nie dla mnie. – Wzruszyła ramionami. – Może jestem zbyt samolubna. Jakbym miała ADHD albo coś. Potrzebuję czegoś, co mnie pobudza.

– Dzieciaki potrafią pobudzić, wierz mi.

– Taak? – odparła. W jej głosie pobrzmiewało powątpiewanie. – Cóż, miło mi to słyszeć.

Megan nie wiedziała, co powiedzieć.

– Zatem wciąż pracujesz w La Creme?

– Mhm. Głównie za barem.

– Skąd więc ten nagły telefon?

Lorraine bawiła się niezapalonym papierosem. Mamuśki wróciły do swej paplaniny, chociaż z mniejszym entuzjazmem. Nieustannie ukradkiem zerkały na Lorraine, jakby była jakimś wirusem wprowadzonym do ich podmiejskiej formy życia i mającym za zadanie je zniszczyć.

– Jak powiedziałam, zawsze wiedziałam, gdzie jesteś. Jednak nigdy bym tego nikomu nie wyjawiła. Wiesz o tym, prawda?

– Wiem.

– Uciekłaś i nie chciałam wciągać cię w to z powrotem. Ani teraz nachodzić.

– Ale?

Lorraine napotkała jej spojrzenie.

– Ktoś cię zauważył. Czy może powinnam powiedzieć: zauważył Cassie.

Megan poruszyła się na krześle.

– Wróciłaś do La Creme, prawda?

Megan nie odpowiedziała.

– Hej, rozumiem to. Wierz mi. Gdybym przez cały dzień przestawała z takimi słoneczkami – Lorraine kciukiem wskazała grupkę matek przy stoliku obok – złożyłabym w ofierze cielca, żeby od czasu do czasu zrobić sobie wolny wieczór.

Megan spojrzała na swoją filiżankę z kawą, jakby ta kryła odpowiedź. Istotnie wróciła do La Creme, ale tylko raz. Dwa tygodnie temu, kiedy zbliżała się kolejna rocznica jej ucieczki, pojechała do Atlantic City na seminarium szkoleniowe i wystawę. Teraz, kiedy dzieci trochę podrosły, Megan postanowiła spróbować sił w handlu nieruchomościami. Przez kilka ostatnich lat usiłowała znaleźć sobie jakieś zajęcie – były kursy fizjoterapii i jogi, wyrobu ceramiki i w końcu pisania pamiętnika, który w przypadku Megan oczywiście był fikcyjny. Rozpaczliwie próbowała znaleźć coś, co nadałoby sens jej życiu. Miała wszystko, a mimo to odczuwała jakiś brak. Pragnęła czegoś w rodzaju duchowego objawienia. Megan wiedziała, że odpowiedź na pytanie, dlaczego wróciła do La Creme, prawdopodobnie jest znacznie prostsza.

Gdyby ją zapytano, twierdziłaby, że tego nie planowała. To był impuls, nic więcej, ale drugiego wieczoru swojego pobytu w Tropicanie, zaledwie dwie przecznice od La Creme, włożyła swój najbardziej obcisły strój i odwiedziła klub.

– Widziałaś mnie? – zapytała Megan.

– Nie. I zgaduję, że mnie nie szukałaś.

W głosie Lorraine słychać było urazę. Megan widziała dawną przyjaciółkę za barem i trzymała się z daleka. Klub był duży i słabo oświetlony. Łatwo było się zgubić w takim miejscu, pozostać niezauważonym.

– Nie chciałam… – Megan urwała. – Zatem kto?

– Nie wiem. Czyli to prawda?

– To był tylko jeden raz – broniła się Megan.

Lorraine nic nie powiedziała.

– Nie rozumiem. W czym problem?

– Dlaczego tam wróciłaś?

– Czy to ważne?

– Nie dla mnie – powiedziała Lorraine. – Ale jakiś gliniarz się dowiedział. Ten sam, który szukał cię przez te wszystkie lata. Nigdy nie odpuścił.

– I myślisz, że teraz mnie znajdzie?

– Tak – odparła Lorraine. – Myślę, że to bardzo prawdopodobne, że cię znajdzie.

– Zatem chciałaś się ze mną spotkać, żeby mnie ostrzec?

– Coś w tym rodzaju.

– I co jeszcze?

– Nie wiem, co zdarzyło się tamtej nocy – powiedziała Lorraine. – I nie chcę wiedzieć. Jestem szczęśliwa. Lubię swoje życie. Robię, co chcę i z kim mam ochotę. Nie wtrącam się w cudze sprawy, rozumiesz, co mówię?

– Tak.

– I mogę się mylić. Wiesz, jak jest w klubie. Słabe oświetlenie. Poza tym minęło… ile, siedemnaście lat? Tak więc mogłam się pomylić. To była tylko sekunda, ale z tego, co wiem, to wydarzyło się właśnie tamtego wieczoru, kiedy ty tam byłaś. Jednak teraz wróciłaś, i właśnie zaginął ktoś jeszcze…

– O czym ty mówisz, Lorraine? Co widziałaś?

Lorraine spojrzała na nią i przełknęła ślinę.

– Stewarta – powiedziała, bawiąc się niezapalonym papierosem. – Myślę, że widziałam Stewarta Greena.

3

Z ciężkim westchnieniem detektyw Broome podszedł do spisanego na straty domu i zadzwonił. Sarah otworzyła drzwi i ledwie na niego spojrzawszy, powiedziała: „Wejdź”. Broome wytarł buty, czując się głupio. Zdjął stary prochowiec i przewiesił go przez ramię. Nic w tym domu się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Niemodne podtynkowe oprawy oświetleniowe, biała skórzana kanapa, stary fotel w kącie – wszystko było takie samo. Nawet zdjęć na półce nad kominkiem nie poprzestawiano. Przez długi czas, co najmniej pięć lat, kapcie męża Sarah leżały przy tym starym fotelu. Teraz ich nie było, ale fotel wciąż tam stał. Broome zastanawiał się, czy ktoś czasem na nim siada.

Było tak, jakby ten dom nie chciał pogodzić się ze stratą, jakby ściany i sufity płakały i czekały. A może tylko tak sobie wyobrażał. Ludzie potrzebują wyjaśnień. Chcą zakończeń. Nadzieja, jak wiedział Broome, może być wspaniałą rzeczą. Może także każdego dnia niszczyć cię na nowo. Nadzieja może być najokrutniejszą rzeczą na świecie.

– Przegapiłeś rocznicę – powiedziała Sarah.

Broome skinął głową, jeszcze niegotowy, żeby jej powiedzieć dlaczego.

– Jak się mają dzieci?

– Dobrze.

Dzieci Sarah były już praktycznie dorosłe. Susie studiowała na pierwszym roku w Bucknell. Brandon kończył liceum. Byli jeszcze mali, kiedy ich ojciec znikł, i żadna z ukochanych przez niego osób więcej go nie zobaczyła. Broome nigdy nie rozwiązał tej sprawy. I nigdy o niej nie zapomniał. Nie powinien się osobiście angażować. Wiedział o tym. A jednak to zrobił. Chodził na recitale taneczne Susie. Uczył Brandona rzucać piłką. A nawet, przed dwunastoma laty, ku swojemu ogromnemu zawstydzeniu, za dużo wypił z Sarah i, no cóż, został na noc.

– Jak nowa praca? – spytał ją Broome.

– Dobrze.

– Czy twoja siostra wkrótce przyjeżdża?

Sarah westchnęła.

– Tak.

Sarah wciąż była atrakcyjną kobietą. Chociaż w kącikach oczu miała już kurze łapki, a bruzdy wokół ust pogłębiły się z wiekiem. Niektóre kobiety ładnie się starzeją. Sarah była jedną z nich.

Przed ponad dwudziestoma laty wygrała walkę z nowotworem. Powiedziała o tym Broome’owi podczas ich pierwszego spotkania, kiedy przyszedł tu, prowadząc sprawę zniknięcia. Zdiagnozowano nowotwór, wyjaśniła mu Sarah, kiedy była w ciąży z Susie. Upierała się, że nie wyzdrowiałaby, gdyby nie jej mąż. Chciała, żeby Broome to zrozumiał. Gdy rokowania były złe, kiedy straciła włosy i urodę, kiedy chemioterapia wyniszczała jej ciało i nikt inny, włącznie z Sarah, nie miał już nadziei – znowu to słowo – on i tylko on stał przy niej.

Co ponownie dowodziło, że nie da się wytłumaczyć złożoności ludzkiej natury. I ludzkiej hipokryzji.

Był przy niej. Trzymał rękę na jej czole do późnej nocy. Podawał jej lekarstwa, całował w policzek, obejmował jej drżące ciało i sprawiał, że czuła się kochana.

Patrzyła Broome’owi w oczy i mówiła o tym wszystkim, ponieważ chciała, żeby nadal prowadził tę sprawę, a nie przyjął, że jej mąż uciekł z domu; żeby zaangażował się osobiście i odnalazł jej ukochanego, ponieważ po prostu nie mogła bez niego żyć.

Siedemnaście lat później, chociaż dowiedział się kilku przykrych rzeczy, Broome wciąż tu był. A los męża, bratniej duszy Sarah, nadal pozostawał zagadką.

Broome spojrzał na Sarah.

– To dobrze – powiedział i usłyszał w swoim głosie bełkotliwy ton. – Mówię o wizycie twojej siostry. Wiem, że lubisz, kiedy ona przyjeżdża.

– Tak, to doskonale – odparła Sarah głosem tak beznamiętnym, jakby wyprano go w pralce. – Broome?

– Tak?

– Mówisz, byle mówić.

Broome spojrzał na swoje dłonie.

– Próbowałem być miły.

– Nie. Widzisz, to do ciebie nie pasuje, Broome. Ty nigdy nie mówisz, byle mówić.

– Słuszna uwaga.

– Więc o co chodzi?

Pomimo całego wystroju – wesołej żółtej farby na ścianach, świeżo ściętych kwiatów w wazonie – Broome widział tylko rozkład. Lata niewiedzy zniszczyły tę rodzinę. Dzieciaki wiele przeszły. Susie dwukrotnie złapano na prowadzeniu pod wpływem alkoholu. Brandona na posiadaniu środków odurzających. Broome pomógł obojgu wykaraskać się z tarapatów. Wszystko tu wciąż wyglądało tak, jakby ich ojciec znikł wczoraj – dom zamrożony w czasie, czekający na jego powrót.

Sarah nieco szerzej otworzyła oczy, jakby uświadomiła sobie bolesny fakt.

– Czy znaleźliście…?

– Nie.

– To o co chodzi?

– Może to nic – rzekł Broome.

– Ale…?

Broome siedział, opierając przedramiona na udach, z głową w dłoniach. Nabrał tchu i spojrzał w jej pełne cierpienia oczy.

– Zniknął kolejny mężczyzna. Może widziałaś komunikat w wiadomościach. Nazywa się Carlton Flynn.

Sarah była zbita z tropu.

– Mówiąc, że zniknął…

– Tak jak… – Urwał. – W jednej chwili Carlton Flynn prowadził swoje życie, a w następnej… puff, już go nie ma. Po prostu zniknął.

Sarah próbowała zrozumieć to, co powiedział.

– Przecież… mówiłeś mi od początku, że ludzie znikają, prawda?

Broome skinął głową.

– Czasem z własnej woli – ciągnęła Sarah. – A czasem nie. Jednak tak bywa.

– Owszem.

– Zatem siedemnaście lat po zniknięciu mojego męża inny człowiek, ten Carlton Flynn, zaginął. Nie widzę związku.

– Może żadnego nie ma – przyznał Broome.

Przysunęła się do niego.

– Jednak?

– Jednak dlatego przegapiłem rocznicę.

– Co to oznacza?

Broome nie wiedział, ile może jej powiedzieć. Jeszcze sam nie był pewny, ile wie. Pracował nad pewną teorią, która gryzła go i nie dawała mu spać, ale na razie nie miał nic konkretnego.

– Ten dzień, kiedy Carlton Flynn znikł… – powiedział.

– Tak?

– Dlatego mnie tu nie było. Zniknął osiemnastego lutego, dokładnie siedemnaście lat po zniknięciu twojego męża.

Sarah przez moment wyglądała na oszołomioną.

– Dokładnie siedemnaście lat – powtórzyła.

– Tak.

– Co to oznacza? Siedemnaście lat. Może to zbieg okoliczności. Gdyby to było pięć, dziesięć lub dwadzieścia lat… Ale siedemnaście?

Nic nie powiedział, pozwalając jej zastanowić się nad tym przez chwilę.

– Zakładam – powiedziała Sarah – że sprawdzałeś okoliczności innych zaginięć? Próbując znaleźć jakieś podobieństwa?

– Właśnie.

– I?

– Są tylko dwie osoby, o których wiemy na pewno, że znikły osiemnastego lutego: twój mąż i Carlton Flynn.

– Wiemy na pewno? – powtórzyła.

Broome ciężko westchnął.

– W zeszłym roku, czternastego marca, zgłoszono zaginięcie kolejnego miejscowego obywatela, Stephena Clarksona. Trzy lata wcześniej, dwudziestego siódmego lutego, zgłoszono zaginięcie innego.

– Żadnego nie znaleziono?

– Zgadza się.

Sarah przełknęła ślinę.

– A więc może nie chodzi o dzień. Może chodzi o luty i marzec.

– Nie sądzę. Przynajmniej jak na razie. Widzisz, ci dwaj mężczyźni, Peter Berman i Gregg Wagman, mogli zniknąć znacznie wcześniej. Jeden był włóczęgą, a drugi kierowcą ciężarówki. Obaj samotni, bez bliskiej rodziny. Jeśli tacy faceci nie wracają do domu przez dwadzieścia cztery godziny, kto to zauważy? Ty zauważyłaś zniknięcie męża, oczywiście. Jeśli jednak facet jest samotny, rozwiedziony albo dużo podróżuje…

– Może minąć kilka dni, zanim ktoś to zgłosi – dokończyła za niego Sarah.

– Albo tygodni.

– Zatem ci dwaj mężczyźni też mogli zaginąć osiemnastego lutego.

– To nie jest takie proste – rzekł Broome.

– Dlaczego?

– Ponieważ im dłużej się temu przyglądam, tym trudniej znaleźć w tym jakąś prawidłowość. Na przykład Wagman nie był miejscowy, mieszkał w Buffalo. Nikt nie wie, gdzie i kiedy znikł, ale z tego czego udało mi się dowiedzieć na temat ostatnich dni jego życia, wynika, że mógł przebywać w Atlantic City w lutym.

Sarah zastanowiła się nad tym.

– Wspomniałeś o pięciu mężczyznach, włącznie ze Stewartem, zaginionych w ciągu ostatnich siedemnastu lat. Byli jeszcze jacyś?

– Tak i nie. Przejrzałem raporty dotyczące dziewięciu mężczyzn, których zaginięcie zgłoszono po osiemnastym lutego. Są jednak przypadki, w których ta teoria bierze w łeb.

– Na przykład?

– Dwa lata temu zaginął niejaki Clyde Horner, mieszkający z matką. Zgłoszenie przyjęto siedemnastego lutego.

– Nie chodzi więc o konkretną datę.

– Zapewne nie.

– Może o luty?

– Może. Na tym polega problem z teoriami i schematami. Potrzeba czasu, żeby je sprawdzić. Wciąż zbieram dowody.

Jej oczy wypełniły się łzami. Zamrugała, powstrzymując je.

– Nie rozumiem. Dlaczego nikt tego nie dostrzegł, skoro tyle osób zaginęło?

– Czego nie dostrzegł? – zapytał Broome. – Do diabła, sam jeszcze nie jestem pewny, czy coś łączy te sprawy. Ludzie wciąż giną. Przeważnie uciekają. Większość tych facetów bankrutuje, mają wierzycieli na karku, tracą wszystko, na co pracowali przez lata, więc zaczynają nowe życie. Przenoszą się na drugi koniec kraju. Czasem zmieniają nazwiska. Czasami nie. Wielu z nich… cóż, nikt ich nie szuka. Nikt nie chce ich odnaleźć. Jedna z żon, z którą rozmawiałem, błagała mnie, żebym nie szukał jej męża. Miała z nim troje dzieci. Uważała, że uciekł z jakąś… jak to ujęła… „wstrętną dziwką” i to najlepsza rzecz, jaka mogła jej się przytrafić.

Milczeli przez długą chwilę.

– A co przedtem? – zapytała Sarah.

Broome wiedział, o co pytała, ale mimo to powtórzył:

– Przedtem?

– Przed Stewartem. Czy ktoś znikł przed moim mężem? Przygładził dłonią włosy i podniósł głowę. Spojrzeli sobie w oczy.

– Nie znalazłem pasującego przypadku – odparł Broome. – Jeśli to jest schemat, to zaczął się od Stewarta.

4

Raya obudziło pukanie.

Z trudem podniósł powieki i natychmiast tego pożałował. Światło zakłuło go w oczy. Objął rękami głowę, ponieważ obawiał się, że czaszka dosłownie pęknie mu na pół.

– Otwórz, Ray.

To był Fester.

– Ray?

Znów pukanie. Każde stuknięcie było jak uderzenie drągiem w skroń. Ray spuścił nogi na podłogę i chociaż kręciło mu się w głowie, zdołał jakoś usiąść. Obok jego prawej stopy leżała pusta butelka whisky. Uff. Zasnął – nie, niestety, znowu urżnął się do nieprzytomności – na kanapie, nawet jej nie rozłożywszy. Bez koca. Bez poduszki. Kark zapewne też go bolał, ale trudno było to ustalić przez ten pulsujący ból głowy.

– Ray?

– Zaraz – wymamrotał. Nie był w stanie wykrztusić nic więcej.

To wyglądało jak kac do dziesiątej potęgi. Przez sekundę, może dwie, Ray nie pamiętał, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, co spowodowało ten koszmarny dyskomfort. Zamiast tego pomyślał o dniu, kiedy ostatnio tak się czuł, dawno temu, zanim wszystko się dla niego skończyło. Wtedy był fotoreporterem, pracował dla Associated Press i podróżował z Dwudziestą Czwartą Brygadą Piechoty w Iraku podczas pierwszej wojny w Zatoce, gdy wybuchła ta mina. Ciemność – a potem ból. Przez chwilę wyglądało na to, że straci nogę.

– Ray?

Tabletki leżały przy łóżku. Prochy i gorzała – idealny koktajl na dobranoc. Zastanawiał się, ile zażył i kiedy, a potem machnął ręką. Do diabła z tym, pomyślał. Połknął kolejne dwie tabletki, zmusił się, by wstać, i powlókł się do drzwi.

– Oo – powiedział Fester, kiedy Ray mu otworzył.

– Co?

– Wyglądasz, jakby kilka dużych orangutanów zrobiło cię seksniewolnikiem.

Cały Fester.

– Która godzina?

– Trzecia.

– Co, po południu?