Żony i córki - Elizabeth Gaskell - ebook + książka

Żony i córki ebook

Elizabeth Gaskell

5,0
76,50 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Saga rodzinna autorki powieści Północ i Południe. Skomplikowane losy dwóch rodzin o odmiennym statusie społecznym oraz barwny obraz angielskiej prowincji w epoce wiktoriańskiej. Molly jest dorastającą córką lekarza w miasteczku Hollingford. Mimo że we wczesnym dzieciństwie została osierocona przez matkę, żyje beztrosko i szczęśliwie. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że jej ukochany ojciec postanawia ożenić się po raz drugi. Molly pogrąża się w rozpaczy. W tym dramatycznym momencie pomocną dłoń wyciąga do niej syn bogatych sąsiadów, Roger… Barwne i wyraziste w swojej różnorodności postacie bohaterów. Ich skomplikowane relacje ukazują stosunki społeczne w XIX-wiecznej Anglii w przededniu nadchodzących zmian obyczajowych i politycznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1132

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Elkagie

Nie oderwiesz się od lektury

Powieść przepiękna! Polecam!
00
jotmona

Dobrze spędzony czas

Wspaniała historia przedstawiająca dorastanie Molly Gibson, córki wiejskiego lekarza. Powieść jest ciepła, chociaż ma w sobie melancholijne nuty. To moja pierwsza przygoda z panią Gaskell i na pewno nie ostatnia. Urzekły mnie opisy przyrody, otoczenia, nieprostolinijni bohaterowie, którzy byli spójni i każdy z nich zmagał się z innymi problemami. Przypadł mi do gustu narrator trzecio-osobowy słyszący niektóre myśli bohaterów, w zależności na kogo historii bardziej skupiał się w danym momencie. Być może postać Molly była naiwna, jednak była ona taka czysta i tak dobrze napisana, że kibicowałam jej od samego początku. Postać Clare i Cynthi irytowała mnie niezmiernie, przez co tym bardziej doceniam kunszt autorki.
00
Ainai1

Dobrze spędzony czas

Jeśli lubicie wiktoriańskie klimaty to książka dla Was. Sfrustrowało mnie zakończenie, którego nie było i cały wątek romantyczny szlag trafił.
00
dropofamber

Dobrze spędzony czas

Według mnie widać, że książka pisana była w odcinkach. Jest trochę rozciągnięta, momentami niepotrzebnie. Na pewno jednak stanowi dobry obraz epoki, a podsumowanie mnie wzruszyło.
00
Mgm25

Całkiem niezła

Znakomita powieść czasów wiktoriańskich
00



Tytuł ory­gi­nału: WIVES AND DAU­GH­TERS

Wydawca: Joanna Laprus-Mikul­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Elż­bieta Kobu­siń­ska Redak­cja: Elż­bieta Jur­czy­szyn Redak­cja tech­niczna: Mał­go­rzata Juź­wik Korekta: Marianna Filip­kow­ska, Gra­żyna Henel, Jolanta Spodar

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Kata­rzyna Kwiat­kow­ska, 2012

ISBN 978-83-659-2858-0 War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

I Świąteczny poranek

I

Świą­teczny pora­nek

Koro­wód dzie­ciń­stwa każ­dego z nas zaczyna się od tej samej wyli­czanki: w pew­nym kraju było hrab­stwo, w tym hrab­stwie było mia­sto, w tym mie­ście był dom, w tym domu był pokój, w tym pokoju było łóżko. A w tym łóżku leżała sobie mała dziew­czynka; prze­bu­dzona i rześka marzyła o tym, by już wstać. Nie pozwa­lała jej na to pewna nie­wi­dzialna siła znaj­du­jąca się w sąsied­nim pokoju – nie­jaka Betty, któ­rej spra­wie­dli­wego snu pod żad­nym pozo­rem nie wolno było zakłó­cać aż do godziny szó­stej. O tej wła­śnie porze owa siła budziła się sama „z aku­rat­no­ścią zegara” (jak twier­dziła) i wszelki spo­kój opusz­czał całe gospo­dar­stwo domowe na resztę dnia. Był czer­wiec i dla­tego, mimo wcze­snego poranka, pokój prze­peł­niało sło­neczne cie­pło i świa­tło.

Mała Molly Gib­son leżała w łóżeczku osło­nię­tym lek­kimi kota­rami z bia­łej dymki1, a po prze­ciw­nej stro­nie jej sypia­lenki stała komoda, na któ­rej bla­cie znaj­do­wało się coś, co od biedy można by nazwać sto­ja­kiem na kape­lu­sze. Zwi­sał z niego cze­pek, z obawy przed jakimś zabłą­ka­nym pył­kiem kurzu sta­ran­nie okryty wielką baweł­nianą chu­stą z tak gru­bej i cięż­kiej tka­niny, że gdyby to, co jest pod spodem, stwo­rzono z deli­kat­nego tiulu, koronki i kwia­tów, zosta­łoby dosłow­nie „zmia­zgo­wane” (ponow­nie przy­wo­łu­jąc okre­śle­nie Betty). Na szczę­ście cze­pek wyko­nany był z porząd­nej słomki i jedyną jego ozdobę sta­no­wiła zwy­kła biała wstążka oka­la­jąca główkę i słu­żąca jako wią­za­nie. Wspo­mnieć też należy o deko­ra­cji z papie­ro­wego fili­granu, któ­rej każde marsz­cze­nie Molly znała na pamięć, bo czyż nie wyko­nała jej oso­bi­ście poprzed­niego wie­czoru, wkła­da­jąc w to wiele wysiłku? Ileż sta­rań poświę­ciła tej błę­kit­nej kokardce – pierw­szej tak wspa­nia­łej ozdo­bie swego nakry­cia głowy!

Naresz­cie szó­sta! Z werwą oznaj­mił to uro­czy dźwięk kościel­nych dzwo­nów, wzy­wa­jąc miesz­kań­ców do pod­ję­cia codzien­nych zajęć, tak jak działo się to od wie­ków. Molly wysko­czyła z łóżka i bosymi stóp­kami pod­bie­gła do komody. Unio­sła chustkę i zapa­trzyła się w cze­pek – zapo­wiedź roz­ko­szy nad­cho­dzą­cego dnia. Zaraz potem ruszyła w stronę okna i po kilku szarp­nię­ciach udało jej się otwo­rzyć skrzy­dło, aby wpu­ścić do środka słod­kie poranne powie­trze. Rosa znik­nęła już z kwia­tów w ogro­dzie, ale na­dal per­liła się w wyso­kiej tra­wie pobli­skiej łąki. Z dru­giej strony roz­cią­gało się nie­wiel­kie mia­steczko Hol­ling­ford, na któ­rego ulicę otwie­rały się fron­towe drzwi domu pana Gib­sona. Na nie­bie zaczęły się poja­wiać deli­katne smugi i małe obłoczki dymu, wydo­by­wa­jące się z komi­nów tych domostw, gdzie kobiety już wstały i przy­go­to­wy­wały śnia­da­nia dla żywi­cieli rodziny.

Molly Gib­son myślała tylko o jed­nym: „Och, więc to będzie śliczny dzień! Tak się bałam, że ni­gdy, ni­gdy nie nadej­dzie! A jeśli nawet, to będzie wtedy padał deszcz!”.

Czter­dzie­ści pięć lat temu2 przy­jem­no­ści dziecka w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście były bar­dzo pro­ste, a Molly musiała prze­żyć dwa­na­ście lat, zanim na jej hory­zon­cie poja­wiło się takie wyda­rze­nie, jakie wła­śnie się zbli­żało. Biedna mała! To prawda, że stra­ciła matkę, co wstrzą­snęło jej świa­tem i odmie­niło bieg życia, ale nie jest to zda­rze­nie, do któ­rego chcia­łoby się wra­cać, a poza tym była wtedy zbyt maleńka, by świa­do­mie przy­jąć tę stratę. Nato­miast przy­jem­ność, któ­rej spo­dzie­wała się dzi­siaj, miała być jej udzia­łem – po raz pierw­szy będzie uczest­ni­czyć w dorocz­nych uro­czy­sto­ściach w Hol­ling­for­dzie.

Nie­wielka, roz­pro­szona mie­ścina z jed­nej strony stop­niowo prze­cho­dziła w tereny wiej­skie, a z dru­giej gra­ni­czyła ze stró­żówką wiel­kiego parku. Tam, w pałacu, miesz­kali lord i lady Cum­nor – hra­bia i hra­bina, jak nazy­wali ich oko­liczni miesz­kańcy; w mia­steczku bowiem na­dal żywe były tra­dy­cje feu­dalne, kul­ty­wo­wane na wiele róż­nych spo­so­bów, na co dziś patrzymy z roz­ba­wie­niem, ale wtedy było to sprawą pierw­szej wagi. Działo się to przed przy­ję­ciem Reform Bill3 – ustawy zmie­nia­ją­cej ordy­na­cję wybor­czą – cho­ciaż toczyło się już sporo libe­ral­nych dys­ku­sji pomię­dzy kil­koma bar­dziej oświe­co­nymi pose­sjo­na­tami z Hol­ling­fordu. Była też jed­nak pewna zna­cząca rodzina tory­sów, która od czasu do czasu kwe­stio­no­wała waż­ność wyboru ich rywala, przed­sta­wi­ciela rodu Cum­no­rów, tylko dla­tego, że ten ostatni zali­czał się do grona zwo­len­ni­ków wigów. Można by pomy­śleć, że wypo­wia­da­nie przez owych postę­po­wych oby­wa­teli swych opi­nii będzie rów­no­znaczne z gło­so­wa­niem na Hely-Har­ri­sona, podzie­la­ją­cego ich poglądy. Ale nic z tego! Hra­bia był panem we dwo­rze i wła­ści­cie­lem więk­szo­ści terenu, na któ­rym zbu­do­wano mia­steczko, a on i jego domow­nicy byli żywieni, leczeni i, w pew­nym stop­niu, ubie­rani przez miesz­kań­ców Hol­ling­fordu. Już dziad­ko­wie ich ojców gło­so­wali na naj­star­szego syna z Cum­nor Towers, toteż oni, podob­nie jak przod­ko­wie, rów­nież odda­wali swój głos na lokal­nego pana na wło­ściach, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na coś tak chi­me­rycz­nego jak sym­pa­tie poli­tyczne.

W cza­sach przed nasta­niem kolei nie był to by­naj­mniej odosob­niony przy­kład wpływu wiel­kich posia­da­czy ziem­skich na ich skrom­niej­szych sąsia­dów, a w oko­licy, gdzie prym wio­dła tak silna rodzina jak Cum­no­ro­wie, było to ze wszech miar korzystne. Hra­bio­stwo ocze­ki­wali posłu­szeń­stwa i pod­po­rząd­ko­wa­nia się ich decy­zjom, a ota­cza­nie ich kul­tem przez miesz­kań­ców mia­steczka trak­to­wali jako oczy­wi­stość i jedną z przy­słu­gu­ją­cych im pre­ro­ga­tyw. Praw­do­po­dob­nie ich skrajne zdu­mie­nie wywo­ła­łaby sytu­acja – zwłasz­cza że na­dal mieli w pamięci zbrod­nie fran­cu­skich san­kiu­lo­tów, które nazna­czyły grozą ich dzie­ciń­stwo – gdyby któ­ry­kol­wiek z miesz­kań­ców Hol­ling­fordu ośmie­lił się wyra­zić opi­nię prze­ciwną do zda­nia hra­biego. Pewni tego posłu­chu czy­nili jed­nak wiele dobrego dla mia­sta, byli łaskawi, a swym wasa­lom oka­zy­wali zazwy­czaj tro­skli­wość i życz­li­wość. Lord Cum­nor był wyro­zu­mia­łym wła­ści­cie­lem ziem­skim. Zda­rzało mu się cza­sami odsu­wać lekko swego zarządcę i brać ster rzą­dów we wła­sne ręce, ku iry­ta­cji admi­ni­stra­tora, który, należy dodać, był dosta­tecz­nie zamożny i nie­za­leżny, by nie sta­rać się za wszelką cenę pozo­stać na posa­dzie, gdzie jego decy­zje mogły być każ­dego dnia wywró­cone do góry nogami przez fana­be­rie szla­chet­nego milorda, znaj­du­ją­cego upodo­ba­nie w „szwen­da­niu się”, jak zarządca z lek­ce­wa­że­niem mawiał pośród bez­piecz­nych ścian wła­snego domu. To szwen­da­nie odno­siło się do zwy­czaju milorda zada­wa­nia pytań swoim dzier­żaw­com i uży­wa­nia wła­snych oczu i uszu do oceny sytu­acji i podej­mo­wa­nia decy­zji na tere­nie swo­ich posia­dło­ści. Sami far­me­rzy jesz­cze bar­dziej lubili za to milorda, który spę­dzany w majątku czas poświę­cał w rów­nym stop­niu plot­ko­wa­niu, co nie­uda­nym inter­wen­cjom w spory pomię­dzy sta­rym zarządcą a dzier­żaw­cami.

Lady Cum­nor swą zdy­stan­so­waną god­no­ścią rekom­pen­so­wała ową mężow­ską sła­bostkę i tylko raz do roku oka­zy­wała łaska­wość. Ona i jej córki zało­żyły szkołę, ale nie według dzi­siej­szych pojęć, czyli jako miej­sce, gdzie dzieci rol­ni­ków i robot­ni­ków zdo­by­wają lep­szą wie­dzę niż potom­ko­wie wyżej uro­dzo­nych i upo­sa­żo­nych. Tamta była szkołą zawo­dową, w któ­rej dziew­częta przy­go­to­wy­wano do pro­fe­sji szwa­czek, słu­żą­cych lub cał­kiem nie­złych kucha­rek, a przede wszyst­kim uczono je wdzięcz­nego nosze­nia uni­formu, wymy­ślo­nego przez dobro­czynne panie z Cum­nor Towers: bia­łych czep­ków, bia­łych narzu­tek, far­tusz­ków w kratkę, nie­bie­skich sukie­nek, dygnięć i przy­tak­nięć „tak, pro­szę pani”, w pełni zgod­nych z wymo­gami ety­kiety.

Po kilku latach hra­bina, która więk­szość czasu spę­dzała poza Towers, zwró­ciła się do pań w Hol­ling­for­dzie z ape­lem o współ­pracę i udział w wizy­to­wa­niu szkoły w trak­cie dłu­gich mie­sięcy nie­obec­no­ści jej i córek. Wiele pań dys­po­nu­ją­cych cza­sem odpo­wie­działo na wezwa­nie dzie­dziczki i oddało się do jej dys­po­zy­cji, czemu towa­rzy­szyły wypo­wia­dane szep­tem, entu­zja­styczne słowa podziwu: „Jak to wspa­nia­ło­myśl­nie ze strony hra­biny! Cała ona – zawsze myśli tylko o innych!”. Było zro­zu­miałe, że żaden obcy przy­bysz nie może opu­ścić Hol­ling­fordu, nie zwie­dziw­szy przed­tem szkoły zało­żo­nej przez hra­binę, gdzie na kolana rzu­cał go widok ślicz­nych małych uczen­nic i ich jesz­cze ślicz­niej­szych robó­tek, które mu pre­zen­to­wano. W ramach rewanżu ze strony fun­da­torki każ­dego lata odby­wał się uro­czy­sty festyn, pod­czas któ­rego lady Cum­nor i jej córki z wynio­słą gościn­no­ścią przyj­mo­wały wizy­ta­torki szkoły. Święto to odby­wało się w Towers, rodzin­nej rezy­den­cji, sto­ją­cej w iście ary­sto­kra­tycz­nym odosob­nie­niu w wiel­kim parku, któ­rego stró­żówka przy­le­gała do mia­steczka.

Doroczna gala odby­wała się według nie­zmien­nego porządku. Około dzie­sią­tej rano jeden z dwor­skich powo­zów mijał budy­nek bramny i jechał do domów tych pań, które zostały uho­no­ro­wane zapro­sze­niem. Zabie­rał po jed­nej lub dwie, aż się zapeł­nił, a wtedy zawra­cał, ponow­nie mijał otwartą bramę, toczył się gładką, ocie­nioną drze­wami drogą i u stóp wiel­kich scho­dów, wio­dą­cych do nie­zbyt zgrab­nych drzwi Cum­nor Towers, wysy­py­wała się z niego gro­madka ele­ganc­kich pań. Potem powóz wra­cał do mia­sta, zabie­rał kolejną par­tię dam ubra­nych w naj­lep­sze stroje i dostar­czał je do dworu. I tak w kółko, aż całe zapro­szone towa­rzy­stwo zebrało się w oka­za­łym budynku albo w prze­pięk­nych ogro­dach. Wtedy nastę­po­wała cere­mo­nia wymiany uprzej­mo­ści, pole­ga­jąca z jed­nej strony na opro­wa­dza­niu po wło­ściach, a z dru­giej na oka­zy­wa­niu podziwu. Kolej­nym punk­tem pro­gramu był poczę­stu­nek dla gości, a zaraz po nim następna por­cja pre­zen­ta­cji i admi­ra­cji skar­bów zgro­ma­dzo­nych we wnę­trzach. Około czwar­tej roz­no­szono kawę, co sygna­li­zo­wało zbli­ża­nie się godziny, kiedy nad­je­dzie powóz, by odwieźć gości do domów, dokąd panie wra­cały z miłą świa­do­mo­ścią przy­jem­nie spę­dzo­nego dnia, ale także z pew­nym znu­że­niem spo­wo­do­wa­nym wie­lo­go­dzin­nym wysił­kiem zacho­wy­wa­nia się według naj­wyż­szych stan­dar­dów i pro­wa­dze­nia wyra­fi­no­wa­nych roz­mów. Lady Cum­nor i jej córki odczu­wały podobne samo­za­do­wo­le­nie, nie były rów­nież wolne od tego zmę­cze­nia, które zwy­kle towa­rzy­szy świa­do­mym pró­bom dosto­so­wa­nia swego zacho­wa­nia do towa­rzy­stwa, w jakim się znaj­du­jemy.

Molly Gib­son po raz pierw­szy w życiu miała zostać włą­czona do grona pań zapro­szo­nych do Towers. Była oczy­wi­ście zbyt młoda na szkolną wizy­ta­torkę, a zatem to nie z tego względu uda­wała się na przy­ję­cie. Zda­rzyło się pew­nego dnia, że w trak­cie swego „napadu szwen­da­nia” lord Cum­nor spo­tkał pana Gib­sona, leka­rza prak­ty­ku­ją­cego w oko­licy. Dok­tor aku­rat opusz­czał dom, do któ­rego wcho­dził milord, i ten ostatni zwró­cił się z jakimś drob­nym pyta­niem do medyka; hra­bia w ogóle rzadko mijał kogo­kol­wiek bez zada­nia mu jakie­goś pyta­nia, przy czym nie­ko­niecz­nie cze­kał, aż zagad­nięty udzieli odpo­wie­dzi – taki miał po pro­stu spo­sób pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji. Lord Cum­nor odpro­wa­dził pana Gib­sona do budynku gospo­dar­czego, przy któ­rym lekarz pozo­sta­wił konia, uwią­za­nego do pier­ście­nia zamon­to­wa­nego w ścia­nie. Tam wła­śnie, wypro­sto­wana i cicha, sie­działa na kucyku Molly, cze­ka­jąc na ojca. Jej poważne oczy aż się roz­sze­rzyły na widok zbli­ża­ją­cego się dostoj­nego hra­biego; w jej dzie­cię­cym prze­ko­na­niu ten siwo­włosy, rumiany i cokol­wiek nie­zdarny męż­czy­zna w sfa­ty­go­wa­nym ubra­niu był skrzy­żo­wa­niem archa­nioła z kró­lem.

– Twoja córka, co, Gib­son? Miła dzie­wuszka. Ile ma lat? Kucyk wymaga szczot­ko­wa­nia – mówiąc to, kle­pał zwie­rzę. – Jak masz na imię, kru­szyno? Tak jak mówi­łem, zalega z dzier­żawą, ale jeśli jest fak­tycz­nie poważ­nie chory, będę zmu­szony powścią­gnąć She­ep­shanksa, bo on jest raczej ostry w inte­re­sach. Na co się skarży? Przyjdź we czwar­tek na to zamie­sza­nie… zna­czy na tę szkolną zabawę, panienko. Jak masz na imię? Pamię­taj, Gib­son, aby ją do nas przy­słać lub przy­wieźć. I poroz­ma­wiaj z chło­pa­kiem od koni, bo jestem pewien, że ten kuc nie był przy­pa­lany w zeszłym roku, prawda? Nie zapo­mnij o czwartku, mała. Jak masz na imię? Obie­ca­łaś, prawda? – Nagle prze­rwał i potruch­tał na drugą stronę dzie­dzińca, gdzie poja­wił się naj­star­szy syn far­mera.

Pan Gib­son wsiadł na konia i oboje z Molly odje­chali. Przez jakiś czas trwali w mil­cze­niu, w końcu dziew­czynka spy­tała tonem, w któ­rym pobrzmie­wał nie­po­kój:

– Mogę pójść, tatu­siu?

– Dokąd, kocha­nie? – spy­tał, odry­wa­jąc się nagle od myśli zwią­za­nych z jego pro­fe­sją.

– Do Towers. W czwar­tek. Ten dżen­tel­men – nabożna cześć nie pozwo­liła jej użyć tytułu – mnie zapro­sił.

– Chcia­ła­byś tam pójść, córeczko? Zawsze uwa­ża­łem tę imprezę za raczej nie­zno­śną. Taki męczący dzień. Cho­dzi mi o to, że zaczyna się tak wcze­śnie rano, i o tę gorączkę, har­mi­der, i wszystko.

– Och, tato! – odpo­wie­działa z wyrzu­tem.

– Rozu­miem zatem, że chcia­ła­byś tam pójść, co?

– Tak, jeśli mogła­bym. On mnie zapro­sił, prze­cież wiesz. Myślisz, że mogła­bym? Dwa razy mnie zapro­sił.

– Cóż! W takim razie zoba­czymy. Tak, myślę, że to się da zała­twić, jeśli tak bar­dzo tego pra­gniesz, Molly.

Nastała cisza, prze­rwana w końcu przez dziew­czynkę:

– Pro­szę, tato, chcia­ła­bym tam pójść… ale nie dbam o to.

– To dość zaska­ku­jące stwier­dze­nie. Praw­do­po­dob­nie cho­dzi ci o to, że jesteś gotowa zre­zy­gno­wać z tego planu, jeśli mia­łoby to spra­wić kło­pot. Zapew­niam cię, że to się da łatwo zor­ga­ni­zo­wać, możesz więc uznać sprawę za zała­twioną. Będziesz potrze­bo­wała bia­łej sukienki, pamię­taj. I lepiej uprzedź Betty, że tam idziesz. Już ona dopil­nuje, żebyś się schlud­nie pre­zen­to­wała.

Pozo­stały dwie lub trzy sprawy, o które musiał się zatrosz­czyć pan Gib­son, zanim mógł ze spo­koj­nym ser­cem wysłać córeczkę do Towers. Każda z nich wyma­gała tro­chę zachodu, ale szczę­ście małej warte było sta­rań. Następ­nego dnia poje­chał do Towers pod pozo­rem odwie­dzin u cho­rej słu­żą­cej, choć w rze­czy­wi­sto­ści cho­dziło mu o to, by „przy­pad­kiem” wpaść na jej lor­dow­ską mość i uzy­skać od niej raty­fi­ka­cję zapro­sze­nia dla Molly. Dokład­nie wybrał czas swo­jej wizyty – od lat ćwi­czył natu­ralną dyplo­ma­cję, waru­nek nie­zbędny w prze­sta­wa­niu z uty­tu­ło­waną rodziną. Na dzie­dzi­niec przy staj­niach wje­chał około połu­dnia, tuż przed godziną lun­chu, ale już po eks­cy­ta­cji towa­rzy­szą­cej otwie­ra­niu worka z pocztą i czy­ta­niu listów. Przy­wią­zał konia i tyl­nym wej­ściem wszedł do domu – od tej strony był to bowiem dom, nato­miast od frontu dwór Towers. Odwie­dził pacjentkę, wydał w jej spra­wie dys­po­zy­cje gospo­dyni i wyszedł na zewnątrz, trzy­ma­jąc w dłoni pewien rzadki dziki kwiat. Ruszył do ogrodu w poszu­ki­wa­niu jed­nej z pań Tran­mere, a tam, zgod­nie ze swymi nadzie­jami i kal­ku­la­cjami, natknął się na lady Cum­nor. Jej lor­dow­ska mość roz­ma­wiała z córką o zawar­to­ści trzy­ma­nego w ręce listu, a kolejne zda­nia tej roz­mowy prze­pla­tała dys­po­zy­cjami dla ogrod­nika doty­czą­cymi roślin jed­no­rocz­nych. Dok­tor się przy­wi­tał i powie­dział:

– Odwie­dzi­łem nia­nię i przy oka­zji przy­nio­słem lady Agnes roślinę, o któ­rej opo­wia­da­łem. Tę rosnącą na Cum­nor Moss.

– Bar­dzo panu dzię­kuję, panie Gib­son. Spójrz, mamo! To dro­sera rotun­di­fo­lia, o któ­rej tak marzy­łam.

– Ach, tak! Uro­cza, doprawdy, tylko że ja nie jestem bota­ni­kiem. Nia­nia czuje się lepiej, mam nadzieję? Nie możemy sobie pozwo­lić na braki per­so­nelu w przy­szłym tygo­dniu, bo dom będzie pełen gości. A do tego jesz­cze cała rodzina Dan­bych chce się tu wpro­sić. Czło­wiek przy­jeż­dża na dwa tygo­dnie z nadzieją na odro­binę ciszy w cza­sie Zie­lo­nych Świą­tek, zosta­wia połowę służby w mie­ście, ale jak tylko prze­kro­czy próg wła­snego domu, zna­jomi natych­miast się o tym dowia­dują i przy­sy­łają te nie­koń­czące się listy o tęsk­no­cie za wiej­skim powie­trzem i wido­kiem uro­czego Cum­nor Towers wio­sną. Oczy­wi­ście mnó­stwo w tym winy lorda Cum­nora, bo od razu po przy­jeź­dzie wsiada na konia, objeż­dża sąsia­dów i wszyst­kich spra­sza.

– Wró­cimy do mia­sta w pią­tek, osiem­na­stego – pocie­szyła matkę lady Agnes.

– Tak, jak tylko prze­brniemy przez ten gali­ma­tias ze szkol­nymi wizy­ta­tor­kami. Ale pozo­staje jesz­cze tydzień do tego szczę­śli­wego dnia!

– Przy oka­zji – wtrą­cił pan Gib­son, wyko­rzy­stu­jąc to for­tunne przy­wo­ła­nie tematu – spo­tka­łem wczo­raj jego lor­dow­ską mość na far­mie Cross-Trees i był uprzejmy zapro­sić na owo czwart­kowe przy­ję­cie moją małą córeczkę, która aku­rat była tam ze mną. Sądzę, że udział w nim spra­wiłby mojej dzie­wuszce mnó­stwo rado­ści – dodał i cze­kał na reak­cję lady Cum­nor.

– Cóż! Jeśli lord ją zapro­sił, to przy­pusz­czam, że musimy ją tu przy­jąć, choć wola­ła­bym, aby nie był tak prze­sad­nie gościnny. Nie cho­dzi o to, że mała dziew­czynka nie będzie tu mile widziana! Tylko, widzi pan, kilka dni temu spo­tkał młod­szą pannę Brow­ning, o któ­rej ist­nie­niu ja nawet nie sły­sza­łam.

– Ona rów­nież wizy­tuje szkołę, mamo – wyja­śniła lady Agnes.

– To moż­liwe. Nie mówi­łam, że tak nie jest. Wie­dzia­łam, że wśród wizy­ta­to­rek jest ktoś o nazwi­sku Brow­ning, ale nie przy­pusz­cza­łam, że to aż dwie osoby. Oczy­wi­ście, gdy tylko lord Cum­nor usły­szał o tej dru­giej, po pro­stu nie umiał jej nie zapro­sić. W ten spo­sób powóz będzie musiał wyko­nać cztery rundy, żeby je tu wszyst­kie przy­wieźć. Ale dzięki temu pana córka będzie mogła bez kło­potu przy­je­chać, panie Gib­son, i będę jej rada ze względu na pana. Przy­pusz­czam, że uda się ją wci­snąć mię­dzy te dwie panny Brow­ning. Pro­szę to z nimi usta­lić. I pro­szę posta­wić na nogi nia­nię, bo będzie mi w przy­szłym tygo­dniu potrzebna.

W chwili gdy pan Gib­son odcho­dził, lady Cum­nor zawo­łała za nim:

– Och! Zapo­mnia­łam panu powie­dzieć, że Clare jest tutaj. Pamięta pan Clare, prawda? Kie­dyś tam była pań­ską pacjentką.

– Clare? – powtó­rzył zdu­mio­nym tonem.

– Nie przy­po­mina pan sobie panny Clare? Naszej sta­rej guwer­nantki? – spy­tała lady Agnes. – Była z nami jakieś dwa­na­ście czy czter­na­ście lat temu. Jesz­cze przed ślu­bem lady Cuxha­ven.

– Ach, tak! – potwier­dził. – Panna Clare. Miała szkar­la­tynę. Bar­dzo ładna fili­gra­nowa dziew­czyna. Wyda­wało mi się, że wyszła za mąż.

– Tak – przy­tak­nęła lady Cum­nor. – Głu­piut­kie z niej było stwo­rze­nie i zupeł­nie nie umiała się w życiu usta­wić. Prze­pa­da­li­śmy za nią. Wpa­dła na pomysł, by wyjść za ubo­giego wika­riu­sza i zostać jakąś tam panią Kirk­pa­trick. Ale my nazy­wamy ją zawsze po pro­stu Clare. A teraz on umarł i pozo­sta­wił ją wdową. Zatrzy­mała się u nas, a my łamiemy sobie głowę, co by tu zro­bić, aby mogła zapew­nić sobie środki do życia bez koniecz­no­ści roz­sta­wa­nia się z dziec­kiem. Wydaje mi się, że jest tu gdzieś w oko­licy, jeśli chciałby pan odno­wić z nią zna­jo­mość.

– Dzię­kuję, milady, oba­wiam się jed­nak, że dzi­siaj nie mogę już zostać. Przede mną długi obchód, a i tak już spę­dzi­łem tu zbyt wiele czasu.

Pomimo wyczer­pu­ją­cej rundy wizyt u pacjen­tów dok­tor zna­lazł jed­nakże siły, by wie­czo­rem odwie­dzić panny Brow­ning i usta­lić z nimi szcze­góły wspól­nej z Molly jazdy do Towers. Były to wyso­kie, przy­stojne kobiety, nie pierw­szej mło­do­ści, a ich zacho­wa­nie w sto­sunku do owdo­wia­łego leka­rza było uprze­dza­jąco grzeczne.

– Ależ, panie Gib­son, będziemy zachwy­cone jej towa­rzy­stwem. Co też panu przy­szło do głowy, by nas o to pytać! – wykrzyk­nęła star­sza panna Brow­ning.

– Na samą myśl o tym festy­nie z tru­dem udaje mi się spać w nocy – zwie­rzyła się młod­sza, panna Pho­ebe. – Wie pan, że ni­gdy dotąd tam nie byłam? Sio­stra brała udział w tej uro­czy­sto­ści wiele razy, ale z nie­zna­nych przy­czyn hra­bina ni­gdy nie uwzględ­niała w zapro­sze­niu mnie, choć moje nazwi­sko już od trzech lat figu­ruje na liście wizy­ta­to­rek szkoły. Ale wia­domo wszyst­kim, że jestem ostat­nia, która by się ubie­gała o uwagę i narzu­cała komu­kol­wiek bez zapro­sze­nia. Jak mogła­bym?

– W zeszłym roku powie­dzia­łam Pho­ebe – uzu­peł­niła jej sio­stra – że to z pew­no­ścią było ze strony hra­biny zwy­kłe prze­ocze­nie, jeśli można to tak nazwać, i że jej lor­dow­ska mość będzie dotknięta, nie widząc jej na swoim przy­ję­ciu. Moją sio­strę cechuje jed­nak wyjąt­kowa sub­tel­ność i cokol­wiek bym wtedy powie­działa, nie zgo­dzi­łaby się pójść. Została w domu, a cała moja radość z tego dnia została zatruta, zapew­niam pana, dok­to­rze, bo cią­gle pamię­ta­łam twarz Pho­ebe, gdy ja odjeż­dża­łam, a ona spo­glą­dała na mnie zza żalu­zji. Nie wiem, czy pan uwie­rzy, ale miała oczy pełne łez.

– Bar­dzo pła­ka­łam po twoim odjeź­dzie, Sally – potwier­dziła panna Pho­ebe – ale na­dal uwa­żam, że postą­pi­łam słusz­nie, nie wci­ska­jąc się tam, gdzie mnie nie zapro­szono. Czy nie mam racji, panie Gib­son?

– Z pew­no­ścią. I pro­szę, w tym roku otrzy­mała pani zapro­sze­nie. A poza tym w ubie­głym roku padało.

– Tak, pamię­tam. Zabra­łam się do porząd­ko­wa­nia komody, żeby się uspo­koić. I tak mnie to pochło­nęło, że byłam kom­plet­nie zasko­czona dźwię­kiem kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o szyby. A niech mnie – pomy­śla­łam – co się sta­nie z tymi bia­łymi atła­so­wymi pan­to­fel­kami mojej sio­stry, jeśli po takiej ule­wie prze­spa­ce­ruje się po nasiąk­nię­tej wodą tra­wie? Bo, widzi pan, bar­dzo mi zale­żało, aby miała takie śliczne obu­wie. A w tym roku, pro­szę sobie wyobra­zić, sio­stra zro­biła mi nie­spo­dziankę, bo poszła i kupiła mi takie same butki, z bia­łego atłasu.

– Molly z pew­no­ścią wie, że musi zało­żyć swoje naj­lep­sze ubra­nie – powie­działa star­sza panna Brow­ning. – Mogły­by­śmy jej poży­czyć paciorki lub sztuczne kwiatki, gdyby chciała.

– Wystar­czy, aby Molly miała na sobie czy­stą białą sukienkę – oznaj­mił dok­tor tro­chę zbyt pospiesz­nie. Nie był wiel­bi­cie­lem stylu ubie­ra­nia panien Brow­ning i nie chciał, aby jego dziecko było wystro­jone zgod­nie z ich upodo­ba­niem. Uwa­żał gust swo­jej sta­rej słu­żą­cej Betty za zde­cy­do­wa­nie lep­szy, bo prost­szy. W tonie głosu panny Sally usły­szał lekką iry­ta­cję, gdy pro­stu­jąc się, powie­działa:

– Dosko­nale. To z pew­no­ścią wystar­czy.

A panna Pho­ebe dodała:

– Molly będzie ślicz­nie wyglą­dać nie­za­leż­nie od tego, co na sie­bie założy. Jestem o tym prze­ko­nana.

II Nowicjuszka w wielkim świecie

II

Nowi­cjuszka w wiel­kim świe­cie

W wycze­ki­wany czwar­tek o dzie­sią­tej powóz z Towers roz­po­czął objazd. Molly była gotowa na długo przed jego poja­wie­niem się, cho­ciaż usta­lono, że ona i panny Brow­ning pojadą w ostat­niej, czwar­tej turze. Wcze­śniej jej twarz została namy­dlona, wypu­co­wana i wyszo­ro­wana, lśniąc teraz ide­alną czy­sto­ścią. Sukienka, fal­banki, żabo­ciki, wstążki – wszystko było śnież­no­białe, a stroju dopeł­niała czarna, bogato zdo­bioną koronką pele­ryna; na dziecku wyglą­dało to dzi­wacz­nie i sta­ro­mod­nie, ale okry­cie nale­żało przed­tem do matki Molly. Po raz pierw­szy w życiu dziew­czynka zało­żyła ręka­wiczki z koź­lę­cej skóry; dotych­czas nosiła tylko baweł­niane. Te nowe były zde­cy­do­wa­nie za duże na jej drobne paluszki, ale panience to nie prze­szka­dzało, bo prze­cież – jak wyja­śniła Betty – te ręka­wiczki miały jej słu­żyć przez lata. Wie­lo­krot­nie drżała, a raz pra­wie zemdlała w trak­cie tego peł­nego ocze­ki­wa­nia poranka. Betty mogła sobie mówić, co tylko chciała, o upar­tym garnku, który obser­wo­wany odma­wiał goto­wa­nia; Molly ani na moment nie prze­stała wpa­try­wać się w krętą drogę i w końcu po dwóch godzi­nach powóz po nią przy­je­chał. Musiała przy­cup­nąć na samym brzeżku, aby nie pognieść nowych sukien panien Brow­ning, nie mogła jed­nakże wychy­lać się za bar­dzo do przodu, aby nie prze­szka­dzać tęgiej pani Goode­no­ugh i jej sio­strze­nicy, które zaj­mo­wały sie­dze­nie po prze­ciw­nej stro­nie powozu. Można zatem wąt­pić, czy Molly w ogóle sie­działa, a jej zmie­sza­nie było tym więk­sze, że całe mia­steczko mogło zoba­czyć, jak ona pra­wie stoi na samym środku powozu. Świą­teczny dzień był bowiem zbyt ważny, aby życie w Hol­ling­for­dzie mogło się toczyć utar­tym torem. Słu­żące gapiły się z okien na pię­trach, kup­cowe wysta­wały przed wej­ściami do skle­pów, wie­śniaczki wybie­gały z nie­mow­lę­tami w ramio­nach, a dzie­ciaki, za małe, by wie­dzieć, jak należy oka­zy­wać sza­cu­nek powo­zowi milorda, wesoło wiwa­to­wały prze­jeż­dża­ją­cym. Kobieta z domku bram­nego otwo­rzyła bramę i nisko dygnęła na widok libe­rii. Byli już w parku, a chwilę póź­niej ich oczom uka­zał się Cum­nor Towers. Wśród gości nastała pełna na namasz­cze­nia cisza, zakłó­cona tylko uwagą poczy­nioną przez krewną pani Goode­no­ugh, obcą w mia­steczku, gdy pod­jeż­dżali przed podwójny, uło­żony w pół­kole bieg scho­dów wio­dą­cych do głów­nego wej­ścia.

– Nazy­wają to por­ty­kiem, prawda? – spy­tała.

Jedyną odpo­wie­dzią było zbio­rowe: „Ććććć”.

Molly doszła do wnio­sku, że to było straszne, i pra­wie sobie życzyła, by móc się zna­leźć z powro­tem w domu. Ale z cza­sem, gdy towa­rzy­stwo roz­pierz­chło się po prze­pięk­nym tere­nie, wspa­nial­szym niż cokol­wiek, o czym dziew­czynka śniła, zapo­mniała o poprzed­nich myślach. Aksa­mitne zie­lone traw­niki, ską­pane w pro­mie­niach słońca, roz­cią­gały się dookoła i stop­niowo prze­cho­dziły w pełen drzew park. Jeśli pomię­dzy gładką, lśniącą trawą a ciemną ścianą drzew w oddali były jakie­kol­wiek żywo­płoty czy gro­dze­nia, Molly ich nie dostrze­gała, a to wta­pia­nie się wypie­lę­gno­wa­nych połaci w mroczny las miało dla niej nie­wy­mowny urok. Bli­żej domu znaj­do­wały się murki i płoty, ale wszyst­kie pokryte pną­cymi się różami, a także rzad­kimi odmia­nami kapry­fo­lium i innych pną­czy, które wła­śnie zaczy­nały kwit­nąć. Oczy­wi­ście, były rów­nież klomby – szkar­łatne, pur­pu­rowe, sza­fi­rowe, poma­rań­czowe; wiel­kie plamy kwia­tów roz­rzu­cone na mura­wie.

Molly kur­czowo ści­skała dłoń panny Brow­ning, gdy wałę­sały się po posia­dło­ści w towa­rzy­stwie kilku innych dam, opro­wa­dzane przez córkę wła­ści­ciela Towers, która zda­wała się roz­ba­wiona wykwint­nymi wyra­zami podziwu, oka­zy­wa­nego każ­demu przed­mio­towi czy miej­scu. Dziew­czynka się nie odzy­wała – nie pozwa­lał na to jej wiek i pozy­cja – ale cią­gle głę­boko oddy­chała, wręcz wzdy­chała, dając tym upust prze­peł­nia­ją­cym jej serce uczu­ciom. Potem panie doszły do dłu­giego błysz­czą­cego rzędu szklarni i cie­plarni, gdzie cze­kał ogrod­nik, by je opro­wa­dzić po pod­le­głych mu zabu­do­wa­niach. Panna Gib­son nawet w poło­wie nie była tak zain­te­re­so­wana tymi sztucz­nie hodo­wa­nymi rośli­nami jak przy­rodą na zewnątrz, ale lady Agnes cecho­wało zacię­cie naukowe i bez końca roz­wo­dziła się nad rzad­ko­ścią wystę­po­wa­nia jakiejś rośliny czy spe­cy­ficz­nymi wyma­ga­niami innej. W końcu dziecko zaczęło się czuć zmę­czone, a zaraz potem także słabe. Naj­pierw nie­śmia­łość nie pozwo­liła Molly się ode­zwać, ale póź­niej wystra­szyła się, że wywoła sen­sa­cję, wybu­cha­jąc pła­czem lub – co gor­sza – upa­da­jąc na sto­jaki pełne cen­nych roślin. Ści­snęła rękę panny Brow­ning i wykrztu­siła:

– Czy mogła­bym wyjść do ogrodu? Nie mogę tu oddy­chać!

– Och, tak. Oczy­wi­ście, kocha­nie! Oba­wiam się, że nie rozu­miesz tego, o czym jest tu mowa. Ale to takie mądre i poucza­jące. A na doda­tek tyle w tym łaciny.

Powie­dziaw­szy to, dama szybko się odwró­ciła, aby, broń Boże, nie uro­nić ani słowa z wykładu lady Agnes na temat orchi­dei. Molly tym­cza­sem wyszła z prze­grza­nej szklarni na zewnątrz. Na świe­żym powie­trzu natych­miast poczuła się lepiej. Wolna i nie­ob­ser­wo­wana, prze­cha­dzała się od jed­nego ślicz­nego zakątka do dru­giego; raz była w parku, potem zagłę­biała się w wydzie­loną część ogrodu, gdzie jedy­nymi dźwię­kami był śpiew pta­ków i odle­gły szmer fon­tanny, a strze­li­ste drzewa two­rzyły stud­nię, któ­rej wylot sta­no­wił krą­żek czerw­co­wego nieba. Spa­ce­ro­wała i spa­ce­ro­wała, poświę­ca­jąc miej­scu pobytu nie wię­cej myśli niż motyl prze­la­tu­jący z kwiatka na kwia­tek, aż w końcu poczuła się bar­dzo znu­żona i marzyła tylko o powro­cie do dworu. Nie wie­działa jed­nak, jak tam dojść, a nawet gdyby jej się to udało, oba­wiała się spo­tka­nia z obcymi ludźmi bez krze­pią­cej opieki któ­rejś z panien Brow­ning. Gorące słońce paliło jej głowę, która w końcu zaczęła boleć. Zoba­czyła cedr, roz­ra­sta­jący się sze­roko ponad plamą trawy i per­spek­tywa odpo­czynku zwa­biła dziew­czynkę pod konary drzewa. W cie­niu dostrze­gła natu­ralne sie­dzi­sko, zmę­czona usa­do­wiła się na nim i natych­miast zasnęła.

Po pew­nym cza­sie z drzemki wyrwała ją i pode­rwała na nogi roz­mowa dwóch pań, które stały obok i mówiły o niej. Były jej cał­ko­wi­cie obce. Molly, mgli­ście prze­ko­nana, że zro­biła coś nie­wła­ści­wego, a także głodna i zmę­czona prze­ży­ciami dnia oraz poranną eks­cy­ta­cją, wybuch­nęła pła­czem.

– Biedna mała kobietka! Zgu­biła się. Z pew­no­ścią przy­szła z któ­rąś z pań z Hol­ling­fordu – powie­działa star­sza z kobiet, z wyglądu w wieku około czter­dzie­stu lat, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie prze­kro­czyła trzy­dzie­stu. Jej przed­po­łu­dniowa suk­nia była prze­sad­nie strojna. Dama miała pospo­lity wygląd i raczej surowy wyraz twa­rzy, głos niski i mono­tonny; gdyby cho­dziło o osobę niskiego pocho­dze­nia, można by ten głos nazwać szorst­kim, ale tego okre­śle­nia abso­lut­nie nie wolno było sto­so­wać wobec lady Cuxha­ven, naj­star­szej córki hra­biego. Druga kobieta wyglą­dała na młod­szą, choć naprawdę była star­sza. Molly pomy­ślała, że to naj­pięk­niej­sza istota, jaką kie­dy­kol­wiek widziała, i fak­tycz­nie, dama była bar­dzo atrak­cyjna. Podob­nie jak jej głos, który oka­zał się miękki i łagodny, gdy odpowie­działa swo­jej towa­rzyszce:

– Biedna maleńka! Ta gorączka ją zmo­gła. I z pew­no­ścią także ten ciężki słom­kowy cze­pek. Pozwól, kocha­nie, bym ci go roz­wią­zała.

Dziew­czynka zdo­łała odzy­skać głos.

– Jestem Molly Gib­son, pro­szę pani. Przy­je­cha­łam tu z pan­nami Brow­ning – wyja­śniła, bo bar­dzo się bała, że zosta­nie wzięta za nie­upo­waż­nio­nego intruza.

– Panny Brow­ning? – ode­zwała się lady Cuxha­ven pyta­ją­cym tonem.

– Cho­dzi chyba o te dwie postawne, raczej młode kobiety, o któ­rych mówiła lady Agnes.

– Doprawdy, taki tłum się za nią cią­gnął… – Spo­glą­da­jąc ponow­nie na Molly, dama spy­tała: – Jadłaś coś, dziecko, odkąd tu przy­je­cha­łaś? Jesteś taka blada. A może to od tego żaru?

– Nie, nic nie jadłam – odpo­wie­działa dziew­czynka z żało­ścią, bo gdy zasy­piała, czuła się naprawdę głodna.

Panie wymie­niły mię­dzy sobą kilka zdań przy­ci­szo­nymi gło­sami i w końcu ta wyglą­da­jąca na star­szą stwier­dziła auto­ry­tar­nym gło­sem, któ­rego zawsze uży­wała, zwra­ca­jąc się do innych:

– Zostań tu, moja droga. My pój­dziemy do domu, a Clare wróci tu i przy­nie­sie ci coś do jedze­nia, abyś mogła się posi­lić, zanim spró­bu­jesz iść. To w końcu pra­wie ćwierć mili.

Ode­szły. Molly sie­działa wypro­sto­wana i cze­kała na obie­ca­nego posłańca. Nie wie­działa, kim jest owa lub ów Clare, nie zale­żało jej też spe­cjal­nie na jedze­niu, ale czuła, że chyba nie mogłaby wyko­nać kroku bez wspar­cia. Wresz­cie dostrze­gła wra­ca­jącą ową śliczną panią, za którą podą­żał lokaj z nie­wielką tacą.

– Spójrz, jaka lady Cuxha­ven jest uprzejma! – powie­działa ta, którą nazy­wano Clare. – Oso­bi­ście wybrała pyszne rze­czy na twój lunch. A teraz musisz spró­bo­wać to zjeść, bo bez tego nie odzy­skasz sił, maleńka. Nie musisz cze­kać, Edwards. Sama przy­niosę tacę.

Na lunch skła­dał się chleb, kur­czak na zimno, tro­chę gala­retki, mały kie­li­szek wina, butelka skrzą­cej się w słońcu wody i kiść wino­gron. Molly wycią­gnęła trzę­sącą się rączkę w kie­runku wody, ale była zbyt osła­biona, by ją unieść. Clare przy­trzy­mała butelkę przy jej ustach; dziew­czynce udało się w końcu napić i od razu poczuła się odświe­żona. Nie mogła jed­nak niczego zjeść, cho­ciaż pró­bo­wała. Za bar­dzo bolała ją głowa. Kobieta wyglą­dała na zmar­twioną.

– Weź tro­chę wino­gron. Dobrze by ci zro­biły. Musisz spró­bo­wać coś zjeść, bo ina­czej nie wiem, jak nam się uda dotrzeć do domu.

– Tak bar­dzo boli mnie głowa – wyznała Molly, z wysił­kiem uno­sząc smutne oczy.

– Och, jakie to dener­wu­jące! – powie­działa Clare wciąż tym samym słod­kim, łagod­nym gło­sem, jakby nie była roz­gnie­wana, a tylko stwier­dzała oczy­wi­stą prawdę. Panna Gib­son czuła się winna i bar­dzo nie­szczę­śliwa. Jej opie­kunka mówiła dalej, a w jej gło­sie pobrzmie­wały teraz surow­sze nuty: – Widzisz, zupeł­nie nie wiem, co zro­bić, jeśli nie posi­lisz się na tyle, abyś mogła dojść do Towers. A ja spę­dzi­łam ostat­nie trzy godziny, włó­cząc się po oko­licy i jestem zupeł­nie wykoń­czona, a na doda­tek omi­nął mnie lunch. – Nagle prze­rwała, jakby ude­rzona nową myślą, po czym powie­działa: – Połóż się na kilka minut, tak jak leża­łaś, i posta­raj się zjeść te owoce. Pocze­kam na cie­bie, a przy oka­zji co nieco prze­ką­szę. Jesteś pewna, że nie zjesz tego kur­czaka?

Molly zro­biła to, o co ją popro­szono: poło­żyła się, ocię­żale się­gała po wino­grona i przy­glą­dała się impo­nu­ją­cemu ape­ty­towi, z jakim dama spa­ła­szo­wała kur­czaka i gala­retkę, popi­ja­jąc je winem. Była tak śliczna i zgrabna, że nawet pośpiech, z jakim jadła, jakby się oba­wiała, że ktoś ją na tym przy­ła­pie, nie umniej­szał podziwu, jaki żywiła dla niej mała obser­wa­torka.

– A teraz, kocha­nie, jesteś gotowa do drogi? – spy­tała Clare, gdy wresz­cie upo­rała się z całą zawar­to­ścią tacy. – No, chodź. Już pra­wie skoń­czy­łaś te wino­grona, dobra z cie­bie dziew­czynka. Jeśli podej­dziesz ze mną do bocz­nego wej­ścia, zapro­wa­dzę cię na górę do mojego pokoju i poło­żysz się na łóżku na godzinkę lub dwie. A po takiej drzemce twój ból głowy minie, jak ręką odjął.

Wyru­szyły w drogę, a Clare, ku zawsty­dze­niu Molly, nio­sła pustą tacę; dziew­czynka jed­nak z tru­dem się wlo­kła i wolała nie pro­po­no­wać, że zrobi cokol­wiek ponadto. Bocz­nym wej­ściem nazy­wano schody wio­dące z pry­wat­nego ogrodu kwia­to­wego do holu wyło­żo­nego matami. Był to rodzaj przed­po­koju z wie­loma parami drzwi, w któ­rym prze­cho­wy­wano lek­kie narzę­dzia ogrod­ni­cze oraz zestawy łuków i strzał, słu­żące roz­rywce córek milorda. Lady Cuxha­ven naj­wy­raź­niej dostrze­gła, że Clare i Molly nad­cho­dzą, bo wyszła do sieni, gdy tylko się w niej poja­wiły.

– Jak ona się czuje? – spy­tała. A gdy zoba­czyła wymie­cione tale­rze i kie­li­szek, dodała z lek­kim prze­ką­sem: – Wydaje mi się, że nie dolega jej nic poważ­nego. A ty pozo­sta­łaś naszą dobrą, starą Clare. Powin­naś była jed­nak pozwo­lić, by któ­ryś z męż­czyzn przy­niósł tę tacę. W taką pogodę życie jest wystar­cza­jącą męczar­nią.

Dziew­czynka zapra­gnęła, by jej śliczna towa­rzyszka wyja­śniła lady Cuxha­ven, że sama upo­rała się z tym obfi­tym lun­chem, ale taki pomysł naj­wy­raź­niej nie przy­szedł Clare do głowy. Powie­działa tylko:

– Bie­dac­two! Jesz­cze nie doszła cał­kiem do sie­bie. Mówi, że boli ją głowa. Położę ją w moim pokoju do łóżka i może uda jej się zasnąć.

Molly zoba­czyła, że lady Cuxha­ven, prze­cho­dząc obok, powie­działa coś z uśmiesz­kiem do Clare. Drę­czyła ją myśl, że słowa, które dosły­szała, brzmiały: „Prze­ja­dła się, jak przy­pusz­czam”. Czuła się jed­nak zbyt osła­biona, by długo się tym mar­twić. Z powodu obo­la­łej głowy znacz­nie bar­dziej inte­re­so­wało ją nie­wiel­kie białe łóżko w chłod­nym, ślicz­nym pokoju, gdzie muśli­nowe firany od czasu do czasu miękko łopo­tały, poru­szane won­nym wie­trzy­kiem wpa­da­ją­cym przez otwarte okno. Clare przy­kryła dziew­czynkę lek­kim sza­lem i zaciem­niła pokój. Gdy wycho­dziła, Molly unio­sła się i popro­siła:

– Pro­szę pani, pro­szę nie pozwo­lić im odje­chać beze mnie. Czy ktoś mógłby mnie obu­dzić, gdy­bym zasnęła? Muszę wró­cić z pan­nami Brow­ning.

– Nie kło­pocz się tym, kocha­nie. Wszyst­kim się zajmę – uspo­ko­iła ją Clare, odwra­ca­jąc się przy drzwiach i posy­ła­jąc zanie­po­ko­jo­nej dziew­czynce poca­łu­nek ręką. Ode­szła, nie poświę­ca­jąc dziecku ani jed­nej myśli wię­cej. Około wpół do pią­tej zaje­chały powozy, poga­niane przez lady Cum­nor, która nagle poczuła się zmę­czona zaba­wia­niem gości i roz­draż­niona nie­wy­bred­nymi sło­wami podziwu, jakie powta­rzali do znu­dze­nia.

– Dla­czego nie wyko­rzy­stać dwóch powo­zów, mamo, i pozbyć się od razu całego tego towa­rzy­stwa? – zapro­po­no­wała lady Cuxha­ven. – To roz­jeż­dża­nie się na raty jest nie do znie­sie­nia.

Sko­rzy­stano z tej rady; zapa­no­wał wielki pośpiech i bez­ładne wsia­da­nie wszyst­kich pań jed­no­cze­śnie. Pannę Sally Brow­ning umiesz­czono w pojeź­dzie przy­po­mi­na­ją­cym karetę (lub karietę, jak z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie manierą mówiła lady Cum­nor, bo rymo­wało się to z lady Hariettą, imie­niem jej córki, a raczej Har­riet, tak przy­naj­mniej poda­wał her­barz parów), nato­miast panna Pho­ebe została zago­niona wraz z kil­koma innymi paniami do obszer­nego rodzin­nego wózka w typie zna­nych nam obec­nie omni­bu­sów. Każda z sióstr myślała, że Molly jest z tą drugą, a w rze­czy­wi­sto­ści dziew­czynka głę­boko spała na łóżku pani Kirk­pa­trick, z domu Clare.

Weszły poko­jówki, aby przy­go­to­wać sypial­nię na noc. Ich roz­mowa obu­dziła śpiącą, która usia­dła na łóżku i usi­ło­wała odgar­nąć włosy z gorą­cego czoła. Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie, gdzie jest. Zsu­nęła się z łóżka i ku zdu­mie­niu kobiet wyrzu­ciła z sie­bie:

– Prze­pra­szam, kiedy możemy odje­chać?

– Na litość boską! Nikt nie mówił, że tu kto­kol­wiek śpi! Przy­je­cha­łaś z któ­rąś z pań z Hol­ling­fordu, dziecko? Ależ one już odje­chały! Godzinę temu albo i daw­niej.

– Och! I co ja mam teraz zro­bić? Ta dama, którą nazy­wają Clare, obie­cała, że mnie obu­dzi. Tatuś będzie się zasta­na­wiał, gdzie jestem. A zupeł­nie nie wiem, co na to powie Betty!

Wybuch­nęła pła­czem. Słu­żące patrzyły na nią z nie­po­ko­jem i ogrom­nym współ­czu­ciem. Wtem usły­szały kroki pani Kirk­pa­trick zbli­ża­ją­cej się kory­ta­rzem. Niskim melo­dyj­nym gło­sem pod­śpie­wy­wała sobie jakąś wło­ską arietkę, wra­ca­jąc do sypialni, by się prze­brać do kola­cji. Poko­jówki spoj­rzały na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo i jedna mruk­nęła do dru­giej:

– Naj­le­piej zostawmy to jej. – I umknęły, by zająć się pracą w innym pokoju.

Pani Kirk­pa­trick sta­nęła w drzwiach i z kon­ster­na­cją wpa­try­wała się w Molly.

– Och, zupeł­nie o tobie zapo­mnia­łam! – wykrztu­siła w końcu. – Ależ nie płacz, bo nie będziesz mogła się poka­zać ludziom na oczy. A ja i tak muszę ponieść kon­se­kwen­cje tego, że zaspa­łaś. Jeśli nie uda mi się ode­słać cię dzi­siaj do Hol­ling­fordu, będziesz spała ze mną, a jutro rano ktoś cię odwie­zie do domu.

– Ale mój tatuś! – wyłkała Molly. – Co wie­czór przy­go­to­wuję mu her­batę! I nie mam koszuli noc­nej.

– Nie rób tyle zamie­sza­nia o coś, na co nie ma rady. Poży­czę ci jakiś strój do spa­nia, a twój tatuś będzie się musiał dziś wie­czo­rem obejść bez her­baty. A następ­nym razem posta­raj się nie zaspać, gdy jesteś w obcym domu, bo twoi gospo­da­rze mogą się oka­zać mniej gościnni niż tutaj. Jeśli prze­sta­niesz pła­kać i robić z sie­bie pośmie­wi­sko, pójdę i spy­tam, czy możesz zejść na dół na deser z pani­czem Smy­the’em i panien­kami. Pój­dziesz do bawialni dzieci i wypi­jesz z nimi miłą her­batkę, a potem tu wró­cisz, wyszczot­ku­jesz włosy i się umy­jesz. Jesteś praw­dziwą szczę­ściarą, że możesz prze­by­wać w takim wspa­niałym domu jak ten. Jestem pewna, że wiele dziew­czy­nek z rado­ścią by się z tobą zamie­niło.

Pod­czas tej prze­mowy Clare przy­go­to­wy­wała swą wie­czorną toa­letę. Zdjęła czarną żałobną suk­nię dzienną, zało­żyła matinkę, roz­pu­ściła mięk­kie kasz­ta­nowe włosy na ramiona i roz­glą­dała się po pokoju w poszu­ki­wa­niu róż­nych czę­ści gar­de­roby. Przez cały ten czas gładko szem­rał potok jej wymowy:

– Ja też mam taką małą dziew­czynkę, kocha­nie. Nie wiem, co by oddała, żeby móc tu ze mną być u lorda Cum­nora. Zamiast tego musiała zostać na czas waka­cji w szkole. A ty wyglą­dasz jak sama żałość na myśl o spę­dze­niu tu tylko jed­nej nocy. Naprawdę byłam cały czas zajęta tymi nie­zno­śnymi… zna­czy… szla­chet­nymi paniami z Hol­ling­fordu, a prze­cież nie mogę myśleć o wszyst­kim naraz.

Jedy­naczka Molly na wzmiankę o córce swej opie­kunki prze­stała pła­kać i ośmie­liła się spy­tać:

– Czy pani jest zamężna, madame? Myśla­łam, że nazy­wają panią Clare.

Pani Kirk­pa­trick dopi­sy­wał humor, więc odpo­wie­działa:

– Nie wyglą­dam na mężatkę, prawda? Każdy jest zdzi­wiony. A jed­nak już od sied­miu lat jestem wdową. I nie mam ani jed­nego siwego włosa, cho­ciaż lady Cuxha­ven, która jest ode mnie młod­sza, ma ich wiele.

– A dla­czego nazy­wają panią Clare? – wypy­ty­wała Molly.

– Bo gdy przed laty miesz­ka­łam z nimi, nazy­wa­łam się panną Clare. To takie śliczne nazwi­sko, nie sądzisz? A potem wyszłam za nie­ja­kiego pana Kirk­pa­tricka. Był zale­d­wie wika­riu­szem, bie­da­czek. Ale za to pocho­dził z dosko­na­łej rodziny i gdyby trzech jego krew­nych zmarło bez­po­tom­nie, była­bym żoną baro­neta. Nie­stety, opatrz­ność nie uznała za wła­ściwe dopu­ścić do tego. Cóż, musimy się z pokorą godzić z tym, co nam prze­zna­czone. Dwóch jego kuzy­nów się oże­niło i mają całą chmarę dzieci. A mój biedny drogi Kirk­pa­trick zmarł i uczy­nił mnie wdową.

– I ma pani małą dziew­czynkę?

– Tak, kochaną Cyn­thię! Szkoda, że nie możesz jej zoba­czyć. Jest teraz moją jedyną pocie­chą. Jeśli będę miała czas, pokażę ci jej por­tre­cik przed poło­że­niem się spać. Ale teraz muszę już iść. Nie jest dobrze kazać lady Cum­nor na sie­bie cze­kać, a dzi­siaj szcze­gól­nie mnie pro­siła, abym zeszła wcze­śniej i pomo­gła jej z tymi ludźmi, któ­rzy się tu zatrzy­mali. Zadzwo­nię na służbę, a gdy przyj­dzie poko­jówka, poproś ją, by cię zapro­wa­dziła do dzie­cię­cej bawialni i wyja­śniła opie­kunce dzieci lady Cuxha­ven, kim jesteś. Wypi­jesz her­batę z panien­kami i razem z nimi zej­dziesz na dół na deser. Wła­śnie tak. Przy­kro mi, że tak zaspa­łaś i musisz tu zostać. A teraz daj mi całusa i prze­stań pła­kać. Cał­kiem ładne z cie­bie dziecko, cho­ciaż nie masz takich ślicz­nych kolor­ków jak Cyn­thia. Ach, nia­nia. Bądź tak miła i zapro­wadź tę młodą damę… Zapo­mnia­łam, jak się nazy­wasz, moja droga. Gib­son?… Zapro­wadź pannę Gib­son do pani Dyson w bawialni dzieci i poproś, aby dziew­czynka mogła towa­rzy­szyć panien­kom w cza­sie her­baty i aby razem z nimi zeszła na deser. Ja to wszystko wyja­śnię milady.

Ponura twarz niani roz­ja­śniła się na dźwięk nazwi­ska Gib­son i upew­niw­szy się, że Molly jest „dok­tor­ską” córką, oka­zała wię­cej niż zazwy­czaj chęci, by speł­nić życze­nie pani Kirk­pa­trick.

Molly była uczynną dziew­czynką i bar­dzo lubiła dzieci, więc tak długo, jak prze­by­wała w poko­jach dzie­cię­cych, dawała sobie cał­kiem nie­źle radę, pod­po­rząd­ko­wu­jąc się pole­ce­niom ich opie­kunki. Oka­zała się nawet pomocna, bo dzięki temu, że ukła­dała klocki z młod­szymi dziećmi, pani Dyson mogła spo­koj­nie ubrać star­sze w ich wyj­ściowe stroje – koronki, muśliny, aksa­mity i sze­ro­kie błysz­czące wstążki.

– A teraz, panienko – powie­działa, kiedy jej grupa została przy­go­to­wana do pre­zen­ta­cji doro­słym – co mogę dla panienki zro­bić? Nie ma panienka ze sobą innej sukienki, prawda?

Nie, rze­czy­wi­ście nie miała. A nawet gdyby przy­wio­zła coś na zmianę, to z pew­no­ścią nie byłoby to nic bar­dziej wyszu­ka­nego niż noszona przez nią zwy­czajna cienka bawe­łenka. Wszystko, co mogła zro­bić, to umyć twarz i dło­nie oraz pozwo­lić opie­kunce wyszczot­ko­wać i uper­fu­mo­wać włosy. Pomy­ślała, że wola­łaby raczej spę­dzić noc w parku i spać pod tym cudow­nym cichym cedrem niż być pod­dana tej nie­zna­nej cere­mo­nii „scho­dze­nia na dół na deser”, która naj­wy­raź­niej uwa­żana była i przez dzieci, i przez nia­nię za wyda­rze­nie kul­mi­na­cyjne dnia. W końcu, na znak dany przez spe­cjal­nie wysła­nego lokaja, cała grupka – pod dowódz­twem pani Dyson sze­lesz­czą­cej jedwabną suk­nią – odma­sze­ro­wała w stronę drzwi jadalni.

We wspa­niale oświe­tlo­nej sali spore towa­rzy­stwo dam i dżen­tel­me­nów sie­działo przy nakry­tym stole. Każde z tych wykwint­nych dzieci natych­miast pod­bie­gło do mamy, ciotki lub kogoś szcze­gól­nie bli­skiego. Tylko Molly nie miała tu nikogo.

– Kim jest ta wysoka dziew­czynka w cien­kiej bia­łej sukience? To chyba nie jest żadna z córek naszych gospo­da­rzy?

Dama, do któ­rej skie­ro­wane było to pyta­nie, zało­żyła bino­kle, popa­trzyła na Molly i zdjęła oku­lary.

– Powie­dzia­ła­bym, że to Fran­cuzka. Lady Cuxha­ven zamie­rzała spro­wa­dzić tu taką, aby bawiła się z jej dziećmi i aby dzięki temu od naj­wcze­śniej­szych lat naby­wały wła­ści­wego akcentu. Biedna mała. Wygląda na oszo­ło­mioną i obcą! – Owa pani, sie­dząca obok lorda Cum­nora, ski­nęła na Molly, by ta do niej pode­szła. Dziew­czynka prze­mknęła się do niej, jakby szu­kała schro­nie­nia, ale gdy dama zaczęła mówić do niej po fran­cu­sku, na policz­kach dziecka poja­wiły się ciemne rumieńce i cicho powie­działa:

– Ja nie rozu­miem po fran­cu­sku. Jestem Molly Gib­son, madame.

– Molly Gib­son – powtó­rzyła gło­śno tamta, jakby to nie było wystar­cza­jące wyja­śnie­nie.

Lord Cum­nor pod­chwy­cił i nazwi­sko, i ton wypo­wie­dzi.

– Aha – ode­zwał się – to ty jesteś tą dziew­czynką, która spała w moim łóżku! – Naśla­do­wał przy tym niski głos niedź­wiadka, który zadaje to pyta­nie dziecku w bajce.

Molly nie czy­tała jed­nak histo­ryjki Trzy niedź­wiadki i wzięła na serio gniew milorda. Zadrżała i przy­su­nęła się bli­żej do owej damy, która wzięła ją za małą emi­grantkę. Lord Cum­nor był zachwy­cony tym, co uznał za wymy­ślony przez sie­bie kapi­talny żart, i w nie­skoń­czo­ność roz­wi­jał ten okle­pany pomysł. Tak długo, jak panie pozo­sta­wały w jadalni, ata­ko­wał Molly alu­zjami do Śpią­cej Kró­lewny, Sied­miu śpią­cych braci i innych bajek, które mógł sobie przy­po­mnieć, mają­cych cokol­wiek wspól­nego ze snem. Zupeł­nie sobie nie uświa­da­miał, jaką przy­krość jego żarty spra­wiają wraż­li­wej dziew­czynce, która i bez tego czuła się mar­nym grzesz­ni­kiem, gdyż spała, kiedy spać nie nale­żało. Gdyby Molly umiała tro­chę bar­dziej trzeźwo oce­nić oko­licz­no­ści tego wyda­rze­nia, uzmy­sło­wi­łaby sobie, że nie ponosi winy, bo prze­cież pani Kirk­pa­trick solen­nie obie­cała, że ją obu­dzi o odpo­wied­niej porze. Ale mała potra­fiła myśleć tylko o tym, jak bar­dzo nie­mile jest widziana w tym wiel­kim domu i jakim musi się tu wyda­wać intru­zem. Raz czy dwa prze­bie­gło jej przez głowę pyta­nie, gdzie jest jej tatuś i czy za nią tęskni, ale każda myśl o panu­ją­cej w jej domu rodzin­nej ser­decz­no­ści powo­do­wała takie ści­ska­nie w gar­dle, że posta­no­wiła odpę­dzić te wspo­mnie­nia, bojąc się, że wybuch­nie pła­czem. Instynk­tow­nie czuła, że im mniej sprawi kło­potu swym poby­tem w Towers, im mniej będzie zwra­cać na sie­bie uwagę, tym lepiej.

Razem z damami wyszła z jadalni, licząc na to, że nikt jej nie zauważy. Było to, oczy­wi­ście, nie­moż­liwe; natych­miast stała się przed­mio­tem roz­mowy mię­dzy okropną lady Cum­nor a jej uprzejmą sąsiadką.

– Czy wie pani – mówiła towa­rzyszka hra­biny – że z początku, gdy zoba­czy­łam tę młodą damę, wzię­łam ją za Fran­cuzkę? Te ciemne włosy i brwi, te szare oczy i ta przej­rzy­sta cera, którą się spo­tyka w pew­nych regio­nach Fran­cji. No i wie­dzia­łam, że lady Cuxha­ven zamie­rza zna­leźć dobrze wycho­waną dziew­czynę, która byłaby miłą towa­rzyszką dla jej dzieci.

– Nie! – odpo­wie­działa lady Cum­nor surowo, a przy­naj­mniej tak to odczuła Molly. – To córka naszego leka­rza w Hol­ling­for­dzie. Przy­je­chała tu rano ze szkol­nymi wizy­ta­tor­kami, ale zmę­czył ją upał i zasnęła w pokoju Clare. Nie­stety, zaspała i obu­dziła się dopiero wtedy, gdy powozy już odje­chały. Ode­ślemy ją do domu jutro rano, ale dzi­siaj musi tu zostać. Pani Kirk­pa­trick jest tak poczciwa, że zapro­po­no­wała, by mała spała u niej.

W tej prze­mo­wie sły­chać było zarzut, który bole­śnie, niczym nie­zli­czone żądła, ranił Molly. W tym momen­cie pode­szła lady Cuxha­ven. Jej głos był niski, a spo­sób zacho­wa­nia tak samo opry­skliwy i auto­ry­tarny jak matki, ale dziecko wyczuło w niej łagod­niej­szą naturę.

– Jak się czu­jesz, moja droga? Wyglą­dasz lepiej niż w parku pod cedrem. A więc zosta­jesz tu na noc? Clare, nie uwa­żasz, że mogły­by­śmy zna­leźć jakąś książkę z gra­wia­tu­rami, która zain­te­re­so­wa­łaby pannę Gib­son?

Pani Kirk­pa­trick przy­su­nęła się do Molly i zaczęła ją przy­tu­lać oraz słodko prze­ma­wiać. W tym cza­sie lady Cuxha­ven prze­glą­dała wolu­miny w poszu­ki­wa­niu cze­goś odpo­wied­niego dla dziew­czynki. Clare szcze­bio­tała:

– Moje biedne kocha­nie! Widzia­łam, jak wcho­dzi­łaś taka nie­śmiała do jadalni. Marzy­łam, abyś do mnie pode­szła, ale nie odwa­ży­łam się dać ci znaku, bo aku­rat wtedy lord Cuxha­ven opo­wia­dał mi o swo­ich podró­żach. O, to jest śliczna książka. Por­trety Lodge’a. Usiądę z tobą, wyja­śnię ci, kto jest kim, i wszystko ci opo­wiem. Pro­szę się wię­cej nie kło­po­tać, lady Cuxha­ven. Zajmę się nią, pro­szę zdać się na mnie.

Gdy ostat­nie słowa dotarły do świa­do­mo­ści Molly, poczuła, że robi jej się gorąco. Gdyby tylko zosta­wili ją w spo­koju i nie czy­nili wysił­ków, by oka­zać jej uprzej­mość! Gdyby tylko prze­stali się nią „kło­po­tać”. Te słowa pani Kirk­pa­trick zdu­siły w zarodku wdzięcz­ność, jaką zaczy­nała odczu­wać wobec lady Cuxha­ven za próbę zna­le­zie­nia dla niej jakiejś roz­rywki. Ale, oczy­wi­ście, był to kło­pot, a jej, Molly, nie powinno tu być.

Wkrótce Clare zosta­wiła ją i poszła akom­pa­nio­wać śpie­wowi lady Agnes. Wtedy dziew­czynka spę­dziła kilka uro­czych chwil. Nie­ob­ser­wo­wana, mogła spo­koj­nie rozej­rzeć się po pokoju i doszła do wnio­sku, że pomi­ja­jąc może pałac kró­lew­ski, nie ist­nieje – nie może ist­nieć – podob­nie wiel­kie i wspa­niałe pomiesz­cze­nie. Ogromne lustra, aksa­mitne kotary, obrazy w zło­co­nych ramach, mnó­stwo błysz­czą­cych świa­teł – wszystko to zdo­biło prze­stronny salon, wypeł­niony grup­kami dam i dżen­tel­me­nów w wykwint­nych stro­jach. Nagle Molly przy­po­mniała sobie o dzie­ciach, z któ­rymi zeszła do jadalni i do sze­regu któ­rych zda­wała się zali­czać. Gdzie one są? Na bez­gło­śny sygnał matki odma­sze­ro­wały do łóżek ponad godzinę temu. Dziew­czynka zaczęła się zasta­na­wiać, czy też mogłaby odejść – o ile oczy­wi­ście zdo­ła­łaby tra­fić do bez­piecz­nej przy­stani sypialni pani Kirk­pa­trick. Od drzwi dzie­liła ją jed­nak pewna odle­głość, a jesz­cze więk­sza od Clare, do któ­rej czuła pewną przy­na­leż­ność; znaj­do­wała się rów­nie daleko od lady Cuxha­ven, okrop­nej lady Cum­nor i jej sko­rego do żar­tów, dobro­dusz­nego męża. Molly sie­działa zatem, wer­tu­jąc książkę z obraz­kami, któ­rych nie widziała, samotna pośród ota­cza­ją­cego ją tłumu i prze­py­chu, z coraz cięż­szym ser­dusz­kiem. W pew­nej chwili do salonu wszedł lokaj, rozej­rzał się i skie­ro­wał do pani Kirk­pa­trick, która sie­działa przy for­te­pia­nie w cen­trum muzy­kal­nej czę­ści towa­rzy­stwa, gotowa akom­pa­nio­wać każ­demu śpie­wa­kowi i z uśmie­chem przy­chy­la­jąc się do każ­dej prośby. Teraz pode­szła do sie­dzą­cej w kąciku dziew­czynki i powie­działa:

– Czy wiesz, kocha­nie, że jest tu twój tatuś? Przy­pro­wa­dził ze sobą two­jego kucyka, więc będziesz mogła wró­cić na nim do domu. A ja tracę moją towa­rzyszkę, bo przy­pusz­czam, że musisz odje­chać.

Odje­chać! Molly nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, gdy się pode­rwała, drżąc, mie­niąc się na twa­rzy, pra­wie pła­cząc. Następne słowa pani Kirk­pa­trick szybko jed­nak spro­wa­dziły ją z raju na zie­mię:

– Musisz podejść do lady Cum­nor i życzyć jej dobrej nocy. I nie zapo­mnij podzię­ko­wać za wiel­ko­dusz­ność, jaką ci oka­zała. Jest tam, obok sta­tui, roz­ma­wia z panem Cour­te­nayem.

Tak, stała tam. Dwa­na­ście metrów dalej. A raczej setki mil dalej. I tę odle­głość trzeba będzie poko­nać. I jesz­cze się do milady ode­zwać!

– Muszę iść? – spy­tała Molly tak żało­śnie i bła­gal­nie, jak tylko potra­fiła.

– Oczy­wi­ście. I pospiesz się. Prze­cież nie ma się czego wsty­dzić! – dodała ostrzej­szym tonem Clare, wie­dząc, że cze­kają na nią przy for­te­pia­nie, i za wszelką cenę chcąc zakoń­czyć tę sprawę z dziec­kiem jak naj­szyb­ciej.

Molly stała przez chwilę nie­ru­chomo, a potem unio­sła głowę i miękko popro­siła:

– A czy mogłaby pani podejść tam ze mną?

– Tak, oczy­wi­ście – zgo­dziła się pani Kirk­pa­trick, która doszła do wnio­sku, że jej udział w poże­gna­niu praw­do­po­dob­nie je przy­spie­szy. Chwy­ciła Molly za rękę i pocią­gnęła za sobą, a prze­cho­dząc koło osób zgro­ma­dzo­nych wokół for­te­pianu, uśmiech­nęła się, wyko­nała zwiewny ruch dło­nią i rzu­ciła swym ślicz­nym, śpiew­nym gło­sem:

– Nasza maleńka jest taka nie­śmiała i skromna, że popro­siła mnie, bym jej towa­rzy­szyła, gdy będzie życzyć jej lor­dow­skiej mości dobrej nocy. Tatuś po nią przy­je­chał i zaraz będą odjeż­dżać.

Molly nie potra­fi­łaby wyja­śnić, jak to się stało, ale sły­sząc te słowa, wysu­nęła dłoń z uchwytu pani Kirk­pa­trick, zbli­żyła się do lady Cum­nor, impo­nu­ją­cej w fio­le­to­wym aksa­mi­cie, wyko­nała dygnię­cie godne dzieci ze szkoły w Hol­ling­for­dzie i powie­działa:

– Milady, mój tatuś przy­je­chał i zabiera mnie do domu. Pra­gnę życzyć pani dobrej nocy i podzię­ko­wać za pani uprzej­mość. To zna­czy za uprzej­mość waszej lor­dow­skiej mości – popra­wiła się, pomna szcze­gó­ło­wych instruk­cji panny Brow­ning w kwe­stii ety­kiety obo­wią­zu­ją­cej w kon­tak­tach z hra­bio­stwem i ich szla­chetną pro­ge­ni­turą, które to wytyczne zostały jej prze­ka­zane tego ranka w dro­dze do Towers.

W jakiś spo­sób udało jej się wydo­stać z salonu. Gdy potem o tym myślała, doszła do wnio­sku, że nie poże­gnała się ani z lady Cuxha­ven, ani z panią Kirk­pa­trick, ani z „resztą”, jak ich lek­ce­wa­żąco okre­ślała w myślach.

Pan Gib­son cze­kał w pokoju gospo­dyni. Tam wła­śnie wbie­gła Molly i, ku zro­zu­mia­łej kon­ster­na­cji zrów­no­wa­żo­nej pani Brown, rzu­ciła się ojcu na szyję:

– Och, tatu­siu! Tatu­siu! Tak się cie­szę, że przy­je­cha­łeś! – zawo­łała i wybuch­nęła pła­czem, głasz­cząc jego twarz, jakby chciała się upew­nić, że on naprawdę tu jest.

– A cóż z cie­bie za głup­ta­sek! Czyż­byś myślała, że zamie­rzam się roz­stać z moją małą dziew­czynką i pozwo­lić jej miesz­kać przez resztę życia w Towers? Robisz tyle hałasu o mój przy­jazd po cie­bie, jak­byś naprawdę tak sądziła! Pospiesz się teraz i załóż cze­pek. Pani Brown, czy mógł­bym pro­sić panią o jakiś szal, pled lub inną tka­ninę, aby przy­piąć ją córce jako halkę?

Nie wspo­mniał, że pół godziny temu wró­cił z dłu­giego objazdu. Był wykoń­czony i głodny, ale gdy w domu dowie­dział się, że Molly nie wró­ciła z Towers, wsiadł z powro­tem na zmę­czo­nego konia i poje­chał do panien Brow­ning. Zastał je pogrą­żone w bez­rad­nym nie­po­koju. Nie słu­chał jed­nak ich samo­oskar­żeń i łza­wych prze­pro­sin. Poga­lo­po­wał do domu, osio­dłał innego konia oraz kucyka córki i – cho­ciaż Betty wołała za nim, powie­wa­jąc spód­niczką do jazdy kon­nej dla Molly, a on odda­lił się dopiero dzie­sięć metrów od stajni – odmó­wił powrotu po strój i poje­chał, „okrut­nie coś pomru­ku­jąc”, jak rela­cjo­no­wał potem sta­jenny Dick.

Pani Brown zdą­żyła wycią­gnąć butelkę wina i talerz cia­sta, zanim Molly wró­ciła z wyprawy do sypialni pani Kirk­pa­trick. „Była pra­wie ćwierć mili stąd” – jak gospo­dyni infor­mo­wała nie­cier­pli­wego ojca, cze­ka­ją­cego, aż córka zej­dzie na dół wystro­jona w poranne wspa­niałe szaty, z któ­rych jed­nakże opadł już blask świe­żo­ści. Pan Gib­son był ulu­bień­cem całej służby w Towers, tak jak zazwy­czaj się dzieje w przy­padku rodzin­nych leka­rzy; przy­no­sił nadzieję na ulgę i poprawę w chwi­lach nie­po­koju i trwogi. Sama pani Brown, jako cier­piąca na poda­grę, była szcze­gól­nie skłonna roz­piesz­czać dok­tora, kiedy tylko jej na to pozwa­lał, więc teraz odpro­wa­dziła ich na dzie­dzi­niec przy staj­niach i upięła na Molly szal, kiedy ta sie­działa już na grzbie­cie dłu­go­wło­sego kucyka. Gdy odjeż­dżali, gospo­dyni ośmie­liła się wypo­wie­dzieć cokol­wiek ostrożne przy­pusz­cze­nie:

– Sądzę, panie Gib­son, że lepiej jej będzie w domu.

Gdy tylko zna­leźli się w parku, dziew­czynka ude­rzyła kuca i poga­niała go do gra­nic jego moż­li­wo­ści. W końcu ojciec zawo­łał:

– Molly, zbli­żamy się do kró­li­czych nor. To nie­bez­pieczne jechać tu z taką pręd­ko­ścią! Zatrzy­maj się.

Gdy ścią­gnęła wodze, zbli­żył się i dalej jechali już razem.

– Wjeż­dżamy w cień drzew i tu trzeba jechać wol­niej.

– Och tatu­siu, ni­gdy w życiu nie byłam taka szczę­śliwa jak przed chwilą. Tam w Towers czu­łam się jak zapa­lona świeca, na którą nało­żono wyga­szacz.

– Naprawdę? A skąd ty wiesz, jak się czuje świeca?

– Nie wiem, ale tak się czu­łam – wyja­śniła i ponow­nie umil­kła. A potem powie­działa: – Tak się cie­szę, że tu jestem! To takie cudowne jechać tu, w otwar­tej prze­strzeni, na świe­żym powie­trzu, wznie­ca­jąc ten roz­koszny zapach zro­szo­nej trawy. Tatu­siu! Jesteś tam? Nie widzę cię.

Jechał tuż przy niej: wie­dział, że mogła się oba­wiać jazdy w mroku, więc przy­krył jej dłoń swoją.

– Tak się cie­szę, że jesteś tuż obok – ode­zwała się, ści­ska­jąc jego rękę. – Chcia­ła­bym mieć łań­cuch jak Ponto, tak długi jak twój naj­dal­szy obchód, żeby­śmy mogli być złą­czeni. A gdy­bym chciała, byś wró­cił, wystar­czy­łoby, żebym pocią­gnęła, a jeśli nie mógł­byś przy­być, też byś pocią­gnął za swój koniec. Była­bym pewna, że wiesz o moim pra­gnie­niu. I ni­gdy byśmy się nie zgu­bili.

– Szcze­rze mówiąc, tro­chę się zaplą­ta­łem w twoim pla­nie. Spo­sób przed­sta­wie­nia szcze­gó­łów jest lekko nie­ja­sny, ale, o ile zro­zu­mia­łem to wła­ści­wie, to chcia­ła­byś, bym jeź­dził po oko­licy jak osioł po bło­niach, z kulą przy­wią­zaną do tyl­nej nogi.

– Nie prze­szka­dza mi nazy­wa­nie mnie kulą, o ile byli­by­śmy spięci razem.

– Ale mi prze­szka­dza nazy­wa­nie mnie osłem – odpo­wie­dział.

– Nie nazwa­łam cię tak. A przy­naj­mniej nie mia­łam tego na myśli. Ale to takie wspa­niałe wie­dzieć, że mogę być tak nie­grzeczna, jak tylko mam ochotę.

– Czy to wszystko, czego się nauczy­łaś po dniu spę­dzo­nym w takim wyszu­ka­nym towa­rzy­stwie? Spo­dzie­wa­łem się, że sta­niesz się tak wykwintna i zma­nie­ro­wana, iż prze­czy­ta­łem kilka roz­dzia­łów Sir Char­lesa Gran­di­sona4, aby się dosto­so­wać do two­jego poziomu.

– Mam nadzieję, że ni­gdy nie będę musiała być lor­dem czy lady.

– Mogę cię w tym wzglę­dzie pocie­szyć. Otóż zapew­niam cię, że ni­gdy nie będziesz lor­dem, nato­miast szansa na tę drugą ewen­tu­al­ność jest jak jeden do tysiąca, przy­naj­mniej w tym sen­sie, o który ci cho­dzi.

– Gubi­ła­bym się w takim domu za każ­dym razem, gdy­bym miała przy­nieść sobie cze­pek, a te dłu­gie kory­ta­rze i klatki scho­dowe zmę­czy­łyby mnie, zanim­bym wyszła na spa­cer.

– Do przy­no­sze­nia czepka mia­ła­byś słu­żącą.

– Wiesz, tato, wydaje mi się, że słu­żące są gor­sze niż damy. Ale chyba nie prze­szka­dza­łoby mi bycie gospo­dy­nią.

– To zro­zu­miałe! Kre­dens z kon­fi­tu­rami i sło­dy­czami znaj­do­wałby się w zasięgu ręki – odpo­wie­dział filo­zo­ficz­nie. – Ale pani Brown nie­raz mi mówiła, że myśl o wiel­kich przy­ję­ciach czę­sto przy­pra­wia ją o bez­sen­ność. Musia­ła­byś wziąć te nie­po­koje pod uwagę. Bo prze­cież na każ­dej dro­dze, którą podą­żamy w życiu, natra­fiamy na tro­ski i obo­wiązki.

– Tak, chyba tak – przy­tak­nęła Molly poważ­nie. – Betty cią­gle powta­rza, że szar­gam jej nerwy każdą zie­loną plamą, jaka poja­wia się na moich sukien­kach od sie­dze­nia na sta­rej wiśni.

– A panna Brow­ning powie­działa, że naba­wiła się bólu głowy, zasta­na­wia­jąc się, jak to się stało, że zosta­wiły cię w Towers. Oba­wiam się, że dziś wie­czo­rem będziesz dla nich niczym odświętny jadło­spis dla gospo­dyni. Możesz mi, gąsko, wyja­śnić, jak do tego doszło?

– Poszłam sama obej­rzeć ogrody… są takie piękne! Zgu­bi­łam się i usia­dłam pod takim wiel­kim drze­wem, żeby odpo­cząć. Wtedy przy­szły lady Cuxha­ven i pani Kirk­pa­trick. A potem pani Kirk­pa­trick przy­nio­sła mi lunch i poło­żyła mnie spać w swoim łóżku. Myśla­łam, że mnie obu­dzi, ale tak nie zro­biła. A panie wizy­ta­torki odje­chały do Hol­ling­fordu. I wtedy zde­cy­do­wano, że zostanę w Towers do jutra. A ja bałam się powie­dzieć, jak bar­dzo, bar­dzo chcia­łam wró­cić do domu. I cały czas myśla­łam o tobie, tatu­siu, jak się zasta­na­wiasz, gdzie jestem.

– Widzę z tego, że to był raczej fatalny, a nie rado­sny dzień, co, gąsko?

– Ranek był przy­jemny. Nie zapo­mnę tych godzin spę­dzo­nych w ogro­dzie. Ale ni­gdy dotąd nie byłam tak nie­szczę­śliwa jak pod­czas tego wlo­ką­cego się bez końca popo­łu­dnia.

Pan Gib­son uznał za sto­sowne poje­chać do Towers jesz­cze przed powro­tem rodziny do Lon­dynu, by prze­pro­sić za kło­pot i podzię­ko­wać za uprzej­mość oka­zaną jego córce. Oka­zało się jed­nak, że wszy­scy gdzieś się roz­pierz­chli i nikt nie miał wystar­cza­jąco dużo czasu, by wysłu­chać jego grzecz­nych podzię­ko­wań. W końcu wyde­le­go­wano do niego panią Kirk­pa­trick, która, mimo iż zamie­rzała udać się z wizytą razem z lady Cuxha­ven i przy oka­zji odwie­dzić jedną ze swych daw­nych uczen­nic, zdo­łała przy­jąć pana Gib­sona w imie­niu rodziny. Zapew­niła go rów­nież, że we wdzięcz­nej pamięci zacho­wała jego sta­ra­nia, jakich nie szczę­dził pod­czas jej cho­roby w prze­szło­ści, a swe podzię­ko­wa­nia wyra­ziła w wielce ujmu­jący spo­sób.

III Dzieciństwo Molly Gibson

III

Dzie­ciń­stwo Molly Gib­son

Szes­na­ście lat wcze­śniej mia­stecz­kiem Hol­ling­ford wstrzą­snęła wia­do­mość, że pan Hall, zdolny i kom­pe­tentny lekarz, który zaj­mo­wał się miesz­kań­cami przez całe ich życie, zamie­rza przy­jąć wspól­nika. Prze­ko­ny­wa­nie pacjen­tów dok­tora nie miało naj­mniej­szego sensu, więc pan Brow­ning, pro­boszcz, pan She­ep­shanks, zarządca Cum­nor Towers, i sam pan Hall – święta trójca roz­sąd­nych lokal­nej spo­łecz­no­ści – porzu­cili próby uza­sad­nia­nia tego zamy­słu, czu­jąc, że metoda: Che sarà, sarà5 zadziała sku­tecz­niej niż jakie­kol­wiek argu­menty. Pan Hall tłu­ma­czył swym wier­nym pod­opiecz­nym, że nawet w naj­sil­niej­szych oku­la­rach jego wzrok nie jest nie­za­wodny, że sami mogli się po wie­lo­kroć prze­ko­nać o jego pro­ble­mach ze słu­chem (choć, jeśli jeste­śmy przy tym tema­cie, oto­cze­nie dok­tora wie­lo­krot­nie sły­szało, jak wyra­żał pogląd o roz­prze­strze­nia­ją­cej się nie­dba­ło­ści w komu­ni­ka­cji mię­dzy­ludz­kiej, czego przy­kła­dem jest „to pisa­nie na bibule, gdzie wszyst­kie słowa włażą na sie­bie” – tak wła­śnie twier­dził). Poza tym kilka razy dok­to­rowi przy­da­rzyły się ataki podej­rza­nej natury, które on sam nazy­wał reu­ma­ty­zmem, acz­kol­wiek zapi­sał sobie lekar­stwo na poda­grę, a dole­gli­wo­ści te unie­moż­li­wiały mu natych­mia­stowe reago­wa­nie na pilne wezwa­nia. Ale nie­ważne – ślepy, głu­chy i nie­do­łężny – był ich leka­rzem zdol­nym wyle­czyć wszyst­kie nie­do­ma­ga­nia, chyba że tym­cza­sem któ­ryś z pacjen­tów by zmarł, i abso­lut­nie nie­do­pusz­czalne było, aby mówił o swo­jej sta­ro­ści, eme­ry­tu­rze czy przy­ję­ciu part­nera.

On zaś sys­te­ma­tycz­nie dzia­łał dalej: dawał ogło­sze­nia w pra­sie medycz­nej, czy­tał refe­ren­cje, wery­fi­ko­wał cha­rak­tery i kwa­li­fi­ka­cje. I w chwili, gdy stare panny w Hol­ling­for­dzie uznały, iż zdo­łały prze­ko­nać swego rówie­śnika, że jest dokład­nie tak samo młody jak dotych­czas, zasko­czył je, spro­wa­dza­jąc wspól­nika, pana Gib­sona. Przed­sta­wił go i od razu zaczął – prze­bie­gle, jak to okre­śliły damy – wpro­wa­dzać w arkana swo­jej prak­tyki. „A kimże jest ten pan Gib­son?” – pytały, lecz odpo­wie­dzieć mogłoby im tylko echo, o ile by zechciało, bo nikt inny tego nie zro­bił. Nikt ni­gdy nie dowie­dział się wię­cej o jego przod­kach niż miesz­kańcy Hol­ling­fordu mogli usta­lić tego pierw­szego dnia, gdy go zoba­czyli. Był wysoki, poważny, bar­dziej przy­stojny niż brzydki; na tyle szczu­pły, by można o nim powie­dzieć, że ma zgrabną figurę, bo działo się to w cza­sach, zanim „krzep­kie chrze­ści­jań­stwo” weszło w modę. Mówił z lek­kim szkoc­kim akcen­tem i, jak zauwa­żyła pewna zacna dama, wypo­wia­dał się w spo­sób banalny, przez które to okre­śle­nie rozu­miała: sar­ka­styczny. Jeśli nato­miast cho­dzi o jego pocho­dze­nie i wykształ­ce­nie, ulu­bioną wer­sją spo­łecz­no­ści Hol­ling­fordu była ta, że dok­tor Gib­son jest synem szkoc­kiego księ­cia i Fran­cuzki. Zna­le­ziono wiele prze­sła­nek prze­ma­wia­ją­cych za tą kon­cep­cją. Mówił ze szkoc­kim akcen­tem, a zatem był Szko­tem. Wyglą­dał wykwint­nie, miał ele­gancką figurę i skłon­ność – tak przy­naj­mniej twier­dzili ludzie mu nie­przy­chylni – do zadzie­ra­nia nosa, a to ozna­czało, że jego ojciec musiał być osobą na pozio­mie; nic nie było prost­sze niż podą­ża­nie za tym podej­rze­niem przez wszyst­kie stop­nie paro­stwa – od baro­neta, przez barona, wiceh­ra­biego, hra­biego, mar­kiza, aż do księ­cia. Wyżej nawet miesz­kańcy Hol­ling­fordu nie odwa­żyli się wspi­nać, choć pewna dama obe­znana z histo­rią Anglii zary­zy­ko­wała twier­dze­nie, że „według jej wie­dzy jeden lub dwóch Stu­ar­tów… hm… nie zawsze… pro­wa­dziło się… hm… popraw­nie… i wydaje jej się… cóż, ist­nieje coś takiego jak syn z pośli­zgu”. W każ­dym razie w powszech­nym mnie­ma­niu ojciec pana Gib­sona był księ­ciem. Nikim wię­cej.

Jego matka nato­miast musiała być Fran­cuzką. Prze­ma­wiały za tym trzy racje: miał ciemne włosy, zie­mi­stą cerę, a poza tym był w Paryżu. To mogła być albo prawda, albo fałsz. Nikt z nich ni­gdy nie dowie­dział się o nim niczego pew­nego ponad to, co powie­dział dok­tor Hall, a mia­no­wi­cie: że kwa­li­fi­ka­cje zawo­dowe pana Gib­sona są rów­nie wyso­kie jak jego morale, a obie te cechy zde­cy­do­wa­nie wzno­szą się ponad poziom prze­ciętny, co stary lekarz oso­bi­ście spraw­dził, jesz­cze zanim przed­sta­wił swego następcę w mia­steczku. Popu­lar­ność na tym świe­cie jest tak prze­mi­ja­jąca jak chwała, a stary dok­tor prze­ko­nał się o tym, nim upły­nął rok trwa­nia jego spółki. Miał teraz mnó­stwo wol­nego czasu, by leczyć swą poda­grę i pie­lę­gno­wać wzrok, bo młody lekarz odniósł zwy­cię­stwo. Pra­wie wszy­scy posy­łali teraz po dok­tora Gib­sona, nawet ci z dwo­rów, nawet z Towers, naj­więk­szego z wiel­kich domów, w któ­rym pan Hall przed­sta­wił wspól­nika z drże­niem serca, oba­wia­jąc się tego, czy młody czło­wiek odpo­wied­nio się zachowa i jakie wra­że­nie wywrze na ich lor­dow­skich mościach. Po upły­wie dwu­na­stu mie­sięcy w oko­licz­nych rezy­den­cjach przyj­mo­wano pana Gib­sona z takim samym sza­cun­kiem dla jego wie­dzy medycz­nej jak przed­tem pana Halla. Co wię­cej – a to już było doprawdy zbyt wiele, nawet dla kogoś o tak łagod­nym cha­rak­te­rze jak stary poczciwy dok­tor – pan Gib­son został zapro­szony na kola­cję do Towers, gdy gościł tam sam wielki sir Astley, dowo­dzący całym świa­tem medycz­nym. Oczy­wi­ście dok­tor Hall rów­nież otrzy­mał zapro­sze­nie, ale wła­śnie w tym cza­sie leżał powa­lony ata­kiem poda­gry – odkąd miał wspól­nika, jego cho­roba samo­wol­nie się roz­wi­nęła – i nie był w sta­nie wziąć udziału w tym spo­tka­niu. Biedny, ni­gdy nie doszedł do sie­bie po tym zawsty­dza­ją­cym incy­den­cie. Od tej pory pozwo­lił sobie na słaby wzrok, przy­tę­piony słuch i sta­rał się nie odda­lać od domu w trak­cie dwóch kolej­nych zim, jakie mu jesz­cze pozo­stały. Spro­wa­dził samotną córkę swej sio­strze­nicy, by mu na sta­rość dotrzy­my­wała towa­rzy­stwa, i on, pogar­dza­jący kobie­tami stary kawa­ler, czuł teraz wdzięcz­ność za pogodną obec­ność ład­nej i powab­nej Mary Pre­ston, która była dobra i czuła, lecz, nie­stety, nic poza tym. Szybko nawią­zała zażyłe kon­takty z cór­kami pro­bosz­cza, pan­nami Brow­ning, a dok­tor Gib­son zna­lazł czas, by zaprzy­jaź­nić się z tym ter­ce­tem. Całe Hol­ling­ford spe­ku­lo­wało, która z mło­dych dam zosta­nie panią Gib­son, i z zawo­dem przy­jęto wia­do­mość, która prze­ci­nała roz­mowy o moż­li­wo­ściach i plotki o praw­do­po­do­bień­stwach wyboru mło­dego przy­stoj­nego medyka. Sprawa skoń­czyła się w spo­sób naj­bar­dziej natu­ralny mał­żeń­stwem pana Gib­sona z krewną jego poprzed­nika. Dwie panny Brow­ning nie zde­cy­do­wały się po tym roz­cza­ro­wa­niu zapaść na galo­pu­jące suchoty, choć ich wygląd i zacho­wa­nie pod­dano bacz­nej obser­wa­cji. Wprost prze­ciw­nie – pod­czas ślubu zacho­wy­wały się hała­śli­wie i wesoło, a jeśli cho­dzi o gruź­licę, to zmarła na nią młoda pani Gib­son, cztery lub pięć lat po ślu­bie, trzy lata po śmierci swego wujecz­nego dziadka, kiedy jej jedyne dziecko, Molly, miało zale­d­wie trzy lata.

Pan Gib­son ni­gdy nie mówił o swej roz­pa­czy po śmierci mło­dej żony, a z pew­no­ścią ten smu­tek odczu­wał, choć za wszelką cenę ucie­kał przed wszel­kimi oka­zy­wa­nymi mu dowo­dami współ­czu­cia: pospiesz­nie wstał i opu­ścił pokój, gdy panna Pho­ebe Brow­ning, zoba­czyw­szy go po raz pierw­szy po śmierci jego żony, wybuch­nęła nie­kon­tro­lo­wa­nym pła­czem, wyraź­nie gra­ni­czą­cym z ata­kiem histe­rii. Panna Sally Brow­ning oświad­czyła póź­niej, że ni­gdy nie wyba­czy mu oschło­ści serca, jaką wtedy oka­zał, ale już po dwóch tygo­dniach doszło do ostrej wymiany zdań mię­dzy nią a starą panią Goode­no­ugh, która uwa­żała, że dok­tor Gib­son nie jest czło­wie­kiem o głę­bo­kich uczu­ciach, o czym świad­czyła jej zda­niem zbyt wąską kre­powa wstążka na jego kape­lu­szu. Ta żałobna opa­ska winna bowiem pokry­wać cały kape­lusz, a u dok­tora co naj­mniej sie­dem lub nawet osiem cen­ty­me­trów pozo­sta­wało bez krepy. Mimo tych wszyst­kich opi­sa­nych wyda­rzeń panny Brow­ning uwa­żały się za naj­bar­dziej zaprzy­jaź­nione z panem Gib­sonem, przede wszyst­kim ze względu na zaży­łość z jego zmarłą żoną, i chęt­nie oka­załyby bar­dziej macie­rzyń­skie uczu­cia małej Molly, gdyby nie znaj­do­wała się pod opieką smoka-straż­nika w oso­bie Betty. Była ona szcze­gól­nie zazdro­sna o każdą osobę sta­jącą mię­dzy nią a jej pod­opieczną, a już z zasady tępiła wszel­kie istoty swo­jej płci, które z racji wieku, pozy­cji spo­łecz­nej lub bli­sko­ści mogły chcieć „robić słod­kie oczy do jej pana”, by posłu­żyć się okre­śle­niem samej Betty.

Kilka lat przed wyda­rze­niami otwie­ra­ją­cymi tę opo­wieść pozy­cja pana Gib­sona, tak oso­bi­sta, jak i zawo­dowa, wyda­wała się na zawsze usta­lona. Był wdow­cem i wyglą­dało na to, że nim pozo­sta­nie. Jego afekty kon­cen­tro­wały się na małej Molly, ale nawet wobec niej, nawet w chwi­lach naj­więk­szej bli­sko­ści, ni­gdy nie pozwa­lał sobie na zbyt silne oka­zy­wa­nie uczuć. Naj­czul­szym okre­śle­niem, jakim się do niej zwra­cał było „gąska”, a poza tym znaj­do­wał szcze­gólną przy­jem­ność w zadzi­wia­niu jej dzie­cię­cego umy­słu prze­ko­ma­rza­niem się. Żywił lekką pogardę dla osób nad­mier­nie oka­zu­ją­cych uczu­cia, co czę­ściowo brało się z zawo­do­wego prze­ko­na­nia o nega­tyw­nym wpły­wie nie­kon­tro­lo­wa­nych i wybu­ja­łych emo­cji na zdro­wie. Udało mu się wmó­wić w sie­bie, że jego umysł panuje nad wszyst­kim, ponie­waż ni­gdy nie nabrał zwy­czaju wyra­ża­nia się na inne tematy niż czy­sto inte­lek­tu­alne. Molly jed­nakże miała intu­icję, która jej pod­po­wia­dała, jaka jest prawda. Cho­ciaż tatuś śmiał się z niej, żar­to­wał i wpra­wiał w kon­fu­zję, a to wszystko w spo­sób, który panny Brow­ning okre­ślały mię­dzy sobą jako „naprawdę okrutny”, dziew­czynka dzie­liła się swymi drob­nymi tro­skami i rado­ściami raczej z ojcem niż z Betty, ową sekut­nicą o gołę­bim sercu. Dziecko rosło i z każ­dym rokiem rozu­miało swego ojca lepiej. Ich rela­cje były wspa­niałe: na pół żar­to­bliwe, na pół poważne, a przy­jaźń, która ich łączyła, była praw­dzi­wie głę­boka.

Pan Gib­son zatrud­niał trzy słu­żące: Betty, kucharkę i dziew­czynę, która miała być poko­jówką, ale pod­le­gała jed­no­cze­śnie obu star­szym słu­żą­cym i w kon­se­kwen­cji, z braku jed­nej zwierzch­niczki, wio­dła lek­kie życie. Aż trzy słu­żące nie byłyby potrzebne, gdyby pan Gib­son nie miał zwy­czaju, podob­nie jak przed­tem pan Hall, przyj­mo­wać dwóch uczniów – jak swym wykwint­nym języ­kiem nazy­wali ich miesz­kańcy Hol­ling­fordu, a dla któ­rych bar­dziej wła­ści­wym okre­śle­niem byłoby: ter­mi­na­to­rzy. Zwią­zani byli z dok­to­rem rodza­jem umowy i pła­cili mu cał­kiem nie­złe kwoty za naukę zawodu. Miesz­kali w domu swego mistrza i zaj­mo­wali nie­przy­jemną, bo nie­jed­no­znaczną pozy­cję. Posiłki spo­ży­wali razem z dok­to­rem i Molly, a w ich obec­no­ści atmos­fera sta­wała się ciężka, pan Gib­son bowiem nie był czło­wie­kiem roz­mow­nym, a dodat­kowo nie­na­wi­dził kon­wer­so­wać pod przy­mu­sem. A jed­nak krzy­wił się, jakby miał poczu­cie, że nie speł­niał nale­ży­cie swych obo­wiąz­ków, gdy po sprząt­nię­ciu ze stołu ci dwaj dzi­waczni mło­dzieńcy pod­no­sili się ze skwa­pliwą rado­ścią, wyko­ny­wali w stronę dok­tora kiw­nię­cie, które nale­żało chyba inter­pre­to­wać jako ukłon, i chcąc jak naj­szyb­ciej opu­ścić jadal­nię, nie­odmien­nie wpa­dali na sie­bie. Potem sły­chać było, jak mknęli kory­ta­rzem w stronę gabi­netu, krztu­sząc się od powstrzy­my­wa­nego śmie­chu. A iry­ta­cja, jaką pan Gib­son odczu­wał na myśl o tym, że nie spraw­dził się jako gospo­darz i pan domu, czy­niła jego sar­kazm na widok nie­udol­no­ści, głu­poty czy złych manier swych uczniów jesz­cze ostrzej­szym niż poprzed­nio.

Poza prze­ka­zy­wa­niem medycz­nej wie­dzy zupeł­nie nie wie­dział, co zro­bić z tym fan­tem w postaci dwóch nie­zgra­bia­szy, któ­rzy wypeł­niali podwójną misję: sta­no­wili przed­miot świa­do­mych drwin mistrza i sami nie­świa­dome go drę­czyli. Raz czy dwa dok­tor Gib­son spró­bo­wał odmó­wić przy­ję­cia nowego prak­ty­kanta, licząc na to, że uwolni się od tego kosz­maru. Nie­stety, jego repu­ta­cja wybit­nego medyka zata­czała tak sze­ro­kie kręgi, że wyzna­czona przez niego nie­przy­zwo­icie wysoka opłata, która miała odstra­szyć kan­dy­da­tów, wno­szona była bez pro­te­stów. Czy ist­niało bowiem coś, co mogło bar­dziej uła­twić mło­demu czło­wie­kowi start w dzie­dzi­nie medy­cyny niż pre­stiż prak­ty­ko­wa­nia u Gib­sona w Hol­ling­for­dzie? Ale gdy Molly miała osiem lat i z dziecka prze­kształ­ciła się w dziew­czynkę, ojciec dostrzegł nie­sto­sow­ność tego, że wobec jego prze­dłu­ża­ją­cych się absen­cji córka więk­szość posił­ków spo­ży­wała w towa­rzy­stwie dwóch mło­dzień­ców. Aby zapo­biec takim sytu­acjom, a przy oka­zji aby zapew­nić dziecku tro­chę nauki, zatrud­nił powa­żaną kobietę, córkę skle­pi­ka­rza z mia­steczka, który pozo­sta­wił rodzinę bez środ­ków do życia. Opie­kunka miała przy­cho­dzić każ­dego ranka jesz­cze przed śnia­da­niem i pozo­sta­wać z Molly aż do powrotu ojca wie­czo­rem, a gdyby coś go zatrzy­mało dłu­żej poza domem, panna Eyre cze­ka­łaby, aż jej pod­opieczna położy się spać.

– A zatem, panno Eyre – powie­dział, pod­su­mo­wu­jąc swe zale­ce­nia dzień przed­tem, nim miała objąć swą posadę – pro­szę pamię­tać: powinna pani przy­go­to­wy­wać dla tych mło­dzień­ców dobrą her­batę i dopil­no­wać, aby spo­żyli przy­jemny posi­łek. I jesz­cze jedno: mówiła pani, że ile ma lat? Trzy­dzie­ści pięć? Pro­szę spró­bo­wać skło­nić ich do mówie­nia. Naj­chęt­niej roz­sąd­nego. Oba­wiam się, co prawda, że nie leży to ani w mocy pani, ani kogo­kol­wiek innego, ale może uda się pani spra­wić, że zdo­łają powie­dzieć cokol­wiek bez chi­cho­tów i jąka­nia. Pro­szę nie uczyć Molly zbyt wiele. Powinna umieć szyć, czy­tać i pisać. I znać rachunki. Ale na razie chcę, by miała praw­dziwe dzie­ciń­stwo. A jeśli uznam, że potrze­buje jesz­cze jakiejś nauki, sam będę jej udzie­lał lek­cji. Tak naprawdę to nie wiem, czy nawet czy­ta­nie i pisa­nie są nie­zbędne. Wiele porząd­nych kobiet wycho­dzi za mąż, a zamiast pod­pisu sta­wiają krzy­żyk. A ucze­nie to, moim zda­niem, tylko osła­bia­nie zdro­wego roz­sądku. Ale trudno, musimy się pod­dać prze­są­dom spo­łecz­nym, panno Eyre, i dla­tego wolno pani nauczyć moją córkę czy­tać.